1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Aurorasound Vida prima

Aurorasound Vida prima

Link do zapowiedzi: Aurorasound Vida-prima

Opinia 1

Dawno, dawno temu, czyli w 2016 r. podczas corocznej „pielgrzymki” do źródła audiofilskich nowości, newsów i ploteczek, czyli monachijskiego High Endu wpadły mi w oko niezwykłej urody urządzenia japońskiej mikro-manufaktury Aurorasound współpracujące z … naszymi rodzimymi gramofonami Fonici. Na tle konkurencji uroczo oldschoolowe „bibeloty”, wśród których moją uwagę zwrócił przedwzmacniacz gramofonowy Vida, prezentowały się na tyle intrygująco, że po kurtuazyjnej wymianie uprzejmości wśród wystawowego gwaru z właścicielem firmy – Panem Shinobu Karaki, postanowiłem drążyć temat ewentualnego pozyskania owej Vidy na testy drogą mailową. Niestety okazało się, iż Aurorasound nie posiadała wtedy nie tylko polskiego, co nawet jakiegoś pobliskiego europejskiego dystrybutora, więc najogólniej rzec biorąc kwestie natury logistycznej przesunęły nasze spotkanie z ww. elektroniką na bliżej nieokreśloną przyszłość. Skoro jednak czytacie Państwo te słowa, to ani chybi „the future is now”, czyli właśnie wspomniana przyszłość nadeszła i to nadeszła dzięki wrocławskiemu dystrybutorowi Audio Atelier, który przyjął pod swoje skrzydła Aurorasound a nam uprzejmy był dostarczyć przedwzmacniacz gramofonowy … Vida prima, czyli aktualną wersję „monachijskiego” modelu, na której recenzję serdecznie zapraszamy.

