Monthly Archives: wrzesień 2023


  1. Soundrebels.com
  2. >

Być może dla wielu z Was aż tak drobiazgowa konfiguracja naszych systemów audio, jakim jest dobór odpowiednio brzmiących bezpieczników, to przesadne rozdrabnianie włosa na czworo, jednak zapewniam w ten sposób myślących, że ten temat to od niedawna bardzo ważny dział naszej zabawy. Firmy mnożą się jak grzyby po deszczu, a każda z nich zazwyczaj oferuje sporą paletę różnie wpływających na dźwięk elektroniki produktów. Na tyle rozbudowaną, że czasem, choćby tak jak dzisiaj, dystrybutorzy proszą o może nie bratobójczy sparing, ale o coś w stylu porównania dwóch konstrukcji z jednej stajni, aby w ten sposób ułatwić klientom wstępną selekcję przed wypożyczeniem do domu. Takim to sposobem jako za sprawą Audiofastu jako ukłon dla ostatnimi czasy sporej grupy zainteresowanych, podczas tego spotkania postaram się wypunktować różnice pomiędzy dwoma bezpiecznikami marki Synergistic Research w postaci drugiego od góry w portfolio marki Purple i obecnie flagowego Master.

Co wiemy na temat ich budowy? Niestety to dość delikatny temat i chcąc ochronić swoje dokonania przed niechcianym kopiowaniem przez konkurencję, informacje są zdawkowe. A wynika z nich, że bezpieczniki powstają w oparciu o technologię kwantową, którą wspiera ostatnio opracowana nowa technologia przewodzenia typu UEF na bazie grafenu oraz bardziej skrupulatne sposoby kondycjonowania prądem o wysokim napięciu. I tak naprawdę to wszystkie dostępne informacje na ich temat. Mało? Teoretycznie wydaje się, że tak, jednak nie oszukujmy się, sami tego nie będziemy kopiować, dlatego dla nas, potencjalnych zainteresowanych najistotniejszym jest, jak każdy z nich wpływa na finalne brzmienie uzbrojonego w nie systemu. A zapewniam, temat jest bardzo ciekawy, co postaram się strawnie wyłożyć w kolejnym akapicie.

Zanim przejdziemy do istoty różnic pomiędzy tytułowymi modelami bezpieczników, pozwolę sobie nadmienić, że na co dzień używam modelu Orange, który wylądował u mnie z trzech istotnych powodów. Pierwszym jest znakomite oddanie swobody i rozmachu grania zabezpieczanego zestawu audio. Drugim bardzo dobra rozdzielczość dolnego i górnego zakresu. Zaś trzecim stosunkowo neutralne, czyli bez specjalnych działań, podejście do średniego zakresu pasma. Wymiana ze zwykłego szklanego rurkowca była w dobrym tego słowa znaczeniu, wręcz uderzeniem dźwiękiem pełnym swobody i wielobarwności każdej częstotliwości. Na tyle zjawiskowym, że gdyby nie sugestia dystrybutora, czy mogę spojrzeć testowo na omawiane dzisiaj modele, pewnie tematu w ogóle by nie było. I gdy wydawałoby się, iż będąc zadowolonym niepotrzebnie podjąłem rękawicę, po zapoznaniu się z nowościami z portfolio Synergistica temat wygląda zgoła inaczej. Inaczej oczywiście w rozumieniu pozytywnym, bowiem kolejne kroki marki w kwestii ochrony elektroniki są jakby naturalnym, co istotne, delikatnie nastawionym na uwypuklenie innych cech dźwięku rozwojem. Co to oznacza?
Na początek Purple. Ten w odróżnieniu od Orange od pierwszych taktów pokazuje, że jego działanie skierowano na zwiększenie energii dźwięku. To oczywiście skutkuje większym nasyceniem przekazu, jednak na tyle zebranym w sobie, że nawet przez moment nie się zbliżamy się do sytuacji odbieranej jako nadmierną otyłość. Muzykę całościowo nadal cechuje bogactwo informacji, z tą tylko różnicą, że nieco bardziej do głosu dochodzi mocniej akcentowany środek pasma. Na szczęście jak wspominałem zebrany w sobie, co przekłada się na znakomicie odbierane podkręcenie pulsu i rytmiki kreowanych wydarzeń muzycznych. Jak to w wartościach bezwzględnych ma się do poprzednika? Główną zmianą jest inny odbiór skrajów pasma. Ale spokojnie, nie w sensie pogorszenia, tylko jako feedback skierowania działań frontu na część centralną, góra finalnie staje się mniej absorbująca, a dół konsekwentnie kontrolowany nie kopie już takim twardawym kick-iem. Gdzie tu progres? Przecież o tym piszę. W podniesieniu dawki energii środka, co z automatu stawia resztę zakresu do pionu, czyli w służbie średnicy, co na bazie zasłyszanych od znajomych opinii było bardzo dobrym krokiem marki.
Co na to mogący pochwalić się bardzo sugestywną nazwą bezpiecznik Master? Cóż, w skrócie, bowiem różnice choć diametralne, to jednak są rozwojem cech poprzednika, pokazuje palcem bezpiecznikowi Purple, gdzie jego miejsce. Czy biorąc pod uwagę znakomity wynik tańszego, naprawdę Master jest lepszy, a nie inny? Dla mnie bez dwóch zdań lepszy. Jak to możliwe? Wbrew pozorom sprawa jest prosta, bowiem flagowiec w całość działania Purple tchnął pakiet rozdzielczości i nienachalnej transparentności, czyli jednym słowem zwiększył w przekazie dawkę powietrza, wyrazistości oraz dosadności. To natomiast spowodowało, że do łask wróciła ochota sygnalizowania swojego jestestwa przez skraje pasma, co wprost przełożyło się na poprawę czystości kreowanych wydarzeń. I nie chodzi o rozjaśnienie, czy wyszczuplenie, bo nic takiego się nie dzieje, tylko poprawienie odbioru całości na poziomie nienachalnej drapieżności, z ewidentnym, dla mnie mimo ciekawego wyniku Purple, wręcz oczekiwanym powrotem do łask poprawnej dosadności góry i konkretnego kopnięcia na dole. Nagle wydawałoby się pełne radości opowieści muzyczne z poziomu fajnej namacalności, niczym kameleon zamieniają się na realizujące się w okowach naszego domostwa, wykonywane li tylko dla nas z bezpośrednim kontaktem na wyciągnięcie ręki spektakle muzyczne.

