1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Auralic ARIES G1

Auralic ARIES G1

Dziwnym zbiegiem okoliczności, ilekroć sięgaliśmy po urządzenia Auralica można było zauważyć bardzo wyraźny podział na przyobleczoną w nader zgrabne, aluminiowe obudowy, odpowiedzialną za amplifikację i dekodowanie sygnałów cyfrowych tzw. klasyczną elektronikę, oraz … plastikowe plikograje. Wystarczy wspomnieć zestaw pre+power Taurus + Merak, czy przetwornik cyfrowo – analogowy Vega, które mogły pochwalić się nie tylko przyjaznymi niewielkim powierzchniom mieszkalnym gabarytami, lecz przede wszystkim estetycznymi, szczotkowanymi płatami aluminium w roli ścianek przednich. Z kolei transport Aries i streamer Aries Mini to przedstawiciele trendu slim&fit, gdzie niemalże całkowicie pomijalna waga jest pochodną wykonanych z tworzyw sztucznych korpusów, oraz wyeksmitowanych na zewnątrz modułów zasilających. Czasy się jednak zmieniają, oczekiwania odbiorców rosną a i konkurencja nie śpi, więc utrzymanie się na rynku wymaga zdecydowanych działań. Dlatego też i Auralic postanowił gruntownie zrewidować nie tylko swoje podejście do części własnego portfolio za granie z plików odpowiedzialnej, lecz generalnie powołać do życia nową generację urządzeń, jednocześnie ujednolicając ich szatę wzorniczą. Tym oto sposobem światło dzienne ujrzały modele wzbogacone o symbole G1, G2 i GX a do naszej redakcji trafił odświeżony transport plików ARIES G1.

Jak sami Państwo widzicie nowy Aries G1 prezentuje się po prostu wybornie. Z nieco niepoważnej formy plastikowego sandwicha wyewoluował do jakże charakterystycznej dla najnowszych wyrobów Auralica prostopadłościennej i nad wyraz eleganckiej bryły Unity Chassis. Bryły nie tylko w całości wykonanej z masywnych płatów anodowanego na czarno aluminium, ale i pozbawionej nieprzystających do klasy urządzenia wtyczkowych, bądź nieco lepszych, ale dalej problematycznych do umieszczenia wśród plątaniny przewodów zewnętrznych zasilaczy.
Centralne miejsce na froncie zajmuje osadzony w dedykowanym wgłębieniu blisko 4” (dokładnie 3,97″) ekran True Color wysokiej rozdzielczości (300 ppi) a po jego obu stronach – na przeciwległych flankach umieszczono włącznik (po lewej) i cztery przyciski nawigacyjno – funkcyjne (po prawej). Oazą spokoju jest też płyta górna, którą zdobi jedynie firmowe logo. Zdecydowanie więcej dzieje się za to na ścianie tylnej, gdzie na dość ograniczonej powierzchni producentowi z zachowaniem zasad logiki i ergonomii udało się zmieścić całkiem pokaźną baterię interfejsów. Pomijając zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika trójbolcowe gniazdo zasilające IEC do dyspozycji otrzymujemy dwa nagwintowane trzpienie anten Wi-Fi, gigabitowy port Ethernet, dwa gniazda USB – jedno przeznaczone do podłączenia pamięci masowych i drugie, stanowiące wyjście do zewnętrznego DAC-a a następnie trzy, już konwencjonalne wyjścia cyfrowe – Toslink, Coax i AES/EBU.
Jednak prawdziwą rewolucję przeszły tak naprawdę trzewia. Całość oparto bowiem na autorskiej platformie Tesla G2, której sercem jest 50% szybszy od stosowanego w poprzedniej generacji Ariesów procesor Quad Core Coretex-A9 (1.2G) o mocy obliczeniowej 37,500 MIPS. Do 2 GB powiększono również pamięć systemową, oraz do 8 GB pamięć na dane, a całość wspomaga 1GB pamięć podręczna (cache). Z odpowiednim pietyzmem potraktowano również sekcję zasilania Dual Purer-Power, gdzie jeden, z dwóch niezależnych, galwanicznie odseparowanych od siebie, ultra-cichych transformatorów odpowiada za zasilanie układów logicznych, ekranu LCD i pamięci zewnętrznych a drugi, pary Femto Clock-ów i wyjścia USB. Przy okazji warto zwrócić uwagę na podejście tytułowego producenta do tematu jakże popularnego MQA, który według Auralica zaliczyć należy do grupy formatów … stratnych.
Od strony ergonomiczno – funkcjonalnej zmieniło się za to niewiele. Do obsługi polecana jest dedykowana platformie iOs aplikacja AURALiC Lightning DS., choć na upartego i z poziomu Androida da się z Ariesem porozumieć. Co prawda trzeba wtedy najpierw poprzez wersję przewidzianą na przeglądarki internetowe Lightning DS odpowiednio całe urządzenie skonfigurować a potem podczas codziennej obsługi posiłkować się np. BubbleUPnP, lub Kazoo. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że jak na taką software’ową partyzantkę efekty są całkiem zadowalające a jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż powyższe „kombinacje alpejskie” pozwalają zaoszczędzić ok. 2 kPLN na pilocie (tyle mniej więcej kosztuje iPad), to gra może okazać się warta świeczki.
Zanim jednak przystąpimy do odsłuchów warto chwilę poświęcić na konfigurację urządzenia. Jedną z kluczowych, dostępnych w „Streamer Menu” funkcjonalności jest bowiem możliwość ustawienia opóźnienia z jakim zacznie być transmitowany do DAC-a sygnał po podaniu jego parametrów, tak aby ów DAC miał czas na ogarnięcie się i zablokowanie wejścia. Unikniemy dzięki temu „gubienia” pierwszych dźwięków na początku odtwarzanych utworów, na co skarżyła się część użytkowników poprzednich inkarnacji Ariesów. Jeśli zaś chodzi o obsługę MQA, to taki sygnał można w formie nienaruszonej przesłać do kompatybilnego DAC-a (MQA Pass-through), lub też nieco go „podrasować” stosownym 2 (do 88.2 kHz lub 96 kHz), 4 (do 176.4 kHz lub 192 kHz) lub 8 (do 352.8 kHz lub 384 kHz) krotnym upsamplingiem. Za to w „Processor Menu” do dyspozycji dostajemy opcje indywidualnego upsamplingu dla każdej z obsługiwanych przez Ariesa częstotliwości, oraz ewentualną konwersję DSD do PCM w przypadku, gdy nasz przetwornik sygnału DSD nie obsługuje a także wybór jednego z czterech zaimplementowanych w trzewiach transportu filtrów Precise, Dynamic, Balance i Smooth.

