1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Boulder 866 Integrated

Boulder 866 Integrated

Link do zapowiedzi: Boulder 866

Opinia 1

Obserwując współczesny rynek, nadmienię jedynie, że nie tylko audio, ze smutkiem muszę skonstatować, iż wszystko zmierza w niekoniecznie oczekiwanym przez odbiorców, do grona których niewątpliwie się zaliczam, kierunku. Z jednej strony zdolności produkcyjne i automatyzacja owej prowadzi do optymalizacji kosztów własnych wytwórców a z drugiej, zerkając na sklepowe półki ze zdziwieniem odrywamy nieustający wzrost cen. Jakby tego było mało co i rusz okazuje się, że płacąc krocie – nie raz i nie dwa wielokrotność tego, co trzeba było wyłożyć jeszcze dziesięć, czy nawet pięć lat temu, otrzymujemy produkt może i bardziej funkcjonalny, szczodrzej nafaszerowany wszelakiej maści wodotryskami, lecz wykonany gorzej i mówiąc wprost obliczony na zdecydowanie krótszy bezawaryjny żywot. Przykro mi, ale nie tylko z logiką, co ze zwykłą ludzką przyzwoitością, przynajmniej z mojego punktu widzenia, niewiele ma to wspólnego. Dlatego też już dawno w SoundRebels uodporniliśmy się na zjawisko pozycjonowania konkretnych „objawień” li tylko poprzez cenę, jak też i nasza impregnacja na podprogowe przekazy działów marketingów osiągnęła skuteczność Gore-Tex-u. Doszło wręcz do tego, iż jedynie wstępnie weryfikujemy, by dostarczane do naszej redakcji „przejawy inwencji twórczej” nie zbliżały się zbytnio do poziomu popularnej „budżetówki” a oficjalną cenę potwierdzamy u dystrybutora/producenta tuż przed samą publikacją. Czemu zatem służy ów wstęp? Bynajmniej nie chodzi o legalizację patologicznych zjawisk, czy chociażby indyferentyzm na takowe, lecz wręcz przeciwnie – zaskoczenie i to w dodatku zaskoczenie bezsprzecznie pozytywne, jakiego dane nam było doświadczyć a którym postanowiliśmy się z Państwem w ramach inaugurującej rok 2021 recenzji podzielić. Któż a raczej cóż sprawiło nam ową niespodziankę? Sprawcą okazał się kolektyw składający się z amerykańskiego zespołu Boulder Amplifiers i naszego rodzimego dystrybutora marki – stołeczno-katowickiego SoundClubu dostarczając nam do testów następcę wybitnie wpasowującej się w nasze gusta integry 865, czyli równie imponujący, lecz zdecydowanie mniej osadzony w designerskim brutaliźmie model 866.