Próbując zebrać powyższe spostrzeżenia jakąś sensowną całość, nie będę szukał grupy docelowej dla konkretnego modelu bezpiecznika. Powód jest oczywisty, czyli bezapelacyjna jakość Mastera. Jednak mimo to, jeśli ktoś z Was jest na etapie poszukiwania tego rodzaju akcesoriów prądowych, powinien spróbować u siebie obydwu modeli. Owszem, zawsze lepiej wypadnie flagowiec, jednak czasem już wynik uzyskany z Purple może okazać się na tyle satysfakcjonujący, że przeskok jakościowy Mastera przez pryzmat ceny może okazać się co najmniej do zastanowienia. Niestety różnice w cenie nie są symboliczne. Co prawda dla mnie w pełni odzwierciedlają oferowane zalety, jednak nie oszukujmy się, życie to zawsze sztuka kompromisów. A Purple to szkoła Mastera, tylko z innym poziomem ekspresji. Ale żeby nie było, nie jest to dzień i noc, tylko jednostkowy stopień poziomu sonicznego wtajemniczenia.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Synergistic Research
Ceny
Synergistic Research Purple: 1009 PLN
Synergistic Research Master: 3001 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: BennyAudio Immersion II

Opinia 1

Wszyscy wiemy, że gramofon w systemie audio kochającego muzykę osobnika homo sapiens obecnie nie jest jakąś ekstrawagancją, tylko pełnoprawnym, a pokusiłbym się, że jednym z podstawowych źródeł dźwięku. Owszem, temu faktowi często przypisuje się status chęci bycia modnym w pewnych grupach, czy tak zwanym hipsterem, jednak fakt jest faktem, gramofon fajny jest i basta. A jeśli tak, nie dziwnym jest, że tego typu konstrukcje posiada praktycznie każdy liczący się na rynku, często niemający nic wspólnego z popularnym drapakiem – piję do doświadczeń w tworzeniu takich urządzeń od podstaw – producent audio. Czy to dobrze? I tak i nie, bowiem w pierwszym przypadku fajnie, że dzięki temu oferta na rynku jest taka duża, jednak z drugiej wiadomym jest, iż to są twory powstałe na zamówienie w innych podmiotach gospodarczych, co często przekłada się na zrobienie czegoś atrakcyjnego wizualnie z nośną metką, za to w kontekście bezwzględnej jakości oferowanego dźwięku już niespecjalnie zachwycającego. Po co o tym wspominam? Z bardzo prostego powodu. A jest nim dostarczony przez sopocki Premium Sound gramofon od początku do końca zaprojektowany, wykonany, pomierzony i wdrożony w życie rodzimego pasjonata. O czym konkretnie mowa? Otóż tym razem z naprawdę wielką przyjemnością zapraszam na zawsze będący dla mnie duchowym przeżyciem miting przy czarnych plackach z kompletnym konglomeratem analogowym – mowa o od podstaw zaprojektowanym napędzie i ramieniu prowadzącym wkładkę – Bennyaudio Immersion II.

Co mogę powiedzieć na temat naszego bohatera? Otóż w kwestii samej bryły mamy do czynienia z ciekawym wzorniczo, z jednej strony masywnym, jednak z drugiej nieprzesadzonym rozmiarowo, a przez to sprawiającym przyjemną dla oka zapowiedź dobrego, wolnego od zniekształceń spowodowanych pasożytniczymi wibracjami dźwięku pomysłem na plintę. Ta mając sprostać takiemu zadaniu, została wykonana z kilku najpierw klejonych, a potem w celach usztywniania konstrukcji skręcanych ze sobą warstw sklejki bukowej, którą od góry i dołu zamknięto 10 milimetrowymi plastrami z aluminium. Ale to nie koniec zabiegów mających na celu maksymalnej stabilizacji będącego ostoją dla ramienia werku, gdyż wewnątrz tej swoistej platformy nośnej pomiędzy wspomnianymi połaciami glinu i główną częścią obudowy zaaplikowano oddzieloną warstwą tłumiącą w postaci 3 milimetrowej płyty ze stali nierdzewnej. Jak widać, stabilność i odporność gramofonu na potencjalne niechciane artefakty to oczko w głowie pomysłodawcy projektu. Oczko, w pozytywnym odebraniu przez potencjalnego klienta którego ma pomóc finalne okeinowanie plinty jednym z kilku dostępnych wzorów forniru. Przechodząc z opisem do również opracowanego własnym sumptem, będącego wynikiem okraszonych niezliczoną ilością pomiarów lat pracy ramienia, istotnym jest wspomnienie jego osadzenia na pozwalającej idealną kalibrację podstawie z grubego puca POM-u. Samo ramię zaś to mogący się pochwalić długością 12.5 cala, wyposażony w wymienną główkę z włókna węglowego unipivot. Budowę samego ramienia oparto o konglomerat podobnego do główki włókna węglowego, aluminium i stali nierdzewnej. Jego okablowanie wewnętrzne bazuje na monokrystalicznym srebrze od Albedo zakończone gniazdami RCA Furutecha. Niepozostawiający złudzeń, że to istotny element konstrukcji talerz wytoczono z często stosowanego do tego celu POM-u o grubości 65mm i wadze 7.5 kg. Łożyskowanie zaś, to odwrócona, oparta na kulce z węglika wolframu konstrukcja hydro-dynamjczna. Napęd wspomnianego talerza realizowany jest przez pasek napędzany osadzonym w plincie gramofonu, bezszczotkowym silnikiem prądu stałego. Tak w skrócie prezentujący się polski pomysł na popularny drapak na czas testu ubraliśmy w ostatnio robiącą sporo zamieszania na rynku wkładkę Hana Umami Red.

