Monthly Archives: styczeń 2014


  1. Soundrebels.com
  2. >

Na polskim rynku oficjalnie pojawiły się hi-endowe zestawy głośnikowe marki Trenner & Friedl. Austriacka firma kieruje swoje produkty do audiofilów o wyrobionym guście, koncentrując się na wysokiej jakości brzmienia. Marka została powołana do życia przez dwóch pasjonatów – Petera Trennera i Andreasa Friedla. Jak sami zauważyli, w czasach dobrobytu i wszechobecnego przeładowania, producentom sprzętu audio ciężko jest się wyróżnić czymkolwiek. Nie działają nawet deklaracje jakoby dane urządzenia grały i wyglądały lepiej od wszystkich innych, a klienci nie reagują na hasła o kolejnych rewolucyjnych rozwiązaniach. Zamiast tego, konstruktorzy postanowili szlifować brzmienie swoich kolumn w najdrobniejszych detalach, a także zadbać o to, aby każdy model był czymś w rodzaju skończonego dzieła wykonanego z materiałów najwyższej jakości. Austriakom zupełnie nie zależy na maksymalizacji zysków polegającej na wypuszczaniu z taśmy coraz większej ilości pudełek. Tutaj liczy się tradycyjna, ręczna robota. Obudowy nie są produkowane, ale raczej rzeźbione przez mistrzów stolarskiego rzemiosła. Głośniki są natomiast poddawane precyzyjnym pomiarom, ponieważ właściciele firmy stale inwestują w najnowocześniejszy sprzęt elektroakustyczny. Wszystko odbywa się zgodnie ze standardem ISO 9000. Jeżeli więc zapytamy, czym firma Trenner & Friedl chce się wyróżnić, można powiedzieć – pasją, umiejętnościami, jakością i brzmieniem. Być może dlatego jej kolumny trafiają już do 16 krajów na całym świecie.

Katalog otwierają piękne monitory Art w bardzo sztywnych, wielowarstwowych obudowach z ręcznie polerowanymi frontami o strukturze kanapkowej. Te klasyczne, dwudrożne zestawy wykorzystują 5-calowy głośnik nisko-średniotonowy z membraną aluminiową i calowy tweeter typu ring radiator z magnesem neodymowym i komorą tłumiącą rezonanse. Wewnętrzne okablowanie poprowadzono przewodami marki Cardas Audio. Druga w kolejności jest podłogówka Dizzy z obudową AIM (Acoustic Impedance Matching) z takim samym głośnikiem wysokotonowym i podobnym wooferem, tym razem o średnicy 6,5 cala, z membraną wykonaną z anodyzowanego aluminium. Połączmy to ze skomplikowaną, wielowarstwową obudową, a otrzymamy skromnie wyglądające kolumny, z których każda waży aż 27 kg. Modele Art i Dizzy dostępne są w trzech wariantach forniru orzechowego i innych kolorach na zamówienie. Dalej w katalogu mamy już bardzo poważne konstrukcje takie, jak wolnostojące kolumny Pharoah, potężne monitory Ra, podłogówki Isis i flagowe zestawy Duke o konstrukcji segmentowej. Ich obudowy są budowane zgodnie ze złotymi proporcjami, z wykorzystaniem sklejki o różnej gęstości. Do wytłumienia konstruktorzy używają naturalnej owczej wełny, oczywiście austriackiej. W zwrotnicach używane są wyłącznie komponenty najwyższej jakości. Co ciekawe, zestawy takie jak Pharoah czy Ra wymagają jedynie niewielkiego odstępu od tylnej ściany pomieszczenia – producent deklaruje, że wystarczy zostawić im tylko 10 cm wolnego miejsca. Kolumny charakteryzują się bardzo wysoką skutecznością. W przypadku modelu Pharoah wynosi ona 92 dB, a w monitorach Ra już 95 dB.
Zestawy Trenner & Friedl będą dostępne w Polsce już niebawem. Ceny kształtują się następująco:
Art – 13000 zł,
Dizzy – 23000 zł,
Pharoah – 35000 zł,
Ra – 70000 zł,
Isis – 88000 zł,
Duke – 570000 zł.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Although the first units of ALS-777 started to appear on the market about ten years ago, but only recently its constructor – Mr. Kazuo Kiuchi – decided to introduce a version dedicated to European power standards. I do not know the answer to the question, if this delay was caused by the need to find appropriate components, or if the American and Asian market got saturated, and I will probably never find out. Anyway now we do not need to use power cords destined for different working conditions, or use adapters, which are painfully not audiophile. Enter the Reimyo ALS-777 Limited.

In the middle of the fascia made from a thick plate of brushed aluminum there is a warm glowing green LED, with the logo of the manufacturer above it and a chromed plate with Limited written on it – the indicator for the device being in the European version. To the left we have a massive power switch, not very common to be found placed in the front, especially for devices of this category, and an intriguing, very old school load indicator. To the right, there is a nice, decorative plate, informing about the usage  of QRT technology inside the device.

On the back plate we can find five, cryogenically treated Schuko type sockets, coming from the German company Berker. Here we can clearly see the differences between the American/Asian version and the European one: the first has six sockets placed in pairs, and the maximum load for that version is almost two times lower.

The feet for the unit are also not run-of-the-mill ones, but very elegant, conical elements, minimizing vibration by their mass as well as low contact surface with the ground. However you should be very careful, when placing the device on a hard and slippery surface, because when you plug in stiffer and heavier cables, the unit can move uncontrollably.

Looking at the ALS-777 Limited from the theoretical and construction side, the device is a bit strange. Functionally, this is a power strip, but inside the enclosure, there is not only a parallel placed filter, outside of the current path, but also microprocessor controlled American QRT modules (Quantum Resonance Technology), which generate signals, that should, according to the manufacturer, improve the quality of the power supplied to the attached units.

According to that, what you can find in promotional materials and reviews, including the ALS-777 in the power system is unquestionably audible and, as probably with all products bearing the name Reimyo, branded with something, that should be called a company sound signature. A certain combination of smoothness, almost organic homogeneity and spontaneous elegance are something, given it is within our taste, works like a narcotic, addicts us, and releases us only, when we have the complete system at home. You do not have to search far, it is enough to talk to Jacek, who heard the specialite de la maison of Mr. Kiuchi and was taken, heads down. Fortunately I am still searching for my holy grail, so I could approach the newest product from the Japanese manufacture not only with appropriate interest, but also without euphoria. In the end this is just another power conditioner, at least theoretically… I was prepared for the tricks with timbre and palpability, which are served by the Reimyo from the start, and I was not disappointed. Placing the emphasis on musicality, and only in the second place on analyticity makes the listener concentrate mostly on music, in a global way, and not on the individual sounds. Of course the selectiveness in on a very high level, but without the clinical coldness and laboratory, dispassionate analyticity almost every kind of repertoire becomes more digestive. You can concentrate on timbre, on the melodic lines, even in genres theoretically inaccessible, like modern music (“Songs, Drones and Refrains of Death” George Crumb) or heavy-metal growls (“Heavy Metal Music” Newsted). It may seem, that the input remains the same, this is the same bloody steak/ordinary burger (pick one) and only the paper plates and oily paper were replaced with silver tableware and Rosenthal or Villeroy & Boch china. But no, it is different. The content itself becomes also somehow noble. The details, so mishandled originally, so dirty or nervous, become polished, put in place and calmed so that the shine with full brightness, showing their true and forgotten faces. Even older, played until they became boring, albums, like “Misplaced Childhood”, when boosted with the Reimyo ALS-777 Limited surprised with freshness and caught attention like a car we use every day, but which underwent a treatment in a “car spa”. Fortunately the company, amber midrange did not remove the edge in more harsh, or garage recordings, so we did not lose the ability of differentiate recordings. Barb Jungr and Louis Armstrong had their coarseness as they should, only they smiled more often.

