Opinia 1
Pochodzącej zza wielkiej wody, czyli będących kolebką ekstremalnego High Endu Stanów Zjednoczonych marki VTL z pewnością nikomu nie trzeba przedstawiać. Naturalnie w pierwszej kolejności dlatego, że jest jednym z podstawowych beneficjentów przywołanego przed momentem określenia jakości oferowanego dźwięku, w drugiej z uwagi na bardzo udane posiłkowanie się uwielbianymi przez melomanów lampami elektronowymi, zaś w trzeciej prężnego jej promowania w naszym kraju przez rodzimego dystrybutora. Tak tak, frazę VTL w Polsce zna dosłownie każdy adept zabawy w zaawansowane audio i kojarzy ją z czymś godnym zaufania na każdym pułapie cenowym. Nie wierzycie? Cóż, to można sprawdzić nawet na naszym portalu analizując testy zestawu pre-power, wzmacniacza zintegrowanego i phonostage. Czy te epizody pozwalają wysnuć opinię, że jakość w połączeniu z solidnością zaoceanicznych konstrukcji jest standardem? Do tej pory tak było, a czy nadal tak jest, przekonamy się w dzisiejszym teście. Co udało nam się pozyskać do kolejnej już weryfikacji wspomnianego stanu? Zapewniam, będzie jazda i to bez trzymanki, gdyż warszawski dystrybutor HiFi Club pojechał po tak zwanej bandzie i ze sporym wysiłkiem logistycznym dostarczył w nasze progi mocarne jak na konstrukcje lampowe monobloki marki VTL MB-450 Series III.
Jak można się spodziewać, aby konstrukcja lampowa była w stanie oddać niebagatelną, a śmiało można powiedzieć, że rzadko spotykaną w takich topologiach moc na poziomie ponad 400W, musi być solidnych rozmiarów. I tak jest w tym przypadku. Jednak co jest bardzo ciekawe, mimo wykorzystywania aż 8 lamp mocy na kanał – nie licząc reszty szklanych baniek – konstruktorzy postanowili ukryć całość trzewi we w miarę zgrabnych obudowach. Naturalnie mocno wentylowanych grawitacyjnie poprzez bloki poprzecznych otworów tak na górnej, jak i na bocznych częściach skrzynek, ale dzięki temu uniknęli zastosowania mocno zdewaluowanych w oczach wielu użytkowników tego typu konstrukcji obudów typu platforma nośna z wyeksponowanymi lampami i transformatorami. Naturalnie taki vintage’owy pomysł także da się fajnie zrealizować, jednak Amerykanie stwierdzili, że nieco trąca tak zwaną myszką i zaproponowali ciekawy wzorniczo i do tego mimo sporych rozmiarów bardzo zgrabny wizualnie produkt. Nie tylko zgrabny gabarytowo, ale także wizualnie, gdyż sporą zasługą takiego odbioru jest ciekawy, ale nieprzytłoczony nadmiernymi designerskimi fajerwerkami front. Z pozoru prosty, jednakże daleki od nudny, bo bazujący na okoleniu zorientowanej w centralnej części wstawki z czarnego szkła poprzez cztery belki z grubych płatów aluminium. Płaskie pionowe w połowie swojego przebiegu płynnym łukiem lekko zapadają się ku tyłowi, a zaoblone górny i dolny lekkim łukiem delikatnie zbiegają się ku wspomnianemu szkle. Być może opis jest trudny do zrozumienia, ale gdy spojrzycie na fotografie, zobaczycie, że napisałem prawdę, która bez naciągania faktów sprawia, że tak wielkie konstrukcje w żaden sposób nie przytłaczają swoimi rozmiarami, a nawet rzekłbym, iż w pewnym sensie w odniesieniu do wielkości są nawet zwiewne. Jeśli chodzi o obsługę manualną opisywanych monobloków od strony awersu, na dolnej aluminiowej belce znajdziemy poprzeczne podfrezowanie z trzema