1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Wzmacniacze
  8. >
  9. Destination Audio GM70

Destination Audio GM70

Link do zapowiedzi: Destination Audio GM70

Opinia 1

Jak wszyscy znakomicie się orientujecie, Polska ze swoimi konstrukcjami z działu audio od lat bez najmniejszych problemów konkuruje ze światowym mainstreamem. Owszem, może nie jest to liczba idąca w tysiące, ale nie oszukujmy się, biorąc pod uwagę pełne spectrum naszego hobby od elektroniki, przez kolumny, wszelkiej maści akcesoria, po okablowanie mamy naprawdę sporą grupę przedstawicieli rozpoznawalnych w szerokim świecie. A pierwszą z brzegu, notabene od lat odnoszącą duże sukcesy za wielką wodą jest choćby podwarszawska manufaktura Destination Audio. Manufaktura, z portfolio której mieliśmy okazję bliżej poznać przedwzmacniacz gramofonowy WE417A i stosunkowo niedawno kolumny Nika. Jak wspomniane produkty wypadły sonicznie, możecie sprawdzić przy pomocy portalowej wyszukiwarki. Ja jednak chcąc zachęcić Was do zapoznania się z jej kolejną konstrukcją wspomnę jedynie, że to brand od zawsze parający się powoływaniem do życia pomysłów czerpiących z czasów świetności lampy elektronowej i wysokoskutecznych kolumn. Co prawda nigdzie nie ma dokładnych danych, ale jestem święcie przekonany, iż tego typu zabawki to clou konfiguracji co najmniej 30 procent – jeśli nie więcej – całej populacji audiomaniaków. Przyznacie, to spora grupa. A jeśli tak, moim daniem warto poczytać, jak wspominane przed momentem kolumny o wysokiej skuteczności (Nika) w przeciwieństwie do występu z bardzo mocnym tranzystorowym piecem w klasie A, zaprezentują się z dedykowaną i skonstruowaną przez mocodawcę marki lampową sekcją wzmocnienia Destination Audio GM70. To teoretycznie jest ich świat, zatem powinny wypaść nie jak poprzednio bardzo dobrze, ale wręcz znakomicie. Zatem jeśli kogoś interesuje, co pokazał teoretycznie idealnie stworzony dla siebie podwarszawski tandem, zapraszam do lektury kilku poniższych akapitów.

