1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. T+A PDT 3100 HV & SD 3100 HV

T+A PDT 3100 HV & SD 3100 HV

Link do zapowiedzi: T+A PDT 3100 HV & SD 3100 HV

Opinia 1

Pragnąca po raz kolejny wystąpić na naszych łamach niemiecka marka T+A pośród audiofilów i melomanów ma tyleż samo zwolenników, co przeciwników. Jakie są tego powody? Otóż, gdy przyjrzymy się kuluarowym opiniom, okazuje się, iż zazwyczaj na wystawach, bo głównie z takich występów zna je większość z rozmówców, niemiecka myśl techniczna prezentuje bardzo bezpośredni, dla wielu zbyt dosadny, przekaz. Dobrze narysowany w dziedzinie krawędzi i transparentności, ale za to ortodoksyjnie neutralny w zakresie średnicy. I chyba ta barwowa poprawność polityczna stwarza wiecznym malkontentom pole do narzekań. Takie są dotychczasowe fakty. Jednak od jakiegoś czasu razem z Marcinem staramy się łamać od dawna utarte stereotypy i wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi przeciwko uprawianiu pewnego rodzaju ryzykownych podejść testowych, z premedytacją bierzemy na tapet mocno polaryzującą odbiorców elektronikę. Takim też sposobem w niniejszym teście przyjrzymy się zajmującemu szczyt oferty dzielonemu źródłu spod znaku T+A, w rolach którego wystąpił transport CD/SACD PDT 3100 HV wraz z dedykowanym topowym przetwornikiem cyfrowo/analogowym wzbogaconym o wewnętrzny odtwarzacz plików SD 3100 HV, o pojawienie się których w naszych okowach zadbał warszawski dystrybutor Hi-Ton Home of Perfection.

Jak można było się spodziewać, obudowy tytułowych komponentów są w pełni zunifikowane. To oczywiście z jednej strony pozwala producentowi na pewne oszczędności, ale w moim odczuciu najważniejszym aspektem in plus takiego rozwiązania – przynajmniej w tym przypadku – jest świetna prezentacja stanowiących pewnego rodzaju jeden organizm, zazwyczaj ściśle współpracujących ze sobą urządzeń. Mało tego. Design mimo, że nieco trącający laboratorium, w ogólnym rozrachunku jest dziełem sztuki użytkowej, łączącej wyraźne krawędzie obudów z nadającymi im pewnej delikatności skośnymi podfrezowaniami owych wyrazistych krawędzi. A trzeba zaznaczyć, iż transport i DAC-a na tle tego typu konstrukcji są bardzo duże. Jednak wspomniane zabiegi wizażystów sprawiły, iż mimo słusznego rozmiaru wizualnie w najmniejszym stopniu nie przytłaczają. Fronty i plecy poszczególnych klocków różnią drobnymi, związanymi z zakresem ich działania, akcentami. I tak, czytnik płyt CD/SACD oprócz monstrualnie wielkiego, do tego wielofunkcyjnego, bo nie tylko wyświetlającego stan urządzenia, ale również pozwalającego zmienić grafikę wykonywanej pracy, mieniącego się zielenią na tle czarni wyświetlacza, został uzbrojony dodatkowo w majestatycznie i do tego bezszelestnie wysuwającą się z jego centrum dość grubą szufladę z niezbędnym do dociśnięcia płyty magnetycznym krążkiem, oraz dwie rozlokowane symetrycznie na obydwu flankach gałki: lewa oznaczona jako Menu/Layer, a prawa Select. Jednak zaznaczam, to są umowne zadania każdej z nich, gdyż w momencie braku pod ręką pilota zdalnego sterowania, przy pomocy tych dwóch pokręteł jesteśmy w stanie bezproblemowo obsłużyć każdą dostępną w tym urządzeniu funkcję. Przemierzając obudowę ku tyłowi, widzimy ciekawie rozplanowaną jej górną powierzchnię, czyli zorientowane na bokach kilka serii prostokątów i kwadratów grawitacyjnego chłodzenia układów elektrycznych i na zagłębionej centralnej parceli pozwalające zajrzeć do wnętrza konstrukcji, okrągłe okienko z logo marki. Tylna ścianka, jak przystało na produkt bezkompromisowy, może pochwalić się serią wyjść cyfrowych: OPTICAL, BNC, COAXIAL, AES/EBU, gniazdem pozwalającym widzieć się wzajemnie transport z DAC-em, dwa terminale Hi-Link dające możliwość startu całości firmowego zestawu włączając tylko jednego z jego elementów, gniazdem LAN i zasilania IEC. Tak prezentującą się konstrukcję posadowiono na płaskich, będących przedłużeniem bocznych ścianek, miękko wyściełanych czterech stopach.
Przetwornik przy wręcz identycznej aparycji, swoimi, nieco innymi zadaniami wymusił na dziale inżynierskim wdrożenie drobnych zmian w wyposażeniu. Na awersie oprócz monstrualnego wyświetlacza i w nieco innym trybie pracujących gałek, mamy do dyspozycji ułatwiający granie z przenośnych banków muzyki, dodatkowy terminal USB, oraz dwa różne rozmiarowo gniazda słuchawkowe. Górna płaszczyzna we wspomnianym okrągłym wzierniku uwydatnia kilka ciekawostek na temat uzbrojenia zazwyczaj szczelnie zabudowanej drukowanej płytki. Natomiast plecy nie pozostawiają złudzeń, że mamy do czynienia z komponentem ze szczytów High Endu. Świadczą o tym powielone serie wejść i wyjść cyfrowych w standardach USB, BNC, AES/EBU. OPTICAL, HDMI. Oprócz tego znajdziemy na nich wyjścia liniowe XLR/RCA, terminale identyczne jak w transporcie Hi-Link, LAN, USB dla twardego dysku, antenę dla sygnału Wi-Fi, a także co bardzo istotne, dwa gniazda zasilania. Powód? Pewnie się zdziwicie, ale to są teoretycznie dwa urządzenia w jednej obudowie, co oznacza, że sekcja analogowa i cyfrowa mają osobne zasilanie, co jak widać na załączonych fotografiach, pozwoliło mi dobrać odpowiednie kable sieciowe dla uzyskania pożądanego efektu brzmieniowego. Wspominając co nieco o ważnych dla potencjalnego użytkownika aspektach technicznych z dziedziny obsługiwanego sygnału, idąc za informacjami producenta, DAC przetwarza sygnał nawet DSD1024. Miłym dodatkiem do obydwu urządzeń są oczywiście dostarczane w komplecie, obsługujące wszelkie funkcje źródła i przetwornika, piloty zdalnego sterowania.