W porównaniu z ww. protoplastą 866 prezentuje się nie dość, że na wskroś nowocześnie, to po prostu obłędnie i nad wyraz intrygująco. Niemalże połowę pochylonego frontu zajmuje 7” dotykowy kolorowy ekran LCD, po którego prawej stronie umieszczono firmowy logotyp oraz cztery przyciski nawigacyjno-funkcyjne. Płyta górna jest gładka i pozbawiona nie tylko ozdób, lecz również otworów wentylacyjnych. Nie dziwi zatem fakt iż rola chłodnicy układów wewnętrznych przypadła ścianom bocznym, które zamiast spodziewanych klasycznych radiatorów przybrały postać pozornie spontanicznie rozrzuconych na płaszczyźnie aluminiowych mniej, bądź bardziej prostopadłościennych profili. Prawdę powiedziawszy nie zdziwiłbym się, gdyby owa instalacja okazała się odwzorowaniem jakiejś współczesnej płaskorzeźby stanowiącej ozdobę galerii anonimowego miłośnika sztuki. Za to już bez udziwnień jest na plecach 866. Obie flanki okupują pojedyncze i w dodatku akceptujące jedynie widełkową konfekcję terminale głośnikowe nad którymi umieszczono po trzy wejścia XLR a pomiędzy nimi sekcję interfejsów cyfrowych w skład których wchodzą cztery porty USB-A dedykowane zewnętrznym pamięciom masowym, terminal Ethernet i już nieco bardziej konwencjonalne AES/EBU i Toslink. Wyliczankę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC (całe szczęście standardowe).
Pilota w standardzie nie przewidziano, lecz … nie ma co się martwic na zapas, gdyż wystarczy … smartfon, choć oczywiście jeśli ktoś się uprze to może wybrać jeden z dwóch dedykowanych leniuchów, lecz w tym momencie będzie musiał liczyć się z koniecznością zajęcia przez odbiornik do takowego jednego portu USB. Jeśli jednak nie w smak nam dodatkowe wydatki, które decydowanie rozsądniej przeznaczyć na wyższej klasy aniżeli dołączony przez producenta przewód zasilający, to wystarczy zainstalować dedykowaną na iOSa / Androida apkę (przyda się czytnik kodów QR) i zyskać pełną kontrolę nad wzmacniaczem. Samemu okiełznaniu Bouldera warto w tym momencie poświęcić dłuższą chwilę, gdyż wielopoziome menu pozwala dopasować tytułowego bohatera do naszych potrzeb i preferencji. Począwszy od zmiany grafik przedstawiających poszczególne wejścia (możliwość wgrania własnych zdjęć), poprzez zindywidualizowane nastawy co do ich głośności ( do max -25 dB i dedykowane miłośnikom kina domowego bypass – Theater Mode), poprzez wybór sposobu prezentowania głośności – w decybelach (-100 – 0 dB) i w standardowych krokach od 0 do 100. Nie zabrakło też możliwości ustawienia startowego, maksymalnego a nawet przypisanego „mute” poziomu głośności. Nie czas jednk i nie miejsce na przepisywanie liczącej 48 stron instrukcji do której to odsyłam wszystkich zainteresowanych.
Jak przystało na przedstawiciela grona wypasionych XXI wiecznych super-integr nie mogło zabraknąć funkcjonalności grania z serwerów UPnP i certyfikowanej kompatybilności z Roonem. Miłą niespodzianką jest możliwość obsługi Bouldera również z poziomu aplikacji niezależnych dostawców, jak m.in. M-Connect, Bubble UPnP, czy JRiver . A jak pod względem parametrów technicznych wypada 866 na tle swojego protoplasty? Nad wyraz zachęcająco, gdyż moc ze 150W wzrosła do 200 przy 8 Ω i 400 W przy 4 Ω, wymiary pozostały na praktycznie takim samym (866 jest szerszy o 5mm) poziomie a w wersji Digital dostajemy DAC-a na pokładzie i to w cenie poprzedniego modelu. Jeśli jednak zdecydujemy się na wersję Analog, to w kieszeni zostanie nam niemalże 10 kPLN ! Nie wiem jak Państwu, ale mi taki model biznesowy, gdzie za mniej dostajemy więcej bardzo przypadł do gustu.