guzikami funkcyjnymi – zmiana pracy trioda/tetroda, włącznik inicjujący pracę i wyciszenie. Natomiast patrząc na rewers oprócz kilku gniazd serwisowych i bezpiecznikowych widzimy pełen zestaw przyłączy do aplikacji naszych bohaterek w dowolny zestaw audio, a najważniejszymi są wejścia analogowe w wersji RCA i XLR, włącznik główny, pojedynczy zestaw terminali kolumnowych, gniazdo zasilania 20A oraz główny włącznik. Powoli zbliżając się do finału tego akapitu ważną informacją jest oferta mocy tytułowych końcówek na poziomie 425W w trybie tetrody i 225 w trybie triody, a w kontekście planowania ustawienia ich na dedykowanym meblu wzięcie pod uwagę drobne 42 kg każdej sztuki. Jak widać, konstrukcje są pod każdym względem poważne, a czy w tym samym tonie odwdzięczą się brzmieniem? Po kilka informacji na ten temat zapraszam do lektury dalszej części testu. Zanim jednak do tego przejdziemy w odniesieniu do finalnego brzmienia systemu testowego ważna informacja, iż zasilanie naszych bohaterek oparliśmy od zapewnione przez dystrybutora okablowanie Transparent XL Power Cord 20A, a same końcówki posadowiliśmy na testowanych niedawno platformach HRS M3XS2-1923-2-G7.
Nie ma się co oszukiwać, jak mocarnej sekcji wzmocnienia bym nie podłączył do moich wielkich kolumn, zawsze pierwszym zasadnym pytaniem jest, do jakich poziomów głośności sobie poradzi. Nie są jakoś dramatycznie trudne do napędzenia, co nawet przy średnim wolumenie pozwala fajnie zagrać niezbyt mocnym konstrukcjom. Problemy zaczynają się dopiero w momencie pofolgowania sobie wodzy fantazji w ilości generowanych decybeli, co jest u mnie standardem i tak naprawdę było zaczynem do nabycia tak dużych zespołów głośnikowych. A jeśli takie obawy pojawiają się w zderzeniu z nawet mocnymi konstrukcjami tranzystorowym, tym bardziej i do tego z jeszcze większą obawą dochodzą do głosu w momencie aplikacji w mój tor wzmocnienia lampowego. Te zazwyczaj pięknie czarują, ale jak kolokwialnie mówiąc trzeba przyłożyć w dolnym pasmie, zaczynają się problemy. Różne w zależności od solidności podpinanych wzmocnień, ale zawsze są. Jak zatem na tym tle wypadły VTL-e? To po trosze wyjaśnia oferowana przez nie moc na poziomie sporo ponad 400W w trybie tetrody, ale zagrały z rzadko spotykaną w podobnych rozwiązaniach swobodą oraz energią i to bez jakiegokolwiek oglądania się na poziom głośności słuchanej muzyki. Nie powiem, spodziewałem się w dobrym znaczeniu tego słowa „fajerwerków”, jednak nie w tak dobrym jakościowo wydaniu. Chodzi mi oczywiście o to, że często wzmacniacze lampowe przy głośnym graniu dostają jakościowej zadyszki w postaci zniekształceń, tymczasem w wydaniu Jankesów niczego takiego nie zanotowałem. Oferowały mocne i pełne zejście może nie kreowanej przysłowiowym skalpelem, ale zaskakująco kontrolowanej energii, barwną oraz jak to w dobrej lampie jest standardem rozwibrowaną, dzięki temu pełną ekspresji, budującą znakomitą głębię wirtualnej sceny średnicę i słodkie, na szczęście nie przesłodzone, za to dźwięczne i trwające w nieskończoność wysokie tony. Dzięki temu oparty o testowane końcówki mocy system grał dosłownie wszystko w pełnej skali decybeli, a najciekawsze było to, że z pokazaniem tak rozmachu, jak i najdrobniejszych niuansów słuchanej muzyki.