Jak przystało na produkt będący przedstawicielem segmentu High End, nasz bohater składa się z dwóch dużych i ciężkich modułów. Naturalnie jednym jest zasilacz, a drugim serce wzmacniacza z układami sterującymi procesem przetwarzania sygnału. Jeśli chodzi o obudowy, w obu przypadkach wykorzystano znakomicie sprawdzającą się w takich rozwiązaniach platformę nośną ze skrytą wewnątrz elektroniką i wyeksponowanymi na górnej połaci trafami, kondensatorami oraz lampami elektronowymi. Jednak nie jest to zabieg mający na celu jedynie złapać za oko potencjalnego kupującego, tylko z racji rozbudowania urządzenia wymóg konstrukcyjny. Nie wierzycie? Spójrzcie na serię zdjęć, która unaoczni maksymalne zabudowanie kolokwialnie mówiąc dachu obydwu członów wzmacniacza. To natomiast wespół z rozmiarami, aby nie były to wielkie i nudne kloce, zmusiło pomysłodawcę urządzenia do zastosowania fajnego zabiegu designerskiego. A jest nim wykonanie skrzynek z jakby dwóch cieńszych, wykończonych w czerni plastrów, przykrycie takiego pojemnika platformą mieniącą się kolorem miedzi i usadowienie na niej świecących w kolorze bursztynu lamp oraz czarnych prostopadłościennych i walcowatych kubków kryjących resztę niezbędnych do pracy wzmacniacza podzespołów. Uwierzcie mi, bez względu na rozmiar i nie oszukujmy się wiekowy pomysł na skrzynki urządzenia, nasz bohater od strony wizualnej prezentuje się znakomicie. Kreśląc kilka zdań o funkcjonalności wiadomym jest, iż każdy człon integry wyposażony jest w stosowne dla danego modułu akcesoria. I tak zasilacz na froncie został wyposażony jedynie w hebelkowy włącznik, a na tylnym panelu w gniazdo zasilające IEC oraz wielopinowy terminal pozwalający oddać stosownie przygotowaną energię elektryczną do serca wzmacniacza. W kwestii najważniejszego elementu GM70 na awersie znajdziemy dwie wykończone w kolorze górnej płaszczyzny gałki regulacyjne – lewa odpowiedzialna za poziom wzmocnienia, a prawa za wybór wejścia liniowego, a na rewersie identyczne do zasilacza gniazdo przyjmujące energię elektryczną, 3 wejścia liniowe w standardzie RCA, jedno XLR, wyjście liniowe XLR oraz dedykowane dla dwóch obciążeń 4 i 8 Ohm terminale kolumnowe. Niestety, a dla wielu ekstremalnych audiofreaków w tym segmencie i do tego stawiających na maksymalną jakość brzmienia urządzeń to naturalna kolej rzeczy, tytułowy piecyk nie oferuje pilota zdalnego sterowania. Myślicie, że to poważny problem? Otóż z autopsji wiem – przez kilka lat używałem podobnie podchodzącego do sposobu obsługi topowego przedwzmacniacza liniowego Robert Koda, że bez problemu da się z tym żyć. Po kilku dniach nauczyłem się standardowo użytkowanej głośności i problem nagle przestał istnieć. A jeśli to przynosiło korzyści jakościowe oferowanego dźwięku, to tym bardziej temat jakiegokolwiek problemu umierał. Na koniec dla wielu najważniejsza informacja, a jest nią oferowana moc wzmacniacza na poziomie 20W, co w przypadku współpracujących z nim w teście kolumn Nika jest wynikiem w pełni wystarczającym do ich komfortowego wysterowania.