Po takim wstępie można byłoby się spodziewać, że 866 nie tylko odsadzi 865, co bezczelnie zacznie skrobać marchewki „małemu” dzielonemu setowi, czyli duetowi 1110 & 1160 i jeśli tylko wyjdą Państwo z takiego założenia coś mi się wydaje, że miny, przynajmniej na początku, będziecie mieli nietęgie. Nie da się bowiem ukryć, iż tytułowa super-integra z kipiącego energią i testosteronem buntownika, jakim była 865 ewoluowała do stadium wszechstronnego erudyty i dżentelmena, więc zamiast wchodzić na koło 11-kom w tzw. międzyczasie skręciła gdzieś w bok i wybrała alternatywną trasę. Czy to źle? Na moje ucho w żadnym wypadku, jednak tak, jak napisałem na wstępie – mając pewne, oparte na odsłuchach poprzedników, oczekiwania trzeba dłuższej chwili by może nie tyle się ich pozbyć, co zrewidować, oczyścić umysł i potraktować 866 jako przysłowiową carte blanche. Chodzi bowiem o to, iż 866 gra zaskakująco wyrafinowanie a zarazem liniowo. Nie podkreśla mocy, która dysponuje, nie pręży muskułów nerwowo oczekując na moment, w którym może uderzyć, lecz niejako usuwa się w cień i pozwala by muzyka płynęła swoim, niezmąconym tempem. Jest tylko jeden warunek – owa muzyka musi, podkreślam musi być dobrze zagrana i nagrana, czyli być Muzyką przez wielkie „M” a nie muzyczką, bądź li tylko muzakiem przez małe „m”. Powód? Cóż, Boulder najwidoczniej nie lubi tracić czasu i energii, czyli de facto prądu, za który to my płacimy, na wyroby muzykopodobne. Niby słuchać się tego da, jednak cały czar pryska a to, co dobiega naszych uszu z głośników jest płaskie, szare i bez wyrazu, więc po utworze, góra dwóch zaczynamy wiercić się na fotelu zachodząc w głowę, czy cała ta zabawa w Hi-Fi i High-End ma jakikolwiek sens, czy też jak sądzą domorośli wszystko-sceptycy to tylko ordynarne nabijanie w butelkę majętnych snobów. Całe szczęście wystarczy z takowego muzaka przełączyć się na coś, podczas grania i nagrywania czego obecni byli ludzie nie tylko obdarzeni talentem, ale i chęcią zrobienia czegoś wyjątkowego, bądź chociażby na tyle solidnego, by słysząc konkretny utwór w radiu, bądź z własnego systemu mieć odwagę spojrzeć sobie w oczy przy goleniu. Dlatego też zamiast umartwiać się bytami scenicznymi typu Mandaryna i wyrobami pseudo-realizatorów, dla których wszystkie „stoły” brzmią tak samo, ba zamiast Solid State Logic AWS 948 δelta spokojnie wystarczy iMac, bądź nawet MacBook z Pro Tools i jak to mówią nasi spece od wszystkiego „będzie Pan zadowolony” lepiej sięgnąć po coś, co nijakich przykrości nam nie sprawi. I właśnie z takiej puli na pierwszy ogień poszedł Joe Bonamassa z Beth Hart i to zarówno w studyjnym („Don’t Explain”), jak i koncertowym („Live in Amsterdam”) wydaniu, co pozwoliło mi z dziką satysfakcją porównywać jeden z moich ulubionych utworów, czyli „I’d Rather Go Blind” studio vs live, z którym swojego czasu zmierzyła się i to z całkiem niezłym rezultatem również … Beyoncé. Co prawda jej wykonanie nie do końca przypadło do gustu samej Etcie James gdyż sędziwa już wtenczas wokalistka uznała z wrodzoną skromnością, że jeszcze sama zaśpiewałaby lepiej. Chodziło jednak o samą radość czerpaną z wyłapywania niuansów interpretacyjnych, smaczków w stylu gdzie konkretny riff trwa dłużej, jest bardziej płaczliwy, etc. Ot zabawa w stylu znajdź X różnic na dwóch pozornie identycznych obrazkach. Mniejsza jednak z didaskaliami, skoro amerykańska integra nie dość, że wszelakiej maści smaczki podawała na srebrnej tacy, co czyniła to w sposób całkowicie niewymuszony, żeby nie powiedzieć, że wręcz lekko nonszalancki. Taki sposób prezentacji nie wynikał jednak z bezczelności, czy też zblazowania, o ile takie antropomorficzne zbiegi w stosunku do li tylko wzmacniacza wydają się zasadne, lecz z jego świadomości własnych umiejętności i zasobów tak mocy i rozdzielczości. On bowiem nic nikomu niczego udowadniać nie musiał. Po prostu robił swoje. Tylko tyle i aż tyle. Ponieważ jednak żaden z podzakresów nie wyrywał się przed szereg w pierwszej chwili i na tle ww. rodzeństwa można było odnieść wrażenie pewnej zachowawczości. Skoro nic nie łapało od razu za ucho, nie było żadnego impulsu, punktu zaczepienia pozwalającego na „złapanie ostrości”. Jednak im dłużej z takim punktem widzenia obcowałem, tym częściej łapałem się na obserwacjach, iż ów szereg przed który nic nie chce się wyrwać jest tam, gdzie u innych, mających chrapkę na choćby kawałek high-endowego ciasta konkurentów dociera co najwyżej właśnie taki pojedynczy, wyrywający się aspekt. Jednak ów brak przebojowości okazuje się nie wadą a zaletą Bouldera, w czym przypomina mi fenomen brytyjskiego Elbow i ich pierwszego z brzegu albumu „Giants of All Sizes”. Niby brak mu okupujących topowe pozycje list przebojów hitów, jednak każdej zapisanej na ich krążkach nuty słuchamy z niekłamaną przyjemnością mając ponadto świadomość niezwykłej spójności i kompletności ich wydawnictw. To taka forma nienachalnej wirtuozerii i mistrzostwa w stanowiącym obszar naszego zainteresowania obszarze, gdzie wszystko jest na swoim miejscu i wydaje się oczywiste, do czasu aż nie usłyszymy czegoś, co owej pozornie oczywistej rzeczy zagrać ewidentnie nie będzie w stanie. A właśnie na tej jakże niepozornej i zupełnie nieprzebojowej „Giants of All Sizes” to słychać. Boulder jest bowiem w stanie i to z łatwością przedstawić ją jako klasyczny koncept-album, w pełni homogeniczny twór i to pomimo faktu iż nagrania powstawały w aż czterech studiach (Hamburgu, Brixton, Vancouver i Salford) oraz domach samych muzyków w Manchesterze. Amerykańska integra bowiem „łapie”, że przewodnią ideą, sygnaturą jest tu produkcja i miks wykonany przez pianistę formacji Craiga Pottera, czyli człowieka ze środka – „czującego klimat” i rozumiejącego się z resztą chłopaków od lat bez słów. Generalnie chodzi o to, że nie mamy do czynienia z przypadkową zbieraniną za przeproszeniem „kawałków” na potrzeby tzw. debeściaka. Przywodzący na myśl Petera Gabriela (szczególnie na „White Noise White Heat”) nieco zachrypnięty i „szary” wokal Guy’a Garvey’a świetnie koresponduje z brudnymi partiami gitary Marka Pottera i mięsistym basem Pete’a Turnera. Podlana onirycznym sosem klawiszy Craiga Pottera całość z jednej strony leniwie sączy się z głośników, lecz 866 ich opowieść buduje na niezwykle energetycznym fundamencie rytmicznym. Scena zajęta przez rockowy kwartet jest świetnie zdefiniowana. Każdy z muzyków ma swoje ściśle określone miejsce i co w przypadku amerykańskiej amplifikacji może wydawać się dziwne nie sposób odnaleźć tu zapędów do powiększania źródeł pozornych. Niby wokal prowadzący jest podany blisko, ale tak właśnie ta płyta została nagrana a to, że reszta instrumentarium wydaje się nieco mniejsza aniżeli Garvey wynika po prostu z perspektywy, dzięki której mamy za to wielce namacalną głębię i przestrzeń. Bez nawet najmniejszych oznak nerwowości, czy podkręcania tempa akcentuje timing i ukrytą przed oczami/uszami postronnych, przypadkowych widzów/słuchaczy mikrodynamikę. A właśnie, co do dynamiki, to Boulder niby z pozoru taki nieśmiały i uładzony a gdy tylko dostanie do wzmocnienia odpowiedni materiał, to … klękajcie narody. I to zarówno przy klasyce w stylu wybornej symfoniki serwowanej przez 2L na „Reflections” Trondheimsolistene, jak i będącym moim rówieśnikiem kipiącym od emocji jazzowym „Alleycat” Nucleus, co szczególnie wyraźnie słychać na „Splat” gdzie perkusyjne szaleństwo okraszone dęciakami i pulsującym basem nie pozwala nawet na chwilę wytchnienia.

