1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Wzmacniacze
  8. >
  9. Gryphon Audio Essence Stereo

Gryphon Audio Essence Stereo

Link do zapowiedzi: Gryphon Audio Essence Stereo

Opinia 1

Po latach przyjemnych w odbiorze zmagań z elektroniką duńskiej marki Gryphon Audio Design nieukrywaną satysfakcją mogę powiedzieć, iż w temacie opiniowania sekcji wzmocnienia spod tego znaku towarowego dzisiejszym spotkaniem właśnie dobiliśmy do przysłowiowej mety. Co prawda, będąc całkowicie szczerym, nie mieliśmy u siebie jeszcze najsłabszej integry Diablo 120, ale nie sądzę by w tym temacie była jakaś większa presja ze strony dystrybutora, dlatego miło mi poinformować, że tym optymistycznym akcentem wieńczymy serię spotkań z tym działem skandynawskiego brandu. Co zawitało w nasze progi? Co prawda już kilka lat temu mające swoją oficjalną premierę, ale o dla mnie najistotniejsze, że najnowsze dziecko będącej pod opieką łódzkiego Audiofastu stajni Gryphon Audio Design w postaci stereofonicznej końcówki mocy Essence. Spośród tego rodzaju konstrukcji najbardziej kompaktowej, oczywiście z tego powodu dysponującej najmniejszym zapasem mocy, ale nadal oprócz klasy AB, podobnie do starszych braci oferującej także spory poziom energii oddawanej w czystej klasie A. Jak wypadła na tle całej gamy tego typu produktów? Naturalnie po odpowiedź na wszystkie potencjalne pytania w tej materii zapraszam do lektury dalszej części tekstu.

Rozpoczynając opis budowy naszego punktu zapalnego spotkania jestem winny sprostowania określenia końcówki mocy jako kompaktowej. Mianowicie chodzi o to, że owszem, na tle reszty rodziny jest kompaktowa, jednak, aby bez problemu oddać 50W/8Ohm w klasie A i nie ugotować układów w trzewiach, na tle konkurencji jest całkiem pokaźna gabarytowo. Wysoka, dość głęboka i szeroka, dzięki czemu mimo oddawania sporej ilości ciepła podczas pracy nie nagrzewa się do nieprzyjemnych poziomów temperatury. Naturalnie, aby sprostać zadaniu grawitacyjnego chłodzenia, cała obudowa Essence’a wykonana została z grubych płatów aluminium oraz zaopatrzona na bokach w wielkie, designersko wykończone radiatory. Ogólnie każdy aspekt dotyczący obudowy jest efektem znakomitej pracy sekcji zajmującej się wyglądem konstrukcji, gdyż oprócz przywołanych bocznych radiatorów, także górna pokrywa może pochwalić się zabiegami zdobniczymi od ciekawego rozmieszczenia poprzecznie zorientowanych otworów wentylacyjnych począwszy, przez szczotkowanie powierzchni, na wygrawerowaniu nietuzinkowego logo skończywszy. A i to nie wszystko, gdyż w duchu utrzymania fajnego wyglądu idzie także strojny awers. Chodzi o wystający nieco przed główną jego połać, wykonany z czernionego szkła motyw trójkąta oraz wkomponowana poprzecznie w jego dolnej części, wąska, ale przyjemnie dla oka dość szeroka świetlna listwa sygnalizująca tryb pracy końcówki A lub AB. Oczywiście podobne podejście zobaczymy na tylnym panelu, gdzie oprócz szczotkowania powierzchni i niezbędnego wentylowania wnętrza poprzecznymi otworami znajdziemy bajecznie piękne terminale kolumnowe. Oczywiście z racji bycia jedynie ostatnim ogniwem sekcji wzmocnienia na plecach umieszczono jedynie typowe dla końcówek Gryphona wejście analogowe w wersji XLR, zacisk masy, gniazdo bezpiecznika, dla wielu w przypadku poszukiwań docelowego kabla prądowego mogące mieć spore znaczenie in minus gniazdo zasilania 20A oraz dwa bananowe wyjścia łączące wzmacniacz z przedwzmacniaczem liniowym jako opcje wykorzystania go w opcji sterowania mocą w trybie „Green Bias”. Zapewniam, z której strony byśmy na ten produkt nie spojrzeli, duński piecyk jest wizualnym majstersztykiem. Jeśli chodzi o garść technikaliów, najważniejszą informacją jest podstawowy tryb pracy w klasie A i bezproblemowe oddanie mocy w tym wydaniu na poziomie od 50W przy obciążeniu 8, po 200W przy 2 Ohm. Kolejną to pełne zbalansowanie układów wewnętrznych. Trzecią, oczywiście istotną, bo wynikającą z założeń technicznych jest jego waga na poziomie 45 kg. Jak sugeruje powyższy opis, Essence to kawał solidnej i świetnie prezentującej się maszyny. Czy wartej grzechu zdradzę w kolejnej części tekstu.

