1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Gold Note PH-10 & PSU-10

Gold Note PH-10 & PSU-10

Link do zapowiedzi: Gold Note PH-10 & PSU-10

Opinia 1

W audiofilskim kręgu, do grona oczywistych beneficjentów dodatkowego zasilania zaliczyć można w pierwszej kolejności akolitów dość konserwatywnego w swym podejściu i do niedawna, ze względu na preferowane typy gniazd przyłączeniowych, wręcz nieco hermetycznego Naima (dleko nie szukając ND5 XS + XPS DR). Jednak patrząc na powyższe zagadnienie nieco szerzej i mając świadomość istnienia niekoniecznie mainstreamowych, goszczących na pierwszych stronach branżowych periodyków, marek dość szybko powinniśmy natrafić na równie oczywiste przypadki. Weźmy na ten przykład ASR-a, goszczące na naszych łamach topowe przedwzmacniacze gramofonowe Phasemation EA-100 z dedykowanym pojedynczym i zdublowanym zasilaczem PS-1000, czy nawet Octave V 110 SE z Super Black box-em. Dodając nad wyraz szeroki wachlarz opcjonalnych zasilaczy liniowych oferowanych jako wielce sensowna alternatywa dla wtyczkowych impulsówek okazuje się, iż świadomość istotności możliwie wydajnego i „czystego” zasilania cały czas rośnie i coraz rzadziej można natrafić na jednostki uparcie twierdzące, że dodatkowych kilka (dziesiąt) tysięcy μF i solidne trafo nijakiej poprawy nie wnoszą. Z resztą musu przecież nie ma a po dodatkowe zaplecze energetyczne w większości przypadków sięgają Ci, którzy ową poprawę słyszą a co najważniejsze uważają ją za wartą ponoszonych wydatków. I właśnie w tym momencie dochodzimy do clue dzisiejszych rozważań, czyli zasadności dodatkowych inwestycji w sytuacji, gdy dane urządzenie nawet bez wspomagania gra na wielce satysfakcjonującym poziomie. Weźmy na ten przykład bądź co bądź bezdyskusyjnie świetny przedwzmacniacz gramofonowy Gold Note PH-10, który wydawać by się mogło, że i serwowany sauté jest bezkonkurencyjnym spełnieniem marzeń większości melomanów i miłośników czarnej płyty. Skoro jednak już w trakcie naszego ostatniego spotkania z włoskim phonostagem dochodziły nas słuchy, że Maurizio Aterini znając, drzemiący w swoim produkcie potencjał pragnie go z pomocą opcjonalnego, dedykowanego, zewnętrznego zasilacza uwolnić, to cierpliwie czekaliśmy na jego oficjalną premierę. Kiedy jednak owa premiera nastąpiła wpadliśmy z Jackiem na przyprawiający ekipę krajowego dystrybutora – częstochowskiej Delty Audio, szatański pomysł, że skoro Włosi chwalą się dość niebanalną kolorystyką, to warto byłoby co nieco z niej pokazać i jasno daliśmy do zrozumienia, że skoro czarną wersję już mieliśmy a srebrna wydaje się zbyt asekuracyjna, to warto byłoby się pochylić nad złotym, lub czerwonym malowaniem. Tym oto sposobem możemy Państwu z niekłamaną dumą zaprezentować pyszniący się kolorem szlachetnego kruszcu włoski duet Gold Note PH-10 & PSU-10.