Niejako na koniec pozwolę sobie dorzucić jeszcze kilka zdań o wbudowanym w 866 przetworniku, który … naprawdę nie jest li tylko wymuszonym przez oczekiwania rynku dodatkiem, lecz w pełni użyteczną funkcjonalnością adekwatną do klasy samej amplifikacji. To przypadek podobny do Gryphona Diablo 300, gdzie moduł DAC-a robił świetną robotę, tylko Amerykanie za ową opcję życzą sobie zdecydowanie mniej. Niby w Boulderze nie ma wejścia USB na DAC-a, jednak skoro na pokładzie jest w zupełności satysfakcjonujący streamer, to z drugiej strony po co mnożyć we własnym systemie takowe byty, które z powodzeniem można ewentualnie obejść dostarczając strumień muzyczny do 866-ki via przewód Ethernet. Pliki można więc grać z NASów, bądź nawet z bezpośrednio wpiętych w Bouldera dysków USB a całą resztę cyfrowych ustrojstw wpiąć w pozostałe gniazda. Oczywiście nie ma co się łudzić, że moduł cyfrowy zagra na poziomie daleko nie szukając ostatnio przez nas recenzowanego Brinkmanna Nyquist mk2. Boulder zagra od niego mniej wysyconym i organicznym dźwiękiem, jednak nawet nie zbliżał się do analitycznej kliniczności. Dlatego też, jeśli ktoś może sobie na taki zestaw pozwolić, to gorąco do tego zachęcam, jednak podchodząc zdroworozsądkowo do tematu jak na wycenioną na 10 kPLN opcję realnie dostajemy wielce satysfakcjonujące rozwiązanie zwalniające nas z konieczności sprzętowych poszukiwań i kablowej żonglerki, na którą warto zwrócić uwagę, gdyż Boulder, podobnie jak ma to miejsce w kwestii jakości reprodukowanego materiału, również byle jakimi kablami zagra tak, jak one na to pozwolą.