Co mogę powiedzieć o cennikowo rozpoczynającym ofertę kocówek mocy Gryphonie Esssence? Otóż tak naprawdę to wypisz wymaluj estetyka grania mojego Apex-a. Naturalnie z innym poziomem swobody wysterowania jednak sporych gabarytowo i zarazem wymagających obciążeniowo, a tym samym niełatwych we współpracy kolumn, ale muszę powiedzieć, że nawet do średnich poziomów głośności miałem nieodparte wrażenie, iż gdybym nie był „szurnięty” na punkcie dochodzenia do mety we wszystkim, czego się dotykam, najlepiej z dwoma, ale także z już jedną sztuką tytułowej sekcji wzmocnienia z pełnym zadowoleniem z uzyskanej jakości dźwięku mógłbym przez długie lata żyć. Owszem, zawsze można byłoby osiągnąć coś więcej, ale już posiłkując się kilkukrotnie większymi nakładami finansowymi, co patrząc na to z poziomu zderzenia ceny z jakością w najmniejszym stopniu nie zbliżyłoby się do tego, co zaproponował mi zestaw Essence wespół z posiadanymi Gauderami. Abstrahując jednak od wszelkich domysłów typu „co by było, gdyby” testowo skonfigurowany set – naturalnie w nieco mniejszej skali w odniesieniu do moich codziennych poziomów głośności, ale jednak – zaproponował mi wszechobecną magię. Świetna barwa, nasycenie i budowanie trójwymiarowej rzeczywistości powodowały, że podczas słuchania eterycznej muzyki czułem te same emocje bycia tam i w tedy, co z moim codziennym zestawem. Emocje bazujące na świetnej namacalności kreowanych w moim pokoju wydarzeń, a dzięki temu zatracaniu się w muzyce bez jakichkolwiek ograniczeń. A co było bardzo ciekawe z punktu widzenia potrzeb zapewnienia kolumnom odpowiedniej ilości nieskrępowanej ilości energii, w takim repertuarze bez jakichkolwiek strat w jakości prezentacji mogłem podkręcić gałkę wzmocnienia do lubianych przeze mnie poziomów wolumenu dźwięku. Byłem tym w sensie pozytywnym nieco zaskoczony, gdyż z powodzeniem przekraczałem teoretycznie nieprzekraczalny bez strat, a w istocie bardzo dobrze wypadający pakiet decybeli w udziałem słuchanego materiału. I jak zaznaczałem, z utrzymaniem świetnych wyników w oddaniu rozmachu i swobody budowania wirtualnej sceny w trzech wymiarach.
Bardzo fajnym przykładem na taki stan rzeczy były najnowszy krążek Wojtka Mazolewskiego „Solo”. To wbrew pozorom nie jest „pastwienie” się nad słuchaczem monotonną linią melodyczną na bazie jednego instrumentu, tylko umiejętne budowanie raz napięcia, a innym razem zadumy przy wykorzystaniu często kilku nałożonych na siebie, inaczej brzmiących z racji pochodzenia spod ręki innego producenta, oczywiście grających inny temat kontrabasów okraszonych dźwiękami różnego rodzaju przeszkadzajek. Nie ma się co oszukiwać, ta muzyka jest raczej z tych spokojniejszych, ale serwowany przez nią atak zwartej energii tego typu instrumentu na przemian z długotrwałym zawieszeniem pojedynczej nuty w eterze nie pozwalają na jakąkolwiek nudę. Ale jest jeden warunek, system musi nie tylko umieć pokazać całość z fajną barwą i nasyceniem, ale także z dobrym rysunkiem źródeł pozornych. Na szczęście tytułowy Duńczyk bez najmniejszych problemów sobie z tym poradził. Zrozumiałe jest, że nie był to rysunek na poziomie rysika rodem z flagowego Apex-a, ale i tak do nieco wyższych niż średnich poziomów głośności muzyka brzmiała zjawiskowo. A gdy do tego dodam przez cały czas odczuwalny w niej pakiet włożonego przez artystę podczas sesji nagraniowych serca, naturalnie bazując na płycie winylowej zaliczyłem te pozycje dwa razy z rzędu. System ani razu się nie spóźnił z odpowiednią artykulacją wymagających akordów, ani razu nie przekroczył dobrego smaku w kwestii nasycenia, dlatego zaliczam to podejście testowe do wręcz znakomitych.
Jak w kontrze do jazzu wypadła muza rockowa? W tym podejściu posłużyłem się ostatnim krążkiem formacji AC/DC „Power Up”. Biorąc pod uwagę możliwości testowanej konstrukcji w stosunku do punktu odniesienia podejrzewałem, co się wydarzy, ale chciałem to dobitnie potwierdzić. Mianowicie chodziło mi weryfikację możliwości utrzymania kontroli dolnego zakresu w zależności od poziomu głośności. To, że będzie barwnie i mocno nasycenie w centrum pasma było pewne. Obawiałem się za to utraty jakości odbioru podczas mocnego uderzenia rockową muzyką. I muszę powiedzieć, że i w tym aspekcie pozytywnie się zaskoczyłem. Nie twierdzę, że było idealnie odtworzenie, bo jednak krawędź kreowania niskiego środka i basu z uwagi na wymagające kolumny nieco traciły na wyrazistości, ale nie była to klapa, tylko raczej miękkie, aniżeli ostre podanie tych kwestii. A najlepsze w tym było to, że z racji zazwyczaj skompresowania tego rodzaju materiału i przez to pewnej ostrości jego brzmienia brak idealnej kontroli energii działał in plus. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie mówię o rozmyciu krawędzi, tylko jej lekkim pogrubieniu, co przełożyło się na większe wysycenie ogólnego przekazu, a w konsekwencji przyjemniejszy odbiór. Oczywiście tylko do średnich poziomów głośności, bo potem bywało różnie, ale przypominam o pewnego rodzaju testowym paradoksie karmienia wielkich kolumn nie do końca dopasowanym do nich wzmocnieniem. Czyli co, chcąc zachować pozory bezstronności kopię pod wzmacniaczem dołek? Bynajmniej, bowiem to pokazuje raczej, że mimo startowego mezaliansu pokazał się z bardzo dobrej strony, co świetnie uwypukliło ukryte w tej konstrukcji mocowe możliwości.