Jak zapisał się w mej pamięci tytułowy gramofon? Zanim przejdę do konkretów, przypomnę, iż miałem już z jednym modelem tego producenta swoje co prawda wyjazdowe, ale jednak zapoznawcze pięć minut. I muszę powiedzieć, że już wtedy pokazał pewne interesujące cechy typu swoboda kreowania pełnej rozmachu wirtualnej sceny. To było na tyle intrygujące, że po ówczesnych rozmowach na temat potencjalnego testu miałem nadzieję nie tylko na powtórzenie tego efektu, ale w znanych mi warunkach systemowych i lokalowych pokazanie kilku innych ciekawych niuansów. Oczywiście to nie był jakiś determinujący dobrą lub złą ocenę warunek, bo już wówczas muzyka wręcz czarowała swoją projekcją, a jedynie niezobowiązujące oczekiwanie. I wiecie co, nawet nie na szczęście, bo w duchu byłem wręcz pewny, Immersion II mnie nie zawiódł. Tym razem do wspomnianej swobody prezentacji doszło potwierdzenie dobrego osadzenia w masie i zejścia w dolnych rejestrach. Ale zaznaczam, poziom nasycenia i wagi dźwięku nie spowodował często lubianego przez początkujących amatorów tego rodzaju źródeł efektu ulania się krągłego, aż kapiącego od słodyczy, finalnie brzmieniowego ulepku, tylko został dobrany tak, aby z jednej strony przekaz był dźwięczny, jednak z drugiej cechowała go dobra podstawa, a przy tym nie stracił odpowiedniej szybkości kreowania świata muzyki. I nie chodzi o to, że akurat ja tak lubię, tylko każda, dla kogoś na pierwszy rzut ucha nawet najbardziej ciężkostrawna muza aby być interesującą i wciągającą, w odpowiednich momentach musi być i zwiewna i masywna. Niestety nawet najprzyjemniejsza „słodycz”, czy wręcz „otyłość” zrobi z niej karykaturę. Oczywiście można i tak, to wolny kraj i każdy ustawia sobie system, jak chce, jednak ja próbując opisać istotne elementy brzmienia danego produktu, muszę odnosić się do wartości bezwzględnych, gdyż te dla źródeł cyfrowych i analogowych w ogólnych wartościach są tożsame. I w takiej, dobrze zrównoważonej estetyce malowania świata wypadł nasz bohater. Było radośnie, bo kiedy trzeba lekko, a dzięki temu bez efektu wysiłku, ale również z dobrym wypełnieniem i agresją. Co prawda na tle posiadanej przeze mnie, założonej na podstawowym werku niemieckiej firmy Clearaudio, wkładki Dynavector z minimalnie mniejszą energią uderzenia dźwiękiem, ale za to z większą płynnością, o wyższym poziomie jakości grania od moich zabawek nie wspominając, gdyż to inna liga ze względu na wyrafinowanie gramofonu, jednak nie oszukujmy się, to najprawdopodobniej zwyczajny efekt nieco innego brzmienia konstrukcji każdego z producentów rylców, co zapewniam, w odbiorze nie było jakimkolwiek problemem, a jedynie nieco innym podejściem do naprawdę drobnych niuansów. Jak to przełożyło się na słuchany materiał muzyczny?
Odsłuch rozpocząłem od jubileuszowego wydania kompilacji wielu lat pracy zespołu Aerosmith. To rockowe popisy buntowników mojej młodości, co z automatu sprawiało, że taki zlepek wydawniczych epok musi skończyć się różnorodnością brzmienia następujących po sobie kawałków. I nie piszę tego, żeby ich krytykować, tylko po to, aby pokazać, że gramofon spod znaku Bennyaudio znakomicie to różnicował. Oczywiście dbał o utrzymanie zrywności i agresji podanego z dobrym pakietem dociążenia, często pełnego agresji dźwięku, ale na szczęście pokazywał również, iż dosłownie każdy, nawet z tej samej płyty, ale nagrany podczas innej sesji utwór nosił nieco inne cechy realizacyjne. Ale spokojnie, wspominam jedynie o istotnych dla pokazania prawdy umiejętnościach drapaka, bowiem clou jego bytu – sposób podania materiału – dzięki wspomnianym wcześniej cechom pozwalał bezproblemowe wciągnięcie mnie w wir obcowania z kapelą mojej młodości na pełne cztery krwisto-czerwone krążki. Z wymaganym drive’m, uderzeniem i drapieżnością, ale również z przypisaną tego rodzaju źródle porcją koherentności. Zapewniam, wszystko działo się na najwyższym poziomie atrakcyjności.
Innym tematem był występ Nick-a Cave’a „Tender Prey”. Tym razem chodziło konkretnie o pokazanie tembru głosu tego charyzmatycznego artysty. Naturalnie jako weryfikacja przywołanego lżejszego podejścia do energii środka i dolnej części pasma. I? Spokojnie. Potwierdzając moje, będące wynikiem sporego okresu zabawy z tytułowym gramiakiem podejrzenia wszystko było w jak najlepszym porządku, z tą tylko różnicą w stosunku do osobistego seta, że podane ze znacznie większym wglądem w nagranie, co tylko wzmocniło ekspresję brzmienia wokalu Nicka.
Na koniec ponadczasowy standard w postaci jazzowej opowieści „Kind Of Blue” Milesa Davidsa. Jak to zabrzmiało? Jednym słowem określiłbym to jak bajka. Wszechobecny mistycyzm poprzecinany rozmową dęciaków dzięki dobremu ustawieniu barwy, nasycenia oraz lotności każdego pojedynczego dźwięku brzmiał w sposób wręcz magiczny. Czy w taki sposób, jak to zostało nagrane lata temu to już inna bajka obciążona kolejnym masteringiem wprowadzającym posiadane przeze mnie tłoczenie na rynek – mam to na taśmie i wiem, że to nieco inny świat. Jednak najważniejsze, że nawet tak mocno ograbiony z pierwszej estetyki brzmienia materiał za sprawą znakomicie wdrożonej w życie pracy inżynierskiej właściciela marki Bennyaudio potrafił przywołać podobną radość ducha jak ze Studera A80. Z nieco inaczej postawionymi, będącymi skutkiem różnych podejść kolejnych masteringowców akcentami sonicznymi, ale nadal przywołując tamtą magiczną atmosferę. Namacalną i wręcz na wyciągniecie ręki, za co właśnie kocham ten format zapisu muzyki.

