1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. DearWolf Longhorn

DearWolf Longhorn

Link do zapowiedzi: DearWolf Longhorn

Opinia 1

Wierzcie lub nie, lecz od pierwszego naszego spotkania z konstrukcją Roe Dear spod znaku rodzimej marki DearWolf zdążyło minąć już prawie 7 lat. Tak tak, chcemy, czy nie, cholerny czas nieubłaganie mija. Jednak nie mając na to żadnego wpływu ważne jest, że aby utrzymać się na trudnym rynku audio, bez oglądania się za siebie trzeba konsekwentnie działać. Naturalnie dobrze jest, gdy każdy kolejny projekt jest lepszy i bardziej zaawansowany techniczne, gdyż pokazuje to umiejętność wdrażania w życie zdobytych przez lata doświadczeń. Na szczęście tytułowy rodzimy podmiot dobrze znając maksymę – „kto stoi w miejscu, ten się cofa” – poszedł swoją drogą rozwoju i mimo, że po sporej przerwie w rozbudowywaniu oferty, ale ważne, że z sukcesem kilka lat temu powołał do życia na chwilę obecną flagową konstrukcję w swojej ofercie. Chodzi oczywiście o dostarczone do nas własnym sumptem przez konstruktorów zespoły głośnikowe DearWolf Longhorn. Co prawda zespoły mające już swoje głośne pięć minut na kilku wystawach tak jesienią w Polsce, jak i wiosną w Monachium, ale bez względu na tamte wydarzenia cieszymy się, że mocodawcy marki postanowili zaprezentować nam swoje dziecko w znanym od podszewki systemie. Co wydarzyło się po aplikacji w mój tor audio, wykorzystujących pakiet najbardziej zaawansowanych technicznie przetworników Accutona kolumn? Naturalnie wnioski postaram się przekazać w poniższych akapitach.

Patrząc na tytułowe panny o ich konstruktorach jedno spokojnie można stwierdzić na pewno – są do bólu wierni niemieckiej marce Accuton. Oczywiście unaocznia to konfrontacja pierwszego testowanego przez nas modelu Roe Dear wykorzystującego komplet ceramików z membranami biernymi włącznie z także czerpiącymi pełnymi garściami z obecnego katalogu niemieckiego brandu głośnikowego dzisiaj opisywanego modelu Longhorn. Jeśli chodzi o garść informacji na temat tych ostatnich, być może dla wielu będzie to zaskoczeniem, ale to jedyny w Polsce i naprawdę jeden z niewielu na świecie projekt korzystający z tak wyrafinowanych przetworników, w skład których wchodzi 25 mm diamentowy wysokotonowy, 90 mm diamentowy średniotonowy i pracujące w obudowie zamkniętej 3 szt. 8” niskotonowce z aluminiowymi membranami typu sandwich. To dla znakomitej większości mainstreamowych konstruktorów jest top topów z czym Polacy z podniesioną głową postanowili się zmierzyć. Jak im to wyszło od strony wizualnej i technicznej? Przybliżając nieco wygląd brył mamy do czynienia z bardzo ciekawą wizualnie formą w postaci wariacji rozciągniętej w pionie kropli wody posadowionej na łukowatych sankach. Oczywiście ów projekt nie jest żadnym przypadkiem, tylko pewnego rodzaju wizją znajomego specjalisty od designu. Może się podobać lub nie, bo wielu z nas lubi klasykę gatunku w postaci przysłowiowych prostopadłościennych pudełek na buty, jednak zapewniam, w bezpośrednim kontakcie pomysł na bryłę Longhorn-ów wiele zyskuje. Jednak myli się ten, kto sądzi, że to jedyny atut tego produktu. Otóż to nie jest li tylko ładnie prezentująca się owalna skrzynka, tylko skomplikowany technicznie wielowarstwowy konglomerat, co w tym przypadku oznacza kompozyt powstały z połączenia 12 mm warstwy sklejki, 5 mm aluminium i 10 mm MDF. Co więcej, walka tej bryły o jak największą sztywność na tym się nie kończy, bowiem tak front, jak i tylny panel zostały wykonane grubych i przez to bardzo ciężkich i dzięki temu poprawiających odporność kolumn na wibracje odlewów z aluminium. Tak wizualnie i technologicznie przygotowane do pracy zespoły głośnikowe w swoich trzewiach skrywają autorskie, trójdrożne, składające się z ponad 200 elementów zwrotnice pierwszego rzędu. Kolumny oferują skuteczność 89 dB przy impedancji na poziomie 3 Ohm oraz pokrycie pasma w zakresie 30 Hz do 50 kHz. A żeby podczas logistyki nie było łatwo, jedna każda sztuka może pochwalić się wagą około 140 kg. Jak widać, w każdym temacie naszych bohaterek jest na bogato.