Gdzie ulokowałbym stereofoniczną końcówkę mocy Gryphon Audio Design Essence? Naturalnie wszędzie tam, gdzie słuchacz oczekuje świetnej barwy, dobrego wypełnienia średnicy, solidnie podpartych dolnymi rejestrami, ale bez utraty lotności przekazu. Będzie gęsto, jednak z odpowiednią eterycznością. I jak wynika z powyższego opisu, bez względu na wykorzystywany poziom dźwięku – przypominam o dobrym występie tego aspektu w starciu z posiadanymi przeze mnie trudnymi kolumnami. Czy to oznacza, że to niekwestionowane remedium na potrzeby całej populacji melomanów? Jasne, że nie, bo niestety prezentacji spod znaku poszukiwania maksymalnej szybkości ataku oraz często bolesnego przysłowiowego rozdrabniania włosa na czworo Essence Wam nie zapewni. Jednak nie dlatego, że to jego ukrywany przez producenta problem, tylko wynikający z założeń konstrukcyjnych pracy w czystej klasie A kod DNA. Duńczyk ma kreować muzykę w jej najlepszym wydaniu, a nie bezdusznie odtwarzać.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

Mówiąc szczerze, że ilekroć docierają do nas informacje o redukcjach rozmiarów, mocy, czy też optymalizacji jakiś kluczowych układów, to niejako z automatu zapalają w naszych głowach większość ostrzegawczych kontrolek, bowiem odmieniana przez wszystkie przypadki ekologia to jedno a wspomniana przed chwilą „optymalizacja” zazwyczaj dotyczy li tylko kosztów własnych wytwórcy odbijając się przy tym czkawką tak na jakości, jak i długowieczności samych produktów a co za tym idzie portfelach nabywców. No bo jak przejść do porządku dziennego nad wynalazkami w stylu Jeepa Compass e-Hybrid, który przy masie 1667 kg może „pochwalić się” oszałamiającą mocą 146 KM uzyskiwaną z 3-cylindrowego silnika o pojemności .. 1 199 cm³. Dlatego też przyzwyczajeni do dobrego, czyli największych i najmocniejszych A-klasowych końcówek mocy Gryphona świadomość istnienia „małego” Essence’a mieliśmy, acz specjalnego ciśnienia na wzięcie go na redakcyjny tapet nie odczuwaliśmy. Co poniekąd nie powinno dziwić, bo i po co, oczywiście w przypadku rozczarowania, psuć sobie bądź co bądź ugruntowaną wcześniejszymi testami (w przypadku Jacka również stanem posiadania) opinię o jednej z legend High-Endu. Jednak czas od premiery ww. modelu spokojnie sobie płynął a spływające do nas opinie o nim zazwyczaj oscylowały gdzieś pomiędzy niemym zachwytem a ekstatyczną euforią nijak nie wskazując na jakiekolwiek niecne, mające na celu rozmienianie się na drobne działania ekipy z Ry. Dlatego też wiedzeni czystą ciekawością i dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu pozyskaliśmy na krytyczne odsłuchy Gryphona Essence Stereo a tym samym wreszcie możemy podzielić się własnymi wrażeniami.