Co wydarzyło się po nakarmieniu stosunkowo łatwych do wysterowania kolumn niezbyt mocnym, ale teoretycznie im dedykowanym tytułowym lampowym wzmacniaczem? Naturalnie to, czego od samego początku się spodziewałem. Oczywiście bazując na wieloletnich doświadczeniach z tego typu konstrukcjami. Otóż duża moc oraz tranzystorowy sposób sterowania zespołów głośnikowych typu Nika nie zawsze pozwala im się wznieść na wyżyny swoich możliwości. Owszem, jest pełna kontrola, mocne uderzenie i szybkość narastania sygnału, co daje pełen wgląd w nagranie od strony motoryki, jednak zazwyczaj tracimy nieco pierwiastka muzykalności. Wszystko niby jest ok., ale … O co chodzi? Otóż podczas testu kolumn z moją tranzystorową, skądinąd bardzo mocną końcówką mocy w klasie A wydawało się, że pokazały swoje maksimum. Swobodne prowadzenie pozwalało na znakomite różnicowanie energii poszczególnych źródeł dźwięku, a do tego fajne dawka oddechu sugerowały, że w nie ma o co więcej kruszyć kopii. Jednak tylko do momentu, aż w systemie pojawił się on, teoretycznie słabszy pod każdym względem Destination Audio GM70 – chodzi o moc oraz bardzo lubiane przez melomanów, ale jednak będące dawcą przyjemnych zniekształceń lamp elektronowych. Natychmiast okazało się, że kolumny najzwyczajniej w świecie dostawały wszystkiego zbyt dużo. Po prostu przy całej fajnej aurze dźwięku z tranzystorem przekaz po był w pewien sposób ściśnięty. Chodzi o to, że wspominana wielobarwność energii poprzez nadmierną kontrolę była nieco uśredniona i nie oferowała zawartych w muzyce na przemian następujących po sobie, twardych i miękkich jej odcieni. A gdy do tego doszła nieobliczalność lampy elektronowej w serwowaniu dźwiękowi naturalnego rozwibrowania, muzyka ewidentnie tętniła większym życiem. Nie pod aż tak bardzo przysłowiową linijkę, jak w teście samych kolumn z Gryphonem, tylko z naturalnymi potknięciami typu: przyjemne dla ucha rozmycie ostrości rysowania dolnych rejestrów, a innym razem nieoczekiwane doświetlenie średnicy. I gdy wielu z Was może wydawać się to niedorzeczne, bez najmniejszych problemów oświadczam, iż dopiero dzisiejsza konfiguracja testowa pokazała, jak powinny grać kolumny Nika. Oczywiście w głównej mierze chodzi o dopasowanie systemu. Jednak to tylko ogólnik, bowiem jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. A te w przypadku opiniowanej GM-ki opiewają na będącą wynikiem stosownego rozbudowania sekcji zasilającej kontrolę dolnych rejestrów z zachowaniem mocnego i soczystego uderzenia, pozwalającą uzyskać odpowiednie wyniki soniczne topologię układów elektrycznych oraz zastosowanie w nich najlepszych komponentów z lampami typu NOS włącznie. I zapewniam, to nie są wnioski wyssane z palca, tylko zdobyte podczas testu phonostage’a, a teraz potwierdzone przy okazji wzmacniacza zintegrowanego nauszne dowody. Już raz w przypadku tego producenta to pisałem, ale teraz kolejny raz powtórzę. Tak dobrze operujących dolnym zakresem i kontrolowaną esencjonalnością całości przekazu urządzeń lampowych na całym światowym rynku naprawdę jest jak na lekarstwo. I nie chodzi o proste kopanie słuchacza tymi aspektami, bo jest wiele mocnych lampiaków, które starają się nawet w tym prześcignąć solidne tranzystory, tylko uzyskanie konsensusu pomiędzy ilością esencji, a odpowiednim dozowaniem jej raz w estetyce twardości, a raz miękkości, przy ciężkim do osiągnięcia przez tego typu konstrukcje zejściu basu. To w wydaniu naszego bohatera było na tyle znakomite, że tak naprawdę dopiero z nim w torze przekonałem się, co potrafią będące częścią konfiguracji kolumny.
Biorąc na tapet repertuar z testu samych kolumn w całkowicie innym świetle wypadło dosłownie wszystko. I wiodąca prym w wielu utworach płynna, soczysta, mieniąca się niskim tonem gitara basowa i wokaliza i wszelkiego rodzaju reszta instrumentarium. Niby wszystko brzmiało w podobnej estetyce, jednak teraz z większą dawką emocji spowodowanych tak odpowiednią aplikacją szklanych baniek, jak i zapewnieniem jedynie niezbędnej, a nie nadmiarowej mocy przez wzmacniacz. Wiadomym jest, że co za dużo, to niezdrowo i te dwa przeprowadzone w niedługim czasie testy z tymi samymi zespołami głośnikowymi pokazały to dobitnie. I gdy w pierwszej odsłonie nawet nie zająknąłem się w duchu na temat chęci skonfigurowania sobie takiej układanki w przypływie chęci zmian, to podczas tej sesji ilość całkowicie niedostępnych wcześniej emocji całkowicie odmieniła te wizję. Naturalnie z wszelkimi jakościowymi ustępstwami w stosunku do obecnej konfiguracji. Jednak ustępstwami dającymi tyle radości ze słuchania muzyki, że bardzo łatwo akceptowalnymi.
I gdy wydawałoby się, że w ten sposób wyrażana pozytywna zmiana raczej nie będzie sprawdzać się w przypadku ostrego grania, ku mojemu zaskoczeniu bardzo zyskał na takim posunięciu także krążek „Highway To Hell” grupy AC/DC. Sytuacja była podobna. Dawka kontrolowanej różnobarwności energii pozwoliła muzyce bardziej płynąć, a nie być bezdusznie w punkt odtwarzana, co w tym przypadku w najmniejszym stopniu nie powodowało zmniejszenia jej ekspresji, tylko wstrzykiwało w nią dodatkową nutkę muzykalności. Jak to się stało, nie mam pojęcia, ale bezapelacyjnie się stało i to w rozumieniu nader pozytywnym.

