1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Pro-Ject The Classic SB SP

Pro-Ject The Classic SB SP

Link do zapowiedzi: Pro-Ject The Classic

Opinia 1

Bez względu na wszelkie ewentualne próby dewaluowania mojej oceny sytuacji, oraz bez najmniejszej obawy o podstolikowe powiązania z tytułową marką jestem w stanie wygłosić bardzo pozytywną dla niej tezę. Jaką? Otóż stacjonujący zarówno w Mistelbach (Austria), jak i czeskim Litovelu producent gramofonów – Pro-Ject w ostatnich, odznaczających się znacznym wzrostem zainteresowania muzyką zapisaną na czarnych krążkach czasach, jest jednym z największych, jeśli nie największym propagatorem tego wydawać by się mogło mającego swoje lata świetności za sobą analogowego nurtu. To jest na tyle znaczący gracz, że gdy zapytamy przypadkowego użytkownika poczciwego drapaka o listę znanych mu wytwórców gramofonów, wspomniany Pro-Ject jeśli nie na pierwszym miejscu, z pewnością znajdzie się na pudle. Powód? Swoje podboje rozpoczynał od prostych konstrukcji dla zwykłego Kowalskiego (ok. 1 tys. zł), by z biegiem czasu wzbogacać swoją ofertę o potrafiące konkurować z największymi tuzami tego świata, kosztujące kilkanaście tysięcy flagowce. Tak tak, nasz bohater zadbał o pełne spektrum zadowolonych klientów, a to po latach przełożyło się na sukces rozpoznawalności. Dlatego też bez względu na fakt obcowania na co dzień ze zdecydowanie droższą, aniżeli Heinz Lichtenegger jest w stanie zaoferować, konstrukcją SME 30.2, z racji mojej ponownej, bo po upływie kilkunastu lat od moich pierwszych kroków w analogu z modelem Debut III z niekłamaną przyjemnością postanowiłem sięgnąć po współczesny produkt. I taki też pozytywny, przynajmniej w domenie emocji, wydźwięk będzie miał poniższy test powracającego swoim wyglądem do korzeni analogu modelu The Classic, którego dystrybucją na naszym rynku zajmuje się cieszyński Voice.

Jak łatwo wywnioskować z załączonej serii fotografii, Pro-Ject jubileuszowym, bo uświetniającym 25-lecie działalności modelem The Classic, bardzo mocno nawiązuje do obowiązujących w czasach świetności analogu konstrukcji z odsprzęgniętym od głównej części obudowy sub-chassis. Tak tak, to wielu z was może odebrać jako powtórkę z rozrywki. Jednak cóż poradzić, gdy coś nawet dawno wymyślonego nadal znakomicie się sprawdza, a do tego na tle najnowszych designersko-inżynieryjnych, często bardzo powszechnych pośród konkurencji, a przez to nudnych pomysłów na wygląd znakomicie wpisuje się w poszukiwanie czegoś wyjątkowego dla konstrukcji rocznicowej. Nie wiem, jaki będzie wydźwięk rynku, jednak ja bez najmniejszych problemów to kupuję. Idźmy dalej. Tutaj nawet dla wiecznych malkontentów mam same dobre wieści, bowiem na owej miękko odseparowanej od zewnętrznej skrzynki platformie, posiłkując się najnowszymi osiągnięciami marki z prawej strony zamontowano uzbrojone w znakomitą w swojej klasie cenowej wkładkę Ortofon Quintet Red, firmowe 9” calowe carbonowe ramię, z lewej ukryty pod omawianą platformą, napędzający poprzez gumowy pasek sub-talerz silnik, a w jej centrum zespół na stałe wkomponowanego w tę część obudowy łożyska dla sub-talerza i tworzącego miejsce implementacji czarnej płyty talerza głównego z matą. Jeśli chodzi o temat obsługi niezbędnych dla danego tłoczenia płyty prędkości obrotowej, sprawę ogarnia znajdujący się w lewym przednim narożniku pojedynczy wielofunkcyjny przycisk i dwie diody informacyjne o zrealizowanym wyborze. Tak prezentujący się konglomerat komponentów posadowiono na trzech pływających stopach i przykryto pomagającą w walce z wszechobecnym kurzem przezroczystą pokrywą akrylową. Przyznacie, że mimo założenia spełniania bardzo wyśrubowanych dla konstrukcji jubileuszowej oczekiwań sonicznych, przy okazji wygląda to naprawdę rasowo. Czy obroni się w starciu ze oczekiwaniami nowej generacji analogowych maniaków? Po odpowiedź na to pytanie zapraszam do kolejnej części tekstu.

