Trójdrożne kolumny twenty.26. Szczytowy model z legendarnej serii twenty. Posiada cechy znane z pozostałych czterech modeli dwudrożnych twenty, takie jak finezja, delikatność i muzykalność z dodatkową możliwością przekazu ogromnej dynamiki i skali muzycznej nagrań w większych pomieszczeniach.
W twenty.26 zastosowano specjalnie, do tego modelu, zaprojektowany kopułkowy głośnik średniotonowy PMC 50mm wyposażony w płytkę dyspersyjną gwarantującą bardzo szeroką propagację dźwięku.
Również siedmio calowy przetwornik niskotonowy to nowa konstrukcja stworzona z myślą o twenty.26.
Dane techniczne:
Pasmo przenoszenia: 27Hz – 25kHz
Czułość: 86dB 1W 1m
Długość linii transmisyjnej (ATL): 3,3 m
Impedancja: 8 Ohm
Głośniki: LF PMC Twenty 7” (177mm), MF PMC 50mm, HF PMC/SEAS 27 mm – Sonolex®
Częstotliwość podziału pasma: 380Hz & 3,8kHz
Połączenia: 3 pary 4 mm gniazd (Tri-amp, Tri-wire)
Wymiary: 1062mm (+25mm kolce) x 190mm x 439mm (+16mm grill)
Waga: 22,5 kg
Wykończenia: Walnut, Amarone, Diamond Black (dopłata), Oak
Dystrybucja: MJ AUDIO LAB
O randze Audio Show na europejskiej mapie audiofilskich wydarzeń nikogo śledzącego ten dość specyficzny segment rynku przekonywać nie trzeba. Po prostu wiadomo, że o ile wiosna należy do monachijskiego High Endu, to już jesień przybiera biało czerwone barwy a trzy warszawskie hotele stają się największymi skupiskami fanatyków i miłośników najwyższej jakości dźwięku na starym kontynencie. Już w zeszłym roku zainteresowanie wystawą było tak duże, że koniecznym okazało się włączenie do puli ostatniego – siódmego piętra Hotelu Sobieski, jednak dopiero tegoroczna edycja miała okazać się prawdziwym testem wytrzymałościowym. 3000 metrów kwadratowych ekspozycji, 110 sal, 104 wystawców to tylko suche dane i może na papierze nie robią piorunującego wrażenia, jednak mam gorąca prośbę do tych, którzy do tej pory jeszcze nie brali udziału w tego typu imprezie – uwierzcie mi na słowo – próba zwiedzenia całej wystawy jest nie lada wyzwaniem a przewidziane programowo dwa dni okazują się wysoce niewystarczającym limitem czasowym. Dla tego też od dłuższego czasu lobbuję za tym, aby przynajmniej spotkania prasowo-konferencyjne przenieść na piątkowe popołudnie, czego przedsmak mieliśmy już w tym roku, ale akurat tymi atrakcjami zajmiemy się w drugiej części relacji.
Wracając do tegorocznego Audio Show. Podejrzewam, że Adam Mokrzycki – organizator całego przedsięwzięcia nawet w najśmielszych, najbardziej optymistycznych prognozach nie oszacował skali dwudniowego szturmu, jaki przede wszystkim na Hotel Sobieski przypuściły nieprzebrane tłumy złaknionych najwyższej klasy systemów audio audiofilów. Od sobotniego poranka do późnych godzin popołudniowych w niedzielę hotelowe korytarze i większość pokoi było równie zatłoczonych jak perony Dworca Centralnego podczas rozpoczęcia ferii zimowych. W Tulipie i Bristolu też było ciasno, jednak mniejsza ilość sal i wprowadzenie przez część wystawców cyklicznych – zamkniętych odsłuchów sprawiło, że całość imprezy miała zdecydowanie spokojniejszy i łatwiejszy do opanowania charakter. Dla tego też, zgodnie z opracowaną w zeszłym roku metodyką, aby zbyt długo nie zwlekać z publikacją serię relacji rozpoczynamy właśnie od materiału zebranego w dwóch powyższych hotelach a obszerna relacja z Sobieskiego pojawi się w ciągu najbliższych dni.
Hotel Golden Tulip
Krótki spacer z pękającego w szwach Sobieskiego do Golden Tulipa w rzęsistym deszczu okazał się nader orzeźwiający i do hotelowego hallu wkroczyłem niczym po ekspresowej sesji regeneracyjnej. Co prawda i tu nie można było liczyć na wolne, umożliwiające komfortowy odsłuch miejsca i praktycznie w każdej z sal trzeba było swoje odstać, ale okres oczekiwania nie był jakoś masakrycznie długi a większości przypadków zdecydowanie wart zachodu.
W Magnolii, którą jak zwykle zajął Grobel Audio oczywiście spodziewałem się co najmniej dobrego dźwięku, bo po pierwsze Pan Sebastian na rynku działa od lat a po drugie marki, którymi się opiekuje dobiera tak, aby zestawiając z nich system o synergię mógł być spokojny. Tym razem było podobnie. Idealnie wpasowujące się w hotelowe 43 m² filigranowe monitorki Franco Serblin Accordo napędzane opartą na lampach KT150 integrą Jadis i50 nad wyraz dobitnie pokazały, że nie ilość się liczy a jakość i tam gdzie inni walczyli z ponadwymiarowym i uprzykrzającym życie basem można było zachować pełną kontrolę i czytelność. Pozostałą elektronikę w postaci gramofonu TW Acustic Raven Black Night uzbrojonego w ramię DaVinci Audio Labs Virtu Master Reference i wkładkę Koetsu Jade Platinum współpracującego z przedwzmacniaczem Thoress Parametric Phono Equalizer ustawiono na stoliku Copulare Grand Porto. I już taki set mógłby wystarczyć do pełni szczęścia, lecz oprócz tego w tor wpięto jeszcze … szpulowy magnetofon Revox PR99. I to właśnie na odsłuch z taśmy udało mi się załapać. Gładkość, spokój, swoboda i homogeniczność zostały zaprezentowane na takim poziomie, że czas się zatrzymał a obecni na sali słuchacze siedzieli jak zaczarowani niemalże wstrzymując oddech. Powrót do LP może nie był traumatycznym przeżyciem, ale z dźwięku uleciała gdzieś magia. Oczywiście Ci, którzy wcześniej taśm nie słuchali i tak w większości przypadków byli usatysfakcjonowani. Generalnie tych kilka minut ze stanowiącą niszę niszy analogu techniką ustawiło na tyle wysoko poprzeczkę, że żadnemu z prezentowanych w Tulipie systemów nie udało się podobnego poziomu osiągnąć. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
W Tulipie I dzięki krakowskiemu dystrybutorowi Living! Sound stanęły filigranowe Boenicke Boenicke Audio W8, które w porównaniu z prezentowanymi w zeszłym roku większymi modelami W10 SE wypadły co prawda w 100% pozytywnie, jednak nie ma się co oszukiwać – akurat w przypadku Boenicke większy znaczy lepszy. W o połowę mniejszej kubaturze audiofilska nirwana byłaby z pewnością pełna a tak jest tylko dobrze. Jednak patrząc na rozmiary samych kolumn i pomieszczenie, z jakim przyszło im się zmierzyć osiągnięty efekt stawia w dość niewygodnej pozycji większość praw fizyki. Co ciekawe, te szwajcarskie maluchy niezwykle skutecznie odwracały uwagę zwiedzających nie tylko od potężnego, akumulatorowego zasilania PurePower+ 3000, które z pewnością miało niebagatelny wpływ na efekt finalny, ale i końcówki mocy Sanders Sound System, oraz odtwarzacza, streamera, ripera i NASa w jednym, czyli Computer Audio Design CAT z przetwornikiem CAD 1543 DAC. Całość została okablowana najnowszymi przewodami Purist Audio Design Luminist. O przestrzeni, namacalności dźwięku i fenomenalnej, holograficznej scenie nawet nie wspominam, bo to rzecz oczywista dla produktów Boenicke a utwór zaśpiewany bodajże po czesku, bądź słowacku (przepraszam, lecz nie mam pewności, który z ww. języków to był) wywoływał wręcz ciarki na plecach. Efekt z pewnością byłby jeszcze lepszy, gdyby nie mocno uciążliwe sąsiedztwo…
… TR Studios, które jak zwykle nie oszczędzało uszu ani własnych, ani sąsiadów starając się co i rusz wycisnąć ostatnie soki z jak co roku prezentowanych własnej produkcji „wstęgowych cebul”.
Miłą odmianą i idealnym miejscem na chwilę wytchnienia okazała się prezentacja przygotowana przez łódzki audiofast, gdzie całe szczęście nikomu do głowy nie przyszło udowadniać co potrafią Alexie Wilson Audio. Dzięki temu amerykańskie kolosy napędzane Audio Research Galileo GS150, oraz karmione sygnałem z cyfrowego źródła złożonego z MSB SELECT DAC, MSB Signature Data CD oraz serwera muzycznego Aurender W20 zagrały dźwiękiem dużym, spektakularnym, ale nie dość, że nieprzesadzonym, to jeszcze noszącym znamiona finezji, o którą trudno podczas wcześniejszych odsłuchów można było je posądzić. Ba, był to przynajmniej moim zdaniem jeden z bardziej udanych pokazów, jakie audiofastowi podczas ostatnich wystaw udało się przygotować a przy okazji świetnie udowadniający niedowiarkom, jak krytycznym jest właściwy dobór sali – w Bristolu (sala Moniuszko) o takiej jakości brzmienia można byłoby zapomnieć. Oczywiście nie mogło zabraknąć kilku akcesoriów z pogranicza magii i audio voodoo w stylu Synergistic Research HFT i Acoustic ART System.
Na koniec wycieczki po Tulipie zostawiłem Azalię 2, w której warszawski SoundClub przygotował nie lada niespodziankę, gdyż znane (i lubiane) hybrydowe monobloki Tenor Audio 350M współpracujące z dedykowanym referencyjnym przedwzmacniaczem Tenor Audio Line 1 napędzały debiutujące na naszym rynku kolumny Marten Coltrane 2. Oprócz tego w torze można było usłyszeć gramofon Brinkmann Balance z firmowym ramieniem oraz wkładką Air Tight PC-1 Supreme. Elektronikę spinały kable Jorma Design, KBL Sound (w tym recenzowana przez nas listwa Reference Power Distributor) oraz Synergistic Research. Lżejsze „gatunkowo” urządzenia umieszczono na stoliku Artesania Audio a końcówki na dedykowanych im platformach Franc Audio Accessories. Nie sposób było również nie zauważyć ustrojów Acoustic Manufacture. W powyższym systemie krytycznym okazał się dobór repertuaru. O ile na jakimś bliżej nieokreślonym folk-popie całość zabrzmiała zbyt ofensywnie, to już sięgnięcie po kręcąca się praktycznie co chwila „Hope” Hugh Masekeli przywróciło całości równowagę i zgrabnie połączyło detaliczność z muzykalnością. Na bardziej krytyczny odsłuch wystawowego systemu i tak będziemy starali się umówić w siedzibie dystrybutora, gdyż hotelowe, nawet wstępnie zaadaptowane akustycznie dalekie jest od warunków, w jakich tej klasy system mógłby pokazać pełnie swoich możliwości.