Gdy dotarliśmy do części opisowej procesu testowego, najważniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie, jak z aplikacją tak wymagających przetworników poradzili sobie panowie z DearWolfa? Otóż czytając otrzymaną od nich krótką informację istotnymi faktami w mojej ocenie była obietnica powołania do życia kolumn o maksymalnej zgodności fazowej i liniowości pracy, co miało gwarantować jak największą wierność odtwarzania materiału muzycznego. Naturalnie takie założenia towarzyszą każdemu producentowi, jednak jak wiadomo, nawet jeśli się to uda, w rozumieniu estetyki grania często są mamy do czynienia z różnymi jej obliczami. Co zatem zaproponowały „Wilki”? Nie powiem, muzyka brzmiała bardzo spójnie. Żadnych wyskoków jakiegokolwiek podzakresu, tylko praca każdego pasma w pełnej spójności z sąsiednim. To było na tyle znamienne w odbiorze, że od mocnego w pakiet energii basu, przez esencjonalny i pełen informacji środek, po aksamitną górę przekaz był mocno sfokusowany na podaniu muzyki w niezwykle przyjemny dla ucha sposób. Ów sposób na muzykę był naprawdę spektakularny, gdyż jeśli nic kolokwialnie mówiąc nie „odstawało”, zapewniało tym sposobem płynność i zjawiskową koherentność przekazu, co z automatu skłaniało, aby do granic utraty kontaktu z rzeczywistością rozmarzyć w muzyce. Czy zatem zderzyłem się z ideałem?
Jak wspominałem, każda wizja konstruktora w wartościach bezwzględnych zawsze jest „jakaś”. Ta była ciekawa, jednakże po dogłębnym zapoznaniu się z zastaną sytuacją soniczną okazała się być obarczoną własnym sznytem. Mianowicie mam na myśli przez cały czas wspominaną bezgraniczną dbałość o wyczynowe nasycenie i płynność brzmienia kolumn, co finalnie w zależności od obcowania z różnego rodzaju twórczością miało różne, czasem nie do końca idealnie korelujące ze słuchaną muzyką konsekwencje. Nie twierdzę, że wymuskana muzykalność to zło, jednak w tym przypadku moim zdaniem przekazowi brakowało odrobiny pazura. Najzwyczajniej w świecie było zbyt krągło i milusio. I co najciekawsze w każdym podzakresie od basu, przez środek, po wysokie tony, czego niestety skutkiem cały czas było uczucie lekkiego uśredniania przekazu. A przecież mamy do czynienia z uważanymi za w dobrym znaczeniu słowa bardzo „wyrazistymi” przetwornikami Accutona – no może poza basowymi z uwagi na ich kanapkową konstrukcję membrany, co na tle pierwszej z brzegu konkurencji sprawia, że dolne pasmo ma mniej wyostrzone krawędzie, zwartość i twardość uderzenia – co dla wielu konstruktorów jest ważnym walorem, który należy umiejętnie wykorzystać. Tutaj panowie zrobili z nich swoiste aniołki. Na tyle skutecznie, że wszystko brzmiało „ładnie”. Niestety dla mnie odrobinę zbyt ładnie, co idealnie pokazało mi porównanie dwóch jakże diametralnie różnie zrealizowanych krążków. Każdy z nich pokazywał cechy wysokiej próby, jednak obarczone tym samym sznytem brzmieniowym.
Jednym z nich była produkcja Garry’ego Burtona „The New Quartet”. Pierwszy kontakt z muzyką był bajkowy. Soczyste, a przez to pokazujące wibrafon z krągłej, bardzo kolorowej strony brzmienie dosłownie powodowało ciary na plecach. Jak napisałem bajka. Jednak ku lekkiemu zaskoczeniu, gdy do głosu dochodziła reszta składu, wszyscy brzmieli w ten sam „podkręcony” od strony krągłości brzmienia i słodkości sposób. Owszem, tak odtworzona płyta bez problemu spowodowała moje rozpłynięcie się w zawartych w niej emocjach, ale pod skórą czułem, że coś mi nie do końca się zgadza.