Chyba żadna inna nacja nie ma tak perfekcyjnie wpojonej świadomości, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, jak właśnie Japończycy. I wcale nie chodzi o to, by każdorazowo oszałamiać potencjalnego nabywcę bogactwem ornamentyki jak to miało miejsce w przypadku 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO, czy też onieśmielać śnieżną bielą futrzanej wyściółki – vide Final Sonorus X, bowiem można to robić praktycznie minimalnymi nakładami a i tak uzyskać stosowny efekt. Proszę tylko spojrzeć na unboxing tytułowego malucha – najzwyklejszy pod słońcem karton, piankowe ochraniacze i foliowy worek wywołują emocje porównywalne z grzybobraniem. Jednak już owinięcie samego urządzenia w tłoczony, wielowarstwowy papier sprawia, ze gdzieś tam, podświadomie odzywa się w nas nadpobudliwy pięciolatek niemogący doczekać się tego, by tylko zerknąć cóż to za skarby kryją się pod ową otuliną. Rozumiecie Państwo o co chodzi? O niejako podprogowo wyzwalane skojarzenia, te pozytywne, głęboko zakorzenione w naszej pamięci, jak zapach i smak babcinego sernika. A dalej? Dalej jest już tylko lepiej, gdyż Aurorasound Vida prima za sprawą swej vintage’owej aparycji przenosi nas niczym prawdziwy wehikuł czasu w złotą erę Hi-Fi. Podobne zabiegi z powodzeniem stosuje z resztą m.in. Luxman, czerpiąc pełnymi garściami ze swoich archiwaliów np. pod postacią SQ38u, bądź najnowszego LX-380 ekshumując SQ38D z … 1964 r. i LX38 z 1978. Ponieważ jednak sam tytułowy producent nie może pochwalić się aż tak długim jak ww. konkurencja rodowodem, gdyż na rynku istnieje raptem dziesięć lat, to po prostu niejako od razu postawił na taką a nie inną estetykę i idąc m.in. śladami Lebena zadomowił się w stosownej retro-niszy.
Zewnętrzny korpus barwiony na mahoniowy brąz zamówiono w specjalistycznym zakładzie stolarskim mieszczącym się w Prefekturze Shizuoka, natomiast wsad to stalowa „szuflada” o solidnych ściankach i dnie o grubości 1,2 mm, której zarówno front, jak i rewers wykonano ze szczotkowanego aluminium w naturalnym kolorze. Patrząc na naszego dzisiejszego gościa en face napotkamy jedynie centralnie umieszczoną nazwę modelu, zlokalizowany na lewej flance masywny pomarańczowy przycisk … wyciszenia a na prawej firmowy logotyp umieszczony na granatowo-fioletowej wypukłej naklejce pod którą przycupnęła fioletowo-różowa mini dioda informująca o stanie pracy urządzenia. Krótko mówiąc istna kwintesencja minimalizmu i dobrego smaku. Nie do przecenienia jest kwestia komfortu obsługi, gdyż bez zbędnych kombinacji możemy do minimum ograniczyć wszelakiej maści reperkusje związane ze zbyt spontanicznym opuszczeniem wkładki na płytę, co pewnością ucieszy posiadaczy co bardziej egzotycznych ramion.
Nie inaczej phonostage prezentuje się od zakrystii oferując prę wejść RCA wraz z dedykowanym zaciskiem uziemienia, hebelkowy wybierak impedancji (47kΩ dla MM, MC-high dla wymagających powyżej 15Ω i MC-low dla tych zadowalających się co najwyżej 14 Ω), oraz bliźniaczy, acz dwupozycyjny, określający typ samego drapaka (MM/MC). Dalej mamy parę wyjść liniowych w standardzie RCA i zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC. Zero przełączników, mikroswitchy, czy konieczności dokonywania rozbebeszania przedwzmacniacza w celu przestawienia kilku zworek. Pełna automatyka i bezobsługowość, którą to de facto znam z autopsji grając z Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp, czy też wielokrotnie u nas goszczących pre Phasemation.
Zaglądając do trzewi okazuje się, iż mamy do czynienia z półprzewodnikową konstrukcją tyleż minimalistyczną, co dogłębnie przemyślaną i w dodatku wykorzystującą zalety obu podstawowych systemów korekcji krzywej RIAA, czyli NF (negative feedback) odpowiedzialny za jak najwierniejsze oddanie wysokotonowych niuansów i muzykalność, oraz CR (pojemnościowo-rezystancyjna) odpowiedzialny za delikatny a zarazem potężny (oksymoron w stylu czułego brutala) dół pasma. Stopień wyjściowy oparto o niskoszumowe wzmacniacze operacyjne Linear Technology i op-ampy Burr-Browna a na zajmującym nieco ponad połowę powierzchni korpusu Vidy zielonym laminacie nie zabrakło foliowych kondensatorów WIMA wspomaganych japońskimi elektrolitami i niewielkiego toroidalnego trafa.