Hotel Bristol
Wizytę w Bristolu rozpoczęliśmy od sesji fotograficznej jeszcze milczącego (do oficjalnego otwarcia wystawy były jeszcze dwa kwadranse) systemu przygotowanego przez HiFi Club. Na bazie zeszłorocznego – obłędnego seta panowie poszli krok dalej i do elektroniki McIntosha (MC 2301, MPC1500, C1000 i gramofonu MT10) zamiast „kompaktowych” Atrii podłączyli ulokowane w katalogu Rockport Technologies oczko wyżej Aviory. Niestety nie dane nam było przekonać się nausznie o trafności tejże decyzji, gdyż pomimo zaopatrzenia się w stosowne wejściówki nie wyrobiliśmy się na zarezerwowany odsłuch.
Przyczyną spóźnienia stał się bowiem zaplanowany na 10-ą odsłuch dwóch ultra high-endowych systemów – japońskiego Audio Tekne (rozszerzonego o amerykańskie kolumny dc10audio) i kompletnego, szwajcarskiego FM Acoustics. Dodając do tego możliwość poznania konstruktorów – Panów Kiyoaky i Hironobu Imai z Audio Tekne, oraz Pana Manuela Hubera niedzielny poranek zapowiadał się wręcz wybornie.
Niestety jak to zwykle bywa życie postanowiło napisać swój własny scenariusz i przynajmniej na początku, zamiast delektowania się muzyką zafundowało nam prelekcję wygłoszoną przez samego Kiyoaky Imai okraszoną jednym, słownie jednym utworem. Z reporterskiego obowiązku wspomnę tylko, że mogliśmy za to do woli napatrzeć się na poniższy zestaw:
– wzmacniacz mocy TM-9801
– przedwzmacniacz TFA-8695
– przedwzmacniacz gramofonowy TEA-8695
– kolumny dc10audio
To się nazywa mocne wejście ;-)
Całe szczęście w pokoju zajętym przez system FM Acoustics prezentacja prowadzona przez Pana Manuela Hubera miała już zdecydowanie bardziej konwencjonalny charakter i kilkuminutowe, pełne przeuroczych dykteryjek i wygłaszane z niezwykłym entuzjazmem wstawki słowne przeplatane były wyborną muzyką w całkiem satysfakcjonującej ilości. Swoboda, rozmach i niesamowita spójność dźwięku potwierdzały tylko słowa konstruktora o kompletności i pełnej synergii pomiędzy tworzonymi przez siebie urządzeniami. Patrząc na zdjęcia proszę tylko brać poprawkę na wygląd kolumn, które przez większą część odsłuchu posiadały założone listwy ochronne i dopiero na nasze delikatne pytania o wyraźnie odstające od legendarnej szwajcarskiej jakości dość kontrowersyjnej urody elementy okazało się, że pełnią one jedynie rolę zabezpieczającą.
Całkowicie abstrahując od cen, których znajomość mogłaby co wrażliwsze jednostki przyprawić co najmniej o stan przedzawałowy uczciwie trzeba przyznać, że szwajcarskie ekstremum high-endu pozwala jak rzadko która elektronika poczuć emocje i potencjał praktycznie każdego rodzaju muzyki a w dodatku zbliżyć się do swoistego absolutu – realizmu poprzez poprawienie błędów czy to popełnionych podczas procesu nagrywania, czy też zniszczeń dokonanych przez nieumiejętne, lub zbyt intensywne użytkowanie. Oczywiście dla osób cierpiących na nerwicę natręctw dodatkowych pięć pokręteł na phonostage’u może okazać się powodem wielomiesięcznej bezsenności, lecz dla każdego normalnego audiofila (przepiękny paradoks słowny) wydaje się wymarzonym lekiem na 99,9% winylowych bolączek. A w skład odsłuchiwanego przez nas systemu weszły m.in.:
– kolumny XSII B Inspiration
– wzmacniacze mocy 711 MKII
– przedwzmacniacz 268C
– przedwzmacniacz gramofonowy 223
Najwyższy czas zejść jednak na ziemię i wrócić do urządzeń zdecydowanie łatwiej osiągalnych. Powyższe kryteria spełniał zaproponowany przez Panów Andrzeja Zawadę z ESY i Michała Gogulskiego z Intrady system złożony z przepięknie wykonanych i równie dobrze grających monitorów Credo 1 Illuminator napędzanych 15W integrą Mastersound Compact 300B. W roli źródła wystąpił gramofon Avid Volvere uzbrojony we wkładkę EMT TSD15 i podłączony pod przedwzmacniacz gramofonowy AVID Pellere. Ceny wszystkich wymienionych powyżej urządzeń oscylowały w granicach 15-20 tys. PLN a rezultat mógł zadziwić niejednego miłośnika high-endu. Zastosowany „downsizing” kolumn, czyli wykorzystanie niewielkich podstawkowców w sali o dość charakterystycznej manierze do podbijania basu plus odpowiednia adaptacja akustyczna Nyquista odwdzięczyły się brzmieniem pełnym, soczystym i niezwykle komunikatywnym, co można było na własne uszy usłyszeć nie tylko na dobrze zrealizowanych płytach z klasyka, lecz również na zdecydowanie bardziej chropawych i dalekich od ideału nagraniach rockowych. Pan Andrzej nigdy swoich głośników na tego typu prezentacjach nie oszczędza, więc i tym razem Zeppelini nader skutecznie generowali odpowiednie do oddania ich młodzieńczego entuzjazmu ilości decybeli. Opierając się zarówno na relacji jakość/cena, jak i zwykłej przyjemności odsłuchu trudno było odmówić powyższemu systemowi klasy a przy tym znaleźć godnego mu przeciwnika. Po prostu świetny dźwięk za bardzo rozsądna kwotę.
Kolejnym setem, którego niestety nie zdążyliśmy posłuchać i musieliśmy zadowolić się jedynie ekspresową sesja fotograficzną był idealny kandydat do naszej serii systemów marzeń był zestaw elektroniki Mark Levinson napędzający kolumny JBL. Coś czuję w kościach, że trzeba będzie któregoś pięknego dnia wybrać się do Katowic i na spokojnie posłuchać tych amerykańskich specjałów, bo to już drugie z kolei Audio Show, na którym mam okazję co najwyżej sobie popatrzeć na system zza wielkiej wody.
W sali Moniuszko jak zwykle można było posłuchać kolejnego systemu skonfigurowanego przez Audiofast a tym razem były to „małe” Wilsony Sasha 2 napędzane „biżuteryjną” integrą Dan d’Agostino Integrated współpracującą z imponującym cyfrowym źródłem DCS Vivaldi.
No i teraz czas na tegoroczny hit Bristolu, czyli przeżywający nieustające oblężenie system Ayon/Transrotor/Avantgarde. Jeśli patrząc na powyższe marki wydaje się Państwu, że Pan Robert Szklarz z Eter Audio i właściciel Ayona – Pan Gerhard Hirt postanowili zaserwować odgrzewanego kotleta to proszę jak najszybciej o tego typu myślach zapomnieć. Rok 2014 oznaczał bowiem wybitną i bezkompromisową audiofilską ucztę. Jeśli wspomnę o flagowym modelu gramofonu Transrotor Artus uzbrojonym w topową wkładkę ZYXa, potężnych monoblokach Ayon Crossfire Evolution, dzielonym przedwzmacniaczu Spheris III i „plikoźródle” pod postacią NWT+ Sigma DAC spiętych królewskimi Siltechami i współpracującymi z intrygującymi Avantgarde Acoustic ™ Duo Mezzo to wszystko powinno być jasne. Dla niedowiarków dodam tylko, że podczas niedzielnego pokazu poziom głośności nie tylko nie przekraczał zdrowego rozsądku, lecz po prostu był idealny i to zarówno dla słuchaczy siedzących w pierwszych, jak i ostatnich rzędach. My mieliśmy to szczęście, że choć nie zdążyliśmy na ponad godzinny sparring taśm-matek odtwarzanych na magnetofonie Nagra IV-S z plikami PCM i DSD granych z combo Ayona, to dźwięk Artusa w pełni nam spóźnienie wynagrodził. Bez nawet najmniejszych śladów ofensywności i stereotypowych – tubowych podbarwień dźwięk był szybki i detaliczny a jednocześnie niezwykle gładki, spójny i komunikatywny. Co ważne nawet podczas znacznie dłuższego niż zwykły kilku – kilkunastominutowy zwyczajowy okołowystawowy odsłuch nie można było mówić o nawet najmniejszym zmęczeniu słuchaczy, co przy tego typu maratonach nie zdarza się zbyt często.
Kolejnym producentem, który już od dłuższego czasu przyzwyczaja nas do stałego – wysokiego poziomu jest Zontek, więc i tegoroczna prezentacja nie odbiegała od powyższych wytycznych. Oczywiście nie zabrakło nowości w postaci ramienia z drewna cytrynowego i pewnego niewinnego romansu z komercyjnym mainstreamem pod postacią świetnie wpasowujących się zarówno pod względem wzorniczym, jak i brzmieniowym lampowych monobloków Cary Audio, oraz klasycznych monitorów Harbeth Super HL5. Z elementów niezmiennych i potwierdzających udaną kooperację było oczywiście małe co nieco pod postacią phonostage’a i przedwzmacniacza liniowego Linnart. O popularności Zontka najlepiej świadczy fakt, że wejść do zajmowanej przez polski gramofon sali udało mi się dopiero za czwartym, bądź piątym podejściem, gdyż ilekroć otwierałem drzwi widziałem tylko stłoczone plecy zasłuchanych zwiedzających.
C.D.N.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Norweskiej marki Hegel nikomu, kto choć przez chwilę interesował się tematyką audio w ciągu ostatnich kilku lat przedstawiać nie trzeba, gdyż moment pojawienia się jej oficjalnej polskiej dystrybucji spokojnie możemy uznać za przełom w szeroko rozumianym marketingu z zakresu Hi-Fi. Do tej pory nikomu nie udało się w tak spektakularny sposób doprowadzić do tego, aby w ciągu zaledwie kilku dni praktycznie we wszystkich magazynach, portalach i tematycznych grupach dyskusyjnych pojawiły się recenzje konkretnych produktów. To właśnie wrocławskie Moje Audio pokazało, że kampanię reklamową należy prowadzić z rozmachem i zaangażowaniem godnym co najmniej wyborów prezydenckich, dzięki czemu tam, gdzie inni latami mozolnie budowali rozpoznawalność – wizerunek swoich marek wedrzeć się przebojem i wyjść na czoło stawki. Dodatkowo, zamiast jak to zwykle bywało w przeszłości, po pierwszym uderzeniu i nasyceniu rynku/upłynnieniu początkowych dostaw temat odpuścić i liczyć, że reszta zrobi się sama, czyli popyt będzie utrzymywał się na stałym poziomie, co jest oczywiście całkowicie błędnym rozumowaniem, sukcesywnie przeprowadzał dalsze mniej, lub bardziej zmasowane działania. W tym momencie uczciwie przyznajemy, że sami też przyłożyliśmy rękę do tego niecnego procederu recenzując topowy zestaw dzielony P30 + H30. Życie niestety nie jest drogą usłaną różami i nie składa się z samych wybitnie high-endowych doznań. Czasem trzeba zejść na ziemię i zająć się zdecydowanie łatwiej dostępnymi konstrukcjami. Tak też właśnie jest w przypadku bohatera niniejszej recenzji, czyli zastępującego znaną i lubianą integrę H200 – modelu H160.
