1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Gryphon Audio Kalliope

Gryphon Audio Kalliope

Link do zapowiedzi: Gryphon Kalliope

Opinia 1

Nie chcę wyjść na osobę cierpiącą na manię prześladowczą i miłośnika teorii spiskowych, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, iż nie wiedzieć cemu jakiś tajemniczy i zarazem wszechwładny „Master of puppets” zobaczył w nas właściwy materiał na audiofilskich „Pogromców mitów” (ang. MythBusters). W dodatku poprzez swoją „obsługę naziemną” i zbiegi okoliczności sprawił, że po raz kolejny trafił do nas tzw. przypadek kliniczny wymagający ewidentnego odczarowania. Nie wiecie Państwo o co mi chodzi? Czyżbyście zatem niezbyt uważnie śledzili nasze dotychczasowe poczynania? Proszę tylko zerknąć na ostatni miesiąc. Najpierw przyszło nam udowadniać, że Avantgarde Acoustic potrafi robić nie tylko świetne, tubowe kolumny, lecz również i wcale nie gorszą elektronikę, czego nader namacalnym dowodem był wzmacniacz XA Integrated, potem dawaliśmy odpór krzywdzącym opiniom o rzekomej prosektoryjnej analityczności na wskroś wyrafinowanego i przy tym muzykalnego odtwarzacza Esoteric K-03XD, by teraz wziąć na warsztat kolejny pozornie niepasujący do stereotypowych opinii „wybryk natury”. Chodzi bowiem o nie dość, że wiekowy, to wyłamujący się z powszechnie zakorzenionego wizerunku marki produkt. Mowa o duńskim, sygnowanym przez specjalistę od potężnych, dzielonych amplifikacji –Gryphon Audio, przetworniku cyfrowo analogowym Kalliope.
Przecież tak zupełnie na serio i starając się zachowywać daleko posunięty obiektywizm wydawać by się mogło, iż w związku z nawet nie tyle dynamiką rozwoju elektroniki, co wręcz szalonym pędem pojawiania się coraz to nowszych rozwiązań dedykowanych domenie cyfrowej, nawet najbardziej zatwardziali audiofile musieli pogodzić się z faktem, iż większość dostępnych na rynku przetworników „starzeje się”, pod względem technologicznym, równie szybko co zalegające na sklepowych półkach komputery. Tymczasem nasz dzisiejszy gość nic a nic z mijającego czasu sobie nie robiąc egzystuje sobie w „smoczym” portfolio od … 2014 r. czyli jak by nie patrzeć właśnie stuknęło mu siedem (!!!) lat. W dodatku kiedy Kalliope po raz pierwszy ujrzał światło dzienne nie dość, że niejako z automatu został zakwalifikowany do nader elitarnego, ultra high-endowego grona, to w tamtych czasach był jednym z najdroższych przetworników na rynku. Nie minęła jednak nawet dekada a konkurencja (vide MSB, Wadax), przynajmniej pod względem koniecznych do wyasygnowania przy zakupie ich „zabawek” kwot, już dawno zostawiła Duńczyków w końcówce peletonu. Jednak przynajmniej z naszego punktu widzenia, pozycjonowanie li tylko poprzez cenę a nie klasę oferowanego brzmienia i jakość wykonania mija się najdelikatniej z sensem a i w nas samych budzi mocno ambiwalentne odczucia. Dlatego też będąc zaimpregnowanymi tak na magiczną regułę CCC (Cena Czyni Cuda), jak i zabiegi marketingowców oraz nie zważając na nader podeszły wiek naszego bohatera, postanowiliśmy na spokojnie go we własnych systemach posłuchać i możliwie szczerze opisać jak zniósł próbę czasu i jak gra.

