1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Audiovector R8 Arettè

Audiovector R8 Arettè

Link do zapowiedzi: Audiovector R 8 Arreté

Opinia 1

Wpisując w wyszukiwarkę na naszej stronie nazwę tytułowej marki – Audiovector – okazuje się, iż na przestrzeni kilku lat z jej ofertą mieliśmy już kilka fajnych epizodów. Co ważne, każdy następny był pewnego rodzaju krokiem nie tylko cenowym, ale również jakościowym ku szczytowi jej osiągnięć. I gdy tak co jakiś czas przyglądaliśmy się kolejnym inkarnacjom będących ich głównym nurtem działalności kolumn, nagle okazało się, że wreszcie przyszedł czas na coś zjawiskowego. Tak, prawie doszliśmy do przysłowiowej mety. Co to oznacza? Ano to, że wszystko najlepsze co na przestrzeni kilku lat w stojących niżej w hierarchii konstrukcjach mieliśmy okazję poznać, teraz powinniśmy otrzymać z nawiązką. Dlaczego z nawiązką? Przecież to elementarz, czyli im wyżej, tym powinno być nie tylko drożej, ale w pierwszej kolejności lepiej. Zatem czy wspomniana analogia potwierdziła się w realnym zderzeniu z naszymi oczekiwaniami? Chwila, chwila. Zanim przejdę do przelewania swoich wrażeń na klawiaturę, dodam, iż w tym odcinku testowym daniem głównym będą kolumny zajmujące drugie miejsce na pudle oferty, czyli model Audiovector R8 Arettè, które ze sporym wysiłkiem logistycznym (obie kolumny pakowane są w jedną wielką skrzynię) dostarczył do redakcji cieszyński Voice.

Jak można się spodziewać, konstrukcje ocierające się o szczyt możliwości danego producenta są tworem, który zazwyczaj wymyka się jakimkolwiek ograniczeniom. W takim przypadku cel jest jeden, dać klientowi maximum jakości dźwięku, nie zapominając przy tym o fantastycznej aparycji. I gdy druga część poprzedniego zdania zależy li tylko od zdolności artystycznych designera, to już jego początek z racji oddania jak największego realizmu generowanego przez kolumny dźwięku, zazwyczaj nadmuchuje skrzynki do problematycznych dla sporej grupy audiofilów rozmiarów. I takim też tropem kroczą opisywane R8-i Arettè. Nie są może jakoś szaleńczo gigantyczne, ale dość duże, a przy tym spełniając wymagania najbardziej wymagających estetów za sprawą fortepianowego połysku wyszukanego forniru fantastycznie wykończone. Ich obudowy są dość wąskie, co przekłada się na przyjemną dla oka smukłość. Mogące pochwalić się egzotycznym słojem boczne ścianki płynnym łukiem schodzą się ku wieńczącej ich plecy, wykonanej w technice szczotkowanego metalu, wentylowanej na kilku wysokościach kształtce. Ale co ciekawe, owe bloki poprzecznych nacięć nie są tylko wymyślnymi maskownicami dla otworów wentylacyjnych poszczególnych sekcji głośników. Jako ciekawostkę zdradzę, że drugi panel od góry skrywa dodatkowy, promieniujący do tyłu przetwornik średniotonowy, co znakomicie wspomaga budowanie wirtualnego świata w domenie głębokości. Przybliżając temat przetworników, te idąc za informacjami producenta są najnowszym, wykorzystującym carbon opracowaniem Audiovectora. Jak myślicie? Ile przetworników użyto do wytworzenia świata muzyki? Pewnie Was zaskoczę, ale licząc tylny, oprócz czterech osadzonych na metalowej nakładce frontu (jeden wysokotonowy i trzy średniaki) w służbie niskich częstotliwości znajdziemy jeszcze dwa woofery pracujące w układzie izobarycznym. Jeden widzimy, gdyż promieniując w podłogę siedzi w dolnej ściance, zaś drugi ukryto wewnątrz skrzynki. Jak zdradzają fotografie, omawiane R8-ki posadowiono na zmyślnie użebrowanych, a przez to umożliwiających bezproblemową pracę basowca cokołach. Ale to nie wszystkie pomysły na dobry dźwięk tego modelu. W wersji testowej (opcja za dopłatą) konstruktorzy zaaplikowali dodatkowo opracowany przez firmę eliminujący mogące się przedostać do generowanego zniekształcenia, system uziemienia znajdującego się wewnątrz kolumny układu elektrycznego. Realizujemy go za pomocą dostarczonego w komplecie kabla. Z jednej strony jest to zwykły wtyk sieciowy (podłączamy go do listwy zasilającej), a z drugiej pojedyncze banany po jednym dla każdej kolumny. Czy to działa, z pewnością wspomnę w stosownym akapicie. Powoli zbliżając się do końca części opisowej dodam, iż zestaw startowy oferuje niezbędne do połączenia podwojonych terminali zwory i stabilizujące całość konstrukcji na podłożu wkręcane kolce.

