1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. McIntosh MA252

McIntosh MA252

Opinia 1

Poruszając się w sferze dóbr … nazwijmy je umownie „luksusowych” można zauważyć pewną, niewątpliwie zaskakująca dla przypadkowego obserwatora, prawidłowość. Otóż miłośnicy owego, wspomnianego przed chwilą „luksusu” gotowi są zapłacić krocie za coś, co wyglądając pozornie zupełnie zwyczajnie, zostało sygnowane przez „Kogoś” – swoistego mistrza, senseja, znanego i szanowanego designera. Mamy zatem intrygujące wersje, lub też jedynie wdzianka, butelek Piper-Heidsieck Champagne autorstwa Jean-Paul Gaultiera, przepiękną, kryształową karafkę L’Or de Jean Martell Dome Special Edition zaprojektowaną przez Erica Gizarda, czy już przykład z naszego podwórka – sygnowane przez Kena Ishiwatę „specjalne” wersje Marantzów. Największą jednak biegłość w tego typu praktykach osiągnęli amerykanie zajmujący się od dawien dawna dwuśladami. Przychodzi coś Państwu na myśl? Chodzi oczywiście o markę Harley-Davidson i jej złote motto wygłaszane niczym mantra przez sprzedawców – „Kupując Harley’a kupujesz legendę, a motocykl dostajesz gratis”. Mistrzowskie zagranie, nieprawdaż? Co ciekawe podobną drogą podąża pewien, również mający swoją siedzibę w USA, lecz nie w Milwaukee a Binghamton, producent, którego wyroby, oczywiście w pewnych kręgach, również za legendarne uchodzą. Jak się domyślacie mowa o McIntosh Laboratory i całą związaną z tą „legendą amerykańskiego High-Endu” otoczką. W dodatku w dzisiejszej odsłonie zajmiemy się produktem na swój sposób przełomowym, gdyż pierwszym a zarazem jedynym w blisko siedemdziesięcioletniej historii zintegrowanym wzmacniaczem hybrydowym MA252.

Uczciwie trzeba przyznać, że jeśli chodzi o stylistykę, to Amerykanie czerpiąc pełnymi garściami z tego co w historii marki najlepsze, czyli legendarnego MC275, stworzyli na jego temat swoistą wariację w zdecydowanie nowszej, bardziej współczesnej a zarazem kompaktowej formie. MA252 zaprojektowano bowiem zgodnie z klasycznym dla McIntosha, charakterystycznym i niepodrabialnym wzornictwem. Skośnie ściętą na froncie platformę nośną wykonano z polerowanej stali nierdzewnej a czernione boczne ścianki przyozdobiono odlewanymi z aluminium napisami informującymi oczywiście o producencie i modelu urządzenia. Na przedzie pierwszej w historii, działającej od 1949 r. firmy, hybrydy umieszczono jedynie dwa, utrzymane w stylistyce retro pokrętła odpowiedzialne za regulację głośności i wybór źródła. Tuż za nimi, na wypolerowanej „nierdzewce” przycupnęły cztery niewielkie lampki. To właśnie sekcja przedwzmacniacza, w której w każdym kanale pracuje zestaw lamp 12AX7a i 12AT7, oczywiście podświetlonych firmową zielonkawą poświatą, które bezpośrednio po włączeniu, czyli w trakcie rozgrzewania/stabilizacji, okraszone są przez kilkanaście sekund pomarańczowo-bursztynową iluminacją. Takie samo podświetlenie pojawia się w momencie aktywowania systemu zapobiegającego przesterowanie głośników – Power Guard®.
Dodatkowo każda z lamp otrzymała estetyczny, ochronny koszyczek z firmowym logotypem na plastikowym, zamocowanym na jego szczycie „kapselku”. Przesuwając wzrok dalej ku tyłowi napotkamy okolony firmowymi, charakteryzującymi się umieszczonym na nich monogramem „Mc” radiatorami McIntosh Monogrammed Heatsinks™, panel z całkiem czytelnym wyświetlaczem OLED informującym o aktualnych parametrach pracy, wybranym źródle, itp. Wyświetlacz ten jest też przydatny do bardziej zaawansowanych opcji, jak zmiana nazw poszczególnych wejść, ustawienie balansu, czy też aktywacja / dezaktywacja regulacji barwy.
Ściana tylna, jak to u Maca jest dwustrefowa. Smolisto czarną górę zdobią przepiękne, masywne i iście biżuteryjne pojedyncze terminale głośnikowe a dolny, polerowany pas to już królestwo interfejsów we/wyjściowych. Do dyspozycji mamy parę XLRów, dwie pary wejść RCA, wyposażone w zacisk uziemienia wejście dedykowane wkładkom MM i … nieco egzotyczne, przynajmniej z naszego – ortodoksyjnego punktu widzenia, wyjście dla subwoofera.
Wzmacniacz do klienta dociera w stanie umożliwiającym jego uruchomienie praktycznie od razu po wyjęciu z kartonu. Jedyną rzeczą jaką może, bo wcale nie musi, zrobić jego nabywca jest założenie ochronnych koszyczków na lampy, które są już zamontowane fabrycznie. W komplecie znajduje się oczywiście pilot, który choć całkowicie plastikowy i o dość niewielkich gabarytach doskonale spełnia swoje zadanie i szalenie ułatwia zarówno codzienna obsługę wzmacniacza, jak i bardziej skomplikowane zmiany w poszczególnych podpoziomach menu.