Jeśli chodzi o rozmach i kontrolę, poszedłem na całość i w odtwarzaczu wylądował krążek z muzyką filmową „Blade Runner 2049” duetu Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa. Wszyscy wiemy, że ten materiał aż kipi od dużej ilości mocnych zejść dolnego zakresu z rzadko spotykaną modulacją jego energii na przemian przecinaną pełnymi szaleństwa przebiegami elektronicznych popisów tak w domenie ilości, ich przenikliwości, jak i bezkompromisowym wypełnianiu pomieszczenia. Za sprawą tak agresywnie zmieniających się efektów sonicznych dla wielu zestawień choćby z racji braku kontroli lub ułomności w oddania szybkości narastania sygnału ta muza często jest typowym killerem. Niestety słabe konfiguracje za jednym zamachem potrafią położyć prezentację i w dolnym i górnym zakresie. Co mam na myśli? To proste, a chodzi o fakt, że obydwa zakresy zamiast oferować czasem bolesne dla ucha sejsmiczne z dołu oraz wyraziste na górze impulsy, zlewa przekaz w jeden monotonny pomruk okraszony zmuszającym mnie do zmniejszenia poziomu głośności zniekształconym krzykiem. To oczywiście efekt braku dobrze rozumianej, czyli nie ten na papierze, tylko realnie oddawanej mocy. Ta na szczęście w wydaniu amerykańskich piecyków była w stu procentach uczciwa, co sprawiło, że cały krążek zabrzmiał z odpowiednim wygarem, czyli mocno, wyraziście i pod niezbędną kontrolą.
Próbując udowodnić dobre radzenie sobie z aspektem oddawania najdrobniejszych niuansów przez testowane wzmocnienie, posłużę się swoistą nowością z oficyny ECM w postaci jazzu w znakomitej większości granego tak zwaną ciszą z udziałem wielkich bębnów, saksofonu, fortepianu, perkusji oraz w brzmieniu czegoś na kształt tybetańskich mis Arve Henriksena w kwartecie na płycie „Arcanum”. To jak można się spodziewać w wielu przypadkach przyjemnie snująca się muzyka. Z jednej strony wymagająca od słuchacza pełnego zaangażowania emocjonalnego, a z drugiej wyrafinowania od odtwarzającego ją systemu. I gdy wydawałoby się, że wystarczy li tylko nasze błogie oddanie zapisanym na płycie opowieściom, aby poznać jej dogłębny przekaz, zapewniam z całą stanowczością, jakość odtworzenia to druga, bardzo istotna, a rzekłbym nawet najważniejsza, bo pozwalająca łatwiej wejść w nagranie strona medalu tej produkcji. Chodzi oczywiście o rozdzielczość przekazu, który pozwalał na odpowiednie różnicowanie impulsów, a potem modulacji efektu ich działania kreowanych na wirtualnej scenie choćby wspomnianych mis. Tej mniejszej i tej większej wykorzystywanych z osobna lub przecinających się nawzajem całkowicie inną ekspresją oraz długością i energią wybrzmiewania. Naturalnie nie samymi misami ta płyta żyje, gdyż w sukurs tym instrumentom szedł znakomicie prowadzony w powolnych frazach saksofon oraz krótkimi uderzeniami przecinająca hipnotyzujące brzmienie gongów perkusja, ale w moim odczuciu udane pokazanie w eterze wspomnianych „krążków z mosiężnej blachy” to clou umiejętności testowanej elektroniki zza wielkiej wody. Dały radę i mocnym i wysublimowanym popisom artystów, co biorąc pod uwagę karmienie sygnałem wielkich siedmiogłośnikowych kolumn pokazało, że tak naprawdę nie ma dla nich rzeczy nie do udźwignięcia. Nie powiem, byłem tym faktem bardzo mocno zaskoczony. I żeby nie było w dwójnasób, gdyż pierwszym pozytywnym Zonkiem była łatwość prowadzenia moich Niemek, a drugim zachowanie przy tym znakomitej jakości prezentacji. To naprawdę rzadkość w obecnych czasach. Szacunek.