Wyjaśnienie tej niepewności przyszło dość szybko, bowiem zaraz po Burtonie postanowiłem puścić sobie płytę Anny Marii Jopek „Minione”. Pani Ania to rasowa audiofilka – przyznała się do tego podczas promocji właśnie tej płyty, dlatego jak każda w jej dorobku, tak jak ta jest majstersztykiem realizacyjnym. Wiem, dla wielu lekko przesadzonym, bo mocno podkręconym, ale nikt nie przeczy, że piosenkarka do jakości brzmienia swoich produkcji się przykłada. I chyba nikt nie będzie zdziwiony, gdy stwierdzę, że na swój sposób tak jak wibrafon Gary’ego Bartona zabrzmiała spektakularnie, czyli soczyście, z wybrzmieniami i energią, czyli typowo dla pani Ani. Co dał mi ten sparing odległych od siebie materiałów muzycznych?
Otóż ugruntował teorię, że panowie z DearWolfa postawili na nader mocne przywiązanie do zrównoważenia przekazu w estetyce piękna. W czym zatem problem? Chodzi o to, że przez to dwie odległe czasowo produkcje zabrzmiały z bardzo zbliżonym poziomem nasycenia, lotności i barwy. A gdyby podejść do tego od strony bezwzględnej analizy, nie ma się co oszukiwać, mamy ewidentny przykład przywoływanego przeze mnie nieco wcześniej lekkiego uśredniania przekazu przez Longhorny. Gary Burton w starciu z Anną Marią Jopek dotychczas zawsze zdradzał problemy w uzyskaniem aż tak spektakularnych pokładów soczystości i płynności, a tutaj jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dał popis wdrażania w życie tych parametrów. W teorii do słuchania wszystko wypadało świetnie, niestety to lekkie odstępstwo od prawdy. I żeby nie było, uzyskany efekt był fajny i zapewne do skorygowania stosownymi zabiegami konfiguracyjnymi, jednak próbując realnie przybliżyć Wam brzmienie kolumn, nie mogłem nie wspomnieć o tej tendencji. Tendencji, która oczywiście w podobny sposób traktowała także mocne brzmienia spod znaku rocka i elektroniki. Ten pierwszy z naturalnych względów się bronił, bo to zazwyczaj jest masteringowa masakra i każe działanie na polu umilania odbioru jest chętnie widziane, jednak już z elektroniką, a w szczególności tą z mocnymi modulowaniami dolnego zakresu na poziomie arytmii serca momentami bywało różnie. Co prawda to elektronika, zatem nie wiemy do końca, jak ma zabrzmieć, jednak na tle wieloletniej zabawy w pisanie bajek o sprzęcie w tym przypadku brzmiała nieco monotonnie. Na szczęście na potrzeby pokazania ważnych aspektów mówimy o pewnego rodzaju nieco wyolbrzymionych niuansach, dlatego reasumując powyższy słowotok może nie położę ręki na pieniek w obronie tytułowych kolumn w każdym materiale muzycznym, ale już w repertuarze unikającym wyczynowości skrzynkę gruszek przeciwko skrzynce jabłek jak najbardziej postawię. Owszem, idąc o zakład wiem, że to raczej bardziej płynne, aniżeli neutralne granie i dlatego nie do końca w moim guście, ale dzięki zastosowanym przetwornikom bardzo wysokiej próby. Na tyle zjawiskowe w centrum pasma, że z chęcią sekcję środka i góry z Longhornów zastosowałabym w swoich kolumnach – mam znacznie mniej wyrafinowane od strony osiągów technicznych i rozmiarów wersje tych przetworników. Niestety jest drobny haczyk, czyli pozbawiająca złudzeń cena podzespołów tej konfiguracji, dlatego chciał nie chciał, z wielkim bólem na razie zostaję z tym co mam.

