1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Ayon Spirit V

Ayon Spirit V

Link do zapowiedzi: Ayon Spirit V

Opinia 1

O pojawieniu się na rynku V-ki (czyli 5-ki, nie V-ki) Ayona informowaliśmy już w majowej relacji z wizyty Gerhard Hirta w warszawskim salonie Nautilusa. W dodatku owe newsy poparliśmy nie tylko zdjęciami, lecz i nausznymi, pierwszymi wrażeniami najnowszej austriackiej integry. Jak to jednak podczas wyjazdowo-eventowych odsłuchów bywa mają one charakter głównie towarzyski a to, co wpada w ucho jest tylko dodatkiem, tłem do mniej, bądź bardziej formalnych rozmów. Dlatego też spokojnie czekaliśmy na okazję by ową pachnącą fabryką nowość, już na spokojnie i przede wszystkim w kontrolowanych warunkach przesłuchać u siebie. A gdy się takowa pojawiła czym prędzej z niej skorzystaliśmy, by w możliwie obiektywny sposób zweryfikować deklaracje samego konstruktora, że V-ka to tak naprawdę zupełnie nowe rozdanie, nowa platforma i nowe możliwości, które do tej pory, znaczy się za panowania ostatniej inkarnacji Spirita 3 (testowaliśmy bodajże przedostatnią – z parą a nie kwadrą 6SJ7) po prostu były nieosiągalne. Co prawda w tzw. międzyczasie miłośnicy najbardziej muzykalnych z pośród rodziny KT „pisanek”, czyli 150-ek mogli ratować się stereofoniczną końcówką mocy Spirit PA, ale jak sam Gerhard wtenczas głosił, więcej z owej platformy wycisnąć się nie da. Minęły trzy lata i okazało się, że to, co kiedyś wydawało się dojściem do przysłowiowej ściany w obecnych realiach jest wielce obiecującym … punktem wyjścia. Jeśli zatem ciekawi są Państwo cóż też zmieniło się w najnowszej odsłonie Spirita nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do dalszej lektury.