Czy opisane powyżej, co bardzo istotne, rodzime spojrzenie na winylowy świat ma szanse na realną akceptację przez każdego miłośnika muzyki? W moim odczuciu jak najbardziej. A powodem jest unikanie ekstremów w stylu zbytniego przeciążania tudzież nadmiernego akcentowania transparentności kreowanego w naszych domostwach wirtualnego przekazu. Dodatkowo do listy zalet zaliczyłbym umiejętne pokazywanie istotnych dla każdego rodzaju muzyki niuansów technicznych z pracą realizatorów włącznie. A wszystko odbywa się na tak wysokim jakościowo poziomie, że nie przesadzę, gdy powiem, iż stajemy z nią dosłownie i w przenośni oko w oko, ups, ucho w ucho. Reasumując. Bennyaudio Immersion II to znakomity tak od strony designu – przypominam o poczuciu solidności dzięki fajnym proporcjom bryły, jak i oferowanego dźwięku – o tym rozprawia cały poprzedni akapit – gramofon, który po spędzonych z nim kilkunastu dniach sam na sam, bez jakiegokolwiek naciągania faktów zaliczam do segmentu High End.

Jacek Pazio

Opinia 2

Nie jest i nigdy nie było tajemnicą, że w naszej dwuosobowej redakcji to Jacek jest specem od analogu, kiedy ja z kolei uwielbiam „taplać” się w plikach. Nie oznacza to jednak, że u Jacka pliki „nie grają” a u mnie toru analogowego brak, bo tak nie jest, co z resztą niemalże w ramach naszej radosnej twórczości przelewanej na łamy SoundRebels staramy się udowadniać. Niemniej jednak każdy z nas ma swój ogródek i z mniejszą, bądź większą regularnością, lub wręcz wybitnie okazjonalnie, uskutecznia wycieczki po okolicznych działkach dzieląc się zdobytymi doświadczeniami. I na taką właśnie fakultatywną wycieczkę chciałbym w ramach niniejszej epistoły Państwa zaprosić, gdyż w trakcie naszych wakacyjnych wojaży w sopockim Premium Sound w oko i w ucho wpadła nam autorska, w dodatku rodzima konstrukcja, czyli BennyAudio Immersion II, który koniec końców wylądował w naszym głównym systemie. Skoro zatem czytacie te słowa, to znak, że jesteście tuż po lekturze „spowiedzi” Jacka, którą to pozwolę sobie uzupełnić o własne, mocno niezobowiązujące 3×3, czym ujął mnie tytułowy gliwicki gramofon.

Co prawda trzykrotnie (1, 2, 3) prezentowana w Sopocie wersja „Benka” nieco skuteczniej łapała za oko pyszniącą się naturalnym fornirem plintą, jednak uczciwie trzeba przyznać, że i w czerni naszemu bohaterowi do twarzy. Ponadto dzięki nieco innemu umaszczeniu recenzowanego egzemplarza łatwiej nam unikać podświadomego doszukiwania się podobieństw do jakiś czas temu goszczącego w naszych systemach Dr. Feickert Analogue Woodpecker. Przechodząc do konkretów warto zwrócić zatem uwagę na kompletnie autorską konstrukcję obejmującą nie tylko transport, lecz również i ramię, co wcale takie oczywiste już nie jest, gdyż zazwyczaj niewielkie, dopiero stawiające kroki na rynku audio manufaktury wolą pod tym względem zaufać ogólnodostępnym konstrukcjom. Krótko mówiąc mamy do czynienia z nader zwartym i zarazem minimalistycznym projektem, który z racji tak masy całkowitej, jak i wagi samego talerza śmiało możemy zakwalifikować jako klasyczny przykład mass-loadera.
Immersion II nie jest jednak spontaniczną wariacją nt. „komercyjnych” modeli, bądź wręcz zamówionym u któregoś z parających się OEM-em speców (jak daleko nie szukając Clearaudio), skupioną li tylko na aspektach wizualnych, lecz pod płaszczykiem wysublimowanej elegancji kryje się solidna inżynierska wiedza i żmudna ręczna praca poprzedzona latami walki z materią, pomiarami i odsłuchami. Tak właśnie powstała zamknięta niczym masywny sandwich dwiema 10mm aluminiowymi płytami plinta z wycinanej na CNC, klejonej i skręcanej selekcjonowanej sklejki bukowej. Ponadto pod górnym płatem aluminium umieszczono 2mm warstwę tłumiąca i 3mm stalową płytę. Z kolei uzbrojone na potrzeby niniejszego testu we wkładkę MC Hana Umami Red 12,5” ramię to własna konstrukcja typu unipivot z niemagnetycznej stali, aluminium i węglową rurką z olejowym tłumieniem i regulacją VTA w locie. Wewnętrzne okablowanie poprowadzono z monokrystalicznego srebra i pochodzi ono od rodzimego specjalisty w tej materii, czyli bydgoskiego Albedo. Własnego projektu headshell wycięto z 4mm włókna węglowego. W podstawie ramienia umieszczono złocone terminale RCA z zaciskiem uziemienia, więc finalne brzmienie „Benka” modelować można nie tylko wkładką, lecz również doborem odpowiednich interkonektów. Osadzony na odwróconym łożysku hydrodynamicznym masywny, ok.7,5kg talerz o grubości 65mm wykonano z poliacetalu (znanego również pod nazwą POM lub Delrin). Napędza go poprzez okrągły pasek osadzony w plincie, lecz skutecznie wytłumiony bezszczotkowy silnik prądu stałego, którego zasilacz jest zewnętrzny, solidny i co istotne liniowy.