O aparycji jednostki głównej, czyli PH-10 nie będę zbytnio się rozwodził, gdyż od lipca 2017 r, gdy testowaliśmy tytułowe phono, nic a nic nie uległo w nim zmianie. Pomijając oczywiste różnice kolorystyczne. Ot szalenie intuicyjna, za sprawą 2,8″ kolorowego wyświetlacza TFT i pokrętło – guzika SKC (Single Knob Control), obsługa, układające się w jodełkę nacięcia wentylacyjne korpusu i prawdziwe bogactwo interfejsów (dwie pary niezależnych wejść RCA, oraz wyjścia RCA i XLR) sprawiają, że zarówno inauguracyjna konfiguracja, jak i codzienne użytkowanie staje się czystą przyjemnością. Nadal mamy dostęp do 3 krzywych korekcji (RIAA, Decca-London, American-Columbia z rozszerzoną opcją dla każdego wyboru) z czego z pewnością ucieszą się posiadacze starych, pochodzących sprzed unifikacji tłoczeń, oraz możliwość regulacji wzmocnienia w zakresie od – 3dB do + 6dB, co zapewnia mniejsze różnice w głośności w stosunku do współczesnych – cyfrowych źródeł.
Front dedykowanego przedwzmacniaczowi zasilacza PSU-10 z oczywistych względów prezentuje się nieco skromniej. Brak wyświetlacza jednak nie dziwi, gdyż informacje o ilości zniekształceń, bądź chwilowym napięciu w sieci podczas odsłuchu spokojnie można uznać nie tylko za niezbyt przydatne co wręcz odwracające uwagę od samego odsłuchu. Mamy zatem tylko umieszczony w lewym górnym rogu złoty medalion z dmącym w róg buccina rzymskim legionistą i nazwy firmy wraz z symbolem modelu w prawym. Ściana tylna może za to pochwalić się gniazdem zasilającym IEC, włącznikiem głównym i wielopinowym, zakręcanym terminalem PSU Out. To właśnie z niego, stosownym przewodem dostarczana jest życiodajna energia do jednostki sygnałowej.
Zasilacz oparto m.in. na systemie dwóch dławików „Dual Chokes Design”, oraz aż czterech transformatorach, z których trzy dostarczają prąd do odbiornika a czwarty, odseparowany, obsługuje filtr indukcyjny i ww. dwa dławiki.