Czy bazując na powyższym, jasnym jest, że bardzo pozytywnym odbiorze testowanych końcówek mocy poleciłbym je każdemu osobnikowi kochającemu muzykę? Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że tak. Po pierwsze bez problemu poradzą sobie z każdymi dobrze skonstruowanymi kolumnami – niestety czasem powstają potworki z impedancją spadającą do poziomu do 1.5 Ohm i z braku doświadczenia empirycznego nie wiem, jak się VTL-e się zachowają, co sprawia, iż są bardzo uniwersalne, a to z automatu eliminuje jakiekolwiek podejrzenia problemów z dobrym wysterowaniem akurat posiadanych przez potencjalnego zainteresowanego. Po drugie mimo posiłkowania się układów elektrycznych lampami elektronowymi przekaz nie jest nadmiernie przegrzany, dzięki czemu nie ma strat dobrze rozumianej agresji w muzyce. A po trzecie jak na tak mocne konstrukcje naprawdę są bardzo kompaktowe, dzięki czemu problem z wygospodarowaniem stosownej ilości miejsca do ich ustawienia obok systemu spada do naprawdę symbolicznego poziomu. Jak widać, nasze bohaterki powinny poradzić sobie w każdej sytuacji oferując nam przy tym maksimum radości obcowania z muzyką. I zapewniam, że tak jest. Ale czy są w stanie przekonać do siebie także ortodoksyjnych piewców mocnego uderzenia? Cóż, w tym przypadku jak w życiu, czyli zawsze znajdzie się audio-freak, który będzie wolał spojrzeć na muzykę nie przez pryzmat wolnych elektronów, tylko bazując wzmocnieniu tranzystorowym. Jednak nie dlatego, że będzie lepiej, a jedynie inaczej w odniesieniu do dosadności każdego aspektu prezentacji. Nie, nie pomyliłem się, to wybór na poziomie inności, a nie jakości projekcji wydarzeń scenicznych, bowiem ta ostatnia cecha w wydaniu Amerykanek jest na najwyższym poziomie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć zasiadający w skórzanym fotelu ustawionym pod oknem owalnego pokoiku niekoniecznie małego „białego domku” z piosenki Mieczysława Fogga toksyczny niczym wiadomy preparat „Agent Orange” dwoi się i troi, by uprzykrzyć wszystkim wokół życie swymi irracjonalnymi decyzjami, czystą głupotą byłoby obrażanie się i ignorowanie wszystkiego, co zza wielkiej wody do Europy przypływa i przylatuje. Tym bardziej, że rynek audio na wszelakie zmiany czy to natury własnościowej (vide przejęcie Sound United przez należącego do Samsunga Harmana), czy też wspominanych stawek celnych reaguje ze zdecydowanie większą bezwładnością aniżeli właściciele stacji benzynowych na nawet czysto kosmetyczne wzrosty cen paliwa. Dlatego też, dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Club-u, po zjawiskowych monosach McIntosh MC3500 Mk II przyszła pora na kolejną amerykańską i zarazem lampową legendę – VTL-a i jego kontrpropozycję w postaci również monofonicznych wzmacniaczy mocy MB-450 SERIES III.