Przechodząc do opisu walorów brzmieniowych naszego gościa powiem szczerze, że się na nim nie zawiodłem, gdyż zagrał dokładnie tak jak lubię a przy tym lepiej aniżeli podczas sopockich wizyt, które to przecież stały się pretekstem do powstania niniejszej epistoły. Czyli bez irytującego rozmycia najniższych składowych, które trzymał w sprzyjających ciężkim brzmieniom ryzach, z werwą i świetną namacalnością, oraz lekko dosłodzoną otwartą i jedwabistą górą. Nie idzie jednak aż tak daleko w swoiście lepką i nieco uspokajającą karmelowość, jak również bazujący na POM-ie Transrotor Dark Star Silver Shadow, lecz szukając w niemieckim katalogu jakiejś analogii z powodzeniem tak pod względem masy, jak i energii przekazu moglibyśmy uznać, iż sporo ma wspólnego z La Roccia Reference. Oferuje bowiem świetny drajw i timing nieosiągalny dla miękko zawieszonych konstrukcji, które o ile w niespiesznych klimatach w stylu „Minione” Anny Marii Jopek jeszcze mogą się sprawdzać, to już przy szaleńczych tempach narzucanych przez ekipę Metallici na „Hardwired…To Self-Destruct” i „72 Seasons” niespecjalnie sprzyjają nadążaniu za zamysłem i poczynaniami muzyków. Nie oznacza to bynajmniej, że bas Immersion II jest nazbyt wykonturowany a przez to chrupki, czy lekki, bo jest wręcz przeciwnie. Bowiem zarówno jego masa, energia i zróżnicowanie zasługują na wysokie noty a prawdziwa wisienką na torcie jest zdolność oddania natychmiastowości nawet najbardziej karkołomnych spiętrzeń dźwięków. Nie odnotowałem również tendencji czy to do sztucznego podbijania dołu pasma, czy też usilnego szukania prędkości tam, gdzie jej po prostu nie ma . Jeśli więc bębniarz łapał za miotełki i delikatnie głaskał czy to werbel, czy blachy, to tytułowa „szlifierka” niczego nie utwardzała i nie dociążała oddając eteryczność i zwiewność takich partii. Jeśli jednak do głosu dochodziła podwójna stopa, to o tym fakcie byliśmy informowani nad wyraz bezpardonowo. W dodatku, niezależnie od odtwarzanego repertuaru a poniekąd wraz z nabijaniem „przebiegu” kolejnymi godzinami odsłuchów uświadomiłem sobie, że Benek jest niezwykle cichy – zupełnie nie słychać go w torze, znaczy się, że nic od siebie nie dodaje pod względem tego, co dobiega naszych uszu z głośników, więc jeśli już coś zaczyna w nich (głośnikach, nie uszach) szumieć, to jest to szum samego nośnika a nie pokłosie zbyt niefrasobliwego osadzenia silnika, czy też nie do końca przemyślanego projektu ramienia. A właśnie, ramię. Tu pozwolę sobie na wybitnie subiektywna dygresję, gdyż będąc przyzwyczajony do pancerności własnej „zemsty hydraulika”, czyli Kuzmy Stabi S z ramieniem Stogi przesiadając się na inną konstrukcję zazwyczaj mam wrażenie, iż obecne tamże ramię jest nazbyt delikatne, żeby nie powiedzieć rachityczne. W Benku owego dysonansu nie odnotowałem, więc duży plus dla jego konstruktora.
Nie mniej intrygująca jest średnica w wiece udany sposób, poprzez minimalne dosaturowanie, faworyzująca wokale i to zarówno damskie, jak i męskie. Wspomniana A.M.J. z Immersion w torze mniej „szeleści” , w głosie Diany Krall („Turn Up The Quiet”) słodkie nuty miodu przeważają nad tymi ostrzejszymi, bazującymi na whisky a z kolei Gregory Porter („Take Me To The Alley”) zachwyca aksamitnym tembrem bez popadania w zbytnią misiowatość. Z jednej strony moglibyśmy z powodzeniem wspomnieć w tym momencie o stereotypowej „analogowej” koherencji i spoistości, lecz z drugiej doskonale zdaję sobie sprawę, że takie skróty myślowe potrafią być zaskakująco dopasowywane do własnych wyobrażeń, czy wręcz przyzwyczajeń, przez co zarówno miłośnicy zbytniego przyciemnienia prowadzącego do utraty rozdzielczości, jak i przeciwnicy owej maniery mogliby uznać ów zwrot za potwierdzenie własnych domniemywań. Tymczasem Immersion II stawia na realizm i dąży do oddania pełnej rozpiętości barw oraz energii drzemiących w każdym dźwięku, więc efekt finalny zależeć będzie zarówno od wkładki w jaką go uzbroimy, jak i okablowania, o phonostage’u nawet nie wspominając. Dlatego też końcowy lifting zależy od konkretnego nabywcy a ja tylko dodam, że również i najwyższe składowe nie dają absolutnie żadnego powodu do krytyki. Są rozdzielcze, mocno zaakcentowane i niezwykle klarowne dając pełen obraz sytuacji, w tym informacje o jakości zarówno samego nagrania, jak i nośnika, choć po (znacznej) części to już zasługa Hany Umami Red. Niemniej jednak wwiercające się niczym wiertło dentysty riffy potrafią dojść niemalże do progu komfortu, lecz jeśli tylko ktoś podczas nagrania, masteringu i tłoczenia przyłożył się do swojej pracy to „Benek” z pewnością nie omieszka nas o tym fakcie poinformować oferując prawdziwą feerię rozbłysków i wirujących w złotym świetle zachodzącego słońca drobin.

