1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Grimm Audio PW1

Grimm Audio PW1

Opinia 1

Zgodnie z głoszoną przez Alberta Einsteina tezą „wszystko powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze”, czyli przekładając z polskiego na nasze minimalizm złożoności powinien iść w parze ze świadomością o nadrzędności skuteczności działania a nie być celem samym w sobie. Śmiem wręcz twierdzić, iż powyższa idea powinna również przyświecać twórcom audio, gdzie sam „silnik” urządzenia właśnie takową prostotą powinien się charakteryzować, a jeśli jest ku temu potrzeba, to ów możliwie uproszczony układ obudowuje się ułatwiającymi życie funkcjonalnymi przystawkami. Jednak życie dość boleśnie owe pobożne życzenia weryfikuje pokazując, że zamiast dążyć do prawdy i prostoty również i miłośnicy idei leczenia dżumy cholerą, czyli maskowania wad jednych komponentów/rozwiązań mankamentami innych potrafią znaleźć odbiorców wierzących, że więcej niejako z automatu oznacza lepiej. Mając jednak w tej materii własne zdanie a zarazem niczego nie musząc, gdyż jak to wielokrotnie wspominaliśmy dzielimy się odbiorcami naszych spontanicznych obserwacji czysto hobbystycznie a nie w ramach „reżimu pracy” na łamach SoundRebels staramy się oszczędzać Czytelnikom takowych, wątpliwych atrakcji i grzecznie, acz stanowczo odmawiamy tracenia czasu i prądu na podobne rozwiązania. I choć wieść gminna niesie, że „każda potwora znajdzie swego amatora”, czego audiofilskim odpowiednikiem jest przekonanie o tym, że „recenzent powinien tak długo słuchać aż mu się dane urządzenie spodoba”, to my jednak preferujemy jasne sytuacje, gdy niemalże od progu wiadomo, że z lądującymi na redakcyjnym tapecie ustrojstwami bez trudu nawiążemy nic sympatii. Tak też było z zamykającym nasze zeszłoroczne „występy” bezdyskusyjnie high-endowym i zarazem szalenie rozpieszczającym pod względem obsługi przedwzmacniaczu gramofonowym Audio Research Reference Phono 3SE. Jak jednak wiadomo choć zabawom na poziomie 100 kPLN+ trudno odmówić wręcz uzależniającej rozkoszy, to doskonale zdajemy sobie sprawę, iż są one zarezerwowane dla nielicznego grona szczęśliwców, więc przyszła pora na zdecydowanie skromniejszą, wręcz minimalistyczną i zarazem zdecydowanie bardziej osiągalną konstrukcję. W dodatku konstrukcję sygnowaną przez wytwórcę, który z analogiem niespecjalnie może się kojarzyć, gdyż mowa o znanym głównie ze źródeł cyfrowych i charakterystycznych aktywnych kolumn, niderlandzkim Grimm Audio. Jak się jednak okazuje, czego z resztą nasz dzisiejszy gość jest najlepszym przykładem, ekipa z Veldhoven pod wodzą Petera van Willenswaarda, również i z winylami jest za pan brat, więc sukcesywnie dążąc do możliwości zaoferowania kompletnego, a zarazem w 100%, bądź do tego wyniku dążącego, systemu ma w swym portfolio również … przedwzmacniacz gramofonowy PW1, któremu dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu mogliśmy się przez ostatnich parę tygodni przyjrzeć i przysłuchać.

