1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Audionet STERN & HEISENBERG

Audionet STERN & HEISENBERG

Link do zapowiedzi: Audionet STERN & HEISENBERG

Opinia 1

Analiza naszego portfolio pod kątem udziału tytułowej marki ewidentnie pokazuje, iż dotychczas mieliśmy do czynienia ze zdecydowaną większością jej oferty. Były zestawy pre-power (PRE I G3 + AMP I V2), poszczególne komponenty odtwarzające zero-jedynkowe dane zapisane na srebrnym krążku (PLANCK) i je wzmacniające (WATT), integra (SAM 20 SE), a nawet swoisty kombajn w postaci wzmacniacza zintegrowanego z funkcją przetwornika cyfrowo/analogowego i streamera (DNA I). Jednak nawet po tak okazałej liście konstrukcji, przypominając o nadrzędnej karmie Soundrebels gdzieś w duchu czuliśmy niedosyt. O co chodzi? Biorąc pod uwagę założenia opiniowania produktów głównie z półki premium nic nadzwyczajnego. Po prostu brakowało nam osobistego zderzenia ze szczytem oferty naszych zachodnich sąsiadów. Nie, żebyśmy byli tak nadąsani, tylko ze zwykłej chęci konfrontacji wyrobionych podczas opiniowania tańszych urządzeń pozytywnych opinii z omijającą wszelkie produkcyjne kompromisy topową propozycją Audioneta. I wiecie co? Stało się. Ku naszemu zaskoczeniu jakiś czas temu zadzwonił do nas stacjonujący w Łodzi dystrybutor CORE trends i bez oglądania się na naszą reakcję poinformował, iż jest w drodze z tak wyczekiwanym szczytem oferty niemieckiego producenta w postaci przedwzmacniacza liniowego STERN i dwóch monofonicznych końcówek mocy HEISENBERG. Zaskoczeni? Przyznam szczerze, że my również. Dlatego też, jeśli jesteście głodni informacji, co oferuje wspomniany przed momentem set pre-power, to zapraszam na kilka akapitów naszych osobistych przemyśleń.

W teorii, do wielkich gabarytów i co za tym idzie sporej wagi topowych konstrukcji segmentu High End przez te kilka lat zabawy zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Jednak bez względu na wszystko, w momencie oscylowania ciężaru jednego komponentu w okolicach 100 kilogramów, a tyle mniej więcej ważył jeden monoblok w opakowaniu transportowym, zaczynamy zastanawiać się, gdzie kończy się to szaleństwo. Naturalnie zdajemy sobie sprawę, iż tego typu oferta zazwyczaj omija jakiekolwiek rozmiarowe i wagowe kompromisy, ale my również musimy mierzyć się z ich logistyką. Jednak jeśli powiedziało się A, należy powiedzieć B i takim sposobem tytułowe, monstrualne i ciężkie flagowce Audiioneta wylądowały na przygotowanych dla nich podstawach. Jak obrazują fotografie, w przypadku opisywanego zestawu mamy do czynienia z potężnymi prostopadłościennymi obeliskami. Przedwzmacniacz nie musząc zmieścić w swoich trzewiach wielkich transformatorów przy tej samej wysokości i głębokości w stosunku do końcówek jest nieco węższy i lżejszy. Jednak w zamian musząc spełnić zadanie bycia centrum zawiadamiania firmowymi monoblokami, w górnej części awersu uzbrojony został w wielki, a przez to czytelny z dużej odległości wielofunkcyjny wyświetlacz, tuż pod nim pięć (środkowy w kształcie trójkąta) pozwalających obyć się bez pilota przycisków (ten naturalnie jest w ofercie), nieco niżej sporej wielkości gałkę wzmocnienia i nieco nad dolną krawędzią frontu okrągły, podświetlany na biało włącznik inicjujący pracę urządzenia. Przybliżając górny płat obudowy nie sposób nie wspomnieć o bardzo pomysłowym rozwiązaniu wentylacji wnętrza za pomocą serii maleńkich otworów na tylnych płaszczyznach zdobiącego go swoistego grzebienia. Przyznam szczerze, iż fotografie tego nie oddają, ale to naprawdę jest ciekawy wizualnie pomysł. Przerzucając wzrok na tylny panel przyłączeniowy zderzamy się ze sporym pakietem złączy wejściowych i wyjściowych w standardach RCA i XLR, gniazdem zasilania, zaciskiem masy, dwoma wyjściami AUDIONET LINK, jednym terminalem RS232 i WLAN. Kilka zdań o monoblokach oprócz informacji o większej wadze i szerokości obudowy na temat przodu będzie nieść ze sobą dane typu: przełamanie monolitu frontu nie tylko takim samym, ale również identycznie zlokalizowanym jak w przedwzmacniaczu włącznikiem pobudzania urządzenia do pracy, w kwestii dachu: bliźniacze rozwiązanie wentylacji korpusu przez ażurowanie tylnych połaci jego pofałdowań, a o plecach: niezbędny do współpracy z potencjalnym systemem audio pakiet przyłączy w postaci pojedynczych sygnałówek RCA i XLR, podwójnych zacisków głośnikowych, patrząc od lewej strony w dolnych parcelach dwóch przełączników hebelkowych – wyboru wejścia sygnału i procedury włączenia zasilania AUTO lub na stałe, wejść i wyjść sygnału AUDIONET LINK i zintegrowanego z bezpiecznikiem gniazda zasilania IEC. Tak prezentujące się topowe zabawki Audioneta na czas transportu zapakowane są w odporne na bezmyślność kurierów, wyściełane dopasowaną do nich od wewnątrz gąbką aluminiowe kufry.