Nie znając przebiegu dostarczonego na testy egzemplarza przez pierwszych kilka dni, zbytnio się nie przysłuchując pozwalałem mu na spokojną akomodację katując do znudzenia materiałem zapisanym na fioletowym winylu „Nie wierz chłopcom” Filipinek. Po tej jakże „morderczej” rozgrzewce przyszła pora na zdecydowanie bardziej korespondujący z moimi preferencjami materiał a na talerzu dyżurnej Kuzmy wylądował wysmażony przez Ricka Rubina i Mike’a Shinodę dwupłytowy, wydany na transparentnym acetacie i przyprawiający o głębokie stany lękowe „RECHARGED” Linkin Park będący wielce udaną interpretacją nu-metalowego materiału na breakbeatową, trapową i progresywno- house’ową modłę. Uczciwie trzeba przyznać, iż nie jest to krążek, który zbyt często, o ile w ogóle, można usłyszeć na jakichkolwiek audiofilskich pokazach. Powód jest tyleż oczywisty, co trywialny – otóż większość misternie dopieszczonych ołtarzyków przy takiej kumulacji gitarowych riffów i gęstych, brutalnych syntetycznych dźwięków po prostu ostentacyjnie rzuca na ring ręcznik. Całe szczęście phono Aurorasound nie miał gdzie uciec i chciał nie chciał, musiał zagrać zaserwowane mu niezaprzeczalnie ciężkostrawne menu. I tutaj od razu drobna uwaga natury użytkowej. Otóż warto nausznie sprawdzić, czy wysokopoziomowe wkładki przypadkiem nie zagrają lepiej z ustawieniami dedykowanymi dla MM-ek. Z niskopoziomowymi kombinować nie trzeba – Japończyk dogaduje się z nimi od pierwszego strzału i mówiąc otwartym tekstem właśnie z nimi, przynajmniej w moim mniemaniu, wypadał najlepiej. Nie dość bowiem, że był niezwykle cichy (nie dodawał nic a nic od siebie pod względem szumu), co czarował idealną wręcz równowagą pomiędzy wysyceniem a rozdzielczością, zaskakująco precyzyjnie kreśląc kontury źródeł pozornych i pieczołowicie wypełniając je soczystą tkanką, co na tym pułapie cenowym wydaje się co najwyżej pobożnym życzeniem. A tu proszę – wszystko jest na swoim miejscu i to na niezwykle wysokim poziomie. Jedynie dół pasma nie był tak konturowy i zwarty jak w równolegle testowanym i niemalże dwukrotnie droższym RCM-owskim Sensorze 2 Mk II, ale taka jest odwieczne prawo rynku. Tym bardziej, iż nasz dzisiejszy gość dopiero otwiera portfolio producenta jeśli chodzi o przedwzmacniacze gramofonowe, gdyż ma jeszcze nad sobą wzbogaconą o zewnętrzne zasilanie Vidę i topową Vidę Supreme.
Przesiadka na nieco mniej przetworzony materiał, za jaki niewątpliwie można uznać również dwupłytowy, znowu ledwo człowiek usiądzie a już się trzeba zwlekać z kanapy, by zmienić stronę/płytę, album „Wasteland” Riverside pokazała zdecydowanie bardziej liryczne oblicze dzisiejszego gościa. Zachowując wspomnianą równowagę pomiędzy body a rozdzielczością Vida-prima kreślił spektakl muzyczny na wzór Kakemono – japońskiej kaligrafii / malarstwa na jedwabiu, gdzie pozornie delikatne i prowadzone niejako od niechcenia pociągnięcia pędzla układają się w pełne harmonii wzory. Nie sposób było doszukać się w takim graniu nerwowości, czy taniego szukania poklasku, w zamian których pierwsze skrzypce grało wyrafinowanie i elegancja. Nie oznacza to bynajmniej, że złagodzeniu uległa dynamika a jedynie, że akcent położony został na skalę mikro, za to wydarzenia o większym wolumenie w sposób całkowity z nich wynikały, jednocześnie nie przytłaczając słuchaczy swoją intensywnością.
A jak z odwzorowaniem wokali i niezelektryfikowanego instrumentarium? Śmiem twierdzić, iż jest to naturalne środowisko Vidy, gdyż zarówno koncertowy świetnie wydany przez Gold Note’a koncertowy album „Belafonte: At Carnegie Hall” Harry’ego Belafonte , jak i japońskie tłoczenie „We Get Requests” Oscar Peterson Trio nader skutecznie przykuwały do kanapy nie tyle neutralnością, co naturalnością i organicznością brzmienia. Kontrabas Raya Browna był czytelny, choć daleki od wyrywania się przed szereg, gdyż to fortepian Petersona robił za gwiazdę wieczoru, choć trudno odmówić kunsztu, czy wyczucia Edowi Thigpenowi za perkusją. Generalnie od pierwszych taktów trudno było o rzetelną analizę poszczególnych składowych, gdyż nadrzędnym stawało się pragnienie ogarnięcia całości, bez wdawania się w zbędne dywagacje. Efekt ten można z powodzeniem porównać do kontemplacji nad misterną mozaiką, której każdy, nawet najdrobniejszy fragment potrafi zachwycić barwą i precyzją osadzenia, lecz absolutu doświadczamy dopiero mogąc objąć wzrokiem pełen wymiar dzieła. I to właśnie robi Aurorasound Vida prima – pozwala spojrzeć na pozornie doskonale znane nam nagrania z własnej, jakże wciągającej perspektywy.

