1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Brinkmann Audio Nyquist mk2

Brinkmann Audio Nyquist mk2

Link do zapowiedzi: Brinkmann Nyquist mk2

Opinia 1

Co się stanie kiedy specjalista od analogu w high-endowym wydaniu weźmie się za cyfrę? W dodatku, gdy będzie to osoba otwarcie głosząca, iż „płyty winylowe, mimo ich ograniczeń, są najważniejszym i najlepszym nośnikiem muzyki na świecie” i to mając świadomość ciągłych postępów w cyfrowej obróbce? Dla ułatwienia podpowiem, że opcje są dwie – albo funkcjonalno-brzmieniowy koszmarek, albo urzeczywistnienie idei mówiącej, że od pewnego pułapu tak naprawdę nie ma znaczenia, czy poruszamy się w domenie cyfrowej, czy analogowej, gdyż liczy się wyłącznie dźwięk, czyli fakt możliwie realistycznej iluzji materializacji ulubionych artystów w naszych czterech, bądź jak to w przypadku naszego redakcyjnego OPOS-a ma miejsce, ośmiu ścianach. Skoro jednak czytają Państwo te słowa, to biorąc pod uwagę, iż na buble i generalnie urządzenia ewidentnie nam niepasujące nie mamy czasu, ani nawet chęci, by go w tak bezproduktywny sposób tracić, śmiało możecie założyć, że w ramach niniejszej epistoły przyjdzie nam się zmierzyć z bezsprzecznie pozytywnym przejawem implementacji analogowych zapatrywań „twórcy” (tę kwestię pozwolę sobie rozwinąć dosłownie za moment) na niwie przysłowiowych zer i jedynek. Nad kim, a raczej nad czym będziemy zatem się pastwić? Nad przetwornikiem cyfrowo-analogowym a operując możliwie precyzyjną nomenklaturą streaming-DAC-iem Brinkmann Audio Nyquist mk2.

Jeszcze przed opisem walorów estetyczno-brzmieniowych warto wyjaśnić jeden, dość istotny z perspektywy dzisiejszej tematyki, szczegół. Otóż, choć Brinkman Audio kojarzony jest przede wszystkim z postacią założyciela – Helmuta Brinkmanna, czyli wiernego akolity czarnej płyty, to od 2015 r. za cyfrową część portfolio marki odpowiada znany naszym Czytelnikom m.in. z analogowej relacji z SoundClubu, pomysłodawca i współtwórca obiektu dzisiejszego zamieszania, a wcześniej prawdziwy psycho-fan dokonań i wierny klient pana Helmuta Brinkmanna, Matthias Lück. Wspominam o tym byście mieli Państwo jasność sytuacji, czyli, że nie jest to tzw. wypadek przy pracy i siłowa próba zaistnienia na polu, którego się ewidentnie nie czuje, jednak wypada coś na nim pokazać, lecz przykład równie bezkompromisowego podejścia, co w przypadku wcześniejszych – analogowych propozycji Brinkmanna. Jeśli ktoś w powyższe zapewnienia wątpi, to mam dla niego całkiem mocny argument, bowiem Matthias jest odpowiedzialny wyłącznie za sekcję cyfrową Nyquista a jego stopień analogowy, bazujący poniekąd na rozwiązaniach znanych z phonostage’a Edison, to dzieło Helmuta Brinkmanna.