Chyba nikt nie odbierze tego jako próby generalizowania tematu, ale w moim odczuciu jeśli coś aspiruje do miana szczytu segmentu High End, powinno odznaczać się bezkompromisowym, czyli pozbawionym ograniczeń w kwestii rozmachu budowania realiów wirtualnej sceny sposobem prezentacji dźwięku, a jedyne co może podlegać ewentualnej interpretacji przez danego producenta, to przypisany w kodzie DNA, często zależny od odmiennego patrzenia na zagadnienie muzyki sznyt grania jego oferty. To jest elementarz audio, który na szczęście bez dwóch zdań tytułowa konfiguracja wzmacniająca sygnał Audionet Stern + Heisenberg podczas testu realizowała bez najmniejszej zadyszki. Innymi słowy mówiąc, dla opisywanego zestawu nie istniał problem utrzymania kontroli nad kolumnami w pełnej skali głośności. Skąd to wiem? Z autopsji podczas zamierzonego dla celów recenzenckich ogłuszania się muzyką elektroniczną. Ale co ważne, przy szaleńczych poziomach jej wolumenu nie notowałem najmniejszego problemu z limitacją dźwięku zwanej kompresją, tylko otrzymywałem pełną czytelność nawet najbardziej połamanych komputerami interwałów sonicznych. A zaznaczam, iż mimo sporej skuteczności moich kolumn, z racji niskotonowego głośnika w rozmiarze miski do kąpieli dzieci, nie jest to takie łatwe. Ok. Prowadzenie zespołów głośnikowych, szybkość narastania sygnału i ogólne swoboda prezentacji były wzorowe. A co z punktem ciężkości i ogólną manierą grania? Tutaj wszystko zależało od źródła, choć zawsze było to nasycone, jednak nie otyłe spojrzenie na fonię. Co mam na myśli wspominając zależność prezentacji od otrzymanego sygnału? Otóż bez względu na fakt korzystania czy to gramofonu, czy CD-ka, nigdy nie narzekałem na zbytnią zwiewność generowanej muzyki. Konsekwentnie w sukurs rozdzielczości zawsze szła odpowiednia dawka energii i masy. Jednak co istotne, każdy protokół odtwarzania danych z czarnej i srebrnej płyty z osobna owocował nieco innym poziomem ostrości rysunku źródeł pozornych i miękkości samego dźwięku. Naturalnie zgodnie z ogólnym postrzeganiem analogu i cyfry, ale na tyle wyraziście odmiennie, że bez problemów z zamkniętymi oczami dawało się odróżnić, co w danym momencie kreowało zawieszony pomiędzy moimi kolumnami świat muzyki. Co z tego wynikało? Otóż bardzo ważny aspekt w postaci dobrego różnicowania sygnałów przez tytułowy set pre-power, co czasem zbyt mocnym wdrażaniem swoich jedynie słusznych wizji przez konstruktora jest delikatnie uśredniane. W tym przypadku tak nie było pozwalając cieszyć się