Najwyższa pora na finał. Bez zbędnej kurtuazji i owijania w bawełnę muszę przyznać, iż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazuje, że Boulder tytułowym modelem 866 Integrated zapoczątkowuje nową generację swoich urządzeń. To już nie jest tak jednoznacznie nastawione na impet i uderzenie granie jak w dotychczas przez nas recenzowanych egzemplarzach. W jego brzmieniu jest zdecydowanie więcej wyrafinowania , choć w parze z nim wzrastają również wymagania co do jakości pozostałych elementów toru, w którym przyjdzie mu pracować, jak i repertuaru jakim będziemy go karmili. Może i jego obecność nieco przewietrzy naszą pliko- i płyto-tekę, jednak gwarantuję, iż te pozycje, które zwycięsko przejdą próbę z 866 będą cieszyć co najmniej podwójnie. Jest to zatem niezbity dowód na to, że warto czasem przedłożyć jakość nad ilość a że ekipa z Louisville była na tyle miła, że nowszy, mocniejszy i de facto lepszy od swojego poprzednika model oferuje w niższej, aniżeli wcześniej cenie, to przejawem trudnej do wytłumaczenia niefrasobliwości byłoby pominięcie go w ramach poszukiwań docelowej amplifikacji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

Opinia 2

Jak doskonale wszystkim wiadomo, czas nie tylko nieubłaganie mija, ale dodatkowo czyni to z zazwyczaj zaskakującą nasz szybkością. Oczywiście ta sytuacja zawsze pozostawia po sobie ślady przemijania, którymi przyglądając się z poziomu naszego audio-ogródka są pojawiające się co jakiś czas nowe wersje często uznanych na świecie komponentów. Taki też skutek przyniosły ostatnie, że się tak wyrażę „o matko” nie wiadomo kiedy minione z pokaźną nawiązką trzy lata. Konkretnie mam na myśli odstęp od naszego spotkania z jedynym wzmacniaczem zintegrowanym tytułowej amerykańskiej marki Boulder Amplifiers 865, do publikowanego dzisiaj starcia z jego następcą, czyli modelem 866. Niby szmat czasu, a wydaje się, jakby to było wczoraj. Niestety od stanu przemijania nie uciekniemy, dlatego też wykorzystując jego nieuniknione konsekwencje, nie pozostaje mi nic innego, jak w miarę strawie skreślić kilka akapitów na temat przed momentem przywołanego, najnowszego modelu w wersji testowej wzbogaconego o streaming-DAC, wzmacniacza zintegrowanego Boulder 866, o którego pojawienie się na naszych łamach zadbał warszawski SoundClub. Czy mijający czas okazał się być wykorzystanym, czy jedynie przyczynkiem do wykorzystującego rozpoznawalność brandu tak zwanego odcinania kuponów? To postaram się wyłożyć w poniższym teście.

