1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Wzmacniacze
  8. >
  9. Electrocompaniet ECI 6 DX MKII

Electrocompaniet ECI 6 DX MKII

Link do zapowiedzi: Electrocompaniet ECI 6 DX MKII

Opinia 1

Jak z pewnością większość trzymających rękę na pulsie światowego audio pasjonatów i zarazem naszych stałych czytelników zdaje sobie sprawę, dzisiejszy gość nie jest ani debiutantem tytułowej marki na łamach SoundRebels, ani tym bardziej gorącą „świeżynką” o której test bezpardonowo walczą poszczególne redakcje. Pojawił się bowiem na rynku na jesieni 2020 r, więc trudno uznać, iż nosi jakiekolwiek znamiona nowości. Skoro jednak nadal pozostaje w norweskim katalogu, to zasadnym wydało nam się własnouszne zweryfikowanie jego możliwości funkcjonalno-brzmieniowych, bowiem zgodnie z tym, co podpowiada nasza wyszukiwarka jeszcze nie mieliśmy do czynienia z żadnym wzmacniaczem zintegrowanym … Electrocompanieta, więc czym prędzej postanowiliśmy owe zaległości nadrobić. Tzn., żeby była pełna jasność sytuacji – to, że recenzja żadnej z odsłon charakterystycznych integr nie pojawiła się na naszych łamach bynajmniej nie oznacza nieznajomości tematu, bowiem sięgając do archiwaliów nie będę ukrywał, że niejaki ECI 5 trafił do mnie w styczniu 2012 r a na przełomie marca i kwietnia 2018 opuścił mój skromy system, czyli jak łatwo można policzyć przez ponad sześć lat cieszył tak oczy, jak i przede wszystkim uszy. W tzw. międzyczasie przez nasze redakcyjne podwoje przewinęły się reprezentujące norweskie portfolio zarówno analogowe źródła, kompletne systemy, jak i same sekcje wzmacniające począwszy od kompaktowych AW180, na topowych AW 800M kończąc. Krótko mówiąc stosowny „podkład” mamy a tym samym bez zbędnej zwłoki możemy przejść do meritum, czyli de facto obecnie topowej i zarazem najlepiej wyposażonej wersji (dostępna jest również w pełni analogowa – pozbawiona sekcji DAC-a i streamera ECI 6 MKII) integry Electrocompaniet ECI 6 DX MKII.