Patrząc z perspektywy urządzeń przyozdobionych charakterystycznym zielonym logotypem, które przewinęły się przez nasze redakcyjne systemy, a trochę tego było (C2500, system MCD1100 + C1000T + MC2301, MT10, MP1100, MA8900) można uznać MA252 za przedstawiciela dedykowanej gabinetom i sypialniom linii mini. To jednak tylko pozory, gdyż 252-ka o ile swoją posturą może nie przytłacza, to serce do grania ma jak starsze rodzeństwo – wielkie. W dodatku, właśnie poprzez swoją kompaktowość, poniekąd lepiej wpasowuje się w europejskie, niewielkie metraże, aniżeli potężne kolosy dedykowane co najmniej 50 metrowym amerykańskim salonom. W końcu 100 W przy 8 Ω i 160 przy 4-ech w większości przypadków, o ile tylko nie będziemy próbowali uzyskać koncertowych poziomów głośności z podpiętych do tytułowej hybrydy Gauderów Dark 100 (recenzja wkrótce), powinno być w zupełności wystarczające. I tak też jest w rzeczywistości, gdyż pomimo iż dystrybutor – warszawski Hi-Fi Club, wraz ze wzmacniaczem, zapobiegliwie dostarczył również firmowe kolumny XR100, w pełni satysfakcjonujący efekt osiągnąłem ze swoimi dyżurnymi Gauderami Arcona 80.
Po kilkudniowej rozgrzewce, gdy wszelakiej maści obawy związane z ewentualnym niewygrzaniem zostały rozwiane, postanowiłem nieco bardziej krytycznie przysłuchać się amerykańskiemu mikrusowi. Pierwszy rzut oka, znaczy się ucha i … nieźle, naprawdę nieźle. Pół żartem, pół serio i siląc się na zachowawczość mógłbym co prawda upierać się przy asekuracyjnym stanowisku, że „słychać było potencjał”, jednak muzykalność i autentyczna, atawistyczna chęć do grania 252-ki całkowicie niweczyła powyższe założenia. Nawet przy dość oszczędnej aranżacyjnie i zagranej na całkowitym luzie „Crosseyed Heart” Keitha Richardsa nie sposób było spokojnie wysiedzieć w fotelu. W dodatku pomimo zauważalnego faworyzowania średnicy i tym samym przybliżenia pierwszoplanowych popisów wokalnych, całość miała odpowiedni, nieco garażowy pazur, energetyczną basową podstawę i rozdzielcze, choć przyprószone lampową słodyczą wysokie tony. Całe szczęście owe lampowe piętno nie sprawiło, iż chropawe, przepalone i przepite gardło 70-letniego Stonesa wydało z siebie dźwięki, jakby od maleńkości przepłukiwane było jedynie letnim kakaukiem i sokiem z hibiskusa. Wspominam o tym, bo bardzo często można napotkać w sieci opinie, iż właśnie implementacja lamp w źródle, bądź w sekcji przedwzmacniacza jest panaceum na całe zło objawiające się szorstkością i kanciastością. Tymczasem to jedynie szczypta słodyczy, mała łyżeczka miodu w całej beczce destylatu z Islay. Krótko mówiąc MA252 można uznać za równie przesłodzonego, jak Ardbega Grooves Limited Edition za trunek wybitnie deserowy, jak nie przymierzając ajerkoniak. Oczywiście dla miłośników ekstremalnych suchotników i daleko posuniętej desaturacji, czy też odarcia przekazu muzycznego z wszelakich emocji na rzecz rozbijania każdego dźwięku na atomy McIntosh może wydać się zbyt … „ładny”, ale bądźmy szczerzy – to już ich problem, nie nasz. Słodko i zmysłowo wypada za to pojawiająca się gościnnie na „Illusion” Norah Jones, ale … ona właśnie tak śpiewa, więc trudno mieć o to do Maca pretensję.
Przesiadka na nieco ostrzejsze brzmienia i zdecydowanie bardziej wymagające aranżacje z repertuaru szwajcarskiej formacji Shakra („Snakes & Ladders”) bardzo dobitnie pokazała, że i w klimatach hard’n’heavy tytułowa hybryda nie tylko nie rozczarowuje, lecz rzuca się w wir wydarzeń niczym rozbrykany Golden Retriever w błotnistą kałużę. Wysycona średnica i przyprószone lampowym ciepłem wysokie tony sprawiają, że nieco kanciste, czy też cierpiące na pochodne niedoskonałości realizacyjnych sybilanty i ziarnistość już tak nie rażą i poprzez pewną ich tonizację nie psują przyjemności odsłuchu. Bas schodzi całkiem nisko i ma odpowiedni drajw. Co prawda w kategoriach bezwzględnych wypadałoby wspomnieć o fakcie, iż kreślony jest grubszą aniżeli np. przez Brystona 4B³ kreską i nie oferuje takiego wglądu w jego strukturę, ale patrząc na różnice w cenie i mocy obu konstrukcji wydaje się to całkiem zrozumiałe.
Warto jednak pochwalić McIntosha za brak prób upraszczania pewnych problematycznych zagadnień poprzez samowolne szukanie dróg na skróty. W momencie bowiem, gdy wieloplanowość i złożoność kompozycji, w stylu chóralnych partii „Magnificat/ Gloria” Vivaldiego, wykracza poza jego możliwości z niezwykłą gracją obniża rozdzielczość dalszych planów skupiając swoją, i zarazem słuchacza, uwagę na wydarzeniach rozgrywających się bliżej odbiorcy resztę prezentując w formie impresjonistycznych plam. Dzięki czemu nie tracimy precyzji w ogniskowaniu bliższych źródeł pozornych a te dalsze – trzecio i czwarto planowe pełnią wtedy rolę idealnie pasujące do całości tło.