Będąca naszym punktem zainteresowania 866-ka jak przystało na amerykański piec, jest sporą konstrukcją, gdyż oprócz typowych dla tego segmentu wymiarów w domenie szerokości i głębokości, może pochwalić się zaskakującą wysokością. Obudowa jest solidnym, nie boję użyć tego słowa monolitem, bowiem do jej wykonania użyto wielu płatów grubego aluminium. Płaszczyzna frontu oprócz przyjemnego dla oka zabiegu pochylenia ku tyłowi górnej krawędzi, na lewej połówce oferuje użytkownikowi wielki wyświetlacz z ikonami użytkowanego w danym momencie wejścia niezależnie czy analogowego, czy cyfrowego – mamy możliwość jego przyciemniania lub całkowitego wygaszenia, zaś na prawej wyfrezowane logo marki i tuż pod nim zorientowane w poziomie, zagłębione w podłużnych nieckach cztery przyciski funkcyjne. Podobny wizualnie – czytaj przyjaźnie w kwestii postrzegania – do awersu odbiór prezentują również chłodzące konstrukcję radiatory. Te naturalnie będąc bocznymi płaszczyznami konstrukcji, są serią raz pochylających się ku górze, innym razem ku dołowi, a przy tym niektóre jako trójkątne i do tego łukowate z zaokrąglonymi krawędziami bryły, wariacji bliżej nieokreślonych wizualnie wręg. Nie zrozumieliście? Przyznam szczerze, że ja na Waszym miejscu miałbym ten sam problem, dlatego też w celu wyjaśnienia tej części opisu zachęcam do przestudiowania serii powyższych fotografii. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, ten spełniając założenia nie tylko wzmacniania sygnału analogowego, ale również obróbki jego odpowiednika w domenie cyfrowej, poza rozmieszczonymi symetrycznie na obydwu flankach trzema zagłębionymi wejściami XLR dla sygnału ze źródeł typu odtwarzacz CD, gramofon lub tuner i zaaplikowanymi pod nimi motylkowymi zaciskami kolumnowymi w swym centrum oferuje użytkownikowi kilka wejść zerojedynkowych typu: USB, AES/EBU, LAN i OPTICAL. Oczywiście producent nie zapomniał również o gnieździe zasilającym IEC. Niestety pilot zdalnego sterowania dostępny jest jako płatna opcja, która na szczęście w momencie pobrania darmowej aplikacji okazuje się być całkowicie zbędny.