Jak wiadomo, gramofon jest pewnego rodzaju wypadkową połączenia kilku współpracujących ze sobą podzespołów. I gdy biorąc pod uwagę komponenty pochodzące ze stajni danego producenta temat oferowanej fonii można by uważać za mniej więcej stabilny, czyli zazwyczaj oddający ogólny sznyt grania danego brandu, to już będąca głównym dawcą odczytywanego z płyty winylowej sygnału do phonostage’a wkładka gramofonowa innego producenta, wprowadzając w daną konfigurację swoje trzy grosze, w pewien sposób ustala nieco inny końcowy wynik danej układanki. To oczywiście w teorii rodzi pewien problem powtarzalności naszych i Waszych odczuć w momencie prób z danym modelem gramofonu u siebie. Jednak tylko w teorii. Dlaczego? Ano dlatego, że w dzisiejszym przypadku mamy do czynienia z ofertą skończoną, czyli od początku do końca dobranym przez producenta, w celu spełnienia pewnego założenia odnośnie fonii, zestawem z rylcem włącznie. Dlatego też to, co przeleję na klawiaturę, powinno być mniej więcej możliwe do osiągnięcia również u Was. A zapewniam, że w moim odczuciu tytułowy, jubileuszowy model Pro-Ject The Classic wart jest poświęcenia mu czasu na potencjalny ożenek.
Cóż takiego oferuje? Otóż podczas testu postanowiłem posłużyć się bardzo eklektycznym repertuarem – od współczesnego tłoczenia audiofilskiej oficyny ACT Manu Katché „Live In Concert”, przez wiekową elektronikę Tangerine Dream „Electronic Meditation”, po niezbyt dobre nagranego za młodu Bruce’a Springsteena „The River”. W jakim celu? Chciałem sprawdzić, czy oceniana układanka bez względu na jakość oferowanego dźwięku potrafi różnicować wydania w zależności od jakości i czasów realizacji nagrania. I wiecie co? Mimo, iż The Classic grał dobrze osadzoną w masie, a przez to ciekawie nasyconą na środku pasma i mocną na dole ofertą soniczną, bez najmniejszych problemów potrafił pokazać, kiedy ktoś się przyłożył, a kiedy poszedł na łatwiznę podczas remasteringu. Jednak co ciekawe, tych słabszych realizacji nie skazywał na półkowy niebyt w rzadko penetrowanych przez melomana zakątkach półki, tylko na ile się dało – oczywiście w granicach dobrego smaku, swoim sznytem soczystego grania ratował krążek przed banicją. Naturalnie nie było szans na dogonienie znakomicie zrealizowanych płyt, ale sprawiał, że te słabe mimo potraktowania po macoszemu wzbudzały sporo emocji nie tylko wsadem merytorycznym, czyli zapisaną muzyką, ale również samym brzmieniem. Zaciekawieni? Jeśli tak, to dodam, iż ta umiejętność próbując rozszerzyć listę słuchanego na co dzień zbioru płyt, nie powodowała nadmiernego uśredniania przekazu tych wzorowych. To było jedynie niewielkie dogrzanie zazwyczaj krzykliwego środka, co o dziwo czasem pomagało nawet lepiej zaistnieć również poprawnym tłoczeniom. Tak np. było z koncertem Manu Katché, gdzie oprócz dobrego budowania w szerz i głąb koncertowego wydarzenia w moim pokoju, Pro-Ject swoją estetyką potrafił wzmocnić dostojność grających w środku i dole pasma instrumentów, jednak nie powodując przy tym utraty blasku tych brylujących w górze. Owszem, na potrzeby spójności przekazu wysokie tony nie szukały nadmiernego poklasku wyskakując z blachami perkusisty przed szereg, ale również były dalekie od ospałości, czy matowości. Po prostu dobierając poziom swojej ingerencji w odtwarzany zapis nutowy, obdarowywał go pięknym złotem, dobrze realizując tym sposobem zadanie pokazywania świata muzyki przez tytułową konstrukcję w pięknym, bo umiejętnie zbalansowanym, kolorze. A to wielka zaleta. I właśnie dla weryfikacji tego aspektu w pakiecie testowych płyt wylądowała elektronika zespołu Tangerine Dream. Elektronika, która mimo wspominanego osadzenia w barwie nie ucierpiała w kwestii wszelkiego rodzaju pisków i zamierzonych modulacji dźwięków. Gdy materiał miał za zadanie kaleczyć moje narządy słuchowe, nawet nie pytał, tylko bezdusznie to wykonywał. Owszem, gładziej i mniej bezpardonowo aniżeli mój dziesięciokrotnie droższy Anglik, ale nie było to szkodliwe gaszenie niezbędnego do pokazania prawdy w pozytywnym tego słowa znaczeniu pożaru, tylko lekkie przesunięcie ostrości dźwięku w rejon większej kultury. Czyli w odniesieniu do ratowania płyt z niebytu w życiu melomana typowe, ale pozytywne w ostatecznym rozliczeniu coś za coś. A gdy na koniec przywołam placek Bruce’a Springsteena, chyba nikt nie podważy mojego zdania, iż wszystko co do tej pory mogło być postrzegane jako nie do końca zgodne ze sztuką wiernego odtworzenia dźwięku, teraz było wodą na młyn czeskiego-austriackiego pomysłu na analog. Co konkretnie? Zyskało dosłownie wszystko. W szczególności wszechobecne partie wokalne. Jednakże nie można zapomnieć również o instrumentarium, bowiem przypominam, że mamy do czynienia ze słabo zrealizowanym materiałem, co nasz bohater umiejętnie „podrasował”. Dlaczego słowo „podrasował” wziąłem w cudzysłów? Mianowicie nie było to siłowe, w konsekwencji bardzo uśredniające końcowy efekt brzmieniowy podkręcanie temperatury dźwięku, tylko dodanie szczypty masy i nasycenia do pozbawionej body ciekawej dla wielu fanów opowieści piosenkarza. A chyba o przyjemność słuchania ulubionej muzy nam chodzi, nie prawdaż? I to w przypadku The Classica dostajemy.