Po drapieżnych i poszarpanych bryłach starszego rodzeństwa (Mephisto, Antileon), czy wręcz gigantomanii flagowego Apex-a przyszła pora na nadal surowy i mroczny, jednak na tle ww. zawodników ewidentny minimalizm i czystko „kontekstową” kompaktowość. Krótko mówiąc Essence Stereo, przynajmniej jak na portfolio Gryphon Audio jawi się jako oaza spokoju i propozycja dla szerokiego grona odbiorców. Jak jednak nadmieniłem to wybitnie „kontekstowe” pozory, bowiem tak z racji gabarytów (47 × 24 × 46 cm), jak i wagi (45 kg) tytułową końcówkę trudno do małych i poręcznych zaliczyć. Ułatwiających jej przenoszenie uchwytów brak a ściany boczne zastąpiono co prawda asekuracyjnie zaokrąglonymi, niemniej jednak nadal nastroszonymi piórami radiatorów. Płytę frontową wykonano z solidnego płata szczotkowanego aluminium, którego monolityczność przełamuje trójkątny akrylowy klin z poprzeczną LED-ową belką. Na owym klinie znajdziemy jedynie dyskretną informację o modelu urządzenia, charakterystyczny, podświetlony na czerwono logotyp i zielone kółko sensora standby.
Włącznik główny ukryto przed oczami ciekawskich na płycie spodniej – tuż przy przedniej krawędzi – na wysokości wierzchołka trójkątnej akrylowej wstawki. To jednak nie koniec niespodzianek, gdyż po jego lewej stronie umieszczono przycisk trybu iluminacji ww. LED-owej belki a po prawej bliźniaczy odpowiedzialny za bias. I tak w standardzie LED-y świecą na niebiesko i jedynie przy zmianie biasu zmieniają swe umaszczenie na 10 sekund – na zielone przy niskim i czerwone przy wysokim. W drugim ustawieniu kolor iluminacji cały czas pozostaje zgodny z wybranym ustawieniem biasu a w trzecim następuje praktycznie całkowite (z pominięciem sensora standby) zaciemnienie (Stealth).
Jak to przy wzmacniaczach mocy bywa plecy Essence’a są oazą spokoju. Do dyspozycji mamy parę złoconych wejść XLR Neutrika, pojedyncze terminale głośnikowe, gniazdo zasilające C20, komorę bezpiecznika T 5A / 250V, gniazda triggera 12V i magistrali Green Biasu. Krótko mówiąc standard, do którego Duńczycy zdążyli przyzwyczaić swoich wiernych akolitów.
Zapuszczając żurawia do trzewi trudno powstrzymać uśmiech, i to szeroki, zadowolenia, gdyż to, co ukazuje się naszym oczom może budzić jedynie podziw wśród nabywców i zazdrość wśród konkurencji. Wnętrze szczelnie wypełniają wyborne komponenty zamontowane zarówno na poziomej płycie głównej, jak i mniejszych – pionowych biegnących wzdłuż ścian bocznych. Płytki drukowane są czterowarstwowe a wytrawione na nich miedziane ścieżki mają grubość 70 μm. Jak łatwo się domyślić atencję kradnie monstrualne 1 350W toroidalne trafo wykonywane na zamówienie w Noratelu, z którym współpracuje nie mniej imponująca bateria kondensatorów o łącznej pojemności 440 000μF (po 220 000μF na kanał). Warto również wspomnieć, iż zarówno wyświetlacz/firmowe podświetlenie, jak i układy kontrolne otrzymały osobne zasilanie. Z kolei do masywnych radiatorów przymocowano po 10 bipolarnych tranzystorów Sankena na kanał zdolnych oddać po 50W w czystej klasie A przy 8 Ω obciążeniu. Z kolei w stopniu wejściowym zastosowano podwójne tranzystory J-FET a w pełni symetryczna całość pracuje bez globalnej pętli sprzężenia zwrotnego. Ponadto wewnętrzne, dość nieliczne i zarazem max. 15cm połączenia kablowe poprowadzono srebrnymi przewodami.

Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że zmiana dyżurnego Apex-a na najmniejszego z rodu Essence’a będzie równie bolesnym regresem jak przesiadka z Maybacha S 580 do A-klasowego hatchbacka, to już pierwsze takty „Blood” OSI dowiodły, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Oczywiście w połączeniu z dwumetrowymi Gauderami słychać było „tylko” 50W moc końcówki, ale nie wykluczam, iż nie mając możliwości bratobójczego pojedynku z ponad 200W Apexem nawet nie zwróciłbym na ów aspekt takiej uwagi. A tak, cóż winien jestem zainteresowanym stosowną wzmiankę. Niemniej jednak nie próbując osiągać iście koncertowych poziomów głośności również i duński „maluch” dzielnie sobie radził. Gęste, prog-rockowe aranżacje suto okraszone elektroniką nie stanowiły dla niego większego wyzwania. Grał z niewymuszeniem i swobodą stawiając na koherencję i wysycenie aniżeli na bestialskie oszołomienie mnie bezlikiem informacji, czy bestialstwem basowych uderzeń. Tylko żebyśmy dobrze się zrozumieli. To, że coś nie wyrwało mnie z kapci, bądź nie poraziło swym absolutem wcale nie oznacza, że nie trafiło do menu Duńczyków, bowiem przykładowo rozdzielczość Essence’a śmiem określić mianem wybornej, lecz z racji, iż tytułowa końcówka daleka jest od epatowania powyższą składową odbieramy ją jako coś całkowicie oczywistego i naturalnego. Schody zaczynają się w momencie, gdy podobne oczekiwania zaczynamy zgłaszać do konkurencyjnych produktów. A tu po prostu wszystko jest na swoim miejscu i świetnie ze sobą współgra. Ponadto Essence pod względem sposobu prowadzenia narracji jest niejako przeciwieństwem ekstatycznej wyczynowości Diablo 333, który metaforycznie każdy zakręt brał dryftem, kiedy to nasz dzisiejszy gość niewiele ustępując mu pod względem szybkości robi to z niewymuszoną elegancją i płynnością 6-litrowej limuzyny. Pół żartem, pół serio opis brzmienia najmniejszej końcówki Gryphona można byłoby definiować jej nazwą i śmiem twierdzić, iż byłaby to bardzo trafna charakterystyka. Essence gra bowiem właśnie niezwykle … esencjonalnie i to na niej – esencjonalności opiera reprodukcję dowolnego repertuaru. Barwy są sugestywnie dosaturowane, temperatura komfortowo podniesiona, góra zjawiskowo lśniąca a bas, choć kreślony nieco grubszą aniżeli w Apexie kreską, nad wyraz zróżnicowany i zapuszczający się w rejony wydawać by się mogło daleko poza zasięgiem 50W „słabeusza”. Jak jednak praktyka (empiria) dowodzi 50 A-klasowych Watów Gryphona z powodzeniem można uznać za ekwiwalent 100, bądź nawet 200W „zwykłych” i po prostu odpowiednie kolumny dobierać bardziej „na ucho” aniżeli kierując się jakimiś mniej, bądź bardziej trafnymi zaleceniami i sugestiami.
Nie mniej pozytywne obserwacje poczyniłem na niezelektryfikowanym, klasycznym materiale, gdyż „Elgar” w wykonaniu Sheku Kanneh-Masona zabrzmiał z niezwykłym skupieniem i właśnie esencjonalnością na pierwszym miejscu eksponując naturalność barw i organiczność tkanki wypełniającej kontury uczestników nagrania. Było w tym graniu coś z wysokiej próby „lampowości” i może zakrawać to na absurd, ale bez trudu można było zauważyć zaskakująco wiele cech wspólnych z niedawno u nas goszczącymi monoblokami MastersounD-a. Równie płynnie odbywało się przejście z partii solowych do pełnego wykorzystania składu osobowego London Symphony Orchestra, na co pozwalam sobie zwrócić uwagę, gdyż Essence z wrodzonym wdziękiem i pietyzmem zachowywał właściwą wykorzystywanemu w danym momencie aparatowi wykonawczemu skalę prezentacji, przez co nader umiejętnie operował ogniskową pozwalającą na swobodną eksplorację poszczególnych planów. A trzeba mieć świadomość, że głębokość kreowanej przez tytułową końcówkę mocy sceny w pełni zasługiwała na miano high-endowej.