Jak mam nadzieję na powyższych zdjęciach widać aparycji Grimm Audio PW1 bliżej do standardów dotyczących zasilaczy (daleko nie szukając np. tego dołączanego do 3-ki CEC-a bądź do Audii Flight FL Phono) aniżeli pełnoprawnych komponentów audio, choć akurat rozmiarówką przedwzmacniaczy gramofonowych nie ma za bardzo co się przejmować, gdyż obejmuje ona zarówno takie maluchy, jak AVM30 PH 30.3, czy iFi Audio iPhono3, jak i bliższe posturą potężnym wzmacniaczom Ypsilon VPS-100, Tenor Audio PHONO 1, czy nawet nasze redakcyjne RCM-owskie The Big Phono. Grunt, że trzewi PW1 bynajmniej nie umieszczono w li tylko blaszanej wytłoczce, lecz w masywnym, aluminiowym profilu a od wewnątrz zastosowano dodatkowe miedziane płyty ekranujące. Front stanowi szczotkowany aluminiowy monolit, na którym, w lewym dolnym narożniku znajdziemy jedynie biały nadruk z oznaczeniem modelu i nazwą wytwórcy z dyskretnie wkomponowaną diodą informująca o statusie urządzenia. Zdecydowanie więcej dzieje się za to na plecach, gdzie oprócz suto złoconych wejść RCA dla wkładek MC i MM oraz zacisku uziemienia znajdziemy również złocone wyjścia RCA i … parę XLR-ów. Wyliczankę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym dwubolcowe gniazdo IEC C18. I … to by było na tyle? Czyżbyśmy, mieli do czynienia z w pełni bezobsługową konstrukcją w stylu większości modeli Phasemation, albo mojego dyżurnego Tellurium-Q? Nie do końca, bowiem wystarczy zerknąć na „podwozie” naszego gościa, by odkryć, iż to właśnie tam ukryto za przesuwnymi zaślepkami, odpowiedzialne za nastawy dla obciążeń MM i MC oraz wzmocnienie stosowne mikro-przełączniki. Czyli o ile statystyczny, cywilny użytkownik optymalne dla posiadanej wkładki parametry ustawi raz, bądź góra kilka na przestrzeni całej swojej przygody z analogiem, o tyle jednostki dość regularnie żonglujące wkładkami/gramofonami (a do takich z pewnością się zaliczamy) raczej powinny Grimma pozostawić nie dość, że na widoku, to jeszcze z możliwie łatwym, umożliwiającym przewrócenie na plecy miejscu. Jest to o tyle wskazane, iż zgodnie z zapewnieniami producenta wszystkich zmian można dokonywać „w locie” – bez wyłączania przedwzmacniacza, co biorąc pod uwagę fakt, iż po aplikacji „audiofilsko” zakonfekcjonowanego przewodu zasilającego dostęp do włącznika jest niemalże zerowy ma sens.
Co do samego zasilania, to biorąc pod uwagę gabaryty PW1 wypadało by raczej spodziewać się eksmisji zasilacza na zewnątrz korpusu, tymczasem w Grimmie zdecydowano się zrobić to po swojemu. Po pierwsze zlecono w Amplimo wykonanie ultracichego transformatora o bardzo znikomym polu magnetycznym i po drugie umieszczono go pionowo tuż przy ścianie przedniej – poza wewnętrzną miedzianą komorą, dzięki czemu odsunięto go na 20 cm od sekcji we/wyjściowej. Z podobną atencją potraktowano sekcję sygnałową z ograniczoną do absolutnego minimum liczbą elementów zarówno, jeśli chodzi o wzmocnienie na wejściu (tranzystory FET – pojedyncze dla sekcji MM i MC), jak i wyjściu – opartym na jednym wzmacniaczu operacyjnym. Zrezygnowano również ze sprzężenia zwrotnego, więc każdy z komponentów tak pasywnych, jak i pasywnych musi być dobrany z niezwykłą precyzją.

Już od pierwszych taktów „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubacalby słychać było, że Grimm PW1 pomimo skromnej aparycji, niepozornej postury, jak i całkiem przystępnej ceny wymyka się prostej, wynikającej z ww. czynników kategoryzacji. Oferuje bowiem zupełnie niespodziewane na tym pułapie połączenie wyrafinowanej rozdzielczości z wyborną dynamiką oraz zdolnością wiernego oddania pełnej palety barw – bez ich asekuracyjnego gaszenia, czy sztucznego podkręcania saturacji. Ponadto źródła pozorne, choć na tym nagraniu nieco powiększone nie mają tendencji do karykaturalnej gigantomanii a ponadto wyraźnie słychać, iż nie jest to maniera phonostage’a a zabieg realizatorsko-masteringowy. Otrzymujemy zatem nie tylko potężny pakiet informacji o tym co się dzieje na scenie / w studiu, lecz również równie pełny zestaw danych o samym post-procesie a ocenę ma podjąć sam odbiorca. Na równie wysokim poziomie prawdomówności utrzymane jest także różnicowanie samych nagrań. O ile bowiem „Minione” ma predyspozycje do zaliczenia go do miana audiofilskiego o tyle już przygotowane na RSD tłoczenie „Never Say Die!” Black Sabbath takowych ambicji nie wykazuje i o tym fakcie nader boleśnie można się przekonać. Co prawda Grimm i tak okazuje się niezwykle humanitarny w swej prawdomówności i nie kopie leżącego bezlitośnie obnażając całą mizerię rockowego nagrania, ale też nie dokonuje cudów, więc całość nadal brzmi płasko jak stolnica i jazgotliwie jak nadpobudliwy ratlerek na widok listonosza. Co ciekawe, z kolei „Accident of Birth” Bruce’a Dickinsona choć również nie oszczędzał nam iście garażowej szorstkości wwiercających się w synapsy riffów i bezlitośnie smaganych blach brzmiących jakby wykonano je z kapsli po mleku (dinozaury pamiętające mleko w szklanych butelkach powinny wiedzieć o co chodzi) charakteryzował się zdecydowanie lepszą dynamiką i trójwymiarowością sceny, co wyraźnie wskazuje na fakt, iż PW1 nie deprecjonuje konkretnych gatunków a jedynie unausznia prawdę o konkretnej realizacji.
Wystarczy jednak sięgnąć po płyty, których nie trzeba wyciągać za uszy, jak np. „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki a upływ czasu staje się zupełnie pomijalną zmienną, przypominając jedynie o sobie przy okazji zmiany strony. Uwagę zwraca niezwykła precyzja ogniskowania źródeł pozornych, oddanie prawidłowych rozmiarów obecnego na scenie instrumentarium i przede wszystkim świetny realizm tak pod względem dynamiki, jak i barw. Wokal Soyki jest śpiewny, niewymuszony i lekko chropawy, przez co na tyle autentyczny i namacalny, że staje się ewidentnym potwierdzeniem tezy mówiącej, że nawet po swoim odejściu, poprzez nagrania muzycy wciąż pozostają z nami. Śmiem wręcz twierdzić, że Grimm pełni nie tylko rolę bezdusznej składowej toru a swoistego wehikułu czasu umożliwiającego przenoszenie się do czasów, gdy ci, których w danym momencie słuchamy, a których już między nami nie ma, stąpali po ziemskim łez padole. Robi to jednak niezwykle dyskretnie i taktownie, operując właśnie rozdzielczością i materializacją postaci pomiędzy głośnikami a nie siłowym wypychaniem ich przed szereg, czy też wspomnianym wcześniej sztucznym powiększaniem ich brył.