Skoro niniejszy test miał być z założenia swoistą weryfikacją, czy wydatek ponad 4 kPLN na dodatkowy zasilacz jest zasadny od strony logiki, ekonomii a przede wszystkim przyrostu finalnej jakości dźwięku uznałem, że warto odsłuchy rozpocząć od materiału na jakim podczas ostatniego spotkania raczyłem występującego solo PH-10. Dlatego też najpierw ponownie przesłuchałem bez PSU-10 całą poprzednią tracklistę począwszy od hardrockowego „Extreme II – Pornograffitti” Extreme po referencyjny „Moonlight Serenade” Raya Browna i Laurindo Almeidy a następnie powyższy repertuar po raz kolejny przepuściłem przez już kompletny, tytułowy duet. I …, i powiem szczerze, że efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. O ile bowiem sam phonostage nadal wydawał się bezkonkurencyjny w swojej cenie i posiadanie go w swoim systemie uznałbym za prawdziwy łut szczęścia, to po jego „uturbieniu” z użyciem PSU-10 przez pierwszych kilka dni usilnie starałem się po pierwsze zbytnio nie ekscytować, po drugie logicznie sobie wytłumaczyć, jakim cudem nawet na pułapie 10 kPLN, na jakim włoski duet zaczął egzystować nie sposób znaleźć dla niego godnego sparring partnera, a po trzecie, że warto byłoby wytknąć mu jakieś wady. Kwestii ekscytacji nie ma co się zbytnio roztrząsać, bo sprawa wydaję się być jasna – nowe urządzenia w torze zawsze nieco podnoszą ciśnienie i nawet mimochodem, podświadomie zaczynamy uważniej im się przysłuchiwać, przez co wyłuskujemy z nawet pozornie znanych na pamięć utworów nowe smaczki i niuanse. Dlatego tak istotny w procesie testowym jest aspekt czasu a dokładnie braku jego presji. Im dłużej bowiem czegoś słuchamy, tym mniejszą ekscytację z nim związaną czujemy a tym samym, przynajmniej teoretycznie, powinniśmy dostrzegać nie tyko jego zalety, lecz i ewentualne (oczywiste?) wady.
Zanim jednak do nich przejdziemy chronologia nakazuje zająć się kwestią drugą, czyli konkurencją, z którą w szranki nasi bohaterowie mogliby stawać. I tutaj pojawia się solidna nutka konsternacji, gdyż pod względem dynamiki, szerokości i rozmachu generowanej sceny muzycznej, jak i niezaprzeczalnego wyrafinowania Gold Note’y operują na orbicie takich krążowników jak Audia Flight FL Phono, czy … McIntosh MP1100. Tzn. starając się możliwie najdokładniej oddać walory brzmieniowe obiektu dzisiejszej wiwisekcji najbezpieczniej byłoby powiedzieć, iż z obu konkurencyjnych konstrukcji czerpie to co najlepsze i tka z nich swoją własną, misterną sygnaturę. Mamy zatem świetną rozdzielczość, oraz „odwagę” skrajów pasma znaną z Audii, a wysycenie średnicy, urzekającą homogeniczność i iście hollywoodzką spektakularność z McIntosha. W efekcie zachwycająco wypada zarówno nieco szkliste „Vägen” Tingvall Trio (tutaj wielkie brawa należą się za czarną otchłań za muzykami), jak i gęste, prog-rockowe (wg. samego Mariusza Dudy melancholijnie rockowe) „Wasteland” Riverside , czy nawet wirtuozersko zagmatwane w swym metalowym bogactwie „Distance Over Time” Dream Theater. Każdy instrument ma swoje ściśle określone na przestronnej scenie miejsce, nikt nikomu nie wchodzi na głowę a widz, znaczy się słuchacz, może rozkoszować się wrażeniem jakby muzycy grali tylko dla niego. Jednak w tym momencie warto podkreślić, że ów efekt dotyczy sytuacji, gdy zajmujemy miejsca gdzieś mniej więcej po środku widowni zarezerwowanego wyłącznie na nasze potrzeby teatru, bądź sali koncertowej a o przeniesieniu reprodukowanego dzieła do naszej audiofilskiej samotni nie ma mowy. Jest za to oddech, przestrzeń i wielce realistyczne odwzorowanie tak gabarytów poszczególnych instrumentów, jak i odległości dzielących poszczególnych muzyków od siebie. Gold Note’y bowiem czego jak czego, ale reskalowania prezentowanych źródeł pozornych unikają jak diabeł wody święconej.
A teraz, niejako na deser, kwestia trzecia, czyli ewentualne mankamenty. Niestety muszę się przyznać, iż niniejszy akapit powstał praktycznie z musu, by zamiast subiektywnej, lecz możliwie głęboko osadzonej w faktach recenzji, nie wyszła ociekająca lukrem laurka. Dlatego też jedyne, co mógłbym zarzucić duetowi Gold Note’a to pewne może nie tyle uśrednienie, czy też osłabienie różnicowania nagrań, co ewidentne wyciąganie za uszy słabszych realizacji. Oznacza to ni mniej ni więcej, że świetnie nagrane i zrealizowane płyty wprawiają w istny niemy zachwyt, za to te, których od zawsze słuchaliśmy głównie z sentymentu i przez wzgląd wyłącznie na warstwę muzyczną nagle dostają od losu, a tak po prawdzie od Włochów, drugie życie i brakujące elementy misternej układanki noszącej znamiona wyrafinowania. Tak, tak – wyrafinowania, gdyż o ile PH-10 solo traktował je dość pobłażliwie skupiając się na uwypukleniu ich melodyki i poprawieniu w ten sposób „strawności” o tyle pojawienie się PSU-10 można w pewnym sensie porównać do efektu jaki oferowały w latach 80-ych i 90-ych bufory lampowe aplikowane za szeleszczącymi i cykającymi odtwarzaczami CD. Mamy więc do czynienia z oczywistym odstępstwem od ortodoksyjnej transparentności a więc teoretycznie wadą, tylko wadą będącą zarazem przekłamaniem sprawiającym, że gorsze staje się nieco lepsze i przyjemniejsze w odbiorze. Ot jeden z audiofilskich dylematów, czy lepiej słuchać gorszego, lecz prawdziwszego – zgodnego ze stanem faktycznym dźwięku, czy też mając świadomość „małego oszustwa” cieszyć się każdą dobiegającą naszych uszu nutą. Ocenę takiego stanu rzeczy pozostawiam w Państwa gestii.