mocno odmiennymi od siebie sposobami obcowania raz z muzą z kompaktu, a raz z drapaka. Jak to wyglądało na przykładach muzycznych? Bardzo dobrze. Biorąc na tapet wspomnianą elektronikę w stylu grup Massive Attack i Yello z jednej strony przenikliwe frazy nutowe skutecznie wyniszczały moje organy słuchowe, a z drugiej częste w tej muzie sejsmiczne pomruki bez najmniejszych problemów miotając moimi kolumniszczami przyprawiały mnie o nadciśnienie. Ale nie w stylu ściany trudnego do zaakceptowania monolitu dźwiękowego, tylko narysowania stworzonego gdzieś w głowach artystów, okraszonego preparowaną wokalizą, wielobarwnego świata komputerowych pików sonicznych. Mało tego. Chwilowe spiętrzenia masy i energii najniższych rejestrów momentami dawały efekt podobny do wyginania się ścian niczym w filmie „Matrix”. Zabawne? Bynajmniej, gdyż to dobitnie pokazywało, jak można panować na kolumnami w pomieszczeniu z problemami akustycznymi na poziomie 68 Hz, bez pobudzenia ich do szkodliwego życia.
Kolejnymi nurtami muzycznymi były szeroko rozumiany jazz i muzyka Baroku z Tomaszem Stańko, czy interpretacjami spuścizny Claudio Monteverdiego na czele. Dlaczego teoretycznie odległe światy połączyłem w jeden wywód? Powód jest banalny. Otóż sposób oddania zawartego w tych twórczościach ducha jest bardzo podobny, czyli gdy wymagał tego materiał bez pośpiechu, a nawet z nutką nostalgii, by w za moment w dosłownym tego sowa znaczeniu zagrać ciszą. A wszystko w odpowiedniej tonacji, wadze i często z niezbędną swobodą i zjawiskową prawdziwością zawieszenia dźwięku w eterze. To wbrew pozorom nie jest takie łatwe do realizacji, gdyż zazwyczaj zestawy dobrze radzące sobie z muzyką buntu, nie do końca potrafią przestawić się na muskanie nas poszczególnymi nutami pieśni kościelnych. Tymczasem niemiecki konglomerat radził sobie w tej materii fantastycznie. Czy można było lepiej? Naturalnie, jak zawsze tak. Jednak było to okupione zmianą przedwzmacniacza na stacjonującego u mnie Roberta Kodę. Gdzie zatem tkwi haczyk? Oczywiście w znacznie wyższej – prawie dwa razy – cenie zmiennika z Japonii. Jednak zaznaczam, to była tylko próba potwierdzenia, jak wysoko w rankingu wartości dźwiękowych znajduje się nasz punkt zainteresowań, dlatego ów mariaż zalecam pozostawić w sferze ciekawostek. A na usprawiedliwienie Audioneta dodam jeszcze, iż takie zderzenie na przestrzeni kilku lat wytrzymał tylko jeden zestaw ocierający się o bagatela prawie okrągły milion złotych pochodzący z Wysp Brytyjskich Naim Statement.