Może BennyAudio Immersion II jest niszową i niemalże butikową konstrukcją powstałą jedynie dzięki pasji i uporowi jego twórcy, czyli Tomasza Franielczyka, jednakże tak pod względem konstrukcyjnym, jak i przede wszystkim brzmieniowym nie tylko nie ma kompleksów przy zdecydowanie sławniejszej konkurencji, lecz potrafi zagrać tak, że mając Benka i coś z łatwiej rozpoznawalną „metką” do wyboru większość z nas wolałaby z pewnością posiadane środki ulokować w konstrukcji o lepszym, wyższej klasy brzmieniu. Krótko mówiąc jest to kolejny dowód na to, że powiedzenie „cudze chwalicie, swego nie znacie” nadal jest aktualne, więc nawet nie kierując się różnie rozumianym patriotyzmem, lecz zdrowym rozsądkiem i własnym słuchem sugeruję w trakcie poszukiwań wysokiej klasy gramofonu zwrócić uwagę na tytułową propozycję. Odsłuch w końcu nic nie kosztuje a kontakt z BennyAudio Immersion II może okazać się zaskakującym skrótem do audiofilskiej nirwany oszczędzając Państwu nie tylko czas, lecz również fundusze, które z kolei można spożytkować na kolejne zamówienia płytowe. Czego szczerze Wam życzę.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Premium Sound
Producent: BennyAudio
Ceny
BennyAudio Immersion II: 56 900 PLN
Hana Umami RED: 16 990 PLN

Dane techniczne
BennyAudio Immersion II:
Ramię: 12.5 cala typu unipivot wyposażone w tłumienie olejowe i regulację VTA w locie
Napęd: Silnik BLDC umieszczony w plincie
Zakres prędkości: 33.3 / 45 – sterowanie cyfrowe
Talerz: 65 mm grubości wykonany w z POM
Łożysko: Odwrócone hydrodynamiczne łożysko z materiału syntetycznego odpornego na zużycie
Plinta: typu sandwich wykonana ze sklejki, stali oraz aluminium
Zasilanie: 12 VDC zewnętrzny ultra liniowy zasilacz
Wymiary (W x S x G): 20 x 49 x 30 cm
Waga: 29 kg z ramieniem
Dostępne wykończenia: Czarny mat, polerowana stal, fornir naturalny wg dostępnych rodzajów, inne wykończenia w drodze indywidualnych ustaleń

Hana Umami RED
Szlif igły: Microline
Impedancja cewki: 6 Ω
Napięcie wyjściowe: 0,4 mV
Impedancja obciążenia materiału drutu cewki: > 60 Ω
Pasmo przenoszenia: 15-50 000 Hz
Balans wyjściowy: 0,5 dB / 1 kHz
Separacja kanałów: 30dB / 1KHz
Waga śledzenia: 2 g
Możliwość śledzenia: 70μm / 2g
Podatność dynamiczna: 10 x 10 (-6) cm / dynę (100 Hz) oszacowana przy 17 x 10 (-6) cm / dynę przy 10 Hz
Waga wkładki: 10,5 g

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Furutech Powerflux CI5 NCF

Opinia 1

O tym, że zasilanie urządzeń Hi-Fi/High-End, w tym okablowanie temuż zadaniu służące, jest kluczową kwestią nikogo znającego się na rzeczy przekonywać nie trzeba. Wystarczy tylko o nie zadbać a sprzęt z pewnością nam się odpowiednio odwdzięczy. Wszem i wobec wiadomo też jaki progres jest w stanie przynieść odpowiednio wyrafinowana konfekcja, czyli pozornie niezbyt istotne, przynajmniej dla postronnych obserwatorów, wtyki. O ile jednak większość szczęśliwców po prostu wpina w zadki swych komponentów co i jak chce, to przynajmniej do niedawna pewna grupa złotouchych musiała się bądź to obejść smakiem, bądź iść na kompromis zastępując topowe a przy okazji masywne (o sporej średnicy) wtyki niżej urodzonym rodzeństwem, lub niskoprofilowymi „cywilnymi” zamiennikami. O kim mowa? O posiadaczach Klimaxów Linna, pierwszych odsłon Luminów (w tym U1 Mini), Wadii (Intuition 01 PowerDac) i wielu, wielu innych przypadków, gdzie producenci niefrasobliwie usytuowali gniazdo zasilające zbyt blisko wystającej poza obrys pleców płyty górnej, bądź sięgnęli po moduły zintegrowane z włącznikiem głównym, gdzie montaż okrągłego wtyku automatycznie ograniczał (Merason Pow1, Lindenmann Musicbook Source II CD), bądź wręcz uniemożliwiał dostęp do owego przycisku. To jednak już historia, bowiem Furutech postanowił ową niszę z właściwą sobie troską zagospodarować i obok dość podstawowych 15-ek wprowadził do swego portfolio „odchudzoną” wariację na temat swoich topowych 50-ek, czyli CF-C15 NCF(R), w którą to raczył był wyposażyć dostarczony przez katowicki RCM przewód zasilający Powerflux CI5 NCF.