Wieńcząc opiniowanie wzmacniacza zintegrowanego Destination Audio GM70, a tak naprawdę także dwuczęściowy test kolumn Nika mam nadzieję, że jasno z niego wynikają dwie rzeczy. Pierwszą jest zarezerwowane dla najlepszych konstrukcji pełne magii lampy, z mocnym udziałem kontrolowanej masy i gęstości podania muzyki brzmienie integry. Jak wspominałem, konstrukcje tego producenta w sobie tylko znany sposób wymykają się typowym wynikom konkurencji. Chodzi o to, że oprócz typowych dla lampowych urządzeń aspektów kolokwialnie mówiąc uczłowieczania muzyki, ich podstawową zaletą jest zjawiskowe operowanie dolnym zakresem. Zapewniam, nie jest to takie łatwe, a do momentu starcia z zabawkami Destination Audio myślałem, że prawie niemożliwe. Natomiast drugą kwestią tego rozdania testowego jest pewnego rodzaju uniwersalność kolumn. Już w starciu z moim tranzystorem co prawda w estetyce lekkiego vintage’u, ale zagrały bardzo wciągająco. Jednak to, co pokazały po podłączeniu dedykowanego, czyli zapewniającego niezbędną, a nie zbyt mocno przewymiarowaną dawkę energii wzmacniacza na bazie lamp elektronowych, całkowicie zmieniło ich wizerunek. I nie były to drobne niuanse, tylko inny w rozumieniu pozytywnym świat. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, świat realizowany na bazie konstrukcji tej samej wizji producenckiej, czyli od początku do końca mający zapewnić pełną synergię nie tylko pomiędzy urządzeniami, ale także słuchaczem i muzyką, co moim zdaniem świetnie się udało.

Jacek Pazio

Opinia 2

Kontynuując eksplorację radosnych przejawów rodzimej myśli technicznej po tubowych Nikach i dopiero co opisanym krakowskim przedwzmacniaczu gramofonowym Circle Labs V1000 przyszła pora na … , nie na przewody, choć i takowe cierpliwie czekają na swoje pięć minut, lecz roztaczającą wokół siebie dyskretną bursztynową poświatę lampową integrę. Jednak akurat w tym przypadku integralność bynajmniej nie dotyczy jej fizyczności, gdyż mamy do czynienia z dwoma, i to dość pokaźnych rozmiarów korpusami, a anatomii i zasady działania. O kim, a raczej o czym mowa? O wzmacniaczu zintegrowanym Destination Audio GM70, na którego test serdecznie zapraszamy.