Jak doskonale na powyższych zdjęciach widać ECI 6 DX MKII jest rasowym przedstawicielem norweskiego mainstreamu, czyli serii Classic Electrocompanieta. Mamy zatem wszechobecną, dystyngowaną czerń, z którą wybornie koresponduje zarówno akrylowa tafla frontu, jak i złota ornamentyka. Szkoda jedynie minionych (znanych z „pierwszej” 5-ki) piktogramów źródeł, które zastąpił co prawda bez porównania bardziej czytelny, lecz zarazem, przynajmniej z mojego punktu widzenia, bez porównania mniej elegancki, okupujący lewą flankę błękitny wyświetlacz. Całe szczęście zarówno centralnie umieszczony logotyp z charakterystyczną niebieską aureolką informującą o wybranym poziomie głośności, jak i włącznik główny oraz typowy dla Skandynawów zlokalizowany po prawej stronie czteroprzyciskowy krzyżak wyboru źródła i siły głosu są od lat takie same i mają postać solidnych złotych przycisków. Zarówno boki korpusu, jak i płyta górna w swych tylnych połaciach są gęsto perforowane i z racji, iż urządzenie dość zauważalnie się nagrzewa lepiej zapewnić mu tak po bokach, jak i od góry nieco miejsca.
Widok ściany tylnej w pełni odzwierciedla wspominaną we wstępie deklarację niemalże pełnej samowystarczalności dzisiejszego gościa, bowiem jeśli do pełni szczęścia wystarczą nam zaimplementowane w jego trzewiach sekcje streamera, DAC-a i platforma bazowa w postaci rasowej, legendarnej w pewnych kręgach norweskiej integry, to praktycznie wypada tylko zadbać o jakieś kolumny, ewentualnie podpiąć jeszcze smart TV i temat mamy zamknięty. Dlatego też lewą połowę zgodnie ze sobą dzielą tak cyfrowe, jak i analogowe interfejsy, z których pierwszą grupę reprezentują port Ethernet RJ45, gniazdo USB A do podpięcia zewnętrznych pamięci masowych, antenę Wi-Fi, po parze wejść optycznych i koaksjalnych oraz port USB B. Z kolei sekcja analogowa to para wejść XLR, trzy pary wejść RCA oraz zestaw wyjść – po parze RCA i XLR. W zestawie nie zabrakło przelotki triggera i przeznaczonego do integracji z domową inteligencją terminalu RS232. Terminale głośnikowe są pojedyncze i otulone plastikowymi kołnierzami zabezpieczającymi przed przypadkowym zwarciem a listę zamyka zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. I tu pozwolę sobie na małą dygresję, bądź jak kto woli osobistą wycieczkę, ale odkąd Norwegowie w inkarnacji Mk2 popularnej integry ECI5 zastąpili solidne WBT-y podobnymi do widniejących powyżej zamiennikami i kultywują owe praktyki najdelikatniej rzecz ujmując ręce opadły mi z szelestem a w głowie zaczęły rodzić się pytania odnośnie powodów przeprowadzenia takowego auto-sabotażu. No bo jak, chociażby z logicznego i ergonomicznego punktu widzenia, wytłumaczyć taką orientację gniazd, że jeśli tylko uda się w nich umieścić (co jak pokazuje praktyka wcale nie jest takie oczywiste) zakonfekcjonowane widłami wtyki, to niejako z automatu blokujemy sobie dostęp do wyjść XLR z sekcji przedwzmacniacza, co teoretycznie da się jakoś przeboleć, oraz … gniazda zasilającego, co jak łatwo się domyślić może nastręczać pewne problemy. Krótko mówiąc chciał, nie chciał zamiast kopać się z przysłowiowym koniem lepiej zacisnąć zęby i jeśli tylko, nie uprzedzając faktów, ECI 6 DX MKII przypadnie nam brzmieniowo do gustu, zaopatrzyć się w okablowanie, przynajmniej od strony wzmacniacza zakończone bananami/BFA.
Wraz z wzmacniaczem otrzymujemy systemowy pilot zdalnego sterowania, który swoją plastikowością niestety niezbyt koresponduje z elegancją jednostki głównej. Całe szczęście wybawieniem jest firmowa, dostępna zarówno na Androida, jak i iOSa apka EC Play, którą z powodzeniem daje się zawiadywać 6-ką. W dodatku 6-ka „dogaduje się” z popularnymi serwisami streamingowymi w ich odmianach „connect”, więc nawet bez ww. apki możemy cieszyć się ich nieprzebranymi zbiorami bez instalacji dodatkowego oprogramowania.

W sekcji cyfrowej znajdziemy kości Texas Instrument 4392 (konwerter częstotliwości) oraz DAC Cirrus logic 4392, z kolei stopień wyjściowy przedwzmacniacza pracuje w klasie A. W zasilaniu uwagę zwraca klasyczny 650 VA toroidalny transformator współpracujący z baterią kondensatorów o łącznej pojemności 88,000 µF. Deklarowana przez producenta moc to 125W przy 8Ω, 200W przy 4Ω i aż 370W przy 2Ω obciążeniu na kanał. Warto również podkreślić fakt zbalansowaną topologię sekcji wzmocnienia, więc obecność XLR-ów tak na wejściu, jak i wyjściu nie jest dziełem przypadku a rekomendowanym interfejsem komunikacji z urządzeniami peryferyjnymi.