Jak na tle poprzednika zabrzmiał jego następca? Gdybym miał, oczywiście w sposób nieco przerysowany, opisać brzmienie modelu 865, śmiało mógłbym określić je jako nie do końca wyraziste i niezbyt spójne. Niby wszytko w estetyce solidnego amerykańskiego grania, czyli mocno w dole, z dobrym osadzeniem w środku pasma i niezłym oddechem, to jednak najnowsza odsłona integry Bouldera pokazała, iż można lepiej. Oczywiście konstruktorzy nowym modelem nie przeskoczyli do ligi topowych końcówek mocy ze swojego portfolio, jednak jeśli wzmacniacz zaczął znacznie poprawniej definiować najniższe rejestry – teraz pokazały lepszą krawędź, a przez to nabrały szybkości i wyrazistości, nie stracił przy tym nic z odpowiedniego nasycenia przekazu – co prawda nadal nie znalazłem lubianego przeze mnie ocieplenia, ale poprawiła się za to jego rozdzielczość i w efekcie przed momentem wspomnianych aspektów wzbogacił propagację konsekwentnie dalekich od natarczywości, jednak pełnych swobody wysokich tonów. Można zatem śmiało podnieść tezę, iż miniony czas powodując oczekiwane aktualizację oferowanego dawniej dźwięku, przez producenta okazał się być w pełni wykorzystanym. Nie ma mowy o bazujących na solidności marki kosmetycznych ruchach, tylko pełne odpowiedzialności podejście do poprawy każdego aspektu brzmienia i to przy zaskakującym podczas obecnie panującej tendencji, obniżeniu ceny detalicznej. Jak zatem wypadło najmłodsze zintegrowane dziecko zza wielkiej wody, przy założeniu posłużenia się tym samym materiałem muzycznym co w teście protoplasty?
Zanim przejdę do wyłożenia tak zwanej kawy na ławę, zaznaczę, iż w tym podejściu poczciwe austriackie T&F ISIS jako znak mijającego czasu zostały zastąpione brutalnymi w aspekcie niezbędnej do ich wysterowania mocy, duńskimi Dynaudio Consequence. Jeśli je znacie, wiecie, że już granie na tym samym poziomie jakościowym nowego wzmacniacza oznaczałoby znaczny progres jakości dźwięku. Tymczasem nieco wyprzedzając fakty, ów występ okazał się być znacznie bardziej wyrafinowanym. Otóż wykorzystywana do procesu testowego ta sama muzyka mimo trudniejszych zespołów głośnikowych zabrzmiała znacznie czytelniej i spójniej. Czyli? Po prostu nie epatowała nadmierną energią w zakresie jakby napompowanego basu i w pierwszym odbiorze zjawiskowymi, ale w konsekwencji dłuższego odsłuchu męczącymi, bo mocno zaznaczającymi swój byt górnymi rejestrami, tylko dzięki postawieniu na dokładniejsze w kwestii informacji, ale przy tym świetnie zbilansowane barwowo pokazanie tego samego materiału, okazała się brzmieć w bardziej naturalny i co ma się samo przez się rozumieć, namacalny sposób. Dodatkową ciekawostką był fakt, że to dotyczyło praktycznie każdego rodzaju twórczości. Czy to free-jazz Johna Zorna w produkcji „Masada Live In Sevilla 2000”, gdzie jednymi z najistotniejszych elementów jest dobrze oddany rytm i energia z założenia mocno „deliberujących” ze sobą dęciaków, tudzież składanka Cecilii Bartoli „Sospiri” w tym starciu znacznie bardziej obecna, a przy tym lepiej zawieszona na wirtualnej scenie lub grający ciszą rodzimy zespół RGG w interpretacji twórczości Karola Szymanowskiego zatytułowanej „Szymanowski”, każdy krążek brzmiał bardziej transparentnie, ale nigdy męcząco. Bez najmniejszych wycieczek w stronę siłowego przyciągania słuchacza jako oznaka zakorzenionej w poprzedniku pewnego rodzaju agresji, tylko stworzenie spektaklu, który swoją swobodą i niewysilonymi emocjami samoczynnie przywołuje zawarte w jego wnętrzu pokłady romantyzmu. Oczywiście to nie oznacza, że gdy wymagał tego materiał, Amerykanin nie potrafił wywołać zamierzonego przez artystów zderzenia ze ścianą kakofonii. Co to to nie, czego świetnym przykładem była przywołana jako pierwsza produkcja jazzowa Zorna, a idealnym potwierdzeniem pojawiające się co jakiś czas podczas tego realizowanego na żywo przedsięwzięcia muzycznego, wykonywane w pełnym składzie tak zwane jazdy bez trzymanki. Po prostu wzmacniacz grał znacząco równiej i dzięki temu z łatwością dozował zawarte w utworach czy to w pełni zgodne z myślą danego krążka złe lub pozytywne emocje. Ale zaznaczam, umiejętność pokazania pozytywów nie kończyła się na dobrej wadze i czytelnym pokazaniu damskiego wokalu. Otóż bardzo istotnym było również znakomite odwzorowanie krawędzi i nasycenia kontrabasu, dostojności fortepianu, energii stopy perkusji i dźwięczności używanych przez bębniarza perkusjonaliów. Piję oczywiście do rodzimego trio RGG, które brzmiąc w przerysowany sposób, raczej odstraszyłoby, a nie wciągnęło mnie w wir swojej opowieści, czemu tytułowy jankes znakomicie uniknął. Wszystko było podane jak na dłoni, jednak z nutą lekkości, a nie brutalnego wtłaczania mi do ośrodka zarządzania ciałem, co czasem zdarzało się w teście sprzed trzech lat. I gdybym miał się do czegoś na siłę przyczepić, na tle powyżej wyartykułowanych plusów ze swojej strony oczekiwałbym szczypty niezbędnego w pokazaniu głębi i magii damskiej wokalizy, ciepła. Niestety inżynierowie zza oceanu na to nie poszli. Zostawili temperaturę grania na poziomie raczej bliższej neutralności, co w oparciu o brak najmniejszych oznak szkodliwego chłodu oceniam jako inny niż mój punkt widzenia na to samo wydarzenie, a nie problem jako taki. Jak wiadomo, nie da się zadowolić wszystkich, jednak ważnym jest, aby swoim stanowiskiem nie zniechęcać, co w tym przypadku w moim odczuciu znakomicie się udało wprowadzić w życie.