Rozpoczynając opis brzmienia, mniemam, iż prawdopodobnie bardzo istotnym dla wielu z Was tematem będzie możliwość wyboru z wielu funkcji DAC-a jednego z czterech filtrów obrabiających sygnał cyfrowy, w celu wykreowania końcowego sznytu brzmienia. W moim subiektywnym odczuciu miałem do dyspozycji w przypadkowej kolejności wymieniania: bliżej, dalej, bardziej bezpośrednio i plastyczniej. Jednak bez względu na wybór, główna nuta zestawu była nie do zatuszowania, bowiem wbrew panującej opinii nie miałem do czynienia z bezdusznym analitykiem, tylko zawodnikiem mocnym w kwestii krawędzi dźwięku, jego twardości, swobody wybrzmiewania, ale co istotne, doszła do tego tak oczekiwania przez wielu melomanów nuta nasycenia. Naturalnie nie był to efekt zastosowania lampy EL34 w torze sygnałowym, a tym samym pogoń za plastyką ponad wszystko, tylko zdroworozsądkowe dodanie body słuchanej muzyce. A to dopiero jedna strona medalu, gdyż bezpośrednim beneficjentem wyrazistego pokazania dosłownie każdego aspektu spektaklu muzycznego, naturalną koleją rzeczy było świetne budowanie bliskiej realiom na żywo, wirtualnej sceny muzycznej. Jednak zaznaczam, bez szukania poklasku w nadmiernym jej rozbudowywaniu tak w szerz, jak i głąb. Często ludzie na siłę oczekują dosłownie hektarów głębi lub szerokości rozgrywających się w ich domach wydarzeń sonicznych, co zazwyczaj zaburza ich wizualizację w zależności od rodzaju muzyki. W tym przypadku dostałem bdb. konsensus pomiędzy wszystkim jej niuansami. Nie za głęboko, nie za szeroko, ale na tyle z rozmachem, żeby pokazać dokładnie to, co masteringowiec miał na myśli. Takie podejście do tematu sprawiło, że w testowej konfiguracji zderzyłem się z czymś, czego jeszcze do niedawna poszukiwałem. Chodzi mi o dobrą motorykę dźwięku z jego wyraźnym rysunkiem i lotnością, ale przy tym z dobrze osadzonym wagowo nasyceniem. To wbrew pozorom nie jest takie łatwe, gdyż bardzo łatwo jest w którąś stronę nieco przedobrzyć. A wówczas albo wyjdzie nam buła, albo w eterze zaczynają latać żyletki. Tymczasem dostarczony do zaopiniowania niemiecki tandem oferował sceniczne zrównoważenie. Dlaczego zatem podczas prezentacji tego nie wykorzystuje i dla wielu brzmi natarczywie? Myślę, iż słowem, a raczej zwrotem kluczem są „trudne warunki wystawowe”, o czym nie raz po przywiezieniu zestawów z takich imprez do naszej redakcji mieliśmy okazję się przekonać. Jak zatem sprawował się tytułowy konglomerat w kontrolowanych warunkach?
Na pierwszy ogień poszła z pozoru prosta, bo oparta o jeden instrument, płytę rodzimego artysty. Jednak zapewniam, nawet jeden generator dźwięku – w tym przypadku mam na myśli obsługiwany przez Leszka Możdżera na płycie „Kaczmarek by Możdżer” fortepian – w wielu testach okazał się być przysłowiowym palcem Bożym. A to zestaw grał bez ważnego dla tego instrumentu wypełnienia. Innym razem okazywał się być jakby rozlany. A jeszcze innym poprzez nadmierną walkę o wszechobecne ciepło brakowało mu odpowiednich wybrzmień. Tymczasem źródło T+A pokazało go w dla wielu moich gości, wręcz fenomenalny sposób. Umiejętnie unauszniło twardość dolnych rejestrów, świetnie pokazywało pracę pana Leszka podczas energicznych uderzeń w klawisze, ale nie zapomniało przy tym o odpowiedniej wadze średnich i niskich częstotliwości. Dzięki temu jego atrybut był majestatyczny, ale również liryczny, a nawet frywolny. I będąc szczerym, muszę solennie muszę przyznać, iż w tej materii kliku moich znajomych tę prezentację określiło jako lepszą od tej, którą mam na co dzień.
Kolejnym, oczywiście weryfikującym prawdziwość dbałości o odpowiedni poziom wypełnienia środka pasma, starciem był krążek Paula Bley’a „In The Evenings There”. Jak można było się spodziewać, podczas tego odsłuchu byłem świadkiem co prawda jazzowej, ale z pełną świadomością stwierdzam, że energetycznej jazdy bez trzymanki z szybkością i swobodą wybrzmiewania w eterze w rolach głównych. Jednak całe przedsięwzięcie wzięłoby w przysłowiowy łeb, gdyby w dźwięku zabrakło nasycenia. Wówczas kontrabas zagrałby jedynie strunami, zapominając przy tym wydać jakiś rezonans z posiadanego wielkiego pudła lub stopa perkusji potrafiłaby jedynie kopnąć, niestety gubiąc przy tym wyzwolony, odpowiednio mięsisty podmuch. Na szczęście niemiecka elektronika o tym wiedziała i zadbała o wspominane akcenty masy. Co prawda, wspomniane instrumenty nie były napompowane do granic przyzwoitości, czego notabene oczekuje spora grupa z Was, ale sądzę, iż był to świadomy wybór konstruktora, aby zbytnia dawka body nie zaburzyła szybkości narastania sygnału. Dla mnie biorąc pod uwagę tę teorię, temat był trafiony w punkt. A o ewidentnej poprawności tego faktu świadczył dobitnie, występujący w tej formacji John Surman z barytonowym saksofonem i basowym klarnetem. To są bardzo dobrze pokazujące poziom barwy i soczystości przekazu instrumenty, dlatego też na bazie zderzenia występu testowego z codziennym przy użyciu mojego zestawu, nie mam podstaw do jakiegokolwiek marudzenia. Nawet w momencie delikatnego przesunięcia poziomu gładkości dźwięku ku analityczności niemieckich zabawek w stosunku do punktu odniesienia – tak to odbieram, gdyż było to jedynie nieco wyraźniej, ale bez najmniejszych zapędów do natarczywości, pokazanie tego samego materiału. Powiem więcej. Stawiam skrzynkę jabłek na przeciw skrzynce gruszek, że wielu z Was z uwagi podczas tajnego głosowania u mnie z premedytacją podniosłoby rękę za niemiecką myślą techniczną, a nie moja zbieraniną. I wiecie co? Całkowicie to rozumiem, gdyż rozprawiamy od szczytach High Endu, a na tym poziomie jakości dźwięku raczej rozmawia się o gustach, a nie jakości oferowanego soundu.
Ostatnim testem było zderzenie przecież dobrze radzącego sobie z wyrazistością przekazu, systemu z mocnym akcentem w dziedzinie przenikliwości zapisów nutowych, czyli grupą Yello i jej płytą „TOY”. W efekcie zostałem bezpardonowo, jednak co bardzo istotne, w pełni usprawiedliwienie, zaatakowany feerią mocno preparowanych sygnałów przypominających muzykę. Nie tylko pisków, i przesterów, ale również mrocznym pomruków i sejsmicznych tąpnięć. Muzyka niszczyła moje narządy słuchu z godnym pochwały, bo najpierw planowanym przez muzyków, a potem realizowanym przez wierną w odtworzeniu zapisanych na płycie sygnałów elektronikę, zapałem. I gdy wydawałoby się, że z uwagi na zwyczajowe stronienie od takich fajerwerków powinienem w tym akapicie nieco ponarzekać, na przekór podobnym domysłom stwierdzam bez bicia, że właśnie o to w tej muzyce chodzi.