Czy będące gwiazdami tego spotkania kolumny są w stanie zadowolić pełne spektrum melomanów? Takich konstrukcji oczywiście nie ma, ale myślę, że tak jak stoją, sporą grupę dysponujących odpowiednimi środkami finansowymi audiofreaków bez problemu od strzału wręcz zaczarują. Oczywiście w tym przypadku mówię o estetyce osiągniętej podczas tego testu w znanym mi dogłębnie środowisku sprzętowym, gdyż jestem dziwnie spokojny, że w momencie – stosowną konfiguracją – wyciśnięcia z nich większej drapieżności w kreowaniu krawędzi impulsu basu i ogólnego blasku górnego zakresu ów zbiór ukontentowanych osobników parających się naszym hobby będzie w stanie osiągnąć miażdżącą większość populacji. Dlaczego nie 100%? Niestety jak mawiał klasyk „Kady ma swoje Westerplatte” i zawsze gdzieś coś nie pyknie. Na szczęście w kontekście nieuchronnie zbliżającego się końca świata to bez znaczenia. Za to moim zdaniem wielkie znaczenie dla nas Polaków ma fakt udanego przeskoczenia Longhornami przez konstruktorów do światowej ligi producentów kolumn segmentu High End. Panowie trzymam kciuki za powodzenie w drodze do dźwiękowego absolutu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Nie chcę wyjść na złośliwca i wiecznego malkontenta wzorem dowolnej połówki obsady (Statler i Waldorf) wiadomej loży w Muppetach, ale wygląda na to, że co jak co, ale najdłużej u nas, w naszej szerokości geograficznej, egzystuje prowizorka, tzw. rozwiązania przejściowe i projekty „w stadium wiecznego kończenia”. Wystarczy tylko wspomnieć saperski Most Syreny, który miał być na 2-3 lata a stał … 15 , dekadę KDT-ów pod PKiN-em, czy też mającą spore szanse dobić do 15-ki modernizację Sali Kongresowej. I pół żartem, pół serio można byłoby stwierdzić, iż wszystko wskazuje na to że z powyższych wzorców pełnymi garściami czerpie tytułowy, rodzimy producent, bowiem od przynajmniej High Endu 2024 jego strona www jest w trakcie budowy a jedynym kanałem komunikacji jest Facebook, co biorąc pod uwagę, iż nie jest to bynajmniej jednostkowy wyskok z obszaru DIY, bądź byt we wczesnym stadium niemowlęctwa, gdyż z ww. marką (utworzone 6 czerwca 2019 P&D Acoustic, którego rebranding na DearWolf Audio nastąpił 11 października 2021) mamy do czynienia od 2019r., kiedy to testowaliśmy śnieżnobiałe podłogówki Roe Deer, to trudno nie zauważyć pewnych analogii do ww. budowlanych przykładów. Niemniej jednak, skoro pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz a zarówno sam wytwórca – DearWolf, jak i będące sprawcą całego zamieszania jego opus magnum, czyli flagowe Longhorny swoje „wejście smoka” mają już, przynajmniej w naszym przypadku, dawno za sobą, to odkładając na bok tak zbędne emocje, jak i nabyte w przeciągu ostatniego półwiecza czysto konsumencie przyzwyczajenia nie pozostaje mi nic innego, jak tylko skupić się na samych kolumnach, na których test serdecznie zapraszam.