Z wyglądem Hegli jest mniej więcej tak, jak w rozmowach o polskim filmie w „Rejsie” Marka Piwowskiego –„ nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana”. Raz opracowany projekt przeskalowywany jest w zależności od zapotrzebowania na pojemność konieczną do zmieszczenia elektronicznych trzewi. Czy to źle? W żadnym wypadku. Klient ma psychiczny komfort i pewność, że dokupując kolejny komponent z oferty producenta, bądź zmieniając posiadane urządzenie na wyższy model wszystko będzie po staremu. Tu i ówdzie przybędzie kilku centymetrów, zwiększy się waga, ale optycznie, stylistycznie a co najważniejsze użytkowo będzie tak samo a nawet lepiej. Nie ma się co śmiać. Tak właśnie jest. Układ pokręteł, ich funkcje zawsze są w tych samych miejscach i z zamkniętymi oczami znając jeden model Hegla spokojnie można uznać, że zna się wszystkie. No, może to trochę zbyt daleko idące uproszczenie, bo jeśli uważnie przyjrzymy się ofercie Norwegów okaże się, że jakieś jednak różnice są. Chodzi o włącznik główny. W H100,H200 i H300 widnieje na płycie frontowej a w H80 i H160 przeniesiono go na spód – w okolice lewego narożnika. Zmiana ewidentna, ale sensacji bym się w tym specjalnie nie doszukiwał. Czemu o tym piszę? Powód jest oczywisty – ot standardowy dylemat recenzenta – wykonać ordynarne kopiuj/wklej z którejś ze starszych epistoł, czy silić się na pseudo oryginalność i ubierać w nowe słowa stare treści. Spróbujmy jednak znaleźć trzecie rozwiązanie, czyli sprawdźmy, czy najnowsze dziecko Brenta Holtera jest 100% Heglem. No to zaczynamy. Lekko wypukły front jest? Jest. Centralnie umieszczony błękitny wyświetlacz jest? Jest. Dwie gałki po bokach wyświetlacza odpowiedzialne za regulację głośności i wybór źródeł są? Oczywiście, że są i w gratisie dorzucono jeszcze gniazdo słuchawkowe. No to mamy pewność, że wszystko jest w porządku, możemy wystawić certyfikat stwierdzający autentyczność, rasowość i przejść dalej, czyli do tyłu. A tutaj już wcale tak standardowo nie jest. Ba rzekłbym, że jest całkiem niestandardowo. Zacznijmy od sekcji analogowej, którą można w najlepszym razie określić mianem minimalistycznej, bądź jak kto woli szczątkowej. Standardowych wejść liniowych mamy bowiem całe … dwie pary, z czego jedna w standardzie RCA a druga XLR. Co prawda tuż obok, dla niepoznaki umieszczono również parę RCA umożliwiającą bezpośrednie wejście na końcówkę (ukłon w kierunku posiadaczy systemów KD), ale bez źródła pozbawionego regulowanego wyjścia szczerze odradzam eksperymenty. Chyba, że komuś znudziły się posiadane kolumny. Na otarcie łez producent za to dołożył stałopoziomowe i regulowane wyjścia liniowe, z czego z pewnością ucieszą się posiadacze końcówek mocy i rejestratorów analogowych. Całe szczęście sytuację ratuje umieszczona po przeciwległej stronie nad wyraz rozbudowana bateria interfejsów cyfrowych złożona z pojedynczego coaxiala, trzech optycznych, gniazda USB i wejścia Ethernet (RJ45). Całości dopełniają pojedyncze, solidne, plastikowe terminale głośnikowe (całe szczęście pozbawione irytujących kołnierzy) i zintegrowane z bezpiecznikiem trójbolcowe gniazdo IEC.
Sercem sekcji cyfrowej jest 32 bitowa kość AKM AK4399 akceptująca nie tylko sygnały PCM do 192 kHz, ale również 1-bitowe DSD. W tym momencie entuzjastom wszelakiej maści gęstych treści należy się kilka zdań wyjaśnienia. O ile sama kość DACa z ww. strawą sobie poradzi, to warto pamiętać o kilku drobiazgach. Są nimi m.in. możliwości dostępnych interfejsów i o ile poprzez wejścia koaksjalne i optyczne z powodzeniem nakarmimy Hegla sygnałem 24Bit/192kHz, to już poprzez wręcz predestynowane do wysokorozdzielczej transmisji danych wejście USB będziemy w stanie przesłać sygnały o maksymalnych parametrach do 24 Bit/96 kHz. Powodem takiego stanu rzeczy jest wykorzystanie w roli kontrolera kości Tenor TE7022, która z jednej strony zapewniając poprawne działanie praktycznie rzecz biorąc ze wszystkimi systemami operacyjnymi bez konieczności instalowania dedykowanych sterowników automatycznie wyklucza transmisję powyżej 24 Bit/96 kHz, jaką oferują układy umożliwiające asynchroniczną transmisję danych. Jest jeszcze port Ethernet łykający praktycznie wszystko jak przysłowiowy młody pelikan szprotkę, lecz tutaj też wskazana jest chwila uwagi. Otóż 160-ka, choć zgodna z Apple AirPlay i DLNA, to typowej funkcjonalności streamera nie posiada. Zdecydowanie bardziej trafnym w jej przypadku byłoby określenie „odbiornik strumienia audio”, gdyż aby z głośników zasilanych Heglem popłynęła muzyka zdigitalizowana w chmurze, bądź zalegająca w odmętach internetu/domowego NASa potrzebne będzie (przewodowe) połączenie ethernetowe z domową siecią poprzez router, bądź access pointa. Dodatkowo przyda się jakiś odtwarzacz programowy zdolny strumień na Hegla przekazać (np. JRiver) i wspomniany NAS z własnym, lub go obsługującym serwerem DLNA (Twonky, Minim server, etc.). Gdy spełnimy powyższe warunki całość rusza od tzw. pierwszego strzału i po prostu działa.
Zdejmując pozwalającą na nader swobodną cyrkulację powietrza pokrywę górną widać, że w Norwegii pojęcie integry ze środka oferty jest niejako synonimem solidności, tradycji, gdzie tego wymaga zdrowy rozsądek (czytaj zasilanie) i nowoczesności wszędzie tam, gdzie liczy się wygoda użytkownika (interfejsy cyfrowe). O tradycyjnym zasilaniu wspomniałem nie bez powodu, gdyż przy coraz większej presji zielonych i coraz popularniejszych zasilaczach impulsowych widok potężnego toroida i baterii elektrolitów o łącznej pojemności 30 000 uF na tym pułapie cenowym wywołuje szczery uśmiech zadowolenia.
Z perspektywy czasu i biorąc pod uwagę fakt bycia jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym, posiadaczem H100 w czasach, gdy do chęci dystrybucji norweskiej marki nikt u nas oficjalnie się nie przyznawał mogę szczerze napisać, że powoli przestaję rozumieć kolejne próby kreowania momentu pojawienia się nowego modelu na wiekopomną chwilę i przełom technologiczny porównywalny z lądowaniem ludzi na księżycu. Oczywiście generowanie szumu medialnego przy tego typu okazjach to zjawisko całkowicie normalne, ale skala i budowanie oczekiwań ze strony rynku adekwatne są raczej, szukając motoryzacyjnych analogii, do premiery topowego modelu Maserati, czy Lamborghini a przecież poruszamy się na poziomie kolejnej inkarnacji VW Golfa. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. Tu nie chodzi o deprecjonowanie norweskiego producenta, rodzimego dystrybutora, oraz wspomnianego, chyba najbardziej popularnego na świecie kompaktowego turladełka. Broń Boże. Chodzi natomiast o coś zupełnie innego – o pompowanie balonika ludzkich oczekiwań, a na tym pułapie to bardzo niebezpieczna zabawa. Czemu? Jeśli weźmiemy pod uwagę ceny w jakich się obracamy, czyli umownie ustalmy max. 15 000 PLN, to jasnym staje się, że targetem będą m.in. osoby chcące wkroczyć w świat prawdziwego Hi-Fi, stworzyć solidny system na poziomie ponadbudżetowym i doznać olśnienia. Dla nich tego typu przekaz będzie jak najbardziej właściwy. Różnice będą kolosalne, upgrade w pełni adekwatny do poniesionych kosztów, czyli w telegraficznym skrócie sukces zostanie osiągnięty. Wszyscy zadowoleni. To jednak tyko jedna strona medalu. Warto przecież pamiętać o grupie siedzącej w Hi-Fi trochę dłużej, mającej na swoim koncie kilka-kilkanaście przesiadek, wielogodzinne odsłuchy urządzeń z ww. pułapu i bardzo często mniej, lub bardziej okazjonalny kontakt z systemami wielokrotnie droższymi. Ot choćby w celu zdefiniowania własnej referencji, ustalenia właściwego punktu odniesienia i celu przyszłych zmian. I właśnie tacy miłośnicy wysokiej jakości dźwięku mogą poczuć się lekko skonfundowani. Mając okres pierwszych fascynacji i euforii związanych ze zdobyciem urządzenia mającego zgodnie z huraoptymistycznymi zapowiedziami i laurkami masakrować podobnie wycenioną a nawet droższą konkurencję do tego typu „prawd objawionych” podchodzą ze zdecydowanie większa ostrożnością. I to właśnie im, doświadczonym życiem sceptykom dedykuję niniejszą recenzję, która laurką nie będzie.
Do naszej redakcji dotarł jeden z dwóch pierwszych egzemplarzy H160, jakie trafiły do Polski. Nie muszę zatem tłumaczyć, że była to dziewicza świeżynka o zerowym przebiegu, przez co pierwsze kilkadziesiąt godzin automatycznie zostało przeznaczone na straty – konieczne wygrzewanie. Z premedytacją podkreślę, że są to godziny niezbędne, przymusowe i konieczne. Trzy – cztery doby ciągłej pracy to naprawdę minimum, by 160-ka zaczęła grać jak należy. Co się dzieje przed upływem ww. limitu wolę nie wspominać, ale z Hi-Fi niewiele ma to wspólnego. Całe szczęście dobijający do 100 h na liczniku Hegel był już na tyle „stabilny emocjonalnie”, że mogłem przystąpić do bardziej krytycznych, aniżeli sprawdzanie, czy aby podłączony do moich dyżurnych Gauderów nie dostał zbytniej zadyszki, odsłuchów.
