1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. AudioPhase One

AudioPhase One

Link do zapowiedzi: AudioPhase One

Opinia 1

Z tytułowym, co bardzo ważne w kontekście budowania polskiego zaplecza High End-u, rodzimym producentem kolumn na test jednej z jego konstrukcji byliśmy umówieni od kilku lat. Niestety los i jego przewrotność sprawiły, że zanim doszło do finalizacji umówionego spotkania, trochę wody w Wiśle zdążyło upłynąć. Tak naprawdę jednak nie ma co rozdzierać szat, gdyż gdy niegdyś rozmawialiśmy o produkcie z okresu stawiania przez niego pierwszych kroków w tej dziedzinie jako bonus za cierpliwość obecnie dostaliśmy coś naprawdę wyjątkowego. I to pod każdym względem, gdyż oprócz większego, naturalnie istotnego dla powołania do życia czegoś ciekawego bagażu wdrożonych w życie doświadczeń, obecnie dostarczone zespoły głośnikowe są najbardziej zaawansowaną technicznie konstrukcją z jego portfolio. O kim i o czym zatem mowa? Otóż w dzisiejszej sesji testowej zajmiemy się flagową konstrukcją stacjonującej w Sukowie rodzimej marki AudioPhase, w postaci dostarczonego przezeń własnym sumptem nietuzinkowego pod każdym względem zestawu przynależnych do serii Stealth kolumn głośnikowych One. Zaintrygowani? Jeśli tak, wicie co robić, czyli poświęcić kilkanaście minut na zapoznanie si z naszym opiniami na ich temat.

Jak ukazują fotografie, rzeczone One to średniej wielkości podłogówki, jednak ich rozmiar nie oddaje ilości zastosowanej w nich technologii. Pierwszym ważnym elementem jest wykonana w formie sandwicha ze sklejki i MDF-u obudowa, w której grubość poszczególnych ścianek w zależności od antywibracyjnych potrzeb waha się od 32 do 60 mm. Ale to dopiero jedna strona medalu, bowiem owa stabilna skrzynka została tak zaprojektowana, aby oprócz uzyskania dobrej propagacji generowanych fal dźwiękowych, dodatkowo zmniejszyć ich dyfrakcje zaraz po oddaleniu się od membrany głośnika, co zaowocowało wykonaniem na niej nie tylko skosów w górnej części, ale także w krytycznych miejscach stosownych podfrezowań. To zaś sprawia, że nie mamy do czynienia z nudnymi prostopadłościanami, tylko ze swojego rodzaju dziełami sztuki użytkowej. Kolejną istotną informacją jest pakiet zastosowanych przetworników. Wszystko z górnej półki, co od pierwszych chwil po wydaniu przez nie dźwięku znakomicie było słychać. W ich skład na awersie wchodzi diamentowa wyskotonówka Blisma, jeden średniak i dwa basowce Purifi, zaś na bocznych ściankach 4 membrany bierne także spod znaku Purifi. Z informacji producenta wiemy także, że również zwrotnica nie wypadła sroce spod ogona, gdyż w swych układach elektrycznych wykorzystuje drogie podzespoły Duelunda, Jantzena, Mundrofa i PathAudio. Jak można się domyślić, z racji zastosowania membran biernych naturalną koleją rzeczy mamy do czynienia z lubianą przez wielu z Nas konstrukcją zamkniętą. Tak prezentujące się kolumny mogą pochwalić się wagą na poziomie 50 kg sztuka, skutecznością 89 dB przy impedancji 4 Ohm oraz pasmem przenoszenia w zakresie 36 Hz – 50 Hz. Jak widać na załączonym obrazku, mimo średnich rozmiarów konstrukcje są zrobione na bogato, a do tego ich deklarowana skuteczność sprawia, że nie są jakoś szczególnie trudne do napędzenia, czyli poza innymi wspomnianymi walorami dodatkowo noszą nienaciągane znamiona sporej uniwersalności.