A jak nasz dzisiejszy gość gra? Jeśli powiem, że po swojemu i zarazem jak na Electrocompanieta przystało, to z jednej strony będę miał rację a z drugiej pozostawię na tyle szerokie pole manewru do interpretacji, że niemający jeszcze do czynienia ze skandynawską myślą techniczną melomani i audiofile mogą poczuć się lekko zdezorientowani. W dodatku 6-ce pod względem charakterystyki, przynajmniej w dolnej części skali głośności bliżej do EC 4.8 aniżeli którejkolwiek z ww. końcówek. Chodzi bowiem o to, iż przy cichym odsłuchu równowaga tonalna przesuwa się zauważalnie ku górze, przez co zaczyna dominować wyższa średnica i góra. W dodatku powstałą „lekkość” dźwięku intensyfikuje lekkie wycofanie prezentacji. Jednak wraz ze wzrostem głośności sytuacja ulega wyraźnej normalizacji, by przy standardowych, codziennych dawkach decybeli oferować właściwą marce muzykalność i żywiołowość. Co prawda nawet do 180-ek brakuje nieco ciepła i krągłości, jednak 6-ka rekompensuje to delikatnie podbitym przełomem niższej średnicy i wyższego basu, przez co przekaz charakteryzuje zaraźliwa motoryka. Jak łatwo się domyślić taka sygnatura jest niezwykle korzystna dla wszelkich rockowych i metalowych porykiwań, choć dobierając repertuar warto pamiętać o odważnej górze, która w przypadku nazbyt euforycznie smaganych blach, bądź ognistych riffów potrafi o sobie tu i ówdzie przypomnieć. O dziwo, na bardziej cywilizowanym materiale, jak chociażby „Brotherhood Of Brass” Frank London’s Klezmer Brass Allstars wszechobecne dęciaki zamiast popadać w ofensywną jazgotliwość uległy jedynie uatrakcyjniającemu rozświetleniu i minimalnemu utwardzeniu, przez co nawet nie zbliżając się do granicy komfortu oferowały ponadprzeciętną ekspresję i wzorową rozdzielczość. Równie pozytywne noty zebrały najprzeróżniejsze starocie w stylu radosnego „Rides Again” James Gang, gdzie gitarowych, nieśmiało puszczających oko ku psychodelii riffów Joe Walsha jest sporo, a i Jim Fox swoich garów nie oszczędza a jednak oferowany przez 6-kę sposób prezentacji zamiast pastwić się nad dość archaiczną realizacją podkreśla spontaniczność i melodykę kompozycji.
Zdolność kreowania przestrzeni Electrocompaniet opanował na wielce satysfakcjonującym poziomie, przy czym warto mieć na uwadze, że scena budowana jest zazwyczaj za linią kolumn, więc jeśli ktoś liczy na „lap dance” w wykonaniu J.Lo, to bardzo mi przykro, ale ECI 6 DX MKII to zły adres. Nie ma jednak w tym nic złego, gdyż dzięki temu zyskujemy szersze pole widzenia i tego co dzieje się w dalszych planach nie przesłaniają nam frontmeni.
A na koniec jedna drobna uwaga a nawet dwie natury użytkowej. Otóż pierwsza dotyczy sekcji streamera, która gra nieco ciszej od pozostałych wejść tak cyfrowych, jak i analogowych, a druga dość zgrubnej regulacji głośności dostępnej zarówno z pilota, jak i wybieraka na froncie wzmacniacza, więc warto o tym pamiętać tak podczas zmiany źródła, jak i dopasowania siły wzmocnienia (np. w trakcie seansów filmowych, gdzie dialogi przeplatają się z jakimiś bardziej spektakularnymi efektami specjalnymi) szczególnie gdy przełączamy się późnym wieczorem, gdy reszta domowników już smacznie śpi.

Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika Electrocompaniet ECI 6 DX MKII ma całkiem spore szanse zagościć tam, gdzie przede wszystkim liczy się przyjemność obcowania z ulubioną muzyką i emocje a nie analityczne dzielenie włosa na czworo. Ponadto w swej topowej odsłonie 6-ka jest praktycznie samowystarczalnym centrum multimedialnym, więc praktycznie uwalnia swojego nabywcę od plątaniny kabli i bezliku peryferyjnych przystawek. Co prawda nie może się (jeszcze) pochwalić HDMI Arc, ale i po optyku świetnie dogaduje się ze współczesnymi Smart TV a jeśli chodzi o optymalny dobór kolumn, to z racji opisywanych uwag, co do charakterystyki brzmienia przy niskich poziomach głośności sugerowałbym konstrukcje o niezbyt imponującej skuteczności i mówiąc wprost trudne do napędzenia, żeby przy cywilizowanych dawkach decybeli potencjometr mógł minąć początkowy zakres a tym samym w pełni pokazać drzemiący w ECI potencjał.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Zakładam, że pamiętacie, jak we wstępniaku do testu zestawu źródła i wzmocnienia włoskiego Lector-a nieco deprecjonowałem rozwiązania oferujące wielozadaniowość komponentów audio. Otóż zapewniam, iż tak naprawdę nic do takich pomysłów nie mam, bo to wielu z nas ułatwia życie, a jedynie lekko utyskiwałem z chęci pokazania determinacji Włochów w procesie zaproponowania melomanom czegoś idącego w poprzek ogólnym trendom. Trendom, które prawdopodobnie są nieodwracalne, czego potwierdzeniem jest wielkie zainteresowanie nim mainstreamowych marek, jak choćby będącego dzisiejszym bohaterem norweskiego Electrocompanieta. Co takiego „zmajstrował” i dzięki staraniom warszawskiego Hi-Fi Clubu trafiło w nasze ręce? Oczywiście potwierdzenie tezy o pewnego rodzaju standaryzacji coraz częstszego proponowania klientom multi-funkcyjnego produktu, którym w tym przypadku jest wzmacniacz zintegrowany z opcją wewnętrznego przetwornika D/A oraz streamera Electrocompaniet ECI 6 DX MkII.