Z elektroniką Brinkmann Audio sprawa jest prosta – widzieliście jedno urządzenie, to o ile tylko „złośliwy Niemiec” nie chowa Państwu zbyt często rzeczy, których dosłownie przed chwilą używaliście, to resztę rozpoznacie bez trudu. Pomijając bowiem nomen omen dość charakterystyczne gramofony reszta portfolio jest na tyle zunifikowana, że jeden rzut gałką oczną i wszystko wiadomo. Solidne, z reguły (wyjątek stanowią końcówki mocy) niskoprofilowe aluminiowe obudowy i charakterystyczne szklane płyty górne, plus obowiązkowe granitowe podstawy, to znak rozpoznawczy wyrobów tej niemieckiej, zatrudniającej raptem kilkanaście osób manufaktury. Podobnie jest z Nyquistem. Wykonany z solidnej szczotkowanej aluminiowej sztaby front zdobi centralnie umieszczony, niewielki niebiesko-biały wyświetlacz i tuż pod nim firmowy logotyp, z obu stron optycznie „zamknięte” bliźniaczymi gałkami – lewą odpowiedzialną za regulację wzmocnienia (od 0 do 10 dB dla wyjść liniowych i od 0 do 99 dla słuchawek), oraz prawą odpowiedzialną za wybór źródeł. Ponadto na lewej flance znajdziemy jeszcze gniazdo słuchawkowe 6,3mm ze stosownym aktywatorem a na prawej włącznik główny i przycisk wyciszenia. Ściany boczne to równolegle rozmieszczone płaty radiatorów z wydrążonymi „tunelami” dla czterech (po dwie na kanał), pracujących w stopniu wyjściowym lamp.
Niezwykle elegancko prezentują się również symetrycznie rozplanowane plecy niemieckiego DACa, gdyż zdublowane – oferujące zarówno gniazda RCA, jak i XLR wyjścia liniowe ulokowano po bokach, po lewej stronie skromnie przycupnęło wielopinowe gniazdo dedykowane zewnętrznemu, niewiele ustępującemu solidnością jednostce głównej, zasilaczowi a centrum zajęła „szuflada” – wymienny/upgrade’owalny moduł z interfejsami cyfrowymi – Ethernet, Toslink, USB, Coaxialnym i AES/EBU. Jednostkę sygnałową tradycyjnie ustawia się na płask na dołączonej granitowej płycie a zewnętrzny zasilacz gdziekolwiek tylko miejsce i zamontowany na stale przewód pozwalają.
Skoro jesteśmy przy złączach cyfrowych to pozwolę sobie wspomnieć o funkcjonalności streamingu zaimplementowanej w Nyquiście, którą da się okiełznać z pomocą wielce przydatnej appki mControl. Jej konfiguracja została dokładnie, krok po kroku opisana w instrukcji obsługi przetwornika, więc nawet nie czując się zbyt pewnie w temacie zostaniemy poprowadzeni za rączkę. Bezproblemowo działa również m.in. Bubble UPnP, bądź JRiver. Biorąc pod uwagę współczesne realia i wymagania konsumentów nie dziwi fakt możliwości całkowitego przekazania sterów Roonowi (Roon Remote). Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by nawigację po zakamarkach domowych NAS-ów i bezkresach platform streamingowych scedować na oprogramowanie audiofilskich magazynów danych w stylu Melco N1Z/2EX-H60, czy transportów, jak daleko nie szukając mój dyżurny Lumin U1 Mini. Na wyposażeniu znajduje się również elegancki, aluminiowy pilot zdalnego sterowania.
Jeśli chodzi o trzewia, to w porównaniu z pierwszą odsłoną poprawiono zasilanie części analogowej i stopnia wyjściowego. Wykorzystując firmową topologię zastosowano sześć stabilizatorów wysokonapięciowych i sześć standardowych, czyli łącznie dwanaście – o jeden więcej niż wcześniej i właśnie ten dodatkowy dedykowano wyłącznie zegarowi taktującemu, co przyniosło korzyści zwłaszcza przy odtwarzaniu z wejść USB i LAN. Sercem urządzenia są niezmiennie ośmiokanałowe chipy ESS Technology ES9018S – po jednym na kanał, w które wybrano ze względu na możliwość pominięcia filtrowania cyfrowego i praktycznie brak stabilizatorów napięcia, co z kolei pozwoliło zastosować zewnętrzne, wyższej klasy stabilizatory. Ponadto ES9018S dysponują wyjściem prądowym, więc sygnał z nich został skierowany bezpośrednio do transformatora. Warto jednak podkreślić, iż w Nyquiście sygnały PCM i DSD dekodowane są niezależnie od siebie – natywnie, tzn. bez konwersji. Sygnał DSD poddawany jest najpierw przetaktowaniu, następnie trafia do minimalistycznego, zbudowanego z elementów dyskretnych DAC-a, przechodzi przez oparty na transformatorze Lundahla łagodny filtr analogowy, by wreszcie trafić do stopnia wyjściowego. Z kolei PCM i MQA fundowany jest ośmiokrotny upsampling w procesorze (352 kHz lub 384 kHz), w trakcie którego MQA jest dekodowane. Tak uzdatniony sygnał jest poddawany przetaktowaniu i doprowadzeniu do przetwornika (gwoli ścisłości dwóch) ESS Technology ES9018S. I tutaj kolejna mała dygresja z mojej strony, gdyż Matthias Lück jest kolejną znaną mi osobą z branży audio otwarcie przyznającą, iż sam wybór konkretnej kości przetwornika ma zdecydowanie mniejszy wpływ na finalne brzmienie DAC-a aniżeli się powszechnie uważa, gdyż przede wszystkim liczy się jej aplikacja i umiejętne dopracowanie kilku innych detali, w tym zasilania. Stopień wyjściowy oparto na czterech NOS-ach Siemensa PCF803 opracowanych w latach 60-ych do zastosowań w odbiornikach TV, w których miały pracować przez co najmniej dekadę, więc w DAC-u, ze zdecydowanie mniejszymi obciążeniami można założyć, iż ich żywotność będzie jeszcze większa. Na wyjściu nie zabrakło również transformatorów Lundahla. Tyle teorii, a jak się ona przekłada na praktykę?

