Czytelnikom w miarę systematycznie śledzącym nasze poczynania nie muszę raczej udowadniać, iż w stołecznej siedzibie SoundClubu pojawiamy się od lat na tyle regularnie, że przynajmniej, jeśli chodzi o główną salę odsłuchową, czujemy się niemalże jak w domu. Co bynajmniej nie znaczy, że już od bladego świtu wchodzimy tam jak do siebie w rozciągniętych dresach i Crocsach na stopach, jednak doskonale wiemy, gdzie posadzić swe cztery litery by słychać było najlepiej. I o ile podczas gremialnych prezentacji i odsłuchów podporządkowujemy się regułom rotacji w sweet spocie o tyle w trakcie krytycznych, takich jak niniejsza nasiadówek stosowne siedzisko mamy na wyłączność. Dlatego też, gdy gabaryty i waga proponowanych na testy urządzeń wywołują w pełni zrozumiały entuzjazm wśród pracowników niepublicznych placówek medycznych o profilu ortopedycznym a grymas bólu na twarzach soundclubowej ekipy, wykazując się daleko idącą empatią nie widzimy problemu, by zamiast zrzucać na nich spedycyjne komplikacje udać się tam „na gotowe” by na miejscu stosowne odsłuchy przeprowadzić. I tak też było tym razem, bowiem na naszym celowniku znalazły się spełniające wszelkie kryteria „ponadnormatywności” zjawiskowe kolumny … Goebel Divin Noblesse, na których test serdecznie zapraszam.
Słowem wstępu odnośnie przygotowanego na niniejszą okazję systemu a raczej wypadałoby napisać systemów, to śmiało mogę uznać, iż raczej nie było w nich nic, z czym nie zetknęlibyśmy się wcześniej, czyli w roli źródła wystąpił tercet WADAX-a – Reference Server / Reference PSU / Reference DAC a za wzmocnienie odpowiadały na przemian dwa duety – zapamiętany z przedostatniego High Endu https://soundrebels.com/high-end-2024/ szwajcarski Soulution ( 727 / 717 ) o mocy 2 × 150 W @ 8 Ω / 2 × 300 W @ 4 Ω i znany nam m.in. ze spotkania z Jackiem Gawłowskim i odsłuchów Metallici amerykański Boulder ( 2110 / 2160 ) dysponujący mocą 2 x 575 W @ 8 Ω / 2 x 1100 W @ 4 Ω, co przy 95dB skuteczności i 4 Ω impedancji tytułowych kolumn wydawało się aż nadto wystarczające. Warto również wspomnieć, iż całość elektroniki spoczęła na platformach i stolikach Franc Audio Accessories a kolumny z iście aptekarską dokładnością wspomaganą wrodzoną nerwicą natręctw co do milimetra ustawił i do sekundy dogiął Bartek Wężyk.
A co do samych kolumn, to z Divin Noblesse mieliśmy już przyjemność m.in. podczas edycji 2019 i zeszłorocznej monachijskiego High Endu – w pokoju Vitus Audio oraz minionego Audio Video Show i choć nasze dzisiejsze bohaterki trudno uznać za konstrukcje kompaktowe i niezbyt absorbujące gabarytowo, to mając w pamięci fakultatywny odsłuch flagowych Divin Majestic w siedzibie producenta śmiało można je uznać za zdroworozsądkowy kompromis. Przynajmniej w stricte ultra high-endowym ujęciu, bo jakby nie patrzeć mierzące blisko 170 cm i ważące 260kg kolumny jakoś wnieść i gdzieś ustawić trzeba móc. Kwestie finansowe litościwie przemilczę, gdyż przy kwocie 1,1 mln PLN (całe szczęście za parę) większości z nas przydałaby się jakaś kumulacja w popularnej grze losowej określanej przez wtajemniczonych mianem podatku od marzeń.
Pomimo nad wyraz wybujałej formy i prawdziwego bogactwa przetworników Goebel Divin Noblesse są konstrukcjami „tylko” trójdrożnymi, w których za reprodukcję najwyższych składowych odpowiada zlokalizowany w ich „talii”, stanowiący centrum symetrycznego układu potężny 5.6” przetwornik wysokotonowy AMT w masywnym, aluminiowym falowodzie dostosowanym do profilu Tractrix. W bezpośrednim sąsiedztwie modułu wysokotonowego umieszczono 8” firmowe średniotonowce o membranach z włókna węglowego i papieru, którym z kolei, w rozszerzających się ku krańcom kolumn komorach towarzyszą 12” basowce wspomagane symetrycznym układem bas-refleks. Korpusy kolumn wykonano z 8 cm (11 cm na froncie), wielowarstwowych sandwichy kompozytowych o właściwościach antyrezonansowych dodatkowo wzmacnianych stopami aluminium. Terminale głośnikowe są podwójne i zlokalizowane tuż przy podstawach, dzięki czemu bez problemu można zaaplikować w nich masywne (w tym firmowe, widoczne na powyższych zdjęciach) okablowanie.