Zanim jednak do tego przejdziemy wypadałoby, chociażby pokrótce, dokonać jego charakterystyki, co też niniejszym czynię. Jak na Gryphona przystało barwą nie tyle dominującą, co praktycznie – nie licząc pleców, jedyną jest czerń i to w kilku odmianach. Mamy zatem front złożony z okalającego sztabę szczotkowanego aluminium kruczoczarnego akrylu jedwabistym połysku, biegnącą przez środek korpusu karbowaną osłonę „wału napędowego” rozdzielającego ozdobione firmowymi logotypami (obowiązkowe Gryfy) solidnie dokręcone płaty płyt górnych. Zgodnie z tradycją awers DAC-a pozbawiono jakichkolwiek manipulatorów, pokręteł i przycisków zastępując je ukrytymi, podobnie jak krwistoczerwony logotyp i błękitny wyświetlacz, pod taflą czernionego akrylu. I tak, patrząc od lewej mamy włącznik główny, wyciszenie (Mute), selektor wejść, wspomniany dwuwierszowy wyświetlacz, wybór filtra, aktywator upsamplingu, odwrócenie fazy i wejście do menu.
Delikatnie ponacinane krawędzie boczne zapewniają grawitacyjną cyrkulację powietrza wewnątrz dość zauważalnie nagrzewającego się korpusu. Z kolei utrzymana w naturalnej kolorystyce aluminium ściana tylna prezentuje się nad wyraz przyjaźnie i cokolwiek by to miało znaczyć … „normalnie”. Lewy górny narożnik przejęło we władanie zintegrowane z komorą bezpiecznika trójbolcowe gniazdo zasilające IEC C14, dostępne zarówno w standardzie XLR (zalecany), jak i RCA terminale wyjściowe rozlokowano symetrycznie po bokach, natomiast lewa strona przypadła w udziale konwencjonalnym interfejsom wejściowym AES/EBU i trzem S/PDIF (BNC), mniej więcej w centrum mamy wyjście cyfrowe AES/EBU a na prawo od niego wejście i wyjście na zewnętrzny zegar i 12V trigger. Jednak „piętro wyżej” jest coś, bez czego obecnie Kaliope mógłby sam z siebie wystąpić o skierowanie do muzeum techniki, czyli obowiązkowy port USB.
Całość ustawiono na czterech nóżkach, z czego przednie mają kształt walca a z kolei tylne są skierowanymi wierzchołkiem do dołu stożkami. W komplecie nie zabrakło również pilota zdalnego sterowania, którego zarówno brutalna aluminiowa bryła jak i monstrualna rozmiarówka osadzonych w nim przycisków bardziej przywodzi na myśl sterownik do suwnicy bramowej aniżeli high-endowego DAC-a.

Nawet pobieżny rzut oka do trzewi u większości zainteresowanych (czemu nie u wszystkich wyjaśnię dosłownie za chwilę) powinien wywołać pełnię szczęścia. Mamy bowiem do czynienia z klasycznym układem dual mono, w którym do niezbędnego minimum zredukowano wszelakiej maści połączenia kablowe, więc nic się nie plącze, czy też wije pomiędzy pozostałymi komponentami. Każdy kanał może pochwalić się własnym 65VA toroidalnym transformatorem i imponującą baterią pozornie niewielkich 28 kondensatorów o łącznej pojemności … 35.000 μF. Sercem sekcji cyfrowej są przetworniki ESS SABRE ES9018, również po jednym na kanał sterowane zaprojektowanymi przez Gryphona zegarami taktującymi (oscylatorami kwarcowymi) – jednym o częstotliwości 22,5792 MHz (wielokrotność 44,1 kHz) i drugim 24,5760 (wielokrotność 48 kHz). Warto chwilę zatrzymać się przy wejściu USB, które potraktowano z zaskakującą atencją, gdyż nie dość, że dopieszczono je osobną linią zasilającą, to wyposażono w dedykowaną baterię elektrolitów, które nader skutecznie sprawdzają się w roli „wirtualnej baterii”
Z kolei, również symetryczny, analogowy stopień wyjściowy pracuje w klasie A. W tym momencie pozwolę odwołać się do instrukcji obsługi, w której czarno na białym stoi, iż orientacyjny czas „wygrzewania” ww. urządzenia wynosi około 50 godzin (normalnej pracy) a pełnię swoich możliwości od momentu wybudzenia Kalliope osiąg po mniej więcej trzech kwadransach. Dlatego też zalecane jest pozostawianie tytułowego DAC-a non stop pod prądem. Tak, tak, już widzę srogie miny wojujących ekologów (to właśnie o tę grupę nie do końca zachwyconych odbiorców mi chodziło), jednak o ile tylko będziecie Państwo mieli taką możliwość spróbujcie chociażby na weekend nie wyłączać Gryphona a zaręczam, że będziecie woleli w ramach zadośćuczynienia raz na kilka miesięcy posadzić nowe drzewko wspierając program zalesiania pobliskich nieużytków aniżeli każdorazowo usypiać duńskie urządzenie po odsłuchu. Miłym dodatkiem jest możliwość obniżenia sygnału wyjściowego (z poziomu menu) o -6 dB, co powinno ucieszyć posiadaczy nazbyt skorych do przesterowywania przedwzmacniaczy.