Patrząc i porównując zdjęcia poprzednich i obecnej wersji Spirita nie da się nie odnieść wrażenia, że rzeczywiście coś musiało się zadziać w Ayonie, znaczy zmieniło się podejście do kluczowych kwestii konstrukcyjnych, gdyż już na pierwszy rzut oka widać, iż V-ka w stosunku do swojego starszego rodzeństwa została w pewien sposób „odchudzona”. Czyżby zamiast dalszej, wydawać by się mogło całkowicie naturalnej rozbudowy jej konstruktorzy doszli do wniosku, że prawda tkwi w minimalizmie i poniekąd przyznali rację Albertowi Einsteinowi twierdzącemu, że „Wszystko powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze”? Tego niestety nie wiem, jednak zanim zweryfikujemy brzmieniowe efekty powyższych działań przyjrzyjmy się dzisiejszemu bohaterowi od strony czysto wizualnej.
Jak wygląda Spirit V praktycznie nie muszę opisywać. Wystarczy, że wspomnę, że jak typowy Ayon i wszystko, przynajmniej dla zainteresowanych, powinno być jasne. Ot solidna konstrukcja ze szczotkowanych aluminiowych, anodowanych na czarno masywnych płyt i zaokrąglonych profili zaprzęgniętych do roli narożników z charakterystycznymi chromowanymi rondlami chroniącymi transformatory z tyłu korpusu i pyszniącą się szklarnią lamp na pierwszym planie. W centrum frontu wycięto firmowe, podświetlone na czerwono, logo, które po włączeniu przez kilkanaście, potrzebnych na pomiary i kalibrację lamp przez ayonowski auto-fixed-bias (AFB), sekund pulsuje, by podczas pracy utrzymywać iluminację na stałym poziomie. Z jego lewej strony umieszczono radełkowaną gałkę regulacji głośności a po prawej selektor wejść pełniący również rolę wybieraka trybu pracy (D- bezpośrednie wejście na końcówkę mocy, T- tryb triodowy).
Na górnym „blacie” oczy cieszy dość mocno zmodyfikowany w stosunku do poprzednich odsłon układ lamp. W sekcji wzmacniacza znajdziemy parę 12AX7 Electro-Harmonixa, w stopniu sterującym podwójne oktalowe triody 6SN7 (w egzemplarzu testowym były to radzieckie 6H8C) a w końcówce mocy KT150 Tung-Sola. Przy okazji z niecierpliwością czekam na moment, gdy któryś z niezależnych producentów wzmacniaczy zdecyduje się na konkurencyjne i nie da się ukryć, również sporo droższe (ok. 300€ szt.), wersje oferowane przez KR Audio.
Ściana tylna to już klasyka gatunku w austriackim wydaniu. Patrząc od lewej tuż nad gniazdem zasilającym IEC umieszczono hebelkowy przełącznik uziemienia obudowy, zacisk uziemienia, przycisk wyboru trybu pracy (triodowy/pentodowy) i kolejny hebelek – tym razem pozwalający dopasować punkt pracy wzmacniacza do impedancji współpracujących z nim kolumn (1- dla obciążeń powyżej a 2-ka dla spadających poniżej 3 Ω). Gniazda głośnikowe, dedykowane dla obciążeń 4 i 8 Ω to znane i lubiane WBT-y NextGen. Wejść liniowych mamy cztery pary – trzy RC i jedne XLR-y Neutrika, które uzupełniają wejście na końcówkę mocy i wyjście z przedwzmacniacza.
Pomimo zachowania iście bliźniaczego podobieństwa w stosunku do III-ki w V-ce mamy o 50% mocniejszą sekcję zasilającą opartą na dwóch transformatorach toroidalnych, zmodyfikowany został układ regulacji głośności oraz od strony elektrycznej prowadzenie masy i auto-biasu. W dodatku elektroniczną regulację głośności zastąpił klasyczny, zmotoryzowany potencjometr a wszechobecne do tej pory przekaźniki na wejściach wyparł wydawać by się mogło archaiczny przełącznik.

