1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Wzmacniacze
  8. >
  9. Marantz Model 10

Marantz Model 10

Link do zapowiedzi: Marantz Model 10

Opinia 1

Choć z racji powszechności galopujących cen i już jakiś czas temu swoistego „odklejenia” się co poniektórych wytwórców mało kogo dziwią kwoty za sprzęt i akcesoria audio mogące z powodzeniem starczyć na wysokiej klasy dwuślad, bądź wygodne lokum w „dobrej” stołecznej dzielnicy, to uczciwie trzeba przyznać, że pojawienie się newsów i publikacja cennika 10 Series niekoniecznie kojarzonego z High-Endem Marantza wywołała wśród złotouchej braci spore zamieszanie. Pytania o ewidentny skok na kasę, utratę kontaktu z bazą i ewidentne przeszacowanie własnych możliwości na miarę ambicji Renault, które swojego czasu – za sprawą modelu Vel Satis, próbował zawojować segment premium, padały w audiofilskich kuluarach częściej aniżeli o podwyżki w budżetówce na Wiejskiej. Oliwy do ognia dolewał również fakt, iż na pierwszy rzut okiem, jak i uchem na sprawców całego zamieszania trzeba było poczekać do minionego Audio Video Show, podczas którego rodzimy Horn zaprezentował w towarzystwie niezwykle ciepło przez nas wspominanych Cantonów Reference GS Edition „tercet egzotyczny” w pełnym składzie, czyli w postaci odtwarzacza SACD 10, streamera Link 10n i integry Model 10. Jak jednak wiadomo wszelakiej maści targi i wystawy, w tym nasza, służą głównie do oglądania a nie słuchania, więc zegar odmierzający czas do bardziej krytycznej weryfikacji możliwości flagowych Marantzów dalej tykał. Tykał dokładnie do czerwca, kiedy to na gościnnych występach zagościło w naszych systemach majestatyczne, plikowe źródło, czyli wymieniony dosłownie przed chwilą streamer Link 10n. Z jakim rezultatem? Cóż, wszystkich zainteresowanych szczegółami odsyłam do tekstu źródłowego jedynie niezobowiązująco wspominając, iż kontakt z tym wszystkomającym kombajnem nie tylko miło wspominamy, co śmiało możemy uznać za niezbity dowód na to, że nikomu w Marantzu przysłowiowa sodówka do głowy nie uderzyła a pozycjonowanie Link 10n na pułapie 50kPLN+ bynajmniej nie jest pomyłką. Dlatego też zgodnie z zasadą mówiącą, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia czym prędzej zgłosiliśmy dystrybutorowi chęć dalszej eksploracji topowych Japończyków, w efekcie czego z nieukrywaną radością możemy podzielić się z Państwem wrażeniami z odsłuchów kolejnego reprezentanta wspomnianego tercetu, czyli wzmacniacza zintegrowanego Marantz Model 10, na którego test serdecznie zapraszamy.