However I have a few comments to the slight rounding of the edges of the sound spectrum. The Reimyo “conditioner” slightly softened the spontaneity of the highest and lowest octave, while civilizing the sound spectrum. It was great with the more civilized and worked-out albums, but when trying to use more underground albums, you have to count with an attempt to put the savage Critters into evening dresses. Having noticed that, I tried to find some panacea, that would combine the assets of finesse and nobleness of the Japanese device with the punk-rock savageness. It turned out, that the tested earlier on its own X-DC2 in the role of the main power cable fares well, but changing it to the less fine, but much more powerful Furutech FP-3TS762 placed the sound of my system on the right track. However I need to mention it once more – due to the more heavy repertoire, I listen to quite often, my taste may not be conform with the taste of the audiophile majority. I am aware, that such experiments may be regarded by orthodox audiophiles as profanation and sacrilege, but I tried to get a sound that would fit best into my taste, and not to build an altar for the legend. On the other hand you need to remember the official motto of Reimyo, which states, that every part of the audio system, even the smallest one, has its influence, and there are no shortcuts. So every lover of good sound has to travel his or her ways to reach their nirvana.

A dozen days with the Reimyo ALS-777 Limited allowed me to reach a satisfactory agreement with it, including such a configuration of my system, which placed the common stereotypes and opinions about limiting dynamics by such kind of devices on a shelf together with other untrue fairytales. All owners of Reimyo should listen to the Limited 777 as a must, for other music lovers and audiophiles it is also worth spending a few days listening, because it may turn out, that they move to the first group.

Text and photographs Marcin Olszewski

Distributor: Moje Audio / Reimyo.pl
Price:25 990 zł, powercord Harmonix X-DC2 (worth 4.450 zł) included

 

Technical Details:
– Number of outlets: 5
– Total power available: 3.450 Watów
– Current handling capacity: 15 Amperów
– Operating power range: 90-125VAC, 50/60Hz; 100-250VAC, 50/60Hz
– Dimensions: 59 mm (H) x 430 mm (W) x 324 mm (D)
– Weight: 7.36 kg

 

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Stream player: Olive O2M; Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5
– SpeakersGauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; AudioSolutions Rhapsody 130
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Neyton Hamburg LS; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + LC-2mk2 cable; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

Kable, kable, kable. To z pozoru kolokwialnie mówiąc – dość śliski temat, jednak jak do tej pory nie miałem problemów z określeniem ich wpływu na posiadany system. Po części jest to pochodną dogłębnego osłuchania, ale także niewątpliwego występowania owych ingerencji w torze audio. Raz było lepiej, raz gorzej, ale zawsze coś się działo, w co nie wszyscy są w stanie uwierzyć. Nie mam za to do nikogo pretensji i raczej trochę im zazdroszczę, że mogą zaoszczędzone w ten sposób „dudki” przeznaczyć na inne cele. Ja jakiekolwiek ruchy zakupowe związane z tematyką emitowania i odbioru dźwięku, traktuję jako zabawę przy pochłaniającym połowę mojego życia hobby. Żona o wszystkim wie, jest zadowolona, że nie stoję pod budką z piwem z kolegami, których łatwo sobie zaskarbić, mając trochę wolnej gotówki, a ja napawam się tym, czego pragnąłem w całym młodzieńczym życiu – przerzucam i słucham tony sprzętu do odtwarzania muzyki. Na swoim przykładzie mam książkowe potwierdzenie znanej wszystkim prawdy życiowej, że marzenia się spełniają. Ale wracając do dzisiejszego spotkania z ważnymi akcesoriami toru odsłuchowego, jakim są produkty z działu kabli, przedstawiam nowowprowadzaną na rynek polski markę TELOS AUDIO z Taiwanu. Od jakiegoś czasu zbierają pochlebne opinie na świecie, aż wreszcie, jako nowy cel międzynarodowej ekspansji wybrali rynek polski. Bohaterowie testu, są tylko wycinkiem oferty tej marki, gdyż oprócz okablowania, w swoim port folio firma TELOS AUDIO posiada kilka innych gadżetów jak: zaślepki do nieużywanych wejść i wyjść z komponentów audio , bezpieczniki topikowe, adaptery RCA-XLR, dystrybutor energii i kwantowy dyfuzor akustyczny – co by to nie oznaczało, jest ciekawym pomysłem. Do celów testowych polski dystrybutor Audio Engineering z Gniewkowa dostarczył zestaw kabli głośnikowych i interkonektów w topowym wydaniu Platinum Reference Series.

 