Jak wynika z powyższego tekstu, szczyt oferty niemieckiego Audioneta w pełni zasługuje na miano zaliczenia go do ultra High End’u. Swoim sposobem przedstawiania świata muzyki w domenie świeżości przekazu, umiejętnie zbilansowanej masy i zjawiskowej szybkości narastania sygnału przy nieograniczonym zapasie mocy, według mnie jest w stanie poradzić sobie z wszystkimi dostępnymi na naszym rynku kolumnami. Naturalnie może się zdarzyć, że z uwagi na oczekiwania reszty toru, w momencie roszad w systemie coś może nie zaiskrzyć. Jednak nie będzie to wynikiem słabości opiniowanych urządzeń, a jedynie sprecyzowanych potrzeb zastanej układanki. Ja ze swojej strony mogę zapewnić jedynie, iż czas spędzony z zestawem Stern + Heisenberg Audioneta będzie bardzo ciekawą przygodą dla nawet najbardziej wymagającego melomana. Czy zakończy się sukcesem? Niestety na to pytanie możecie odpowiedzieć jedynie Wy.

Jacek Pazio

Opinia 2

Jeśli już na wstępie napiszę, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, to prawdopodobnie pomyślicie Państwo, że nie dość, że najzwyczajniej w świecie zepsułem Wam całą niespodziankę i zniszczyłem budowane przed ogłoszeniem ostatecznego werdyktu napięcie, to jeszcze ordynarnie ustawiłem / wydrukowałem ów werdykt. Mówi się jednak trudno i nikomu nie będę w tym momencie mydlił oczu, że było inaczej. Ot wędrując po halach M.O.C podczas monachijskiego High Endu w 2017 r. jednym z ostatnich z puli bodajże … 80 systemów, których postanowiłem sobie po wstępnej weryfikacji na spokojnie posłuchać był set Audioneta składający się z debiutującej wtenczas flagowej dzielonej amplifikacji – przedwzmacniacza STERN i monobloków HEISENBERG, oraz goszczących jakiś czas u nas Gauderów Berlina RC8. Ot sztandarowy przykład „przemysłu ciężkiego” naszych zachodnich sąsiadów. Mylili się jednak ci, którzy kierując się dawno już zdewaluowanymi stereotypami, nawet bez słuchania uznali ową konfigurację za zbyt techniczną, charakteryzującą się podbitymi skrajami, czy wręcz bezdusznością. Nic z tych rzeczy. O ile bowiem kontrola była wręcz wzorcowa, to nie sposób było odmówić całości tak soczystości barw, jak i niezwykłego wyrafinowania, co biorąc pod uwagę wymagania samych porcelanowo – diamentowych Gauderów wystawiało niezwykle mocną rekomendację dzielonce Audioneta. Oczywistym było, że od razu na miejscu zaczęliśmy wydeptywać ścieżki tak u producenta, jak i rodzimego dystrybutora – łódzkiego CORE trends w celu pozyskania tytułowego tercetu na testy. Niestety obie ekipy z rozbrajającą szczerością jasno dały nam do zrozumienia, że jeśli w ogóle, to nieprędko to nastąpi, bo nawet z racji dość „elitarnej” ceny nie jest to produkcja masowa a dokładając do tego wykonywanie pod konkretnego Klienta przedwzmacniacza o określonej orientacji dość daleko zapuszczamy się w sferę pobożnych życzeń i krainę marzeń. Jak jednak na załączonym obrazku widać marzenia czasem się spełniają i dzięki pomocy ekipy ww. CORE trends po ponad dwóch latach od pierwszego kontaktu dostąpiliśmy zaszczytu recenzowania zestawu Audionet STERN & HEISENBERG, z czego też skwapliwie skorzystaliśmy a poczynionymi obserwacjami dzielimy się z Państwem poniżej.