Powiem szczerze, że o ile na ww. plikograja rzuciliśmy się niczym szczerbaty na suchary, to z racji, iż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz do naszego dzisiejszego gościa podchodziliśmy już ze zdecydowanie większym spokojem. Wystarczył bowiem pobieżny rzut oka i szybka weryfikacja rozmiarówki, by stwierdzić fakt niemalże bliźniaczych, 1mm różnicę głębokości pozwolę sobie litościwie pominąć, gabarytów obu urządzeń, więc to, co w przypadku streamera mogło uchodzić za ponadnormatywne przy integrze i to integrze mającej stricte high-endowe ambicje, nijakich emocji już nie budzi. Tym bardziej jeśli pod uwagę weźmiemy fakt, iż Model 10 pojawił się u nas niemalże jednocześnie z dopiero co opisanym, majestatycznym McIntoshem MA 12000, przy którym przeważająca większość super-integr jawi się nad wyraz skromnie. Wracając jednak do tematu i abstrahując od amerykańskiego krążownika szos uczciwie trzeba przyznać, że podobnie jak wcześniej goszczący u nas streamer zintegrowana 10-ka prezentuje się po prostu świetnie. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że nawet lepiej od plikograja, gdyż może pochwalić się kilkoma niuansami nader udanie nawiązującymi do swego dziedzictwa. Jednak po kolei.
Bryła Modelu 10 jest zwarta, potężna acz nieprzesadzona i o dziwo, dzięki dyskretnej iluminacji frontu oraz perforowanej płyty górnej, niezbyt zwalista. Zgodnie z tradycją dostępne są dwie wersje kolorystyczne – szampańskie złoto (Marantz Champagne) i klasyczna czerń, w jaką przyobleczono dostarczony na testy egzemplarz. Płyta frontowa jest zgodna z jakiś czas temu wprowadzoną ideą dwuwarstwowości, czyli łuskopodobną warstwą spodnią i nieco wysuniętą, okalaną dyskretną iluminacją częścią wierzchnią, na której za oko łapie przywodzący na myśl „starą” PM-10-kę, bądź 12-kę centralnie umieszczony okrągły bulaj wyświetlacza, po którego lewicy umieszczono gałkę selektora wejść i włącznik główny a po prawej bliźniacze pokrętło regulacji głośności oraz gniazdo słuchawkowe.
W swej lwiej części płyta górna została zastąpiona pofalowaną wzorem frontu metalową siatką, przez którą, również dzięki stosownemu podświetleniu można obserwować aż kapiące od miedzi trzewia. I tu pozwolę sobie na małą dygresję, gdyż choć pomysł na wspomagane iluminacją eksponowanie nie jest niczym nowym, wystarczy wspomnieć chociażby PowerCell SX Synergistic Research, to Japończycy nie dość, że zachowali dobry smak, to jeszcze nieco, że tak powiem podprogowo, zagrali na emocjach niewnikających w szczegóły oglądaczy. Ale o tym dosłownie za chwilę – w akapicie poświęconej anatomii. Zanim jednak to nastąpi nie sposób pominąć bogactwa ściany tylnej, gdzie pomimo istnego bezliku wszelakiej maści przyłączy udało się konstruktorom zachować wzorowy porządek. I tak idąc od lewego górnego narożnika otrzymujemy do dyspozycji sekcję phonostage’a z parą gniazd RCA wraz ze stosownym zaciskiem uziemienia, wy/wejścia RCA na zewnętrzny recorder, następnie dwie pary wejść liniowych XLR i dwie RCA, bezpośrednie wejście na końcówkę mocy w postaci XLR-ów oraz RCA i podobny zestaw zapewniający wyjście z sekcji przedwzmacniacza. Z kolei prawą flankę okupuje dwubolcowe gniazdo zasilające IEC. Za to w lewym, dolnym narożniku przycupnęły złącza i przełączniki autorskiego systemu F.C.B.S. pozwalającego wykorzystać dwie tytułowe integry w bi-ampingu, oraz interface triggera i czujnika IR. Terminale głośnikowe SPKT-100 są zdublowane, masywne, szeroko rozstawione i pozornie niezwykle wygodne, o ile tylko … nie zapragniecie zaaplikować w nich zakonfekcjonowanych porządnymi widłami przewodów. Okazuje się bowiem, że plastikowe ochronne kołnierze nie akceptują m.in. Furutechów CF-201R NCF, więc przed zakupem wskazane są stosowne przymiarki, bądź asekuracyjna przesiadka/zmiana konfekcji na banany.

