1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. ZenSati sILENzIO RCA & XLR

ZenSati sILENzIO RCA & XLR

Link do zapowiedzi: ZenSati sILENzIO RCA & XLR

Opinia 1

Patrząc na to, jaką lawinę komentarzy w mediach społecznościowych wywołała nasza ostatnia recenzja przewodów Ethernet Tellurium Q po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, iż audiofilizm jest równie ekstremalnym hobby, co np. przyrządzanie potraw z ryby Fugu (Rozdymki Tygrysiej). O ile jednak z tego co mi wiadomo przed restauracjami takowe specjały serwującymi nijakich pikiet nawołujących do zastąpienia jej, znaczy się Fugu np. śledziem, nikt przy zdrowych zmysłach nie organizuje, gdyż smakosze w owych rozkoszach podniebienia gustujący konsumpcji dokonują w pełni świadomie i na własne ryzyko, o tyle pod poświęconymi okablowaniu recenzjami negujący ich (przewodów nie recenzji) działanie frustraci decybelują z żarliwością i oburzeniem godnym wypraw krzyżowych, czy też polowań na czarownice. Tymczasem wystarczy uznać tak słabość do ekscentrycznego sashimi, jak i zamiłowanie do high-endu właśnie za formę pewnego ekscentryzmu i widzimisię, które dotyczy li tylko jednostek owym hobby się parających i zająć się własnymi sprawami. Mówiąc wprost zaglądanie komuś do talerza, systemu i wydawanie swych, wynikających z uprzedzeń, fobii bądź czysto atawistycznych lęków opinii najdelikatniej rzecz ujmując nie najlepiej świadczy o samych dyskutantach. Dlatego też mając pełną świadomość, że i tematyka dzisiejszego testu wykracza poza strefę komfortu audio-sceptyków od razu lojalnie uprzedzamy, iż poniższe obserwacje kierujemy do odbiorców o znacząco szerszych horyzontach, miłośników przysłowiowych kabelków od lampki pozostawiając sam na sam z ich demonami. Kto i co jest zatem razem sprawcą całego zamieszania? Regularnie goszcząca na naszych łamach duńska manufaktura ZenSati i reprezentujące serię sILENzIO interkonekty RCA i XLR, na których test serdecznie zapraszamy.

Jak powyższe zdjęcia unaoczniają sILENzIO są czarno złote, przez co nieco przypominają Acoustic Zen-y Absolute Copper, chociaż w duńskich przewodach zewnętrzna czarna siatka ochronna jest nieco gęstsza aniżeli w amerykańskich, a tym samym „złotość” przewodów nie jest tak absorbująca. Operujemy zatem w iście wieczorowej estetyce, którą podkreśla jedwabista czerń korpusów wtyków oraz usytuowanych nieco przed nimi wykonanych z podobną dbałością o detale redukujących średnicę tulei. I proszę mi wierzyć na słowo, że owe „pocieniacze” nie są li tylko designerską fanaberią twórcy a wielce przydatnym pod względem ergonomii ułatwieniem, bowiem przy widocznych, nader absorbujących średnicach aplikacja obu interkonektów byłaby w większości przypadków mocno problematyczna i wymagała zamawiania przebiegów o długościach znacznie przewyższających realne potrzeby. A tak końcówki przewodów są znacznie bardziej wiotkie, więc tak montaż, jak i ich ułożenie w zaszafkowej, zazwyczaj ograniczonej przestrzeni staje się nieco mniej karkołomnym wyzwaniem.
Zgodnie z tradycją informacji dotyczących „wsadu” materiałowego i szczegółów anatomicznych tytułowych ZenSati jest jak na lekarstwo, jednak z tego co udało mi się wyciągnąć od rezydującej w Helsinge ekipy wynika, iż projektując przewodniki Mark sięgnął po wysokiej czystości posrebrzaną miedź. Żyły sygnałowe mają postać spiralnie skręconych taśm, z kolei ekranowanie wykonano w formie plecionki a całość wykorzystuje znaną z naszych wcześniejszych spotkań topologię dielektryka powietrznego stąd też ich pokaźna średnica i zauważalna sztywność.