Może i narracja serwowana przez najwyższe kręgi władzy i kanały dyplomatyczne uległa radykalnej zmianie, ale całe szczęście portfolio ekipy z Chino mocno trzyma się tradycji, co też widać na załączonych zdjęciach. Po co bowiem zmieniać to, co dobre, sprawdzone i w dodatku rozpoznawalne w skali globalnej. Dlatego też wzorem swego stereofonicznego poprzednika (S-200 Signature) łapią za oko charakterystycznym „opiekaczopodobnym” designem z pokaźnych rozmiarów szklanym oknem na masywnym aluminiowym froncie za którym, zamiast zapiekanek, bądź obracającego się na rożnie kurczaka, nieśmiało przezierają rozżarzone lampy. Oprócz przyozdobionego firmowym logotypem ww. bulaja na płycie czołowej 450-ek znajdziemy jeszcze trzy niewielkie przyciski odpowiedzialne za tryb pracy, włączenie/wyłączenie oraz wyciszenie wzmacniacza. Z kolei na plecach dzieje się zdecydowanie więcej. I tak patrząc od lewej mamy włącznik główny, gniazdo zasilające, pięć komór bezpieczników, blok interfejsu triggera, wejścia sygnałowe RCA/XLR wraz z hebelkowym selektorem i pojedyncze wyjścia głośnikowe. Mamy zatem do czynienia z zamkniętymi bryłami metalowych, gęsto perforowanych korpusów, które choć podczas pracy urządzeń wyraźnie się nagrzewają, to jednak z racji niemożności dostania się do ich wnętrza bez stosownych narzędzi stanowią wielce ciekawą propozycję dla posiadaczy małoletniej progenitury i udomowionych zwierzaków.
Za to wspomniane trzewia są królestwem usytuowanych od frontu lamp, czyli w stopniu wyjściowym mamy osiem 6550 lub KT-88 oraz po jednej 12AT7 i 12BH7 w sąsiedztwie których znalazły się przełączniki odpowiedzialne za DF (cztery wartości współczynnika tłumienia). A przy ścianie tylnej rozlokowano dwa trafa i parę postawnych kondensatorów. Od strony elektrycznej każdy z monobloków może pochwalić się w zależności od trybu pracy (tetroda/ trioda) mocą 425 bądź 225 W przy 5Ω obciążeniu, co jasno daje do zrozumienia, że amerykański duet z powodzeniem powinien poradzić sobie z wysterowaniem nawet stołu bilardowego.
I tak też jest w rzeczywistości, bowiem nawet z redakcyjnymi Berlinami RC11, które pomimo najszerszych chęci trudno uznać za łatwe do prawidłowego wysterowania, już od pierwszych taktów „Night Verses” The Man-Eating Tree jasnym stało się, że tym razem nie będziemy musieli zaprzątać sobie głowy absolutnie żadnymi limitacjami repertuarowymi. Po prostu zawarta w materiale źródłowym energia z ćwierćtonowych niemieckich dwóch wież wręcz buchała przy każdym uderzeniu stopy, bądź szarpnięciu basowej struny bestialsko wgniatając w fotel. Nie było to jednak monotonne dudnienie zarezerwowane dla bezkarkich miłośników najniższych częstotliwości dobiegających z ich podrasowanych dwuśladów, lecz w pełni kontrolowane i świetnie zróżnicowane kanonady nie tylko nadążające za resztą pasma, co nadające mu zaraźliwy timing i motorykę. Co ciekawe ani przez moment nie udało mi się przyłapać VTL-i na choćby śladowych próbach utwardzenia, bądź z przeciwległego krańca skali zbytniego rozmiękczenia definiujących bryły i dźwięki konturów. Niezależnie od złożoności i zagmatwania kompozycji cały czas brzmienie było akuratne, trzymające się faktów, lecz jednocześnie z przyjemną, właściwą dobrze zaaplikowanym lampom, soczystością. Tu jednak pozwolę sobie jedynie zaznaczyć, że jest to jedynie ze smakiem i pełną świadomością podana nuta smakowa a nie oblanie całości lepkim i gęstym syropem na dłuższą metę trudnej do zniesienia słodyczy.