A cóż ciekawego kryje się wewnątrz naszego gościa? Przewrotnie stwierdzę, że nie do końca to, na co mogłyby wskazywać podprogowe sygnały i sugestie producenta. Zacznijmy zatem od tego, co widać gołym okiem, czyli w pierwszej kolejności imponującego, uzbrojonego w dodatkowe radiatory miedzianego „rondla”. Wydawać by się mogło, iż poprzez swój gabaryt schowane w nim klasyczne trafo dostarcza życiodajną energię wszelkim układom, w tym wyjściowym. Tymczasem jest ono przeznaczone jedynie dla sekcji przedwzmacniacza, w której znajdziemy m.in. płytkę phonostage’a , firmowe moduły HDAM SA-3, opartą na układach JRC MUSES 72323 regulację głośności i przekaźniki przełączników źródeł. Jeśli zaś chodzi o oferujący imponującą moc 2 x 250W przy 8 i 2 x 500W przy 4 Ω stopień wyjściowy, to jest on schowany przed wzrokiem ciekawskich pod podłogą i w jego skład wchodzą cztery (po dwa na kanał) o zgrozo … D-klasowe moduły Purifi ze stosownymi (impulsowymi) zasilaczami. Na pocieszenie wypada dodać, że do terminali głośnikowych sygnał biegnie solidnymi złoconymi listwami. Oczywiście z tą zgrozą to przesada, gdyż czy tego chcemy, czy nie, D-klasa coraz odważniej jeśli nie przeciska się szparą pod drzwiami, to próbuje przez okna i komin przedostać się na high-endowe salony a daleko nie szukając bazujący na HybridDigital Purifi Eigentakt™ NAD M33, czy wykorzystująca 1500W D-klasowe moduły EPAM końcówka mocy Extraudio XP-A1500 MKII nijakiej infamii i ostracyzmu zarówno ich producentom, jak i posiadaczom nie przynoszą. Niemniej jednak fakt sięgania we flagowcu po co prawda modyfikowane wg. własnych wytycznych, lecz jakby nie patrzeć OEM-owe D-klasowe moduły może budzić i budzi pewne kontrowersje. Dlatego też każdy potencjalny nabywca musi na spokojnie rozważyć, czy ów szczegół będzie go gdzieś tam podświadomie uwierał, czy też będzie mu zupełnie obojętny, gdyż to jak Model 10 gra z powodzeniem mogłoby legitymizować obecność w jego trzewiach stada biegających w kołowrotkach chomików.

No właśnie, najwyższa pora na walory soniczne naszego gościa, które z jednej strony z powodzeniem można rozpatrywać z perspektywy jego występów solowych, lecz z drugiej równie zasadnym wydaje się próba spojrzenia na niego poprzez pryzmat pracy w firmowym ekosystemie, czyli chociażby w towarzystwie ww. streamera Link 10n. Jeśli zatem chodzi o brzmienie 10-ki w oderwaniu od natury jego rodzeństwa, to już od pierwszych taktów „13” Black Sabbath z nieodżałowanym Ozzym Osbournem przed mikrofonem jasnym jest, że z pietyzmem składany w zakładach Shirakawa, a więc niejako na wskroś japoński, wzmacniacz nijakich ograniczeń tak pod względem dynamiki, jak i motoryki nie ma a i jego natywna sygnatura niekoniecznie próbuje korespondować ze stereotypową estetyką D-klasowym amplifikacjom przypisywaną. Zamiast bowiem czarowania „analogową” aksamitnością i gładkością Marantz stawia przede wszystkim na timing, kontur i rozdzielczość, lecz zarazem nader zgrabnie unika oskarżeń o zbytnią analityczność, czy też kliniczny chłód. Po prostu jego bas jest „młodzieńczo” jędrny i zwarty, czy momentami, o ile tylko materiał źródłowy tego wymaga („Countdown To Extinction” Megadeth), wręcz żylasty i chrupki, przez co z grającymi w podobnej tonacji kolumnami efekt może początkowo onieśmielać swą punktualnością i bezwzględną kontrolą. Jak jednak wspomniałem, to nie anemiczna chudość a swoisty, poniekąd wynikający z oferowanej mocy, zamordyzm sprawiają, że thrashowa jazda bez trzymanki przebiega z tak ekstremalną wartkością. Ów efekt intensyfikuje również odważnie podana, rześka góra, która choć nie podkreśla i nie epatuje sybilantami to z pewnością nie ma ambicji ich łagodzenia i tonizowania, więc jeśli lubujecie się Państwo w popisach wokalnych starającej się połknąć mikrofon Anny Marii Jopek, bądź szeleszczącej Carli Bruni, to powinniście być w siódmym niebie. Za to nieco ofensywnie nagrany „Keeper of the Seven Keys, Pt. 1” Helloween pokaże pełnię swej garażowej surowości z „telefonicznymi” partiami Michaela Kiske na wokalu włącznie.
Owe, jak mam nadzieję jasno z powyższych wynurzeń wynika, ekspresyjne skraje idealnie wpisuje się na wskroś neutralna i zarazem szalenie komunikatywna średnica bezszwowo łącząca je w koherentną całość. Ale jak to? Ani grama przyjemnego ciepełka, dosaturowania i zmysłowej warstwy rubensowskiego tłuszczyku? Cóż, jak widać tak też można, jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż nadal mamy do czynienia z wzorową gładkością i krystaliczną czystością, to po prostu wystarczy się mentalnie przestawić i z pseudo audiofilskiego zmanierowania czekoladowo-karmelowymi wokalami strzelających powłóczystymi spojrzeniami heroin przejść do porządku dziennego nad niemalże studyjną bezpośredniością i prawdomównością.
Jeśli jednak ktoś niekoniecznie czuje wewnętrzną potrzebę wyzwolenia poprzez dążenie do bezwzględnej prawdy, to nic nie stoi na przeszkodzie, by do Modelu 10 dokooptować jego rodzeństwo w postaci Link 10n. Tym to sposobem, dzięki mięsistości i organicznie wypełnionej, z niezwykłym taktem faworyzowanej średnicy całość może stworzyć wybitnie rozdzielczy a zarazem muzykalny i wyrafinowany duet, który nawet lekką monotonię, szklistość i podskórną szorstkość „Nieulotne (Lasting)” Daniela Blooma będzie w stanie zaprezentować w bardzo atrakcyjnym świetle.