Powoli zbliżając się ku końcowi naszego spotkania, kilka słów o obsłudze plików. W moim odczuciu grał ciekawie. Rzekłbym nawet, że bardzo dobrze, bo bez specjalnej utraty lotności i swobody wybrzmiewania, na co cierpi większość tego typu źródeł dźwięku. Estetyka grania była bardzo podobna do opisanej powyżej. Bardzo dużym plusem tego podejścia testowego było fajne, bo gładkie, a przez to niosące ze sobą dodatkowe pokłady nasycenia, oczywiście z automatu również namacalności, granie materiału DSD. To z rozmów z użytkownikami tego typu obcowania z muzyką jest clou całej zabawy w pliki i przyznam, że nawet w moich oczach świetnie wypadło. Jednak gdybym miał zderzyć jakość grania srebrnej płyty i tego samego materiału tylko z dysku, osobiście wybrałbym to pierwsze. Inny poziom realizmu, lepsza transparentność i oddech muzyki powodowały, że znacznie łatwiej utożsamiałem się z prezentowanymi wydarzeniami muzycznymi. Jednak na bazie dotychczasowych doświadczeń mogę powiedzieć, iż to co zaoferował niemiecki brand T+A, wypadło dobrze. Po pierwsze – całkowicie potwierdziły się opinie melomanów o formacie DSD , że CD nie zagra z taką gładkością. Zaś po drugie – odległość jakości brzmienia streamera od CD w moich oczach nie była przepaścią, a jedynie innym punktem widzenia na rozmach i bezpośredniość słuchanej prezentacji.

Wieńcząc powyższy test, przynajmniej teoretycznie, powinienem mieć drobny problem natury spokoju ducha. Powodem miałyby być nadmierne peany jako drukowanie meczu. Jednak jeśli dobrze śledziliście opisane perypetie, z pewnością zwróciliście uwagę na drobny fakt przyznania racji znajomemu, że w niektórych aspektach zestaw T+A PDT 3100 HV & SD 3100 HV potrafił zdetronizować moje codzienne źródło. Dlatego też nawet po takiej laurce nie czuję najmniejszych obaw o stronnicze podejście do tematu. Jak wspominałem w innym miejscu, oferta brzmieniowa okazała się być bardzo bliska tej, jakiej jeszcze do niedawna poszukiwałem. Pełna energii, rozdzielcza, a do tego z dobrym poziomem wagowym. Czy to jest zestaw dla każdego? Myślę, że tak. Jednak jeśli miałbym profilaktycznie kogoś wykluczyć, to osobników oczekujących oczywiście miłego w odbiorze, ale przez to ociężałego, a czasem w imię poszukiwań magii za wszelką ceną, nawet wolnego grania. Reszta zainteresowanych powinna docenić to, co niesie ze sobą ten równy w domenie każdego wycinka przekazu, team. Czy spełni ich oczekiwania? To już zależy? Od czego? Pozwolicie, że nie odpowiem na to pytanie, gdyż jest to elementarz naszej zabawy w zaawansowane audio.