Zgodnie z zapewnieniami producenta sILENzIO zaprojektowano tak, by nie wykazywały tendencji do opóźnień czasowych, tłumienia energii i jednocześnie cechowały się wysoką odporność na wszelakiej maści wibracje, czyli tak po prawdzie reprezentowały cechy pożądane i deklarowane przez innych wytwórców. Jak to jednak bywa każdy ma swój własny pomysł na osiągnięcie celu, jak i rezultaty podejmowanych przez nich działań są różne. Tym bardziej w przypadku ZenSati, gdzie jak mogliśmy na własne uszy się przekonać każda z dotychczas goszczących u nas serii, choć wykazywała cechy właściwe swemu rodowodowi, to za każdym razem miała „to coś”, wyróżniające ją od rodzeństwa. Idąc od dołu cennika Razzmatazzy urzekały muzykalnością i zaskakującą jak na ich pozycję dojrzałością, Zorro onieśmielały żywiołowością, Angele nieskrępowaniem dynamiki a topowe #X wyrafinowaniem i nienachalnością swego absolutu. Z kolei z sILENzIO mieliśmy przyjemność gościć jedynie reprezentujący domenę cyfrową przewód USB, lecz było to na tyle w pozytywnym znaczeniu słowa „porażające” doświadczenie, że po testach już delikwent do dystrybutora nie wrócił znajdując swe stałe miejsce w systemie Jacka. Jak się bowiem okazało duńska łączówka niejako zredefiniowała pojęcie bezstratności i transparentności, więc jak łatwo można się domyślić podobnych atrakcji spodziewaliśmy się po analogowych interkonektach. I uczciwie muszę przyznać, że się nie zawiodłem, choć już emocje były zdecydowanie mniejsze. Czy to oznacza, że łączówki RCA i XLR ustępują pod jakimkolwiek względem swemu cyfrowemu rodzeństwu? Absolutnie nie, jednak z racji, że pojawiają się po nim, a jak wiadomo pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, muszą pogodzić się z rolą bycia drugimi. Wracając jednak do meritum nie da się ukryć, że sILENzIO konsekwentnie stawiają na dynamiczne nieskrępowanie, czasową natychmiastowość i koherentność konsystencji oferując brzmienie tyleż kompletne, co niebezpiecznie bliskie wzorcowi, czyli muzyce na żywo. Zamiast jednak bazować, wzorem Angeli, na efekcie swoistego dopalenia i zastrzyku adrenaliny, jasno dają do zrozumienia, że prowadzą dojrzalszą formę komunikacji czytelnie nawiązując do stoickiego spokoju i „smoczej mądrości” #X-ów. Po wpięciu ich w system doświadczamy bowiem pewnego rodzaju absolutu, jednak doświadczenia tego nie można rozpatrywać w kategoriach „szoku poznawczego”, co raczej w pełni naturalnego osiągnięcia takiego poziomu świadomości i zdolności pojęcia/przyswojenia dostarczanego nam ogromu informacji, że po pierwsze mamy pewność kompletności i nieskalaności przekazu a po drugie po owym przekazie nie oczekujemy niczego więcej poza prawdą, czyli na tym poziomie zaawansowania w pełni świadomie rezygnujemy z wszelkiego rodzaju uatrakcyjniających dodatków, polepszaczy i intensyfikatorów doznań.
Przejdźmy jednak do konkretów, czyli poglądowych nagrań dowodzących prawdziwości powyższych wynurzeń. Na pierwszy ogień poszedł zatem „Celuloid” Marka Napiórkowskiego i Artura Lesickiego, no bo co jak co, ale chyba każdy przynajmniej raz w życiu gitarę akustyczną na żywo słyszał. A tutaj takowe są dwie, świetnie „zdjęte” przez rozstawione w mieszczącym się w starym młynie w Lubrzy studiu RecPublica mikrofony (para DPA – dawne Brüel & Kjær plus wielkomembranowe Telefunken i Brauner). Ich brzmienie jest bliskie, pełne, gęste a