Pomijając imponującą posturę i równie niekonwencjonalne, przypominające futurystyczne hantle / zaprojektowane przez Pabla Picassa klepsydry kształty tego „kalibru” kolumn nie kupuje się przecież po to, by wyłącznie się im przyglądać i ewentualnie próbować zaimponować ich posiadaniem znajomym, choć od razu uprzedzę, iż jednostki postronne, nieskażone audiophilią nervosą mogą patrzeć na szczęśliwców Divin Noblesse posiadających jak na totalnych szaleńców. Mówiąc wprost nad tytułowymi Goebelami warto zastanawiać się wyłącznie w kategoriach dbania o własny dobrostan, więc logicznym jest, iż oprócz wspomnianych walorów natury estetycznej należy mieć również a raczej przede wszystkim na uwadze ich walory soniczne. A te … cóż. W wersji skróconej dają się określić mianem zjawiskowych i redefiniujących pojęcie referencji, jeśli takową już sobie zdefiniowaliśmy. Zakładam jednak, że Czytelników, którzy dobrnęli do tego miejsca bardziej interesuje nieco bardziej rozbudowana forma. Dlatego też nie pozostaje mi nic innego jak tylko przejść do meritum z czysto kronikarskiego obowiązku nadmieniając, iż pierwszą turę odsłuchów prowadziłem z amplifikacją Soulution, by po krótkiej przerwie poznać drugie oblicze tytułowych kolumn wzmacnianych duetem Boulderów.
Jak można domniemywać przy tak absorbujących gabarytowo i pyszniących się budzącą respekt baterią potężnych przetworników kolumnach oczywistym wydaje się otwarcie części poświęconej brzmieniu pytaniem o reprodukcję najniższych składowych. I słusznie, bowiem w takim jak niniejszy przypadku bardzo łatwo popaść w przesadę i pójść na ilość, wolumen i spektakularność licząc na to, że odbiorca korelując skalę dźwięku z rozmiarem kolumn uzna ją za właściwą i adekwatną do rzeczywistości. Tymczasem o ile wielkie składy symfoniczne („Gladiator”) i apokaliptyczne porykiwania szarpidrutów („Pro Xristou” Rotting Christ) zgodnie ze swym DNA wgniotą słuchacza w fotel zwiewając przy okazji kapcie ze stóp i aromatyczną WZ-kę wraz z talerzykiem ze stolika kawowego, o tyle kameralne składy i mniejsze formy muzyczne zabrzmią wręcz karykaturalnie i przesadnie. Dlatego też, tak jak we wszystkim, również i w High-Endzie, choć czasem trudno w to uwierzyć, liczy się zdroworozsądkowy umiar i możliwie wierne trzymanie się faktów. A tytułowym Goebelom z faktami było nad wyraz po drodze, bowiem kiedy trzeba potrafiły rozpętać prawdziwe piekło zapuszczając się np. na „Issa Dub” Murkury w rejony częstotliwości uaktywniających czuwające w PAN-ie sejsmografy, by na lirycznym „Bird On A Wire” w wykonaniu Katey Sagal zagrać z eteryczną zwiewnością i w znany tylko sobie sposób zdematerializować się w zajmowanym przez siebie pokoju. I tu de facto poruszyłem kluczową, przynajmniej w moim odczuciu i postrzeganiu ich cechę. Chodzi bowiem o fakt, iż pomimo potężnych gabarytów i znacznego rozstawu przetworników Divin Noblese grają nadspodziewanie … monitorowo – koherentnie i spójnie pracując niczym wzorcowe źródło punktowe. O ile jednak czegoś podobnego dane mi było doświadczyć z Cabasse La Sphère o tyle z bądź co bądź konwencjonalnych kolumn taka sztuka nie udaje się zbyt często. Wypada zatem tylko się cieszyć i zarazem mieć nadzieję, że ich przyszły posiadacz z równą atencją co Bartek podejdzie do ich ustawienia we własnym pokoju i podobny efekt osiągnie. Idźmy jednak dalej, gdyż podobnej do dołu pasma intensywności można byłoby, chociażby z racji rozmiaru (a ten jak wiadomo ma znaczenie) spodziewać się po wysokich tonach. I tu znów mamy swoistą niejednoznaczność i pewną aberrację pomiędzy stereotypowymi oczekiwaniami a stanem faktycznym bowiem z jednej strony nie można odmówić Goebelom niezwykle otwartej i rozdzielczej góry, lecz zarazem nie sposób określić jej mianem ofensywnej, czy chociażby przesadnie eksponowanej. I to praktycznie niezależnie od repertuaru, gdyż o ile jeszcze co prawda dość surowe, ale zarazem całkiem kulturalne gitarowe kompozycje Keitha Richardsa na „Crosseyed Heart” pozwalały z wręcz aptekarską dokładnością śledzić pracę ręki po gryfie i przebiegi kostki po strunach bez jakichkolwiek znamion męczącej na dłuższą metę metaliczności, to już smyczki na „Paganini: Diabolus in Musica” Salvatore Accardo oprócz oczywistej swobody i zadziorności cechowała trudna do przeoczenia natywna szorstkość. Co jednak ciekawe nie była ona ani nazbyt akcentowana ani wygładzona i „polukrowana” przez co z powodzeniem można było mówić o najwyższej próby realizmie porównywanym do odsłuchu