Jacek Pazio

Opinia 2

Po taśmowo-analogowej eskapadzie Jacka do kwatery głównej katowickiego RCM-u i spotkaniu z włoskim dedykowanym „sprasowanym woskom” flagowcem Gold Note’a, dla zachowania równowagi a przy okazji pozostając na wybitnie high-endowym pułapie postanowiliśmy wziąć na redakcyjny tapet prawdziwy „state of the art” cyfrowej myśli technicznej naszych zachodnich sąsiadów, czyli dzielone źródło w postaci transportu CD/SACD PDT 3100 HV i streaming-DAC-a SD 3100 HV sygnowanych przez kilkukrotnie goszczące już na naszych łamach i dystrybuowane przez stołeczne Hi-Ton Home of Perfection  … T+A.

Będąca skrótem „theory and application”, czyli „teorii i aplikacji” nazwa T+A, jest nader namacalnym dowodem na to, że rodzące się w głowach inżynierów marki pomysły znajdują swoje ucieleśnienie we wdrażanych do produkcji projektach skierowanych do najbardziej wymagającej klienteli. Przesadzam? Bynajmniej, gdyż pomijając, z oczywistych względów, testowany sześć lat temu flagowy system marzeń nawet stosunkowo niedrogi przetwornik DAC 8 DSD, jak i niezwykle energetyczna integra PA 2500 R jasno dawały do zrozumienia, że płacimy za stricte fachową wiedzę i perfekcyjne wykonanie a nie wyssane z niekoniecznie najwyższej czystości palca bajki z mchu i paproci okraszone ogromem audiofilskiego powietrza. Proszę tylko spojrzeć zarówno na sesję unboxingową, jak i powyższą galerię. Już same gabaryty brył, jak i zachowanie umiaru w dążeniu do nieco antyseptycznego, ultra nowoczesnego designu dowodzą dbałości o każdy detal, gdzie nie ma miejsca na przypadkowość i choroby wieku niemowlęcego. Mamy zatem do czynienia z konsekwentną unifikacją opartą na zbudowanych z grubych, w krytycznych miejscach osiągających 15 mm, satynowych aluminiowych profili, iście pancernych korpusów, umiejscowionych na płytach górnych charakterystycznych – okrągłych, dających wgląd w trzewia, przyozdobionych firmowym logotypem, bulajów i pełnej zgodności topologii frontów. W obu przypadkach znajdziemy bowiem na nich centralnie ulokowane czernione tafle skrywające błękitno-zielone wyświetlacze, sensory pozwalające na obsługę a nawet, jak ma to miejsce w przypadku transportu PDT 3100 HV, również lico klasycznej tacki. No dobrze, najwyższy czas na drobne, acz wynikające z pełnionych funkcji, rozbieżności pomiędzy tytułowymi, pseudo-bliźniakami. W ww. transporcie lewa, z dwóch optycznie zamykających z obu stron prostokąt displaya, gałek odpowiedzialna jest za wybór eksplorowanej warstwy odtwarzanego dysku oraz nawigację po menu (regulacja jasności, trybu wyświetlania, języka obsługi i zarządzania energią – automatycznego wyłączania urządzenia po 90 min. bezczynności). Z kolei prawa przejęła rolę zazwyczaj spodziewanych przycisków obsługi odtwarzania, czyli nawigacji pomiędzy utworami startu, pauzy i stopu. Przez górny wizjer tym razem nic ciekawego nie zobaczymy, gdyż mechanizm uniwersalnego – dwulaserowego (650 nm dla SACD i 785 nm dla CD) czytnika zamknięto w szczelnej aluminiowej kapsule, więc ciekawskim nie pozostaje nic innego jak tylko obejść się smakiem. Rekompensatą mogą być biegnące wzdłuż bocznych krawędzi zabezpieczone siatką otwory wentylacyjne, przez które da się od biedy wypatrzyć odseparowane od wrażliwych komponentów zasilanie. Niezwykle intrygująco przedstawia się z to ściana tylna, gdzie patrząc od lewej oprócz trójbolcowego gniazda zasilania znajdziemy dwa terminale systemowej magistrali komunikacyjnej H LINK, port Ethernet do integracji urządzenia z infrastrukturą domowej inteligencji (m.in. CRESTRON, AMX) i diagnostyki oraz nad wyraz rozbudowaną sekcję interfejsów cyfrowych z zarówno klasycznymi optykiem, koaksjalem, BNC i AES/EBU, jak i autorskim IPA Linkiem zapewniającym transfer danych CD/SACD do SD 3100 HV i dysponującego sekcją preampu – lepiej doposażonego krewniaka SDV 3100 HV.
Jeśli chodzi o trzewia, to … śmiało można byłoby uznać, że szwajcarscy zegarmistrzowie mają gdzie kształcić się w zakresie precyzji i solidności. Pomijając oczywiste laminaty płytek drukowanych i dość wyraźnie zminimalizowane połączenia przewodowe próżno szukać tu plastiku. Króluje za to aluminium. Przykładowo transport wyposażono w silnik synchroniczny o „przewymiarowanym” momencie obrotowym, dwa liniowe łożyska, jego tacka oczywiście jest z aluminium a sam mechanizm, w celu redukcji drgań umocowano w trzech punktach. O ekranującym sarkofagu już wspomniałem, idźmy zatem dalej. Całe wnętrze podzielono … aluminiowymi płytami na trzy osobne komory. Górną z drajwem, prawą z impulsowym zasikaniem i dolną z ww. zielonymi płytkami drukowanymi (m.in. układ DSP). Z racji przesyłu nie tylko sygnałów PCM, lecz i DSD warto zwrócić uwagę, iż T+A zamiast korzystać z gotowych, ogólnodostępnych rozwiązań opracowało własny interfejs – IPA (Isochronous Precision Audiolink) zapewniający niezależny przesył niskonapięciowych sygnałów różnicowych (LVDS – Low-Voltage Differential Signalling) czterema równoległymi, podwójnymi liniami (ośmioma przewodnikami), więc raczej nic, oprócz wskazanych przez producenta kompatybilnych przetworników na rynku konsumenckim nie znajdziemy.
