Opinia 1
Zakładam, że nawet jednostkom mającym choćby śladowe rozeznanie w tematyce Hi-Fi / High-End niderlandzkiej marki Van den Hul przedstawiać nie trzeba. W końcu to jeden z (naj)lepiej rozpoznawalnych, chociażby z racji stażu, producent wielce szanowanych wkładek gramofonowych oraz nieprzesadzonych pod względem cen a jednocześnie mających ugruntowaną pozycję przewodów audio maści wszelakiej. Jak się jednak okazuje w „pomarańczowym” portfolio można znaleźć nie tylko ww. asortyment, lecz również, na razie oceniając li tylko poprzez pryzmat cen, wysokich lotów … elektronikę. Zdziwieni? Cóż, przecież historia od dawien dawna zna przypadki podobnej niesubordynacji. Daleko nie szukając wystarczy wspomnieć o kojarzonym przede wszystkim z kolumnami Audiovectorze (Zero Compression Avantgarde Arreté), czy Xavianie (Mondiale), którym zdarzały się kablarskie a w przypadku German Physiks (Emperor Integrated), czy Sonus faber (Musica) elektroniczne incydenty. Podobne wycieczki w nieznane mają na swoim koncie również i producenci okablowania, jak chociażby próbujący szczęścia z kolumnami Acoustic Zen (Adagio Junior, Adagio, Crescento, Maestro, Allegro), Vermöuth Audio (Studio Monitor), czy Esprit Audio (Amelia, Lisa). Niemniej jednak elektronika VdH była dla mnie, przynajmniej do niedawna co najwyżej dość egzotyczną ciekawostką nad której obecnością przechodziłem do porządku dziennego widując i podsłuchując wystawowe systemy czy to w trakcie maratonów na monachijskich High Endach (2013, 2019), czy rodzimym AVS-ie. I właśnie niejako w następstwie stołecznego spędu wespół, zespół z Bartkiem z Szymański Audio – nowym dystrybutorem wiadomej marki, uznaliśmy za stosowne nadrobić zaległości i wziąć na redakcyjny tapet składający się przedwzmacniacza liniowego i dwóch monobloków zestaw. Tym oto sposobem w ramach niniejszego spotkania spieszymy podzielić się z Państwem stricte subiektywnymi wrażeniami i obserwacjami zebranymi podczas użytkowania Van den Hul The Emerald & The Excalibur w obu naszych redakcyjnych systemach.
Jak powyższa galeria unaocznia tytułowy tercet prezentuje się nad wyraz skromnie. Ot, trzy niemalże bliźniacze nisko-profilowe korpusy pozbawione jakichkolwiek manipulatorów plus niespecjalnie do nich pasujący wzorniczo zasilacz przedwzmacniacza. Najdelikatniej rzecz ujmując dość skromnie jak na wydatek uszczuplający nasze konto o drobne 150 kPLN. To jednak tylko pozory, bowiem wszystkie obudowy jednostek sygnałowych wykonano z masywnych 6 i 10mm płatów anodowanej na czarno stali. Z kolei boki, zamiast zwyczajowych radiatorów zdobią polakierowane na wysoki połysk drewniane klepki. W przypadku przedwzmacniacza za jedyny (okupujący lewy narożnik firmowy logotyp pozwolę sobie litościwie pominąć) element dekoracyjny możemy uznać centralnie umieszczony niewielki, acz kilkuwierszowy pomarańczowy wyświetlacz. Brak jakichkolwiek pokręteł i przycisków rekompensuje masywny, wycięty z bloku aluminium pilot zdalnego sterowania, z którego pomocą dokonamy nie tylko podstawowych nastaw, co po prostu zyskamy możliwość obsługi samego urządzenia. Rzut oka na nieco cofniętą względem obrysu korpusu ścianę tylną wyraźnie ubogaca wcześniejszy minimalizm. I tu od razu drobna uwaga natury użytkowej, bowiem choć The Emerald ma budowę symetryczną, to gniazda we/wyjściowe nie są ustawione względem wyznaczających oś gniazda zasilającego i zacisku uziemienia symetrycznie, lecz niejako ich układ jest zdublowany. Dlatego też od lewej napotkamy wyjścia liniowe XLR i RCA a następnie naprzemiennie po dwa zestawy wejść XLR/RCA i to z nieco zagmatwaną numeracją (pierwszy XLR ma nr. 2, drugi 1 a RCA odpowiednio 4 i 3), wspomniane interfejsy zasilająco/uziemiające i powtórkę z rozrywki, czyli sekcję wyjściową i wejściową. Niezbyt to logiczne i intuicyjne, więc lepiej gdzieś na podorędziu trzymać zdjęcie pleców w formie ściągawki przydatnej podczas późniejszego okablowywania systemu.