Aurorasound Vida prima to produkt z racji swojego pochodzenia – powstający w kilkuosobowej japońskiej manufakturze, w oczywisty sposób niszowy, w dodatku skierowany do wymagających, czy wręcz zmanierowanych melomanów i audiofilów, lecz dostępny w na tyle przystępnej cenie, że z powodzeniem mogący nawiązać walkę z wielkoseryjną konkurencją. Jeśli zatem jesteście Państwo nieobojętni na vintage’ową estetykę i kompletnie niewymuszoną muzykalność, czym prędzej powinniście poznać walory brzmieniowe naszego dzisiejszego gościa.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Jaki kraj bezsprzecznie uważany jest nie tylko za kolebkę, ale od zarania dziejów konsekwentnego orędownika będącego w centrum naszych zainteresowań audiofilizmu? Kto pośród światowych producentów komponentów audio jako jeden z pierwszych wymieniany jest we wszelkich sprzętowych rankingach? I wreszcie kto idąc w sukurs świetnie wypadającej w recenzjach elektronice znakomicie realizuje na płytach tworzoną przez artystów muzykę? Na te pytania odpowiedź zna nawet początkujący meloman. Oczywiście chodzi o region potomków samurajów, czyli braną za wzór w wymienionych obszarach około-muzycznych przez światową branżę, Japonię. Jaki jest cel powyższego wywodu? Bardzo konkretny, gdyż po sporej posusze w temacie analogowym na naszych łamach, dzięki wrocławskiemu dystrybutorowi Audio Atelier mam przyjemność zaprosić Was na kilka spostrzeżeń z testu japońskiego phonostage’a. Jakiego? Spokojnie. Nie będzie to kolejna zabawka dla wybranych – czytaj wyłącznie zamożnych miłośników muzyki, tylko bardzo rozsądnie wyceniona, hołdująca zrównoważeniu aspektów cena/jakość konstrukcja nowo wprowadzanego na nasz rynek producenta Aurorasound, z portfolio którego do naszej redakcji trafił model Vida-Prima. Zaciekawieni? Z uwagi na spowodowaną osobistym zderzeniem z nowością na rynku, a przez to moją niepohamowaną ciekawość, nawet nie czekam na odpowiedź, tylko bezzwłocznie zapraszam na kilka spostrzeżeń o ofercie brzmieniowej tytułowego przedstawiciela kraju kwitnącej wiśni.

Rzeczony phonostage jest stosunkowo nieduży, gdyż przy skromnej wysokości, w kwestii szerokości i głębokości osiąga rozmiary niegdysiejszych, tak zwanych zestawów „midi”. To źle? Naturalnie nie. Powiem więcej, zważywszy na zwyczajowe problemy melomana z miejscem na swoje zabawki na dedykowanym stoliku, to wręcz bardzo dobrze. Jeśli chodzi o temat obudowy, ta podąża niegdysiejszym pomysłem Japończyków na skrywanie trzewi konstrukcji w skrzynkach wykonanych z nadającego wizualnego szyku urządzeniu, drewna. Zalatuje myszką? Bynajmniej, gdyż z jednej strony obecnie jest to bardzo dobrze wpisujący się w praktycznie każde pomieszczenie ponadczasowy design, a z drugiej rozprawiamy o sprawdzonym pomyśle na poprawę jakości dźwięku tak ubranych urządzeń audio. Jak obrazują fotografie, główna część obudowy jest położonym na boku drewnianym prostopadłościanem, w obrys którego wsuwamy w poziomie przytwierdzoną do spodniej płyty nośnej, uzbrojoną we front i plecy elektronikę. Próbując ów patent określić nieco bliżej, wystarczy wyobrazić sobie poczciwe pudełko zapałek, czyli wsuwaną pewnego rodzaju szufladę z w tym przypadku układami elektrycznymi, w jednoczęściową, scalającą w jeden moduł górną i dolną płaszczyzną wraz z bokami, drewnianą ramkę. Skupiając swą uwagę na awersie, na lewej stronie widzimy podświetlany na pomarańczowo (tylko podczas wykorzystania funkcji) sporej wielkości prostokątny przycisk MUTE, na prawej mieniącą się czerwienią małą diodę sygnalizującą pracę urządzenia i rozlokowane na całej powierzchni nadruki od nazwy produktu, przez opis modelu, po logo marki. Przerzucając wzrok na rewers, naszym oczom ukazuje się z pozoru ubogi, jednak zapewniam, podczas pracy całkowicie spełniający wszelkie zadania zestaw akcesoriów w postaci: zacisku uziemienia, wejść i wyjść sygnału w standardzie RCA, dwóch hebelków wyboru wzmocnienia i obciążenia dla wykorzystywanej wkładki, oraz zintegrowanego z bezpiecznikiem i włącznikiem głównym gniazda zasilania IEC. Tak prezentujący się wstępny wzmacniacz delikatnego sygnału z wkładki gramofonowej, posadowiono na czterech okrągłych stopach wyściełanych od spodu miękkimi, a przez to dobrze stabilizującymi produkt na podłożu krążkami.