Moment aplikacji w mój tor rzeczonych zespołów głośnikowych generował sporą dawkę niewiadomych. Duże kolumny, głośnik niskotonowy walczy z podłogą, a do tego gwizdek ze stajni AMT na słusznej wysokości. Czyli reasumując, stawiałem w pokoju zbiór problemów mogących zniweczyć pokładane w kolumnach oczekiwania. Jednak muszę przyznać, iż nie były to typowe, czyli pozbawione jakichkolwiek pozytywnych symptomów apokaliptyczne przemyślenia. Przecież dotychczasowe przygody testowe pokazywały, że Duńczycy wiedzą, co robią, to dlaczego teraz mieliby się potknąć. I wiecie co? Gdy system przeszedł stosowną akomodację, czas pokazał, jak przysłowiowe wielkie oczy miał nurtujący mój ośrodek myślenia strach. Powiem więcej. Wszystkie stawiane w pierwszym zdaniu tego akapitu niuanse spowodowały, że muzyka brzmiała zjawiskowo swobodnie. Do tego bardzo równo. Począwszy od solidnego, ale dobrze kontrolowanego basu, przez przyjemną w odbiorze gęstą średnicę, po o dziwo oferujące bogaty pakiet informacji, ale bez wyskakiwania przed szereg wysokie tony, kolumny bez najmniejszych problemów radziły sobie z najbardziej wysublimowanym materiałem muzycznym. Dlaczego na początek wspominam o wymagającej muzie? To przecież proste. Dla wielkich paczek z baterią głośników buńczuczne nurty typu metal, elektronika, czy free-jazz są naturalnym środowiskiem. Schody zazwyczaj zaczynają się, gdy w napędzie CD wyląduje płyta stawiająca na przekaz duchowy. Zbyt ekspresyjnie zagrany materiał nie przekaże zamierzeń Claudio Monteverdiego, czy jemu podobnych kompozytorów. A chyba nie od dzisiaj wiadomo, iż przynależność do segmentu High End wymaga, aby dany komponent radził sobie w pełnym spektrum muzycznym. I takie standardy radzenia sobie z każdym materiałem były wpisane w portfolio ocenianych Dunek. Chcąc to dogłębnie zweryfikować, miting testowy rozpocząłem od wysokiego „C”, czyli zarejestrowanych w klasztorze w aranżacji Jordi Savalla pieśni do Sybilli „El Cant De La Sibil-La”. To jest majstersztyk realizacyjny, a mimo to Audiovectory nie miały z nim żadnych problemów. Dosłownie hektary głębi z fenomenalnie wizualizowanymi na posadzce kościoła artystami. Do tego idealne oddanie współpracy generowanego wydarzeniami sonicznymi, fantastycznie niesionego przez ściany i sufit echa. Nic, tylko usiąść wygodnie w fotelu i zatopić się w kontemplacji nad zrealizowaną w przewidzianym do takiego materiału muzycznego uduchowioną muzyką, czemu przyznając się bez bicia z niekłamaną przyjemnością się oddałem. Kolejne starcie podobnie do muzyki dawnej, miało na celu sprawdzenie, jak nasze bohaterki poradzą sobie z wokalizą. Jednak w tym przypadku nie były to bliskie niewinności aniołów głosy sopranistek, tylko zmęczone życiem gardło blues-mena. A jakże, na opiniotwórczy tapet wskoczył James Cotton z Joe Luisem Walkerem i Charlie Haden’em w kompilacji „Deep In The Blues”. Efekt? Bardzo ciekawy. Pewnie nie uwierzycie, ale według mnie spokojnie spełniające wymogi panien dworu Dunki jak na dłoni pokazały, jak pełne przygód życie zniszczyło generator fonii frontmena. Pełna soczystości, z dobitnym pokazaniem najdrobniejszych cech mimiki twarzy opowieść, nie pozwoliła mi wyjąc tego krążka aż do momentu powrotu soczewki lasera w stan spoczynku. Ale nie tylko wokalista miał swoje pięć wspaniałych minut. Przez cały czas wyśmienicie współtworzyli z nim ten spektakl inni muzycy. Czy to gitara, kontrabas, czy choćby gościnny fortepian, wszystkie źródła dźwięku potrafiły pokazać, że gdy trzeba są majestatyczne (fortepian), by w innym punkcie tego samego utworu wydobyć z nagrania najdrobniejsze szarpnięcie palcem o strunę (gitara i kontrabas). Niemożliwe? Zapewniam, że jak najbardziej. I tak mięła kolejna, będąca wodą na młyn R8-ek płyta. Na koniec przyszedł czas zmierzyć się z czystym szaleństwem. Ale nie tylko w domenie poziomu głośności, lecz także szybkości narastania kolejnych akordów. I takim to sposobem swój udział w ocenie możliwości oddania zamierzeń artystów zaliczyła nieistniejąca już polska grupa Contemporary Noise Quintet z płytą „Pig Inside The Gentleman”. Myślicie, że skandynawski pomysł na kolumny głośnikowe miał z tym jakikolwiek problem? Już o tym wspominałem, że nie. To była jazda bez trzymanki, czyli wykreowana z rozmachem ściana dźwięku. Ale nie bliżej nieokreślonych nut, tylko wyartykułowanych w najdrobniejszych szczegółach każdego instrumentalnym zapisów na pięciolinii. A zapewniam, ten materiał w kwestii natężenia informacji momentami jest nieobliczalny, a mimo to, wrodzona u naszych bohaterek swoboda prezentacji muzyki pozwoliła mi na bezproblemowe wyodrębnienie każdego, dosłownie każdego instrumentalnego pasażu. A zapewniam, to potrafią tylko nieliczni.
Na koniec dwa zdania o zasygnalizowanym w poprzednim akapicie patencie Audiovectora, czyli systemie Freedom® – układzie eliminującym potencjalne zniekształcenia dźwięku. Przyznam szczerze, że mimo, iż jestem otwarty na wszelkiego rodzaju pomysły na poprawę jakości słuchanej muzyki, to próba włączania i wyłączania tego rozwiązania była obciążona nutką niedowierzania. Jednak jak się okazało, po raz kolejny panowie inżynierowie pokazali, iż nie rzucają słów na wiatr, gdyż efektem korzystania z eliminatora szumów było pogłębienie wirtualnej sceny połączone w większą rozdzielczością i wysyceniem średnicy. Dlatego też z przyjemnością potwierdzam informacje producenta, że to bardzo pozytywnie wpływa na przekaz muzyczny.