Z Nyquistem, a dokładnie nawet nie z jego pierwszą, lecz wręcz prototypową wersją, której dane mi było posłuchać w 2016 r. podczas odbywającej się w ramach monachijskiego High Endu prasowej prezentacji wiążą się moje wielce przyjemne wspomnienia. Otóż to właśnie wtedy Matthias był na tyle miły, by w ramach małego „koncertu życzeń” odtworzyć na wystawowym systemie moje ulubione „Riders On the Storm” The Doors. Czy było dobrze? Nie, nie było. Było … magicznie i to na tyle, że tak jak wtedy miałem ciarki, tak po ponad czterech latach ze stereofonicznego, konwencjonalnego systemu, jeszcze nie udało mi się usłyszeć ww. nagrania odtworzonego bardziej realistycznie i namacalnie. Z premedytacją napisałem o stereo i konwencjonalności, gdyż rok później, również w Monachium, ów utwór zabrzmiał równie zjawiskowo, lecz John Herron posiłkował się wtenczas elektroniką Trinnov Audio i sześciokanałowym zestawem głośnikowym Vivid. Mniejsza jednak z prehistorią, gdyż kluczową i oczywistą kwestią było nie czy, a kiedy Nyquist się u mnie pojawi. I kiedy tylko pierwszy egzemplarz pojawił się w stołecznej siedzibie SoundClubu wydawać by się mogło, że będzie już z górki, gdyż wystarczy tylko poczekać aż demonstracyjna sztuka się wygrzeje, zaliczy kilka prezentacji i koniec końców trafi w moje ręce. Niestety przewrotny los miał nieco odmienne zdanie w tym temacie, gdyż wszystko co tylko przyszło do naszego rodzimego dystrybutora albo schodziło na pniu, albo właśnie się wygrzewało, by koniec końców opuścić salonowy pokój wraz ze szczęśliwym nabywcą. Jakby tego było mało otrzymałem pocztą pantoflową krótką, acz wielce istotną informację od samego producenta, by jednak jeszcze chwilę poczekać, gdyż właśnie kończy prace nad wersją … mk2 wygaszając jednocześnie produkcję „jedynki”. A jak Matthias coś powie, to powie, więc skoro najnowsza inkarnacja Nyquista z dopiskiem mk2 ujrzała … w 2018 r. (oczywiście podczas monachijskiego High Endu) światło dzienne, to najwyższa pora, żebyśmy i my mogli przygarnąć ją na dłuższą chwilę pod nasze skrzydła.