Przybysze z Taiwanu to bardzo widowiskowo ubrane w białą, bawełnianą, plecioną koszulkę druty. Wszystkie akcesoria konfekcyjne (widły, wtyki RCA) i zastosowane na przewodach tuleje konstrukcyjne, są oznaczone logo producenta i dzięki wykończeniu na wysoki połysk wyglądają fenomenalnie – po prostu przyciągają wzrok. Już na zdjęciach można poczuć bijącą od nich jakość wykonania, a kontakt organoleptyczny tylko zwielokrotni ten efekt. Kolorystyka: biel bawełny i błyszczące srebro wspomnianej biżuterii jest majstersztykiem, za którym nawet żona będzie głosować podczas przedzakupowej narady rodzinnej. To jest mocny punkt przetargowy dla melomana, a wiadomo, że różnie z tym bywa. Kable głośnikowe to grube dwucentymetrowe anakondy, które na ok. 20 centymetrów przed zakończeniem rozchodzą się na dwa cieńsze, zakonfekcjonowane widełkami odcinki. Miejsce podziału schowane jest we wspomnianych tulejach. Czy coś jest wewnątrz nich nie wiem, nie znalazłem w materiałach informacyjnych, ale jedno wiem na pewno, dzięki tym ciężarkom produkt nabiera Hi End-owej wagi jak przystało na zajmowaną półkę cenową. Interkonekty tak jak głosnikówki są grubaśne i w podobnie do tamtych końcowy 20-to centymetrowy odcinek, został zwężony o połowę. Jak można się domyślić, nie mieszczą się w wadze piórkowej takich wyrobów, jednak co ważne i patrząc na nie trudno to sobie wyobrazić, przy takich gabarytach bez oporów współpracują z nabywcą podczas implementowania ich w zawsze mocno zagospodarowanej przestrzeni ‘zasprzętowej’, co w dobie niekończącej się ilości połączeń dzielonych zestawów jest sporą zaletą. Do transportu, wszystkie kable i dodatki tulejowo – końcówkowe były pieczołowicie zabezpieczone plastikowymi siatkami i podłużnymi workami foliowymi. Usunąwszy kuriero-odporne ochronne bibeloty, wpiąłem ten smakowicie wyglądający set w swój tor. Miałem cichą nadzieję, że choć trochę swoimi umiejętnościami zbliżą się do przyciągającego wzrok wyglądu. Oczywiście mimochodem rzucone przez dystrybutora zapewnienia o wybitności owych produktów, przyjąłem z należytym szacunkiem i małżeństwu moich Japończyków z Tajwańczykami zapewniłem niezbędną dwugodzinną rozgrzewkę zapoznawczą. Zanim się pogryzą na moich oczach, a raczej uszach, dobrze byłoby przedstawić ich sobie trochę bliżej. Liczyłem, że to będzie test z rodzaju – muszę przestać słuchać i zacząć analizować, bo nic nie napiszę. A jak to się skończyło, spieszę opowiedzieć jak na spowiedzi.

Z uwagi na fakt wpięcia dwóch rodzajów kabli w tor i chcąc dogłębnie sprawdzić, co mają do powiedzenia podczas rewizji osobistej, procedurę przesłuchania rozpocząłem od łatwiejszych w aplikacji łączówek RCA. Posiadając kilka wyjść z przedwzmacniacza, swobodnie podpinam dwie konkurujące ze sobą pary i proces przełączania trwa kilka sekund, eliminując dodatkowy test na pamięć. Oczywiście znam swoje zestawienie od podszewki, ale czasem zmiany wnoszone przez gości są symboliczne i jeśli można, lepiej skrócić okres podmianki do minimum. Kilka referencyjnych utworów z różnych gatunków muzycznych i wszystko było jasne. Nawet zdecydowanie dłuższe przepinanie przewodów głośnikowych, nie było w stanie zatrzeć wrażeń, jakie niosą ze sobą wpięte tajwańskie druty. Ta część testu pokazała podobny wpływ na mój system i dalszy opis będzie wypadkową pełnego okablowania. Barwa, barwa i jeszcze raz barwa. Nasycenie zwiększające namacalność do granic przyzwoitości, to główne cecha produktów Telos Audio. Nawet moje Harmonix’y nie są w stanie tak dociążyć dźwięku. Oczywiście jest to trochę okupione pogrubieniem linii rysującej źródła pozorne, ale jest dalekim od powstania nieczytelnych plam na scenie muśnięciem. Takie napompowanie dźwięku w wyższy bas i niższą średnicę, daje odczucie, jakby muzycy o pół kroku zbliżyli się do linii kolumn, nie zaburzając przy tym gradacji dalszych planów. Aspekt rozmiarów sceny oprócz przybliżenia nie uległ większej manipulacji, pozostając na wysokim poziomie. Najlepsze jest to, że taka dawka środka pasma, nie wzbudzała u mnie fal stojących (potocznej buły), pozwalając rozkoszować się kolorytem wokalistyki i kochającymi podobne zabiegi wieloma instrumentami – saksofon, gitara. To był miód na moje uszy. Trochę gęstszy niż ten, który mam na co dzień, ale nadal bardzo angażujący i zmuszający do chłonięcia całości przekazu artystów. Ciężko było – nie że się nie dało, tylko nie chciało – zmusić się do szukania jakiś konsekwencji takich fajerwerków brzmieniowych.


Jedną z płyt, jaka wylądowała w napędzie CD był krążek  wydany przez znaną wytwórnię Harmonia Mundi z angielską muzyką barokową. Niby dobra oficyna, ale jakoś nie przekonywała mnie strona realizatorska tej kompilacji (dość zwiewnie barwowo) i raczej omijałem ją w procesach odsłuchowych. Gdy popłynęły pierwsze partie chóralne, wiedziałem, że wydłubanie jej z rzadko używanej otchłani półkowej, było dobrym ruchem. Dotychczasowy brak pierwiastków angażujących, zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Głosy ludzkie dostały niezbędnej dawki balsamu i energii, a instrumenty smyczkowe przestały jazgotliwie brzmieć. Wiem, że skrzypce są po to, żeby skrzypieć, ale lubię jak ten podstawowy w tamtych czasach instrument, daje coś od siebie z pudła rezonansowego. Nie po to konstruktorzy implementują weń umiejscowioną w odpowiednim miejscu duszę, by wydawały dźwięki podobne do nienasmarowanych drzwi wejściowych. Należy uważać też, aby ze skrzypiec nie zrobiły się altówki, ale w przypadku mariażu japońsko-tajwańskiego, takiego efektu nie było. Był za to przepięknie kolorowy pokaz umiejętności artystów prezentujących swoje pieczołowicie wykonane utwory. Dla ugruntowania zaobserwowanych zmian przesiadłem się na zestaw analogowy i zaserwowałem mocno podbudowaną basem elektronikę z pod szyldu Massive Attack. Było masowanie wnętrzności, ale nadal w czytelnym i pożądanym zakresie percepcji. Trochę obawiałem się spotkania ze sztucznie generowaną muzyką, ale szybko przekonałem się, iż był to fałszywy alarm.
Natchniony samymi zaletami kilkudniowego obcowania z propozycją firmy TELOS, sięgnąłem na półkę po palec Boży dla wszystkich goszczących w moich progach produktów, jakimi są dokonania Tomasza Stańki i Bobo Stensona. Panowie wiedzą jak umiejętnie przeszyć panującą w ich utworach absolutną ciszę, hipnotyzującym współgrającym z nią dźwiękiem swoich instrumentów. Dopiera ta konfrontacja pokazała, czym okupiony jest sposób na granie tajwańskiej manufaktury. Barwa, barwą, ale co z dołem i górą pasma. W przypadku dołu nie tracimy zbyt wiele, może trochę na konturowości, ale jak wspominałem, dźwięk nie popada w zlaną masę i jest nadal bardzo czytelny. Natomiast górne pasmo minimalnie traci tak ukochane, niekłujące w uszy, ale niezbędne przy odtwarzaniu atrybutów perkusisty, jakimi są talerze blask i zwiewność. To dla mnie priorytet, ale powtarzam – dla mnie. Jestem pod tym kątem przeczulony, gdyż zanim wykonałem ostatni obnażający wszelkie niuanse brzmieniowe test, spokojnie delektowałem się tym, co płynęło z głośników. To naprawdę bardzo dobrze ułożone kable, z którymi nie mając Harmonixów mógłbym spokojnie żyć. W tym momencie dodam, że mój system jest sam w sobie ukierunkowany w stronę nasycenia (czyli lekko podbarwiony – piszę o tym wprost, gdyż w niezobowiązującej rozmowie z ludźmi z branży, usłyszałem stwierdzenie, że czytelnicy nie wiedzą iż „skierowany na środek pasma” jest synonimem „podkolorowania” w dobrym tego słowa znaczeniu), a mimo to kable nowo pojawiającej się na naszym rynku marki, bezproblemowo radziły sobie podczas tego spotkania. Z perspektywy tego mile spędzonego czasu myślę, że zmniejszenie iskry w górnych rejestrach może być zamierzonym ruchem ze strony konstruktora, gdyż taka spektakularność w wyższym basie i środku, podkręcona jeszcze nadmiernie angażującą górą pasma, sprowadziłaby efekt finalny na poziom efekciarstwa rodem z car audio, gdzie muzyka musi przebijać się przez ogólnie panujący hałas w samochodzie. A prawdziwemu melomanowi raczej zależy na odbieraniu emocji z muzyki, niż zbędnym drażnieniu narządu słuchu. I tutaj dostajemy taką właśnie receptę na przyjemny przykuwający uwagę słuchacza spektakl.