Przystępując do odsłuchu doskonale zdawałem sobie sprawę z co najmniej dwóch rzeczy. Pierwszej, czyli obciążenia genetycznego, jakie ciągnie się za wykorzystywanymi przez Gryphona kośćmi przetworników. Krótko mówiąc chipy Sabre, choć zachwycające pod względem parametrów aż nazbyt często uznawane były za zbyt analityczne a przez to niezbyt wpisujące się w wyobrażenia odbiorców o tzw. muzykalności. I drugiej – mocno podeszłego, jak na rynkowe realia wieku. Mówiąc wprost miałem przed sobą coś na kształt szklanej ściany zbudowanej z podejrzeń, domniemań, stereotypów i czysto wyimaginowanych uprzedzeń. Tymczasem już pierwsze takty „Dark Passion Play” Nightwish sprawiły, że owe – wirtualnie piętrzące się problemy, pękły niczym bańka mydlana a wspomniana przed chwilą szklana ściana posypała się jak szyby w wiatach przystankowych przy przejściu narodowców 11 listopada. Po pierwsze, pomimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie odnaleźć nawet najmniejszych śladów przypisywanych kościom DAC-ów bezdusznej i ocierającej się o szklistość analityczności. Ba, śmiem twierdzić iż brzmienie Kalliope z powodzeniem można byłoby uznać za stosunkowo ciemne, acz szalenie rozdzielcze. W dodatku niezwykle żywiołowe a przy tym gęste, acz dalekie od spowalniającej bieg wydarzeń lepkości, wysycone tak pod względem barwowym, jak i emocjonalnym. Słychać bowiem wszystko, jednak bez wyostrzeń i sztucznego podkreślania góry. Brak tu przejaskrawień i szklistości mogących początkowo zachwycać wielością informacji, lecz na dłuższą metę zabijających przyjemność odsłuchu. W zamian za to otrzymujemy estetykę zbliżoną niemalże do organicznej gładkości – lampowego sznytu Brinkmann Audio Nyquist mk2 z tą tylko różnicą, że Duńczyk gra z większym rozmachem i potęgą.
Świetnie wypadają dzięki temu nieraz nieco patetyczne nagrania wokalne, w których akcent stawiany jest na jak największą atrakcyjność pierwszoplanowych wykonawców. Weźmy na ten przykład „Rethroned” Northern Kings, gdzie czterech ponurych jegomościów serwuje nam wielce eklektyczny mix coverów w stylu symfoniczno-metalowej „bajaderki”. Niby podchodzę do takich wynalazków z w pełni uzasadnioną ostrożnością, jednak akurat ten fiński krążek w duńskiej interpretacji wypadł wielce przekonująco. Orkiestracje miały swoje jasno zdefiniowane role i stanowiły sugestywne tło do popisów solowych ww. wokalistów a mroku i apokaliptyczności na „I Should Be so Lucky” nie powstydziłby się sam władca piekieł dyrygując zastępami swych demonów. Zamiast jednak powiększać i przybliżać źródła pozorne Gryphon spokojnie czekał i jak na scenie, podobnie jak w polskich filmach, nic się nie działo, to i on zgrywał oszczędnego w wyrażaniu emocji introwertyka, wystarczyło jednak orkiestrowe tutti, albo zmasowany atak wydzierganych szarpidrutów (vide ww. cover Kylie Minogue) a w potulnym do tej pory baranku budzi się zionący ogniem demon. Co ciekawe Gryphon bez trudu angażuje słuchacza nawet na spokojnym i kameralnym repertuarze. Operuje wtenczas w skali mikro, co wymagać będzie od samego słuchacza odrobiny intelektualnego wysiłku i dobrej woli. Proszę jednak tylko spróbować zapewnić mu strawę w postaci „Sefardix” i „Maggid” autorstwa projektu Oleś Brothers & Jorgos Skolias a zobaczycie, tzn. usłyszycie Państwo, że czasem mniej znaczy lepiej. Oszczędne, lecz niezwykle przemyślane instrumentarium potrafi bowiem z powodzeniem wykreować własny mikrokosmos i zupełnie niepostrzeżenie nas weń wchłonąć. Kolejność powyższych albumów bynajmniej nie jest przypadkowa, gdyż choć oba bazują na motywach … sefardyjskich, to „Sefardix” jest bardziej ortodoksyjny, bliższy oryginałowi i surowszy, za to na „Maggid” udział autorskich interpretacji i własnych pomysłów twórców zauważalnie wzrasta. Do głosu dochodzi klimat śródziemnomorski, pojawiają się elementy mające swój bałkański, grecki, marokański czy berberyjski rodowód. Dźwięki, smaki i zapachy zaczynają się mieszać w muzycznym kotle, lecz zamiast kakofonicznej improwizacji w stylu uwielbianego przez Jacka free, otrzymujemy twór niezwykle koherentny, czy wręcz monolityczny. Wszystko do wszystkiego pasuje wzajemnie się uzupełniając i nader skutecznie zapobiegając nudzie. Kalliope po mistrzowsku rozmieszcza poszczególne instrumenty na obszernej, wirtualnej scenie, pozwala im swobodnie wybrzmiewać i co istotne wchodzić we wzajemne relacje. To nie są sterylne, odseparowane od siebie byty, lecz grający ze sobą skład, stanowiący byt sceniczny zespół. Zwróćcie Państwo uwagę skąd dochodzi gwizd Skoliasa na „I pirkaja tis Thessalonikis” – on nie jest doklejony, wmiksowany, lecz wypełnia przestrzeń pomiędzy perkusjonaliami a kontrabasem. Ponadto jest złożony i trójwymiarowy – na wskroś realny.
Warto jednak mieć na uwadze, że nie jest to na pierwszy rzut ucha materiał lekki, łatwy i przyjemny jaki umili nam słoneczne popołudnie w greckiej tawernie, lecz propozycja, nad którą trzeba się skupić i wyciszyć. Niby kontrabas i perkusjonalia okraszone wokalem to dość skromny skład, jednak jeśli zamiast skocznych przyśpiewek serwuje nam skomplikowane metra i nieoczywiste podziały rytmiczne, których spoiwem stają się dalekie od konwencjonalnych, nomen omen greckich, wersów iście jazzowe wokalizy Skoliasa jasnym powinno być, że codzienna krzątanina podczas odsłuchu jest nie tyle nie na miejscu, co wręcz niemożliwa. A Gryphon każdy, nawet najmniejszy dźwięk dopieszcza i cyzeluje pokazując jego strukturę i charakterystykę impulsową. Zarówno bowiem trącenie, bądź pociągnięcie smyczkiem każdej ze strun, jak i uderzenie pałką, bądź miotełką perkusji ma swój wyraźny początek, narastanie dźwięku a następnie jego mniej, bądź bardziej natychmiastowe wygasanie, czyli klasyczny cykl życia składający się na większą całość – konkretny motyw, czy w szerszej perspektywie utwór.