Bez większej przesady można uznać, że najnowsze 10-ki, w tym tytułowy Model 10 są dla Marantz’a swoistym nowym otwarciem i przebiciem symbolicznego szklanego sufitu przez minione dekady separującego go od high-endowej konkurencji. Jak dalej potoczą się losy marki i jej starania zmiany „budżetowego” wizerunku pokaże czas. Jednak biorąc pod uwagę fakt, iż zarówno Rotel (MICHI), jak i Cambridge Audio (EDGE) takowe działania mają już dawno za sobą, wypada tylko za bohatera dzisiejszego spotkania trzymać kciuki i życzyć powodzenia. Swoją drogą, na samo zakończenie, naszła mnie taka nostalgiczna refleksja – szkoda, że Ken Ishiwata tego nie doczekał, by wreszcie móc zaprojektować urządzenia praktycznie bez oglądania się na księgowych …

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie powiem, z portfolio tytułowego Marantz-a mieliśmy sporo fajnych konstrukcji. Zawsze ciekawych brzmieniowo, co znakomicie potwierdzało fakt bycia tego podmiotu producentem tzw. pierwszego wyboru dla sporej grupy miłośników muzyki. I co ciekawe, nie tylko z uwagi na jakość oferowanego dźwięku, ale także idealnie skorelowanej z nim ceny. Czas mijał, my bawiliśmy się coraz bardziej wyrafinowanymi produktami, aż nadszedł moment, gdy ów specjalista od elektroniki użytkowej postanowił powołać do życia coś bezkompromisowego. Co? Pierwszą jaskółkę mieliśmy u siebie stosunkowo niedawno w postaci obecnie topowego streamera oraz przedwzmacniacza w jednym , który oprócz przyjmowania i oddawania wszelkiego rodzaju sygnałów cyfrowych i analogowych pozwalał sterować dodatkowo aktywnym subwooferem. Jednym słowem był to w dobrym tego słowa znaczeniu elektroniczny kombajn w najczystszej postaci. Czym zatem uraczył nas warszawski Horn tym razem? Naturalnie odpowiedzią marki na wspomniane źródło Marantz Link 10N, czyli uzupełniającym linię 10N-ki wzmacniaczem zintegrowanym Marantz Model 10. Jak zabrzmiał i jak wypadł na tle dawcy sygnału? Tego oczywiście dowiecie się w poniższym opisie procesu testowego.