Grimm Audio PW1 nie zabiega o atencję swą posturą bądź wymyślnym projektem plastycznym. Również pod względem ergonomii, szczególnie przy częstej zmianie wkładek, wymaga nieco więcej atencji od posiadającej łatwiejszy dostęp do zmian nastaw konkurencji. Wystarczy jednak wpiąć go w tor audio, na talerzu gramofonu położyć ulubioną płytę, opuścić ramię i … zapomnieć o całym świecie. Niderlandzki przedwzmacniacz robi bowiem coś, co potrafią tylko nieliczni – gra nie tylko muzykę, lecz również gra emocjami a to de facto one są odpowiedzialne za realizm reprodukowanych nagrań. Nie wierzycie? Cóż szkodzi zatem tytułowego malucha wypożyczyć na odsłuchy i samemu go ocenić. Tylko proszę nie mieć do mnie po fakcie pretensji, że nie planowaliście Państwo audio-wydatków a po powrocie do swojego dyżurnego phonostage’a magia prysła jak bańka mydlana i już nic nie jest takie, jak z PW1.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Przy naszych możliwościach bezproblemowego wypożyczenia do posłuchania czego tylko dusza zapragnie, może wyglądać to dziwnie, ale tytułową niderlandzką markę znam jedynie ze słyszenia. Co prawda wszyscy znajomi wypowiadali się o niej w pozytywnym tonie, ale zawsze byłem ciekawy, co to faktycznie oznacza. Na szczęście dzięki jej obecnemu opiekunowi do czasu, gdyż niniejszym mam przyjemność skreślić o sygnowanym przez nią produkcie kilka zdań. O kim mowa i co pojawiło się u mnie na testy? Otóż ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, nasze skromne progi odwiedził produkt z mojego ulubionego działu audio, jakim jest tor analogowy, łódzki dystrybutor Audiofast postanowił dostarczyć niepozorny od strony aparycji, jednak ciekawy w kwestii oferowanego dźwięku phonostage stacjonującej w Niderlandach marki Grimm Audio o handlowym oznaczeniu PW1. Czy obronił się w moich oczach w starciu z opiniami zasłyszanych od znajomych? O tym naturalnie opowiem w dalszej części tekstu.