No to cytując klasyka „nadejszła wiekopomna chwila” – Nyquist mk2 wylądował w moim systemie i … Tak, to jest to. Wreszcie mogę odetchnąć z ulgą i spuścić powietrze z pompowanego przez ostatnie cztery lata balonika wspomnień i coraz bardziej rosnących oczekiwań. Wiecie Państwo o co chodzi? O budowanie wyimaginowanego i idealizowanego wzorca, z którym finalne i wyczekkiwane zetknięcie bardzo często wywołuje nader bolesne rozczarowanie, gdyż rzeczywistość ma się nijak do mocno podkolorowanych wspomnień. Tymczasem nasz dzisiejszy bohater po prostu spełnił pokładane w nim nadzieje a wręcz je przekroczył. Ale o tym już dosłownie za chwilę, a na razie bardzo przepraszam za brak budowania napięcia, stopniowania superlatyw i wielki finał, ale to jest brzmienie w stylu kochaj, albo rzuć.
Trudno bowiem przejść obojętnie obok wybitnej wręcz analogowości tego urządzenia. Aby jednak ów imperatyw w ujęciu „brinkmannowskim” zrozumieć trzeba na początku nieco doprecyzować samo pojęcie „analogowości”, gdyż nie chodzi mi w tym momencie o jej stereotypowe – kojarzone głównie z winylem oblicze, lecz o to o poziom wyższe – oferowane przez wysokiej klasy magnetofony szpulowe. Oblicze nie dość, że zdecydowanie bardziej dynamiczne, to w dodatku o nieporównywalnie bliższej wydarzeniom na żywo rozdzielczości. Dźwięk jest bowiem mocniejszy, ale bez ofensywności a jedynie na poziomie zgromadzonego w nim ładunku energetycznego i bardziej namacalny, realny, choć jakże daleki od sztucznego podbijania kontrastu.
Co ciekawe jest to granie bezsprzecznie inne od tego, z jakim obcuję na co dzień, gdyż o ile w moim Ayonie preferuję opcję permanentnej konwersji wszystkich sygnałów do możliwie wysoko próbkowanego DSD, o tyle Brinkmann wyraźnie różnicował sygnały PCM i DSD, grając te drugie w sposób zdecydowanie bardziej … analogowy. W dodatku operując nieco ciemniejszą estetyką prezentacji potrafił zejść jeszcze niżej, głębiej w eksploracji muzycznych odmętów. Wystarczyło tylko sięgnąć po pozornie minimalistyczny album „SulaMadiana” Mino Cinelu i naszego dyżurnego Nilsa Pettera Molværa, by zrozumieć jak precyzyjny, jednak nie w ujęciu pomiarowo-laboratoryjnym a czysto ludzko-percepcyjnym jest niemiecki przetwornik. Bogactwo blaszanych przeszkadzajek i innych „fizycznych” perkusjonaliów z łatwością materializowało się w przestrzeni międzykolumnowej a z kolei syntetyczne loopy i plamy dźwiękowe li tylko sygnalizowały swoją niematerialną bytność. Różnice pomiędzy nimi dotyczyły dosłownie wszystkiego, począwszy od definicji brył, konturów poprzez ich wypełnienie, fakturę a co najważniejsze sam rozmiar i zawieszenie, umiejscowienie w przestrzeni. Jednak owa, czysto pozorna, drobiazgowość bynajmniej nie wynikała z wręcz obsesyjnego dzielenia włosa na czworo i rozbijania każdego dźwięku na atomy, lecz była czymś całkowicie oczywistym i tożsamym z odsłuchem na żywo, gdzie chyba nikt mający choćby odrobinę słuchu nie ma problemów z odróżnieniem dźwięków generowanych przez fizyczne instrumentarium od tych kreowanych li tylko komputerowo.
Podobnie na ścieżce do kultowego „The Fifth Element / Le cinquième élément” Érica Serry przepiękna aria „Lucia di Lammermoor” / „The Diva Dance” bez trudu można wyłapać fragmenty, gdzie naturalny wokal Invy Mula-Tchako jest nieco „wspomagany” cyfrową obróbką. Czy to źle? Absolutnie nie, przynajmniej w moim skromnym mniemaniu, gdyż docierając do źródeł otrzymujemy pełniejszy, bardziej spójny obraz tego, co dany artysta, kompozytor miał na myśli poruszając się w obrębie własnego mikrokosmosu określanego nader pojemnym mianem „Licentia poetica”. O ile tylko nikt nie próbuje zaklinać rzeczywistości, że nic przy konkretnych ścieżkach nie było „majstrowane”, choć wiadomo, że było. Czy zatem należy złożyć, że wszelakiej maści syntezatory i generowane komputerowo dźwięki na Brinkmannie zagrają gorzej aniżeli ich „analogowi” pobratymcy? Też nie, a jedynie … inaczej. W końcu organy Hammonda, czy Moogi charakteryzuje tak brzmienie jak i sama „konsystencja” dźwięku diametralnie inna aniżeli tego, co oferują w pełni cyfrowe „klawisze” i jakoś nikt o to kopii nie kruszy.
Wróćmy jednak do meritum. Obecność lamp w stopniu wyjściowym naszego dzisiejszego bohatera części z Państwa może, niejako podprogowo, narzucać dość oczywistą, opartą na wysyceniu i lekkim zmiękczeniu narrację. Tymczasem, choć Brinkmann niezaprzeczalnie operuje nieco bardziej soczystą paletą barw aniżeli dCS Vivaldi DAC2 a i linie konturów rysuje nieco mocniej aniżeli swój angielki konkurent, to nie sposób zarzucić mu czy to przegrzania atmosfery, bądź przesady w kreśleniu poszczególnych brył. Proszę tylko posłuchać „Vägen” Tingvall Trio, by stwierdzić, iż delikatny chłód nagrania cały czas jest tam obecny a blachy pomimo swojej zwiewności mają odpowiednia masę i „body” . Z kolei na „Tribute to Tomasz Stańko” Piotr Schmidt Quartet & Wojciech Niedziela oczywistym staje się fakt fenomenalnego operowania przez niemiecki przetwornik mikro-dynamiką. Delikatnie muskane przez Krzysztofa Gradziuka blachy, z równą finezją wygrywane partie na werblu, czy operujący z tyłu kontrabas Macieja Garbowskiego na swój sposób uzupełniają niezwykle liryczny dialog fortepianu Niedzieli z trąbką lidera, lecz zamiast stanowić dla nich li tylko tło tworzą misternie utkany klimat, ekosystem, w którym jesteśmy świadkami prawdziwego misterium.
Proszę się jednak nie obawiać, że w skali makro napotkamy jakieś anomalie, gdyż zarówno symfonika, w tym podparta równie imponującym aparatem wokalnym, jak genialne „Mozart: Requiem in D Minor, K. 626” MusicAeterna, Teodor Currentzis, New Siberian Singers, jak i zdecydowanie mniej uduchowione, za to bezsprzecznie bardziej bezpardonowo podane ciężkie brzmienia w stylu świetnie zmasterowanego w skądinąd znanym mi z osobistej wizyty studiu Chartmakers albumu „Vredesvävd” Finntroll wypadają wybornie. Tak przez sakralno – funeralne, podniosłe misterium, jak i przez „skoczne”, folk-blackmetalowe opętańcze pląsy i iście zwierzęce porykiwania Nyquist przeszedł jak burza z iście mistrzowską precyzją operując tak ciszą, jak i kruszącą mury kakofonią i trudnymi do ogarnięcia spiętrzeniami dźwięków nie roniąc z nich nawet najmniejszych mikro-wybrzmień. Wydawać by się jednak mogło, iż na tak wysokim poziomie wyrafinowania trafienie w punkt z Mozartem dziwić nie powinno, jednak już fińscy blackmetalowcy znaleźli się w powyższym zestawieniu przez najdelikatniej mówiąc przypadek. Tymczasem ich obecność jest tutaj w pełni zamierzona, gdyż wychodząc z założenia, że o ile danego gatunku muzycznego można nie lubić, to już ocena poprawności, bądź braku jego odtworzenia nie powinna budzić absolutnie żadnych wątpliwości. I proszę mi wierzyć na słowo, a najlepiej umówić się na odsłuch ww., bądź podobnego krążka i własnousznie ocenić. Sam nie miałem się do czego przyczepić. Było piekielnie szybko, równie rozdzielczo i nad wyraz brutalnie (szczególnie jeśli chodzi o partie wokalne Mathiasa „Vreth” Lillmånsa), lecz efekt ten nie był pochodną przesterowania, bądź „wypłaszczenia” skompresowanej sceny i pójścia w stronę ogłuszającego jazgotu, lecz przy zachowaniu pełnej czytelności operowania wieloplanowo rozmieszczonymi źródłami plującymi ogniem i iście piekielnymi wyziewami, a dokładnie ich nieskrępowanym potencjałem dynamicznym. To tak, jakby jadąc 730-konnym Mercedesem AMG GT Black Series (M178 LS2) z pedałem przyspieszenia wciśniętym w podłogę mieć jeszcze świadomość, że to jeszcze nie koniec atrakcji, bo jakby nam zabrakło wrażeń zawsze możemy sięgnąć po „mokre nitro”, czyli podanie podtlenku azotu z dodatkową porcją paliwa i coś mi się wydaje, że prędzej słuchacze stracą kontrolę nad ogromem dostarczanych informacji, aniżeli pogubi się w nich Nyquist.