Upgrade platformy, większa moc obliczeniowa, bufor i masywna obudowa z pewnością mogą poprawić samopoczucie nabywców zwracających na takie detale uwagę, lecz czymże byłyby one bez znaczącego progresu brzmienia w stosunku do Ariesa wcześniejszej generacji. Całe szczęście wraz z ewolucją software’owo – mechaniczną, również i walory natury sonicznej osiągnęły znacząco wyższą jakość. O ile jednak w ramach niniejszego testu niestety nie mieliśmy możliwości bezpośredniego porównania obu generacji, to posiłkując się archiwalnymi zapiskami i nieco ułomną pamięcią śmiem twierdzić, iż Aries G1, choć po swoim protoplaście odziedziczył nazwę, tak naprawdę jest całkowicie nowym i bez porównania doskonalszym transportem. Będąc przedstawicielem nowej generacji – G, w dodatku nieodparcie kojarzącej mi się z emitowaną w latach 70 i 80-ych minionego tysiąclecia serią anime „Załoga G” (科学忍者隊ガッチャマン Kagaku ninja tai Gatchaman), pozostawia daleko za sobą tzw. choroby wieku dziecięcego dotychczas trapiące większość potocznie mówiąc plikograjów i pozwala w pełni skupić się na muzyce a nie rozpraszać się problemami natury użytkowej. Biorąc pod uwagę, iż na aspekt techniczny już nie musimy zwracać nawet uwagi, gdyż tytułowe urządzenie nie dość, że bez najmniejszych problemów radzi sobie z plikami DSD512, oraz PCM 32bit/384kHz, to w dodatku odtwarza je bez przerw (tzw. gapless) i spokojnie można je obsłużyć z pomocą dowolnego pilota (Smart-IR Control). Krótko mówiąc włączamy, siadamy i słuchamy. Prościej się nie da. A jak toto gra? Pomijając dość oczywisty fakt, nierozerwalnej zależności efektu finalnego od klasy i synergii zachodzących pomiędzy pozostałymi elementami docelowego systemu śmiem twierdzić, że co najmniej … uzależniająco. Po pierwsze wreszcie nie słychać bolesnej różnicy do nośników fizycznych, na niekorzyść platform streamingowych w stylu Tidal HiFi. Pomijając bowiem niezaprzeczalną wygodę wynikającą z ich wszechobecności, to bardzo często owa wygoda okupiona była niezbyt referencyjnym brzmieniem wynikającym z bezpośredniego przesyłu danych w czasie rzeczywistym, a więc pewnej „płynności” (czytaj równania w dół) strumienia danych. Tymczasem Auralic buforując je we wbudowanej pamięci na tego typu anomalie został w oczywisty sposób uodporniony. Niemniej jednak bezpośrednie porównanie z własnoręcznie zripowanym, bądź też zakupionym, np. na HDtracks materiałem, bezsprzecznie wskazuje na dalsze możliwości rozwoju, ale jest lepiej, i to o wiele, niż do tej pory. Jestem w tym momencie szalenie ciekaw, jaki byłby wynik podobnej konfrontacji, gdyby w Polsce można było oficjalnie korzystać z dobrodziejstw oferującej wysokorozdzielczy kontent platformy Qobuz. Niestety takowej możliwości na razie nad Wisłą nie ma, niemniej jednak „satelickim” użytkownikom tejże usługi polecam mieć na uwadze niniejszego plikograja.
Przechodząc jednak do konkretów trzeba skomplementować Ariesa za niezwykle umiejętne połączenie właściwej najlepszym źródłom cyfrowym rozdzielczości z równie wysokiej jakości dynamiką i wysyceniem reprodukowanego pasma. Wspominam o tym już na wstępie, gdyż bez trudu można napotkań na rynku streamery/transporty grające bądź to nazbyt analitycznie – skupiające się głównie na oddaniu precyzji skrajów pasma, bądź czarujące iście analogową średnicą, lecz nieco po macoszemu traktujące pozostałe podzakresy. Natomiast Auralic do zagadnienia reprodukcji podchodzi globalnie i zajmuje się pełnym spektrum a nie li tylko jego wycinkami. Weźmy na ten przykład dość krytyczny i niezwykle wymagający repertuar operowy „Anime Amanti” w wykonaniu Roberty Mameli, gdzie jakakolwiek ziarnistość, czy też szklistość mści się krwotokiem nie tylko uszu, ale również oczodołów, bądź polifoniczny, wycyzelowany w każdym detalu „Canticum Canticorum” Les Voix Baroques, by na własnej skórze poczuć akustykę Villi San Fermo i kościoła Saint-Augustin de Mirabel w Québecu. Kreowanie przestrzeni, kubatur w jakich dokonano nagrań i właściwym im cechom akustycznym, z wszelakiej maści odbiciami, wędrującymi pod sklepieniem fragmentami dźwięków, pogłosem, czasem, oraz tempem jego wygasania zapewniają pasjonujące zajęcie na długie godziny. To taka radosna eksploracja, gdzie z jednej strony czerpiemy niezaprzeczalną przyjemność z niezwykle homogenicznego i spójnego przekazu a jednocześnie co i rusz odkrywamy urocze drobiazgi, które do tej pory umykały naszej uwadze.
Jakże inaczej brzmią powyższe nagrania w porównaniu z praktycznie pozbawionym pogłosu sterylnym „Unleashed” Two Steps from Hell, gdzie jedynie fortepian, i to też nie zawsze, dostąpił zaszczytu w miarę naturalnej propagacji generowanych przez siebie dźwięków. Nie chodzi jednak o to, że Auralic ostatnią z wymienionych propozycji jakoś piętnuje, czy stara się zdyskredytować, lecz po prostu obiektywnie pokazuje diametralnie różne podejście do realizacji. Zaznaczę jeszcze raz – pokazuje i robi to dokładnie w ten sam sposób, co niedawno przez nas recenzowane Gauder Akustik Darc 100, kiedy jak na dłoni było widać różnice pomiędzy „posklejanym” „The Astonishing” Dream Theater a granym na żywo „S&M” Metallicy. Jednak jedno obie ww. produkcje łączy – to dynamika, która w kulminacyjnych momentach bezpardonowo wgniata w fotel istną ścianą dźwięku i dokonuje przysłowiowej demolki niczym kula stosowana przy rozbiórkach. Tutaj nie ma miejsca na zawoalowanie, czy budzące politowanie efekty specjalne rodem z niskobudżetowych filmów katastroficznych, gdzie zamiast kilkutonowej „gruchy” pojawia się styropianowa wydmuszka a ceglane mury zastępuje się ażurowymi konstrukcjami z popcornu. Możecie być zatem pewni, że jeśli owego impetu nie jesteście w stanie u siebie uzyskać, to wina na pewno nie leży po stronie Auralica.
Mamy zatem pełen i zarazem swobodny wgląd w materiał źródłowy i tylko od nas zależeć będzie jak otrzymaną dawkę informacji zinterpretujemy. W tym momencie warto zwrócić uwagę na możliwość modelowania dźwięku już na etapie doboru okablowania sygnałowego, w tym USB, gdyż Aries, podobnie jak w przypadku trafiających do jego trzewi plików, również i pod tym względem daleki jest od uśredniania. Dlatego też, choć tytułowy plikograj oczywiście zagra nawet na dość podstawowym przewodzie Wireworld Starlight a wiatr w żagle złapie na Goldenote Firenze Silver, to prawdziwe oblicze jest w stanie pokazać na referencyjnych drutach klasy Audiomica Laboratory Pebble Consequence (test wkrótce). I proszę nie kręcić nosem, że to tylko zera i jedynki, które dopiero w DAC-u nabierają jakiejś bardziej namacalnej formy, gdyż sięgając do domeny analogowej połączenie transportu cyfrowego z DAC-iem jest przecież bliźniacze do tego pomiędzy gramofonem i phonostagem a w ich przypadku nikt przy zdrowych zmysłach nie próbuje wprowadzać żadnych kompromisów, czy też oszczędności. Dlatego też sugeruję we własnym systemie, na własne uszy przekonać się, co możliwie najwyższej klasy połączenie daje i w tym celu sięgnąć po jakieś znane z natury, niekoniecznie zelektryfikowane dźwięki. Osobiście mogę polecić „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolelliego, czyli repertuar lekki, łatwy i przyjemny a zarazem zagrany z niezaprzeczalną wirtuozerią, którą … słychać i to słychać wybornie. Nie twierdze jednak, że nie można lepiej, bo w 99% przypadków można, jednak oceniając możliwości Ariesa G1 zarówno przez pryzmat jego ceny, możliwości protoplastów i oferty konkurencji śmiem twierdzić, że pominięcie go w trakcie poszukiwań docelowego transportu plików wydaje się najdelikatniej rzecz ujmując nieroztropne.