A na koniec mała dygresja, skoro bowiem producent był na tyle miły, że udostępnił użytkownikom końcowym możliwość nie tylko włączenia/wyłączenia upsamplingu do postaci 384 kHz/32 bit, lecz również i dobór najbardziej wpasowującego się w nasze gusta filtra (fast / slow dla PCM i 50, 60, 70 Hz IIR dla DSD), nie omieszkałem sprawdzić ich wpływu na walory soniczne. I tutaj niespodzianka, bowiem o ile przynajmniej do tej pory lwia część odtwarzaczy i przetworników z jakimi miałem przyjemność, nie wyłączając mojego dyżurnego Ayona CD-35, zdecydowanie grała lepiej, bądź jak kto woli bliżej moim osobistym preferencjom, o tyle w Kaliope oferowany upsampling sięgałem nad wyraz sporadycznie. Powodem takiego stanu rzeczy okazywały się każdorazowo ciągoty Gryphona do pewnej wyczynowości. O ile operując na sygnałach konwertowanych z nienaruszonej, natywnej postaci równowaga pomiędzy muzykalnością a rozdzielczością była wręcz perfekcyjna o tyle upsampling przechylał szalę zwycięstwa na stronę rozdzielczości i nieco zbyt dosadnego, przynajmniej w moim systemie, udowadniania własnej wyjątkowości, czy wręcz zajebistości. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż w systemach zbyt ospałych, bądź cierpiących na niedobory emocji taki zastrzyk adrenaliny może okazać się zbawienny, jednak osobiście takowego „hollywoodzkiego” sznytu nie potrzebowałem. Zdecydowanie delikatniejszą sygnaturą odznaczały się za to poszczególne filtry i tutaj już żonglowałem nimi zdecydowanie częściej, co wcale nie oznacza, że decydując się na jeden, najbardziej pasujący nam w pierwszej fazie zapoznawania się z przetwornikiem, nie możemy na nim poprzestać. Jeśli jednak ktoś cierpi na nerwicę natręctw, to śmiem twierdzić, że spokojnie w miejscu nie usiedzi, co i rusz sięgając po pilota.