Doskonale zdaję sobie jednak sprawę, iż zarówno geneza powstania, jak i wygląd Ayona dla wytrawnych melomanów i audiofilów, o wiernych akolitach marki nawet nie wspominając mają znaczenie co najwyżej drugorzędne. W końcu jeśli pamięć mnie nie myli to przez bez mała piętnaście lat, czyli od momentu gdy światło dzienne ujrzała pierwsza wersja Spirita Gerhard Hirt zdążył nas przyzwyczaić do tego, że każda kolejna inkarnacja najpopularniejszej integry w jego portfolio była po prostu lepsza i to nie tylko konstrukcyjnie, co przede wszystkim brzmieniowo. Oczywiście nie ma co zaklinać rzeczywistości i udawać, iż owa ewolucja dotyczyła, czy wręcz była pochodną li tylko zmian samej budowy, użytych komponentów itp., gdyż jak to przy lampowcach bywa co nieco do powiedzenia mają też lampy a akurat w tym przypadku Austriacy mówiąc kolokwialnie „przerobili” chyba wszystkie pojawiające się na rynku odmiany tetrod z rodziny KT. Jednak od momentu przesiadki na pisankopodobne KT150 „baza” od lat pozostaje bez mian i kolejne etapy rozwoju ograniczają się de facto właśnie do ich aplikacji i samej topologii układu w jakim przychodzi im pracować. Wracając jednak do meritum i dosłownie przed chwilą wspomnianego „przyzwyczajenia” do każdorazowej poprawy patrząc na V-kę i porównując ją z poprzednią odsłoną Spirita miałem, jeszcze przed odsłuchem, pewne obawy, bowiem przynajmniej do tej pory kolejne wersje charakteryzowały się widoczną rozbudową poszczególnych sekcji, przyrostem wolumenu wykorzystywanych lamp itp., czyli wszystkiego, co wpływa na tzw. wartość postrzeganą. Tymczasem idée fixe V-ki jest swoisty powrót do podstaw, co może rodzić całkiem uzasadnione obawy przed powrotem do „brzmienia Ayona” sprzed owych piętnastu lat, które zarówno wtenczas, jak i dziś najdelikatniej rzecz ujmując dalekie było od stereotypowej lampowości. Pół żartem pół serio można wręcz stwierdzić, że ponad dekadę temu Ayon z Octave bezpardonowo udowadniali niedowiarkom, że lampa potrafi być bardziej analityczna i detaliczna od niejednego tranzystora.
Krótko mówiąc nie wiedząc za bardzo czego się spodziewać po okresie intensywnej akomodacji wzmacniacza w moim systemie sięgnąłem po art-rockowy „Sorceress” Opeth z fenomenalnym orientalnym, spokojnie mogącym konkurować z „Kashmirem” Page’a i Planta, utworem „The Seventh Sojorun”, czy prog-rockowo-jazzowym „Strange Brew”, w którym część słuchaczy dopatruje się wręcz narkotycznych wizji z czasów The Beatles. Generalnie repertuar niezbyt agresywny, lecz wystarczająco wielowarstwowy i zagmatwany pod względem melodyki, by móc nieco namieszać w końcowej ocenie. Tymczasem Spirit V przeszedł przez niego jak potężny lodołamacz z napędem atomowym przez późnojesienne kry na Zalewie Zegrzyńskim. Z perfekcyjną precyzją był w stanie wyłowić nawet najdrobniejsze niuanse, nie tracąc nic a nic z mocno funeralnego klimatu, masy i głębi nagrania. Co ciekawe wzorcowa rozdzielczość, stanowiąca jeden z jego najmocniejszych punktów, okraszona została uzależniającą dynamiką tak w skali mikro (eteryczne gitary akustyczne), jak i makro – gdy ekipa Opeth przypominała sobie swoje pełne growlu i blastów czasy. Od razu w tym momencie wyraźnie zaznaczę, iż zarówno powyższe, jak i dalsze refleksje dotyczą odsłuchów w trybie pentodowym, gdyż pozornie bardziej „audiofilski” i wyrafinowany triodowy, przy moich Contourach 30 Dynaudio najzwyczajniej w świecie nie miał racji bytu, gdyż przynajmniej na pułapie moich oczekiwań zbyt wyraźnie ustępował pentodzie pod względem kontroli reprodukowanego pasma i zdolności oddania odpowiedniego ładunku emocjonalnego. Wszystko robiło się zbyt zwiewne i eteryczne, choć jeszcze raz podkreślę, iż to moje prywatne odczucia i zdaję sobie sprawę, że dla części odbiorców właśnie taki sposób prezentacji bardziej przypadnie im do gustu. Szukając muzycznych analogii porównałbym tryb pentodowy do duetu Petera Gabriela na „Don’t Give Up” z Kate Bush a triodowy do wersji z Ane Brun. Dlatego nawet na pozornie delikatnym „Lowlight” Lor mając wybór każdorazowo wybierałem 65 zamiast 40W. Warto tylko dodać, iż niezależnie od trybu pracy, równowaga tonalna utrzymana była w okolicach przysłowiowego zera nie popadając ani w zbytnia eufonię, ani prosektoryjna analityczność a różnice w sposobie prezentacji, oprócz wspomnianej dynamiki, dotyczyły dokładności kreślenia konturów i samej ich grubości. Korzystając z „artystycznych” analogii pentodzie można byłoby przypisać „ostry” ołówek H3 a triodzie B2.
Sięgając jednak pamięcią i przypominając sobie jak grał recenzowany przez nas ostatni Spirit III uczciwie muszę przyznać, że tytułowa inkarnacja wypada nad wyraz pozytywnie. Poprawa dotyczy bowiem nie tylko motoryki (w trybie pentodowym), co szeroko-rozumianej rozdzielczości, dzięki czemu wielka symfonika („Verdi” Ildar Abdrazakov, Chœur Métropolitain, Orchestre Métropolitain de Montréal, Yannick Nézet-Séguin) wciąga bardziej niż chodzenie po bagnach. Nie dość, że mamy pełen wgląd w wieloplanowość i rozbudowane instrumentarium, to austriacka integra z niezwykłą precyzją oddaje zarówno pozycjonowanie poszczególnych źródeł pozornych, jak i dystans je dzielący, przez co kreowana scena osiąga iście holograficzną namacalność.