Jeśli miałbym polecić komuś ten nowy na naszym rynku produkt, to szczególną uwagę powinni zwrócić audiofile, których systemy cierpią na zbytnią lekkość grania. Umiejętnie zaaplikowana dawka barwy i wypełnienia, na długi czas wyleczy Ich z poszukiwań lepszych rozwiązań. Biorąc pod uwagę moją przygodę, już neutralny zestaw audio prawdopodobnie bardzo skorzysta na mariażu z gośćmi z Tajwanu – marką Telos Audio. Gdy w moim nastawionym na gęstość przekazu secie, wypadały bardzo dobrze, to musi być naprawdę mocno „przysadzisty” zestaw, w którym wystąpią niechciane efekty przebasowienia i utraty czytelności średnicy. Dlatego zachęcam do posłuchania, bo warto, ale przestrzegam przed zakupem w ciemno, gdyż samo pomieszczenie podbijając niektóre składowe pasma, może na starcie eliminować poszukiwanie zabiegów dążących w stronę nasycenia koloru.

Tekst:Jacek Pazio
Zdjęcia: Jacek Pazio, Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audio Engineering
Ceny:
– Przewody głośnikowe Telos Platinum Reference: 2,0m – 10 860PLN;2,5m – 13 550PLN; 3,0m – 16 295PLN
– Interconnekty Telos Platinum Reference XLR/RCA: 1,0m – 10 860PLN; 1,5m – 13 570PLN

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna ACOUSTIC REVIVE RST-38H
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Na rozpoznawalność marki i własnych produktów, niezależnie od branży, pracuje się nie dość, że ciężko, to przez długie lata. Taka jest po prostu kolej rzeczy i nie zmienią tego żadne, nawet najbardziej wymyślne zabiegi marketingowców. Do charakterystycznego, utożsamianego z konkretnym wytwórcą projektu można dochodzić w dwójnasób – na drodze uległej ewolucji, podążając za zmieniającymi się trendami i tylko w odpowiednio widocznym miejscu eksponując jak najbardziej charakterystyczny logotyp, bądź mieć odwagę i zdecydować się na bezkompromisowe, wręcz ortodoksyjne przywiązanie do mogącego oprzeć się upływającemu czasowi designowi innemu niż wszystko, co do tej pory na rynek trafiło. Stać się samozwańczym trendsetterem – być sobą i uparcie wierząc we własną nieomylność zarażać entuzjazmem innych.
Ten dość zawiły wywód ma na celu wprowadzenie czytelnika w świat marki istniejącej od ponad pół wieku, wręcz obsesyjnie przywiązanej do tradycyjnego a zarazem ponadczasowego designu, dzięki któremu nie sposób pomylić jej wyrobów z czymkolwiek innym – Panie i Panowie – oto McIntosh.

W porównaniu ze swoimi protoplastami – wyprodukowanym w 1950r. przedwzmacniaczem AE1, bądź późniejszym, bardziej zaawansowanym C8 – będący obiektem niniejszego testu C2500 wspólne ma chyba tylko … logo i swoją podstawową funkcję. Na zbliżone, zaznaczam zbliżone, choć zdecydowanie bardziej trafnym określeniem w tym wypadku byłoby „przejawiające pewne podobieństwo” do obecnie produkowanych, modele trzeba było poczekać jeszcze dekadę. Biorąc jednak pod uwagę, że mamy do czynienia z marką działająca nieprzerwanie od ponad 60 lat przywiązanie do tradycji, charakterystycznego błękitno-zielonego podświetlenia i takich drobiazgów jak np. regulacja barwy może budzić i budzi szacunek. Iście stoicki spokój i robienie tego, co się umie najlepiej, zgodnie z wypracowanymi przez lata wzorcami przynosi spodziewane efekty – m.in. w postaci … trzeciego pokolenia zadowolonej, a co najważniejsze wiernej klienteli. A właśnie – charakterystyczny kolor podświetlenia wskaźników nie wziął się z tzw. „nikąd”, lecz na pomysł wykorzystania takiej a nie innej barwy nie wpadł anonimowy sztab speców od marketingu po wielomiesięcznej analizie upodobań kolorystycznych statystycznego Smitha, bądź Kowalskiego, lecz człowiek z krwi i kości – Art Burton, który oprócz pracy w McIntoshu był również pilotem i właśnie lotnictwo, a dokładnie oświetlenie pasów startowych zainspirowało, natchnęło go do zasugerowania tak charakterystycznej i nierozerwalnie związanej z Mac’ami barwy poświaty.
Z pewnością zastanawiają się Państwo, czemu wspominam o takich, z pozoru całkowicie nieistotnych drobiazgach, zamiast przejść od razu do clue i w kilku, prostych żołnierskich słowach stwierdzić czy testowane urządzenie jest dobre, czy też nie. Pozwalam sobie jednak akurat w tym punkcie mieć własne, do bólu subiektywne zdanie, gdyż właśnie poprzez takie smaczki poznaje się producenta lepiej aniżeli przez profesjonalny, lecz antyseptyczny emocjonalnie, wydany na kredowym papierze prospekt. Poznając ludzi stojących za danym projektem nie dość, że poszerzamy własne horyzonty, to dodatkowo przestajemy patrzeć na dany przedmiot jak na zdehumanizowaną „rzecz”, a zaczynamy jak na „rzecz”, opowiadającą pewna historię, historię ludzi ją tworzących.