Ktokolwiek z Państwa liczył na to, że ekipa Gryphon Audio zapomniała o Kalliope i trzyma go w swoim portfolio li tylko z sentymentu? Prawdę powiedziawszy ja nie miałem złudzeń i niemalże czułem w kościach, że upływ czasu, jak i zmieniające się realia obeszły się z duńskim DAC-iem nader łaskawie. Nie sądziłem jednak, że tak „dojrzała” (brzmi zdecydowanie lepiej aniżeli „wiekowa”) konstrukcja nadal będzie mogła uchodzić za swoistą referencję pokazującą miejsce w szeregu młodszej i przynajmniej teoretycznie bardziej zaawansowanej konstrukcyjnie konkurencji. Referencję, która całą sobą skupiona jest na muzyce i dostarczeniu słuchaczom wszelkich zawartych w niej informacji, w tym również emocji. Jest to też nader namacalny dowód na to, że niekoniecznie liczy się sama kość przetwornika a jej świadoma, bądź nie aplikacja. A wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że rezydujący w Ry zespół, zamiast ślepo powielać defaultowe schematy z datasheetów poszedł własną drogą a osiągnięty przez nich efekt przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Jak Kalliope wpisze się w Państwa gusta niestety nie wiem, jednak jeśli poszukujecie referencyjnego przetwornika na długie lata, to w wolnej chwili rzućcie na tego mrocznego Duńczyka okiem i uchem, bo coś mi się wydaje, że podobnie jak „mała czarna” Coco Chanel on się chyba nigdy nie zestarzeje.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

Opinia 2

Mam nadzieję, iż nie tylko ja, ale również Wy macie nieodparte wrażenie, że będąca inicjatorem naszego dzisiejszego spotkania duńska marka Gryphon Audio pośród szerokiej rzeszy miłośników muzyki, zyskała miano niekwestionowanej kultowości. Praktycznie nie ma znaczenia, po jakiej stronie barykady stoimy – mam na myśli obóz tranzystorowy vs lampowy, jeśli nie zawsze, to prawie zawsze wypowiadamy się o tym producencie co najmniej pozytywnie. Co dokładnie jest tego powodem, nie mam do końca pojęcia, jednak po swoim doświadczeniu z komponentami wzmacniającymi sygnał audio śmiało mogę stwierdzić, iż jednym z przemawiających za wspomnianym określeniem kultowości aspektem jest oferowana jakość dźwięku. Jednak nie szukająca małej grupki melomanów kochających konkretny aspekt brzmienia jej komponentów, tylko wręcz bezkompromisowa w domenie pełnej kontroli nad każdym wycinkiem pasma, oparta na dobrej motoryce średnicy, nie zapominając przy tym o ważnym dla muzyki aspekcie zwanym PRAT, zjawiskowo swobodnej w kreowaniu świata muzyki dbałości o jej najdrobniejszy detal. To oczywiście w kontrze do przywołanego obozu ortodoksyjnie traktujących swoje wybory osobników homo sapiens jest świadomym postawieniem przez producenta sprawy na tak zwanym ostrzu noża, ale jak widać po kuluarowym feedbacku, okazało się być wielkim sukcesem. Co soniczne oznacza ów sukces? Z pierwszymi jaskółkami i skutkami tych wydarzeń w życiu portalu mogliście zapoznać się przy okazji testów szczytowych końcówek mocy Antileon i Mephisto. Jednak gdy powiedziało się „A”, kolejnym naturalnym posunięciem testowym powinno być „B”, dlatego też z wielką przyjemnością zapraszam zainteresowanych wynikiem tego podejścia, na kolejną przygodę z duńską myślą techniczną w postaci przetwornika cyfrowo/analogowego Gryphon Audio Kalliope, o którego pojawienie się w naszej redakcji zadbał stacjonujący w Łodzi AudioFast.