Pomimo zaskakująco kompaktowej, jak na amerykańskie standardy, konstrukcji McIntosh MA252 wcale nie cierpi z powodu zbyt zwiewnego, czy też anorektycznego brzmienia. Śmiem wręcz twierdzić, iż osoby oceniające go li tylko po wyglądzie mogą mocno, a przy tym pozytywnie, się zdziwić ile dynamiki i soczystości drzemie w tej hybrydowej konstrukcji. Klasyczny wygląd, intrygująca iluminacja a przede wszystkim typowo „firmowe” brzmienie nie tylko nie rozczarują wiernych miłośników marki, lecz mają spore szanse na pozyskanie kolejnych zastępów akolitów dysponujących nieco skromniejszymi budżetami i warunkami lokalowymi. Czy mamy zatem do czynienia z rozmienianiem się na drobne? W żadnym wypadku, gdyż start z pułapu jaki oferuje MA252 w pełni zasługuje na uznanie, a że starsze rodzeństwo operuje na zdecydowanie wyższych pułapach tak cenowych, jak i gabarytowych, to tym lepiej. Bowiem jeśli tylko estetyka w jakiej gra (i przy okazji wygląda) tytułowa integra przypadnie nam do gustu, to możliwości dalszej eksploracji firmowego portfolio będą w stanie zapewnić nam zajęcie na długie lata.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips.