Jak się z pewnością Państwo domyślacie celem dzisiejszego spotkania bynajmniej nie było ustalenie, czy Gryphon potrafi stworzyć lepiej grający od niniejszego Essence’a wzmacniacz mocy, bo to już przerabialiśmy przy okazji testów starszego rodzeństwa a jedynie empiryczna weryfikacja, czy obecność w duńskim portfolio tytułowego gagatka nie będzie nazbyt ewidentnym odejściem od high-endowej bezkompromisowości niejako stanowiącą wizytówkę ekipy z Ry. I powiem szczerze, że sztuka down-sizingu Duńczykom wyszła wybornie, gdyż Essence Stereo oferuje zaskakująco dużo z większych modeli i zarazem stanowi ewidentną alternatywę dla konstrukcji zintegrowanych, które nie mogą się z nim równać tak pod względem wyrafinowania, jak i dojrzałości prezentacji. Nie ma zatem mowy o nawet śladowych zapędach do wewnątrzgatunkowej kanibalizacji, więc wystarczy rzucić tak okiem, jak i uchem na dowolny „wypust” Gryphona i od razu będzie wiadomo, czy to słyszymy wpisuje się w nasze własne preferencje. Osobiście dopisuje się do listy akolitów skandynawskich rozwiązań dzielonych a tym samym umieszczam Essence’a na swojej prywatnej liście gorących rekomendacji.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Cena: 104 000 PLN

Dane techniczne
Moc RMS (czysta klasa A): 2 x 50W / 8Ω, 2 x 190W / 4Ω, 2 x 200W / 2Ω
Szum (średnio-ważony): < -81dBV
Zniekształcenia THD+N: < 1%, 50W @ 8Ω
Zniekształcenia intermodulacyjne (DFD): < 0,05%, 25W @ 8Ω
Impedancja wyjściowa: 0,015 Ω
Wzmocnienie: +31,0dB
Wejścia: Para XLR
Napięcie wejściowe: 0,564Vrms
Impedancja wejściowa: 20kΩ
Pobór mocy: < 0,5W (Standby), 350W (bez sygnału), 1350W (Max)
Gniazdo zasilające: C20
Bezpiecznik: T 5A / 250V
Wymiary (S x W x G): 47 × 24 × 46 cm
Waga: 45 kg

Pobierz jako PDF