Przechodząc do opisu budowy Kalliope, chyba nikt nie będzie zaskoczony, gdy powiem, iż ogólny pomysł na wygląd idzie oznaczoną przez flagowe wersje drogą czerni aluminium połączonego ze świetnie współgrającym wizualnie ze wspomnianą inkarnacją glinu, również czarnym akrylem części frontowej. W przypadku rzeczonego DAC-a mamy do czynienia z wręcz identycznym jak w końcówce mocy Mephisto, powieleniem wystającego poza obrys korpusu akrylowego awersu, w który wstawiono usytuowaną poziomo aluminiową belkę z umieszczonymi na trapezowej, oczywiście akrylowej połaci, ukrytymi pod odpowiednimi ikonami różnych funkcji, dotykowymi sensorami i centralnie zorientowanym, mieniącym się wściekłą czerwienią logo marki. Jeśli chodzi o resztę obudowy, ta została podzielona na dwie części bardzo przyjaznym wzrokowo, ciągnącym się od przodu po same plecy, karbowanym wzdłuż jego przebiegu niewielkimi rowkami półwałkiem. Być może komuś może wydać się to dziwne, ale jak rzadko w tego typu konstrukcjach – mam na myśli przetwornik D/A – Kalliope na ściętych krawędziach ścianek bocznych został uzbrojony w co prawda niewielkie, ale w celach bezpieczeństwa pozwalające grawitacyjnie wentylować trzewia, serie poprzecznych nacięć. Po dotarciu do rewersu jedno okazuje się być pewne. To znaczy? Otóż panowie inżynierowie stanęli na wysokości zadania i pomyśleli o wszystkim, bowiem znajdziemy na nim nie tylko analogowe wyjścia w standardzie RCA i XLR, pięć wejść cyfrowych: 3 x SPDIF w wersji BNC, jedno AES/EBU oraz jedno USB, ale również wejście i wyjście na zewnętrzny zegar. Co w tej wyliczance jest aż tak ciekawego? Oczywiście możliwość zastosowanie zewnętrznego zegara, co po pierwsze podczas mojej decyzji o nabyciu przetwornika dCS-a było tak zwana kropka nad przysłowiowym „i”, a po drugie sporo namieszało również podczas tego testu. Tak prezentujący się DAC podążając drogą reszty braci i sióstr z portfolio marki, została posadowiony na czterech stopach, z czego dwie przednie są sporej średnicy walcami, a tylne stożkami.

Wprowadzając pewnego rodzaju nutkę ciekawości w tę opowieść testową, jestem zobligowany nadmienić, iż do mojego ośrodka gromadzenia życiowych doświadczeń jako przed-testowy, kuluarowy feedback na temat tytułowej konstrukcji dochodziły dwie opinie. Pierwsza niosła ze sobą same superlatywy, od szybkości, energii i rozdzielczości prezentowanego dźwięku. Zaś druga do powyższej wyliczanki natychmiast dodawała określenia typu: w konsekwencji zastosowania trudnych do aplikacji kości SABRE przekaz jest pozbawiony emocji z tendencją do bezduszności. Owszem, z pazurem, tylko jakoś mało muzykalnie. To oczywiście na bazie dotychczasowych starć z sekcją wzmocnienia tego producenta nieco podkopywało zdobytą dotychczas na własnym podwórku wiedzę, jednak znając życie od strony nieobliczalności, dla spokoju ducha wpinałem Kalliope bez większych uniesień z obecnym gdzieś w zakamarkach duszy spokojem o brak szans na pokonanie stacjonującego u mnie DAC-a dCS-a włącznie. Odpaliłem system i? Szczerze? Ok, szczerze. Już sama rozgrzewka tak skonfigurowanego zestawu spowodowała mocne, co najciekawsze, bardzo pozytywne zaskoczenie. Jednak to były dopiero przedbiegi, bowiem gdy chcąc zagrać w pełni fair, nakarmiłem Gryphona identycznymi kablami co mojego Anglika, plus podałem mu sygnał z zewnętrznego zegara, nagle zacząłem obawiać się powrotu na stare śmieci. Cytując klasyka z filmu „Bad Boys 2”: „Nagle zrobiło się poważnie”. Powód?
Gryphon Kalliope był jak w dobrym tergo słowa znaczeniu, rozjuszony byk. Dosłownie każdy rodzaj twórczości od jazzowego plumkania, przez muzykę dawną, wszelkie odmiany rocka, po najbardziej wredną elektronikę podawał nie tylko z tak uwielbianym przeze mnie wyśmienitym nasyceniem i jego zjawiskową energią, ale przy tym ani razu nie pozwolił sobie na jakiekolwiek potknięcie w oddaniu mistrzowskiej kreski schodzących prawie do podziemi mojego domu dolnych rejestrów. Mało tego. Na domiar „złego”, jako zwieńczenie znakomitego panowania nad swoimi poczynaniami jako swoisty bonus świetne pokolorował wysokie tony, jednak przy tym nawet na milimetr nie ograniczając ich witalności, a jedynie nadając im nieco innego ciężaru i lekko skierowanego w tron złota koloru. Gdybym miał obrazowo określić krzyżujących szpady cyfrowych adwersarzy, powiedziałbym że Duńczyk na tle Anglika był bardziej umięśniony. Jednak ku mojemu zaskoczeniu nic a nic nie tracąc na swobodzie zawieszania dźwięku na szerokiej i znakomitej w domenie głębokości wirtualnej scenie. To były dwie identyczne jakościowo szkoły grania z docelowym wskazaniem na konkretny sznyt grania. Ale uspokajam, osobiście dysponując już mocno soczystym zestawem, gdybym wcześniej nie spotkał na swojej drodze audio przedstawiciela znad Loary, testowanego Skandynawa po tym teście z pewnością nie wypuściłbym już z rąk. Zaskoczeni? Jak wynika z dotychczasowej relacji, ja również. Jednak zapewniam Was, takie „zonki” są tym, co sprawia mi najwięcej przyjemności. Nie potwierdzenie obiegowych, nawet najbardziej znakomitych opinii, tylko przekonanie się, że mocna, bardzo często oparta na prezentacjach na różnego rodzaju wystawach polaryzacja opinii publicznej ma się nijak do w pełni profesjonalnie, bo zapewniając optymalne warunki pretendentowi do laurów, przygotowanego testu. W tym przypadku śmiało mogę powiedzieć, że końcowy efekt soniczny bez najmniejszych problemów przebił nawet najbardziej optymistyczne oczekiwania. Jaki to efekt?