Z kolei w przypadku SD 3100 HV lewą gałką dokonujemy wyboru źródła a w SDV 3100 HV również regulujemy głośność, za to prawa służy do nawigacji po nad wyraz rozbudowanym menu. W tym momencie oszczędzę Państwu jego dokładnej charakterystyki odsyłając wszystkich zainteresowanych do 78-stronicowej instrukcji obsługi. Pod lewą gałką skromnie przycupnęło gniazdo USB do podłączenia „na szybko” pendrajwa, bądź innej pamięci masowej a pod prawą mamy dwa wyjścia słuchawkowe – klasycznego 6,3 mm jacka i 4,4 mm symetryczne Pentacon. Rzut gałką na masywną płytę górną i … Yes, yes, yes, czyli wreszcie coś ciekawego przez okrągły bulaj widać. Pomijając fakt, że lwia część użytkowników nie będzie miała bladego pojęcia na co patrzy, za to możliwość zabłyśnięcia w towarzystwie takim „oknem do świata wewnętrznego” posiadanej elektroniki będzie z pewnością miłym dodatkiem. Idźmy jednak dalej, czyli na zaplecze gdzie pojawiając się znienacka można poczuć się lekko onieśmielonym bogactwem dostępnych przyłączy. No ale jeśli odchudzamy domowy budżet o blisko 107 kPLN, to mamy prawo być rozpieszczani. I jesteśmy. Do dyspozycji otrzymujemy zatem ulokowane ponad pozostałymi interfejsami (spore ułatwienie przy podłączaniu) zdublowane wyjścia analogowe – zarówno złocone RCA, jak i XLR-y, i już schodząc piętro niżej od lewej … pierwsze gniazdo zasilające, port USB (Host) do obsługi pamięci masowych, komunikacyjno – serwisowe Ethernet, firmową magistralę komunikacyjną HLink, antenę Wi-Fi i baterię „konwencjonalnych” wejść cyfrowych – dwa optyczne, dwa koaksjalne, dwa BNC i pojedyncze AES/EBU. Jakby komuś było mało mamy jeszcze parę USB – tym razem już będących wejściem z zewnętrznych źródeł (komputerów i transportów plików) do DAC-a, firmowy IPA Link, dwa wejścia oraz jedno wyjście HDMI, terminal anteny FM i kolejne gniazdo zasilające.
Dziwne? Mówię o zdublowanym zasilaniu. Niekoniecznie. W końcu mamy do czynienia z konstrukcją bezkompromisową. Dlatego też konstruktorzy, wzorem transportu podzielili aluminiowymi płytami korpus, tym razem na cztery komory. Górną zajmuje sekcja analogowa, dolną cyfrowa a przestrzeń w komorach bocznych przypadła zasilaniu. Patrząc od frontu z prawej będziemy mieli impulsowe zasilanie dedykowane cyfrze a z lewej już klasyczne – akurat dla analogu, czyli de facto niemalże dwa różne urządzenia w jednym korpusie, co pozwala na zabawy w dobór odpowiedniego okablowania zasilającego dla każdej z sekcji osobno.
Jak już jesteśmy przy trzewiach i funkcjonalności, to tak jak już wspomniałem menu daje spore pole do popisu jednostkom cierpiącym na nerwicę natręctw, gdyż nie tyko można próbować dopieszczać dostarczany do T+A sygnał na drodze upsamplingu (wyłącznie PCM), lecz i dopsowania optymalnego algorytmu filtracji (FIR short, FIR long, Bezier/IIR i Bezier). W SD 3100 HV zaimplementowano oczywiście dwa niezależne –osobne dla PCM i DSD tory konwersji z dwoma femto-clockami. Dla PCM przewidziano po cztery 32-bitowe układy delta-sigma na kanał, z kolei DSD jest transmitowane i dekodowane w formie natywnej. Nie mniej bezkompromisowo potraktowano domenę analogową, w której zdecydowano się na symetryczną topologię dual mono na elementach dyskretnych z możliwością wyboru częstotliwości odcięcia (60 lub 120kHz) filtrów analogowych Bessela.
A teraz ciekawostka, czyli czemu opłaca się czytać informacje podawane drobnym druczkiem. Otóż zarówno z bezpośrednio (oczywiście via router/switch) podpiętych NAS-ów, dysków przenośnych i serwisów streamingowych nie nakłonimy naszego tytułowego bohatera do odtwarzania czegokolwiek więcej aniżeli poczciwego PCM 24/192. Ups. No to skąd u licha te huczne zapowiedzi DSD1024 i PCM 768? Ano stąd, że owe sygnały są w stanie zacząć krążyć w żyłach SD 3100 HV, gdy ich dawcą stanie się … komputer wpięty bądź po Lanie, bądź po USB z HQ Playerem solo, lub w formie wtyczki do Roona. Znaczy się mamy tzw. wariant kombinowany. Oby tyko taka ekwilibrystyczna gra warta była świeczki.
Oprócz firmowego, budzącego respekt swą solidnością, w pełni aluminiowego pilota nic nie stoi na przeszkodzie, by do sterowania zestawu użyć dedykowanej Appki dostępnej zarówno na iOS-a, jak i Androida.