Nijakich kontrowersji nie budzą za to końcówki, których awersy zdobią jedynie centralnie zaaplikowane włączniki stand-by a z kolei plecy mogą pochwalić się pojedynczymi wejściami XLR, przelotką (również XLR) na kolejną końcówkę (przydatną przy bi—ampingu) parą terminali głośnikowych WBT i zintegrowanym z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdem zasilającym. Pewien niepokój może budzić widok dwóch kratek wentylacyjnych za którymi ukryto niewielkie, sterowane czujnikiem temperatury coolery chłodzące znajdujący się za nimi grzebień radiatora. Jednak spieszę wszystkich uspokoić, iż pomimo najszczerszych chęci i usilnych starań podczas odsłuchów nie udało mi się przyłapać Excaliburów na nawet najcichszym szumieniu ww. wiatraczkami, więc albo nawet nie wystartowały, albo zgodnie z zapewnieniami producenta rzeczywiście pracują całkowicie bezszelestnie.
Od strony technicznej przedwzmacniacz pracuje bez globalnego sprzężenia zwrotnego z kaskadowo zaprojektowanym stopniem wejściowym i MOSFET-ami na wyjściu. Sygnał prowadzony jest symetrycznie, więc nawet w 128 krokowej regulacji głośności każdy kanał ma własny układ. Z kolei końcówki dysponują mocą 100w przy 8 i 130W przy 4Ω obciążeniu.
Przechodząc do części poświęconej wrażeniom odsłuchowym pół żartem pół serio mógłbym uznać, iż serwuję sobie swoistą powtórkę z rozrywki – z minionego Audio Video Show, gdyż podczas ww. spędu tytułowy set grał z dokładnie tą samą parą majestatycznych AudioSolutions Figaro L2, która dziwnym zbiegiem okoliczności po wystawie nie dość, że wylądowała w moim dyżurnym systemie, to finalnie w nim została. Niemniej jednak, chociażby przez wzgląd na przypadkowość wystawowego odsłuchu, jak i trudną do pominięcia ilość zmiennych – jak sama nazwa wskazuje wystawa służy oglądaniu a nie słuchaniu, więc uznałem, że nie ma sensu zbytnio sugerować się zasłyszanymi wtenczas dźwiękami. Dałem zatem tercetowi Van den Hul-a carte blanche i bez niepotrzebnych, choćby podprogowych, oczekiwań wziąłem go pod lupę.