Naturalną koleją rzeczy będąc przedstawicielem jednej linii produktowej nasz bohater wygląda bliźniaczo do źródła z wymagającą sporego wysiłku podczas logistyki wagą włącznie. Czyli ni mniej nie więcej, to ta sama skrzynka z nieco innym wyposażeniem tak awersu, jak i rewersu. W kwestii wyglądu opisywanej bryły mamy do czynienia z wentylowaną od góry, pozwalającą zajrzeć do trzewi estetyczną siatką oraz ozdobioną nieco wysuniętym do przodu od głównej części obudowy, podświetlonym od tyłu panelem sterującym. Na frontowej płycie z racji obsługi sekcji wzmacniającej znajdziemy jedynie usadowione po bokach dwie gałki sterujące (lewa selektor wejść, prawa wzmocnienie sygnału), umieszczony w centrum okrągły wyświetlacz ze wskaźnikami wychyłowymi oddawanej mocy oraz gniazdo słuchawkowe pod potencjometrem głośności. Jeśli chodzi o tylny panel, ten w odpowiedzi na oczekiwania i będąc uzupełnieniem nieprzebranej ilości funkcji testowanego niedawno źródła mimo sporych gabarytów wzmacniacza uzbrojony jest po brzegi. A widzimy na nim powielane w sporej ilości wejścia i wyjścia analogowe, sekcję przedwzmacniacza gramofonowego dla wkładek MM/MC, zespół gniazd i przełączników pozwalających dokonać wyboru trybu pracy i upgreade’u urządzenia, dwa zestawy zacisków kolumnowych A/B oraz niezbędne do pracy gniazdo zasilania IEC. Oczywiście z racji spełniania wielu funkcji w komplecie producent dodaje nam systemowego pilota zdalnego sterowania. Na koniec kreśląc kilka informacji o technikaliach wspomnę o dwóch najważniejszych. Pierwszą, istotną od strony konstrukcyjnej, skądinąd bardzo pożądaną przez wielu potencjalnych zainteresowanych nabyciem urządzenia osobników kwestią jest zaprojektowanie urządzenia w wersji w pełni zbalansowanej od samego zasilania po oddanie sygnału na kolumny. Natomiast drugą pozwalająca wysterować praktycznie każde kolumny oferowana moc na poziomie 250W przy obciążeniu 8Ohm i 500W dla 4Ohm. Jak zatem wynika z powyższego opisu, tytułowy Marantz Model 10 w portfolio marki praktycznie w żadnym, czy to od strony budowy, jak i osiągów technicznych dotychczas nie miał sobie równych, co zapowiada nie lada ciekawe doznania dźwiękowe.