Czy malowany nieco plastyczniej, a przez to nieco grubszą, lekko podkręcającą wysycenie przekazu, kreską świat jest dla wszystkich? Śmiem twierdzić, że dla większości użytkowników starych tłoczeń tak. Skąd takie przekonanie? Otóż wiem to z własnego podwórka. Trzeba być naprawdę bardzo tolerancyjnym, aby czasem wręcz męczyć się prawdą o źle wydanych płytach w naszej kolekcji. A trzeba przyznać, iż nie tylko w obecnych czasach cyfry, ale również w okresie świetności winylu sporo materiału cierpiało na mierność masteringu. Dlatego też taka jak dzisiaj opisywana propozycja dla wielu będzie pogodzeniem dobrej jakości brzmienia solidnie wydanych krążków z ewentualnym pakietem naprawczym dla tych miernych. Ktoś raczy kręcić nosem? Jeśli tak, mogę tylko skierować go w progi jakiegoś znajomego z bardzo drogim setem gramofonowym. Tylko wówczas przekona się, że wszystko co napisałem, nie jest wyssaną z palca baśnią z mchu i paproci, tylko przez lata zdobytym na własnej skórze doświadczeniem. Po latach zabawy w drogi analogowy zestaw umiem już przejść nad złą jakością ulubionych pozycji do porządku dziennego. Jeśli jednak Wy bez znaczenia z jakich powodów jeszcze do tego nie dorośliście, Pro-Ject The Classic jest dla Was wręcz idealną propozycją.