W katalogu amerykańskiego producenta C2500 można znaleźć pod hasłem „przedwzmacniacz lampowy” i przynajmniej teoretycznie jest to prawda, jednak od strony technicznej powyższa skromność granicząca z deleko posuniętą lakonicznością powoduje, że klient podczas pobieżnego przeglądania oferty pozna jedynie nawet nie pół a ćwierć prawdę. No bo jak inaczej określić sytuację, gdy urządzenie z powodzeniem pełniące funkcje pełnowymiarowego przedwzmacniacza liniowego, przedwzmacniacza gramofonowego, oraz przetwornika cyfrowo – analogowego, czyli tzw. DACa i to dostosowanego również do przyjmowania sygnałów po asynchronicznym USB 2.0 przedstawiane jest jedynie poprzez pryzmat jednej ze swoich funkcji? Choć z drugiej strony zdecydowanie bardziej wolę takie status quo, aniżeli sytuacje, gdy nieświadomym, bądź mamionym high-endową otoczką klientom wmawia się wyjątkowość i funkcjonalność, jakiej po prostu dany przedmiot nie posiada.

Co prawda wygląd C2500 można byłoby spokojnie skwitować frazesem, iż ‘wygląda jak typowy Mac’, jednak zakładając mało prawdopodobny scenariusz, iż trafi się czytelnik, który z tą amerykańską marką nigdy nie miał do czynienia i z czymś takim spotyka się pierwszy raz pozwolę sobie po krótce opisać wrażenia natury wizualnej.
Oczywiście najbardziej przykuwającym uwagę elementem jest szklana, zamknięta z boków aluminiowymi profilami, tafla frontu z centralnie umieszczonym podświetlonym na zielono logiem i nazwą modelu, oraz symetrycznie rozmieszczonymi okienkami z rozsiewającymi błękitną poświatę wychyłowymi wskaźnikami sygnału wyjściowego. Za elementy nawiązujące do stylistyki retro z pewnością można uznać charakterystyczne pokrętła głośności i wyboru źródeł, oraz przyciski nawigacyjne, za to ukłonem w stronę nowoczesności z pewnością będzie dwuwierszowy wyświetlacz dostarczający informacji o parametrach sygnału wejściowego, aktywnym źródle, czy poziomie głośności a w trybie konfiguracji umożliwiający nawigację po zaawansowanym menu. To właśnie w nim dokonujemy konfiguracji parametrów pracy sekcji phonostage’a, przypisujemy firmowe, bądź własne nazwy do konkretnych wejść a nawet indywidualnie regulujemy poziom wejściowy i barwę.
Od strony konstrukcyjnej za szklana tafla ukryto pokaźnych rozmiarów solidna kaseta, za która znalazły się kolejne dwa moduły – srebrna – polerowana podstawa i matowo czarny profil z fikuśnie wyciętym na górnej powierzchni okienkiem, za którym w intrygującej szafirowej poświacie pławi się sześć lamp 12AX7.
Ściana tylna u osób nieprzygotowanych na taki widok może powodować nie tylko nawracające stany lękowe, ale i chwile zwątpienia, czy przypadkiem w ferworze i euforii zakupów zamiast stereofonicznego przedwzmacniacza nie zamówili, bądź pomyłkowo im zapakowano procesor kina domowego. Spieszę zatem z wyjaśnieniami, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i tak właśnie wygląda przykład iście bizantyjskiego rozpasania, jeśli chodzi o ilość wejść, wyjść, dostępność zarówno standardów RCA, jak i XLR, możliwość konfiguracji i sterowania jeśli nie rozbudowanym do granic przyzwoitości jednym systemem, to chociaż dwiema strefami. Gdy pierwszy szok minie i na spokojnie policzy się wszystkie przyłącza okaże się, iż C2500 zdolny jest obsłużyć piętnaście źródeł sygnału, z których pięć może komunikować się drogą cyfrową.

Wypakowując przedwzmacniacz z monstrualnego kartonu miałem pewne obawy, czy nad wyraz absorbującym swoim wyglądem nie będzie próbował odciągnąć mojej uwagi od jego walorów brzmieniowych. Czyli, czy tak polaryzujący opinię audiofilskich estetów design nie będzie jedynym powodem, dla którego warto w ogóle się Maczkiem interesować. Nie uprzedzajmy jednak faktów, gdyż od ustawienia na półce, wpięcia w system do wydania pierwszych dźwięków upłynęło jeszcze trochę czasu. Powodem oczywiście nie była całkowicie obca mi opieszałość, lecz chęć lepszego poznania urządzenia, oraz konieczność przywrócenia ustawień fabrycznym po poprzednim recenzencie. W końcu startując z pozycji zerowej najłatwiej dojść do ładu i niemalże automatycznie opanować komunikację z urządzeniem. Podobnie było i tym razem – wszystkie posiadane przeze mnie źródła zostały wpięte w C2500 a ECI posłużył jako stereofoniczna końcówka mocy. Dla osób nieobeznanych z zawiłościami urządzeń audio zapobiegliwy producent dołączył oczywiście kolorowe i intuicyjne schematy, dzięki którym bez trudu można poprawnie spiąć i skonfigurować niemalże dowolną kombinację. I jeszcze uwaga natury technicznej – przed skorzystaniem z dobrodziejstw sekcji USB przetwornika należy ze strony producenta pobrać i zainstalować dedykowane sterowniki, bez których testowane urządzenie nie wykazuje nawet najmniejszej ochoty do współpracy.