Zgodnie z deklaracją producenta Ayon Spirit V okazał się konstrukcją bezsprzecznie doskonalszą od swoich protoplastów. Uproszczenie układu zaowocowało większą swobodą i wyrafinowaniem dźwięku a nowa „platforma” wprowadziła austriacką integrę na kolejny, oczywiście wyższy poziom. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo, czy warto interesować się Spiritem V, to z pełną odpowiedzialnością twierdzę, że zdecydowanie tak i to niezależnie od tego, czy szukacie konstrukcji lampowej, czy też tranzystorowej, gdyż jego walory soniczne należy rozpatrywać w kategoriach bezwzględnych. Dlatego też o ile tylko względy czysto funkcjonalne (małe dzieci, wolno fruwające ptactwo, etc.) nie odcisną zbyt mocnego piętna na Waszej finalnej decyzji, to po wypożyczeniu od dystrybutora raczej niechętnie będziecie wypinali go w celu zwrotu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Naturalną koleją rzeczy jest fakt, że część urządzeń audio w miarę wydłużania się ich egzystencji na rynku a tym samym poznawania ich realnych, wychwyconych tak przez użytkowników, jak i samych konstruktorów, ograniczeń ma swoje nowe odsłony. I nie ma znaczenia, czy rozprawiamy o elektronice, czy kolumnach głośnikowych, bowiem upływ czasu zawsze pozwala znaleźć słabe strony w nawet bardzo często świętującym pasmo sukcesów komponencie, co w trosce o końcowego klienta zazwyczaj w pewnym momencie kończy się wprowadzeniem nowej inkarnacji sygnowanej jako MK II lub podobnym oznaczeniem. Tak też jest w przypadku dzisiejszego wzmacniacza zintegrowanego, który dzięki zaangażowaniu właściciela marki i konstruktora w jednym Gerharda Hirta doczekał się już piątej odsłony. Przesada? Bynajmniej, gdyż jak wynika z mojego sporego doświadczenia w testowaniu jego konstrukcji, wszelkie poprawki zawsze były krokiem naprzód w stosunku do poprzedników. Czy tym razem jest podobnie? Jeśli jesteście ciekawi wyniku moich kilkutygodniowych obserwacji, zapraszam do lektury tekstu o najnowszym modelu znanego i od lat świetnie radzącego sobie na rynku wzmacniacza zintegrowanego Ayon Spiirit w odsłonie numer „V”, którego wizytę w moich skromnych progach zawdzięczam krakowsko-warszawskiemu Nautilusowi.