Jak bardzo szybko się okazało na tle swego, całkiem niedawno u nas goszczącego, kablarskiego rodzeństwa niderlandzka elektronika nie ma się czego wstydzić, gdyż niejako w swym DNA ma jasno sprecyzowane uwarunkowania i rolę, jaka przypada jej w firmowej układance. Ma możliwie wydajnie wzmacniać dostarczane jej sygnały i przy okazji niespecjalnie rzucać się tak w oczy, jak i uszy. I to właśnie robi, choć śmiem twierdzić, że o ile aparycyjnie rzeczywiście jest nad wyraz mało absorbująca, to brzmieniowo ma zdecydowanie więcej do zaoferowania aniżeli można byłoby po jej wyglądzie spodziewać. Otrzymujemy bowiem, z jej udziałem, niezwykle energetyczny i otwarty przekaz. Co ciekawe owo otwarcie nie opiera się na wypchnięciu, wzmocnieniu góry, lecz niezwykłej namacalności i witalności średnicy, która gra tu pierwsze skrzypce. Dzięki czemu wokale i to zarówno te jedwabiste („Songs” Plácido Domingo), jak i te chropawe („You Want It Darker” Leonard Cohen) a nawet szeleszczące („Quelqu’un m’a dit” Carla Bruni) mają taką siłę rażenia i namacalność, jakby Martin Kantola z Nordic Audio Labs na każdą z ww. sesji nagraniowych dostarczył mikrofony NU-24K. Rozumieją Państwo o co chodzi? To jest ten poziom realizmu i namacalności jakbyśmy stali/siedzieli z nimi (wokalistami, nie mikrofonami) twarzą w twarz, w związku z czym sposób wymowy, artykulacja, jakie by one nie były, są właściwe danemu interlokutorowi, więc przyjmujemy je i z automatu akceptujemy wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza bez szukania dziury w całym, dzielenia włosa na czworo i zastanawiania się, czy przypadkiem tembr nie mógłby być głębszy, sybilanty mniej/bardziej podkreślone a przypadkowe mlaśnięcia, zwilżanie warg głośniejsze/bardziej dyskretne. A tu słyszymy to, co niejako widzimy, mamy na wyciągniecie ręki i cały przekaz nie dość, że w pełni logiczny, to jest przede wszystkim niezwykle koherentny i do szpiku kości naturalny.
Dół pasma początkowo wydaje się pełnić rolę uzupełniającą, żeby nie powiedzieć służebną. Nie absorbuje, nie uzurpuje sobie praw do podzakresów jemu nieprzypisanych i nawet na dość ciemno, gęsto zrealizowanych krążkach („New Moon Daughter” Cassandra Wilson) nie czuje się w obowiązku dodatkowo owego klimatu potęgować podkreślając gabaryt kontrabasu, czy też pogrubiając jego struny. Wystarczy jednak, by na materiale źródłowym znalazł się odpowiednio treściwy energetycznie impuls, jak daleko nie szukając na „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, by na własnych trzewiach poczuć, iż pozornie mało imponujące „na papierze” 100 niderlandzkich watów to nie w kij dmuchał i potrafi zatrząść całym pokojem. Przy czym tercetowi Van den Hul-a udaje się zachować wzorową równowagę zarówno pomiędzy zróżnicowaniem i mięsistością, jak i wolumenem a kontrolą najniższych składowych, więc i tutaj zamiast analizy nasze zmysły bardzo szybko przechodzą w tryb syntezy i relaksu. Gwoli wyjaśnienia tylko wspomnę, iż również cięższy repertuar nie stanowi dla Emeralda z Excaliburami problemu, więc zarówno miłośnicy wyrafinowanych prog-metalowych wygibasów sygnowanych przez ekipy Toola i Dream Theater, jak i brutalnej młócki w stylu Whitechapel mogą z powodzeniem po swoje ulubione krążki sięgać.
No i jeszcze góra, która idealnie wpisując się w estetykę pozostałych podzakresów, w pełni zasługując na miano eleganckiej, czy wręcz wyrafinowanej, a tym samym dalekiej od zbytniej nadpobudliwości i ekspresji, o ile tylko takowe atrakcje na odsłuchiwanym materiale się nie znajdą. Dlatego też choć Roberta Mameli na „Anime Amanti” zachwycać będzie intensywnością i maestrią artykulacji podpartej krystaliczną czystością sopranu, to już drący się jakby sobie przyrodzenie suwakiem od spodni przyciął Marc „Zelli” Zellweger („CURSED” Paleface Swiss) zbliżać się będzie do granicy tolerancji większości ze słuchaczy. Jak jednak łatwo się domyślić ewentualne pretensje o serwowanie takowych ekstremów słuchacz może mieć jedynie do siebie (wybór repertuaru), jak i ewentualnie wykonawcy, jeśli owych wykrzyczanych rejestrów się po nim nie oczekiwał, a nie do tytułowej amplifikacji pełniącej w tym łańcuchu zdarzeń jedynie rolę pośrednika.