Oczywistym jest, że test nie mógł zakończyć się bez sprawdzenia jakości dźwięku wbudowanego w tej wersji 866-ki przetwornika cyfrowo-analogowego. Efekt? Nie było zaskoczenia. Czy to było pokłosie mariażu kilkukrotnie droższego napędu z będącym zarzewiem tego testu Boulderem, nie mam pojęcia. Ważne, że dźwięk nie umarł, tylko bez większych strat w estetyce rozdzielczości i dobrego rysowania krawędzi konsekwentnie podążał drogą opisaną powyżej. Naturalnie z mniejszym zaangażowaniem w aspektach dokładności – w moim źródle wykorzystuję zewnętrzne zegary cyfrowe i nasycenia – DAC dCS-a oferuje kilka filtrów, jednak cały czas nie gubiąc dobrego timingu, energii i swobody. To zaś pozwala mi wyrokować, że po dobraniu odpowiedniego źródła, temat źródeł plików nawet dla osobnika stojącego do nich w opozycji może stać się bardziej akceptowalnym.

Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście takim obrotem sprawy jestem pozytywnie zaskoczony. Mianowicie w dzisiejszych czasach nie tylko, że Amerykanom udało się coś znacznie poprawić – często jest to kosmetyka, to jeszcze obniżyć finalną cenę – to obecnie pochodzi pod dział fantastyki. Co istotne, poprawienie nie oznaczało w tym przypadku brutalnego żyłowania poszczególnych pasm do granic wytrzymałości naszych uszu, tylko za sprawą zaproponowania lepszej rozdzielczości spowodowało odczucie większej spójności przekazu. Czy to jest wzmacniacz dla każdego? Prawie. Dlaczego? Otóż tylko zagorzali lampiarze z racji grania choć w delikatniejszym, to jednak nadal w amerykańskim stylu, nie znajdą z nim nici porozumienia. Reszta populacji melomanów z dużą dozą prawdopodobieństwa, dzięki umiejętnej konfiguracji, będzie wstanie zmusić go do wykreowania ich świata muzyki. Jak bliskiego i czy akceptowalnego, pokażą jedynie bezpośrednie starciach. Te działania niestety leżą już po Waszej stronie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: SoundClub
Ceny:
Wersja Analog: 55 000 PLN
Wersja Digital: 65 000 PLN

Moc wyjściowa: 200 W/8 Ω, 400 W/4 Ω
Moc chwilowa: 250 W/8 Ω, 400 W/4 Ω, 700 W/2 Ω
Zniekształcenia THD: 0,01%
Pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz (+0.00, -0.04 dB) ,0,015 Hz-150 kHz (-3 dB)
Wejścia analogowe: 3 pary XLR
Wejścia cyfrowe: Ethernet, 4 x USB-A, Toslink, AES/EBU
Regulacja głośności: zakres 100 dB w krokach 0,5 dB
Max. wzmocnienie: 40,4 dB
Odstęp sygnał/szum (150 W/8 Ω): 108 dB
Impedancja wejściowa: 100 kΩ (XLR)
Pobór mocy (max): 1000 W
Wymiary (S. x W x G): 440 x 190 x 390 mm
Waga: 24,5 kg

Pobierz jako PDF