Design niemieckiego trio można z powodzeniem określić mianem industrialno-minimalistycznego, gdyż całość przedstawia się tyleż „antyseptycznie”, co niezwykle elegancko, szczególnie w goszczącej u nas czerni. Za ich projektem plastycznym stoi nie kto inny, tyko Hartmut Esslinger spod którego ręki wyszły takie cudeńka, jak WEGA Compact Hifi System 3000, Apple Baby Mac, Sony Walkman Pro, legendarny motocykl Yamaha frog 750, czy utrzymany w klimacie Bauhausu zegarek Stowa Rana. Jednak wspomniany dosłownie przed chwilą minimalizm jest pozorny, odczuwalny jedynie przy pobieżnym, zgrubnym rzucie oka, gdyż im dokładniej przyglądamy się flagowym Audionetom, tym więcej smaczków powinniśmy wyłapać. W dodatku bliższy kontakt natury organoleptycznej może prowadzić wręcz do lekkiej konsternacji, gdyż wbrew obowiązującej modzie na monolityczność high-endowych obudów korpusy STERN-a i HEISENBERG-ów wydają się … lewitować wokół ich centrów. I poniekąd tak też jest w rzeczywistości, gdyż są one wcieleniem idei „Floating Pane Design” sprawiającej, iż front, tył, oraz ściany boczne nie stykają się krawędziami tworząc nadające lekkości szczeliny dylatacyjnie. Równie niekonwencjonalnie potraktowano płyty górne, które nie dość, że przypominają harmonijkę, to w dodatku u nasady każdego zgięcia posiadają gęstą perforację zapewniającą cyrkulację powietrza wewnątrz obudów.
Z racji funkcji sterowania całością front STERN-a w przeciwieństwie do mogących pochwalić się jedynie otoczonymi aureolkami włącznikami sieciowymi monobloków HEISENBERG zdobi pokaźnych rozmiarów wyświetlacz (dający się precyzyjnie przyciemnić) pod którym ulokowano pięć przycisków, których funkcje zmieniają się w zależności od poziomu menu, okrągłe pokrętło selektora źródeł i oczywiście włącznik sieciowy. W tym momencie warto podkreślić, iż jednostkę sterującą Audioneta można w zależności od potrzeb i widzimisię zamówić w orientacji pionowej, bądź poziomej, co pozwoli z łatwością (pomijając dość pokaźne gabaryty) wkomponować ją w posiadany system. Jak widać na załączonych zdjęciach do nas dotarła wersja wertykalna, więc z oczywistych względów woleliśmy ustawić ją pomiędzy monoblokami aniżeli pakować ją na górną półkę stolika. Końcówki mocy występują za to wyłącznie w formie pionowych katafalków i odradzałbym próby kładzenia ich na boku podczas codziennego użytkowania.
Od „zakrystii” Audionety prezentują za to swoje drugie, zdecydowanie bardziej „bizantyjskie” oblicze. O ile bowiem w HEISENBERG-ach rolę biżuterii pełnią jedynie rodowane terminale głośnikowe (ze sprzęgłem) i RCA Furutecha, oraz złocone XLR-y, to plecy STERN-a przypominają grill wymuskanego oldtimera. Sekcja wejściowa obejmuje dwie pary XLR-ów i cztery RCA a wyjściowa dwie pary XLR-ów i trzy pary RCA (jedna „odwrócona” – dedykowana zmostkowanym końcówkom mocy). Ponadto mamy zacisk uziemienia, zdublowane Audionet Link (TosLink), komunikacyjny port RS232 i gniazdo anteny Wi-Fi. Łączność bezprzewodowa przyda się nie tylko do aktualizacji oprogramowania (firmware’u), lecz również do sterowania za pomocą firmowej STERN app. Przy podłączaniu przewodu zasilania warto zwrócić uwagę na poprawną polaryzację, która zarówno w pre, jak i końcówkach została oznaczona przy prawym pinie gniazd IEC. Dla własnej wygody warto też zainteresować się niewielkimi przełącznikami hebelkowymi w monoblokach umożliwiających wybór wejść i sposób wybudzania wzmacniaczy ze stanu uśpienia.
Jeśli zaś chodzi o trzewia to w utrzymanym w topologii dual mono przedwzmacniaczu respekt budzi zasilanie oparte na … czterech 50VA transformatorach i 176,000 µF pojemności filtrującej, które w przypadku monosów ewoluuje do wersji z dwoma 50 VA i parą 1 200 VA wspomaganych 200,000 µF baterią kondensatorów na kanał. Wszystkie trafa to szczelnie zaekranowane toroidy a nad pracą całości czuwają sterowane mikroprocesorowo układy monitorujące. HEISENBERG-i zdolne są oddać po 530 W przy 8 Ω obciążeniu i imponujące 2 100 W przy 2 Ω, co przy współczynniku tłumienia wynoszącym ponad 1 800 przy 10 kHz i przekraczających 10 000 przy 100 Hz (dla porównania monobloki Accuphase A-250 mają wsp. tłumienia na poziomie 1 000). Znając podejście ekipy konstruktorów naukowo ukierunkowanych Berlińczyków nie dziwi fakt, iż zalecają oni spięcie swej flagowej, dzielonej amplifikacji przewodami RCA a XLR-y montują głównie ze względu na oczekiwania rynku, bo sensu większego w tym nie widzą.