Co mogę powiedzieć o punkcie zapalnym spotkania? Otóż kolumny w pewnym sensie są zjawiskowe. Naturalne w swojej estetyce, która nie zawsze może wpisać się w pożądany ideał, ale dla mnie to znakomite granie. A jeśli tak i co jakiś czas czytacie moje opinie na temat sprzętu audio, chyba mniej więcej wiecie, jaka jest ich cecha nadrzędna? Spokojnie, to pytanie retoryczne, gdyż i tak muszę wszystko drobiazgowo wyłożyć jak kawę na ławę dla przypadkowych czytelników naszego portalu. Chodzi mianowicie o fajnie wpisaną w kod DNA One drapieżność podania muzyki. Bez poszukiwania zbędnych zawoalowań przekazu, aby chwycić za ucho nadpobudliwego emocjonalnie melomana, bez forsowania nadmiernej ekspozycji wyższej średnicy i wysokich tonów w imię lubianego, ale sztucznie wypadającego podbijania rozmachu i transparentności wizualizowania muzyki, tylko kiedy trzeba pozwalające przestawiać ściany podkręcenie zjawiskowo wypadającej, bo w pełni kontrolowanej i do tego bez rozmycia rysującej je kreski, w głównej mierze definiującej dźwięk energii. I to wszystko w dobrze wypadającym ciemnawym podaniu, ale z godnym pozazdroszczenia przez sporą rzeszę konkurencji zejściem dolnego zakresu, impulsywną, znakomicie kreującą najdrobniejsze informacje średnicą i zjawiskowymi, bo generowanymi przez diamentowy głośnik – taka konstrukcja dla mnie jest poza zasięgiem jakości prezentacji dla reszty przetworników konkurencji dla tego zakresu – dźwięcznymi, ze stosowną twardością i wagą wysokimi rejestrami. Gdybym miał określić przed momentem wyartykułowane cechy jednym zdaniem, powiedziałbym, że stawiając tytułowe kolumny w domu dostajecie godny pozazdroszczenia atak, taki sam pakiet kontrolowanej energii, do tego wszystko narysowane ostrym rysikiem, a całość okraszona jest do bólu wiernymi prawdzie wysokimi tonami. Naturalnie jak wspominałem na samym początku, to jest estetyka, która nie wszystkim może przypaść do gustu, bo dla przykładu ktoś może woleć muzykę oferującą więcej luzu i plastyki, czego tutaj raczej nie uwidzicie, ale zabijcie mnie, ja osobiście z dwojga wersji prezentacji muzyki z całą odpowiedzialnością tego słowa wybieram pomysł AudioPhase. Oczywiście gdzieniegdzie lekko podkręciłbym niektóre aspekty, ale byłaby to jedynie korekta pod przez lata wyrobiony gust, a nie brutalna próba naginania maniery brzmienia kolumn do oczekiwanej przeze mnie rzeczywistości. Kto był u mnie lub słyszał od bywających w moich progach gości, znakomicie wie, że lubię drive, mocne operowanie energią oraz bezpośredni, czyli pozbawiony efektu wolaki, pozwalający na uzyskanie idealnej czytelności wirtualnej sceny przekaz, dlatego gdy coś takiego dostanę od jakiejkolwiek testowanej konstrukcji, tak jak w przypadku tytułowych kolumn cały proces testowy jest dla mnie jedną wielką, do tego pełną radości przygodą z każdego rodzaju materiałem. I tym wyrazistym i raczej melancholijnym, gdyż dobry rysunek źródeł pozornych podparty odpowiednią wagą każdego z nich i rozdzielczością projekcji zawsze wycisną z muzyki najciekawsze aspekty.