Jak stanowią fotografie, nasz bohater to stosunkowo nieduża konstrukcja. Co ciekawe i fajne zarazem, konstruktor ubierając trzewia w wymyślną obudowę zastosował formę dość długiego prostopadłościanu o podstawie kwadratu. Jednak nie postawił go ani w pionie, ani w poprzek, tylko wzdłuż, aby wspomniany kwadrat był awersem i rewersem. To oczywiście sprawia, że urządzenie będąc długim, ale za to wąskim zajmuje stosunkowo mało miejsca, co moim zdaniem jest wielką zaletą, gdyż dla wielu z nas chroniczny brak miejsca na stoliku ze sprzętem jest prawdziwą zmorą, a nasz bohater dzięki nietypowej bryle okazuje się być pewnego rodzaju ratunkiem. Naturalnie takie postawienie sprawy ma swoje reperkusje w postaci usytuowania paneli manualno – przyłączeniowych. Chodzi o to, że gdy front ozdobiony jest li tylko diodą informującą o pracy urządzenia i na brak miejsca automatycznie nie występuje, to już plecy zmieściły jedynie zestaw przyłączy w postaci wejść dla wkładek MM i MC, wyjść w standardach RCA i XLR, zacisku uziemienia oraz zintegrowanego z głównym włącznikiem gniazda zasilania. A jedynie dlatego, gdyż zestaw regulacji parametrów dla zastosowanej wkładki konstruktor został zmuszony przenieść na spód obudowy, co ktoś często zmieniając wkładki może uznać za mały problem. Jednak na bazie moich doświadczeń uważam, że tak oceniający tę sprawę melomani będą naprawdę marginalną rzadkością, dlatego raczej traktuję to jako rzadko spotykany rykoszet wyboru takiej, a nie innej bryły obudowy, a nie problem jako taki. Tym bardziej, że czasem tego typu przełączniki są całkowicie wewnątrz urządzenia, tak więc nie ma kolokwialnie mówiąc dramatu.

Gdy dotarliśmy do akapitu o brzmieniu PW1-ki, pierwsza opinia jaka ciśnie mi się na usta, to będące parafrazą znanej sentencji określenie naszego bohatera jako diabła w nietuzinkowej obudowie. Mocne uderzenie energią, fajnie określony w kwestii krawędzi bas, dobrze osadzony w masie środek i otwarte, ale bez wycieczek w stronę nadpobudliwości wysokie tony sprawiły, że przez te kilka dni, jakie miałem przyjemność obcować z tym maluchem, nie było płyty, słuchanie której nie wywoływałoby u mnie efektu tak zwanego dygania nóżką. To było na tyle fajne zderzenie z tą dotychczas całkowicie obcą mi w rozumieniu werbalnym marką, że śmiało mogę powiedzieć o tym przedwzmacniaczy gramofonowym – „mały, ale wariat”. Mimo wspominanych dobrych opinii moich znajomych o innych konstrukcjach tego brandu nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, a tutaj taki pozytywny „Zonk”. Czy w każdym aspekcie? Cóż, gdybym na siłę miał się do czegoś przyczepić, wróć, nie przyczepić, tylko zwrócić na coś uwagę, to może w mojej ocenie grał raczej po chłodnej, aniżeli ciepłej stronie mocy. To oczywiście można bez problemu skorygować okablowaniem, ale sam z siebie unika ocieplania. I tak naprawdę prawdopodobnie dobrze, gdyż na stosunkowo niskich pułapach cenowych, bo tak na tle obecnego szaleństwa można określić pozycjonowanie Grimma, podgrzewanie atmosfery prezentacji często kończy się zbytnim ulepieniem muzyki. Niby ciepłe i soczyste granie zawsze powinno sprawiać słuchaczowi przyjemność, jednak z doświadczenia wiem, jak łatwo jest przekroczyć cienką linię dobrego smaku. Dlatego dobrze, że panowie z Niderlandach nie cisnęli konstruktora, aby powołał do życia ciepłą kluskę, tylko raczej neutralnego, ale dzięki temu oferującego średnio zamożnemu Kowalskiemu wkroczenie w świat płyt winylowych analogowego drapieżnika. I co najciekawsze, drapieżnika tylko wówczas, gdy wymagała tego materiał, co pokazało kilka przesłuchanych przeze mnie płyt.
Jako agresywny zwierz pokazał się w rockowym materiale grupy Radiohead „Hail to the Thief”. To co prawda nie jest jakiś szaleńczy rock, ale na płycie jest kilka momentów, gdzie tylko dobre uderzenie dźwiękiem pozwala dotrzeć do głębi duszy słuchacza. I takie w owych sytuacjach dostawałem. Ale co w tym było dodatkowo bardzo ciekawe, dzięki dobrej kontroli dolnego zakresu nawet uderzenie pełnym składem formacji nie powodowało zlewania się muzyki w jedną nieprzyjemną kakofonię. Owszem, pławiłem się w ostrości, ale jako odpowiedź na zapotrzebowanie muzyki. Muzyki, która z drugiej strony, gdy była stonowana, pozwalała fajnie błyszczeć charyzmatycznej wokalizie frontmena. Jakby narkotycznej, zamierzenie oderwanej od typowego dla tego rodzaju twórczości krzyku, ale przez to mnie osobiście z łatwością hipnotyzującej. Nie powiem, to był fajny epizod tego testu.
Jeśli chodzi o drugą naturę Grimma, swój fajny urok zaprezentował na płycie Pat Metheny Group w składzie Lyle Mays, Mark Egan i Dan Gottlieb. To bardzo nastrojowy jazz i muszę powiedzieć, że gdy nieco obawiałem się o niedomagania barwowe oraz niezbędną homogeniczność muzyki jako skutek grania raczej neutralnie bez prób ocieplania przekazu, ku mojemu zaskoczeniu niczego niepokojącego nie zanotowałem. A dlatego, że po akomodacji z oferowanym dźwiękiem, czyli wyzbyciu się codziennego subiektywnego poszukiwania na siłę większej temperatury brzmienia systemu, phonostage pokazał materiał z dobrą wagą, bardzo czytelnie, lotnie oraz z niezbędnym drivem. W tym materiale nie forsował zbytniej nerwowości – to odniesienie do określenia go drapieżnikiem, tylko na ile pozwalało zaawansowanie techniczne na tym pułapie cenowym bez problemu pokazał świetną dźwięczność gitar, dostojność fortepianu i zabawę przeszkadzajkami perkusisty. Muzyka płynęła, a ja po kilku taktach zapomniałem o celu położenia tego czarnego krążka na talerzu gramofonu.