Jak wygląda Ayon Spirit V? Cóż, kolejne opisywanie bez kozery można powiedzieć, że kultowego i do tego bazującego na bliźniaczym dla całej gamy oferty Ayona projekcie wzmacniacza jest karkołomnym, bo konsekwentnym powtarzaniem tych samych, przez lata stawiających go w szeregu najbardziej rozpoznawalnych i wyśmienitych designersko urządzeń, fraz słownych. Jednak bez względu na to, w tym odcinku ponownie nie omieszkam powtórzyć, iż główną bryłą jest płaska platforma o mocno zaoblonych krawędziami, wykończona w czerni ze szczotkowanego aluminium. W jej przedniej części usadowiono zestaw lamp elektronowych ze znakomitymi bańkami mocy KT150 na czele, a tuż za nimi swoje miejsce znalazły ukryte w błyszczących srebrem kubkach transformatory. Front Spirita jak zwykle zdobią rozrzucone na boki dwie gałki: wzmocnienia z lewej i wyboru wejść liniowych z prawej strony. Zaś plecy realizując potrzeby wymagającego użytkownika patrząc od lewej oferują: gniazdo zasilania, zacisk uziemienia, przełącznik fazy, przełącznik pracy trioda/pentoda, odczepy dla kolumn 4 i 8 Ohm, wejście na końcówkę mocy, przelotkę dla przedwzmacniacza, trzy wejścia liniowe RCA i jedno XLR. Miłym akcentem jest dostarczenie przez producenta w komplecie startowym zgrabnego, ale w pełni obsługującego wszelkie funkcje pilota zdalnego sterowania. Całość konstrukcji posadowiono na czterech solidnych stopach, a włącznik główny wzmacniacza umieszczono od spodu, tuż pod znajdującym się na froncie ciemnokrwistym logo marki.

Powiem tak. Nie będę owijał w bawełnę, tylko w pełni świadomy tej opinii stwierdzam jednoznacznie, iż Ayon Spirit V jest znacznie lepszą konstrukcją od poprzednika. Powód? Oferuje lepszą rozdzielczość, co czyni go bardziej wyrafinowanym sonicznie nie tylko w sferze ilości informacji, ale również jakości ich podania. Przykład? Spójrzcie na niedawny test angielskich kolumn Spendor https://soundrebels.com/spendor-a7/ , w którym odgrywał rolę głównej amplifikacji. To za jego sprawą mogłem docenić sposób budowania przez nie nie tylko szerokiej, ale również zjawiskowo głębokiej sceny muzycznej z idealnie zorientowanymi na niej nawet wieloosobowymi składami muzyków z ich często wirtuozerskimi, czyli w domyśle naszpikowanymi wieloma zmiennymi w jednostce czasu i ilości energii popisami muzycznymi. Bez odpowiedniego pakietu czytelnie podanych informacji nie byłoby możliwe uzyskanie efektu przeniesienia się na często słuchane przeze mnie koncerty, co Ayon znakomicie wprowadzał w życie. I tutaj potwierdzająca solidność omawianej konstrukcji pozytywna niespodzianka, bowiem taki stan był wodą na młyn każdej edycji koncertów Johna Zorna spod znaku „Masada” i naszpikowanych emocjami karkołomnych free-jazzowych popisów Kena Vandermarka również w przypadku współpracy z moimi, znacznie większymi gabarytowo, a przez to trudniejszymi do wysterowania kolumnami, co ewidentnie świadczy na jego korzyść w domenie uniwersalności. Gdy wymagał tego materiał muzyczny, był atak, by za moment zaskoczyć mnie długotrwałymi wybrzmieniami pozwalających na chwilowe wytchnienie muzyków przed kolejnym nutowym szaleństwem, powolnych ballad.
A to tylko jedna strona medalu, bowiem omawiany wzmacniacz ma możliwość zmiany pracy na tryb triodowy, co natychmiast skutkowało nieco inną temperaturą, a przez to bardziej eufoniczną strukturą dobiegających do mnie dźwięków. Komu to potrzebne w momencie fantastycznego prowadzenia muzyki w pentodzie? Otóż też tak w duchu myślałem. Jednak na sprowokowaną na potrzeby testu okazję nie musiałem długo czekać. Wystarczyło wziąć na tapet piękną Koreankę Youn Sun Nah, która bez szczypty soczystości i ciepła ze strony wzmocnienia nie pokazałaby swojego najważniejszego atutu, jakim jest czarowanie pięknym, bo gładkim, melodyjnym, ale również gdy trzeba doniosłym głosem. Kto zna jej repertuar, wie, że bezduszne odtworzenie jej muzycznych opowieści będzie jedynie odcinaniem kuponów, gdy tymczasem przy dobrym poziomie soczystości, ale z niezbędnym pakietem oddechu wspomniana diva nie pozwoli nam oderwać od siebie uszu aż do końca słuchanej w danym momencie płyty. Jednak co ciekawe w pewnym momencie spróbowałem zamienić dwa światy muzyczne z obydwoma trybami pracy austriackiego piecyka i o dziwo okazało się, że nie zanotowałem efektu kojarzonego z jakąkolwiek porażką. Owszem, w muzie stawiającej na szybkość i nagłe zmiany energii wszystko odbywało się dostojniej, aniżeli w idealnym odtworzeniu, ale za to instrumentarium typu saksofony, fortepiany, czy kontrabasy wybrzmiewały znacznie głębszym, naturalnie bardziej skupionym dźwiękiem, co przy nastawieniu na odpoczynek podczas obcowania ze światem fonii znakomicie wpisywało się w potrzeby ducha. Jeśli zaś chodzi o wokalizę odtwarzaną w domenie szybszego narastania sygnału, dedykowaną trybowi pentodowemu, okazywało się, iż również nie skutkowało to specjalną szkodliwością, a jedynie przeniesieniem punktu ciężkości całości prezentacji o oczko wyżej, z czego wspomniana śpiewaczka swoim pełnym nasycenia głosem zdawała sobie nic nie robić, tylko konsekwentnie czarowała do momentu powrotu soczewki lasera do pozycji spoczynku. Naciągam fakty? Bynajmniej, gdyż w zależności od stanu psychicznego danego dnia kilkukrotnie słuchałem różnych typów muzyki w obydwu trybach pracy i ani razu nie przełączałem ich z powodu problemów z przyswajaniem muzyki, tylko w momencie chęci strzału w ucho przy wykorzystaniu pełni zamierzeń konkretnych muzyków.

