Monthly Archives: październik 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Jak zataczająca szerokie kręgi w sporej części Europy „wieść gminna” niesie, tytułowa marka z Italii jest znanym od wielu lat producentem okablowania. I to nie byle jakim, tylko z uwagi na okres działalności przez wielu uważanym za mainstream. Na tyle rozpoznawalnym nawet na naszym rynku, że już po pierwszej unboxingowej zajawce o pojawieniu się polskiego dystrybutora wielu znajomych zdawało mi relacje z niegdysiejszych spotkań z ofertą spod tego znaku towarowego. A najciekawsze jest to, że wszystkie miały pozytywny wydźwięk, co potwierdził ostatnio przeprowadzony przez nas test kabla sygnałowego. Dlatego idąc za ciosem nie czekaliśmy zbyt długo i zadbaliśmy, aby na redakcyjnym tapecie wylądował kolejny produkt tej marki. Co tym razem trafiło w nasze ręce? Otóż po udanym debiucie sygnałówki RCA Top Silver w kolejnym podejściu zmierzymy się kablem kolumnowym, czyli dostarczonym przez warszawskiego dystrybutora SoundAlchemy HiDiamond Speaker Top Silver.

Z tego co udało mi się dowiedzieć, nasz bohater jako przewodnik wykorzystuje wysokiej jakości miedź wykonaną w autorskiej technologii UP-4VRC (Ultra Pure Single Cristal Copper). Taki rodzaj przewodnika według producenta zapewnia rewolucyjną redukcję indukcyjności, rezystancji i pojemności. Każda wiązka sygnału składa się z 6 skręconych żył o przekroju 2.5 mm² każda, co w stosunku do niższych serii znacząco zwiększa powierzchnię przewodzenia i tym samym poprawia balans tonalny w całym przekroju przekazywanych częstotliwości. W tym miejscu procesu produkcyjnego bardzo istotna jest także technologia skręcania przewodnika, która eliminując zniekształcenia, poprawia jakość potężnego, w pełni kontrolowanego basu, oferuje żywą średnicę oraz pełne ekspresji, jednak bez efektu natarczywości najwyższe rejestry. Ostatnią informacją jaką udało się znaleźć w sieci, to zastosowanie do zabezpieczenia sygnału znacznie trwalszego do teflonu i przez to skuteczniej minimalizującego zniekształcenia izolatora XLPE. W wersji testowej tytułowe kable głośnikowe zostały wyposażone w rozporowe wtyki bananowe. Tak prezentujące się przewody do rąk klienta trafiają w estetycznych, czarnych, kartonowych pudełkach wyłożonych jasnym połyskującym materiałem, a w ramach zabezpieczenia przed nabyciem coraz częściej spotykanych podróbek opatrzone są dodatkowo stosownym certyfikatem.