Pierwszych kilka płyt z szeroko rozumianym rockiem od ostatnich reedycji Led Zeppelin po „9 Dead Alive” Rodrigo y Gabrieli pozwoliło mi w miarę szybko ocenić, że Brent Holter nadal jest w formie i nie próbuje zmieniać tego, co dobre i sprawdzone. Najnowsza integra Hegla gra bowiem dźwiękiem nienarzucającym się zarówno w ciągu pierwszego kwadransa, jak i po 7-8 godzinnej nasiadówce. To niezaprzeczalna zaleta dla przyszłych posiadaczy a zarazem utrapienie dla sprzedawców, bowiem na tle zdecydowanie bardziej intrygującej na pierwszy rzut ucha konkurencji H160 wypada dość zachowawczo i poprawnie, acz bez sensacji. Gdy potencjalny klient chce w ciągu godziny porównać kilka propozycji będzie ciężko, nakłonić go by usiadł spokojnie, przestał się spieszyć i po prostu zaczął słuchać. Tutaj trzeba trochę zmienić nastawienie i zamiast żonglować wystarczy dać wygrzaną demonstracyjną sztukę na dzień-dwa, najlepiej weekend i cierpliwie czekać na werdykt. Co ważne podejrzewam, że wiążące decyzje nie będą zapadały po wpięciu tytułowej integry w najprzeróżniejsze systemy a już po jej wypięciu i powrocie do stanu pierwotnego. Jednak po kolei. Podczas testów miałem okazję wykorzystać dwie pary kolumn – swoje dyżurne Arcony Gaudera i przecudnej urody tajwańskie Lawrence Audio Violin (test wkrótce). Z niemieckimi podłogówkami brzmienie było spokojne, wyważone i sprawiało wrażenie lekko przyciemnionego i im bardziej wymagający materiał serwowałem, tym powyższa maniera się pogłębiała. Na prog-metalowych dokonaniach Dream Theater, mrocznym „One Second” Paradise Lost a nawet „Hungarian Rapsody No.2” w wykonaniu Philadelphia Symphony Orchestra pod batutą Leopolda Stokowskiego zagęszczenie i coś na kształt posępności osiągnęły taki poziom, że nie chcąc popaść w zbytnią depresja postanowiłem sprawdzić, czy to po prostu taka interpretacja sygnału źródłowego przez wzmacniacz, czy też pochodna dość morderczych dla większości konstrukcji parametrów elektrycznych dzieł dr. Rolanda Gaudera.
Przepięcie na, jak się okazało łatwiejsze do napędzenia, bądź jak kto woli lepiej pasujące charakterem do gościa z Norwegii monitory „otworzyło” dźwięk. Całość zyskała nie tylko na swobodzie. Lecz również na motoryce. Szybki, świetnie kontrolowany bas nie pozwalał usiedzieć spokojnie w miejscu a stare hity Tiny Turner, Michaela Jacksona, czy Bon Jovi cieszyły jak za dawnych czasów. Co istotne dokonując oczywistego różnicowania jakości dostarczanego materiału źródłowego Hegel nie piętnował zauważanych wad a jedynie, niejako mimochodem, z wrodzonym taktem o nich wspominał. Góra pasma, pomimo imponującego wstęgowca nie porażała, nie epatowała rozdzielczością, co z jednej strony mogło powodować, szczególnie po przesiadce z dzielonego A-klasowego zestawu Accuphase’a pewien niedosyt, lecz z drugiej dawało pewność, że nawet sięgając po gorszej jakości nagrania, bądź po twórczość Anny Marii Jopek, Youn Sun Nah a nawet Barb Jungr nie będziemy zagrożeni migreną spowodowaną zbyt ofensywną reprodukcją sybilantów ww. skraju pasma.
Zszycia pomiędzy poszczególnymi podzakresami dokonano perfekcyjnie, dzięki czemu całość ma bardzo spójną a zarazem liniową charakterystykę. Bez efektownych podbić, bez faworyzowania średnicy, na którą tak wyczulone jest ludzkie ucho. Zyskuje na tym uniwersalność recenzowanej konstrukcji, dzięki czemu jej odsłuch może stanowić świetny punkt wyjścia praktycznie dla miłośników każdego gatunku muzycznego a decydujący wpływ na efekt finalny będą miały pozostałe elementy toru.
Jak już zdążyłem wspomnieć podczas omawiania walorów użytkowo-estetycznych Hegla wyposażono w bardzo rozbudowaną sekcję interfejsów cyfrowych. Sukcesywnie eksplorowane wejścia w pewien sposób powtarzały solidność i rzetelność dźwięku uzyskiwanego z wejść analogowych, choć oczywiście dawały spore pole do popisu amatorom wszelakiej maści kabelkologii. Poczynając od USB dość szybko doszedłem do wniosku, że mamy do czynienia z pewnym déjà vu, kopią, a raczej ewolucją tego, co oferował używany przeze mnie swojego czasu filigranowy HD2, lecz z poprawioną motoryką i bardziej komunikatywnym, lepiej prowadzonym basem. Wejścia optyczne i koaksjalne w porównaniu do mojego dyżurnego Ayona 1SC nie okazały się w żadnym stopniu wartością dodaną – brakowało mi trochę nasycenia i wyrazistości dalszych planów, co patrząc na ceny obu urządzeń wydaje się zrozumiałe. W związku z powyższym podczas kilkunastodniowych odsłuchów wolałem łączyć Austriaka po analogu, aniżeli po cyfrze, za to wpięte niższej klasy źródła pod postacią Olive O2M, dekodera satelitarnego a nawet odtwarzacza multimedialnego LG DP1W obecność norweskiego kombajnu przyjęły z niemalże dozgonną wdzięcznością rewanżując się brzmieniem rześkim i stanowiącym świetny kompromis pomiędzy podkreślającą kontury analitycznością a bogatą w barwy i emocje muzykalnością.
Najnowsza konstrukcja Hegla – model H160 wydaje się być nader rozsądnym posunięciem ze strony producenta. Idealnie dopasowując się do obecnych trendów pozwala całkowicie bezboleśnie zintegrować możliwości solidnej integry z tak popularnymi przetwornikami D/A, dodatkowo zostawiając sobie na przyszłość furtkę w postaci złącza ethernetowego. Złącza, które na razie nie daje tylu możliwości, co np. w Electrocompaniecie ECI 6DS, jednak patrząc na niemalże dwukrotną różnicę w cenie trudno się temu dziwić. Decydując się na 160-kę możemy uznać za pewnik, że wszystkie używane dotychczas źródła cyfrowe będzie można spokojnie wpiąć w tę zgrabna integrę i zamiast szukać dziury w całym po prostu zacząć odpoczywać przy sączącej się z głośników muzyce.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 12 990 PLN
Dane techniczne (wg producenta):
Moc wyjściowa: 150 W/ 8 Ω, 250 W/ 4 Ω
Wyjście słuchawkowe: 270 mW / 64 Ω
Wejścia analogowe: 1 para XLR, 1 para RCA, 1 para RCA dedykowana KD (bezpośrednie wejście na końcówkę mocy)
Wyjścia analogowe: 1 para stałopoziomowych RCA, 1 para o regulowanym stopniu wzmocnienia RCA
Wejścia cyfrowe: 1 coaxial, 3 optical, 1 USB, 1 ethernet (RJ45)
Wejście słuchawkowe: 6,3 mm Jack (na froncie)
Pasmo przenoszenia: 5Hz-100kHz
Stosunek sygnał-szum: > 100dB
Przesłuch: < -100dB
Zniekształcenia: 0.005% (50W/8 Ω/1kHz)
Zniekształcenia intermodulacyjne: < 0.01% (19kHz + 20kHz)
Współczynnik tłumienia: > 1000
Wymiary (WxSxG): 12cm x 43cm x 41cm
Waga: 19kg (razem z opakowaniem)
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor La Roccia Reference + ZYX 4D
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Octave Phono Module
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Copland CTA-405A
– Przedwzmacniacz liniowy: Accuphase C-2120
– Wzmacniacz mocy: Accuphase A-36
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Lawrence Audio Violin
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Norweska marka Hegel jest przykładem manufaktury, która startując na naszym rynku kilka lat temu, dzięki swoimi wartościom sonicznym z marszu stała się ikoną średniej półki urządzeń audio. Miała tak wspaniałe wejście, że zadowoleni właściciele jej produktów w celach integracyjno-informacyjnych bez namysłu założyli kluby zrzeszające posiadaczy na wielu forach internetowych. Czas mija szybko, a ja mimowolnie obserwując jeden z takich klubów stwierdzam, że zainteresowanie nie mija i co więcej nawet się nasila. Oczywiście jest to spowodowane dbałością firmy o obecnych i przyszłych klientów, co przekłada się na szybką reakcję w spełnianiu ich potrzeb kompatybilności z najnowszymi trendami w branży i implementowaniu wszelkich nowinek, nie zapominając przy tym o czynniku nadrzędnym – jakość generowanych dźwięków. Moja bezpośrednia przygoda z manufakturą będącą bohaterem dzisiejszego testu, opiera się o maksimum jej osiągnięć w amplifikacji pod postacią dzielonego zestawu pre-power P-30 i H-30, co do dnia dzisiejszego bardzo pozytywnie wspominam. W tym momencie złośliwcy mogliby powiedzieć, że flagowe komponenty nie mogą się źle zaprezentować i żeby nie psuć zdobytej już renomy, nie dostajemy nowości z niższej półki cenowej. Tymczasem dla ukrócenia podobnych przypuszczeń i kalumnii, wrocławski dystrybutor Moje Audio ze stoickim spokojem zaproponował nam oczekiwaną i po zasłyszanych pierwszych opiniach w sieci zdawkowo omawianą nowość na rynku, jakim okazał się być wyposażony w wewnętrzny przetwornik cyfrowo-analogowy wzmacniacz zintegrowany H 160, co z przyjemnością odebraliśmy jako pewnego rodzaju wyróżnienie.