Na potrzeby testowego pręgierza dla „polskich jedynek” weźmy choćby ostatnią płytę Depeche Mode „Memento Mori” To tak naprawdę skomasowany atak mocnymi pomrukami dolnego zakresu – pierwszy utwór jest idealnym przykładem, okraszonymi charyzmatyczną i pełną emocji wokalizą. Te natomiast bez odpowiedniego akcentowania w domenie ostrości i ilości masy najdrobniejszego impulsu powołującego każdą frazę byłyby monotonne, a przez to bardzo przewidywalne i finalnie nudne. A tak dzięki lubianej przeze mnie i oczywiście serwowanej w dowolnej ilości przez kolumny agresji prezentacji tak naprawdę poznawałem tę płytę od nowa. Jak to możliwe? Już wspominałem, że co nieco w ich sposobie na muzykę lekko bym przefiltrował, bo naprawdę pokazują ten świat z bardzo mocną, mocniejszą aniżeli ma na co dzień ekspresją, ale to co zaprezentowały nawet wychodząc poza ramy osobistych oczekiwań było wartościowym, nieco innym, ale bez dwóch zdać bardzo dobrym zjawiskiem. Nie dla wszystkich, ale tę kwestię już sobie wyjaśniliśmy. Reasumując popularni Depesze wypadli z werwą i drive-m, bez czego nie mieliby szans na dotarcie do mojej duszy.
Jeśli chodzi natomiast o muzykę mniej agresywną, ale nadal bardzo mocno czerpiącą z wyrazistego jej podania w postaci jazzu, wziąłem na tapet stosunkowo niedawna produkcję Johna Taylora zagraną w trio „Tramonto”. To typowa dla mnie, w znakomitej większości będąca przedstawicielem grania pojedynczymi nutami jazzowa opowieść. Opowieść, która nazbyt łagodnie podana – czytaj malowana luźną kreską lub nadmiernie „pluszowa” w brzmieniu – nie ma najmniejszych szans na rozkochanie mnie w sobie. Tego typu mitingi owszem, powinny być pokazane płynnie, ale przy tym czytelnie z bardzo dobrym wynikiem w kwestii czytelności sceny, co jest pokłosiem wyraźnego wizualizowania wirtualnych bytów przez system. Jeśli ten ostatni ma problemy z wykreowaniem zwartego uderzenia i przecięcia powietrza ostrym, ale z odpowiednią wagą uderzeniem wykonanego z kawałka grubego płata metalu, a nie aluminiowej folii talerza, gwarantuję, po kilku utworach płyta wyskoczy z napędu CD. Ma być wyraźnie, kiedy trzeba odpowiednio mocno i dzięki temu ciekawie, co opisywane kolumny wykonały z dziecinną łatwością. Dla mnie osobiście sposób pokazania tej płyty to kolejny, też nieco inaczej odebrany od wzorca, ale bezapelacyjnie pełen sukces naszego rodaka.