Gdy wpiąłem rzeczony kabel głośnikowy w swój tor, jedno było pewne, w kwestii podania muzyki stawiał na dobrze rozumiany drive. Mocne zejście w pełni kontrolowanego dolnego zakresu, dobrze osadzony w masie, ale nieco podkręcony w wyższych partiach środek oraz otwarta, pełna werwy góra sprawiały, że w dobrym znaczeniu słowa podczas słuchania muzyki moje tętno nawet na moment nie próbowało zwolnić. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie była to męcząca nachalność projekcji, tylko ogólny, skądinąd bardzo podobny do kabla sygnałowego, sposób na muzykę, co osobiście odbierałem jako fajną, bo pełną życia jej interpretację. Naturalnie efektem ubocznym było mocniejsze stawianie na atak i szybkość kreowania wirtualnego świata, aniżeli na długość i słodycz wybrzmień. Jednakże jak wspominałem, to nie było żadne potknięcie, tylko jak wynika z akapitu o budowie kabla, udana realizacja konstrukcyjnych założeń, czyli zastosowania przewodnika wykonanego na bazie autorskiej technologii UP-4VRC, sposobu finalnego uformowania przebiegu żył sygnałowych oraz wykorzystania jako izolatora specjalnej odmiany tworzywa sztucznego XLPE. Zamierzeniem producenta było pokazanie muzyki w estetyce pełnego wigoru życia oraz nieprzebranymi pokładami werwy i taką projekcję uzyskałem podczas sesji testowej. I to praktycznie od startu. Co prawda na samym początku odczuwałem efekt mocnego otwarcia się dźwięku balansującego na granicy dobrego smaku, ale gdy system się „ułożył”, wspomniany temat nadinterpretacji odszedł w niepamięć.
I to bez najmniejszego problemu, bowiem jakiekolwiek problemy w tym temacie natychmiast pokazałaby twórczość metalowej grupy Megadeth z płytą „The Sick, The Dying… And The Dead” w roli głównej. To karkołomne, ale dlatego dla wielu znakomite granie, które w przypadku zbytniej ostrości wizualizowania ponad plan muzyków skończyłoby się co najmniej bólem uszu. Tymczasem podczas długiej, bo zaliczającej pełny zestaw utworów sesji niczego takiego nie zaznałem. Owszem, nieco podniesiony tonalnie środek pasma był żywszy i bardziej ekspresyjny, niż mam na co dzień, jednak dobre osadzenie muzyki w masie tak zakresu basowego, jak i niskiej średnicy kierowało moje spostrzeżenia raczej w stronę odbioru takiej prezentacji jako bardziej wymownej w kwestii drapieżności, niż niechcianej nadpobudliwości. Było ostro, szybko i z wykopem, czyli w punkt tego rodzaju muzy. A, że raczej udanie, a nie boleśnie inaczej w temacie płynności centrum pasma od codziennego punktu odniesienia, to tylko potwierdzało, że producent nie tylko wiedział, co chce stworzyć, ale tego dokonał.
W podobnym duchu wpadła muzyka jazzowa. W tej roli wystąpił najnowszy krążek Johna Taylora „Tramonto”. Jak można się spodziewać, to muzyka z tak zwanej innej beczki niż poprzednia płyta. Raczej zmuszająca słuchacza do chwili zadumy niż do walki z rockową materią, co w pierwszym odruchu myślowym sugerowało, iż testowy romans z kablem HiDiamond może nie wyjść jej na dobre. Wspominałem, że jego walorami był atak i otwartość, nie siłowe upięknianie dźwięku, co w przypadku odtwarzania typowego jazzowego trio mogło wypaść różnie. Jak zatem wypadło? Oczywiście potwierdzająco moje przewidywania, że lżej i mniej soczyście, przez co oszczędniej w aspekcie płynności i efektu rozwibrowania najdrobniejszych alikwot czy to fortepianu, czy kontrabasu. Ale gdy zaliczyłem kilku-utworowy proces akomodacji słuchu i w konsekwencji wyzbycie się przyzwyczajeń do brzmienia mojej codziennej konfiguracji, zrozumiałem, że to kolejny raz wynik realizacji zamierzeń powoływania do życia tej serii okablowania. Płyta zabrzmiała delikatnie jaśniej, przez to swobodniej i z wyraźną kreską rysującą poszczególne byty, ale nadal była dobrze osadzona w masie i opatrzona stosowna dawka energii. A, że lubię, gdy na wirtualnej scenie dużo się dzieje, kolejny raz ani razu nie złapawszy muzyki na potknięciu rozumianym jako nadmierna ostrość prezentacji, także tę sesję muzyczną bez naciągania faktów zaliczam do udanych. Podobnie do materiału rockowego z puli raczej żywych niż na siłę czarujących, jednak udanych. Gdybym miał wybierać przesłodzenie vs otwartość i swoboda HiDiamond, natychmiast wybrałbym włoski sound. Dlaczego? Bo jak wspomniałem, zawsze coś w muzyce się dzieje, co zazwyczaj wręcz zmusza słuchacza do przesłuchania kolejnej płyty. Niestety nadmierne piękno zazwyczaj szybko mnie usypia, a to prosta droga do znudzenia się tym hobby.

Gdzie widziałbym tytułowy kabel głośnikowy z Italii? Po pierwsze w systemach cierpiących na nadwagę i ospałość. W dobrym znaczeniu kopniak energią i szybkością narastania sygnału podrasowane otwartością wyższej średnicy sprawią, że system automatycznie wstanie z kolan. Drugą propozycją są układanki oscylujące w okolicach neutralności. Te także dostaną zastrzyk emocji, ale gdy są dobrze zestawione, HiDiamond Speaker Top Silver nie powinien spowodować przekroczenia przez nie dobrego smaku w kwestii wyrazistości projekcji muzyki. Będzie ostro, jednak ze smakiem. Jak można się domyślić, niewskazane jest łączenie włoskiego produktu z konglomeratem z syndromem ADHD. W moim odczuciu to będzie działanie karkołomne. Naturalnie znając życie taki ruch może być dla kogoś także czymś fajnym, ale sądzę, iż będą to wyjątki potwierdzające regułę. Abstrahując jednak od wszystkiego jedno mogę z ręką na sercu powiedzieć, tytułowy kabel to bezapelacyjny zastrzyk emocji. A jeśli tak, moim zdaniem jest warty grzechu zwanym próbą na własnym podwórku.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