Wygląd zewnętrzny Hegla dzięki ponadczasowej skromności jest tak rozpoznawalny, że nawet chwilowy kontakt wzrokowy bezwiednie na stałe wpisze te dane w masę mózgową przypadkowego oglądacza. Ten wizualny spokój bardzo często jest dodatkowym atutem w procesie zakupowym, wpisując się w gusta unikających ekstrawagancji swoich urządzeń audio melomanów, a z wielu rozmów wiem, że to spora grupa docelowa. Ale do rzeczy. Standardowej wysokości i szerokości dla tego pułapu cenowego obudowa jest czarną skrzynką z delikatnie wyoblonym ku przodowi frontem z grubego płata aluminium. Ów przedni panel nie łamiąc ogólnych bliskich „feng szui” założeń otrzymał jedynie: centralnie umieszczony, świecący niebieskimi piktogramami wyświetlacz informacyjny – używane wejście i siła wzmocnienia, tuż nad nim dumnie prezentujące się logo marki, po bokach dwie gałki – lewa selektor wejść i prawa Volume i dla uatrakcyjnienia oferty pożądanych cech, na prawej flance gniazdo słuchawkowe. Z racji użycia w zasilaniu sporej wielkości transformatora, górna płaszczyzna płynnie przechodząca w ścianki boczne, w swej większej części stała się ułatwiającą chłodzenie grawitacyjne ażurową platformą. Tylny panel z racji tak modnej w dzisiejszych czasach aplikacji wewnętrzny przetworników cyfrowo-analogowych proponuje nam pełny przekrój wejść cyfrowych, a także wejść i wyjść w standardzie RCA i XLR. Oprócz baterii przyłączy sygnałowych znajdziemy jeszcze centralnie umieszczone zaciski kolumnowe i z lewej strony gniazdo sieciowe. Ciekawostką jest nietypowe umieszczenie głównego włącznika, który swój byt ukrywa pod spodem urządzenia przy lewej nóżce. To jedyna i dzięki Bogu niewidoczna ekstrawagancja, na jaką pozwolili sobie inżynierowie Hegla. Na koniec akapitu wizualizującego opisywane urządzenie wspomnę, że dla spełnienia ostatniego z marzeń leniwego słuchacza, w komplecie z produktem dostajemy może nie najpiękniejszego, ale zgrabnego, równie spokojnego w wyglądzie pilota.
Podłączywszy Hegla do sieci wiedziałem, że duże trafo zasługiwało na dłuższą chwilę tylko dla siebie, co dla zabicia czasu wykorzystałem na sesję fotograficzną. Gdy wszystkie pozy niezbędne do swobody weryfikacyjnej Marcina w procesie obróbki wsadu na stronę internetową zostały wykonane, nadszedł czas prawdy. Z pierwszego spotkania z tą marką – dzielony top w ofercie – pamiętałem, że krążyliśmy wokół tak uwielbianego przeze mnie nasycenia, dlatego pierwszym czego zapragnąłem, była wokalistyka w spokojnych kawałkach balladowych i nie szukając zbyt długo, padło na panią Youn Sun Nah z kompilacją „VOYAGE”. Ten z pietyzmem zrealizowany materiał dość dosadnie uwypukla wszelkie wzloty i upadki próbującego poradzić sobie z nim urządzenia. Oczywiście z racji nienagannej post-produkcji prawie zawsze zagra dobrze –nawet na „jamniku”, ale znam tę płytę od podszewki i najmniejsze odstępstwo będzie karane brutalnie zwąc przytykiem, a w lżejszej odmianie hasłowej pokazaniem gdzie da się lepiej. I gdy nasza gwiazda z Korei ładnie sobie śpiewała, ja czyniłem notatki, które donoszą, że rzeczony produkt z zimnej Norwegii nieco przybliża scenę muzyczną, nadal dając sporo swobody dalszym formacjom muzyków. Szerokość również bez większych uchybień ładnie wypełnia przestrzeń międzykolumnową, bez najmniejszych problemów pozwalając zniknąć monstrualnie wielkim zestawom głośnikowym ISIS z Austrii. Lokalizacja źródeł pozornych swą czytelnością zależna jest tylko od weny masteringowca, a nie poziomu naszego skupienia podczas śledzenia tego aspektu, a to nieczęsta zaleta. Przechodząc do ogólnego opisu jakości grania mojego zestawu po aplikacji bohatera niniejszego testu – H-160, pochwaliłbym ciężar i temperaturę dochodzących do mnie dźwięków, choć nieco większe niż mam na co dzień. Nasycenie i gładkość jest tym, co osobiście bardzo lubię i słysząc taki sznyt prezentacji muzyki zostałem w pełni usatysfakcjonowany. Oczywiście w wartościach bezwzględnych jest to pewne odstępstwo od neutralności, lekko rozmazując krawędzie rysunku bytów wirtualnej sceny, ale taka dawka masy na basie i środku pasma, wspomagana idealnie skrojonymi doń wysokimi tonami (bez swawolności), z pewnością da więcej przyjemności podczas słuchania, aniżeli sztuczne dążenie do analityczności. Wiem, że to dość karkołomny wywód, gdyż co słuchacz, to inne postrzeganie piękna odtwarzanej muzyki, ale obserwacje wielu spotkań czy to klubowych w KAIM-ie, czy wyjazdowych do znajomych w pewnym stopniu pozwalają mi na takie wnioski. W celach weryfikacyjnych zasłyszanych zalet i wad – niepotrzebne proszę skreślić – do napędu cedeka powędrowała muza spod znaku mocno miksowanej elektroniki i wokalizy zespołu YELLO zatytułowana „Touch”. Nieprzebrane ilości sztucznie generowanego wszechobecnego basiszcza dawały mocno odczuwalną podbudowę, co miłośnicy takich dalekich od delikatności fraz muzycznych przyjmą z dużym zadowoleniem. Idąc nieco wyżej w przestrzeni pasma akustycznego, mijamy dobrze dociążoną, pomagającą nabrać nieco ogłady przetworzonym ludzkim głosom średnicę, by kończąc na górnym zakresie zaznać wpisujących się w resztę widma akustycznego dźwięcznych, ale bez zapędów do dominaty wysokich tonów. Ta konsekwencja w realizacji spójności pasma pod względem ciężaru jest pewnym wyznacznikiem dla docelowego wyedukowanego klienta, ale nawet będąc wyznawcą przeciwległego obozu słuchaczy – analityczność ponad wszystko, proszę nie odcinać się od produktu z Norwegii, gdyż mój set jest już propagatorem ogólnie uważanej za przyjemną barwy, a podczas całego testu nie zanotowałem czynników degradujących brzmienie nakarmionego Heglem systemu, tylko nieco inny adekwatny do pułapu w cenniku punkt wyrafinowania.
Tak się szczęśliwie złożyło, że podczas testu dzisiejszego bohatera trafiły w me progi dość niekonwencjonalnie wyglądające kolumny jeszcze niedystrybuowanej w naszym kraju marki Lawrence model Violin. Oczywiście nie miałem zbyt dużego obycia z ich wartościami sonicznymi, ale po dawce wymagających wyrafinowania na najwyższym poziomie zestawów głośnikowych chciałem sprawdzić jak 160-ka poradzi sobie z czymś z jej podwórka. Z perspektywy czasu stwierdzam, że było to dobre posunięcie, gdyż oprócz potwierdzenia usłyszanych wcześniej niuansów brzmieniowych, dostałem kilka nowych ważnych dla docelowego nabywcy informacji. Te potwierdzające się, to sposób dobrej budowy sceny muzycznej i rozlokowania na niej źródeł pozornych, a nowo nabyte były teoretycznie również wcześniej zasłyszanymi, jednak stawiającymi naszego Norwega w jeszcze lepszym świetle. W czym rzecz? Proszę spojrzeć na zdjęcia nowoprzybyłych zestawów głośnikowych, które dumnie epatują sporej wielkości groźnie wyglądającą wstęgą wysokotonową, co bardzo często – nie mówię, że zawsze – jest myślą przewodnią dźwięku opartych o nie konstrukcji. Mówiąc wprost, potrafią ranić uszy, czego w połączeniu testowym nawet w najmniejszym stopniu nie było, a pokusiłbym się o stwierdzenie, że było nad wyraz dystyngowanie nawet w takim krzykliwym materiale jak wspomniane wcześniej Yello. Konsekwentnie realizowanie założeń konstruktorów z Norwegii w zakresie niskich dźwięków, mimo zdecydowanie mniejszego „pudła” Lawrenców nadal dawało dobrą podstawę basową i dociążoną średnicę, by w górnych rejestrach doskonale dogadywać się ze wstęgami, proponując sporą dawkę informacji w bardzo delikatny sposób. Utrzymać w ryzach takich przetworniki, to nie lada umiejętności, gdyż zbytnie ugładzenie przyniesie efekt koca, a spuszczenie ze smyczy szybko wygoni nas z pokoju odsłuchowego. Oczywiście proszę nie traktować tego akapitu jako wyroczni, gdyż jest to pewien eksperyment z czymś jeszcze nie do końca znanym, ale jeśli mam takie możliwości i testowane urządzenie zasługuje na głębsze potraktowanie jego istnienia ,dlaczego nie pokusić się o podobne doświadczenie. Idąc dalej tym tropem, proszę zerknąć na naszą stronę za kilka tygodni i po przeczytaniu testu na temat opisywanych w tym akapicie kolumn Lawrence, można pokusić się o precyzyjniejsze wnioski.
Ostatnią sprawą, jaka mnie nurtowała, był występujący na pokładzie północno-europejskiego produktu DAC. Nie dorosłem do plików jako takich, za co Marcin mnie gani, strasząc przymusowym i szybkim kursem korespondencyjnym, ale mogłem podłączyć swój napęd Cd, co z dużym zainteresowaniem zrobiłem. Przesiadka z czterokrotnie droższego niż opisywana konstrukcja przetwornika Reimyo niestety miała swoje konsekwencje. Ale w wartościach jakości do ceny efekt był dobry, z pełną paletą doznań zasłyszanych podczas wcześniejszych prób ożenku samego wzmacniacza z kolumnami. Scena nadal nieco bliżej linii głośników, ale czytelnie podzielona na poszczególne formacje w zakresie głębokości, jak i szerokości. Co ważne nie utraciłem tak ważnego dla mnie oddechu dobiegającej muzyki, dając uczucie sporego jej napowietrzenia. Jeśli miałbym pokusić się o wyłuskanie jakiegoś wyraźnie zmienionego w porównaniu do wcześniejszych obserwacji aspektu, to zwróciłbym uwagę na delikatne zmniejszenie ilości niskich tonów. Ale nie było to anorektyczne wyszczuplenie tego zakresu, tylko nieco inny nadal mięsisty, ale zwiewniejszy pomruk. Zbierając ten podpunkt w całość, nadal idziemy tą samą drogą, jaką forsował sam piec. Po takim wyznaniu muszę uprzedzić wszystkich „hejterów” przeciwko kupowaniu drogiego sprzętu audio, że w wartościach bezwzględnych porównanie jeden do jeden mojego i norweskiego przetwornika byłoby linczem dla tego drugiego i te napomknięte zmiany należy sklasyfikować w odpowiednim przeliczniku wyrafinowania. Niemniej jednak zaproponowany w pakiecie przetwornik w swych umiejętnościach jest wprost proporcjonalny do jakości prezentowanego dźwięku całego urządzenia. Konstruktorzy dość precyzyjnie skonfigurowali opisywaną DACo-integrę, by żaden z jej członów – sam wzmacniacz i wzmacniaczo-DAC – nie odstawały jakościowo od siebie, stwarzając tym sposobem szkodliwy w całościowym odbiorze dysonans. Osobiście wolę taką godną pochwalenia konsekwencję, niż czarowanie klienta jakiś jednym ponadczasowym aspektem, zapominając o synergii całości.