Opinia 2

Chyba nie zdradzę tajemnicy poliszynela, gdy przypomnę, iż co prawda w końcowej fazie, ale nadal znajdujemy się tak zwanym okresie ogórkowym, czyli ni mniej ni więcej mamy odbierające nam wszystkim ochotę do nadmiernego zaangażowania w jakiekolwiek działania wakacje. Po co o tym przypominam? Aby spowodować u co poniektórych stan podłamania nieubłaganym dobieganiem ich do końca? Nie. Raczej chodzi mi o fakt stosowania różnych sposobów przeciwdziałania ogólnemu marazmowi przez zainteresowane ruchem w interesie podmioty gospodarcze. Jakie to sposoby? Nie wiem do końca, co robi konkurencja, lecz prawdopodobnie stosuje bardzo modne obecnie działania podprogowe. A co robimy my? Tutaj mam dobre wieści. Nie używamy tak podłych psychologicznych zagrywek, tylko nie przebierając w środkach dla urozmaicenia recenzenckiego ciągu portalowych wydarzeń sięgamy po ikony rynku szeroko pojętego audio. Uczciwe podejście to tematu? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, miło mi zaprosić zainteresowanych na przygodę z kultową amerykańską marką McIntosh, która w tym odcinku wystawiła do walki hybrydowy wzmacniacz zintegrowany MA252 i w moim przypadku (Marcin słuchał samego wzmacniacza) wspomagające go firmowe zespoły głośnikowe XR100. Zainteresowani? Sądzę, że inna niż pozytywna odpowiedź byłaby nieuprawnioną złośliwością, dlatego też wieńcząc rozbiegówkę dodam, iż zainicjowane starcie ze śmiało można powiedzieć tytanem segmentu High Endu zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi HiFi Club.

Jak prezentuje się tytułowa integra? Cóż, bez najmniejszego naciągania faktów i mimo pełnoprawnej przynależności do działu rozdających karty w tym biznesie, jest stosunkowo mała. Naturalnie nie oznacza to bycia płaskim, rodem z dawnych wież „mini” mikrusem, ale do rozmiarowego rozmachu końcówek oferujących 1.25 KW mocy tego brandu sporo jej brakuje. A jak wygląda? Inżynierowie zza wielkiej wody bez silenia się nad wymyślną obudową nie szukali szczególnych designerskich nowości, tylko swoje siły ładnego opakowania opartej o lampy elektronowe i tranzystory elektroniki skierowali w stronę dobrania odpowiedniej kolorystyki i wykończenia każdej z części wykorzystującej typową dla lampiakaów platformy. Tak tak, 252-ka jest dość wąską w odniesieniu do typowego rozmiaru płaską skrzynką, na której, patrząc od frontu, dla spełnienia ciekawych doznań wizualnych na wykończonej w chromie płaszczyźnie wyeksponowano podświetlone na zielono szklane bańki, a tuż za nimi ulokowano użebrowany na bokach wielkimi radiatorami i dodatkowo wentylowany dwoma blokami podłużnych wycięć na dachu, wykończony w czarnym macie prostopadłościan z częścią elektroniki i transformatorami. Front w dwóch trzecich swojej wysokości,dla delikatnego przełamania monotonii, został odchylony ku tyłowi. Przyznam szczerze, że na tle znanej mi z wcześniejszych spotkań konkurencji jest to fajny wizerunkowy myk. Mało tego. Aby nie zaburzyć tego akcentu atrakcyjności hubrydowy maluszek na wspomnianej skośnej części awersu oferuje nam jedynie dwie gałki (lewa wybór wejść, prawa włącznik i pokrętło głośności), wejście słuchawkowe i diodę sygnalizującą stan pracy. Referując znajdujący się na plecach wzmacniacza zestaw przyłączy jestem zobligowany zeznać, iż na dolnej (chromowanej) płaszczyźnie patrząc od lewej znajdziemy terminal zasilania ze znajdującym się nad nim gniazdem bezpiecznika, dwa wejścia serwisowe, wyjście RCA dla subwoofera, jedno wejście XLR, dwa RCA i na prawej flance wejście na przedwzmacniacz gramofonowy dla wkładek MM z niezbędnym w takim przypadku zaciskiem uziemienia. Zaś piętro wyżej, czyli na czarnej nadstawce umieszczono pojedyncze zaciski kolumnowe. Ostatnim, tym razem z punktu widzenia prezentacji wizualnej opiniowanego wzmacniacza a zarazem bardzo ważnym elementem, jest fantastycznie prezentujące się, wykorzystujące gotycką czcionkę logo marki z oznaczeniem modelu. Zbędny blichtr? Zapewniam, że nie, co w przypadku niepewności jesteśmy w stanie docenić tylko podczas osobistego kontaktu.