Jacek Pazio

Opinia 2

Patrząc z perspektywy czasu zauważyliśmy z Jackiem pewną prawidłowość. Otóż o ile nasze publikacje o ekstremalnie high-endowych kolumnach, czy nawet okablowaniu, pomijając oczywistą polaryzację środowiska, prowadzą do dość merytorycznych dyskusji, to za każdym razem, gdy braliśmy na redakcyjny warsztat realnie całkiem przystępny cenowo, oczywiście jak na nasze, odbiegające nieco od szarej rzeczywistości standardy, gramofon, czyli m.in. Linn Sondek LP 12 Majik, Transrotor Fat Bob S, Pro-Ject Xtension 9 EVO Super Pack, czy ostatnio przez nas testowany Pear Audio Little John, słyszeliśmy głosy, że wszystko pięknie ładnie, ale … cały czas poruszamy się na pułapach, gdzie większość rodzimych melomanów i audiofilów kończy swoją dźwiękową podróż a nie ją zaczyna. Czyli nieco upraszczając całą sytuację do YG Acoustics Sonja 2.2 można powzdychać i pomarzyć a przy Siltechach Triple Crown zrobić wielkie oczy, pokręcić z niedowierzaniem głową i już. Za to przy modelach gramofonów, od których tak naprawdę wypadałoby rozpocząć rozważania o analogowym źródle klasy Hi-Fi z pułapu mniej więcej 10 kPLN napotykamy swoisty szklany sufit. O dziwo zwiększając kilku-/nasto-/dziesięcio-krotnie (niepotrzebne skreślić) konieczną do wyasygnowania kwotę, ów opór materii w tajemniczy sposób znika. Wróćmy jednak do meritum. Otóż skoro ww. bariera 10 000 PLN budzi takie emocje postanowiliśmy w ramach jednorazowego eksperymentu pochylić się nad konstrukcją niemalże dwukrotnie tańszą. Zamiast jednak sięgać po pierwszą z brzegu „masówkę” nieco przewrotnie zdecydowaliśmy się na jubileuszowego Pro-Jecta The Classic SB SP.