Czy bazując na powyższym opisie tytułowe kolumny AudioPhase One poleciłbym każdemu? Na sto procent nie. I mam nadzieję, że wiecie dlaczego. Z pewnością nie z uwagi na jakiekolwiek problemy, bo takowych nie zanotowałem. Chodzi oczywiście o wyraźny sznyt grania. Polskie „Jedynki” stawiają na mocne uderzenie zwartym, idealnie wyrysowanym, ale najważniejsze, że pełnym pozytywnie odbieranej ekspresji impulsem. To jest ich cecha numer jeden. A gdy do tego dorzucę znakomitą kontrolę i bezpośredniość przekazu, jasnym jest, że wielbiciele tak zwanego „mułu i wodorostów”, czyli piewcy płynności i plastyki ponad wszystko nie mają czego w przygodzie z naszymi bohaterkami szukać. Zatem wydaje mi się, że sprawa jest nader prosta. Lubisz szaleństwo, spróbuj jego wersji w wydaniu AudioPhase. Kochasz rozpływanie się w magii ciepła, plastyki i płynności, nie tędy droga. Niestety prościej wyjaśnić się nie da.

Jacek Pazio

Opinia 2

Patrząc na nasz rodzimy rynek przez pryzmat producentów kolumn głośnikowych naszła mnie pewna refleksja. A dokładnie dwie i to w dodatku logicznie ze sobą skoligacone. Pierwsza to klasyczne, pochodzące z GoT „Winter is Coming” („Nadchodzi zima”) a druga, również z ww. porą związana, że nie miałbym nic przeciwko temu, żeby była łagodna, bo inaczej może wymrozić połowę „staruszków”. Chodzi bowiem o to, że lwia część starej gwardii, czyli marek takich jak (w porządku alfabetycznym) Audiowave, ESA, GLD, QBA, RLS bądź to odeszła w niebyt zapomnienia, bądź zeszła jeśli nie do podziemia, to na pewno na dalszy plan ustępując pola, zdecydowanie odważniej rozpychającym się nowym (Ciarry, Horns, Pylon, Sisound), bądź powracającym z nowymi pomysłami i starymi nazwami (Tosil, Diora/Unitra) graczom. I właśnie z grona owych „młodych wilków” udało nam się wyłuskać rodzynka, czyli mającą siedzibę w podkieleckiej wsi Suków, działającą od 2017 r. jednoosobową manufakturę AudioPhase, której ojciec założyciel i główny konstruktor Karol Goliński raczył był popełnić dalece wykraczający tak zaawansowaniem, jak i podobno brzmieniem od wcześniejszych swoich projektów, należący do topowej serii Stealth model One. Jak łatwo się domyślić, skoro o tym fakcie wspominamy, to oprócz rzutu okiem i uchem na owego flagowca podczas minionego Audio Video Show uznaliśmy za stosowne wziąć go pod lupę w bardziej kontrolowanych warunkach, czego pokłosiem jest niniejszy test, do lektury którego serdecznie zapraszamy.