Już na samym wstępie pragnę wyjaśnić, iż wspomniana we wstępniaku dezintegracja tytułowej integry wynika jedynie z faktu wyodrębnienia z konstrukcji głównej – sygnałowej, sekcji zasilającej. Czyli tak na dobrą sprawę mamy do czynienia z pokłosiem wykonania zabiegu eliminacji źródła ewentualnych zakłóceń z bezpośredniego sąsiedztwa wrażliwych na tego typu anomalie ścieżek przepływu użytecznych sygnałów audio, znanego chociażby z niedawno u nas goszczącego phonostage’a, jak i preampu Van den Hul The Emerald. O ile jednak ww. Niderlandczyk dysponował z racji swych dość wątpliwych walorów estetycznych, jak i rozmiarów jednostką zasilającą niejako predystynowaną do ukrycia gdzieś za pierwszą linią sprzętu (przykrycia serwetka i postawienia kwiatka nie polecam), o tyle w GM70 taka opcja raczej w grę nie wchodzi. Jak bowiem doskonale widać zarówno moduł sygnałowy, jak i zasilający nie dość, że prezentują się nad wyraz dostojnie i zarazem elegancko, to z racji obecności na swych płytach górnych zarówno lamp, baterii kondensatorów, jak i imponujących katafalków skrywających trafa i dławiki lepiej mieć je na podorędziu, chociażby w celu usuwania gromadzącego w się w najprzeróżniejszych zakamarkach kurzu. A jest o co dbać, gdyż 70-ka na swym grzbiecie dumnie prezentuje aż osiem lamp, w tym usytuowane tuż przy tylnej krawędzi, adekwatne zastosowanej przez producenta nomenklaturze oddające po 20W na kanał GM70. Jednostka sygnałowa na płycie czołowej może pochwalić się dwiema gałkami – lewą odpowiedzialną za głośność i prawą selektora wejść, za to zasilacz dysponuje jedynie hebelkowym włącznikiem.
Zdecydowanie więcej dzieje się od zakrystii, bowiem do dyspozycji mamy zarówno cztery pary wejść liniowych (3 RCA i pojedyncze XLR-y) jak i wyjścia XLR, oraz pojedyncze odczepy dla 4 i 8 Ω obciążenia uzupełnione wielopinowym terminalem zasilającym. Z kolei zasilacz posiada główne gniazdo zasilające i wyjście firmowej magistrali zasilającej pomiędzy którymi umieszczono komorę bezpiecznika. Całość utrzymano w eleganckiej kolorystyce dystyngowanej czerni i przyjaznego oczom miedzianego brązu, przez co pomimo dość pokaźnych rozmiarów trudno zarzucić producentowi jakiekolwiek tendencje do zbędnej gigantomanii a zarazem nader umiejętne nawiązywanie do takich ikon jak np. Kondo.