Jak można wygrzebać w odmętach Internetu za projektem plastycznym, bądź jak kto woli „wizualnym designem” Longhornów stoi nie kto inny, jak odpowiedzialny za kolejny „głośny” polski projekt – Lirogon Origin wykładowca stołecznej ASP Jacek Gburczyk. Same, wielce intrygujące i dalekie od sztampowej prostopadłości pokryte łapiącym za oko fornirem z białego hebanu (Diospyros embryopteris) obudowy wykonano w formie autorskich sandwichy składających się z 12mm sklejki, 5mm płata aluminium i 10mm płyty MDF połączonych specjalną żywica epoksydową. Z kolei równie futurystyczne fronty to nic innego jak wycięte na 5-osiowych obrabiarkach CNC 50mm bloki aluminium uzupełnione topem z monolitycznego bloku aluminium o grubości 100 mm stanowiącego jednocześnie komorę dla diamentowej wysokotonówki. Z racji wypukłej podstawy korpusy umieszczono w specjalnych aluminiowych „łożach” w które wkręca się masywne kolce (vide unboxing).
Nie mniej wyszukany od samego designu kolumn jest zastosowany w nich zestaw przetworników Accutona obejmujący w dostarczonej na testy topowej specyfikacji Reference diamentowy duet 25mm kopułki wysokotonowej (modyfikowana najnowsza generacja BD25 o m.in. przebudowanej komorze) i 90mm średniotonowca (modyfikowany BD90-6-727 – z seryjnym napędem, lecz o około 20% lżejszą membraną) uzupełniony tercetem 20 cm (8”) kanapkowych ceramiczno-aluminiowych wooferów o charakterystycznych wypukłych membranach o strukturze plastra miodu z serii CELL pracujących w obudowie zamkniętej. Dla nieco mniej szalonych nabywców przygotowano wersje Diamond Ceramic (z diamentem na górze i ceramikiem na średnicy), oraz „budżetową” Ceramic ze średnicą i górą obsługiwaną przez, jak sama nazwa wskazuje ceramiczne przetworniki.
Nad wyraz rozbudowana, składająca się z ponad 200 komponentów, obejmujących zarówno elementy filtrujące, jak i układy linearyzujące impedancję, zwrotnica pierwszego rzędu ukryta jest za solidnym aluminiowym panelem przykręconym do ściany tylnej, który przynajmniej w goszczącej u nas parze oferował dwa sety terminali WBT, z których do faktycznego użytku przewidziane były … jedynie dolne (górne wymagały przekonfigurowania zwrotnicy pod wymagania przyszłego nabywcy).