Tym razem, znaczy się w ramach dzisiejszego spotkania pochylimy się nad tak istotnymi w życiu statystycznego konsumenta, w tym również audiofila, kwestiami jak wartość postrzegana, znaczenie umownego „miejsca urodzenia”, czy też podprogowa skuteczność nomenklatury. Brzmi poważnie? Proszę się zbytnio tym nie przejmować, gdyż nie będzie to czysto akademicki wywód o mechanizmach kierujących popytem w ujęciu behawioralno – marketingowym a jedynie niezobowiązujące obserwacje poczynione w trakcie standardowych testów, do których skłoniły mnie dostarczone przez stołeczną ekipę SoundAlchemy przewody głośnikowe HiDiamond Speaker Top Silver. Powód? Dość oczywisty i niekoniecznie odwołujący się do mojej niezbyt filozoficznej natury. Mamy bowiem do czynienia z włoskim, a więc już na starcie ustawiającym odpowiednią perspektywę wyrobem. W dodatku tak nazwa – Top Silver, jak i srebrzysta i co tu dużo mówić niewątpliwie atrakcyjna aparycja, nader skutecznie budują poczucie ekskluzywności a tym samym celowanie przede wszystkim w majętniejszą, stricte high-endową klientelę. Tymczasem wystarczy zerknąć tak w kartę produktową, jak i cennik, by zrozumieć, iż to wszystko łechcące nasze zmysły pozory i zarazem świetna zagrywka marketingowa, gdyż tytułowe przewody po pierwsze wykonano z miedzi a po drugie pułap cenowy na jakim operują śmiało można określić mianem zdroworozsądkowej średniej półki. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo co potrafią te zaskakująco udanie sprawiające wrażenie szlachetniej urodzonych przewody nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na ciąg dalszy.

Zgodnie z tradycją i firmową nomenklaturą tytułowe przewody pokrywa atrakcyjna srebrzysta, syntetyczna plecionka i na tym sugerowana srebrność się kończy, gdyż sygnał biegnie w nich po miedzi. Każdy z przewodów uzbrojono w eleganckie wtyki czarne cylindry splitterów z firmowym logotypem, oznaczeniem modelu i oczywiście wskaźnikiem prawidłowej kierunkowości. Jeśli chodzi o budowę, to każdy z przebiegów składa się z sześciu, skręconych ze sobą przewodników z ultra-czystej monokrystalicznej miedzi (Ultra Pure Single Crystal Copper©) poddawanej procesowi 4VRC – „czterokrotnej rekrystalizacji miedzi w próżni” (Four Times Vacuum Re‑Crystallization) o przekroju 2,5 mm² (każdy) w izolacji z usieciowanego polietylenu XLPE. Dostarczona na testy parka wyposażona była w rozporowe banany, które zgodnie z materiałami promocyjnymi „to autorskie złącza pokrywane rodem, osadzone w karbonowych obudowach poddanych obróbce NFC”. Czyli Carbon Fiber Housing. Niemniej jednak same, wykorzystane w HiDiamondach wtyki może i wyglądają atrakcyjnie, to ich wydawać by się mogło natywna cecha, czyli rozporowość, jest czysto iluzoryczna, czyli stabilność w terminalach tak kolumn, jak i wzmacniaczy, o blokowaniu nawet nie wspominając, jest najdelikatniej mówiąc symboliczna i czysto iluzoryczna. Na co pozwalam sobie zwrócić uwagę, gdyż po prostu podczas ich użytkowania warto od czasu do czasu profilaktycznie zerknąć, czy któryś po prostu z gniazda się przypadkiem nie wysuwa.