Jak wynika z powyższego wywodu, zastanawiając się nad tytułowym modelem kolumn Audiovector R8 Arettè nie musimy kierować się ich słabymi punktami. Dostajemy bardzo równo grające konstrukcje, co praktycznie oddala możliwość ewentualnej porażki sonicznej. Naturalnie, chcąc delikatnie skierować ich brzmienie w hołubiony przez siebie sznyt grania, bez problemów, czy to elektroniką, czy okablowaniem jesteśmy w stanie to zrobić. Skąd to wiem? Doskonale obrazują to fotografie. Miałem do dyspozycji dwa systemy. Jeden mój, a drugi marki AVM. I nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował sprawdzić, co wyniknie w sytuacji zmiany dawcy sygnału. Jak zatem wypadły? Za każdym razem nieco inaczej, ale w obydwu przypadkach z zarezerwowanym dla najlepszych wynikiem. Japończycy pokazali nieco więcej blasku, zaś Niemcy postawili na dodatkowe wysycenie. Ale i pierwszy i drugi sparing ani na moment nie zachwiał moimi podniesionymi podczas tego testu wnioskami. Dlatego też, jeśli jesteście na etapie zmiany kolumn, piękne Dunki są obowiązkowym punktem potencjalnej listy odsłuchowej.