Jak mam nadzieję unaoczniają powyższe zdjęcia Furutech Powerflux CI5 NCF prezentuje się wprost obłędnie. Zamiast jednak próbować łapać za oko zbytnim przepychem, czy wręcz tanią krzykliwością kusi dystyngowaną elegancją. Proszę tylko zwrócić uwagę na neutralny chłód konfekcji i charakterystycznej antywibracyjnej, masywnej mufy pokrytych srebrzoną węglową plecionką, przebijający przez wierzchni peszel ciepły fiolet wewnętrznej warstwy przechodzący w jednolitą czerń odcinka biegnącego pomiędzy ww. bulletem a nowym wtykiem, czy też satynę obrączki z oznaczeniem modelu. Tutaj nic nie pozostawiono przypadkowi a i samo opakowanie (zainteresowanych zapraszam do sesji unboxingowej) nie psuje nader pozytywnego wrażenia, gdyż granatowy, połyskliwy karton i miękkie gąbkowe wyściełanie tylko dopełniają całości.
Zaglądając na stronę producenta w poszukiwaniu informacji o naszym dzisiejszym gościu doświadczyłem pewnego graniczącego z dysonansem zdziwienia, bowiem zamiast spodziewanego przyporządkowania go do elitarnego grona „High End Performance” Japończycy przewrotnie wrzucili Powerfluxa CI5 NCF do puli „zwykłych sieciówek”, czyli razem z budżetowymi, dedykowanymi zastosowaniom studyjnym Astorią i Empire. Pikanterii dodaje jeszcze fakt, iż do wyższej kategorii przynależy protoplasta CI5-ki, czyli klasyczny i de facto odrobinę tańszy Powerflux. Czyżby zastosowanie niskoprofilowego i na chwilę niedostępnego w wolnej sprzedaży wtyku CF-C15 NCF(R) zamiast pełnowymiarowej 50-ki zamknęło mu drogę na salony? Prawdę powiedziawszy nie chce mi się w ową, wysnutą z palca i na poczekaniu teorię spiskową wierzyć, więc zamiast przejmować się firmową taksonomią jaką kieruje się ekipa Furutecha pozwolę sobie skupić uwagę na zagadnieniach natury stricte technologicznej i jego walorach brzmieniowych.

Przejdźmy zatem do technikaliów i od razu skupmy się na owym, stanowiącym novum wtyku, czyli CF-C15 NCF(R), który ani chybi przynależy do topowej linii NCF Piezo Ceramic. Jego wykonany z niemagnetycznej stali nierdzewnej i posrebrzanego włókna węglowego wielowarstwowy korpus zawiera specjalny tłumiący i izolujący kopolimer acetalu. Jak wskazuje nazwa, nie zabrakło również pełniącej rolę tłumiącą autorskiej mieszanki Nano Crystal² Formula będącej połączeniem nanokryształów, ceramicznych cząstek piezoelektrycznych i proszku węglowego. Jeśli zaś chodzi o sam przewód, to użyto przewodników z miedzi α (Alpha) OCC (każda z trzech żył składa się z 68 drucików o średnicy 0,127mm) wewnętrzna powłoka zawiera pełniący rolę wytłumienia węgiel a izolacja jest z wysokiej klasy PE. Całość pokrywa zgodna z RoHS elastyczna i charakterystyczna fioletowa osłona PVC i ekran z miedzianej plecionki ø0,12mm α (Alpha). Również i warstwę zewnętrzną potraktowano nad wyraz poważnie, bowiem składa się ona z wewnętrznej koszulki z polipropylenu i wierzchniej plecionki z dedykowanej zastosowaniom audio przędzy nylonowej.

Skoro we wstępniaku wspomniałem o pierwszej inkarnacji najmniejszego transportu Lumina, do której dało się wpiąć co najwyżej FI-28R to i od jego następcy, czyli U2 Mini postanowiłem rozpocząć odsłuchy. Co prawda dzięki obróceniu o 180° gniazda zasilającego 2-ka na dolegliwości swego protoplasty już nie cierpi, ale nic nie szkodziło dopieścić ją wyższej klasy sieciówką. Oczywiście nie omieszkałem bohatera niniejszego testu sprawdzić również z bardziej prądożernymi elementami mojej układanki, jednak już na poziomie plikowego źródła jasnym stało się, że tak pod względem rozdzielczości, jak i dynamiki japoński przewód jeńców nie bierze. O ile jednak przesiadka na niego z Organic Audio Power, bądź Furutecha FP-3TS762 okazywała się miłym/przyjemnym upgradem powyższych składowych, dzięki czemu dźwięk automatycznie ewoluował do wyższego poziomu wyrafinowania i namacalności, o tyle każdorazowy powrót do punktu wyjścia owocował całe szczęście tylko psychicznym bólem porównywalnym do przytrzaśnięcia sobie palców drzwiami. Nie wiadomo gdzie i kiedy ulatywało ze sceny powietrze otaczające egzystujących na niej muzyków, sama scena malała i spłycała się do poziomu podwórkowego teatrzyku a saturacja i blask barw pokrywała smutno-szara warstwa patyny. Niepotrzebnie dramatyzuję i przesadzam? Cóż, jeśli dla kogoś leniwie sącząca się z głośników muzyka jest li tylko niezobowiązującym tłem codziennej krzątaniny, to takie niuanse rzeczywiście mogą nie mieć znaczenia. Jeśli jednak traktujemy ją możliwie poważnie i stanowi ona sedno naszej audiofilskiej pasji, to przecież logicznym jest, iż każdorazowa poprawa jakości jej odtwarzania cieszy a pogorszenie smuci i wywołuje w pełni zrozumiałą frustrację. Patrząc na CI5 NCF z nieco szerszej, wynikającej z odsłuchów zarówno z zazwyczaj pracującym w towarzystwie Nanofluxa Ayona, jak i zasilanej Gargantuą 300W integry Vitusa, doszedłem do wybitnie subiektywnego wniosku, iż stanowi on ogniwo pośrednie pomiędzy szalenie rozdzielczą i żywiołową „landryną” (obecnie dostępną w wersji DPS – 4.1) a wyrafinowanym i dojrzałym Nanofluxem. Jest przy tym nieporównanie bardziej zwarty i zróżnicowany od wspomnianego Acoustic Zena, przy czym jedynie w niewielkim stopniu ustępuje mu pod względem dynamiki i rozmachu, które amerykański przewód ma iście atomowe. Dzięki temu stanowi nad wyraz uniwersalną propozycję i powinien świetnie sprawdzić się wszędzie tam, gdzie liczy się świeżość i żywiołowość przekazu, lecz bez sztucznego podbijania niewymagających takich działań spokojniejszych fragmentów, czy też eksponowania psujących przyjemność odbioru sybilantów. Ot, chociażby na łączącym znamiona radiowej przebojowości z iście schizofrenicznymi zwrotami akcji i niepokojącym mrokiem dark electro „Into the Black” Aesthetic Perfection wszystko spina się ze sobą wprost idealnie tworząc zaskakująco koherentną całość, w której pomimo panującego lepkiego mroku bez trudno można dostrzec poszczególne niuanse, których jak się okazuje jest zaskakujące bogactwo. Zwróćcie państwo na zróżnicowanie basu, ileż tam najprzeróżniejszych odmian syntetycznych tętnień, loopów i dudnień, jakaż rozpiętość faktur i pomysłów na rozplanowanie ich w przestrzeni. A jeśli dla kogoś powyższe bity okażą się zbyt gładkie i słodkie zawsze może sięgnąć po wierne harsh electro wydawnictwo „Goddestruktor” Suicide Commando i dosłownie przetrzeć sobie uszy papierem ściernym, bo łagodności będzie tu tyle co w pilnującym obejścia dobermanie.
Oczywiście na nieco bardziej cywilizowanym materiale do głosu dojdzie jeszcze zdolność świetnego odwzorowania brył i „konsystencji” naturalnego instrumentarium. Począwszy od iście zjawiskowo minimalistycznego „Luxury and Waste” Torun Eriksen i Kjetil Dalland, gdzie Furutech ani o jotę nie dosłodził, bądź wygładził natywnej matowości wokalu dominującego nad szalenie oszczędnym akompaniamentem, poprzez nieco bardziej rozbudowane aranżacje największych przebojów Hanny Banaszak, na wielkiej symfonice ze „Strauss: Also sprach Zarathustra” na czele skończywszy tak scena, jak i aparat wykonawczy niebezpiecznie zbliżały się swymi gabarytami a tym samym skalą, wolumenem generowanych dźwięków, do tego, czego dane jest nam okazjonalnie doświadczać na żywo. Podobnie było z oferowaną przez japoński przewód rozdzielczością, która zamiast objawiać się epatowaniem wyostrzonymi do granic zdrowego rozsądku konturami, czy też oślepiać blaskiem dęciaków, jest po prostu wierna rzeczywistości, więc każdego z muzyków bez trudu wyłuskamy z otoczenia, lecz już splot jego sznurówek będzie zupełnie pomijalnym niuansem a nie składową wymagającą skierowania nań wszystkich reflektorów.

Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc i moja przygoda z Furutechem Powerflux CI5 NCF powoli dobiega końca. Zatem w ramach krótkiego podsumowania pozwolę sobie na taka puentę. Otóż, jeśli niezależnie od powodów, nie czujecie się Państwo gotowi, bądź do końca przekonani, na przesiadkę na flagowego Nanofluxa a jednocześnie zakup „landryny” wydaje się Wam odwlekającym nieuniknione półśrodkiem, to choćby z czystej ciekawości wypożyczcie na kilka dni tytułowy przewód. Nie dość bowiem, że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż powinien spełnić 99,9% Waszych oczekiwań, to w dodatku wreszcie będziecie mogli użyć go z urządzeniami, które do tej pory skazane były na zdecydowanie niższych lotów jeśli nie kompletne okablowanie, co przynajmniej stanowiącą wisienkę na audiofilskim torcie konfekcję. Reasumując – pod żadnym względem nie uważam wtyku CF-C15 NCF(R) za gorszy od pełnowymiarowej 50-ki, więc gdybym miał w chwili obecnej decydować się na zakup Powerflux-a, to właśnie z racji większej uniwersalności i szerszego zastosowania z pewnością wybrałbym wersję CI5 NCF. Cena praktycznie taka sama a unikniecie ewentualnych problemów z jego wpięciem w zadek dowolnego, nawet nie do końca przemyślanego pod tym względem urządzenia mamy poniekąd w gratisie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak sugeruje tytuł, dzisiejszy miting dotyczyć będzie jednego z bardziej popularnych na rynku producentów związanych z tematyką okablowania audio. Naturalnie mowa o japońskim Furutech-u, który oprócz oferty kablowej, wszelkiego rodzaju wtyków i przewodów z metra ze swojego portfolio bez obaw o pozycję na rynku, udostępnia niezliczonej liczbie rozrzuconych po całym globie, również związanych z tą działką podmiotów swoje produkty. Czym tym razem panowie z kraju kwitnącej wiśni nas zaskoczyli? Nie powiem, temat jest w dwójnasób ciekawy, gdyż po pierwsze – Japończycy postanowili zmodyfikować ofertę w górnych rejonach cennika okablowania sieciowego, a po drugie – przy okazji podążyć z pomocą posiadaczom urządzeń ze skromnymi możliwościami podłączenia zaawansowanej technicznie sieciówki. Co sugeruje druga część ostatniego zdania? Już wyjaśniam. Otóż wiele niezbyt dużych gabarytowo konstrukcji z uwagi na rozmiar pleców skazuje użytkownika na zwykłą komputerówkę. A przecież wiadomo, że temat zasilania to bardzo istotny element naszej zabawy. I gdy wydawałoby się, że dla nich temat jest zamknięty, Furutech postanowił ulżyć melomanom w cierpieniu i powołał do życia kabel prądowy od strony elektroniki zaterminowany wtykiem w kształcie „prostokąta”. Tak tak, prostokąta, a konkretnie prostopadłościanu, co znacząco zmniejsza jego gabaryty, a tym samym eliminuje wspominany przed momentem problem. Co to za cudo? Proszę bardzo. Panie i panowie, miło mi poinformować zainteresowanych, iż za sprawą katowickiego RCM-u w nasze skromne progi trafił wyposażony w dość nietypowy wtyk kabel sieciowy Furutech Powerflux C15 NCF. Jak wypadł? Cóż, po kilka istotnych informacji zapraszam do kolejnych akapitów.