No dobrze. Wysupłaliśmy z większym, bądź mniejszym bólem blisko 180 kPLN i zagwarantowaliśmy sobie tym samym bilet wstępu do audiofilskiej nirwany? Poniekąd tak, jednak z małym „ale”. Mam bowiem zarówno dobre, jak i złe wiadomości. Pytanie, czy chcą Państwo dobre dostać na przystawkę, czy na deser? Skoro jednak to ja snuję niniejszą opowieść, to pozwolę sobie sam dokonać wyboru i nieco cierpkie prawdy przekażę na wstępie.
Skoro bowiem poruszamy się na pułapie ekstremalnego High-Endu nie wypada mi nie wspomnieć o dość bolesnej różnicy w klasie brzmienia nie tylko pomiędzy gniazdami USB (DAC) i USB (Host) przewidzianymi do obsługi pamięci masowych, na korzyść tych pierwszych, jak i samych hostowych. Na drodze wnikliwych testów, porównań i kilkukrotnego przepinania tego samego pendrive’a (woleliśmy wykluczyć ewentualne różnice w sygnaturze poszczególnych „pipków”) gniazdo umieszczone na ścianie tylnej SD3100HV wypadło bezdyskusyjnie lepiej, tak pod względem rozdzielczości, jak i dynamiki, co dość jasno wskazuje, iż z frontowego interface’u lepiej nie korzystać wcale, bądź jedynie w ostateczności, gdy dostęp do zakrystii naszego systemu jest niemożliwy, bądź nie mamy akurat pod niemieckiego DAC-a podpiętego żadnego komputera. Aby dojść do takich konkluzji bynajmniej nie trzeba było posiłkować się jakimiś wymuskanymi audiofilskimi realizacjami. W zupełności wystarczył odsłuch „Under The Fragmented Sky” Lunatic Soul, który z frontowego gniazda zabrzmiał zaskakująco bez wyrazu, właściwej sobie eteryczności i świetnej, skądinąd wydawać by się mogło, że nierozerwalnej prog-rockowej tajemniczości. Tymczasem nagle, nie wiedzieć czemu zrobiło się nieco płasko, ubyło powietrza a i sama scena uległa ściśnięciu nie tylko w domenie szerokości, lecz i co bardziej bolesne, głębokości. Przepięcie pendrive’a w tylne gniazdo wydawało się powyższe anomalie eliminować, czyli jeśli już z pamięci masowych chcemy grać lepiej zapewnić sobie dostęp do zaplecza, bo próby implementacji „na ślepo” szczerze odradzam.
Kolejną kwestią, na którą nie mogłem pozostać objęty była funkcjonalność zarówno streamingu, jak i grania ze zgromadzonych na dyskach sieciowych i/lub odtwarzanych ze wspomnianego komputera wszelakiej maści plików. I tutaj z jednej strony nijakiego novum nie było, lecz z drugiej … nie do końca wydaje mi się, że takimi rezultatami chciałyby podpierać działy marketingu operujących jedynie w zerojedynkowej – „niefizycznej” domenie wydawców. O co chodzi? O to, że pliki, szczególnie te gęste a jeszcze lepiej upsamplowane do np. DSD512 brzmiały … wybornie – zarazem na wskroś analogowo, jak i niezwykle rozdzielczo (nie mylić z analitycznością). Nawet przed chwilą wspomniany „Under The Fragmented Sky” dostał potężny zastrzyk energii i wyrafinowania przywracając wiarę w „zabawę plikami”. Jednak warto było iść dalej i „wyżej” z repertuarową półką. Przykładowo „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen nagrany przez 2L w DXD (352.8kHz/24bit) a dostępny m.in. w formacie MQA i DSD 2,8MHz (DSD64) na HighresAudio zachował swoją natywną smyczkom chropawość, jednak wyraźnie zostało pokazane, że to bez wątpienia właściwa wykorzystanemu instrumentarium cecha a nie granulacja powstała podczas nieumiejętnego procesu realizacji, czy też masteringu. Otrzymujemy bowiem realizm bliski wykonawstwu na żywo a nie mniej, bądź bardziej hiperrealistyczną wariację na temat niezidentyfikowanego materiału źródłowego. Już z resztą kiedyś o tym wspominałem, gdyż od pewnego pułapu osiągamy, bądź przynajmniej powinniśmy osiągnąć, namacalność zbliżoną do obcowania z wokalistami, bądź muzykami oko w oko, więc ewentualne wady wymowy, jak np. delikatne seplenienie Cassandry Wilson („Loverly”), czy Idy Zalewskiej („Storytelling”) akceptujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza, zaliczając je do cech charakterystycznych a nie skupiania się na podkreślonych sybilantach. Przy okazji warto nadmienić, iż jakiekolwiek „wojenki” formatów przy graniu z plików w tym momencie poniekąd tracą sens, gdyż siadamy i nasza uwaga jest jeśli nie w 100%, to przynajmniej w 99% absorbowana przez dobiegającą naszych uszu, oferowaną przez niemiecka elektronikę muzykę. Jeśli jednak komuś by się nudziło i chciałby udowodnić wyższość świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem, bądź na odwrót, to lepiej by trzymał się dobrych rad i wskazówek ekipy T+A, czyli wiedział co i z czym porównywać, czyli DSD64 z PCM96/24, DSD128 z PCM192 a DSD256 z PCM384. Znaczy się jeśli już, to robić z głowa a nie li tylko dla samego robienia. Oczywiście ze swej strony sugerowałbym skupić się nie na cyferkach, lecz na samej muzyce, gdyż tak jak w przypadku zdecydowanie niżej urodzonego rodzeństwa, czyli DAC-a 8 DSD, tak i w tym razem pojęcie dźwięku cyfrowego i jego trudnej do zdefiniowania sygnatury nie ma najmniejszych podstaw bytności. Otrzymujemy bowiem niezwykle „analogowy” – zarazem gęsty, soczysty, lecz również nad wyraz rozdzielczy i wręcz kipiący od zawartych w nim informacji przekaz. Tutaj nic nie trzeba zostawiać wyobraźni, niczego sobie nie trzeba dopowiadać, gdyż jeśli tylko jakiś dźwięk, szmer, czy nawet przypadkowy artefakt w stylu dobiegającego z dalszych rzędów chrząknięcia, czy też potrącenia statywu mikrofonowego znalazły się na nagraniu, to T+A z pewnością raczą nas o nich poinformować, lecz nie w kategoriach „pierwszostronicowej” sensacji rodem z „Superaka”, lecz z właściwym jego randze (a dokładnie jej brakowi) umiejscowieniu tak w hierarchii, jak i przestrzeni.