Jacek Pazio

Opinia 2

Zakładam, iż większość z Państwa, nawet nie władając językiem naszych zachodnich sąsiadów, wielokrotnie zetknęła się z powiedzeniem „Langsam, langsam aber sicher”, czyli „powoli, ale pewnie”, co niejako wydaje się całkiem niezłym pomysłem na poznawanie wyrobów konkretnych marek. Uważam bowiem, że jeśli mamy ku temu szansę, to zdecydowanie rozsądniej jest piąć się po szczeblach kolejnych stopni zaawansowania technologicznego i przy okazji cennika, by finalnie dostąpić zaszczytu obcowania z flagowcem, aniżeli startować od ww. topu a potem kierować się w dół. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie dopuszczali odstępstw od powyższej zasady wynikających bądź to z nadarzającej się okazji pozyskania czegoś poza kolejnością (Avantgarde Acoustic Trio), bądź też samego portfolio, gdzie nasze – redakcyjne kryteria spełnia jedynie najwyższy model, jak to miało miejsce np. w przypadku Marantza SA-10. Niemniej jednak, o ile to tylko możliwe, wolimy się wspinać, aniżeli schodzić ze szczytu i świadomie godzić się na większe, lub mniejsze kompromisy, cały czas mając w pamięci co potrafi starsze rodzeństwo. Idealnym przykładem opisanej powyżej metodologii jest historia naszych kontaktów z marką Audiovector, gdzie zaczynaliśmy od filigranowych SR3 Signature, potem na warsztat wzięliśmy SR6 Avantgarde Arreté, w międzyczasie pobawiliśmy się trochę okablowaniem Avantgarde Arreté, by wreszcie, po blisko trzech latach, wdrapać się niemalże na sam szczyt i zostać dopieszczonymi przez Voice’a – dystrybutora marki, drugimi od góry R8 Arettè. Niemalże, gdyż na tronie niepodzielnie królują, ponad półtorametrowe i wycenione na bagatela niemalże 800 000 PLN majestatyczne R11 Arettè.