Szukając nieco bardziej znanych, mniej niszowych punktów odniesienia śmiem twierdzić iż Longhorny są poniekąd propozycją przeciwstawną do brzmienia oferowanego przez oparte na podobnym zestawie drajwerów (jedynie na średnicy zamiast diamentu pracuje w nich 5” ceramiczny Accuton) Albedo Acclara Diamond SGS za ok.70 k€, bądź dysponujących nieco mniejszym – 19mm diamentowym tweeterem, 5” ceramicznym średniotonowcem oraz trzema 7″ wooferami Martenów Mingus Quintet 2 za 315 kPLN (wesja SE grała na ostatnim Monachijskim High Endzie 2025.) a z operujących w podobnych co Longhorny cenach TIDAL Akira (234-240 k€), które co prawda mogą pochwalić się 30mm diamentowym wysokotonowcem, 5′, również diamentowym średniotonowcem i trzema 190mm wooferami na froncie wspomaganymi przez pięć 190mm membran biernych o na plecach. O ile bowiem konkurencja stawia na ponadprzeciętną rozdzielczość i wielce spektakularną dynamikę, to rodzime, poznańskie konstrukcje idą niejako własną, jasno zdefiniowaną ścieżką emocjonalnego wyważenia, kremowych barw i nadrzędnej liniowości, co dla poszukiwaczy ekstremalnych doznań i zapierających dech w piersiach emocji i przysłowiowej jazdy bez trzymanki może być, przynajmniej początkowo, sporym szokiem i dysonansem poznawczym w porównaniu do wcześniejszych kontaktów z tego typu konstrukcjami. Tutaj nic od pierwszych taktów nas nie porazi, nie spowoduje spodziewanego przez postronnych obserwatorów na tym pułapie cenowym opadu szczęki i nie wyrwie z butów. Longhorny wszystko robią, a więc grają, bo do tego zostały stworzone, po swojemu – niespiesznie, bez nerwów, fajerwerków i z trudną do zignorowania elegancją. I poniekąd takiż repertuar preferują. Przykładowo audiofilskie wydanie „Live in Hamburg 1981” Benny’ego Goodmana zabrzmiało wprost wybornie, na wskroś … analogowo, gęsto i przyjemnie dopalonymi, acz nieprzesadzonymi barwami. Narracja prowadzona jest w swej szerokokątnej postaci, gdzie priorytetem jest prezentacja spektaklu muzycznego jako koherentnej całości a nie mniej, bądź lepiej zsynchronizowanego zbioru indywidualnych bytów z różnym skutkiem nakłanianych do wzajemnych interakcji. Chcąc zatem zagłębić, wgryźć się w tkankę musimy zatem we własnym zakresie, niejako manualnie zmienić ogniskowanie i skupić się na konkretnej partii, składowej, bo kolumny same z siebie niczego nam na srebrnej tacy nie podadzą. Nie oznacza to bynajmniej zbytniej gęstości, czy też braku przejrzystości, lecz jedynie wspomnianą tendencję do operowania „globalnym” a nie „analitycznym” spojrzeniem na reprodukowane treści. Oczywistą beneficjentką takiej sygnatury była również Cæcilie Norby, która na swym albumie „My Corner Of The Sky” i tak sama z siebie definiuje niejako wzór muzycznej kultury i elegancji, lecz z Longhornami w torze owe cechy jeszcze intensywniej zostały zaakcentowane, więc z głośników płynęła sama słodycz jedynie delikatnie balansowana nader dyskretną ekspresją. Wokal artystki był wyraźnie wyodrębniony z tła, jednak cały czas trzymał się linii kolumn nie wykazując tendencji do przybliżania. Mieliśmy zatem do czynienia z wysoce realistyczną komunikatywnością, lecz bez siłowego przybliżania sceny, bądź wręcz usadzania artystki na naszych kolanach, co czasem zbyt dosłownie brane bywa za myloną z obłapianiem  „namacalność”.
Zmiana repertuaru na nieco cięższy a zarazem „żywszy”, choć akurat w przypadku death-metalu brzmi to jak klasyczny oksymoron jasno pokazała, że o ile klasyczna „13”-ka Black Sabbath, czy nawet epickie „Psychotic Symphony” Sons of Apollo cechuje właściwa im siła wyrazu i energetyczność prezentacji, to już właśnie death-metalowy, choć podstępnie zupełnie niewinnie się rozpoczynający „Where Owls Know My Name” Rivers Of Nihil wydaje się dalece wykraczać poza strefę komfortu poznańskich flagowców. Być może nieprzywykłe do takich katuszy Longhorny usilnie starały się sprowadzić rozwrzeszczaną gromadkę na bardziej cywilizowane tory muzycznych poczynań wyraźnie tonizując i przykręcając ekspresję stosowanych przez ekipę z Reading w Pensylwanii dość bezpardonowych środków artystycznego wyrazu, co ani ww. albumowi, ani niejako obrywającym rykoszetem kolumnom nie wyszło na dobrze. Nie da się bowiem nie zauważyć, że redukcja dynamiki i swobody prezentacji tego typu ekstremów kończy się ewidentną bułą i utratą czytelności, co finalnie prowadzi do typowej ściany dźwięków opartej na monotonnym łomocie. A proszę mi wierzyć, że udzielający się wtenczas na wokalu Jake Dieffenbach (obecnie jego miejsce zajął szarpiący bas Adam Biggs) wraz z ferajną potrafią znacznie więcej aniżeli li tylko hałasować. Swoją drogą próbowałem szczęścia z najnowszym krążkiem ww. kapeli, czyli „Rivers Of Nihil” i mówiąc zupełnie szczerze też „nie pykło”. A skoro nie są to najogólniej rzecz ujmując złe, ułomne pod względem realizacyjnym pozycje, to po prostu wypada uznać, że jedynie nie wpisują się w profil estetyczny DearWolfów będąc jednocześnie dowodem pozwalającym na stwierdzenie, że nie są to konstrukcje zdolne zagrać „wszystko”. I nie jest to z mojej strony złośliwość a jedynie neutralne stwierdzenie faktu, gdyż przykładowo na zeszłorocznym High Endzie ekipa Martena odważnie (później uznali, że nieopatrznie) zadeklarowała, iż ich oliwkowo-zielone Coltrane’y Quintet Extreme są w stanie owej sztuki – zagrania wszystkiego, dokonać i rzeczywiście, nawet „Hymns in Dissonance” Whitechapel zabrzmiało na nich porażająco imponująco a otwierający ów album „Prisoner 666” został na stałe dodany do wystawowej playlisty Szwedów jako nad wyraz skutecznie „wietrzący” nazbyt zatłoczone pomieszczenia.