na żywo. W dodatku, pomijając różnice natury realizacyjnej, nad którymi Goebele przechodziły po prostu do porządku dziennego ów realizm dla jakże różnego repertuaru stawał się czymś permanentnym i oczywistym na tyle, że po dłuższej sesji powrót do własnego stanu posiadania wymagał sporego samozaparcia. Generalnie rzecz ujmując w pewnym momencie uzmysłowiłem sobie, iż zamiast skupiać się na tytułowych kolumnach z nieprzebranych zasobów Tidala i Qobuz-a wyłuskuję nie utwory / albumy stricte testowe, co po prostu takie, które darzę sympatią i po prostu lubię ich słuchać dla własnej przyjemności. A że moje, podobno spaczone, gusta mają całkiem sporą rozpiętość estetyczną więc z dziką przyjemnością pozwoliłem sobie na odsłuch zarówno momentami brutalnego albumu „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects, jak i baśniowego „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena jedynie utwierdzając się w przekonaniu, że gładkość i lśnienie najwyższych składowych nie tylko nie powodują przesytu, co świetnie korespondują z komunikatywnością i ekspresją średnicy a tym samym naturalnością reprodukcji ludzkich głosów, czy to w formie podniosłej polifonii, czy niemalże zwierzęcego ryku.
I kiedy tak sobie siedziałem i delektowałem się trudnym do zapomnienia sonicznym absolutem, gdzie każda nawet najdrobniejsza składowa miała swoje jasno zdefiniowane i niemalże z obsesyjną precyzją przypisane tak w domenie czasu, jak i trójwymiarze lokalizacji na scenie miejsce utwierdzając się w nomen omen całkiem słusznym przekonaniu, że raczej nic lepszego spotkać mnie już nie może nadszedł czas małej roszady i szwajcarski duet zstąpiła amerykańska parka pre/power a okablowanie głośnikowe z pojedynczego ewoluowało do wersji bi-wire. Efekt? Cóż, skoro stopniowanie superlatyw skończyło mi się przy konfiguracji z Soulution, to w tej części jedynie skupię się na najbardziej oczywistych, acz biorąc pod uwagę iście stratosferyczny pułap obu konfiguracji, li tylko różniących oba podejścia do tematu niuansach. Po pierwsze do głosu doszła większa „organiczność” prezentacji, co bynajmniej nie tyle oznaczało zmiękczenie, czy też zaokrąglenie krawędzi definiujących źródła pozorne, co nieco większą dawkę plastyczności. Jakby przypięty do średnioformatowego „body” obiektyw makro zastąpić „portretowym” ekwiwalentem o takiej samej ogniskowej i świetle. Bez zmiany kompozycji, czy też kąta widzenia otrzymujemy jedynie inną, milszą oku właśnie plastykę sprawiającą, iż z trybu mniej bądź bardziej (pod)świadomej analizy odbiorca przestawia się na opcję bardziej zrelaksowanego, naturalnego obcowania z muzyką. Patrząc na ową roszadę z mojego, czysto prywatnego punktu widzenia Goebele z Soulution grały na poziomie iście studyjnego hiper-realizmu, dzięki któremu z łatwością można określić nie tylko splot wełny z jakiej uszyto marynarkę drugiego skrzypka, co również markę wody kolońskiej jakiej użył rano przed nagraniem. To wprost wymarzony zestaw recenzencki do obserwacji i definicji sygnatur wszelkich elementów pojawiających się w torze. Z kolei Bouldery pozwalały Divin Noblesse zachowując równie imponujący wachlarz informacji nieco inaczej rozkładać akcenty, przez co oprócz detalu, i to na poziomie atomów i molekuł, równie istotne były całe bryły, czy wręcz pełne aparaty wykonawcze, przez co na prezentację patrzyliśmy właśnie z perspektywy koherentnej, stanowiącej jeden organizm a zarazem będącej niezwykle złożoną i misterną układanką całości. To jednak, jak już zdążyłem nadmienić niuanse, lecz niuanse budujące klimat, ów obraz całości. Powrót do „Crosseyed Heart” pokazał legendarnego Stonesa w nieco bardziej lirycznej odsłonie. „Robbed Blind” i „Suspicious” zabrzmiały „głębiej” / „gęściej”, z mocniejszym ładunkiem emocjonalnym na średnicy i osadzeniem w niższych częstotliwościach. Mniej prawdziwie? Niekoniecznie, po prostu bardziej … po ludzku. Bo właśnie amerykański duet potrafił z niemieckich kolumn wycisnąć więcej aspektów tzw. komunikacji pozawerbalnej, gdzie porozumienie pojawia się po przysłowiowej pierwszej nutce, pierwszym dźwięku, kiedy po prostu wiemy, że to jest to i nic więcej do szczęścia nie jest nam już potrzebne. No dobrze, nieco się zagalopowałem, bo kiedy z głośników popłynął album „Wallflower” Diany Krall jasnym się dla mnie stało, że aktualna kumulacja w popularnej grze losowej może okazać się niewystarczająca do zatrzymania owej pełni szczęścia dłużej aniżeli li tylko na czas salonowego odsłuchu.