Reasumując powyższy, nieco przydługi wywód i wracając do sformułowanego we wstępie pytania, czy warto inwestować w dodatkowe zasilanie, śmiem twierdzić że w przypadku Gold Note PH-10 takowy krok, czyli zakup PSU-10 jest w 100% uzasadniony. Warto bowiem mieć świadomość, iż choć summa summarum przekroczymy magiczny próg 10 000 PLN, to jednocześnie pod względem jakości dźwięku wzbijemy się na pułap usytuowany co najmniej na dwukrotności ww. kwoty. Owa operacja wydaje się też wyjątkowo kusząca dla wszystkich obecnych posiadaczy PH-10 , dla których upgrade – nabycie samego zasilacza będzie nieco mniejszym obciążeniem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201; Dr.Feickert Volare + SME M2 + DV KARAT 17DX
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Szczerze powiedziawszy, bardzo zdziwiłbym się, gdyby ktoś z Was – tutaj mam na myśli stałych czytelników naszej testowej przygody spod znaku SoundRebels – choćby minimalnie nie kojarzył opisywanego w dzisiejszym odcinku analogowego konglomeratu. Dlaczego z premedytacją pozwalam na częściową znajomość tematu? Otóż sprawa jest banalnie prosta. Mianowicie dzisiejsze opiniotwórcze podejście jest perfidnie zaplanowanym potwierdzeniem, lub zaprzeczeniem – wynik pozostawmy na koniec zabawy – pozytywnego wpływu dodatkowego firmowego zasilania na znakomicie sprawujące się podstawowo skonfigurowane, czyli bazujące na wewnętrznym zasilaczu urządzenie audio. Jak wieść gminna niesie, to zazwyczaj co najmniej nie szkodzi, a często pomaga. Ale nie oszukujmy się, jeśli jedynie nie szkodzi, to po co wydawać dodatkową kasę w momencie braku pozytywnego wpływu? Po co ten cały wywód? Otóż po wstępnych rozmowach z dystrybutorem testowanego niegdyś włoskiego phonostage’a marki Gold Note PH-10 na temat podniesienia przezeń poprzeczki jakości dźwięku po zasileniu go dedykowanym zasilaczem PSU-10, mając w pamięci bardzo dobry wynik dziesiątki już w wersji saute jednogłośnie postanowiliśmy sprawdzić, czy euforia opiekuna marki na naszym rynku jest li tylko pobożnym życzeniem, czy ma potwierdzenie w realnym teście. Dlatego też, jeśli chcecie dowiedzieć się, czy i jakie zmiany wprowadza dodatkowa dawka energii w znanym z dobrych występów urządzeniu obrabiającym bardzo delikatny sygnał z wkładki gramofonowej, zapraszam do lektury poniższego testu.

Akapit przybliżający naszych bohaterów z tytułu pewnego rodzaju powtórki z rozrywki nie będzie zbyt długi. Obydwa produkty, czyli phpnostage PH-10 i zasilacz PSU-10 wykorzystują identyczne, w tym rozdaniu testowym mieniące się pięknym złotem szczotkowanego aluminium, stosunkowo niewielkie skrzynki. Na ich dachach, znajdziemy przechodzące na ścianki boczne ukośne nacięcia dla wentylacji układów wewnętrznych, a pomiędzy nimi okalane okręgiem logo marki. Jedynymi różnicami pomiędzy obydwoma partnerami testowymi (PH-10, PSU-10) są ich fronty i plecy, które wyposażono w akcesoria związane z pełnioną funkcją. Zasilacz z przodu oferuje jedynie nadrukowaną nazwę, małe logo marki i niebieską diodę sygnalizującą pracę urządzenia. A jego tył gniazdo zasilające, włącznik główny i wielopinowy terminal dla kabla łączącego PSU z phonostagem. Jeśli chodzi o głównego rozgrywającego, ten na awersie oprócz trzech identycznych stygmatów jak na wspomnianym zasilaczu jest w stanie pochwalić się dodatkowo kolorowym, wielofunkcyjnym wyświetlaczem i sporą gałką wywołująco-zatwierdzającą odpowiednie komendy na wspomnianym ekranie. Natomiast temat rewersu ogarniają wejścia dla dwóch wkładek gramofonowych, wyjścia analogowe RCA i XLR, gniazdo zasilania, włącznik główny i okrągłe wejście dla dodatkowego źródła zasilania. Wieńcząc ten akapit nie mogę zapomnieć o dla wielu miłośników starych wydań płyt winylowych ważnej informacji, jaką jest możliwość wyboru korekcji słuchanej płyty w zależności do sposobu jej zapisu, czyli Decca London, America/ Columbia i RIAA. Jak widać, mamy do czynienia z maleństwem, ale za to uzbrojonym po przysłowiowe zęby.