Schody zaczynały się w momencie, gdy z własnej, mozolnie gromadzonej plikoteki przesiadaliśmy się, ot chociażby ze względu na wygodę, na serwisy streamingowe. Już od pierwszych taktów słychać było, że dzień dziecka się skończył a realizm i holograficzny przekaz posypały się jak domki z kart i plany budżetowe na przyszły rok miłościwie nam panujących. Wszystko stało się szare, płaskie i dość jasno dające do zrozumienia, że poza celami czysto poglądowymi niespecjalnie często będziemy w odmęty sieci w towarzystwie niemieckiego DAC-a się zapuszczać. Możliwe, że podobnie jak w przypadku własnej plikoteki pomogłoby lekkie podrasowanie reprodukowanego z Tidala materiału, lecz jak już podczas zeszłorocznej edycji Audio Video Show indagowany przeze mnie w tej sprawie Oliver John – szef sprzedaży T+A, raczył był wyjaśnić, wsparcia dla MQA nie ma i nie należy się go spodziewać. Czemu o tym wszystkim piszę? Piszę, gdyż słyszę a jak słyszę, to się własnymi obserwacjami dzielę, tym bardziej, że będąc zagorzałym plikolubem sam muszę zmierzyć się z takim a nie innym status quo a ponadto przesiadka na dedykowany transport PDT 3100 HV i wydawać by się mogło przechodzące od co najmniej dekady do lamusa poczciwe srebrne krążki – vide „czerwono-książkowe” CD, o SACD nawet nie wspominając, oznaczało dla mnie powrót do normalności i jakości oczekiwanej po urządzeniach w cenie przyprawiającej jednostki nieskażone Audiophilią Nervosą o stany lękowe i migotanie przedsionków.
Tu już nie było żadnych „ale” i nawet odrobiny goryczy. Sama słodycz, w dodatku bez skutków ubocznych, czyli zbędnych kalorii, degradacji uzębienia i nadprogramowych kilogramów w przypadku zbytnio entuzjastycznych konsumpcji, czyli nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Praktycznie każdy krążek wywoływał uśmiech zadowolenia i chęć nie tylko wysłuchania go do końca, lecz również ułożenia we własnej głowie playlisty na najbliższe kilka, kilkanaście godzin. Znaczy się permanentne poczucie niedosytu. Za nadrzędną dominantę można było uznać ponadprzeciętną homogeniczność idącą w parze z liniowością, które w sumie wcale nie dawały nudnego i granego na jedno kopyto asekuracyjnego muzaka, lecz pozbawiony przekłamań będących oczywistym odejściem od oryginału, któremu poniekąd wierność High-End po grobową deskę przysięgał, wciągający bardziej aniżeli chodzenie po bagnach spektakl. Problem w tym, że wszystko było takie jakie być powinno – ani lepsze, ani gorsze, więc słuchałem i każdorazowo dochodziłem do wniosku, że tak, dokładnie tak, powinna brzmieć gitara Adriana Vandenberga i wokal na „Starkers in Tokyo” Whitesnake (czyli w wersji zremasterowanej drugi krążek z „Unzipped (Super Deluxe Edition)”). Co prawda u siebie mam ich podanych gęściej i bardziej dosadnie – bliżej, jednak cały czas mam świadomość, iż jest to właśnie moja własna projekcja będąca ukłonem w kierunku oczekiwanej i pożądanej eufonii. Krótko mówiąc u siebie mam ładniej a z T+A było nie tyle prawdziwiej, co tak jak naprawdę. Energia była świetnie odczuwalna zarówno przy cichych, jak i bardziej dynamicznych fragmentach i to pomimo operowania jedynie pojedynczą gitarą. W dodatku do głosu doszły składowe budujące klimat i nastrój chwili, więc przesiadka na wspartą poważnym aparatem wykonawczym „Symphonicę” George’a Michaela jeszcze bardziej „otworzyło” scenę. Koleją cechą brzmienia niemieckiego duetu jest z pewnością również wyrafinowanie, lecz w autorskim wydaniu – zamiast dystyngowanej zachowawczości mamy kompozycję, w której najpierw dostrzegamy całość, następnie bogactwo i soczystość barw a dopiero potem kontury składających się na nią elementów. Nie wyklucza to niezwykłej szybkości i wartkości dźwięku, które znowu nie powstają na drodze żyłowania „silnika”, sztucznego podkręcania tempa, czy wręcz nerwowości, lecz świadomości własnych ponadprzeciętnych możliwości i „zapasu mocy” obliczeniowej. Wystarczy bowiem położyć na tacce PDT 3100 HV „Countdown To Extinction” Megadeth, docisnąć krążkiem i wystawić swe wątłe ciało na serię piekielnie szybkich uderzeń perkusji i rozdzierające nerwowe synapsy gitarowe riffy. Od razu uprzedzam, że nie jest to repertuar lekki łatwy i przyjemny dla jednostek o kruchej psychice, podwyższonej wrażliwości i rozchwianych emocjonalnie. Jeśli jednak ktoś lubi sobie od czasu do czasu połomotać to wydany przez MFSL album Mustaine’a z resztą kudłatych szarpidrutów przesłuchany na tytułowej „dzielonce” T+A może być przysłowiowym punktem zwrotnym i zarazem uświadomieniem sobie, że wmawiane „prawdy objawione”, jakoby na High-Endzie nie dało słuchać się metalu można co najwyżej sobie w buty wsadzić.