jednocześnie szalenie obecne, namacalne i szalenie dynamiczne, lecz w domenie mikro – mieszczącej się w domowym zaciszu, gdzie szybkość narastania dźwięków, moment trącenia struny czy praca rąk na gryfach dzieją się tu i teraz a generowany przez dźwięki oraz jest w pełni z nimi koherentny tak czasowo, jak i brzmieniowo. Autentyzm podkreśla i bardzo mu służy nagranie realizowane praktycznie na „setkę”, czyli mamy możliwość obcowania z pełnym, nienaruszonym „wykonem” (cóż za koszmarne słowo), a nie poszatkowaną niczym kimchi sklejką z przypadkowych fragmentów różnych podejść, czy nawet sesji. Ponadto z ZenSati w torze pełna rozdzielczość była dostępna niemalże od najniższych poziomów głośności, więc choć zazwyczaj słuchałem ze standardowymi nastawami, to nie korciło mnie ich podkręcanie w celu osiągnięcia większego realizmu, czy lepszego wglądu w nagranie. To mniej więcej tak jakby któregoś z ww. muzyków poprosić by … grał głośniej, choć siedzi jakieś 2 metry od Ciebie. Posłuchajcie tylko Państwo tematu „Prawo i pięść: Nim wstanie dzień” późną nocą, gdy szum tła jest praktycznie zerowy a śmiem twierdzić, że jeśli tylko tak intymna a zarazem bezpośrednia forma prezentacji przypadnie Wam do gustu, to zanim się zorientujecie właśnie świt zastanie Was wsłuchanych w ulubione dźwięki.
Podnosząc poprzeczkę wymagań proponuję zmianę estetyki i intensywności bodźców na black-metalowy „Amidst the Ruins” Saor, czyli materiał, którego raczej nie usłyszycie na wystawach i audiofilskich prezentacjach. A szkoda, gdyż w pozornym chaosie i brutalnej kakofonii szczelnie wypełniającej blisko godzinny album drzemie zaskakująco wiele pięknych melodii, partii naturalnego instrumentarium i folkowej melancholii. Jednak, aby do tego dotrzeć trzeba dysponować odpowiednio rozdzielczym systemem, w tym również takowe cechy posiadającym okablowaniem a sILENzIO owe kryteria spełniają z nawiązką, przez co z łatwością dokonują swoistej dekompresji problematycznego materiału. Co istotne zamiast bezrefleksyjnej, zerojedynkowej selekcji na bezpardonową metalową młóckę i „prawilne” – godne audiofilskich uszu kameralne wstawki, tytułowe łączówki pokazują, iż owe pozornie drastycznie różne estetyki mogą i potrafią ze sobą harmonicznie koegzystować na jednej scenie wchodząc ze sobą we wzajemnie interakcje. Ponadto owa koegzystencja w żadnym przypadku nie oznacza uśredniania, więc gitarowym riffom nie brakuje ognistości, growlom ewidentnego zezwierzęcenia i pierwotnej dzikości a perkusyjnym blastom potęgi zdolnej kruszyć mury, by jednocześnie z taką samą wiernością oddając rozmach orkiestracji, czy też eteryczny magnetyzm solowych partii irlandzkich fletów (tin/low whistles), czy też charakterystycznych dud (Uilleann Pipes). Otrzymujemy zatem niezwykle złożoną, wielowarstwową i zmieniającą się niczym w kalejdoskopie prezentację, którą możemy obserwować zarówno z bezpiecznego dystansu, jak i dać się ponieść jej wartkiemu nurtowi zanurkować w najgłębsze zakamarki artystycznych dokonań Andy’ego Marshalla. Niezależnie jednak od zagmatwania, gęstości, czy też brutalności reprodukowanego materiału mamy zachowany wzorowy porządek, precyzyjne ogniskowanie źródeł pozornych i zgodną z realiami rozmiarówką użytego instrumentarium, co wespół zespół z wiernością fakturom i barwom daje wspomniany efekt naturalności i właśnie bezdyskusyjnego realizmu.