Wszystko co dobre niestety kiedyś się kończy, więc i moja przygoda z aktualną, oznaczoną dopiskiem mk2, inkarnacją streaming DAC-a Brinkmann Audio Nyquist dobiegła swojego finału. Finału niestety pozbawionego happy-endu, gdyż z niekłamanym żalem zmuszony byłem spakować go do firmowego kartonu i przekazać Jackowi, który z kolei po swojej turze odsłuchów zwrócił go dystrybutorowi. Boli, bardzo boli brak Nyquista w moim systemie, jednak warto pamiętać o pozytywach tego spotkania, gdyż dzieło Helmuta Brinkmanna i Matthiasa Lücka nie tylko zwycięsko wyszło ze starcia z moimi wyidealizowanymi wspomnieniami, to wręcz całkowicie rozłożyło mnie na łopatki swoją wielce uzależniającą mieszanką wyrafinowania, rozdzielczości i dynamiki sprawdzającą się zarówno przy tzw. „grze ciszą”, jak i bezpardonowej black-metalowej kakofonii. DAC idealny? Cóż, z pewnością istnieją lepsze alternatywy, jednakże na tę chwilę nie dane mi było doświadczyć ich geniuszu we własnych czterech kątach. A Nyquist się pojawił, zagrał i odszedł pozostawiając po sobie bolesną wyrwę i kiełkujące twarde postanowienie, że jeszcze, tym razem już na dobre, do mnie wróci.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + Melco N1Z/2EX-H60
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