Uważni czytelnicy z pewnością mogą nam w tym momencie wypomnieć, że przecież wcale nie tak dawno, bo jesienią zeszłego roku, testowaliśmy podstawowy Clearaudio Concept, którego cena właśnie oscyluje w okolicach 5-ki, jednak spieszę w tym momencie rzucić nieco światła na tę sytuację i nieśmiało nadmienić, iż wtenczas ową budżetową „szlifierkę” otrzymaliśmy wraz z niemalże podwajającą jej cenę wkładką Essence MC. Tym razem jednake warto zwrócić uwagę, iż The Classic dostępny jest nie tylko w dwóch wersjach – podstawowej – z ramieniem uzbrojonym we wkładkę Ortofon 2M-Silver – wycenionej na 4490 PLN i SB SP – z Ortofonem Quintet Red za 6190 PLN, lecz również jako limitowany zestaw promocyjny z przedwzmacniaczem gramofonowym Pro-Ject Phono Box DS2 za 7449 PLN. Krótko mówiąc nie dość, że jest w czym wybierać, to nadal do magicznej granicy 10 000 jest spory zapas. A właśnie, jeśli chodzi o kolorystykę to Heinz Lichtenegger postawił na elegancką kombinację szczotkowanego aluminium i ramę ze szlachetnego orzecha, bądź eukaliptusa.
Nie da się też ukryć, iż tytułowy Classic prezentuje się nad wyraz elegancko i dość jednoznacznie przywodzi na myśl klasykę lat 60 i 70, oraz … wymienioną we wstępniaku LP 12-kę Linna. Co prawda „pływanie” okolonego drewnianą ramą (po prawdzie to fornirowany MDF, ale wygląda naprawdę zacnie) sub-chassis jest zdecydowanie mniej spektakularne aniżeli u szkockiego konkurenta, ale pewnych, oczywistych inspiracji trudno się będzie jego konstruktorom wyprzeć. Generalnie odsprzęgnięcie górnej płyty, będącej sandwichem aluminium i MDF-u, zrealizowano za pomocą sześciu kulowych absorberów z elastomerów TPE. Spodnią powierzchnię aluminiowego, 30 cm talerza pokryto gęstą siecią podfrezowań wypełnionych materiałem tłumiącym, co ma redukować efekt ewentualnego dzwonienia. Talerz główny osadzamy na sub-talerzu napędowym, którego trzpień wykonano z hartowanej, polerowanej stali nierdzewnej. Ramię, to nowa, powstała z myślą o Classicu, 9” konstrukcja z zewnętrzną – karbonową powłoką i wewnętrzną, już aluminiową rurką. Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić Pro-Ject dostarczany jest po wstępnej, fabrycznej kalibracji, więc po stronie użytkownika pozostaje jego wypakowanie, usunięcie zabezpieczeń transportowych i ustawienie zalecanej siły nacisku, oraz antyskatingu (klasyczny ciężarek na żyłce). Osoby cierpiące na nerwicę natręctw mogą jeszcze zweryfikować i dopasować do własnych oczekiwań azymut i VTA. Całość jest usytuowana na dokręcanych nóżkach z wytłumieniem antywibracyjnym a w komplecie znajduje się pokrywa przeciwkurzowa. Dostarczony przez dystrybutora marki – cieszyński Voice, gramofon Gramofon wyposażony został we wkładkę Ortofon Quintet Red. W porównaniu z poprzednią odsłoną poprawiono komfort obsługi i manualną zmianę prędkości obrotowej zastąpiono zdecydowanie wygodniejszym przełączaniem za pomocą znajdującego się w lewym dolnym rogu przyciskiem