Jak już zdążyliśmy podczas relacji z unboxingu pokazać 8-ki dostarczane są w solidnej drewnianej skrzyni, co biorąc pod uwagę ich firmowy status i cenę jest zupełnie naturalne. Pewną niedogodnością natury logistycznej jest jednak fakt, iż w owej skrzyni znajdziemy nie jedną, ważącą akceptowalne 70 kg kolumnę, lecz parę, więc waga takiej „paczuszki” robi się nieco absorbująca. Całe szczęście po zakupie tytułowych Audiovectorów o proces dostawy i aplikacji w docelowym miejscu z pewnością zadba dystrybutor, więc nie powinniście Państwo zaprzątać tym drobiazgiem swojej uwagi a ja wspominam o nim w wypadku, gdyby kogoś naszła ochota zostać audiofilską odmianą „Zosi samosi”. Same kolumny prezentują się za to obłędnie. Perfekcyjnie położona i pokryta kilkunastoma wypolerowanymi na iście fortepianowy połysk warstwami lakieru okleina z Włoskiego Orzecha Czeczotowatego idealnie kontrastuje z aluminiowymi elementami konstrukcyjnymi nadając całości wyjątkowy industrialno-rustykalny charakter. Umieszczone na ścianie przedniej przetworniki przymocowano do masywnego płata szczotkowanego aluminium i patrząc od góry do dyspozycji otrzymujemy firmowy przetwornik wysokotonowy AMT i imponującą baterię trzech opalizujących dystyngowaną czernią 6,5” mid-wooferów o kanapkowych membranach z krzyżowo tkanych włókien węglowych (aramidowych) przekładanych żywicą syntetyczną. To tyle jeśli chodzi o to, co widać na pierwszy rzut nieuzbrojonego oka. Wystarczy jednak zerknąć na spód masywnego cokołu, by odkryć, że w podłogę „dmucha” kolejny – tym razem 8” basowiec. To jednak nie wszystko, gdyż zapoznając się firmowymi materiałami bardzo szybko natrafimy na informację, iż za reprodukcję najniższych tonów odpowiada nie jeden, lecz dwa przetworniki w układzie izobarycznym. Drugiego, tym razem 6” basowca jednak nie sposób namierzyć, gdyż pracuje on wewnątrz obudowy. Przy odrobinie dobrej woli można za to pomiędzy poprzecznymi nacięciami masywnego, półokrągłego profilu pełniącego rolę szczątkowej ścianki zbiegających się ku tyłowi korpusów, kolejny 4” i co ciekawe szerokopasmowy driver umieszczony na wysokości górnego mid-woofera. Ciekawe, gdyż w większości przypadków na „plecach” kolumn producenci zazwyczaj umieszczają przetworniki wysokotonowe, nieco rzadziej basowe/membrany bierne a tu proszę -fullrange. Przy okazji warto wspomnieć, że Audiovector nie zaklina rzeczywistości, tylko otwarcie przyznaje, iż wykorzystywane przez nich przetworniki są projektowane przez nich, lecz już ręcznie wykonywane na zamówienie przez również duńskiego Scan-Speaka.
Summa summarum mamy po siedem przetworników w blisko 150 cm. kolumnach. Niezłe wyzwanie tak pod względem elektrycznym, jak i akustyczno – konstrukcyjnym. Najwidoczniej jednak ekipa Audiovectora wiedziała, co robi, gdyż całą powyższą wesołą gromadkę zespoliła w czterodrożny układ o wielce przyjaznej skuteczności 92,5 dB, 8 Ω impedancji znamionowej i częstotliwościach podziału wynoszących 100, 250 i 3000 Hz. Oczywistym jest też, że nie sposób byłoby tego dokonać bez odpowiedniego odseparowania poszczególnych sekcji od siebie. I tak 109 litrów przestrzeni wewnętrznej zagospodarowano tak, że wysokotonowiec otrzymał 5 litrów a średniotonowce 13. Nie zapomniano też o sztywności całej konstrukcji w związku z tym ściany wykonano z giętych płyt HDF. Zamiast jednak zastosować pojedyncze płyty, co biorąc pod uwagę dostępne grubości płyt HDF, które są znacznie cieńsze aniżeli bardziej popularny i zarazem tańszy MDF, zdecydowano się na firmowy sandwich składający się z dwunastu (!!!) sprasowanych ze sobą 2 mm warstw HDF, do tego dochodzą wewnętrzne wzmocnienia i dość oszczędnie, z rozwagą umieszczono posiadający nad wyraz szeroki obszar tłumienia materiał Nanopore. Całość okablowano poddanymi procesowi kriogenizacji asymetrycznymi przewodami miedzianymi o czystości 7N.
Jakby tego było mało wystarczy tylko zerknąć na szyld z podwójnymi terminalami głośnikowymi, by bardzo szybko dojść do wniosku, iż oprócz samych przyłączy dedykowanych przewodom dostarczającym sygnał audio jest tam coś jeszcze. Mowa oczywiście o autorskim, mającym na celu eliminację wszelakich zniekształceń systemie Freedom®. W telegraficznym skrócie zasada działania polega na „wyeksportowaniu” poza kolumnę – poprzez stworzony w tym celu układ uziemiający, zniekształceń indukujących się w trakcie pracy przetworników. Aby poznać jego dobrodziejstwa wraz z kolumnami otrzymaliśmy, dostępne jako opcja, stosowne poddane procesowi kriogenizacji, miedziane przewody o czystości 7N zakończone z jednej strony bananowymi wtykami, które należy wpiąć w stosowny terminal a z drugiej, wspólną dla obu kanałów wtyczką zasilającą Schuko, którą z kolei należy podłączyć pod listwę/gniazdo ścienne. Tuż obok gniazda umieszczono hebelkowy przełącznik aktywujący ww. system. Dzięki temu bez grzebania za szafką, możemy całkowicie bezinwazyjnie jednym, znaczy się dwoma (w końcu mamy dwie kolumny), kliknięciami włączyć, bądź wyłączyć system Freedom® i na własne uszy przekonać się o jego przydatności.
Nie da się też nie zauważyć iż kolumny spoczywają na zamontowanych na stała masywnych aluminiowych cokołach, w które należy oczywiście wkręcić znajdujące się na wyposażeniu kalce a o właściwe rozpraszanie ciśnienia generowanego przez umieszczony na dolnej ściance woofer zadbają stosowne nacięcia.