Wiecie jaka jest największa zaleta omawianego dzisiaj phonostage’a? Być może się, zdziwicie, ale w moim odczuciu jest to unikanie wybijania się jakiegokolwiek sonicznego aspektu z naprawdę bardzo dobrej oferty brzmieniowej. Co mam na myśli? Z pozoru nic nadzwyczajnego, gdyż wspomnianym konikiem jest równe granie Vida-Primy. Nie szuka poklasku na dole, nadmiernie pompując zakres basu dodatkowym wypełnieniem, co w konsekwencji położenia na talerz gramofonu nieco podkręconej w tej manierze czarnej płyty będzie skutkować utratą kontroli. Nie nasyca również nadmiernie tak ważnej dla naszego ucha średnicy, skazując ją w pewnych przypadkach na niestrawne uśrednianie. Co więcej, mówiąc kolokwialnie nie dopala najwyższych rejestrów oderwanymi od rzeczywistości, wyskakującymi jak Filip z konopi artefaktami. To co, Japończycy zaoferowali nam od początku do końca przewidywalną nudę? Nic z tych rzeczy. Jak napisałem, cała para inżynierów Aurorasound nie poszła w niespójny brzmieniowo, potocznie zwany „łał”, gwizdek, tylko w stronę stworzenia użytkownikowi zorientowanego dla danej półki cenowej, a w wielu wypadkach prawdopodobnie nawet kilka oczek wyżej, pełnego emocji, bo równego przekazu muzycznego. Jakiego? W tym przypadku mówię o dobrze osadzonym na dole, nieszczędzącym magii w zakresie soczystej średnicy, a także oferującym skorelowane na współpracę z resztą podzakresów wysokie tony, graniu. Tak tak, naprawdę dobre oddanie zapisanych na czarnych płytach informacji zazwyczaj odbywa się bez zbędnych fajerwerków, co wręcz książkowo tytułowy przedwzmacniacz gramofonowy wdraża w życie. Jak? Do sprawdzenia w boju omawianego samuraja użyłem trzech ciekawych pozycji. Starcie rozpocząłem od co prawda zrealizowanej bez masteringowego szaleństwa, ale za to kipiącej magią wokalizy Adele i jej płyty zatytułowanej „25”. Następnie swoje kroki skierowałem w stronę znanego wszystkim rockowego majstersztyku Pink Floyd „The Wall”. By na koniec zostawić sobie tak zwaną wisienkę na torcie, w postaci wydanego przez twórcę wielu cyfrowych masterów przy użyciu stołu mikserskiego JVC spod znaku XRCD24 i tym podobnych – pana Kazuo Kiuchi, czarnego krążka Duke Jordana w formacji Trio „So Nice Duke” ze stajni Harmonixa. Dlaczego wszystkie pozycje wymieniłem jednym tchem? To proste. Otóż przyczynę wyartykułowałem już na początku tego akapitu, a jest nią spójność fajnego, bo osadzonego w estetyce nasycenia, a przez to lekko ciemnawego przekazu, grania testowo skonfigurowanego zestawu. Nie było znaczenia, czy swoje umiejętności prezentowała wspomniana diva, zazwyczaj wściekli na cały świat rockmeni, czy grający na przywołanej płycie live jazzmani. Vida-Prima za każdym razem świetnie dozowała emocje, raz pokazując majstersztyk mocnego głosu piosenkarki, innym razem w pełni oddając rockowe, czyli agresywne ambicje Floyd-ów, by na koniec nie zgubić tak ważnych dla płyty Duke’a, będących nieodzownymi dla nagrywania na żywo, artefaktów – odgłosy publiczności. Przez cały czas obcowałem z pełnym spektrum informacji, ale bez ich siłowego uwypuklania. Myślicie, że bez poszukiwań wybitności w każdym paśmie przez zestaw audio nie da się tego osiągnąć? Jeśli tak, zatem jesteście w błędzie, gdyż będący naszym punktem zainteresowań samuraj wręcz książkowo wdraża to w życie. Owszem, zawsze można lepiej, niestety przy znacznym wzroście ceny. Tymczasem jestem dziwnie spokojny, że wynik wpięcia Aurory w mój tor z powodzeniem mógł konkurować z mariażem nie tylko z jej poziomu, ale również z wieloma znacznie droższymi konstrukcjami. Ale jest jeden szkopuł, musicie wiedzieć, iż epatowanie populistycznymi zjawiskami w poszczególnych podzakresach bez ich spójności, co bardzo często uprawiają drogie zabawki, w wartościach bezwzględnych nie jest dobrym, bo zbliżającym nas do prawdy dźwiękiem. To jest swoiste polowanie na klienta, czego dzisiejszy Japończyk nie ma zamiaru uprawiać. On jedynie pokazuje, jak na danym pułapie jakościowym konkretna płyta powinna zabrzmieć i tylko od Was zależeć będzie, czy chcecie prawdziwej zabawy w obcowanie z czarną płytą, czy oczekujecie mamienia swoich zmysłów nadprzyrodzonymi zjawiskami. I to i to w tej zabawie jest dopuszczalne, jednak nie wszystko jest prawdą. A co jest? To jest już pytanie do Waszego doświadczenia.