Generalnie wypada w ramach podsumowania stwierdzić, iż konstruktorom i stroicielom tytułowych DearWolf Longhorn udało się na tyle zlinearyzować i „ucywilizować” topowe drajwery Accutona, że tak na dobrą sprawę finalnie zgrały zupełnie niepodobnie do jakichkolwiek znanych mi konstrukcji na nich, bądź im podobnych jednostkach bazujących. Czy to źle? Absolutnie nie. Jest to jedynie fakt dowodzący niezbicie, iż mówiąc możliwie lapidarnie, nie gra sam przetwornik a jego konkretna aplikacja, więc jeśli tylko wiemy jak to zrobić i jaki efekt chcemy uzyskać, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nawet z diamentów uzyskać kojący spokój i miłą podniebieniu słodycz. A właśnie tak grają Longhorny – ładnie i miło, niczym w serii reklam pewnego szkockiego destylatu, w której wziął udział niejaki Harrison Ford twierdzący, iż to, co wprowadza do organizmu jest „nice”… .

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Producent: DearWolf
Cena: 999 999 PLN (Reference); 499 999 PLN (Diamond Ceramic); 399 999 PLN (Ceramic)

Dane techniczne
– Skuteczność: 89 dB (2,83 V / 1 m)
– Impedancja (±0,3 Ω) : 3 Ω (nominalna); 2,76 Ω (min. przy 130 Hz)
– Pasmo przenoszenia: 30 Hz (-6 dB) – 50 kHz
– Charakterystyka częstotliwościowa: 60 Hz – 40 kHz ±0,3 dB
– Wymiary (W x S x G): 1100 x 360 (440 mm z cokołem) x 590 mm
– Waga: 140 kg / szt.
Wyposażenie
– Wewnętrzne okablowanie Neotech Silver
– Srebrne terminale głośnikowe WBT

Pobierz jako PDF