Po wstępnej akomodacji i wygrzaniu, które zbiegły się w czasie z równoległymi testami systemu w skład którego weszła topowa, dzielona amplifikacja niemieckiego AVM-a pod postacią przedwzmacniacza Ovation PA 8.2 i należącej do tej samej linii stereofonicznej końcówki mocy SA 8.2 nie omieszkaliśmy, z czystej ciekawości sprawdzić jak powyższa „dzielonka” zachowa się w towarzystwie eleganckich Dunek i … dziwnym zbiegiem okoliczności był to mariaż na tyle udany, iż jakby sumiennie policzyć godziny pracy poszczególnych kombinacji, to śmiem twierdzić iż to właśnie AVM-y z Audiovectorami grały dłużej aniżeli nasz dyżurny duet Robert Koda & Reimyo. Powód takiego stanu rzeczy, żeby nie było niedomówień, wyjawię już na wstępie. Otóż R8 Arettè okazały się na tyle transparentne a zarazem rozdzielcze, iż z naszym, wykazującym podobne cechy setem całość bez popadania w prosektoryjną analityczność okazała się szalenie angażująca a zarazem równie surowa nie tyle dla reszty toru, któremu jakby nie patrzeć niczego nie brakowało, co prezentowanych nagrań. O ile bowiem takie perełki jak „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersen, czy „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen potrafiły wprawić nas w iście niemy zachwyt, o tyle bardziej komercyjne i nieporównanie niechlujnej zrealizowane krążki okazały się boleśnie od owego zachwytu odległe. I wcale nie musiałem sięgać po jakieś zionące siarką i piekielnymi fetorami pozycje w stylu „I Loved You at Your Darkest” Behemotha, gdyż nawet hard rockowy „Vicious” Halestorm zabrzmiał tak, jakbyśmy mieli słuchać go za karę i to karę, którą wypadałoby nałożyć na ekipę za płaskim i męczącym dźwiękiem tego krążka stojącą.
O dziwo wrodzone, nabyte, bądź osiągnięte ciężką pracą umowne „mankamenty” natury wokalnej do jakich można zaliczyć „chrypkę” dżentelmenów pokroju Keitha Richardsa („Crosseyed Heart”), czy też Marka Dyjaka („Dyjak/Gintrowski”) wypadła wprost fenomenalnie i z intensywnością zarezerwowana praktycznie wyłącznie dla garstki szczęśliwców mogących usłyszeć ich na żywo, bądź siedzących za szybą podczas sesji nagraniowej. To po prostu była naga prawda a ta jak nie od dziś wiadomo, nie zawsze jest piękna i atrakcyjna. Po kilku takich sesjach stało się jasnym, iż Audiovectory hołdują nomen omen słusznej zasadzie, iż ich zadaniem jest jedynie reprodukować a nie interpretować dostarczane im sygnały i jednocześnie jak najskuteczniej znikać w torze, w jakim przyjdzie im grać. O ile bowiem za ideał wzmacniacza zwykło się uważać przysłowiowy drut ze wzmocnieniem, to śmiało można uznać, iż R8-ki są tego pojęcia kolumnowym odpowiednikiem. Ot kolumny o chyba najbardziej liniowej charakterystyce z jakimi przyszło nam się zmierzyć w redakcyjnym oktagonie.
Czemuż zatem liczba roboczogodzin przesłuchanych na redakcyjnym secie okazała się mniejsza niż czas spędzony z tytułowymi Dunkami napędzanymi niemieckim duetem? Cóż, nie będę ukrywał, iż pomimo odejścia od dopiero co wychwalanej transparentności odczuwalny zastrzyk wysycenia średnicy i dosaturowania przekazu znacząco poszerzył spektrum moich muzycznych poszukiwań. Nie będę przecież ani Państwa, ani przy okazji siebie oszukiwał, że liczy się tylko bezwzględna prawdomówność i każdorazowe walenie prosto w oczy tego, co się o wszystkim myśli. W końcu zarówno Wy, jak i ja doskonale wiemy, jak nagrane zostały co poniektóre płyty w naszych kolekcjach i mając do nich nieukrywaną słabość oraz sentyment niespecjalnie chciałbym każdorazowo przy ich włączeniu otrzymywać cios w stylu przekazu „muzyka może i świetna, ale realizacja spie@#%&a koncertowo”. Dlatego też z pełną świadomością konsekwencji sięgnąłem po gęściej i nieco ciemniej grającą elektronikę. O spadek rozdzielczości się nie bałem, bo przynajmniej z SA8.2 znam się od lat a drobny zastrzyk endorfin w finalnym brzmieniu systemu sprawił, że bez najmniejszych oporów mogłem żonglować ulubionym repertuarem. Zanim jednak odpłynąłem w mroki deathu i thrashu nie omieszkałem oddać się błogiej kontemplacji przy kojąco swingujących dźwiękach słodkiego brzmienia „Somethin’ Else” Cannonballa Adderley’ego i „Blue Train” Johna Coltrane’a, gdzie perlistość blach nad wyraz harmonijnie uzupełniała partie dęciaków a sekcja rytmiczna nie pozwalała spokojnie usiedzieć w miejscu. Na najwyższe noty zasługiwała również precyzja ogniskowania źródeł pozornych a gdy przed mikrofonem stawała przedstawicielka płci pięknej, to robił się naprawdę zjawiskowo. I wcale nie mam na myśli cukierkowych ulepków i plastikowych gwiazdek, lecz szorstkie, niemalże garażowe bluesowe klimaty w stylu „Cry No More” Danielle Nicole, gdzie szarpiąca struny basu dziewczyna stoi na wyciągnięcie ręki i śpiewa praktycznie tylko dla nas o tym, co leży jej na sercu.