Nie da się ukryć, że ZenSati sILENzIO RCA & XLR nie są przewodami dla poszukujących taniej sensacji i natychmiastowego szoku poznawczego audiofilskich nuworyszy. Tutaj zamiast teledyskowej galopady i gombrowiczowskiego gwałtu przez uszy Mark Johansen proponuje prawdziwą, acz niespieszną muzyczną ucztę dla zmysłów wymagającą cierpliwości niczym przy dekantacji Stefano Accordini Acinatico Amarone della Valpolicella Classico, kiedy dopiero po kilku godzinach jesteśmy w stanie doświadczyć pełni bukietu drzemiących w nim aromatów. I tak też działają duńskie interkonekty, niespiesznie akomodując się w systemie i dzień po dniu odkrywając kolejne pokłady reprodukowanych przez niego informacji muzycznych. A gdy tylko osiągną pełnię swoich możliwości, to w większości przypadków dalsze gonienie audiofilskiego króliczka oznaczać będzie w najlepszym wypadku krok w bok a nie w górę drabinki poprawy i zaawansowania. Oczywiście cały czas mam bolesną świadomość istnienia #X-ów, jednak doskonale zdając sobie sprawę z ich nieosiągalności dla większości odbiorców, wspominam o nich jedynie w kategoriach ewidentnej abstrakcji uznając właśnie sILENzIO za finał poszukiwań i spełnienie audiofilskich marzeń o przewodzie doskonałym.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jeśli chodzi o duńską markę ZenSati, to jeśli spojrzycie w portalową wyszukiwarkę, przekonacie się, że tematyka naszych dotychczasowych starć była nad wyraz różnorodna. Chodzi oczywiście nie tylko o różnorodność linii znajdujących się w portfolio tego podmiotu, ale także sposób podejścia do zagadnienia od strony liczby kabli w teście. Mówię o występach tak pojedynczych sztuk, jak i całych zestawów w pełni zaspokajających potrzeby naszych dość rozbudowanych systemów audio. Cel? Naturalnie weryfikacja jaki wpływ na brzmienie danego systemu ma pojedynczy Duńczyk, a innym razem cała ferajna. Jak sugeruje tytuł, tym razem będzie to spotkanie z jednym rodzajem okablowania w dwóch wersjach przesyłu danych. Co zatem trafiło w nasze progi? Jeden przedstawiciel tej serii miał u nas swoje pięć minut, a był nim finalnie pozostawiony na stałe u mnie w systemie kabel cyfrowy USB, więc tym razem dzięki staraniom samego producenta na tapet dzisiejszego spotkania trafiły interkonekty analogowe w postaci ZenSati SILENzIO RCA & XLR.