Jak już zdążyliśmy w ramach sesji unboxingowej pokazać ONE-y do szczęśliwego odbiorcy docierają w solidnych skrzyniach z płyty wiórowej. Aby jednak ułatwić ich aplikację owe katafalki wyposażone w wielce przydatne rączki a same kolumny ustawiono wewnątrz na uzbrojonych w kółka platformach, więc ich wyłuskanie okazuje się dziecinnie proste.
Za to daleki od prostoty jest sam projekt plastyczny ONE, gdzie nowoczesna stylistyka idzie w parze z równie hi-tech-owym, srebrzystym malowaniem. A skoro mowa o nieco odchodzących od sztampowej prostopadłościenności bryłach obudów, to śmiało można uznać, że AudioPhase nie próbuje na siłę wyważać już otwartych drzwi, nawiązując do rozwiązań znanych z m.in. z WATT/Puppy i Sophii Wilson Audio, PEARL Graphene Joseph Audio, czy nawet naszych rodzimych Esa Furioso 2. Jak jednak doskonale widać nie ma tu mowy o eufemistycznie rzecz ujmując zalegających na popularnym azjatyckim serwisie aukcyjnym „kopiach bezpieczeństwa” a w pełni świadomym wykorzystaniu zarówno ogólnodostępnych, jak i autorskich rozwiązań. O ile bowiem górna, pochylona i „obciosana” sekcja wysoko – średniotonowa z 1” diamentowym tweeterem Bliesma Diamond Dome i charakterystycznym 5,25″ papierowym Purifi poza ww. wielce ekskluzywnym duetem przetworników niczym specjalnym się nie wyróżnia, to już klasyczny w swej formie moduł niskotonowy nader skutecznie łapie za oko pozornie ponadnormatywną, jak na gabaryty kolumn, baterią … sześciu 6,5″ papierowych basowców Purifi. Jak się jednak okazuje z owego grona jedynie umieszczona na ścianie przedniej parka jest zasilana a pozostała kwadra pełni jedynie rolę membran biernych. Szybka inspekcja zarówno podstawy, jak i ściany tylnej jedynie potwierdzają brak innych metod wspomagania najniższych składowych. A skoro o „plecach” mowa nie sposób pominąć biżuteryjnych – złoconych, osadzonych na eleganckim aluminiowym szyldzie pojedynczych, „customowych” gniazd głośnikowych. Całość posadowiona jest na poprawiających stabilność poprzecznych belkach uzbrojonych w regulowane stopy antywibracyjne.
Pod względem elektrycznym mamy do czynienia z układem 3-drożnym z podziałem pasma ustalonym na 3600 i 250Hz o 89dB skuteczności i 4Ω (min. 2.8Ω @ 74Hz) impedancji, co pozwala, przynajmniej wg. producenta na udaną współpracę ze wzmacniaczami dysponującymi przynajmniej 50W mocy. Jeśli zaś chodzi o niuanse stricte konstrukcyjne, to ponieważ sam producent raczył był wspomnieć na swojej stronie o „autorskim materiale obudowy typu sandwich, stworzonej przez AudioPhase”, którego grubość „w zależności od sekcji waha się od 32 do 60 mm, co gwarantuje absolutną sztywność i eliminację niepożądanych rezonansów”. Wiedziony wrodzona ciekawością postanowiłem nieco zgłębić temat i przycisnąć rozmówców, co zaowocowało kontrolowanym przeciekiem, zgodnie z którym ów sandwich składa się z 3 warstw, od zewnątrz jest specjalny wzmacniany niebieski MDF wzbogacany polimerami, następnie 3 mm ultra-twardy wzmacniany włóknami HDF a od wewnątrz sklejka wysokogatunkowa, przy czym każdy z ww. materiałów bynajmniej nie jest ogólnodostępnym półkowcem, lecz jest wykonywany na indywidualne zamówienie AudioPhase. Następnie poszczególne warstwy są na miejscu sklejane a po ustabilizowaniu „kanapki” obrabiane na CNC. To jednak dopiero początek zabawy, bowiem cała konstrukcja jest dodatkowo wzmacniana stosownymi przegrodami i wytłumiana nowoczesnymi włókninami i matami aramidowymi oraz naturalnymi filcami z domieszką włókien węglowych. Jakby tego było mało każda z obudów przy podstawie posiada zasypaną drobnoziarnistym piaskiem kwarcowym komorę balastową.