Delikatnie przypominając sposób prezentacji muzyki przez pozbawiony wsparcia phonostage z przyjemnością oznajmiam, iż zabawa z tytułowym PH-10 jawi się jako obcowanie z soczystym, ale pełnym dobrego konturu każdej nuty dźwiękiem. Nie ma miejsca na jakiekolwiek spowolnienie, czy szkodliwą nadwagę przekazu, tylko jesteśmy karmieni solidną dawką energii przy fajnym oddechu i znakomitym, bo bardzo czytelnym lokowaniu muzyków na wirtualnej scenie. Co zatem wnosi PSU? Przyznam szczerze, że bazując na dotychczasowych doświadczeniach dopuszczałem lekką poprawę wyżej wymienionych aspektów, ale nie spodziewałam się tak drastycznie pozytywnego odebrania ich nowego wcielenia. Wszystko, dosłownie wszystko zostało zjawiskowo zaakcentowane. Czy to krawędzie wirtualnych bytów, fantastycznie czarne tło, czytelność sceny w wektorach szerokości i głębokości, czy bardzo ważna szybkość narastania dźwięku, po zastosowaniu firmowego zasilania nabrało jeszcze bardziej, w dobrym tego słowa znaczeniu, wyczynowego wymiaru. Przesadzam? Otóż nie, bowiem po usłyszeniu pierwszych symptomów podniesienia poprzeczki, aby uniknąć błędnej diagnozy, na talerzu gramofonu lądowały tylko bardzo wymagające wspomnianych aspektów sonicznych płyty typu hard rock – AC/DC, lekka elektronika – Depeche Mode i wycyzelowany realizacyjnie jazz spod znaku ECM. Każdy nurt czerpał z nowego testowego mariażu co najlepsze. Zazwyczaj niezbyt dobrze nagrany rock za sprawą wpisanych w kod DNA Gold Note’a oczyszczania tła i dbania o czytelność krawędzi dźwięków tym razem wręcz idealnie pokazywał pracę bardzo wyrazistych gitarzystów tej formacji. Oczywiście szedł również w sukurs perkusiście i wokaliście odszumiając wykrzyczane przez frontmana frazy gardłowe. W podobnym, to znaczy pozytywnym, tonie wypadała każda elektronika. Ale ta pokazywała inne środki wyrazu włoskich konstrukcji. Jakie? Proszę bardzo. Jak nigdy wcześniej mój pokój trząsł się przy każdym sejsmicznym pomruku i jak rzadko kiedy ciął powietrze feerią syntetycznych przesterów i różnego rodzaju świstów. A co z przecież raczej stawiającym na odbieraną przez niektórych melomanów jako nudę jazzem? Jak to co. Przecież to jest muzyka ciszy, której największym atutem jest wykreowanie nieskazitelnego, zbliżonego do efektu wizyty w komorze bezechowej skupienia słuchacza, a to jest jedną z fantastycznych umiejętności tytułowych dziesiątek. System buduje odpowiednie napięcie, by w odpowiednim momencie realizując zamierzenia artystów nagle przeciąć owy stan bezwładności piekielną iskrą blach bębniarza. Ale nie jakąś wynaturzoną wersją przerysowanych wybrzmień kilku talerzy, tylko bogatą w miliony iskierek realizacją zapisanych na pięciolinii nut. Przyznam szczerze, że tę umiejętność bez naciągania faktów jestem w stanie nazwać od zawsze poszukiwanym przeze mnie, niestety zazwyczaj na zdecydowanie wyższej półce cenowej zjawiskiem, a tutaj zderzam się z tym na poziomie cenowym dla zwykłego Kowalskiego. Cuda panie, cuda. I tym pozytywnym akcentem pozwolę sobie zakończyć ten tekst. Jednak zapewniam, iż nie chodzi mi w tym momencie o fakt braku kolejnych przykładów muzycznych, tylko w przypadku kolejnych pozytywnych opinii mógłbym zostać posądzony o drukowanie meczu, czego najzwyczajniej w świecie zestaw Gold Note PH-10, PSU-10 nie potrzebuje. Nie wierzycie? Wypożyczcie, posłuchajcie i dajcie znać, czy naciągałem fakty.