Czy moim zdaniem próby we własnym systemie z punktem zapalnym dzisiejszego spotkania są warte świeczki? Bez żadnego naciągania faktów jak najbardziej. To pełne ekspresji oraz mocne w domenie energii granie, które z jednej strony z ostrym repertuarem muzycznym nigdy nie pozwoli nam się nudzić, a z drugiej podczas obcowania z sięgającym dna duszy romantyka nie tylko nie zabije zawartych w nim emocji, ale nawet podkreśli najważniejsze jego aspekty. I bez znaczenia jest wspomniana przeze mnie estetyka unikania podgrzewania przekazu, gdyż to moje osobiste oczekiwania, bez realizacji których Grimm i tak nie miał najmniejszego problemu z zaczarowaniem mnie. Zatem jeśli szukacie czegoś z wigorem, ale przy okazji oferującego niezbędne pokłady kontrolowanej masy, Niderlandczyk PW1 powinien znaleźć się na Waszej liście odsłuchowej. Zapewniam, będzie się działo.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Grimm Audio
Cena: 21 600 PLN

Dane techniczne
Wzmocnienie wkładek MM/RIAA: 37 dB ±1 dB. Czułość: typowo 5 mV
Wzmocnienie wkładek MC: MM/RIAA plus 20 lub 30 dB. Czułość: typowo 500 µV (wzmocnienie 20 dB) lub 160 µV (wzmocnienie 30 dB)
Opcjonalne wzmocnienie wyjścia: +10 dB
Impedancja wyjściowa: 100 Ω (RCA i XLR)
Zalecana impedancja obciążenia wyjściowego: > 10 kΩ
Impedancja wejściowa:
– MM rezystancyjna: 47 kΩ
– MM pojemnościowa: 47 pF, plus opcjonalnie 47 pF, 100 pF, i/lub 220 pF równolegle
– MC rezystancyjna: 47 kΩ, plus opcjonalnie 33 Ω, 100 Ω, 330 Ω i/lub 1 kΩ równolegle
– MC pojemnościowy: 330 pF, plus opcjonalnie 330 pF i/lub 680 pF równolegle
Zniekształcenia THD+N: MM ≤ -45 dB (1 kHz, 5 mV); MC ≤ -45 dB (1 kHz, 500 µV)
Odstęp sygnał/szum: MM ≥ 80 dB (pozycja +0 dB, ref. 5 mV); MC ≥ 76 dB (pozycja +20 dB, ref. 500 µV); ≥ 80 dB (pozycja +30 dB, ref. 500 µV)
Margines przeciążenia: MM 24 dB (1 kHz, 5 mV); MC 24 dB (1 kHz, 500 µV).
Precyzja RIAA: ±0,5 dB 20 Hz – 20 kHz
Nierównowaga kanałów: ≤ 0,5 dB
Przesłuch: MM ≥ 90 dB (1 kHz, 5 mV); MC ≥ 86 dB (1 kHz, 500 µV). kHz, 500 µV)
Bezpiecznik 230 V: 200 mA TT, Littelfuse 0215.200MXP
Wymiary (S x G x W): 100 x 250 x 100 mm
Waga: 3,3 kg

Pobierz jako PDF