Nasz bohater to średniej wielkości integra, aparycji, której, jeśli choć raz miało się kontakt z konstrukcją tej marki, widząc coś spod tego znaku towarowego nawet po latach nie da się nie rozpoznać. Mam na myśli oczywiście typowy pomysł na design norweskich urządzeń, jakim jest zwieńczenie frontu obudowy płatem grubego czernionego akrylu ozdobionego złotymi akcentami. To zaś w tym przypadku oznacza cztery guziki funkcyjne ułożone w postaci krzyża na prawej flance, w centrum frontu w dolnej jego części taki sam jako włącznik uruchamiający wzmacniacz, cztery ozdobne śruby w narożnikach oraz wykonane w złotym kolorze wszelkie opisy z nazwą marki i jej logo na czele. Oczywiście jako uzupełnienie funkcyjności wzmacniacza na przednim panelu znajdziemy jeszcze mieniący się błękitem wyświetlacz i diodę informującą o stanie urządzenia. Jeśli chodzi tylny panel przyłączeniowy, ten realizując założenia multi-funkcyjności oferuje użytkownikowi zestaw wejść liniowych, cyfrowych i zestaw zacisków kolumnowych. Nie zapomniano także o gnieździe zasilania IEC. Tak prezentujący się piecyk według zapewnień konstruktorów oferuje 125 W przy obciążeniu 8 Ohmów i 200 W przy 4 Ohmach. Na koniec dodam, iż w komplecie startowym, aby nie trzeba było wstawać z kanapy w celu nawigacji po menu urządzenia, dostajemy także pilota zdalnego sterowania.

Jaką estetyką brzmieniową zakończyło się maksymalne doposażenie będącego przedstawicielem segmentu ze średniej półki cenowej tytułowego wzmacniacza? Na początku wydawało mi się, że idzie idealnie od dawna wytyczoną przez poprzedników drogą mocnego nasycenia i krągłości dźwięku. Od zarania dziejów jest to sprawdzony sposób marki na rozkochiwanie w sobie melomanów i chyba nikt nie zaprzeczy, że skądinąd bardzo skuteczny. A jeśli tak, to przyznam, iż poczucie powielania firmowego pomysłu miałem jedynie na początku. Otóż chodzi o względem poprzedników co prawda minimalne, ale jednak odejście od nasycenia jako główny punkt kreowania muzyki. Owszem, przekaz nadal obracał się wokół płynności i dobrej wagi, ale ogólnie nosił znamiona większej świeżości jako przeniesienie punktu ciężkości o pół oczka wyżej. Jak odbiorą to potencjalni nabywcy? Powiem szczerze, że zważywszy na naprawdę symboliczne działania na wspomnianym polu nasycenia, wielu może nawet tego nie zauważyć. A gdy nawet coś, to bez problemu będzie w stanie skorygować na swoją modłę stosownym okablowaniem. Jednak bez względu na wspomniane potencjalne ruchy szczęśliwy nabywca zauważy na pewno dużą funkcjonalność konstrukcji – oprócz samego wzmacniania sygnału w roli zwykłej integry dysponuje również sekcją przetwornika i streamera. Jak wypadał na tych trzech polach? Ze zrozumiałych względów podłączenie do ECI 6 DX MkII wysokiej jakości transportu w postaci posiadanego Gryphona Ethos-a muzyka brzmiała najbardziej płynnie, ale przy tym z bogatym pakietem informacji, oddechem i poczuciem swobody. To oczywiście było tylko próba, co tak naprawdę ECI potrafi, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach do urządzenia za ca 30 tys. zł. nie podłączy źródła za sześciokrotność jego ceny, Ale nie oszukujmy się, dało idealne przedpole do oceny, co oferuje w oparciu o swoje wewnętrzne układy. Te zaś tak w przypadku tak samego DAC-a, jak i streamera brzmiały w bardzo zbliżony sposób, dlatego opiszę oba w jednej opinii. A chodzi o pokazania muzyki w fajnym, z płynnym motywem projekcji, jednak z oznakami mniejszego podkręcania jej soczystości. I nie chodzi o to, że brakowało nasycenia, tylko impuls był bardziej zwarty. Zwarty, czyli nie tak tłusty i rozciągnięty, ale przez to jakby szybszy. To o tyle ważne, że gdy soczystość na wysokich pułapach cenowych u tego producenta rekompensuje znakomita rozdzielczość, to na dole oferty mocna jej odmiana może serwować nam pewnego rodzaju uśrednienie przekazu. Tymczasem zebranie się dźwięku w sobie powoduje – ale zaznaczam, iż to tylko drobna korekta, że muzyka unika efektu utraty timingu. Owszem, to wielu z Was może się podobać, jednak w wartościach bezwzględnych jest miłym oszukiwaniem słuchacza. Dlatego mimo faktu lekkiej korekty brzmienia naszego bohatera w odniesieniu do starszych braci sadzę, że to fajny, bo jedynie lekki i jeśli ktoś będzie miał taką ochotę, całkowicie do skorygowania aspekt. I oczywiście przypominam, że tylko w przypadku wykorzystywania zaimplementowanych w tym modelu opcji źródła sygnału. Bez względu jednak na wszystko nawet w opcji streamera muzyka oferowała fajną barwę, ciekawe wypełnienie masą i odpowiedni pakiet luzu w kreowaniu szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny.
Tym sposobem muzyka mająca ukoić romantyczne dusze w rozumieniu barokowych interpretacji twórczości Jordi Savalla „El Cant De La Sibil-La: Mallorca / València, 1400-1560” bez problemu czarowała płynnością i donośnością pełnego ekspresji wokalu tak solistki, jak i wtórującego jej wielogłosowego składu chóralnego. A gdy do tego dodamy dobre oddanie wielkości goszczącej muzyków kubatury kościelnej i bardzo czytelne rozlokowanie poszczególnych źródeł dźwięku w domenie głębokości, miałem pełny wgląd kto, w jakim pomieszczeniu i gdzie w nim stojąc serwował mi tak przyjemne dla ucha pasaże muzyki sakralnej.
Pisząc o rockowych opowieściach, a tak naprawdę buntowniczych manifestach w kontekście wypadkowej wykorzystania wewnętrznych dodatków do „piecyka” najważniejszą jest informacja, że bez problemu dostałem dobrze osadzenie w masie drapieżną wokalizę i energetycznie popisujące się instrumentarium, ale bez zachwiania kwestii szybkości narastania sygnału. Nie powiem, mimo pewnych obaw, że ten ostatni temat może nosić znamiona niedoborów, w sobie tylko znany sposób na miarę sznytu grania i ceny urządzenia wypadł dobrze.