Jak mam nadzieję z powyższych wywodów jasno wynika zestaw Van den Hul The Emerald & The Excalibur powinien sprawdzić się wszędzie tam, gdzie poszukiwana jest szeroko-rozumiana muzykalność i swoboda prezentacji. Jeśli zatem średnica jest Waszym oczkiem w głowie a posiadane przez Was zestawy głośnikowe zdolne są oddać zarówno anielskie pienia, jak potępieńcze jęki i dochodzące z piekielnych czeluści infradźwiękowe pomruki, to możecie być Państwo pewnie, że niderlandzki tercet nie tylko niczego dla siebie nie zachowa, to jeszcze, niejako w gratisie, dorzuci podnoszącej przyjemność odbioru naturalnej organiczności i wysycenia. Krótko mówiąc Van den Hul reprezentuje bardzo „ludzkie” oblicze High Endu tak pod względem wzornictwa, brzmienia, jak i cen, co w dzisiejszych czasach wcale nie jest takie oczywiste.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie oszukujmy się, tytułowy niderlandzki brand przez znakomitą większość populacji audiomaniaków rozpoznawany jest li tylko przez pryzmat okablowania audio. Przez jednych po zastosowaniu w pełnym komplecie bezgranicznie uwielbiane, przez innych przy punktowym użyciu w danym systemie uważane jako niezbędne do odpowiedniego strojenia jego finalnego brzmienia, ale przez symboliczną grupę właśnie ze względu na swój sznyt, o cechach którego możecie dowiedzieć się z niedawno opublikowanej recenzji na naszych łamach raczej omijane. Jednak myli się ten, kto twierdzi, że ów podmiot tylko kablami stoi. A dowodem na prawdziwość tej informacji jest dzisiejsze nasze spotkanie. Skądinąd bardzo ciekawe, bowiem będącą tematem przewodnim elektronikę, tak tak elektronikę spod znaku VDH wspierać będzie wspomniane przed momentem okablowanie z poprzedniego testu. Co zatem udało się ściągnąć na testowy sparing? Otóż miło jest mi poinformować zainteresowanych, iż po owocnych konsultacjach z łódzkim dystrybutorem Szymański Audio w nasze skromne progi zawitał zestaw sekcji wzmocnienia pochodzącej z Niderlandów marki Van den Hul w postaci przedwzmacniacza liniowego The Emerald i dwóch monofonicznych końcówek mocy The Excalibur. Naturalnie jak wspomniałem, całość okablowana została testowanymi niedawno konstrukcjami VDH.
Kreśląc kilka zdań o budowie tytułowych konstrukcji pierwszą istotną informacją jest potwierdzenie, iż tak przedwzmacniacz liniowy, jak i kocówki mocy bazują na tych samych, czyli zunifikowanych wizerunkowo i gabarytowo obudowach. To stosunkowo niskie, ale za to bardzo ciężkie, przy tym dość głębokie i osiągające typową szerokość dla tego typu urządzeń skrzynki, które różnią jedynie wyposażenie awersu i rewersu oraz ilość otworów wentylujących trzewia na ich górnej połaci – naturalnie monobloki z racji osiągania wyższych temperatur podczas pracy mają ich nieco więcej. Jeśli chodzi o fronty naszych bohaterów, pre liniowe może pochwalić się mieniącym się pomarańczową poświatą wielofunkcyjnym wyświetlaczem, zaś końcówki jedynie okrągłymi włącznikami inicjującymi ich pracę. Co tylnych paneli przyłączeniowych pre oferuje nam wielopinowy terminal dla zewnętrznego zasilacza, po dwa wejścia liniowe RCA i XLR, po jednym wyjściu liniowym RCA i XLR oraz zacisk masy, natomiast monosy po jednym wejściu i wyjściu XLR dla wzmacnianego sygnału, pojedyncze zaciski kolumnowe oraz zintegrowane z głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Naturalnie w zestawie przedwzmacniacza standardowo znajdziemy również pozwalającego obsłużyć jego funkcje z miejsca odsłuchowego pilota zdalnego sterowania.