Przechodząc do części odsłuchowej wzmocnienia, którego cena oscyluje na pułapie 2-3 pokojowego stołecznego mieszkania część z Państwa spodziewać się może mrożących krew w żyłach opisów rodem z „Wojny światów” Herberta George Wellsa i narracyjnej ekscytacji godnej transmisji z Copa América w wykonaniu lokalnych sprawozdawców. Tymczasem kontakt ze STERN-em i HEISENBERG-ami przypomina wizytę w „bezpiecznym pokoju” Hotelu Continental z „John Wick: Chapter 3 – Parabellum”– to ten fragment z „Zimą” (dokładnie „Allegro non molto”) Vivaldiego w tle. Bowiem w momencie wciśnięcia play zamykają się za nami wrota skarbca i zostajemy sam na sam z muzyką. Jednak odbywa się to bez jakichkolwiek fajerwerków, eksplozji, czy też przysłowiowego trzęsienia ziemi. To raczej metafizyczne doświadczenie rodem czy to z niezwykle ekskluzywnego, starego hotelu, czy równie nobliwego banku, gdzie przekraczając jego próg zostawiamy za sobą cały miejski zgiełk, codzienny wyścig szczurów i wieczny pośpiech. Tutaj czas płynie wolniej, własnym, niespiesznym tempem a my automatycznie na owe tempo też się przestawiamy.
Pomimo niezaprzeczalnego spokoju, czy też wręcz dostojności Audionety fenomenalnie różnicują nagrania. Weźmy na ten przykład przywołane na wstępie części poświęconej ich walorom sonicznym nieśmiertelne „Le Quattro Stagioni” Vivaldiego. Niby każdy to zna i mniej więcej wie, czego powinien się spodziewać, lecz zestawienie obok siebie wykonania Rachel Podger z Brecon Baroque i Giuliano Carmignoli z Venice Baroque Orchestra może wprawić niczego niespodziewających się słuchaczy w głęboką konsternację. Pomijając fakt drastycznych różnic w dynamice obu interpretacji, bezdyskusyjnie na korzyść Carmignoli, to zasadnym wydaje się pytanie skąd u licha Rachel Podger wzięła tak fatalnie zachowany klawesyn. Z drugiej jednak strony nie dziwi wobec powyższego fakt, iż ów anorektyczny i skupiony głównie na iście agonalnym pobrzękiwaniu instrument starała się możliwie daleko, w głębi sceny ukryć. O ile bowiem u Carmignoli jego rola jest niemalże równorzędna ze smyczkami, co poniekąd wynika z faktu jego wybornej definicji, o tyle u Podger przybiera on postać dość bezkształtnego worka sztućców co i rusz zrzucanego z betonowych schodów. I bynajmniej nie silę się w tym momencie na złośliwość, tylko przepaść dzielącą owe nagrania Audionety podały z taką precyzją i bezpośredniością, a jednocześnie bez nawet śladu zaznaczenia własnych preferencji, że śmiało można powiedzieć, że to na nas spoczywał obowiązek sformułowania werdyktu. Z premedytacją napisałem obowiązek, gdyż intensywność doznań zaskakująco bliska temu, czego można doświadczyć podczas obcowania z muzyką na żywo sprawiała, iż nie sposób było pozostawać obojętnym. To tak jakby mieć problem z wyborem pomiędzy leguminą a chili con carne. Nie wiem jak Państwo, ale za każdym razem, stojąc przed powyższym dylematem, wybierałem chili, znaczy się Carmignolę. W jego wykonaniu, z udziałem tytułowego wzmocnienia można było poczuć nie tyle holograficzny realizm, co mieć nieodparte wrażenie, że ww. zespół gra wyłącznie dla nas. Jakbyśmy podczas letniej wycieczki odwiedzili Opactwo Rosazzo (L’Abbazia di Rosazzo) i dostąpili zaszczytu uczestnictwa w nagraniu. Oddech, przestrzeń, wszechobecny spokój starych murów i niezwykła cisza, jakże różna od wielkomiejskiej kakofonii stawały się faktem a odsłuch działał niczym magiczny wehikuł przenoszący nas z wygodnej kanapy do słonecznej Italii.