Jeśli chodzi o kolumny, te są równie ciekawe jak wzmacniacz. Z tą tylko różnicą, że gdy piecyk w swej nieprzeciętności raczej stawiał na wygląd, to zespoły głośnikowe na budowę. O co chodzi? Przecież to widać gołym okiem. Ale od początku. Mamy do czynienia z dość wysokimi i z racji wąskiego frontu smukłymi, wykończonymi w kolorze piano black skrzynkami. Ich boczne ścianki w trosce o eliminację ewentualnych szkodliwych dla dźwięku wewnętrznych rezonansów zwężając się ku tyłowi płynnym łukiem delikatnie się zapadają. Na plechach znajdziemy zlokalizowany w górnej części prostokątny otwór bassreflexu i tuż nad ziemią podwojone zaciski dla kabli sygnałowych. Całość konstrukcji stabilizowana jest na czterech przykręcanych do podstawy, zwiększających rozstaw punktów podparcia stopach, w które według potrzeb wkręcamy dostarczone w komplecie kolce lub płaskie stopki. I gdyby komuś wydawałoby się, że w tej wyliczance nie ma nic ciekawego, spieszę przybliżyć pakiet danych na temat najciekawszego punktu projektu o handlowej nazwie XR100 frontu. Cóż w nim tak niespotykanego? Otóż ciekawostką jest podejście konstruktorów McIntosh’a do przetwarzania średnich tonów, a konkretnie mówiąc zastosowanie nie jednego większego drajwera, tylko dziesięciu małych, symetrycznie skupionych wokół wysokotonówki na aluminiowej wyspie głośników. Przyznam szczerze, że gdy ujrzałem taki rozwój membranowych wydarzeń, natychmiast zapaliła mi się kontrolka dotycząca spójności przekazu. Jednak w obawie przed ewentualnym przedwczesnym linczem producenta tym razem trochę uprzedzając fakty przyznam, na szczęście, jak okażę się w dalszej części tekstu, strach miał jedynie wielkie oczy. Listę znajdujących się na froncie tych konstrukcji głośników uzupełniają jeszcze, bez problemu radzące sobie z wypełnieniem niskimi rejestrami kubatury mojego pokoju cztery basowce. Ostatnim namaszczeniem tej części XR100 jest znajdujące się tuż nad podłogą, podobnie do wzmacniacza kreślone gotykiem logo marki.