Nie wiem, czy przytoczonymi przykładami muzycznymi wystarczająco zachęciłem wszystkich potencjalnych zainteresowanych do zmierzenia się z nową inkarnacją znanego od lat Ayona Spirit w specyfikacji „V”. Jednak bez względu na to wierzę, że kolejna próba poprawy brzmienia poprzednika daje jasne przesłanie co do zasadności sprawdzenia we własnym systemie nowego spojrzenia na ten model. W mojej ocenie jest znacznie lepszy od poprzednika, dlatego też w momencie dojrzenia Waszej decyzji do zmian w systemie, nawet w przypadku optowania za tranzystorem, powinniście spróbować swych sił na polu wzmocnienia opartego o lampy elektronowe. Tytułowy piec ma dwa oblicza sposobu grania, co zwiększa szanse na ewentualne wpisanie się w oczekiwania Waszych układanek.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo, TAD D1000 MK2-S
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan

Dystrybucja: Nautilus
Cena: 24 900 PLN

Dane techniczne
• Rodzaj pracy końcówki: trioda lub pentoda
• Lampy: 4 × KT150
• Impedancja obciążenia: 4-8 Ω
• Pasmo przenoszenia (+/- 3 dB): 10 Hz-60 kHz
• Moc wyjściowa (tryb pentody): 2 × 65 W
• Moc wyjściowa (tryb triody): 2 × 40 W
• Impedancja wejściowa (1 kHz): 100 kΩ
• Czułość wejściowa (pełna moc): 500 mV
• NFB: 0 dB
• Regulacja siły głosu: potencjometr
• Pilot zdalnego sterowania: Tak
• Wejścia : 3 × Line In, 1 × XLR In, 1 × Direct In
• Wyjścia: 1 × Pre-out
• Wymiary (SxGxW): 480 × 370 × 250 mm
• Waga: 33 kg

Pobierz jako PDF