To drugie – bliższe, bo kilkudniowe spotkanie we własnym systemie z produktem z Norwegii, pozwoliło mi poznać grunt na jakim opierano się podczas projektowania jego topowej konstrukcji. Okazało się, że osadzenie w barwie jest dla tej manufaktury, jak i wielu (włącznie ze mną) audiofilów czymś bardzo ważnym, za co czasem daliby się pokroić. Dla nas taki sznyt jest sztywnym warunkiem jakiejkolwiek wstępnej weryfikacji przedzakupowej, a że w konsekwencji oddajemy nieco ostrości konturu, dla prawdziwego miłośnika słuchania muzyki z bezkresną przyjemnością, nie jest to żadnym uszczerbkiem tylko pewnym kontraktem. To naprawdę jest niewielka cena za przeniesienie się w inny wymiar obcowania z dźwiękiem. Oczywiście im wyżej w cenniku, tym mniej musimy ustępować, ale nawet na poziomie stratosfery cenowej taka korelacja jest na porządku dziennym i nikt tego nie zmieni. Musimy się określić, czy bliżej nam do głaskania, czy przenikliwego smagania świstami naszych narządów słuchu. Ja należę do pierwszej grupy, a Wy?
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”, LAWRENCE “VIOLIN”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio; Solid Base VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert WOODPECKER
ramię: SME M29R
wkładka: Dynavector DV-20X2
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
O tym, że w ostatnim czasie obserwujemy istny renesans i niemalże modę na analog nie musimy chyba nikogo przekonywać. Wystarczy popatrzeć na ilość pytań padających z ust/klawiatur osób chcących zasmakować dźwięku czarnej płyty pojawiających się na wszelkiego rodzaju forach, grupach dyskusyjnych i portalach tematycznych. Drugą młodość przeżywają wyniesione kilkadziesiąt, bądź co najmniej kilkanaście lat temu na strychy i do piwnic, przywiezione zza żelaznej kurtyny Technicsy, Thorensy a nawet sygnowane przez rodzimą Unitrę konstrukcje. Punkty renowacji mocno wyeksploatowanych przez poprzednie pokolenia egzemplarzy wyrastają jak grzyby po deszczu a kurczące się do tej pory stoiska płytowe co i rusz dokładają kolejne regały na 12” krążki. Niestety powyższy trend ma i swoje mroczne oblicze. Na rynek trafia typowy szrot i koszmarki, które już dawno powinny zostać skierowane na przemiał a tymczasem dorabia się im pokrytą lekką patyną kultowość i całość okrasza adekwatną do owej pseudo kultowości ceną. Podobną patologią dotknięte są ceny płyt i to, co do tej pory zalegało w skrzynkach po jabłkach na najniższych półkach w punktach z tanią książką pojawia się na aukcjach i w antykwariatach z etykietą białych kruków i first-pressów. Całe szczęście w naszym przypadku ekshumacje i próby reanimowania reliktów minionej epoki nie zdarzają się zbyt często a jeśli już to dotyczą prób upolowania NOSów, bądź weryfikowanych przez Jacka na węch wydań ze złotych lat analogu.
Powyższy wstęp ma być pewną formą wyjaśnienia pojawienia się kolejnej recenzji phonostage’a a w dodatku urządzenia, o które poniekąd już recenzowaliśmy, lecz nie samo a w ramach testu zbiorowego tzw. systemu marzeń. Nie owijając w bawełnę zagram w otwarte karty i napiszę, że chodzi o Octave Phono Module. Powód takiego pozornie dziwnego zbiegu okoliczności jest całkowicie prozaiczny – testując kompletny set Octave dokonywaliśmy z Jackiem takiej ilości rekonfiguracji i takich kombinacji alpejskich, że w rezultacie efekt finalny spełnił nasze (wygórowane) oczekiwania, ale jednocześnie pozostawił po sobie wiele pytań i tematów na wieczorne Polaków rozmowy przy szklaneczce jakiegoś zacnego single malta. Dla tego też mając w pamięci w którą stronę podążające zmiany najbardziej wpisały się w mój (podobno spaczony) gust postanowiłem tytułowemu urządzeniu przyjrzeć i przysłuchać się na osobności. Jak postanowiłem, tak zrobiłem i po spakowaniu jednego z najbardziej rozbudowanych systemów, jakie mieliśmy okazję do tej pory gościć karton z Phono Modulem zamiast do dystrybutora trafił do mnie. Tym oto sposobem zbliżamy się do końca genezy powstania niniejszej recenzji – ponad pięć miesięcy odsłuchów, cztery gramofony i trudna do ogarnięcia ilość kombinacji dobiegły końca. A efekt? Znajdą go Państwo poniżej.
Phono Module idealnie wpisuje się w linię wzorniczą, której od lat jest wierna niemiecka manufaktura Octave. Skoro jakiś pomysł cały czas się sprzedaje, czyli znajduje swoje stałe, stabilne grono odbiorców, to czystą głupota byłoby to zmieniać. Tym bardziej, że na swoją rozpoznawalność trzeba było ciężko zapracować, Dla tego też Phono Module wydaje się wprost perfekcyjnie dopasowany do chyba najładniejszej w germańskim katalogu linii V. Nie chodzi mi w tym momencie o to, że pozostała oferta Octave jest, posługując się językiem politycznej poprawności „ładna inaczej”, lecz właśnie V-ki mają w sobie „to coś”. A „tym czymś”, przynajmniej dla mnie jest umieszczone na zaskakująco niskim froncie pleksiglasowe, przydymiane okienko ożywiające ascetyczną prostotę grubego płata szczotkowanego aluminium. Co ważne, oprócz lekko zawoalowanych, ledwo widocznych układów elektronicznych pełni ono nader istotną funkcję komunikacyjną. Ukryte za nią kolorowe (duży plus za wielce eleganckie okiełznanie ich jaskrawości) diody informują o stanie pracy (włączenie, nagrzewanie, wyciszenie) umieszczone po lewej stronie i po prawej – o aktywnym wejściu. Dodatkowo, co w przypadku przedwzmacniaczy gramofonowych nie jest taką oczywistością nabywca uzyskuje możliwość skorzystania z regulowanego wyjścia liniowego, którym steruje za pomocą klasycznego jak we wzmacniaczach pokrętła umieszczonego po lewej stronie panelu a wyboru wejścia dokonuje bliźniaczą, lecz umieszczoną po prawej stronie gałką. Ba, jeśli tylko będzie miał takie życzenie może zamówić wersję sterowaną pilotem. To się dopiero nazywa luksus! Jeśli dodamy do tego nader szeroką ofertę modułów we/wy-jściowych, to po chwili zastanowienia może się okazać, że zakup Phono Module będzie równoznaczny z pożegnaniem się z naszym dotychczasowym preampem liniowym. Jakby na to nie patrzeć jest w tym niezaprzeczalna logika. W wersji dostarczonej do testów wszystkich modułów co prawda na pokładzie nie było, ale prawdę powiedziawszy i tak powodów do narzekania mieć nie mogliśmy. Odrębne terminale dla wkładek MM/MC z własnymi zaciskami uziemienia, zdublowane (o regulowanym i stałym napięciu) wyjścia liniowe w standardzie RCA okazały się całkowicie wystarczające. Całości dopełniał solidny zewnętrzny zasilacz spinany z jednostką sygnałową budzącym zaufanie przewodem zakonfekcjonowanym wielopinowym, zakręcanym wtykiem. Dla osobników nieuznających kompromisów konstruktorzy Octave postanowili zostawić furtkę ku dalszemu udoskonalaniu brzmienia poprzez podłączenie dodatkowego zasilacza.
Wnętrze bardzo spójnie koresponduje z aparycją zewnętrzną. Panuje w nim wzorowy wręcz porządek a wspominaną konfigurowalność potwierdzają widoczne moduły i miejsce na kolejne płytki. Ze względu na dość niewielka wysokość całego urządzenia lampy stanowiące znak firmowy wszystkich urządzeń Octave zamontowano w pozycji horyzontalnej. W stopniu wyjściowym pracuje ECC88 (6922), główne wzmocnienie powierzono ECC81 (12AT7) a stopniem wejściowym zajęła się ECC83 (12AX7). W tym momencie warto wspomnieć o całkowicie nieistotnym dla zwykłego użytkownika a dla recenzenta po prostu im częściej wykonywanym, tym bardziej irytującym rytuale. Już spieszę z wyjaśnieniami o co chodzi. Zwykły – statystyczny „ludź” ustawień parametrów podłączanej do phonostage’a wkładki dokonuje raz na kilka lat. Ustawia raz, od razu po zakupie i zapomina o temacie do czasu wymiany na nową/lepszą. Z marudami typu recenzenci audio jest „trochę” inaczej, gdyż interwały częstotliwości zmian w używanych set-upach liczy się co najwyżej w tygodniach. W czym problem? Niby w niczym, tylko w Octave, aby dostać się do odpowiednich mikroprzełaczników każdorazowo trzeba odkręcać i zdejmować pokrywę wierzchnią. No dobrze, dość marudzenia, w końcu nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, a Modwright PH150 i Avid Pulsare II są po prostu wyjątkami potwierdzającymi regułę.
Zwykło się uważać, że im wyższy poziom komponentów audio osiągniemy, to prędzej, czy później dojdziemy do wniosku, że trudno znaleźć nagrania spełniające nasze wysublimowane oczekiwania jakościowe. Krótko mówiąc im lepszy sprzęt mieć będziemy, tym mniej muzyki nadawać będzie się do słuchania. Oczywiście, jak w każdej legendzie, tak i tym razem ziarnko prawdy jest, lecz tytułowy phonostage niczym rycerz w lśniącej zbroi na śnieżnobiałym rumaku wrednego smoka hiperanalitycznego i pozbawionego emocji pseudoaudiofilizmu ubija. Co prawda walka nie jest łatwa i trwa zdecydowanie dłużej niż pojedynek Andrzeja Gołoty z Lamonem Brewsterem, ale za to kończy się happy endem. Po pierwsze należy uzbroić się w cierpliwość i choć Phono Module zaczyna grać po kilkudziesięciu sekundach od włączenia zasilania, to lepiej pierwsze 90 min. poświęcić na lekturę codziennej prasy, bądź przygotowywanie obiadu. Oczywiście nie możemy zabronić nikomu słuchania już od pierwszych minut, lecz z autopsji wiem, że dopiero po blisko sześciu kwadransach scena z płaskiej i szarej niczym cierpiąca na bezsenność anorektyczna modelka zamienia się w ogniste, odpowiednio „wyposażone” przez naturę rumiane dziewczę. W związku z powyższym swoje obserwację pozwolę ograniczyć do stanów pełnego wygrzania, tym bardziej, że repertuar, w którym PM sprawdzał się najlepiej soczystość i jędrność krwistej tkanki przyjmował ze spontaniczną wdzięcznością. Jeśli jeszcze się Państwo nie domyślili, to najwyższy czas przyjąć do wiadomości, że Octave jest niczym tchnienie świeżości i dynamiki w większość rockowych nagrań, z tymi podle zrealizowanymi włącznie. W świat kanciastości, suchości i cykająco – jazgoczących blach aplikuje potężną dawkę energii i masy sprawiających, że nawet do tej pory nieznośnie irytujące pod względem realizatorskim porykiwania szarpidrutów pokazują swoje drugie, do tej pory nieznane oblicze. Nie po to wydaje się jednak szesnaście tysięcy, aby próbować wskrzeszać ewidentne buble, lecz po to, by delektować się muzyką. Przynajmniej ja tak do tego podchodzę. Dla tego też z wielkim entuzjazmem sięgałem po ostatnie reedycje Led Zeppelin, Pink Floyd, Marillion, czy też po obowiązkową gitarową klasykę – „Machine Head” Deep Purple. Za każdym razem dochodziła do głosu pewna solidność, zdecydowanie i tzw. dawanie czadu niemieckiej konstrukcji. Jeśli miało być ostro, to było. Jeśli miało być szorstko, to dźwięk momentalnie łapał iście garażowe zapiaszczenie, ale jednocześnie ziarno to miało wybitnie analogowy charakter. Szukając fotograficznych analogii można byłoby natywną, bo pochodzącą przecież z nagrań, a nie dorabianą w postprocesie ową granulację porównać do ziarna uzyskiwanego za starych dobrych czasów królowania wysokoczułych klisz T-MAXa i Ilforda.