W telegraficznym skrócie można stwierdzić, że Pro-Ject The Classic gra dokładnie tak jak wygląda i jak się nazywa. To niezwykle eleganckie a zarazem klasyczne oblicze analogu oparte na niesamowitej homogeniczności wzbogacone potężną dawką emocji i drive’u. Co ciekawe zarówno oferowane głębia, jak i kontrola – definicja basu, potrafiły zawstydzić szkockiego krewniaka. O ile bowiem Linn stawiał na krągłość i pluszowość owego zakresu, o tyle Pro-Ject w sposób całkowicie bezpardonowy walił tak konturami, jak i mięchem między oczy, znaczy się uszy. Nawet dość surowo nagrany album „For Those About to Rock (We Salute You)” AC/DC potrafił zaskoczyć rozmachem a armatnia salwa w otwierającym, nomen omen tytułowym utwor miała właściwą dynamikę i spektakularność. Noga sama chodziła i nawet mój, od dłuższego czasu mogący się pochwalić się jedynie jedwabistym połyskiem, czerep co i rusz kiwał się jakby przypomniały mu się czasy, gdy ewidentnie miał czym pomachać. Gitary charakteryzowała niemalże garażowa szorstkość i siermiężność, ale tak właśnie powinno być, bo czego jak czego, ale słodkich łkań, z jakimi swojego czasu kojarzyć mógł się np. Santana, po zbuntowanych Australijczykach raczej nie należało się spodziewać. Z resztą już skrzekliwy wokal Briana Johnsona powinien być wystarczającą wskazówką, że jeśli ktoś szukał przysłowiowej Krainy Łagodności, to ewidentnie musiał pomylić adres. Swoistym potwierdzeniem powyższych obserwacji stał się odsłuch prog-metalowego „Distance Over Time” Dream Theater, na którym radosne i dość proste od strony melodycznej rockowe łojenie zastąpione zostało misternymi i zagmatwanymi instalacjami dźwiękowymi opartymi na perkusyjnej podwalinie mozolnie budowanej przez bas Johna Myunga i nad wyraz rozbudowany zestaw perkusyjny Mike’a Mangini’ego. Jeśli dodamy do tego misternie tkane koronki riffów Johna Petrucciego oplatane baśniowym brzmieniem syntezatorów Jordana Rudessa to jasnym powinno się stać, że jest to nie lada wyzwanie nie tylko dla samego źródła, co całego toru. Całe szczęście goszczący od dłuższego czasu w naszych skromnych progach Gryphon Antileon ani myślał czegokolwiek upraszczać, czy też iść na skróty i z wrodzoną, atawistyczną brutalnością na stalowej smyczy prowadził basówce ISISów.
Podobnie sprawy się miały w obszarze elektroniki, gdzie nieco suche i na dzisiejsze standardy anachroniczne środki artystycznego wyrazu zastosowane na „Some Great Reward” Depeche Mode bynajmniej nie trącały myszką, lecz dzięki obecności Pro-Jecta w torze dostarczały sporo radości i dawały świadectwo tamtych czasów. Tytułowy gramofon nie ukrywając ani jakości, ani tym bardziej obowiązującego na półmetku lat 80-ych minionego wieku „brzmienia”, wcale nie piętnował i nie oceniał owych aspektów, pozostawiając to słuchaczowi a jedynie starał się jak mógł, by zapisane w rowkach czarnej płyty informacje możliwie wiernie odtworzyć.
Równie miłym zaskoczeniem okazał się odsłuch epitafialnego „You Want It Darker” Leonarda Cohena, na którym ciemny, w niższych partiach, wręcz bulgoczący wokal kanadyjskiego barda niósł ze sobą odpowiedni ładunek emocjonalny. Pierwszy plan został przy tym podany, blisko, intymnie a wydarzenia rozgrywające się w głębi sceny, w tym chóralne wstawki stanowiły jedynie delikatne uzupełnienie całości.

Pomijając fakt całkowitej bezsensowności prób porównania tytułowego gramofonu z naszym źródłem odniesienia śmiem twierdzić, ze Pro-Ject celebrując ćwierćwiecze działalności i wprowadzając na rynek model The Classic po raz kolejny udowodnił, że przyświecająca podczas powoływania do życia owego bytu przez Heinza Lichteneggera idea, by oferować możliwie najwyższą jakość w możliwie najniższej cenie wciąż jest aktualna. Bowiem Pro-Ject The Classic jest w stanie nie tylko zagrać raptem kwadrans po wyjęciu z pudełka, to w dodatku zagrać z niezwykłą werwą i zaangażowaniem, których mogą mu pozazdrościć nawet droższe, konkurencyjne konstrukcje.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan

Dystrybucja: Voice
Cena: 6 190 PLN

Dane techniczne
Prędkość obrotowa: 33, 45, 78 (elektroniczna zmiana)
Napęd: paskowy
Talerz: aluminiowy o średnicy 300 mm
Wow & flutter:33: ±0,03 % 45: ±0,05 %
Speed drift: 33: ±0,10 % 45: ±0,11 %
Stosunek sygnał/szum: – 71dB/p>
Efektywna długość ramienia: 230 mm
Efektywna masa ramienia: 13,5g
Overhang: 18 mm
Zakres siły nacisku: 10 – 35mN
Akcesoria: zasilacz 15 V DC / 800 mA , pokrywa, mata ze skóry Leather It, przewód sygnałowy Connect It RCA-C
Zasilacz: 15 V DC / 0,8A
Pobór mocy: 15 W maks/ < 0,3 W trybie czuwania
Dostępne kolory: orzech, eukaliptus
Wymiary (SxWxG): 462 x 131 x 351 mm
Masa: 10,5 kg

Pobierz jako PDF