W ramach zakończenia zdradzę Państwu pewien sekret. Otóż odsłuch Auralica ARIES G1 miał być jedynie rozgrzewką i niezobowiązującym zaspokojeniem mojej ciekawości przed otrzymaniem do recenzji jego starszego rodzeństwa, czyli ARIESA G2. Ot taka niewinna forma utrzymania relacji dystrybutor – redakcja, z której nic specjalnego mogłoby nie wyniknąć. Zwykły podkład, oczyszczenie pola dla spodziewanego lada moment flagowca. Tymczasem okazało się, że cały misterny plan spalił na panewce, gdyż G1-ka pokazała drzemiący w niej potencjał i tym samym zaskarbiła sobie moją sympatię. Tak, tak. Wbrew pozorom ten niewielki transport nie pozwala na chłodną obojętność, gdyż niemalże po chwili od włączenia orientujemy się, że chcemy go słuchać więcej i więcej a moment jego zwrotu postaramy się możliwie odwlec w czasie. Co prawda na chwile obecną jeszcze nie jestem w stanie powiedzieć, czy tytułowy plikograj do mnie wróci i zagości na dobre w dyżurnym systemie, gdyż w kolejce tuż za progiem, ustawili się prężący muskuły równie intrygujący konkurenci, jednak już teraz wiem, że z takim brzmieniem mógłbym żyć przez lata i każdego dnia czerpać z niego radość. A biorąc pod uwagę, iż bądź co bądź jest to poniekąd moja praca chyba trudno o lepszą rekomendację.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Dystrybucja: MIP / Auralic
Cena: 10 000 PLN