Osobny akapit należy się autorskiemu systemowi Freedom®, który o dziwo nie występuje nawet we flagowych 11-ach a w 8-kach jak najbardziej jest i bardzo dobrze, że jest, bo przynajmniej na moje ucho robi fenomenalną robotę. Dwa kliknięcia ustawiające dedykowane hebelki ku dołowi i … R8 Arettè dostają niesamowitego „kopa” pod względem organiczności, przestrzenności i co mogłoby wydawać się dość dyskusyjne również rozdzielczości. Proszę jednak pamiętać, iż mówimy o rozdzielczości a nie detaliczności, czy analityczności, które w większości przypadków wypadałoby rozpatrywać w kategoriach cech o wydźwięku pejoratywnym. Tymczasem rozdzielczość daje bezapelacyjnie lepszy wgląd w nagranie a jednocześnie nie dokonuje swoistego demontażu muzycznego dzieła na poszczególne dźwięki. To tak jakbyśmy z obrazu o pozornie wysokiej rozdzielczości przechodzili na 4, bądź nawet 8K przy jednoczesnym zmniejszaniu wielkości pikseli i zwiększaniu ich zagęszczania. Minimalizujemy tym samym wszelakie granulacje, zwiększamy płynność przechodzenia pomiędzy poszczególnymi półtonami i coraz bardziej zbliżamy się do tego, co znamy z w pełni namacalnego świata rzeczywistego. Nie ma przy tym mowy o jakiejkolwiek, nawet śladowej przesadzie, poprawianiu dnia codziennego za pomocą psychotropów i innych używek. O nie, tu nie chodzi o nic innego, jak o usunięcie z tego co słyszymy pasożytniczych artefaktów. To taki swoisty kondycjoner, tylko kondycjoner działający nie na początku toru audio a na jego końcu. I najlepsze – pomimo najszczerszych chęci i przesłuchania najprzeróżniejszych gatunków muzycznych i lepszych bądź gorszych realizacji, ani razu nie doszedłem do wniosku, że warto byłoby Freedom® dezaktywować, a nawet jeśli z czystej ciekawości to robiłem, czym prędzej wracałem do właściwego trybu pracy. W naturze ludzkiej bowiem leży to, że szybko się do dobrego przyzwyczajamy i jedynie jednostki o zapędach masochistycznych lubują się w sprawianiu sobie nazwijmy to delikatnie dyskomfortu, a Freedom® ewidentnie robi dobrze i samym Audiovectorom i niejako przy okazji nam.