Co wiemy o budowie tytułowych konstrukcji. W trosce o ochronę swojego know how Duńczycy zdradzają tak naprawdę niewiele. A jeśli już na stronie o czymś wspominają, informacje są zdawkowe. Z nich dowiadujemy się, że materiały użyte do wykonania przewodów są najwyższej jakości. Jakie to materiały? Mowa jest o złocie, srebrze i miedzi jako przewodnikach i ekranach, rod zapewne w służbie wykończenia metalowych powierzchni niektórych z zastosowanych metali oraz teflon, jedwab i bawełna służąc za wielowarstwową i zróżnicowaną izolację. Naturalnie to tylko zgrubny pakiet danych konstrukcyjnych, jednak jedyny jaki znamy i musi nam wystarczyć. I tak naprawdę dla mnie nie ma problemu, gdyż najważniejszą wartością każdej konstrukcji jest jej wpływ na brzmienie mojego systemu i o tym nie omieszkam wypowiedzieć się w kolejnym akapicie.

Gdy dotarliśmy do części opisującej wpływ tytułowego okablowania na mój set audio, myślę, że wielu z Was zadaje sobie pytanie, czy ich oferta soniczna jest bliźniacza do posiadanej przeze mnie wersji USB. Powiem szczerze, że także dla mnie było to pierwszą istotną do „nausznego” wyjaśnienia kwestią, jaka nasuwała mi się na myśl. Efekt? Znakomity, bowiem podobnie do pierwszego starcia z tym modelem także teraz dostałem delikatny zastrzyk energii z nutą plastyki i gładkości przekazu. Oczywiście bez jakiś szczególnych poziomów podnoszenia wspomnianych aspektów do granic przyzwoitości, bo mogłoby się to skończyć albo efektem natarczywości prezentacji poprzez zbytnie forsowanie jej impulsu albo przegrzaniem i w efekcie zabiciem blasku muzyki w efekcie przekroczenia dobrego smaku w kwestii upiększania wysokich tonów. Po prostu całość działań była umiejętnym, bo ze smakiem podkręcaniem ich bytu w przekazie. Co to oznacza? Tłumacząc to z polskiego na nasze muzyka zaoferowała nieco bardziej odczuwalny niż mam na co dzień drive w odniesieniu do ilości zwartej masy oddawanej w tym samym czasie co lżej grające okablowanie oraz za sprawą szczypty gładkości większy spokój prezentacji. To było dla mnie bardzo ciekawe zderzenie z serwowaną przez ZenSati narracją, gdyż zwyczajowo jakiekolwiek majstrowanie przy ekspresji podania muzyki – piję do gładkości – kończy się u mnie mimowolnym ostudzeniem jej percepcji. Tymczasem nic takiego się nie wydarzyło, gdyż remedium na taki stan okazało się podkręcanie dosadności impulsu słuchanego materiału. Ale na tyle subtelnie, że z drugiej strony nie zakończyło się to tak męczącym mnie na dłuższą metę efektem siłowego podania wydarzeń na wirtualnej scenie. W efekcie muzyka z jednej strony dostała przysłowiowego kopa, a z drugiej nie powodowała zmęczenia podczas wielogodzinnego słuchania nawet na wysokich poziomach głośności, co tak naprawdę jest u mnie na porządku dziennym.
I zapewniam, poziom wolumenu nie miał znaczenia jakiej muzyki słuchałem, ponieważ podanie jej w sposób oferowany przez linię okablowania SILENzIO, nawet w przypadku bardzo emocjonalnej twórczości Anouara Brahema „After The Last Sky”, która wymaga głębszego wejścia w materiał, wypadało znakomicie. Po prostu cechowało ją jedynie solidniejsze uderzenie minimalnie mocniej uplastycznionym dźwiękiem, co sprawiało, że nietypowe dla Europejczyka atrybuty oud”wespół z wtórującą jej wiolonczelą oraz typowym jazzowym zestawem w postaci fortepianu oraz kontrabasu za sprawą działania okablowania brzmiały bardziej bezpośrednio werbalnie, a dzięki temu z większą łatwością angażowały moją duszę. Tutaj muszę się przyznać, że do momentu zakończenia tej części odsłuchu nie byłem pewny, jak w ocierającej się o cechy orientu wypadnie mocny kopniak z nutą łagodności. Na szczęście strach miał tylko wielkie oczy i wszystko było w jak najlepszym porządku z bonusem w rodzaju odczuwania nadal przyjemnego w odbiorze, jednak znacznie mocniejszego od codziennego impulsu muzycznego.
Nie inaczej wypadła muzyka z przeciwnego bieguna, w roli której wypadł nie kto inny, jak pełen buntu Rammstein z najnowszym krążkiem „Zeit”. W tym przypadku pozorne uspokojenie ostrości rysunku najwyższych rejestrów całkowicie rekompensowane było zwiększeniem energii. Dzięki temu zawarte na płycie z pozoru spokojne, jak i te z werwą kawałki zabrzmiały z odpowiednim wykopem. Mocno w dolnym zakresie, soczyście, ale bez jakichkolwiek uśrednień w temacie informacji w średnicy oraz odpowiednio wyraziście na samej górze. Efekt był na tyle przekonujący, że bez najmniejszych problemów prezentacja dosłownie pokazywała palcem, co i w jaki sposób ma mi do powiedzenia sąsiad zza naszej zachodniej granicy. A zapewniam, było co pokazywać, gdyż tytułowy utwór swoim podprogowym przekazem kolejny raz poruszył mnie w sposób zmuszający do często odsuwanej z obawy o najgorsze refleksji na temat jestestwa na tym ziemskim padole. Było mocno, wyraziście i oczywiście emocjonalnie, czyli tak jak powinno.

Komu dedykowałbym tytułowe okablowanie? Otóż tak naprawdę nie widzę przeciwwskazań dla nikogo. To co oferują – proponują słuchaczowi esencjonalny, lekko podkręcony w kwestii energii oraz delikatnie uplastyczniony dźwięk, jest na tyle udanie wdrożone w życie, że dosłownie każdy system powinien na tym skorzystać. Zagra z radością i tendencją do umiejętnie dozowanego pokazywania zawartego w muzyce drive’u, dlatego ogólnie rzecz ujmując nie widzę najmniejszych obaw w odniesieniu do większości populacji melomanów. Dlaczego większości, a nie całości? Naturalnie chodzi o czynnik ludzki z jego często niezrozumiałymi oczekiwaniami. Tego niestety nie da się przewidzieć. Jednak bez względu na wszystko zachęcam Was do prób we własnym systemie z tytułowymi ZenSati SILENzIO XLR lub RCA, bo naprawdę warto. Co prawda idąc za poprzednim zdaniem w małym procencie potencjalnych zainteresowanych zawsze może coś nie „pyknąć”, ale jeśli nawet, nudy podczas obcowania z muzyką na bank nie będzie. A to chyba w naszym hobby jest najważniejsze.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati SILENzIO
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Ceny (kpl.): 53 900 PLN / 0,5m; 63 900 PLN / 1m; 73 900 / 1,5m PLN

Pobierz jako PDF