Sądząc po wypisanych powyżej zaletach wspomaganego dodatkowym zasilaczem phonostage’a mamy do czynienia z rasowym fighterem. Jest wyrazisty, ale nie przekracza zdrowego rozsądku, co w zdecydowanej większości zestawów audio ma duże szanse zakończyć się eliminacją dotychczasowego phono z wydawałoby się skończonej układanki. Czy tak się stanie naturalnie zależeć będzie od Waszych oczekiwań. Ale ze swojej strony mogę powiedzieć jedno: jeśli szukacie wyraźniej kreski źródeł pozornych, fajnej masy dźwięku, a przy tym dobrego ataku, tytułowy zestaw Gold Note ma szansę być lekiem na doskwierające Wam z racji konfiguracyjnych błędów zło.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement, CHORD Signature XL
IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Delta Audio / Gold Note
Ceny
GoldNote PH-10: 6 119 PLN
GoldNote PSU-10: 4 180 PLN

Dane techniczne
GoldNote PH-10
Korekcja wzmacniacza: 3 wybrane krzywe [RIAA – Decca-London – American-Columbia] z rozszerzoną opcją dla każdego wyboru
Filtr subsoniczny: 10Hz / 36dB na oktawę
Pasmo przenoszenia: 15Hz – 100kHz +/- 0.3dB
THD (całkowite zniekształcenie harmoniczne): <0,002%
Stosunek sygnału do szumu: -102dB
Zakres dynamiki: 122dB
Impedancja wyjściowa: 50Ω
Charakterystyka fazowa: liniowa
Wejścia analogowe: 2 niezależne pary RCA
Czułość wejściowa: 0,1 mV MC do 7,0 mV MM
Impedancja wejściowa: 9 opcji wyboru [10Ω, 22Ω, 47Ω, 100Ω, 220Ω, 470Ω, 1000Ω, 22KΩ, 47KΩ]
Wzmocnienie: 65dB MC – 45dB MM z 4 opcjami [-3dB 0dB + 3dB + 6dB]
Poziom wyjściowy (stały): 2V RCA, 4V XLR
Zużycie energii: 30 W
Wymiary (S x W x G): 220 x 80 x 260 mm
Waga: 4 kg

Gold Note PSU-10
4 niezależne tory zasilania
4 niskoszumowe regulatory napięcia
+12V zasilanie, +5V zasilanie sterowania
+/- 14V zasilanie filtra
Odchylenie napięcia: 0,05 %/V
Regulacja obciążenia dla wszystkich torów: 0,05 %Vu
Liniowa redukcja szumu: >80dB
Całkowita redukcja szumu: >80dB
Czas uzyskania pełnej mocy: < 2,5 μs
Moc nominalna: 25W
Moc w szczycie: 50W
Pobór mocy w trybie standby: <1W
Wymiary (S x W x G): 220 x 80 x 260 mm
Waga: 5kg

Pobierz jako PDF