Przejdźmy jednak do sedna. C2500 gra niemalże tak, jak sam wygląda – dostojnie, elegancko i bez zbędnej nerwowości. Doskonale wiedząc, do czego został stworzony po prostu to robi, dostarczając dźwięk duży, nasycony i do szpiku kości przesiąknięty muzykalnością. Jest niczym wyborne kalifornijskie wino, które choć potrafiące oszołomić konsumenta bogactwem bukietu wywołuje najpierw uśmiech na jego ustach, gdyż nie epatuje złożonością i misternie następującymi po sobie nutami, lesz po prostu smakuje niczym niebiańska ambrozja. Lapidarnie rzecz ujmując jest po prostu bardzo dobre a dopiero po łyku, dwóch, czy też lampce przychodzi czas na głębszą refleksję i spokojną analizę. Niejako genetyczną, natywną cechą Maczka jest dość przewrotna tendencja do odwrotnie proporcjonalnego udziału, słyszalności jego obecności do jakości/gęstości materiału źródłowego. Przykładowo – przy odtwarzaniu referencyjnych nagrań 24Bit/192kHz (via USB) C2500 jakby dematerializował się w torze. Do uszu słuchacza docierała czysta, niczym ‘nieuszlachetniona’ zarejestrowana z należytym pietyzmem muzyka. Jednak wystarczyło zejść o stopień, bądź dwa drabiny realizatorskiego i wykonawczego absoluty, by w C2500 zaczęły dziać się ‘czary’. Jeszcze nigdy ścieżka dźwiękowa z „Sons of Anarchy” nie brzmiała z taką soczystością, wykopem i drivem. Może w skali absolutnej najniższe składowe były delikatnie zaokrąglone i misiowate, lecz o dziwo nie powodowało to problemów z utrzymywaniem tempa, lecz nadawało całości dostojności. Ba, efekt był na tyle intrygujący, że nawet nie wiadomo jak i kiedy podczas pierwszych dni testów przesłuchałem całą – kilkunastopłytową kolekcję Metallicy ze składankami w stylu „We all love Ennio Morricone” z „The Ecstasy Of Gold” i „Re-Machined – A Tribute To Deep Purple’s Machine Head” z „When A Blind Man Cries” włącznie. Kulminacja był odsłuch z niemalże koncertowymi poziomami głośności symfonicznego albumu „S&M”, gdzie precyzja lokalizacji heavymetalowych źródeł pozornych na tle rozbudowanego aparatu orkiestrowego była wręcz wzorowa. Potem przyszła pora na Megadeth, My Dying Bride i Dream Theater i cos mi się wydaje, że moment, w którym przekazałem McIntosha Jackowi był jednym z najbardziej wyczekiwanych w tym roku przez moich sąsiadów.
Całe szczęście dość zaskakująco rozbudowana część testów poświęcona dość hałaśliwej i brutalnej muzyce nie wpłynęła na skrócenie okresu odsłuchów gatunków bardziej finezyjnych i zwiewnych niczym jedwabne kimono drobiącej w rześki wiosenny poranek gejszy. Gitarowe, przepełnione skupieniem i kobiecą delikatnością akordy grane przez Xuefei Yang z powodzeniem koiły me skołatane po całodziennej gonitwie nerwy, dostarczając dźwięków soczystych, dojrzałych i podanych w niezwykle homogeniczny sposób. Bez zbytniej egzaltacji, bądź analitycznej ekspansywności na kanwie czytelnej linii melodycznej McIntosh budował pasjonujący i angażujący spektakl oferując z jednej strony lśniącą w promieniach zachodzącego słońca słodycz a z drugiej kusząc dostępnymi niemalże na wyciągnięcie ręki wszelakiej maści mikrodetalami i iście audiofilskiej proweniencji smaczkami.
Charakter urządzenia, jego nazwijmy umownie „firmowa sygnatura” obecna jest na wszystkich wejściach, jednak mając do wyboru transmisję drogą analogową i cyfrową osobiście rekomendowałbym tą drugą. Mniej kabli, większa wygoda a co najważniejsze bardzo dobra jakość dźwięku prosto z komputera zaskoczyła mnie na tyle pozytywnie, że właśnie w roli przetwornika z regulowanym stopniem wyjściowym Maczek przepracował u mnie większą część czasu. Niestety niedane mi było ocenić możliwości jego sekcji phonostage’a, gdzyż jego bytność w moim systemie przypadła pomiędzy odsłuchami Linn’a Sondek’a LP 12 Majik a pojawieniem się AVID’a Sequel SP (test wkrótce). Całe szczęście Jacek swój gramofon miał w pogotowiu, więc na część opisującą zmagania z winylami zapraszam serdecznie do jego opinii.

Po dłuższej obecności McIntosha C2500 w moim systemie zacząłem lepiej rozumieć przywiązanie klientów do tej, jakby nie patrzeć, legendarnej marki. Charakterystyczne wskaźniki, nieodzowna poświata stają się nieodzowną częścią każdego odsłuchu. Oczywiście całą tą iluminacje można wyłączyć, tylko nasuwa się pytanie, po co. Przecież kupując Maca świadomie decydujemy się na taką a nie inną estetykę, gdyż chcemy czerpać radość nie tylko z jego możliwości sonicznych, ale również czysto wizualnej atrakcyjności. Powyższe założenia C2500 spełnia z nawiązką – jeśli tylko kochacie Państwo muzykę i chcecie przy niej wypocząć to trudno będzie znaleźć lepszego kandydata.

Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Cena: 27 500 PLN

Dane techniczne:
Pasmo przenoszenia: (+/- 0.5 dB) 20Hz – 20kHz; (+/- 3 dB) 10Hz – 100kHz
THD: 0.08% Maximum (20Hz – 20kHz)
Wejścia:
– 6 niezbalansowanych wejść RCA
– 2 wejścia zbalansowane XLR
– 2 wejścia gramofonowe: jedno dedykowane wkładkom MC, jedno dedykowane wkładkom MM
– 5 wejść cyfrowych: 2 Koaksjalne, 2 optyczne Toslink, 1 USB 2.0 asynchroniczne (32 bit 192kHz)
– wejście HT z funkcją bypass dla zewnętrznego procesora KD
Max. napięcie wyjściowe: RCA –  8 Vrms, XLR – 16 Vrms
Regulacja barwy dźwięku +/- 12dB.
Zalecana impedancja słuchawek: 20 – 600 Ω
Pamięć ustawień regulatorów barwy dla każdego z wejść sygnału
Sześć podwójnych triod
Wymiary (S x W x G): 44.45 x 19.37 x 45.72 cm
Waga: 13.8 kg netto, 20.9kg (transportowa)

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód LC-2mk2
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H

 

Opinia 2

Po wielu miesiącach testowania sprzętu audio z całego świata, przyszedł czas na amerykańską legendę. Nie sposób jej pomylić z żadnym innym producentem, gdyż ogólny wygląd niewiele zmienił się od początku ich działalności, co w obecnych gnających bez opamiętania w każdej dziedzinie życia czasach jest swoistą wizytówką. Może się podobać lub nie, ale nie można odmówić tej pieczołowicie pielęgnowanej formie obudowy, konsekwencji w nastawieniu na rozpoznawalność. Nie da się określić docelowego klienta, gdyż taki wygląd lubi się lub nienawidzi od pierwszego wejrzenia, bez stanów pośrednich. Porównując ją z nowymi konstrukcjami, można odnieść wrażenie, że wiekowa forma zaczyna lekko trącać myszką, ale z drugiej strony patrząc, szybka przemijalność dizajnerskich nowości, często jest gwoździem do trumny wielu firm. Tytułowa marka radzi sobie na rynku światowym bez wekszych problemów, dzięki czemu mamy możliwość przetestowania na naszych łamach jednego z jej produktów. Ten długawy, wprowadzający akapit może wydawać się zbędny, ale jak to z legendami bywa, jest całkowicie uzasadniony. Proszę państwa spieszę przedstawić propagatora błękitnie podświetlanych wskaźników wychyłowych – amerykańskiego McIntosha , z jego wielofunkcyjnym urządzeniem w postaci TUBE PREAMPLIFIER C2500.