Również nowe wydawnictwa, jak „Re-Machined: A Tribute to Deep Purple’s Machine Head”, czy „The Ballads IV” Axela Rudi’ego Pella z pomocą Octave dostały lekkiego „kopa” i mocniej niż zwykle zachęcały słuchaczy do rytmicznego podrygiwania. Co ważne, zamiast sztucznego pompowania dźwięku, które czasem można spotkać w przypadku niektórych konstrukcji i „audiofilskich” samplerów niemiecki phonostage działał na zasadzie poluzowania zbyt ciasnego kołnierzyka. Sprawiał, że zarówno wokaliści, jak i pozostali członkowie zespołu mogli wreszcie zagrać i wydrzeć się pełna piersią, bądź jak kto woli wreszcie realizator dał sobie spokój z próbą skompresowania materiału źródłowego na potrzeby posiadaczy boomboxów i kuchennych radyjek.
Scena budowana przez Phono Module była zazwyczaj szeroka i bardzo satysfakcjonująco rozciągnięta w głąb ze świetnie utrzymaną gradacją dalszych planów, przez co oprócz posiadających typowo rockowe upodobania melomanów powinni rzucić na niego uchem również miłośnicy wielkiej symfoniki. Niemalże do znudzenia odtwarzane podczas tych wielomiesięcznych testów „Nabucco” i „Il Trovatore” imć Verdiego pokazały nad wyraz dobitnie, że tego typu repertuar wymaga odpowiedniej ilości prądu, rozmachu i dynamiki a eteryczne i zawoalowane systemy po prostu kastrują go z co najmniej połowy informacji i emocji.
A jak z różnicowaniem sygnału wejściowego? Z przykrością stwierdzam, że Octave potrafi docenić jakość dostarczanych informacji i o ile nawet ze stosunkowo niedrogą konstrukcją (Transrotor Fat Bob S) dostarczał sporo frajdy, to pełnię swoich możliwości pokaże na zdecydowanie wyższych pułapach cenowych (Transrotor La Roccia Reference). Owa wspomniana przykrość jest oczywiście umowna i w pewnym sensie fałszywa, bo któż nie marzy o którymś z topowych modeli uznanych producentów, lecz prawdę powiedziawszy warto o tej „przypadłości” Octave pamiętać, gdyż kupując go w dowolnym momencie naszej analogowej drogi możemy mieć psychiczny komfort jeszcze niewykorzystanego potencjału i kolejnych możliwości upgrade’u. Po prostu zdobywanie kolejnych stopni ku audiofilskiej nirwanie wiązać się będzie z wymianą ramion, wkładek, czy samych napędów na wyższe a Phono Module ze stoickim spokojem przyjmie, wzmocni i z szerokim uśmiechem pokaże, jaka jest różnica między dajmy na to wkładką za 4 i 14 tys. PLN.
Octave Phono Module jest urządzeniem niezwykłym. Z jednej strony, pod względem designu jest kwintesencją tego, co najlepsze w pomysłach wzorniczych niemieckiego producenta. Jednak brzmieniowo stanowi pewien ewenement na tle swojego rodzeństwa, gdyż zamiast podążać drogą niemalże bezwzględnej neutralności a nawet zarzucanego, przez co poniektórych „życzliwych”, niemalże „tranzystorowego chłodu” (dosyć ciekawy stereotyp) stawia wszystko na dynamikę, spontaniczność i gęste, nieraz lekko przyciemnione granie. Przypadek? Niekoniecznie. W końcu jakoś tę analityczność trzeba było dosaturować, uczłowieczyć i sprawić, by zarówno miłośnicy Rammsteina, jak i potomkowie Wagnera nie musieli szukać „obcych” produktów a mogli ze spokojnym sumieniem skompletować w 100% czystej krwi rodzimy system. Krótko mówiąc. Nawet, jeśli do tej pory nie byliście Państwo fanami firmowej sygnatury brzmieniowej Octave dla Phono Module zróbcie wyjątek. Warto.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Eter Audio / Octave
Cena: 15 900 PLN
Moduł wejściowy IN1 MM RCA – 1 690 PLN
Moduł wejściowy IN2 MC RCA – 2 290 PLN
Moduł wejściowy IN3 MC XLR – 2 290 PLN
Moduł wejściowy IN4 Line Level RCA + XLR – 2 290 PLN
Moduł wyjściowy OUT 1 2 x RCA z dwoma wyjściami – 1 590 PLN
Moduł wyjściowy OUT 2 2 x RCA Direct Drive – 2 890 PLN
Moduł wyjściowy OUT 3 XLR Direct Drive – 3 190 PLN
Regulacja siły głosu za pomocą pilota – 1 290 PLN
Dane techniczne:
Standardowe wyjście regulowane
Stosunek sygnału do szumu: – 100 dB
Impedancja wyjściowa: 240 Ω (RCA)
Max. napięcie wyjściowe: 7 V RMS
Zniekształcenia: < 0,01%
Wzmocnienie: 0 dB
Aktywne wyjście regulowane
Stosunek sygnału do szumu: – 100 dB
Impedancja wyjściowa: 240 Ω (RCA, XLR)
Max. napięcie wyjściowe: 7 V RMS
Zniekształcenia: < 0,01%
Wzmocnienie (Low/High): 0/15 dB
Sekcja RIAA
Wzmocnienie MM, wyjście stałe: 38 dB
Wzmocnienie MC, wyjście stałe Low/High: 58/68 dB
Sekcja MC
Impedancja wejściowa: 50 Ω – 1 kΩ
Stosunek sygnału do szumu (RCA): -69 dB/- 75 dB
Stosunek sygnału do szumu (XLR): -72 dB/- 78 dB
Punkt odcięcia: 20 Hz/-3 dB
Sekcja MM
Impedancja wejściowa: 1 + 47 kΩ
Stosunek sygnału do szumu (RCA): – 77 dB
Punkt odcięcia: 20 Hz/-3 dB
Generalne
Pobór mocy: 25-35 W
Waga przedwzmacniacza: 9-12,5 kg
Waga zasilacza: 4 kg
Wymiary: 437 x 80 x 390 mm (W x H x D)
Wymiary zasilacza: 100 x 77 x 230 mm (W x H x D)
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– DAC: ModWright Elyse
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Zyx R1000 Airy3 + 9″SME + Zyx R1000 Airy3 Mono + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference; Transrotor Fat Bob S + ZYX R100;Dr. Feickert Analogue Woodpecker + SME M2 – 9 R + Dynavector DV – 20X2 H; Transrotor La Roccia Reference + ZYX 4D
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Trilogy 907; RCM Sensor Prelude; Phasemation EA-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Przedwzmacniacz liniowy: Accuphase C-2120
– Wzmacniacz mocy: Accuphase A-36
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3; Audio Philar Modern Line III
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Marka Octave nie jest mi obca, gdyż stosunkowo niedawno miałem przyjemność dłuższego obcowania z nią przy okazji recenzji z cyklu „System Marzeń”, gdzie dzielona niemiecka amplifikacja napędzała kolumny Chario. Tak się złożyło, że dzisiejszy bohater również miał swoje trzy grosze w owym spotkaniu na szczycie, ale z uwagi na całościowe potraktowanie seta, przeszedł przez test bez większego echa, a że ze swoimi walorami sonicznymi w ulubionym dla mnie dziale audio – analog – jest wartościowym urządzeniem, nie zapomnieliśmy o nim i gdy tylko nadarzyła się okazja, wrócił do redakcji jako pretendent do laurów. I tak nasz wtedy drobny element układanki – lampowy przedwzmacniacz gramofonowy Phono Module manufaktury OCTAVE – dzięki uprzejmości dystrybuującego go krakowskiemu Nautilusowi zatoczył koło i doczekał się swoich pięciu minut, zostając główną atrakcją dzisiejszego wieczoru.