Opinia 2

Być może dla wielu z Was będzie to nieco zaskakujące twierdzenie, ale granicząc ze stanem pewności jestem święcie przekonany, iż w temacie wiedzy o tytułowej marce pewna grupa miłośników dobrej jakość dźwięku jest w sporym błędzie. Chodzi mianowicie o fakt najczęstszego kojarzenia naszego bohatera – pochodzącej z Niemiec manufaktury Brinkmann Audio, jedynie z konstrukcjami analogowymi – gramofonami, dedykowanymi im przedwzmacniaczami i od jakiegoś czasu z pietyzmem przygotowywanymi sonicznie, wydawnictwami płytowymi. Tymczasem panowie ze wspomnianego teamu oprócz szerokiej palety konstrukcji poświęconych czarnej płycie w swoim portfolio oferują również produkty pozwalające obcować z muzyką zapisaną mówiąc kolokwialnie kodem zero-jedynkowym. Powiem więcej, oferta tego typu produktów jest istotnym elementem ich oferty od wielu lat, czego potwierdzeniem jest dostarczone do naszej redakcji przez warszawski SoundClub, drugie wcielenie przetwornika cyfrowo-analogowego Brinkmann Audio Nyquist Mk II. Zaskoczeni? Bez względu na powód – czy z racji dotychczasowego braku wiedzy o działalności marki na polu cyfrowym, czy też pojawienia się już kolejnej odsłony tej zbierającej świetne opinie konstrukcji, zapraszam wszystkich na kilka obfitujących w ciekawe wnioski akapitów o tytułowej, bazującej na zapisach cyfrowych niemieckiej myśli technicznej.

Jak obrazują fotografie, przetwornik Nyquist Mk II w kwestii gabarytów przy dość niedużej wysokości osiąga typowe rozmiary szerokości i głębokości dla tego typu konstrukcji. Jednak wbrew pozorom zestawiony w pełnym firmowym rynsztunku w kontrze do gabarytów może pochwalić się sporą wagą. Powodem jest dostarczana w komplecie startowym granitowa płyta, stanowiąca stabilne podłoże dla delikatnych układów elektrycznych. Naturalnie zdaję sobie sprawę, iż w materii izolowania urządzeń audio od szkodliwych drgań podłoża wielu konstruktorów może mieć inne zdanie, jednak w moim odczuciu zastosowanie granitu miało dodatkowy, w końcowym rozrachunku dźwiękowym, bardzo istotny cel – o tym później. Idąc dalej tropem budowy, a przy tym przybliżając nasz punkt zapalny, nie sposób nie zauważyć, iż konstruktor pomyślał o przyjemności obcowania ze swoim dziełem nie tylko od strony sonicznej, ale również wzrokowej, gdyż w odpowiedzi na zapotrzebowanie wielu użytkowników, jak na panujące standardy opakował swój projekt dość nietypowo. Chodzi mianowicie o dającą wgląd w elektronikę, przezroczystą górną część obudowy. Przyznam szczerze, iż wizualnie pomysł prezentuje się fenomenalnie, a oprócz tego pokazuje dbałość projektanta o każdy szczegół wykonania i uzbrojenie płytek PCB, czym nie oszukujmy się, zazwyczaj bardzo lubimy się napawać. Na wykonanym z grubego płata aluminium froncie Nyquista znajdziemy kilka manipulatorów symetrycznie rozlokowanych wokół mieniącego się błękitem dwuwierszowego wyświetlacza. Patrząc od lewej strony dostajemy do dyspozycji zorientowane w pionie: włącznik inicjujący pracę słuchawek i stosowne dla nich gniazdo. Tuż obok dużą gałkę regulacji wzmocnienia sygnału wyjściowego. Zaś po drugiej stronie niebieskiego okienka symetrycznie rozstawione: bliźniaczą do lewej flanki gałkę, tym razem wyboru wejścia i całkiem na prawej flance pionowo zaimplementowane MUTE i włącznik główny. Przerzucając wzrok na tylny panel przyłączeniowy po drodze mijamy wspomnianą połać przezroczystej pokrywy urządzenia i boczne ścianki w formie kilku pionowych plastrów aluminium jako radiatory. Natomiast rewers oferuje użytkownikowi zaaplikowany w centrum pakiet wejść cyfrowych typu: Ethernet, Toslink, AES/EBU. SPDIF i USB, a także rozlokowane na zewnętrznych rubieżach wyjścia sygnału analogowego w standardach RCA i XLR oraz wielopinowe gniazdo dla wydzielonego z głównej obudowy zasilacza. Ten ostatni jest niedużą, aluminiową skrzynką z diodą sygnalizującą jego pracę na froncie i gniazdem zasila IEC wraz z wyprowadzonym na stałe kablem do połączenia go z przetwornikiem na plecach. Wieńcząc opis budowy istotną informacją dla potencjalnego nabywcy jest fakt obsługi przez Nyquist-a Mk II praktycznie każdego dostępnego sygnału cyfrowego od MQA, do częstotliwości próbkowania 384 kHz, przez PCM do 384 kHz/32 bitów, po DSD 64/128 włącznie. Na koniec warto dodać, iż niekwestionowanie miłym dodatkiem od producenta jest dostarczany w komplecie startowym pilot zdalnego sterowania.