Jak to jednak w audio bywa nie samym designem człowiek żyje, lecz tym, czym potrafią nakarmić nasze uszy te ładniejsze, jak i nieraz „ładne inaczej” urządzenia. Całe szczęście w przypadku Destination Audio GM70 klasa brzmienia idzie w parze z elegancją szaty wzorniczej, więc wpinając naszego gościa w tor najogólniej rzecz ujmując nie powinniśmy czuć się rozczarowani. Ba, jeśli tylko zapewnimy mu odpowiednie towarzystwo w postaci kolumn, z którymi nawiąże nić porozumienia a nie będzie musiał na każdym kroku z nimi się siłować i ujarzmiać, to szanse na sukces dramatycznie wzrosną. Nie ukrywam, że my pod tym względem mieliśmy o tyle łatwiej, iż po ostatnich testach stacjonowały u nas Niki, które jak łatwo się domyślić zdecydowanie bardziej przypadły do gustu 70-ce aniżeli nasze dyżurne Gaudery i to właśnie z nimi przeprowadziłem lwią część odsłuchów. Warto w tym momencie nadmienić, iż pomimo wysokiej – sięgającej 99 dB skuteczności w głośnikach panowała absolutna cisza, co tylko dobrze świadczy tak o budowie, jak i projekcie naszego gościa.
Efekt? Wyborny, albowiem uzyskaliśmy dźwięk o niezwykle gładkiej fakturze, kremowej konsystencji a zarazem wysoce satysfakcjonującej rozdzielczości, oddechu – otwartości i co istotne również pulsującej motoryce. Oczywiście w kategoriach bezwzględnych nasz dzisiejszy gość operował po nieco innej stronie intensywności i dynamiki aniżeli niedawno u nas goszczące ponad 400W monosy VTL-a, jednak wspominam o tym jedynie z czysto kronikarskiego obowiązku, gdyż po pierwsze sięgając po 20W lampę nikt przy zdrowych zmysłach raczej nie robi tego w celu odwzorowania wgniatającej w fotel potęgi „Metallica Through The Never” Metallici, bądź eksploracji syntetycznych infradźwięków zawartych na „Planetary Medicine” Murkury, bo to zupełnie nie ten adres. Choć stronić od bardziej cywilizowanych odmian Rocka wcale nie trzeba, gdyż zarówno Stonesi, jak i nawet progresywny, rodzimy Riverside wypadły wielce przekonująco. Po prostu chodzi o świadomość, że tu pierwsze skrzypce grają wyrafinowanie i swoboda, naturalność artykulacji, które wraz z iście organiczną barwą i wysyceniem sprawiają, iż czas zaczyna nie tylko płynąć wolniej, co dramatycznie tracić na znaczeniu. I tak po prawdzie wypadałoby uznać, iż to właśnie owa naturalność staje się w serwowanej przez 70-kę prezentacji kluczowa. Bowiem wraz z upływem spędzanego w jej towarzystwie czasu coraz bardziej uzależniamy się od nieco odmiennej od obowiązujących współczesnych wzorców estetyki, gdzie narracja opiera się na komunikatywności a nie detaliczności. W rezultacie, choć słyszymy wszystko co trzeba i co w materiale źródłowym się znalazło, to akcent ustawiony jest na sposobie – formie artykulacji, reprodukcji a nie li tylko analitycznej prezentacji wolumenów i parametrów określających dobiegających nasze uszy dźwięków. Na „Verdi: Il Trovatore” z nieodżałowanym Luciano Pavarottim mamy pełen obraz sceny – z przemieszczaniem się poszczególnych śpiewaków, wieloplanowością rozgrywających się na scenie wydarzeń a co za tym idzie niezwykle oczywistymi i dynamicznymi zmianami odległości pomiędzy widzem/słuchaczem a samymi bohaterami. To spektakl, żywy, dynamiczny i przez to w pełni naturalny, realistyczny, w dodatku aż kipiący od emocji. I całe to bogactwo doznań integra Destination Audio nie tylko oddaje, co bardzo umiejętnie potęguje dyskretnie kierując snop światła na kluczowe w danym momencie postaci sugestywnie wycinając je z tła, jednocześnie zachowując ich z nim powiązania i relacje.
Co ciekawe nawet na pełnym elektronicznych sampli i orientalnych wstawek „Drum Therapy” Tor rodzimy wzmacniacz również był w stanie wykreować swoisty oniryczny mikro-świat i na blisko trzy kwadranse zamknąć w nim słuchaczy. Łącząc impresjonistyczne plamy dźwiękowe, z szorstkimi przesterami i bezlikiem najprzeróżniejszych perkusjonaliów podążał za niespiesznym tempem kompozycji tworząc angażujące nie tyle tło, co właśnie ów mikro-świat, otaczającą nas wypełnioną dźwiękami, muzyką przestrzeń. Nader udanie też różnicował definicje naturalnego i „cyfrowego” instrumentarium przez co to pierwsze stawało się bardziej namacalne i oczywiste a to drugie operowało na zasadzie dynamicznie generowanych hologramów.

Jak łatwo się domyślić zarówno z racji gabarytów, wykorzystywania lamp, oferowanej mocy, czy też poniekąd ceny Destination Audio GM70 trudno uznać za propozycję dla wszystkich i do każdego systemu. Jeśli jednak dysponujecie Państwo odpowiednią ilością miejsca oraz kolumnami łaskawymi dla lampowej i niezbyt wysilonej amplifikacji a przy tym bliżej wam do melomańskiego aniżeli audiofilskiego modelu absorpcji słuchanego repertuaru, to w Waszym przypadku odsłuch GM70 jest jak najbardziej wskazany.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Producent/Dystrybucja: Destination Audio
Cena: 50 000€

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 20W / 4Ω, 2 x 14W / 8Ω
Pasmo przenoszenia:10Hz~85kHz(-1.5dB)
Zniekształcenia THD: 1% (1 kHz)
Odstęp sygnał / sum: 87 dB
Input Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Zastosowane lampy: 2 x ECC40, 2 x 5687, 2 x 6W6, 2 x GM70
Pobór mocy: 350W
Wymiary (S x W x G): 312 x 255 x 466 mm
Waga: 75 kg

Pobierz jako PDF