Rozpoczynając opis brzmienia przygotowanego zestawu najpierw odniosę się do wspomnianych obaw o spójność przekazu. Jak sygnalizowałem, miałem pewne obawy, że rozdrobnienie promieniowania tak ważnego dla naszego dla nas przedziału pasma akustycznego może odbić się na jego czytelności lub całkowitym oderwaniu się od reszty podzakresów. Tymczasem jedynym co zauważyłem, był efekt delikatnego jego doświetlenia, a co za tym idzie, otrzymałem dodatkową szczyptę napowietrzenia spektaklu muzycznego. Zatem jeśli jakiś system cierpi na mówiąc kolokwialnie “przyduchę”, jego właściciel pierwsze kroki powinien skierować w stronę XR100. Kolumny wniosą nieco rozmachu w średnicy i nagle świat zacznie być radosnym, a przecież o to w kontaktach z muzyką chodzi. Ale oznajmiam również, mój raczej pozbawiony naleciałości typu spowolniony, czy otyły dźwięk system przez cały czas testu nie zgłaszał najmniejszych problemów z powodu jankeskiego rozwiązania, tylko raczej w pełni z niego korzystał, co sugeruje dużą kompatybilność kolumn z potencjalnymi konfiguracjami audio. Ale do rzeczy. Obcowanie z muzyką w zaproponowanym przez dystrybutora zestawieniu zaowocowało bardzo przyjemnym w odbiorze zderzeniem z realiami zapisów nutowych. To był zawsze bardzo gładki, a przez to pozbawiony szorstkości, dobrze poukładany na wirtualnej scenie w wektorze głębokości i nieco faworyzujący pierwszy plan dźwięk. Co więcej, oprócz opisanego na początku tego akapitu sznytu otwarcia średnicy dzięki baterii czterech przetworników niskotonowych gdy wymagał tego materiał zapisany na płycie, dolny zakres bez problemu realizował wszystkie zamierzenia artystów. Naturalnie za sprawą wzmacniania sygnału hybrydową integrą, podczas kilkunastodniowego obcowania z popularnymi MAC-ami nie zanotowałem wyczynowości na skrajach pasma, ale biorąc pod uwagę zamierzony w procesie ustalania zestawu do testu udział lamp w torze stawianie w głównej mierze na muzykalność i gładkość w żadnym wypadku nie może być uważane za jakikolwiek problem, tylko konsekwencję świadomego wyboru. Wiem, wiem, poprzednie zdanie jest audio elementarzem, ale znając życie w celu uniknięcia manipulacji przez potencjalnych przeciwników szklanych baniek wolałem wyłożyć to jasno wyartykułować. Zatem jak wszystkie wskazówki wypadały w konkretnych propozycjach płytowych? Weźmy na początek płytę Johna Surmana „Invisible Threads”. Jego popisy na klarnecie basowym i saksofonie barytonowym wypadały zjawiskowo. Z jednej strony niosły ze sobą niezbędną do oddania ich masy dawkę energii, a z drugiej korzystając z dobrodziejstw konstrukcji kolumn brzmiały niezwykle świeżo i lekko. Mało tego, przecież we wspomnianym projekcie mamy jeszcze uwielbiany przeze mnie wibrafon, który podobnie do instrumentów frontmana był bardzo angażujący. Emanował soczystością, dźwięcznością. ale również fajną krągłością, co o dziwo nie powodowało utraty tak ważnego dla bębniarza blasku perkusjonaliów. Owszem, nie była to prezentacja rodem z diamentowych wyczynów kolumnowej konkurencji, ale zapewniam, nigdy nie odczuwałem potrzeby ich tłumienia. Po prostu spowodowana konsekwencją systemu inna niż mam na co dzień propagacja wibracji uderzanych drewnianą pałką talerzy. Idźmy dalej. Żeby potwierdzić usłyszane podczas jazzowych ballad wnioski jako kolejny punkt programu wybrałem produkcję Michela Godarda „Monteverdi A Trace Of Grace”. Rozmach goszczącego muzyków klasztoru i powodująca echo reakcja jego ścian na odbywające się na posadzce wydarzenia wciągnęły mnie w twórczość Claudio Monteverdiego od pierwszego do ostatniego tracka tej płyty. Podobne w brzmieniu do Johna Surmana instrumentarium Michela Godarda również i tym razem za sprawą lampek w układach elektrycznych zdawało się kipieć ze szczęścia. To była feeria barwnych barokowych wokaliz przy akompaniamencie również pięknie brzmiących instrumentów dawnych. Na koniec przygody z Amerykanami przywołam starcie z muzyką buntu, którą w moim przypadku dość często jest twórczość zespołu Metallica. I jak? Przecież cały czas piałem nad muzykalnością zestawu, co nie zawsze idzie w parze z ciężkim brzmieniem. Spokojnie. Również w starciu z mocnymi gitarowymi riffami, energetyczną stopą perkusji i charyzmatycznym wokalem zestaw MA252 i XR100 pokazał się z dobrej strony. Może nie wyciął pozornych źródeł dźwięku z wirtualnej sceny skalpelem i nie wykrzyczał wszystkiego w sposób idealny dla tego typu muzy, ale nie mogę powiedzieć, że była to uśredniona metalowa papka. Było spokojniej niż nakazywałby wzorzec, ale nie bez życia, tylko typowa dla mocnych układów lampowych nieco ukulturalniona, ale nadal energetyczna jazda bez trzymanki, czego w pewnym sensie oczekiwałem i co w konsekwencji wyboru wzmocnienia otrzymałem.