Rozpoczynając opis brzmienia rzeczonego DAC-a odniosę się do sygnalizowanego w poprzednim akapicie, celowym użyciu granitu jako podstawy dla całej konstrukcji. Oczywiście to są moje przypuszczenia. Jednak na bazie wielu lat zabawy w opiniowanie różnych produktów niosące ze sobą sporo zweryfikowanych racji. Otóż w moim mniemaniu konstruktor aplikując twarde podłoże pod przecież bardzo czułe na tego typu zabiegi urządzenie miał w zamyśle na ile to możliwe, precyzyjnie namalować świat muzyki. To co prawda stoi w opozycji do zazwyczaj stosowanej przez konkurencję miękkiej izolacji elektroniki od stolika. Jednak wówczas bardzo prawdopodobnym jest, iż lekkim zawoalowaniem przekazu poprzez aplikację weń dodatkowej szczypty miękkości, coś chcemy ukryć. Najczęściej powodem brak rozdzielczości, co na końcu przekłada się na sporą ilość męczących zniekształceń. Tymczasem panowie z Brinkmann Audio znakomicie zdając sobie sprawę jak dobrze poradzili sobie z obróbką sygnału, postanowili narysować wydarzenia muzyczne fenomenalną, bo z jednej strony ostrą w górnych rejestrach, ale nic a nic nieraniącą uszu nawet podczas najdłuższych odsłuchów, zaś z drugiej w dolnych partiach przyjemnie dociśniętą kreską. I według mnie to, czyli fenomenalny wgląd w nagranie, przy dobrej masie, nasyceniu i witalności przekazu, jest największą zaletą tego przetwornika.
Próbując udowodnić moją opinię, pokazując przy tym ową zaletę dosłownie palcem na początek przywołam świetnie oddany w kwestii nie tylko emocji i poczucia feelingu przez muzyków, ale również idealnego zawieszenia i bezkompromisowej wizualizacji każdego, powtarzam każdego instrumentu, projekt rodzimego zespołu RGG „Memento”. To była feeria w dobrym tego słowa znaczeniu, zaskakujących mnie każdym dotknięciem czy to zrównoważonego w domenie ilości struny i pudła rezonansowego, kontrabasu, majestatycznie, bo mocno na dole i dźwięcznie w wyższych rejestrach, wybrzmiewającego fortepianu, czy też wręcz fenomenalnie rozbłyskujących w eterze perkusjonaliów, fraz nutowych. Owa płyta wybrzmiała tak magicznie, że z racji niedawnego jej zakupu jako uzupełnienia płytoteki przesłuchałem ją dwa razy z rzędu, a zaraz po niej przypomniałem sobie nausznie projekt zatytułowany „Szymanowski” i „True Story – In Two Acts”. Jednym słowem w wyniku zjawiskowej prezentacji jednego z moich ulubionych nurtów jazzowych w estetyce tak zwanego grania ciszą, zaliczyłem całkowicie pochłaniającą moje zmysły dosłownie kilkugodzinną sesję bez oznak jakiegokolwiek zmęczenia materiału. I co ciekawe, mimo lekkiego odejścia przekazu od minimalnie większej niż mam na co dzień miękkości dźwięku, nawet przez moment nie poczułem dyskomfortu, tylko zdziwienie, że można tak wyraziście, ale również zaskakująco przyjemnie.
Po serii płyt z małymi składami przyszedł czas na wokalistykę. Specjalnie dobrze zrealizowaną, żeby w razie przerysowywania spektaklu przez opiniowany przetwornik złapać go na gorącym uczynku. Niestety misterny plan, w którym brała udział Koreanka Youn Sun Nah z nową, trącającą nieco nurtem popowym, ale również jak poprzednie dobrze zarejestrowaną płytą „Immersion”, nie zdołał podkopać pierwszych odczuć na temat Nyquista. To oczywiście była konturowa jazda bez trzymanki, jednak w przyjemnym, bo pozbawionym słyszalnych zniekształceń, pełnym najdrobniejszych niuansów mimiki twarzy artystki, wydaniu. Osobiście, już z taką prezentacją bez najmniejszych problemów mógłbym żyć, jednak na swoje potrzeby drobną roszadą kablową pewnie próbowałbym nadać jej tembrowi głosu nutkę soczystej intymności w środku pasma. Ale zaznaczam, tylko dlatego, że jestem orędownikiem lekkiego przeciągnięcia przysłowiowej struny barwy w stronę większego koloru, a nie z racji problemu odbioru testowego poziomu nasycenia.
Na koniec coś, co powinno położyć pretendenta do laurów na łopatki. Raczej mało przywiązujący uwagę do jakości, a raczej starający się oddać przez lata zbierające się w umysłach artystów emocje spod znaku Sabatona w około-wojennej kompilacji „Heroes”. Wydawałoby się, że bezpośredniość prezentacji wpłynie negatywnie na odbiór. Tymczasem nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, gdyż w wyniku czytelnego przetworzenia danych z transportu między kolumnami zawisł owszem mocno dosadny przekaz, ale pełen energii i przy tym świetnej dynamiki. I powiem szczerze, że wystarczyło w końcówce mocy Mephisto zmniejszyć poziom BIAS-u na średni – dźwięk nabiera stosownego body i lekko tłumi szaleństwo rozmachu prezentacji, by w pełni ukontentowanym zaliczyć tę pozycję płytową bez szwanku dla jakości oceny brzmienia Brinkmanna. Atak, energia minimalnie zmniejszyły wolumen, ale akurat w tym przypadku była to oczekiwana zmiana. Przecież nie samą bezpardonowością grania zestawu człowiek żyje.
Na koniec kilka zdań o elektronice mojej młodości Depeche Mode w stosunkowo nowej produkcji „Exciter”. W tym przypadku żadne ruchy osłabiające atuty testowanego przetwornika nie były potrzebne, gdyż dosłownie wszystko brzmiało w sposób, jaki prawdopodobnie planowali artyści. Gdy było trzeba szybko. Innym razem mocno na dole. A gdy dochodziło do prób zabawy z przesterem, może zabrzmi to dziwnie, ale przyjemnie boleśnie. Sam nie przypuszczałem, że przy pewnego rodzaju skrajnościach – otwartość wysokich tonów wespół z przyjemną, bo minimalną krągłością na basu, ta płyta może wypaść tak dobrze.