Gdzie sytuowałbym tytułowy wzmacniacz kultowego producenta z Norwegii? Naturalnie bez naciągania faktów w pierwszej kolejności wszędzie tam, gdzie brakuje dźwiękowi fajnej barwy i odpowiedniej wagi. To mimo wspominanej lekkiej korekty nadal rasowy ECI i nadal jest ostoją wypracowanych przez lata aspektów prezentacji. jednak to nie jedyna opcja jego ciekawej aplikacji. Chodzi o to, że powinien także bardzo dobrze poradzić sobie nawet w przypadku poszukiwania w miarę neutralnego dźwięku. A dlatego, że po podłączeniu w tor to co zrobi, zrobi z klasą – oczywiście chodzi o pokolorowanie przekazu – a nie jako siłowe naciąganie faktów na swoją modłę i tylko od konkretnych oczekiwań takich działań przez potencjalnego nabywcę będzie zależeć, czy zostanie na lata. I trzeba pamiętać, że owe ewentualne lata pozwoli wypełnić posiadaczowi muzyką nie tylko na bazie zewnętrznego źródła w postaci odtwarzacza CD lub czystych transportów zero-jedynkowego sygnału, ale także stacjonującego na pokładzie ECI 6 DX MkII, obecnie bardzo ważnego dla większości populacji melomanów streamera.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Electrocompaniet
Cena: 32 800 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 125W (8Ω), 2 x 200W (4Ω), 2 x 370W (2Ω)
Pasmo przenoszenia: 1Hz -150kHz
Separacja kanałów: > 120 dB
Zniekształcenia THD: < 0,004%
Impedancja wejścia liniowego: 47kΩ
Impedancja wyjściowa: < 0,02 Ω
Maksymalny prąd wyjściowy: > 100A
Współczynnik tłumienia: > 350 (przy obciążeniu 8Ω)
Czułość wejściowa: 1,3Vrms (125W na wyjściu)
Czułość dla wejścia HT: x 36 (31 dB)
Rozdzielczość konwertera D/A: 192kHz/24bity
Obsługiwane formaty plików: WAV/WAVE, MP3, AAC+, Vorbis, ALAC, FLAC, APE, WMA
Obsługiwane serwisy streamingowe: Tidal, Qobuz, Spotify
obór mocy: 110W bez sygnału (tryb czuwania 1W)
Wymiary (S x W x G): 470 x 128 x 430 mm
Masa: 20,5 kg

Pobierz jako PDF