Dane techniczne
Obsługiwane formaty
Bezstratne: AIFF, ALAC, APE, DIFF, DSF, FLAC, OGG, WAV and WV
Stratne: AAC, MP3, MQA and WMA
Obsługiwane częstotliwości
PCM: 44.1KHz – 384 kHz/32Bit
DSD: DSD64(2.8224MHz), DSD128(5.6448MHz), DSD256(11.2896MHz), DSD512(22.57892MHz)
Oprogramowanie do obsługi: AURALiC Lightning DS (iOS), AURALiC Lightning DS przez przeglądarkę (tylko do konfiguracji), kompatybilne oprogramowanie firm trzecich (BubbleUPnP, Kazoo), Roon (wymagany zewnętrzny Roon Core)
Źródła streamingu: Współdzielony folder sieciowy, Napęd USB, Serwer mediów UPnP/DLNA, TIDAL & Qobuz, Radio internetowe, Airplay, Bluetooth, Roon ready
Wejścia: AES/EBU, Coaxial, Toslink, USB Host Audio, RJ45 Gigabit Ethernet, Tri-Band 802.11ac WiFi
Platforma strumieniowa: AURALIC Tesla G2 z procesorem 1.2 GHz quad – core, 2 GB pamięci systemowej, 8 GB pamięci masowej
Zegar wewnętrzny: Podwójny zegar Femto dla wyjść cyfrowych i USB
Zasilanie: Podwójny wewnętrzny linearny zasilacz Purer-Power 10uV niskoszumowy design dla obwodu audio
Wyświetlacz: Retina 3,97″
Pobór mocy: < 10W (w trybie uśpienia), 50W max.
Wymiary (S x G x W): 340 x 320 x 80 mm
Waga: 7,2 kg

Pobierz jako PDF