I z tą wielce budującą konkluzją pozwolę sobie Państwa zostawić. Warto bowiem mieć świadomość, że T+A PDT 3100 HV & SD 3100 HV zagrają tak, jak im na to zarówno towarzyszący system, jak i dostarczony materiał pozwolą. Dlatego też jeśli coś „nie zagra” to zamiast wieszać na niemieckim duecie psy lepiej na spokojnie przyjrzeć się temu, co, gdzie i jak im dostarczyliśmy a śmiem twierdzić, iż 99,9% takich dochodzeń skończy się odkryciem, że to, co do tej pory wydawało nam się pełnią szczęścia było li tylko nader prowizoryczną wypadkową leczenia dżumy cholerą, czyli wzajemnego niwelowania się wad poszczególnych składowych naszego „systemu marzeń”. Z tytułową dwójką już taki numer nie przejdzie, więc jeśli przyjmując ją pod swój dach od razu się zadomowi wprowadzając nas w stan błogiej nirwany, to temat mamy zamknięty, a jeśli nie … cóż szykują się wydatki. Całe szczęście Gwiazdka tuż, tuż, więc może jeśli się pospieszycie, to Mikołaj łaskawszym okiem spojrzy na listę waszych sugestii …

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Hi-Ton Home of Perfection
Ceny
T+A PDT 3100 HV : 67 900 PLN
T+A SD 3100 HV: 106 900 PLN

Dane techniczne
T+A PDT3100HV
– Transport: wysokoprecyzyjny podwójny czytnik: SACD: 650 nm oraz CD: 785 nm Double-GaAlAs-Lasersystem
– Wyjścia cyfrowe: optyczne, ciaxial, BNC, AES/EBU, IPA LNK
– Komunikacja: H LINK, LAN
– Obsługiwane formaty: CD, CD-R, CD/RW, SACD Stereo, SACD/CD Text
– Zakres częstotliwości i dynamika:
CD: 2 Hz – 20 kHz / 100 dB
SACD: 2 Hz – 44 kHz / 110 dB
– Wyjścia cyfrowe: AES-EBU 32 – 192 kHz / 16-24 Bit
– Pobór mocy: 40 W, <0.5 W stand by
– Wymiary (W x S x G): 170 x 460 x 460 mm
– Waga: 29 kg
– Wykończenie: silver/titanium

T+A SD3100HV
– Pasmo przenoszenia +0 /-3dB: 0,5 Hz – 300 kHz
– Odstęp S/N: 117 dB
– Zniekształcenia THD: <0.001 %
– Separacja kanałów: 110 dB
– Wyjścia analogowe: 2,5V/50 Ω(RCA), 5,0V/50Ω (XLR)
– Wyjście słuchawkowe: 6,3 mm (20 Ω) oraz 4.4 mm Pentaconn (8 Ω)
– Wyjścia cyfrowe: Coax, HDMI
Wejścia cyfrowe:
AES/EBU, 2 x Coax, 2 x BNC, 2 x TOSLINK – 24bit/192kHz
2 x USB (DAC) – max 768kHz (PN+CM), DSD1024
2 x USB (Host)
2 x HDMI
IPA LINK
Komunikacja: HLINK, LAN, WLAN
– Obsługiwane formaty: Standard MP3, WMA, AAC, OGG Vorbis, FLAC, WAV, AIFF, ALAC / UPnP AV, T+A Control
– Częstotliwości próbkowania:
PCM 44.1 kSps: 2 Hz – 20 kHz
PCM 48 kSps: 2 Hz – 22 kHz / DSD 64: 2 Hz – 44 kHz
PCM 96 kSps: 2 Hz – 40 kHz / DSD 128: 2 Hz – 60 kHz
PCM 192 kSps: 2 Hz – 80 kHz / DSD 256: 2 Hz – 80 kHz
PCM 384 kSps: 2 Hz – 100 kHz / DSD 512: 2 Hz – 100 kHz
PCM 768 kSps: 2 Hz – 120 kHz / DSD 1024: 2 Hz – 120 kHz
– Obsługiwane aplikacje muzyczne: Tidal, Deezer, Qobuz (konieczna subskrypcja)
– Bluetooth:4.2
– Codec: A2DP (Audio), AVRCP 1.4 (Control) / aptX®, MP3, SBC
– Tuner: radio internetowe, FM,FM-HD, DAB, DAB+,
– Pobór mocy: 2 x 40 W, stand by <0.5 W
– Wymiary (W x S x G): 170 x 460 x 460 mm
– Waga: 26 kg
– Akcesoria: 2x kabel zasilający, pilot zdalnego sterowania F 3100, BNC adapter
– Kolory obudowy: silver/titanium

Pobierz jako PDF