Audiovectory R8 Arettè to niewątpliwie wielce łakomy, czysto high-endowy, kąsek dla wszystkich tych, którzy ceniąc sobie wzornicze wyrafinowanie nie mają najmniejszego zamiaru spuszczać z tonu jeśli chodzi o klasę brzmienia. Mamy zatem do czynienia z kolumnami mogącymi z powodzeniem stać się ozdobą nawet najbardziej wymuskanego salonu a jednocześnie obiektem westchnień i niemalże kultu złotouchych domowników. Pomimo swojego technologicznego zaawansowania i nad wyraz rozbudowanej baterii przetworników oferują dźwięk szalenie koherentny a jednocześnie na tyle transparentny, że finalne brzmienie naszego systemu z łatwością możemy modelować wpiętymi w tor przed kolumnami komponentami. Aha, i jeszcze jedno. Niby Freedom® oferowany jest jako dodatkowo płatna opcja, ale świadoma rezygnacja z jego dobrodziejstw przypomina zachowanie krnąbrnego przedszkolaka, który „na złość mamie próbuje odmrozić sobie uszy”. Niby można, tylko po co. Jeśli jednak nie jesteście Państwo do końca do ww. rozwiązania przekonani, to nawet podczas wstępnego odsłuchu poproście kogoś o jego aktywację i sami oceńcie, a potem spróbujcie sobie udowodnić, że nie warto. Życzę powodzenia.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, AVM OVATION PA8.2
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, AVM OVATION SA8.2
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Voice
Cena: 230 000 PLN

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: (– 6dB) 22 Hz–52 kHz
Skuteczność: (8 Ω) 92,5 dB
Impedancja nominalna: 8 Ω
Moc: 500 W
Punkty podziału zwrotnicy: 100/250/3000 Hz
Okleina: naturalny fornir Orzech włoski
Wymiary (W x S x G): 145×21,8×47 cm
Waga: 69.8 kg (szt.)

Pobierz jako PDF