A właśnie, jeśli już zahaczyliśmy o wątpliwe uroki życia w metropolii, to nie mogłem odmówić sobie przyjemności zweryfikowania inspirowanego właśnie takimi odgłosami materiału. Dlatego też nie bez pewnych obaw, bądź co bądź nie jest to najłatwiejsza w odbiorze pozycja, włączyłem „Fly or Die” Jaimie Branch. Chociaż tak po prawdzie nie demonizowałbym tego problematycznego odbioru, gdyż na tym zaledwie trzydziestopięciominutowym materiale groove’u i beatu jest naprawdę sporo a audiofilskie smaczki i drugoplanowe dźwięki odkrywa się praktycznie przy każdym odsłuchu. Nie jest to jednak wymuskany sampler dla złotouchych, lecz spontaniczna, momentami wręcz punkowa opowieść o Chicago w której gra ciszą, muskanie blach czy lirycznie zmysłowa wiolonczela Tomeki Reid potrafią w okamgnieniu przejść w rasowe free. Warto jednak podkreślić, że zarówno na klasycznej kameralistyce, jak i w przypadku niewielkich jazzowych składach potężna moc HEISENBERG-ów nie powoduje obserwowanego czasem zjawiska nerwowości, czy też ciągłego czajenia się do skoku. Oczywiście nie sposób spodziewać się iście triodowej eteryczności SET-ów opartych na 2A3, ale jak na wysokoprądowe i mocowe tranzystory Audionet potrafi zachwycić gładkością i wręcz organicznym ciepłem przy zachowaniu wzorcowej rozdzielczości i pełnego wglądu w nagranie.

Jeśli zaś chodzi o cięższe brzmienia to początkowo planowałem sięgnąć po twórczość Rammsteina, lecz zreflektowałem się, iż dziwnym zbiegiem okoliczności ich dostępność na TIDAL-u jest cokolwiek znikoma, więc chcąc umożliwić naszym Czytelnikom weryfikację materiału testowego we własnych systemach, zdecydowałem się na inną teutońską kapelę – Kreator i jej album „Gods of Violence”. W związku z powyższym zamiast kroku marszowego od razu wskoczyliśmy do ekstremalnego roller costera i z iście zwierzęcym rykiem wydobywającym się z trzewi Mille’a Petrozzy udaliśmy się na obłąkańczą thrashową przejażdżkę. Na wszelki wypadek trzymałem jeszcze w zanadrzu oldschoolowy „Zombie Attack” Tankardu, ale całe szczęście nie musiałem po ten krążek sięgać, gdyż nawet po masteringu jego brzmienie najdelikatniej jak tylko można określić należy mianem koszmarnego. Za to Kreator w swych iście orgiastycznych perkusyjno – gitarowych galopadach nie miał litości ani dla reprodukującego go systemu, ani tym bardziej dla słuchaczy. W dodatku w już po kilku taktach udało się nam organoleptycznie ustalić, iż o ile przy barokowych trelach mikrodynamika zasługiwała na wyłącznie celujące noty, to przy germańskich szarpidrutach dla makrodynamiki ewidentnie zabrakło skali. Serio. Jeszcze kilka decybeli więcej a musielibyśmy poważnie z Jackiem pomyśleć o przykręcaniu mebli do podłogi i pochowaniu wszelakiej maści bibelotów z ołtarzykiem Ardbegów na czele. Wolumen generowanej metalowej galopady nie tyle wgniatał w fotel, co miotał odbiorcą niczym będący w ekstazie tłum na którymś ze stadionowych koncertów. Nie był to jednak monotonny i pozbawiony definicji łomot, lecz targające mym umęczonym ciałem precyzyjnie zdefiniowane uderzenia różniące się od siebie kierunkiem, mocą i strukturą. Inaczej kąsały ognistymi językami gitary Petrozzy i Yli-Sirnio, inaczej okładał bas „Speesy” Gieslera a co innego z trzewiami wyczyniała perkusja „Ventor” Reila. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się po Isisach takiej zaciekłości, brutalności i rozciągnięcia pasma. Człowiek jednak uczy się całe życie, a powyższą lekcję z pewnością będę długo pamiętał.