Próbując wprowadzić Was w to testowe rozdanie z udziałem produktów pochodzących z w sporej części depresyjnej części Europy przypomnę najważniejszy wniosek ze spotkania z okablowaniem spod znaku VDH. Oczywiście chodzi o pewnego rodzaju ciekawe w odbiorze uplastycznianie przekazu, które z jednej strony go ukulturalniało, ale z drugiej nie powodowało jego wizualizacji w estetyce jak po zażyciu Pavulonu. Tłumacząc z polskiego na nasze chodzi o to, że muzyka brzmiąc przyjemniej i z większą gładkością nie traciła przy tym umiejętności pokazywania zawartych w niej wszelkiej maści emocji z agresją włącznie. Dlatego we wstępniaku pisałem, że jedni to kochają, inni dozują w swoich systemach wybranym modelem kabla, a jeszcze inni hołubiący latające w eterze żyletki w celu odpowiedniego połączenia ze sobą posiadanego zestawu raczej szukają gdzie indziej. Jak zatem na tle tych trzech opcji zakończył się mariaż tak brzmiącego okablowania z sekcją wzmocnienia pochodzącą od tego samego producenta? Przyznam szczerze, że będących wynikiem tego spotkania aspektów się spodziewałem, jednak nie w aż takim stopniu. Przypuszczałem, że aby dotrzeć do jak największej grupy audiomaniaków przekaz podryfuje w stronę otwarcia w sensie wzmocnienia krawędzi dźwięku przy pozostawieniu tak ważnych dla tej marki symptomów gładkości prezentacji, jednak nie w tak bardzo dużym i dla mnie osobiście znakomicie odebranym stopniu. Mam na myśli to, że owe zmiany przy zbyt małej ofensywności korekty ogólnego odbioru przeszłyby bez ważnego dla elektroniki echa. A tak wzrosła pewnego rodzaju pozytywnie odbierana twardość energii i wyostrzył się rysunek wirtualnych bytów, co zaowocowało tchnięciem w muzykę życia przez podniesienie zawartości w niej pozytywnie definiowanej adrenaliny. Poprawiła się szybkość narastania sygnału, jego puls i dzięki temu mikro oraz makro-dynamika. Dla mnie na tle odbioru samego okablowania to było znakomite powstanie przysłowiowego Feniksa z popiołów. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, to moje osobiste odczucie, a nie autorytatywny wniosek, bo wiem, za co ludzie kochają tę markę. Oprócz dużej dawki esencjonalności lubię pozytywną agresję przekazu, dlatego gdy w moim systemie kompletny set kabli na dłuższą metę jedynie mógłbym tolerować, to już mariaż firmowych frutów z elektronicznymi zabawkami wzbudził zaskakującą chęć pożądania. Dlatego na samym początku wspominałem o wysokim poziomie pozytywnego zaskoczenia po odpaleniu firmowego konglomeratu z Niderlandów.
Na potwierdzenie takiego stanu rzeczy wspomnę choćby o najnowszej kooperacji znakomitego saksofonisty Joe Lovano z naszą formacją Marcina Wasilewskiego, Sławomira Kurkiewicza oraz Michała Miśkiewicza zatytułowanej „Homage”. To może nie jest testowy killer, ale do ciekawego odtworzenia jest dość wymagający materiał, gdyż w sporej ilości utworów mamy do czynienia z tak zwanym graniem ciszą. A jeśli tak, wiadomym jest, że bardzo istotnym jest odpowiednie pokazanie źródeł pozornych w domenie ostrości rysunku podpartego stosownie dozowana energią. I gdy same kable zrobiły to w dość łagodny, a przez to dla mnie nieco zbyt spokojny sposób, to cały zestaw VDH bardzo mocno podniósł poprzeczkę jakości odbioru. Pokazała się niezbędna nieprzewidywalność obrazowania ekspresji poszczególnych instrumentalnych popisów, co tak naprawdę jest clou dobrego zagrania tego typu twórczości. Było po prostu z drive-m i dzięki temu z życiem i wciągająco od początku do końca płyty.