Jak zagrał Japończyk? Jedno jest pewne, to znakomity kompan dla źródła tej serii. Jaki jest powód, opiszę za moment. Najpierw kilka danych o usłyszanych osiągach jako singla. Nasz bohater zaprezentował się od bardzo swobodnej wagowo strony. Udanie unikał nadmiernego dociążania przekazu, dzięki czemu zaproponował znakomite utrzymanie tempa wizualizacji muzyki przy odtwarzaniu nawet najbardziej rozbudowanego instrumentalnie materiału. A to dopiero jedna strona medalu, gdyż biorąc pod uwagę, iż brzmiał raczej lekko, aniżeli z nadwagą, przy okazji nawet najbardziej przebasowione realizacje nie gubiły drzemiącej w muzyce radości wybrzmiewania. Niestety ostatnie czasy ewidentnie pokazują, iż realizatorzy nagrań w odpowiedzi na pojawiające się coraz częściej nieco krzykliwie brzmiące konstrukcje odtwarzające muzykę dość solidnie podciągają do góry suwaki dolnych i ich przełomu ze średnicą partii pasma akustycznego, co sprawia, że nawet grające neutralnie systemy tracą na świeżości podania materiału. Na Modelu 10 Marantz-a oczywiście nie robiło to żadnego wrażenia. Owszem, w takich realizacjach przekaz także dryfował w stronę większego body, gdyż to był naturalny feedback podejścia do tego typu masteringu, ale nadal nie tracił zwinności w dobrym pokazaniu wirtuozerii pracy muzyków na scenie. Ale żeby nie było, patrząc nań przez pryzmat zrównoważonych w tym aspekcie realizacji oprócz wspominanej swobody nie wpadał w anoreksję, tylko bez problemu realizował zadania poruszania moich trzewi pracą kontrabasisty czy bębniarza. W nieco oszczędniejszym wydaniu niż choćby mój piec, ale założę się, iż było to działanie zamierzone. Chodzi oczywiście o wspominane uzupełnianie się konstrukcji z jednej linii produktowej, a dokładnie lekką korektę nasyconego i przyjemnie plastycznego brzmienia źródła. Źródła wpadającego z tego powodu bardzo przyjemnie i wiem, że oczekiwanie przez melomanów, ale w konfiguracji z dedykowanym wzmocnieniem moim zdaniem w konfrontacji z wartościami bezwzględnymi znacznie dojrzalej. Jestem pewien, iż efekt połączenia tych dwóch urządzeń będzie na tyle udany, że po posłuchaniu tego tandemu mimo dobrych wyników w sesjach solowych nie widzę innej opcji, jak w momencie decyzji obracania się w ramach portfolio jednego producenta podczas zakupów sprzętu audio zdecydujecie się nabyć idealnie skonfigurowany komplet. To tyle o firmowym mariażu, wróćmy jednak jeszcze na moment do testu samego wzmacniacza, aby pokazać efekt projekcji różnej muzyki w li tylko jego wykonaniu.
Pierwszym dobrym przykładem na bezproblemowe radzenie sobie z wymagającą dobrej artykulacji ataku płytą jest pozycja z twórczości Johna Zorna wespół z Dave Lombardo „Memories, Dreams and Reflections”. To uwielbiany przeze mnie za nieprzewidywalność następujących po sobie fraz muzycznych najczystszy free-jazz. Po prostu ogień, który się uwielbia lub nienawidzi. Ja utożsamiam się z pierwszym obozem i często takich popisów używam podczas testów. Tak oczywiście było tym razem. Jaki był efekt? Chyba nikogo nie zaskoczy fakt poradzenia sobie Marantz-a z nim w sposób książkowy. Nadmierne dociążenie dźwięku nie dałoby szans na utrzymanie timingu tego szaleństwa, dlatego dostając pewnego rodzaju niezbędną lekkość prezentacji mogłem zatopić się w kaskadzie raz wojujących ze sobą pojedynczych instrumentów, zaś innym razem tworzących jedną ścianę pobudzającej moje zmyły kakofonii tworzonej przez całą formację sesyjną pakietach dźwiękowych. Tak, tak pakietach, gdyż melodii w free jazzie – przynajmniej tym ekstremalnym – raczej nie uświadczymy. Tak jak tego oczekiwałem, było to udane odwzorowanie zamierzeń artystów przez Japończyka. Czy mogłoby być więcej tak zwanego sonicznego „mięcha”? Naturalnie tak, jednak, gdy połączenie naszego bohatera z firmowym źródłem z pewnością oceniłbym pewnie na 5, to występ wzmacniacza w pojedynkę i tak bez najmniejszego problemu na 4+. A przypominam, muzyka jest nawet nie z tych trudnych, a zabójcza dla wielu systemów.
Drugim, tym razem udowadniającym, że mimo lekkości prezentacji, ale bez szkodliwych podbić ilości masy dźwięku muzyka nadal emanowała niezbędnym pakietem emocji jest krążek Joe Lovano zrealizowany wespół z naszymi przedstawicielami oficyny ECM Marcinem Wasilewskim Trio zatytułowany „Homage”. W tym przypadku również mamy do czynienia z jazzem, tylko z drugiej strony w odniesieniu do ilości doznań z puli szaleństwa. To zazwyczaj spokojne, czasem pełnoskładowe, innym razem solowe, ale jednak popisy cyzelujące każdą nutę, a nie strzelanie nimi bliżej niekreślonymi w domenie ilości i szybkości seriami. A jeśli tak, muzyka zaprezentowana z nawet najlepszej strony lotności prezentacji, ale z oznakami jak po zażyciu Pavulonu z braku odpowiedniej wagi powinna w jakiś sposób cierpieć na niedosyt energii. Tymczasem niczego takiego nie doświadczyłem. Nie przeczę, że czasem nasycenie mogłoby być większe, przez co zyskałoby uderzenie pudłem rezonansowym kontrabasu, jednak to co dostawałem na bazie możliwości 10-ki Marantz-a bez problemu pokazywało ten kontemplacyjny jazz z bardzo dobrej strony. Prawdopodobnie po ożenku ze źródłem podobnie do free-jazu byłoby to trafienie w punkt z każdym aspektem tego rodzaju twórczości, ale i bez takich działań miałem dużo frajdy podczas przemierzania rozbudowanej w tego typu materiał płytoteki.