Na początek przywołam tak zwaną pościelową muzykę Metody Gardot z płyty „Sunset in The Blue”. W tym odtworzeniu magia już bardzo eterycznego wokalu artystki po odkodowaniu zer i jedynek przez Duński przetwornik nabrała jeszcze głębszego wymiaru. Jednak nie okazało się to być prostym tchnięciem w wokal dodatkowego ciężaru, tylko jakby zwiększenie jego nadal pełnej informacji energii, a przez to nieco inną, dla jednych lepszą, a dla innych tylko ciekawą projekcję w domenie trójwymiarowości. Nadal wszytko pięknie płynęło, z tą tylko różnicą, że wspomniana diva w swojej pracy była jakby bardziej dosadna. Nie w kwestii brutalności – czytaj nachalnego wbijania się w moją głowę, a jedynie w estetyce soczystości, co dCS robił to minimalnie zwiewniej. A to dopiero preludium do odbioru płyty jako całości, gdyż opisany sznyt brzmieniowy Kalliope z pełną premedytacją wykorzystała sekcja instrumentalna nader umiejętnie dozując pakiet pełnego energii barwowego pigmentu.
Kolejnym krążkiem tego testu była koncertowa kompilacja Joe Bonamassy „Live At The Sydney Opera House”. Cel? Nagrana jest bez szaleństwa. Fajnie, ale zazwyczaj słucham jej ze względu na wsad emocjonalny bez szukania nadmiernego uniesienia w aspektach realizacyjnych. Tymczasem nasz opiniowany, na potrzeby testu kolokwialnie nazwany bykiem DAC swoimi atutami spowił, że nie tylko wokalista z chórkami, ale również szerokie zaplecze instrumentalistów z dęciakami włącznie, pokazali się z ciekawej, bo tym razem nieźle opartej o barwę, w dotychczasowej estetyce swobody wypełniania mojego pokoju, strony. Nagle pojawił się tak doskwierający mi podczas dotychczasowych odsłuchów tego materiału czynnik namacalności poszczególnych bytów na wielkiej scenie, co bezwarunkowo zmusiło mnie do odbębnienia krążka od dechy do dechy ze szczególnym uwzględnieniem tym razem co jakiś czas mających swoje trzy grosze pasaży instrumentalnych.
Kontynuując miting muzyczny przyznaje się bez bicia, poprzednie pozycje płytowe były pewnego rodzaju wodą na młyn gęsto grającego zestawu audio. Dlatego też w trzecim podejściu sięgnąłem po coś bardzo trudnego do oddania. Owa trudność polega na oddaniu nie tylko świetnej barwy i nasycenia, ale również natychmiastowego ataku, energii, a wszystko powinno być okraszone odpowiednim zbilansowaniem pomiędzy inicjacją dźwięku i jego współpracą z specyfiką wydobywającego go instrumentu. Czyli przekładając z polskiego na nasze, fortepian ma być nie tylko majestatyczny, ale również bardzo dźwięczy i czasem wręcz zwiewny, kontrabas powinien dobrze oddać palec na strunie, samą strunę i jej brzmienie przy wykorzystaniu pudła rezonansowego, zaś zestaw perkusji ciśnienie wytwarzanego przez uderzenie stopą powietrza i z gracją rozrzucić w eterze mieniące się milionem odcieni kakofoniczne pakiety różnego rodzaju przeszkadzajek. O jakim krążku mowa? Oczywiście Palulu Bley’u, Garym Peacocku i Paulu Motianie w po raz kolejny koncertowym materiale „When Will The Blues Leave”. Jaki był efekt? Znakomity. Oczywiście bardziej pulsujący energią niż w moim flagowym zestawieniu, jednak nieskażony jakimkolwiek uśrednieniem informacji w nawet najbardziej skomplikowanych przebiegach nutowych często szalejącego na wielkich skrzypcach Garego Pecocka. To była feeria mocnych, ale szybkich, kiedy trzeba ostrych, innym razem pełnych dźwięków, które w moim odczuciu powodowały, że bez obrazy, ale w teorii wiodący prym na tej płycie fortepian zdawał się być oczywiście bardzo ważnym, ale jednak pewnego rodzaju tłem. Tylko nie odbierajcie moich słów jako szkodliwego przearanżowania zamierzeń muzyków przez przetwornik, tylko z uwagi na preferowane przeze mnie przedkładanie przyjemności słuchania bardzo trudnego do pokazania w pełni prawdy kontrabasu nad fortepian, na potrzeby dobitnej oceny usłyszanego wyniku na bazie osobistych priorytetów celowo zmieniłem ich dominantę w tym wydarzeniu muzycznym. Patrząc na całość z perspektywy widzianej okiem zwykłego Kowalskiego, wszystko było w idealnym, bo wręcz książkowo namalowanym porządku.