W podobnym stylu oczywiście zaprezentowała się mocniejsza muzyka w stylu choćby „Paranoid” Black Sabbath. W szczególności na pełnym skompletowaniu produktów VDH zyskał kultowy „Iron Man”. Zabrzmiała z wyraźnie mocniejszym akcentowaniem drapieżności i energii, co zaowocowało podkreśleniem w pozytywnym znaczeniu swoistej „komputerowości” kultowych słów z początku utworu oraz wzmocnieniem brzmienia wyraziście podkreślających ich moc brzmienia gitarowego riffu. Bez tego nie osiągniemy niezbędnego poziomu drapieżności tej produkcji, czego w moim odczuciu nieco brakowało podczas testowania samych kabli, a co teraz bez najmniejszych problemów zabrzmiało odpowiednio mocno. Naturalnie nie był to top topów odtworzenia tego krążka, ale na tle pierwszego zderzenia po okablowaniu mojej zbieraniny Van den Hul-em, a obecnie opiniowanym firmowym składem była znaczna różnica in plus. Po prostu chciało się słuchać i to tak jak powinno, czyli głośno.
Mam nadzieję, że z powyższego opisu jasno wynika, iż niderlandzka elektronika jest w pewnym sensie czymś na kształt, w pozytywnym znaczeniu, zneutralizowaniem fajnej, ale jednak maniery umilania świata muzyki przez okablowanie. Oczywiście i jedno, i drugie w znakomitej większości zestawów nie tylko ma szansę się sprawdzić, ale bardzo dobrze sobie radzi. Jednak nie ma się co oszukiwać, testowany dzisiaj konglomerat wzmacniający to ewidentna dawka adrenaliny, co sprawia, że nadal ze sporym spokojem, ale muzyka jest w stanie wzbudzić w nas większy poziom niezbędnej do pełnego wejścia w nagranie pozytywnej adrenaliny. Dla mnie to znakomity ruch, który po posłuchaniu pełnego seta konstrukcji VDH-la dla wielu z Was może być finałem poszukiwań odpowiedniego zestawu audio na długie lata. Naprawdę coś w tym jest.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Szymański Audio \ Van den Hul Polska
Producent: Van den Hul
Ceny
Van den Hul The Emerald: 61 799 PLN
Van den Hul The Excalibur: 45 999 PLN / szt.
Dane techniczne
Van den Hul The Emerald
– Wejścia: 2 pary XLR; 2 pary RCA
– Rezystancja wejściowa: 10 kΩ
– Wyjście: para XLR; para RCA (oba wyjścia są dostępne jednocześnie jeśli impedancja wejściowa końcówki mocy > 10 kΩ)
– Impedancja wyjściowa: ok. 350 Ω
– Napięcie wyjściowe: >= 6 Vss na wyjściu zbalansowanych
– Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 20 kHz, ± 0,2 dB
– Zniekształcenia: < 0,01% (1 kHz) przy 1 V RMS na wyjściu zbalansowanym
– Potencjometr: zdalnie sterowany, drabinka rezystorowa, 128-stopniowa regulacja, 0,75 dB / krok, stała rezystancja wejściowa, maksymalne tłumienie –95,25 dB, regulacja balansu i wyciszenie dostępne z pilota
– Wymiary (S x G x W): 45 x 33,5 x 10 cm
– Waga: 19 kg (bez zewnętrznego zasilacza)
Van den Hul The Excalibur
– Moc: 100 W / 8 Ω; 130 W / 4 Ω
– Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 380 kHz
– Wejścia: XLR
– Wyjścia: XLR (do bi-ampingu)
– Impedancja wejściowa: 33 kΩ
– Zniekształcenia: < 0,1% (1 kHz, 50 W / 8 Ω)
– Wymiary (S x G x W): 45 x 33,5 x 10 cm
– Waga: 26 kg