Reasumując, nie pozostaje mi nic innego jak tylko z głębokim żalem oznajmić, iż Goebel Divin Noblesse to jedne z najlepszych i zarazem najbardziej uniwersalnych kolumn, jakich dane mi było słuchać. Czy można lepiej? Bez cienia wątpliwości stwierdzę, że tak, bowiem mając na koncie kontakt z flagowymi Divin Majestic muszę uznać wyższość ww. monstrów. A jeśli zastanawiacie się Państwo skąd bierze się ów głęboki żal, to tylko nieśmiało chciałbym nadmienić, iż zakup tytułowych Divin Noblesse to tak naprawdę nie koniec a początek drogi, gdyż nie licząc odpowiedniego pomieszczenia wypadałoby czymś równie wyrafinowanym co same kolumny je napędzić, zadbać o odpowiednio wysokich lotów źródło a na koniec jeszcze wziąć rok albo i dwa urlopu, żeby w spokoju i bez pośpiechu przesłuchać posiadaną pliko i płytotekę ciesząc się jak dziecko nie tylko z autentycznej referencji wymuskanych i dopieszczonych nagrań, lecz również świetnie oddawanych emocji w niekoniecznie audiofilskich i nieco nadgryzionych zębem czasu realizacji. To jednak, przynajmniej na razie jedynie pobożne życzenia, więc nie ma co rozpaczać a jedynie przyjąć do wiadomości, iż na tle Goebel Divin Noblesse większość dostępnej na rynku konkurencji może wypaść niezbyt przekonująco, nazbyt zachowawczo bądź zamiast możliwie wiernej reprodukcji oferować własną niekoniecznie zgodną z oryginałem interpretację. Więc nawet jeśli nigdy nie dane będzie Wam ich wpisać na listę posiadanych dóbr doczesnych warto posłuchać ich dłuższą chwilę w kontrolowanych warunkach, gdyż mając taki punkt odniesienia zdecydowanie łatwiej będzie dążyć do upragnionego ideału.
I już zupełnie na koniec, jeśli komuś po głowie chodzi pomysł na brzmienie proponowany przez Olivera Göbela i jego ekipę, to sugeruję nie oddalać się zbytnio od radioodbiorników, gdyż jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to jest szansa na dalszą eksplorację portfolio tytułowej manufaktury z Landshut i to z nieco mniej ekstremalnego pułapu cenowego.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
Źródło: Wadax Reference Server /Reference PSU
Przetwornik cyfrowo/analogowy: Wadax Reference DAC
Przedwzmacniacz: Soulution 727, Boulder 2110
Wzmacniacz mocy: Soulution 717, Boulder 2160
Okablowanie: Goebel Lacorde Statement – głośnikowe, interkonekty, zasilające + zasilające Jorma Paragon & Jorma Statement głośnikowe (bi-wiring przy Boulderze)
Stolik / platformy antywibracyjne: Franc Audio Accessories
Dystrybucja: SoundClub
Producent: Göbel High End
Cena: 1 100 000 PLN (para)
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana, podłogowa
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy: 1 x 5,6” AMT
– średniotonowy: 2 × 8″
– niskotonowy: 2 x 12″
Skuteczność: 95 dB / 1 W / 1 m
Pasmo przenoszenia: 21 Hz – 24 000 Hz (–3 dB)
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 140 Hz / 1600 Hz
Impedancja: 4 Ω (nominalna); 3,8 Ω przy 100 Hz (minimalna)
Wymiary (W × S × G): 168 × 56 × 82 cm
Waga: 260 kg / szt.