Być może opisując swoje około-testowe emocje, trochę się zagalopowałem, jednak jak wielu z Was wie, gdy mnie coś mocno ruszy, nie szczędzę komplementów. I tak było tym razem. Prawdę mówiąc, bazując na opiniach ludzi – nawet tych najprzychylniejszych – nigdy takiego wyniku się nie spodziewałem, dlatego gdy zaznałem go na własnej skórze, popuściłem wodzę melomańskiej fantazji. Czy Gryphon Audio Kalliope jest dla każdego? Jak najbardziej z jednym ale. Mianowicie chodzi o to, że na tym pułapie nie tylko cenowym, ale również jakościowym często na śmierć i życie bijemy się o najdrobniejsze detale. I tylko one, czyli mocne nasycenie naszego bohatera w zderzeniu z podobnie skonfigurowanym zestawem może okazać się nazbyt rubaszne. Nie wiedzę innej opcji, gdyż jakość dźwięku umiejętnie dobranego seta audio po wpięciu Duńczyka nigdy nie ucierpi. Co najwyżej minimalnie przesunie akcenty malujące świat muzyki. Niestety te postrzegane są już bardzo indywidualnie, na co nawet najbardziej spektakularnie brzmiący produkt nie ma już wpływu. Po prostu życie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: PMC MB2 XBD SE
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 112 030 PLN

Dane techniczne
Zastosowany przetwornik: po jednym ESS SABRE ES9018 na kanał
Wejścia cyfrowe : 110Ω AES/EBU, 3 x 75Ω BNC (PCM 192 kHz/24 bit), USB (PCM 384 kHz/32 bit, DSD 512)
Wyjścia cyfrowe: AES/EBU
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Napięcie wyjściowe: 4,3Vrms (XLR), 2,15Vrms (RCA)
Odstęp S/N: < -118dB
Zniekształcenia THD+N: <0,0070% @ 0dB, <0,0025% @ -6dB
Pasmo przenoszenia: 0 – 192 kHz
Impedancja wyjściowa: 300 Ω
Pobór mocy: <0,5W (Standby), 50W (bez sygnału), 54W (max)
Wymiary (S x W x G): 48 x 13.5 x 38.7 cm
Waga: 10,6 kg

Pobierz jako PDF