Jak wynika z powyższego pochwalnego słowotoku, ciekawa różnorodność – w zależności od pasma przenoszenia – w oddaniu dokładności kreski rysującej ulubioną przez nas muzykę nie musi oznaczać wypływającej z uszu krwi. Przy założeniu grania z rozmachem w domenie oddechu i bezpośredniości wystarczy dobrze zbilansować nasycenie, W tym przypadku inżynierom z Brinkmann Audio udało się nadać muzyce niezbędnego, ale niemulącego całości body w dolnych rejestrach, dlatego mimo unikania przegrzania przekazu na średnicy, DAC bez problemu sprawdził się nawet w tak lubianym przeze mnie jazzie i intymnej wokalizie. Czy to jest oferta dla każdego? Biorąc pod uwagę swobodę grania i łatwość delikatnego przeciągnięcia go na swoją czy to muzykalniejszą, czy bardziej neutralną stronę, jak najbardziej tak. Czy z każdego starcia wyjdzie z tarczą? To już będzie zależeć od zastanych warunków i oczekiwań nabywcy. Jednak jedno jest pewne, tytułowy niemiecki przetwornik jest wart każdej poświęconej na dogłębne zapoznanie się z nim, minuty.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: SoundClub
Cena: 64 000 PLN

Dane techniczne
Wejścia: USB 2.0, SPDIF, AES-EBU, Ethernet RJ45
Obsługa formatów cyfrowych: MQA i PCM do 384kHz [DXD], DSD64 i 128 przez DoP [DSD over PCM], DSD256 natywnie
Obsługa serwisów streamingowych: DLNA, Tidal, Deezer, Qobuz, vTuner, Roon
Zniekształcenia THD/IM: < 0,01%
Odstęp sygnał/szum:> 100dBA
Regulacja wzmocnienia:-20 … +10dB
Napięcie wyjściowe: maksymalnie ± 12V, symetryczne
Impedancja wyjściowa: 10 Ω, symetryczna
Wyjście słuchawkowe: 30 – 600 Ω
Wymiary
DAC (S x W x G): 420 x 95 x 310 mm
Zasilacz (S x W x G): 120 x 80 x 160 mm
Waga: 12 kg DAC, 3.2 kg zasilacz, 12 kg granitowa podstawa
Możliwy upgrade modułu cyfrowego

Pobierz jako PDF