Firma McIntosh w swoim port folio posiada konstrukcje oparte na tranzystorach jak również na układach lampowych. Do redakcji trafił trójfunkcyjny produkt sterowany szklanymi bańkami, na którego pokładzie znajdziemy: przedwzmacniacz liniowy, phonostage gramofonowy i przetwornik cyfrowo/analogowy. Recenzję tego ostatniego napisze tylko Marcin, gdyż ja nie będąc przygotowany mentalnie na pliki w jakiejkolwiek postaci, nic nie wspomniałbym o funkcjonalności tego urządzenia. Od razu zaznaczam, że nie widzę w tym żadnej ujmy na honorze, ale nie mam też nic przeciwko takim nośnikom muzyki. Każdy ma swoja karmę i nic drugiemu do tego. Wracając do C2500, jak to z Amerykanami bywa, wszystko musi być duże (nawet w świecie audio) i zewnętrzne gabaryty testowanego produktu zbliżają się do wielkości pokaźnych końcówek mocy. Nie jest tak ciężki, ale w wadze piórkowej też nie chodzi. Próbując opisać wygląd nasuwa mi się fraza: „spokoju wizualnego u nas nie zaznasz”. Dominujący czarny kolor przedniej szyby i obudowy zewnętrznej mocno ożywiają srebrne ranty pokręteł, boczne nakładki krawędzi frontu i dolne pasy na bocznych ściankach. Ale zaraz zaraz, to dopiero początek kunsztu stylistycznej wirtuozerii. Przedni panel, jako wizytówka Maca dumnie epatuje wskaźnikami wychyłowymi w znanym wszystkim miłośnikom i przeciwnikom niebieskim kolorze, podświetlanymi na zielono opisami manipulatorów, centralnie umieszczonym, również na zielono świecącym wyświetlaczem obsługiwanych funkcji i znajdującym się nad nim w łatwej do przewidzenia barwie logo producenta. Proszę się nie denerwować, to jeszcze nie koniec ferii smaczków. Chodzi mianowicie o clou tej szacownej konstrukcji, dla którego nie jeden dałby się pokroić tępym nożem, czyli wyeksponowanej na górnej płaszczyźnie obudowy baterii lamp, podświetlonych na – jak myślicie? – oczywiście zielono. Gdybym nie widział tego wcześniej, projekt przerósłby moje najśmielsze oczekiwania, ale muszę oddać honor plastykom, że w całości tego pomysłu jakaś spójna myśl i po ponad tygodniowym obcowaniu z takim dystyngowanie ekstrawaganckim Amerykaninem, widziałbym miejsce dla niego na mojej półce. Ma w sobie jakiś magnes, który może zniewolić potencjalnego klienta, a jeśli ktoś lubi taką wyważenie krzykliwą stylistykę, brzmienie może odejść na drugi plan. Nie od dziś wiadomo, że człowiek często słucha również oczami. Żeby nie zanudzać czytelników, tylko z dziennikarskiego obowiązku dodam, iż tylna ścianka z uwagi na wielofunkcyjność urządzenia jest bogato wyposażona w wejścia cyfrowe umieszczone na chromowanym dolnym panelu, grupę wejść i wyjść analogowych w dwóch formatach XLR i RCA, wejścia dla wkładek MM i MC i gniazdo sieciowe IEC. Mimo, że duża, jest skrupulatnie i czytelnie wykorzystana. Przyporządkowanie poszczególnych wejść i wyjść pokazujących się na przednim wyświetlaczu, dość łatwo wykonujemy z pomocą dostarczonej instrukcji. Obsługa wejść gramofonowych ogranicza się tylko do podłączenia do gniazd, gdyż nie mamy żadnych regulatorów zewnętrznych (stosownych ustawień dokonuje się w menu). Bardzo ułatwia to proces uruchamiania seta analogowego, a przy okazji eliminuje przypadkowy błąd potencjalnego nabywcy.

Po dokładnym przestudiowaniu instrukcji co z czym się je, wpiąłem bohatera testu w swój tor i ze względu na szklane bańki, dałem całości trochę czasu na rozgrzewkę. Amerykańscy inżynierowie w trosce o klienta zastosowali opóźnienie załączania prądu anodowego i przy każdorazowym wybudzeniu urządzenia ze stanu „standby”, zapala się stosowny komunikat. To dzisiaj prawie standard, ale warto wspomnieć o przejawach dbałości o naszą kieszeń, chroniąc przed zbyt wczesnym zużyciem lamp. Jako, że MAC C2500 jest w głównej mierze preampem liniowym, całą zabawę zacząłem właśnie od tej funkcji. Dopiero zapoznawszy się z jego sygnaturą dźwięku, przystąpiłem do weryfikacji umiejętności phonostage’a gramofonowego. Nawet dobrze się ułożyło, gdyż lubię, gdy test kończę na torze analogowym, a przyjęta procedura gwarantowała to z rozdzielnika. Wiedząc z doświadczenia, że lampa lampie nie równa, byłem ciekawy jak wpadnie Amerykanin w konfrontacji z wypinanym Japończykiem. Oba klocki oparte są o tą samą technikę i teoretycznie powinny grać podobnie, bądź co najmniej w zbliżony sposób. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że Reimyo jest tylko pre liniowym i kosztuje prawie trzykrotnie więcej niż trójfunkcyjny McIntosh i jakiekolwiek porównania będą tylko punktem odniesienia, a nie powodem do krytyki.

Podczas rozgrzewki niezobowiązująco pisałem wstęp do tego tekstu i gdy nadszedł moment skupienia na dobiegającym z przestrzeni międzykolumnowej materiale, w napędzie znajdowała się czarująca ciepłym i gładkim głosem Diana Kral z „The Look Of Love”. Już pierwsze takty pokazały jak na dłoni, o co amerykańskim konstruktorom w tym wszystkim chodziło. Scena idealnie czytelna, z pięknie porozkładanymi planami w szerz i głąb. Muzycy z lekko zmiękczonymi konturami książkowo porozstawiani na swoich miejscach. Ale proszę nie brać tego za złą nutę, gdyż jest to pochodną lampowej obróbki tej konkretnej konstrukcji, gdzie całość przekazu nabierała lekkiego pastelu i gładkości w całym paśmie. To jest właśnie wspominany oczekiwany przeze mnie pomysł na dźwięk. Czar naleciałości lampy delikatnym muśnięciem zmiękczający przekaz, ale nie duszący wybrzmień w górnych rejestrach, które teraz zostały lekko pozłocone. Fajny efekt końcowy. Opisane zabiegi mają swoje oczywiste delikatne konsekwencje w niższych składowych, gdzie spektakl muzyczny otwiera się w wyższym środku (lekko w górę) – zwiększając otwartość i czytelność grania, przy jednoczesnym skróceniu basu. Odczuwalnie jest go mniej, ale jest za to bardziej kontrolowany i sądzę, że to jest lepsze rozwiązanie, niż snująca się po podłodze wszechobecna buła. Odpowiedzialni konstruktorzy decydując się na jakiś kompromis, muszą zachować równowagę w odbiorze całości, a nie pompować nadmierną i sztuczną witalność brzmienia, która po niedługim czasie zaczyna męczyć. Tutaj mamy konsekwencję od a do z, a patrząc na nią z perspektywy spędzonego czasu, całkowicie popieram taki ruch. Dodam od razu, że to odejście od mojej referencji było tylko innym sposobem na obcowanie z wirtuozerią artystów. Dodatkowo McIntosh znalazł się w przypadkowym towarzystwie, zastępując idealnie skrojony element zestawienia i o dziwo świetnie sobie radził. Tak lampowo pluskająca muzyka wokalno jazzowa, zaprezentowała wszystkie ważne elementy brzmienia jak: gładki i fizjologiczny dźwięk, dzięki otwarciu średnicy bogaty w informacje głos Diany, trochę szczuplejszą, ale nadal mocno zaznaczoną sekcję rytmiczną i mieniące się złotem blachy perkusisty. Nic tylko siedzieć i słuchać.