A jak AudioPhase One grają? W telegraficznym skrócie całkowicie odmiennie od również wykorzystujących przetworniki Purifi, swojego czasu goszczących u nas na testach φ OePhi Immanence 2.5, czy Thrax Sirens o ile bowiem w ww. konstrukcjach można było mówić o pewnej mięsistości i kreśleniu najniższych składowych nieco grubszą aniżeli punkt odniesienia kreską, to One stawiały na niezwykłą punktualność i może nie tyle chrupkość, co wyraźne zaznaczenie konturowości i obsesyjne wręcz przywiązanie do iście wzorowego timingu. Nie wierzycie? No to polecam nieco zaszaleć z głośnością i sięgnąć po „Metal II” Annihilatora ze Stu Blockiem na wokalu i … Davem Lombardo za perkusją, co już powinno wszystkim tym, którzy zazwyczaj nie wychodzą poza pełną onirycznych plumkań własną strefę komfortu zapalić ostrzegawcze kontrolki. A AudioPhase z iście chirurgiczną precyzją tną lancetami gitarowych riffów, smagają bezlitośnie „tłuczonymi” blachami i kopią po trzewiach twardymi jak obuty w kowbojki Chuck Norris przy każdym uderzeniu stopy. To jest prawdziwa jazda bez trzymanki, gdzie nikt jeńców brać nie zamierza a ilość i bezpardonowość wtłaczanych w nasze uszy dźwięków może u słabszych jednostek już po kilku minutach wywołać ciężkie stany lękowe.
Wraz z punktualnością dołu idzie w parze idealnie zrównoważona średnica i nie mniej ekspresyjna i komunikatywna co przeciwległy skraj pasma góra. Nie oznacza to bynajmniej jej utwardzenia, czy wręcz ofensywności a jedynie wyborną rozdzielczość i otwartość, co z pewnością docenią miłośnicy dęciaków. Przykładowo na „Frohe Weihnachten!” Berlin Philharmonic Brass (dopiero co były Mikołajki, więc kolędy dostały zielone światło) jak łatwo się domyślić góry nie brakuje, jednak jak już zdążyłem wspomnieć jest wyborna i nie o kryształowej a zgodnej z budulcem tweetera diamentowo czystości. Co istotne nie dominuje i nie narzuca swojej narracji reszcie pasma, więc nawet sesja z klawesynem, czyli „Jean Baptiste Loeillet – Six Suits for the Harpsicord” jest dla wyrafinowanych smakoszy takowego brzdąkania do strawienia bez przerw co kwadrans bądź dwa. Chodzi bowiem o to, że AudioPhase dostarczają pełnię informacji już od całkiem cywilizowanych poziomów głośności, więc nie trzeba słuchać ich głośno. Ponadto dostępna od owych niezbyt przytłaczających dawek decybeli rozdzielczość sprzyja niezwykle angażującej dynamice i to bynajmniej nie tej trzęsącej posadami naszego domostwa – w skali makro, lecz również a może przede wszystkim mikro. Mamy zatem świetnie oddany ładunek energetyczny najdrobniejszego uderzenia naciągu perkusji, czy też złożoność trącenia pojedynczej struny a z racji trzymania się faktów, vide braku tendencji do sztucznego wyolbrzymiania źródeł pozornych sama scena również wiernie odwzorowuje rzeczywistość
Wracając jeszcze na chwilę do średnicy wypada docenić miłą, przynajmniej mojemu uchu, organiczność prezentacji. Jednak organiczność będącą pochodną nie zagęszczenia, czy wręcz przegrzania, co transparentnej, pozbawionej podbarwień „papierowej naturalności”, gdzie zarówno wokale, jak i instrumentarium operujące w tym jakże krytycznym wycinku pasma brzmią „jak na żywo” – bez „woalki”, bądź jak kto woli „bez pończochy na mikrofonie”. Bardzo wyraźnie słychać to np. na „2” Jucho, gdzie obecność tak artystki, jak i akompaniującego jej niewielkiego składy jest permanentna i oczywista i to na poziomie takiej intensywności, jakby nagrania/odtworzenia dokonywano w naszych czterech ścianach.

W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie stwierdzić, iż obecność tytułowego modelu One w serii Stealth AudioPhase bynajmniej nie jest przypadkiem a jedynie potwierdzeniem faktu ich „niewidzialności”. Bowiem czego by o nich nie mówić, to niezwykle trudno byłoby mi przypisać im jakiekolwiek ciągoty do podbarwiania, czy wręcz interpretowania reprodukowanego materiału. Śmiało można zatem uznać iż nasze rodzime kolumny idą drogą, jaką dane nam było poznać m.in. podczas testów Perlistenów S7T-LE, gdzie liniowość i transparentność wcale nie oznaczają bezduszności i analityczności a jedynie dostęp do nieskażonego „autorską wizją” źródła.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Producent/Dystrybutor: AudioPhase
Cena: 180 000 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, podłogowa
Efektywność: 89dB
Impedancja: 4Ω, (min. 2.8Ω @ 74Hz)
Pasmo przenoszenia: 36hz – 50khz
Zalecana moc wzmacniacza: od 50w
Zastosowane przetworniki:
– Wysokotonowy: diamentowa kopułka 1″ Bliesma Diamond Dome
– Średniotonowy: papierowy 5,25″ Purifi
– Niskotonowy: 2 x 6,5″ Purifi + 4 x 6,5″ Purifi (membrany bierne)
Wymiary (W x S x G): 110 x 26 x 40 cm
Waga: 50kg

Pobierz jako PDF