Phono Module jak na urządzenie dysponujące szklanymi bańkami na pokładzie jest bardzo płaską (7cm wysokości) posadowioną na czterech okrągłych niskich stopach, standardowej szerokości skrzynką. Spakowanie wszystkiego w taki plasterek, było możliwe dzięki położeniu wspomnianych lamp elektronowych, nad którymi w odkręcanym płacie górnej części aluminiowej obudowy dla celów wentylacyjnych wykonano kilka szeregów tworzących prostokątne bloki podłużnych otworów. Jeśli mimo takiej baterii nacięć ktoś z potencjalnych nabywców obawia się o przegrzanie, od razu uspokajam, iż podczas kilkunastodniowego obcowania z niemieckim produktem nie zanotowałem najmniejszych problemów temperaturowych. Kontynuując opis wizualny, wspomnę, że pod owym odkręcanym wierzchnim panelem oprócz świecących bursztynową poświatą lamp znajdziemy bardzo istotny w procesie użytkowania szereg mikroprzełączników umożliwiających współpracę z różnymi wkładkami. Trochę uciążliwe, ale patrząc na tę sprawę zdroworozsądkowo, robimy to raz i zapominamy o temacie do czasu efektownego zejścia naszego cartridge’a ze świata żywych, co praktycznie rzecz biorąc może przytrafić się nam co kilka ładnych lat. Tak więc nie jest tak źle, jakby się na początku wydawało. Wykonany z grubego płata drapanego aluminium przedni panel urządzenia zaopatrzono w centralnie umieszczone okienko z pleksi, skrywające diody informujące o wykorzystaniu różnych funkcji, jak mute, grzanie lamp, czy aktualnie używane wejście, a na zewnętrznych krawędziach w dwie sporej wielkości gałki – prawa selektor wejść, a lewa płynna regulacja wzmocnienia. Tylna ścianka rzeczonego przedwzmacniacza gramofonowego posiada dwa typy wejść: MM i MC uzupełnionych o zaciski masy, jak również dwa rodzaje wyjść – jedno ze stałym, a drugie z płynnie regulowanym wzmocnieniem. Jako pełny przejaw bezkompromisowego podejścia do tematu jakość brzmienia, PM ma połączone firmowym terminalem wydzielone do osobnej skrzynki zasilanie. To co prawda na tym pułapie cenowym wydaje się być standardem, ale na szczęście panowie z Octave nie starali się udowadniać nam, że upychanie wszystkiego do środka jest bułką z masłem dla tak zdolnych jak oni konstruktorów. Ale to nie koniec ich profesjonalnego podejścia do zagadnienia prądu, gdyż jako opcję mamy dodatkowe gniazdo przyłączeniowe dla ekstra-zasilacza. Jakie efekty daje nadmiarowa dawka energii nie dane mi było sprawdzić, ale jeśli coś takiego jest w ofercie, z pewnością oferuje słyszalny przyrost jakości generowanego dźwięku, co dążący do ideału nabywca w swoich zmaganiach ze złapaniem króliczka prawdopodobnie zechce, a nawet powinien sprawdzić. Jak można sobie zwizualizować po opisie lub zobaczyć na załączonych zdjęciach, niemiecka szkoła produkcji urządzeń lampowych tym razem starała się unikać powielania wydawałoby się sztampowych wzorców i zaproponowała klientowi, skromny ale dystyngowanie spokojny, unikający będącej synonimem tego kraju „techniczności” pomysł wizualny. Ot prosta płaska obudowa z dwoma gałkami bez nęcących oczy szklanych baniek na dachu. Zero prób naciągania klienta na kupno oczami, tylko walka walorami sonicznymi, co ostatnimi czasy nie jest zbyt częstym działaniem. A jak to się ma do moich wzorców, zapraszam do lektury dalszej części tekstu.
Gdy podczas procesu rozmontowywania urządzenia w celach ustawień kompatybilizujących je z moim zestawem analogowym (ustawienia wkładki) rozmyślałem czego spodziewać się po tej konstrukcji i pierwsze co przychodziło mi do głowy, to usłyszana podczas wcześniejszych kontaktów ogólna daleka od lampowości tendencja grania urządzeń marki Octave. Krótko mówiąc amplifikacja pełna gębą oparta o bańki elektronowe, a gra jak bardzo dobry tranzystor. I nawet jeśli nie miałbym zaufania do swoich spostrzeżeń, to śledząc w różnych periodykach opinie na temat owej marki, dość szybko otrzymujemy potwierdzenie tej prawdy. Oczywiście to nawet w najmniejszym stopniu nie jest cechą deprecjonującą, tylko pewnym bagażem wartości sonicznych, które dając taki punkt wyjścia, w procesie projektowania phonostage’a mogły kierować działania konstruktorów nieco w stronę dociążenia dźwięku. Gdzieś tego czaru musimy zaznać, a jeśli początek toru jest dość neutralny pod tym względem, ostatnią szansą wydaje się być obrabiające mikro informacje phono i wyprzedzając nieco fakty, właśnie tak odbieram wysiłki pomysłodawców na brzmienie Phono Modula. Na początku opisu doznań słuchowych muszę nieco ostrzec audiofilów nie mających w swoim zaganianym żuciu na nic czasu, że z uwagi na bursztynowe świeczki naszego bohatera, pełną paletę barw dobiegających ze strony kolumn dźwięków dostajemy po trzech kwadransach grania. Ale kto powiedział, że winyl jest dla postrzeleńców? Dla nich są tak modne w dzisiejszych czasach pliki. Wracając do meritum, po przepięciu się ze stacjonującej u mnie Therii na niemiecką myśl techniczną, dźwięk w dolnych rejestrach natychmiast nabrał masy, tracąc przy tym nieco na rozdzielczości tego zakresu. Nie zwolnił tępa, ale stawiał raczej na ilość niż wyrafinowanie, co w dążeniu do kompleksowego zestawienia sprzętu jednej marki jawi się jako całkowicie usprawiedliwione posunięcie. Powiem więcej, słabo zrealizowana muzyka rockowa nawet w najlepszych zestawieniach bardzo na tym zyskuje, gdyż zwiększenie ilości dolnego zakresu, da tak bardzo ważną w tym repertuarze podbudowę muzyczną, a wiem z kilkuletniego doświadczenia wyjazdowego do różnych znajomych, że to jest częsty nurt muzyczny podczas penetracji starych wydań na półkach antykwariatów winylowych. Ja z racji słuchania wymagającego filigranowości w reprodukcji fraz muzycznych materiału muzycznego, gdzie cisza przecinana pojedynczym szmerem jest czasem kwintesencją całego utworu, stawiam raczej na pełną ofertę mikrodetali i wybrzmień w pełnym paśmie, co w zestrojonym od początku do końca przez japońskiego mistrza zestawie jest nie lada wyzwaniem do zrealizowania. Ale również z kilkuletnich odsłuchów wiem, że się da. Jednak proszę się nie obawiać, ponieważ nawet gdy nasz tytułowy phonostage w połączeniu ze swoimi rodzimymi komponentami (Octave) bez problemu wprowadzi słuchacza w barwę i ciężar zarezerwowane dla poczciwego płytograja (gramofonu), to w tandemie z inną bardziej barwną stajnią również pokaże wiele dobrych cech. Tutaj dla celów nieco studzących zatwardziałą część marudnych znawców analogu wspomnę, że potencjalny nabywca w przeciwieństwie do mnie ze swoim systemem raczej będzie się obracał w cenniku testowanego urządzenia i wykazane niuanse mogą być marginalne lub całkowicie niezauważalne, ale jako że mam na co dzień odpowiednio wysoki poziom odniesienia, uzurpuję sobie prawo do lekkiego narzekania. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie dla samego głaskania się po pleckach mistrza ceremonii, tylko wyłożenia czasem nieistotnej dla wielu klientów, ale w wartościach bezwzględnych brutalnej kawy na ławę. Płynnie przechodząc w wyższe zakresy częstotliwości z przyjemnością oznajmiam, że środek jest na bardzo dobrym jakościowo i barwowo poziomie, a wysokie tony ładnie dopełniając całość, błyszczą na tle reszty pasma. Patrząc na ogólną prezentację dźwięku, powiedziałbym, że mamy typowy niemiecki punkt widzenia: solidna podstawa, dobrze wypadająca średnica i nieodstająca jakimiś nadnaturalnymi umiejętnościami góra. Przypomnę jeszcze raz o dość szczupło i szybko grającej elektronice tej marki, która w przypadku wyśrubowania konturów i w tym dziale audio, w najlepszym wypadku mogłaby zniwelować efekt czaru dużej czarnej, a przy skrajnym wyrównaniu osiągów w tabelkach całkowicie wyalienować z kanonu winylu tak prezentowany dźwięk. Jeśli chodzi o wirtualną scenę, jaką prezentuje to skromnie wizualnie, ale zaawansowane technicznie pre gramofonowe, bez najmniejszego naciągania faktów muszę powiedzieć, że po osiągnięciu odpowiedniej temperatury pracy, urządzenie zabiera nas na czytelnie i głęboko obsadzony przez artystów wirtualny byt koncertowy, co dla mnie jako użytkownika monitorów bliskiego pola jest zawsze bardzo ważnym, dającym wiele dodatnich punktów aspektem. Podczas testów na talerzu Feickerta lądowało wiele krążków, z czego kilka jak np. koncert A. Forcione zrealizowany przez oficynę Naim w kwartecie były bardzo wymagającymi i mimo wygórowanych oczekiwań wpadły zaskakująco dobrze. Znając zalety jakie prezentuje niemiecki produkt, nie mogłem oczywiście odmówić sobie posłuchania materiału rockowego. Czytelników znudzonych moimi opisami ciszy jako najważniejszego elementu muzyki pewnie nieco uspokoję, gdyż oprócz materiału ze złośliwie określanym przez nich plumkaniem, w swojej płytotece posiadam również kilkadziesiąt płyt z cięższą odmianą fraz muzycznych i na testowe wstępy zaprosiłem grupę Pink Floyd z krążkiem „The Wall”. W tym i podobnym mu repertuarze gość zza zachodniej granicy wraz z ziomkiem – napędem Dr. Feickerta – zdawały się pokazywać pełną krasę swoich umiejętności, drapiąc wkładką pojedyncze rowki każdej strony od początku do końca, bez najmniejszego odczucia przymusowej nasiadówki. Opisywany przeze mnie sznyt dociążenia kosztem lekkiej utraty informacji w tym wydaniu był zaletą, aniżeli jakimkolwiek odstępstwem od jakości. Dobrą rekomendacją dla potencjalnych nabywców wydaje się być fakt, że już w połączeniu z obcą podbarwioną elektroniką – czytaj nastawionym na homogeniczność systemem Reimyo – produkt marki Octave zaznał tak oczekiwanej synergii, co po zestawieniu z firmowym brzmieniem, pewnikiem pokaże całkowicie inne w odbiorze, z pewnością jeszcze lepsze efekty końcowe. Dlatego przypominając jak mantrę starą prawdę -tylko próby we własny m systemie mogą dać konkretną odpowiedź, czy to nasza bajka – zachęcam do zmierzenia się z pomysłem naszych sąsiadów, ale ostrzegam również, może nie być powrotu do stanu początkowego naszego systemu.
Trochę żałuję, że pierwsze spotkanie z Phono Modulem było w całkowicie innym (od początku do końca) zestawie, gdyż dzisiaj miałbym jakiś mocniejszy punkt odniesienia. Ale z tego co pamiętam zaprzęgnięcie wówczas do testów gramofonu, było dobrym bo kierującym dźwięk całości systemu ku większej barwie posunięciem, czego od początku wtedy z Marcinem poszukiwaliśmy. Dzisiejsze podejście potwierdziło tamte spostrzeżenia, ale dało również kilka cennych informacji, że nawet w mocno nastawionym na temperaturę grania secie nie notujemy wpływających degradująco na muzykę przypadłości, raczej stawiając ją w innym punkcie wyrafinowania, niż szkód. Każdy audiofil ma swój punkt odniesienia, a idąc dalej tym tropem, wiemy też, że każdy potencjalnie parowany zestaw ma również inne potrzeby, by wnieść się na wyżyny swoich możliwości. Dlatego jeśli ktoś ma niepokojące odczucia zbytniej swawolności własnej układanki i ma zamiar pójść drogą analogu, powinien bez wahania zmierzyć się z produktem zza Odry, a może okazać się, że moje bardzo wysokie oczekiwania dla potencjalnego nabywcy są nadającym się do włożenia między bajki wyimaginowanym światem starego tetryka.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio; Solid Base VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert WOODPECKER
ramię: SME M29R
wkładka: Dynavector DV-20X2
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIA
Najnowsze komentarze