Chcąc zweryfikować poziom strat w najniższym paśmie, sięgnąłem po materiał stricte elektroniczny z jednym instrumentem naturalnym w wykonaniu Nils’a Pettera Molvaer’a w projekcie pt. „HAMADA”. Lubię tą pozycję płytową i jeśli zauważyłbym jakiekolwiek umniejszające jej świetności niedociągnięcia, z miejsca zmieniłbym repertuar. Tymczasem trąbka Pettera dzięki lampowej aurze dostała dodatkową dawkę matowości, która na tle generowanych elektronicznie dźwięków, brylowała swoją homogenicznością. Nawet sztuczny niewystępujący w przyrodzie bas, mimo minimalnego zmiękczenia i odchudzenia, nie degradował spójności materiału muzycznego. Zbyt duże odstępstwa zaburzyłyby spójność poszczególnych fraz i zmieniłoby całość w niestrawną elektroniczną papkę. Egzamin zaliczony.
Zapoznawszy się z się z umiejętnościami pre liniowego, przystąpiłem do drugiego punktu egzaminacyjnego, czyli phonostage’a gramofonowego. Niestety z uwagi na zintegrowanie z liniówką, była to wypadkowa obu znajdujących się w jednej obudowie urządzeń i wszystkie dalsze działania zostały obarczone nalotem pierwszej części testu. Niemniej jednak McIntosh jest na tyle solidną firmą, że jeśli którykolwiek z mieszkańców tej bogatej wzorniczo konstrukcji nie tworzyłby synergicznej całości z resztą, z pewnością nie znalazłby się w tak zacnym gronie. Dlatego z dużą dozą zaufania podpiąłem mojego Dr. Feickerta do amerykańskiej myśli technicznej i z wielką uwagą czekałem co zmajstruje podwojenie lamp w torze analogowym. Na szczęście tak jak przypuszczałem, żadnej rewolucji niszczącej wcześniejsze wrażenia nie zauważyłem i już z całkowitym spokojem duszy kładłem na talerzu gramofonu kolejne płyty. Począwszy od free jazzu Davida Murraya & Jack’a DeJohnette, którzy niezbyt karkołomnymi jak na ten styl muzyczny trackami, pokazywali pełne oblicze toru prawie w pełni analogowego. Piszę prawie, gdyż moja końcówka jest tranzystorowa, jednak nie przeszkodziło to w żaden sposób odczuć czaru pastelowości dźwięku, jaki dają szklane bańki. Gładkość i obfita ilość informacji w środku pasma, to jak wspominałem podstawowe atuty tej konstrukcji. Oczywiście lekkie podniesienie tonacji, jako pochodna pre liniowego nadal było odczuwalne, ale pozostało na wcześniejszym poziomie. Bohaterowie sesji nagraniowej brylowali swoimi instrumentami, dając upust posiadanej energii życiowej w solówkach saksofonu i perkusji. Należy również wspomnieć o basiście – Fred Hopkins, który jako sekcja rytmiczna, również miał wiele do powiedzenia i nawet przez moment nie dał zepchnąć się na drugi plan. Ten krążek pokazał poczciwy analog w pełnej krasie. Japońskie tłoczenie z 1986 roku, większość konstrukcji stricte analogowych i sobotni wieczór przy szklaneczce produktu z wyspy Islay. Czegóż chcieć więcej, chyba tylko niezliczonej ilości płyt na półce i niczym nieograniczonego wolnego czasu. Niestety na taki luksus stać niewielu i ja do takich nie należę, dlatego nerwowo sięgałem na półkę po stacjonujące na niej interesujące krążki. Po dawce „wyżywania się na instrumentach” – free jazz, pozwoliłem sobie zaprosić na krótki recital panią Madeleine Peyroux z repertuarem zawartym na krążku „Careless Love”. Wszyscy, którzy znają tą płytę, wiedzą, że śpiewa trochę nosowo, powodując odruch sięgania po sole trzeźwiące, tymczasem propozycja amerykańskiego McIntosh’a lekko udrożniła nieszczęśliwej kobiecie drogi oddechowe. Proszę się nie obawiać o zbyt inwazyjne cięcia przegród nosowych, gdyż ja określiłbym to działanie jako kosmetyczne. Pisałem o ożywieniu wyższego środka i tak też odczułem ten rys dźwiękowy. Po odśpiewaniu przez panią Peyroux zakontraktowanych na płycie utworów, mój gramiaczek gościł jeszcze kilkanaście placków asfaltu, ale były tylko potwierdzeniem wspomnianych wcześniej cech. I tak w szybkim wydawałoby się tempie, minęła przygoda z królem lamp i wskaźników wskazówkowych. Szkoda.

Legendy z prawdziwego zdarzenia mają to do siebie, że obojętnie, co by nie wypuścili z taśmy produkcyjnej, powinny prezentować co najmniej dobry poziom. W tym przypadku mamy potwierdzenie solidności marki, a biorąc pod uwagę potrójne możliwości tego wielofunkcyjnego produktu, należą się potrójne brawa – z mojej strony tylko podwójne, za porzucenie myśli o oszczędnościach na jednej z funkcji. Wszystko, co zostało zaimplementowane: pre liniowe, phonostage i przetwornik cyfrowo/analogowy nie odstają od siebie jakością brzmienia, czyli żaden układ nie został potraktowany po macoszemu, a to ostatnio częste praktyki. Różne firmy próbując ciąć koszty, jeden element traktują, jako niezobowiązujący dodatek i potencjalny nabywca jest zmuszony takiego oszczędnościowego „zonka” zastąpić dodatkowym pełnowymiarowym urządzeniem. Ale nie z McIntoshem takie numery proszę Państwa. Jeśli ktoś jest zakochany w lampach i oprócz walorów sonicznych pragnie przykuć oczy gości podczas wizyt w swoich progach, nie musi długo szukać.  Jeden telefon do warszawskiego Hi Fi Clubu i tak gustowny zbiór ekstrawagancji wizerunkowych, połączony z niebagatelnym dźwiękiem zawita w Waszych progach.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reim