Co sądzę o obecnie flagowym wzmacniaczu spod znaku kultowej marki Marantz Model 10? Jak wspominałem, w zestawie ze źródłem tej linii będzie to brzmienie trafione w punkt. Jednak moim zdaniem wzmacniacz słuchany „saute” także bez najmniejszych problemów zagrał na bardzo wysokim poziomie. Nieco lżej, niż osobiście bym tego oczekiwał, ale zalecam zachowanie zimnej głowy, gdyż znam wielu osobników, którzy mój zestaw oceniają jako zbyt ciemny i soczysty, dlatego jestem dziwnie spokojny, że owa, spowodowana unikaniem zbytniego dociążenia dźwięku swoboda kreowania wirtualnej sceny będzie wręcz pożądaną zaletą. Zaletą na miarę na długie lata zafundowania sobie nieskrępowanego w kwestii radości prezentacji dźwięku w okowach swojego domostwa. Muzyka ma nas radować, a to bezapelacyjnie jest najważniejszą zaletą opiniowanego dziś wzmacniacza.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Horn
Producent: Marantz (D&M Holdings Inc.)
Cena: 63 999 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa RMS (20 Hz – 20 kHz, T.H.D. 0,05%): 2 x 250W / 8 Ω; 2 x 500W / 4 Ω
Zniekształcenia THD+N: 0,005 %
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 60 kHz +0 dB/-3 dB; 20 Hz – 20 kHz +0 dB/-0,3 dB
Współczynnik tłumienia: 500
Czułość wejściowa: 400 μV (Phono MC); 3,6 mV (Phono MM); 700 mV (line XLR); 350 mV (Line RCA); 1,58 V (Power Amp. RCA); 3,16 V (Power Amp. XLR)
Max. napięcie wejściowe: 8 mV (phono MC); 80 mV (phono MM)
Odchylenie od wartości korekty RIAA: ±0,5 dB
Impedancja wejściowa: 33 Ω, 100 Ω, 390 Ω (Phono MC); 39 kΩ (Phono MM); 36 kΩ (line XLR); 47 kΩ (Line RCA); 47 kΩ (Power Amp. RCA); 15 kΩ (Power Amp. XLR)
Napięcie wyjściowe: 1,58 V (Preout RCA); 3,17 V (Preout XLR)
Impedancja wyjściowa: 230 Ω (Preout RCA); 480 Ω (Preout XLR)
Odstęp sygnał/szum: 76 dB (Phono MC); 88 dB (Phono MM); 122 dB (line RCA, XLR)
Pobór mocy: 270 W; 0,1W (Standby)
Wymiary (S x W x G): 440 x 192 x 473 mm
Waga: 33,7 kg

Pobierz jako PDF