Nie da się ukryć, że w porównaniu ze swoim młodszym i jakby nie patrzeć naprawdę świetnie grającym rodzeństwem, o którym raczył był wspomnieć Jacek, STERN z HEISENBERG-ami wspólne mają nazwę i wstępne założenia natury konstrukcyjnej. Cała reszta jest bowiem na iście stratosferycznym poziomie jakościowym, przez co to, co np. wprawiało w szczery podziw w przypadku WATT-a, czy PRE I G3 + AMP I V tu jest zaledwie punktem wyjścia. Mamy bowiem do czynienia z brakiem obecnych na niższych pułapach ograniczeniami i kompromisami, na których tutaj miejsca nie było. Jeśli zatem macie Państwo ochotę na eksplorację ekstremalnego High-Endu a jednocześnie ponad egzotykę przedkładacie solidną, inżynierską robotę, wyrafinowane brzmienie i wzorową ergonomię, to topowa dzielonka Audioneta powinna znaleźć się na Waszej liście.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo
– wzmacniacz zintegrowany: Ayon Spirit V
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan

Dystrybucja: CORE trends
Ceny
Audionet STERN: 136 080 PLN
Audionet HEISENBERG: 158 760 PLN / szt.

Dane techniczne
Audionet STERN
Wejścia: 4 pary RCA (rodowane Furutech), 2 pary XLR (złocone Neutrik)
Wyjścia: 2 pary RCA (liniowe), para RCA (inverted/odwrócone), 2 pary XLR, 2 Audionet Link (TosLink)
Pasmo przenoszenia: 0–2,200,000 Hz (-3 dB)
THD+N: <-104 dB @ 20 kHz; <-116 dB @ 1 kHz
SNR: > 123 dB, 4 VRMS
Separacja kanałów: >144 dB, 20–20,000 Hz
Impedancja wyjściowa: 24 Ω real (Cinch line), 48 Ω real (XLR)
Prąd wyjściowy: max. 60 mA
Pojemność filtrująca: 176,000 µF
Pobór mocy: < 0.5 W stand by, typ. 100 W
Wymiary (S x W x G):
– wersja wertykalna: 270 x 500 x 505 mm
– wersja horyzontalna: 450 x 320 x 505 mm
Waga: 38 kg

Audionet HEISENBERG
Wejścia: para RCA i XLR, Audionet Link (TosLink)
Wyjścia: 2 pary terminali głośnikowych, Audionet Link (TosLink)
Moc wyjściowa: 530 W / 8 Ω; 1 050 W / 4 Ω; 2 100 W / 2 Ω
Pasmo przenoszenia: 0–700 000 Hz (-3 dB)
Współczynnik tłumienia (Damping factor): > 1 800 @ 10 kHz; > 10 000 @ 100 Hz
Zniekształcenia harmoniczne:
typ.k2 -117 dB @ 25 W / 4 Ω;
typ.k3: -123 dB @ 25 W / 4 Ω
Zniekształcenia Intermodulacyjne: < -110 dB SMPTE 100 Hz : 20 kHz, 4 : 1, 50 W / 4 Ω
Zniekształcenia THD + N: > -106 dB @ 1 kHz, 25 W – 700 W / 4 Ω
SNR: > 125 dB
Pojemność filtrująca: 200,000 µF
Impedancja wejściowa: 50 kΩ, 33 pF (RCA); 7 kΩ 66 pF (XLR)
Pobór mocy: max. 2 400 W
Wymiary (W x G x S): 270 x 500 x 490 mm
Waga: 66 kg

Pobierz jako PDF