Jak łatwo się domyślić oczywistą beneficjentką owej sygnatury stała się wszelakiej maści muzyka wokalna począwszy od mrocznej polifonii z „Tomba sonora” Stemmeklang / Kristin Bolstad, poprzez operową klasykę („Verdi: Il Trovatore”), na współczesnych zachrypniętych bardach (Cohen, Dyjak) skończywszy. Z VTL-ami w torze słucha się jej intensywniej, poczucie obecności artystów w naszych skromnych progach staje się doznaniem wręcz metafizycznym, tym bardziej, że dzięki fenomenalnej rozdzielczości amerykańskich końcówek słychać nie tylko nawet najmniejszy szmer i ruch sceniczny, co mimikę samych wykonawców. Warto jednak wspomnieć, iż 450-kom nie brak też, oczywiście jedynie gdy wymaga tego reprodukowany materiał, koniecznej do oddania autentyzmu i zapewnienia odpowiedniej uniwersalności zadziorności. Ba, śmiem twierdzić, iż przejście z wyrafinowanej słodyczy do iście garażowej siermiężności przychodzi im z większą łatwością aniżeli wspomnianym we wstępniaku odrobinę bardziej „aksamitnym” McIntoshom MC3500 Mk II. Nasze gościnie zagrały też z większą werwą i intensywniejszą motoryką aniżeli monstrualne Octave Jubilee Mono SE. Dlatego też miłośnicy przedkładający emocje ponad elegancję i spontaniczność ponad wyważone wyrażanie własnych myśli w pierwszej kolejności powinni zainteresować się tytułowym duetem oszczędzając nie tylko swój drogocenny czas, jak i przynajmniej na tle niemieckiej konkurencji, dość poważne środki finansowe. Jak jednak wszem i wobec wiadomo nie tylko nie jest regułą, że „pieniądze nie grają”, co również nie sposób pominąć kwestii wpasowania się konkretnej amplifikacji tak w sam system, jak i gusta potencjalnego nabywcy. Dlatego jedynie nadmienię, iż wiernym akolitom kapel operujących ekstatycznymi krzykami, wrzaskami i growlem suto okraszonych ognistymi riffami i perkusyjnymi blastami duet 450-ek może niejako na starcie spełnić wszelkie oczekiwania a tym samym na tyle skutecznie zniechęcić do dalszych poszukiwań, że zostaną z nim jeśli nie na stałe, to na dłuższą chwilę. Powyższe rekomendację opieram również na fakcie zaskakująco pobłażliwego traktowania przez VTL-e niedoskonałości produkcyjnych i masteringowych, przez co zazwyczaj obrastające kurzem albumy mają zdecydowanie większe szanse na powrót do łask aniżeli z bardziej wybrednym wzmocnieniem. Co prawda nawet potężne monosy czegoś z niczego nie wyczarują, więc i tym razem nie ma co liczyć na pojawienie się basu na „…and Justice for All” .
Nie będę ukrywał, że tak pod względem aparycji, ergonomii, jak i przede wszystkim brzmienia nie jestem w stanie do tytułowego duetu VTL MB-450 SERIES III nie tylko się przyczepić, co po prostu go nie polubić. Amerykańskie lampiszony reprezentują bowiem ten poziom solidności i połączenia potęgi dźwięku z jego swobodą i realizmem, że sama technologia w jakiej zostały wykonane staje się praktycznie drugo-, bądź trzecio-rzędnym drobiazgiem. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za końcówkami zdolnymi zagrać praktycznie z dowolnymi kolumnami i to na poziomie tak teatralnego szeptu, jak i stadionowego ryku, to weryfikacja walorów 450-ek we własnych czterech kątach jawi się jako jedno z pilniejszych zadań na najbliższą przyszłość.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: VTL Amplifiers, Inc.
Cena: 165 000 PLN (para)
Dane techniczne
Zastosowane lampy: 8 x 6550 lub KT-88, 1 x 12AT7, 1 x 12BH7
Moc wyjściowa (20 Hz – 20 kHz < 2,5% THD): tetroda: 425 W, trioda: 225 W / 5Ω
Czułość wejściowa: 1-2 V (w zależności od ustawienia DF)
Impedancja wejściowa: 45kΩ
Zakres obciążenia wyjściowego: 4Ω – 8Ω
Stosunek sygnału do szumu (tetroda 450 W, trioda 200 W): -110dB, 120Hz
Pobór mocy: 300W (bezczynność), 1000W (pełna moc)
Wymiary (S x G x W): 47 x 45,7 x 23 cm
Waga: 42kg