Zbierając rozrzucone w ostatnim akapicie wskazówki w jedną całość śmiało mogę powiedzieć, że jeśli podczas słuchania muzyki nie dzielicie włosa na czworo, tytułowy zestaw zdaje się być idealnym kandydatem do przynajmniej zapoznawczego odsłuchu. Oferuje dobrą podstawę basową, pełne życia średnie tony i dotknięte gładkością lampy, ale nie zamglone, wysokie rejestry. To zaś w moim mniemaniu jest bardzo dobrą prognozą, że jeśli Wasza układanka audio nie cierpi na ociężałość, w momencie potencjalnego ożenku przyniesie same dobre skutki. Czy jest to dźwięk dla wszystkich? Jak zwykle przy takim pytaniu choćby z racji bytu zagorzałych wrogów lamp w środowisku audiofilów nie może być innej odpowiedzi niż „nie”. Ale ze swojej strony mogę powiedzieć, że mimo posiadania systemu ze zdecydowanie wyższej półki cenowej to, co zaprezentowali Amerykanie, było bardzo bliskie memu sercu. Czy podobnie będzie z Wami, niestety musicie sprawdzić sami. Innego wyjścia nie ma.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Cena
McIntosh MA252: 17 500 PLN
McIntosh XR100: 48 000 PLN (para)

Dane techniczne

McIntosh MA252
Wejścia: para XLR, dwie pary RC, para phono RCA
Moc wyjściowa: 100 W / 8 Ω, 160 W / 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz (+/-0.5 dB), 10 Hz – 100 kHz (+/-3 dB)
Czułość wejścia phono (MM): 3.0 mV
Impedancja wejściowa (phono MM): 47 kΩ; 50pF
Odstęp sygnał/szum (MM): 80 dB
Maksymalne napięcie wyjściowe: 8 V
Czułość wejść: 0,6 V (XLR), 0,3 V (RCA)
Impedancja wejściowa: 20 kΩ
Zniekształcenia THD: 0.03%
Odstęp sygnał/szum: 97 dB
Współczynnik tłumienia: >200 (8 Ω), >100 (4 Ω)
Pobór mocy: <0,5W standby
Wymiary (S x W x G): 30.5 x 19.4 x 45.7 cm
Waga: 12,7 kg

McIntosh XR100
Konstrukcja: 4-drożna, wentylowana
Impedancja nominalna: 8 Ω
Skuteczność: 87 dB (SPL, 2.8V/1m)
Pasmo przenoszenia: 30Hz-45kHz
Zalecana moc wzmacniacza: 75 – 600 W
Częstotliwości podziału zwrotnicy: 300 Hz, 2 kHz, 8 kHz
Przetworniki niskotonowe: x szt. 6″ Cast Frame, LDHP, Poly Cone
Głośniki średniotonowe: 8 szt. 2″ Inverted Titanium Dome Midrange, 2 szt 2″ Titanium Dome Tweeter
Przetwornik wysokotonowy: 3/4″ Titanium Dome
Wymiary ( S x W x G): 203 x 1295 x 469 mm
Waga: 31kg

Pobierz jako PDF