Krótkie streszczenie powyższego monologu prowadzi do jednego. W przypadku aplikacji tytułowego phonostage’a Aurorasystem dostajemy bardzo równe, pokazujące muzykę raczej w estetyce zrównoważonego nasycenia, granie. Niestety to nie jest oferta dla poszukiwaczy zjawisk nadprzyrodzonych. Jednak w momencie określania grupy docelowej, nie widzę najmniejszych przeszkód dla prób na własnym podwórku nawet przez wspomnianych potomków Harrisona Forda – czytaj filmowego Indiany Jonesa, gdyż w momencie otwartego umysłu, nawet jeśli nie skuszą się na dłuższe obcowanie z tytułową zabawką z działu analogu, to z pewnością bez najmniejszych problemów docenią jej kunszt w przybliżaniu nam zapisanego na czarnej płycie świata muzyki.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– wzmacniacz zintegrowany: Accuphase E800
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, Dynaudio Contour 60
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audio Atelier
Cena: 5790 PLN

Dane techniczne
Wejścia: 1 para RCA
Impedancja wejściowa: 47kΩ/MM, MC-high (>15Ω), MC-low (<14 Ω)
Wzmocnienie: High/MC64dB, Low/MM40dB
Wyjście: 1 para RCA
Impedancja wyjściowa: 47Ω
Liniowość korekcji RIAA: +/-0.5dB, 20Hz -20kHz
Szum wejściowy: MC -134dBV, MM -134dBV
Zniekształcenia THD+N: MC 0.01%, MM 0.009%
Wymiary (S x G x W): 250 x 246 x 69 mm
Waga: 2.2 kg

Pobierz jako PDF