Podobnie do goszczących zaledwie kilka tygodni temu łączówek RCA również i głośnikowe Top Silvery niespecjalnie czują się w obowiązku jakość specjalnie ukrywać swoją obecność w systemie. Czyli śmiało można uznać, iż ich pojawienie się w większości systemów powinno być wyraźnie słyszalne, co niejako już na starcie staje w opozycji do nomen, omen dość irracjonalnych opinii, jakoby kable nie grały. Te jednak grają i jakby tego było mało grają po swojemu stawiając na odświeżającą rześkość i chrupkość prezentacji szczególnie pożądaną przez odbiorców gustujących w wieczorno-nocnych sesjach odsłuchowych prowadzonych zazwyczaj na dość cywilizowanych poziomach głośności. A z Top Silverami w torze nawet przy skromnych dawkach decybeli słychać będzie praktycznie wszystko i w dodatku bardzo wyraźnie. Przykładowo wspomniana rześkość świetnie podkreśliła eteryczny wokal Heather Nova na „Pearl” z jednoczesnym zachowaniem tak rozwibrowanej słodyczy akustycznych, jak i chropawej zadziorności elektrycznych, towarzyszących jej gitar, czy dyskretnie prowadzonych w tle orkiestracji. Generalnie wypadałoby uznać HiDiamondy za mistrzów budowania hektarów przestrzeni i to raczej w głąb sceny, choć i w domenie szerokości radzą sobie świetnie. Z nimi w torze nawet odsłuch w niewielkim pokoju może przenieść nas nie tylko do wnętrza sali koncertowej o imponującej kubaturze, lecz przede wszystkim uwolnić od poczucia ściśnięcia, kompresji rozgrywającego się przed nami spektaklu muzycznego. Nie wierzycie? No to polecam sięgnięcie po „Misa Criolla” w wykonaniu nieodżałowanej Mercedes Sosy i wszystko powinno stać się jasne. Najwyższej próby swoboda, rozmach, lecz jednocześnie bez „pompowania” źródeł pozornych i męczącej na dłuższą metę gigantomanii, czy też sztucznym epatowaniem basem w momencie, gdy go de facto w nagraniu nie ma, bądź jest li tylko dyskretnie przemycany dla zachowania równowagi tonalnej operujących w wyższych rejestrach chórzystów.
A jak z repertuarem, gdzie pewne dociążenie i dosaturowanie może się przydać? Cóż, nie będę owijał w bawełnę, tylko uczciwie przyznam, iż na „Detestation” G.I.S.M. z Top Silverami w torze nie ma co liczyć na nawet śladową litość czy empatię. O nie. Tu dostajemy żywy ogień, plucie jadem i iście obłąkańcze wokalizy rodem z japońskich „b”, bądź nawet „c” – klasowych horrorów. O ile jednak esteci mogą kręcić nosem, to ortodoksyjni fani gatunku powinni byś wniebowzięci, gdyż jakiekolwiek złagodzenie bądź uplastycznienie przekazu byłoby dla nich ewidentnym odejściem od w pełni zamierzonej garażowej siermiężności. Co ciekawe na nie tyle znośnie, co po prostu dobrze zrealizowanym łomocie w stylu „The Hell We Create” Fit For A King nie odnotowałem jakichkolwiek tendencji włoskich przewodów do nadinterpretacji zawartej w reprodukowanym materiale agresji i ofensywności. I choć podwójna stopa i szarpnięcia basu nie miały takiego wypełnienia i energii jak stanowiące punkt odniesienia WK Audio, to śmiem twierdzić, iż posiadacze niewielkich podłogówek, czy też podstawkowych monitorów mogliby nawet tego faktu nie odnotować, gdyż ich kolumny w rejony dostępne m.in. Audiosolutions Figaro L2 po prostu się nie zapuszczają. Dlatego też nie ma co z góry zakładać, że rześkość i chrupkość Top Silverów nie sprawdzi się przy ognistych riffach i gardłowym skowycie, lecz po prostu je wypożyczyć i przekonać się na własne uszy.

HiDiamond Speaker Top Silver nie tylko udanie korespondują z estetyką reprezentowaną przez ich sygnałowe rodzeństwo, lecz również udowadniają, że i bez nadmiernej słodyczy i ocieplenia przekazu da się zagrać praktycznie każdą muzykę. Wystarczy tylko mieć świadomość czego oczekuje się od dźwięku i jeśli tylko jest to szybkość, otwartość i zaraźliwy timing, to śmiem twierdzić, iż włoskie druty mogą przypaść amatorom takiej estetyki do gustu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: SoundAlchemy
Producent: HiDiamond
Cena: 6 399 PLN / 2 x 3m + 1 999 PLN/ dodatkowy 1m.

  1. Soundrebels.com
  2. >

O problemach natury technicznej wspominałem już w pierwszym odcinku tegorocznych relacji, więc przechodząc do największego obiektu wystawienniczego Audio Video Show 2025 jedynie tylko nadmienię, iż w porównaniu do poprzednich edycji PGE łaskaw był udostępnić Organizatorowi sale konferencyjne na drugim piętrze Trybuny Wschodniej a tym samym prezentacje ultra high-endowych systemów odbyły się w jeszcze większych metrażach.

Zanim jednak przejdziemy do niedostępnych wcześniej wnętrz pierwsze kroki pozwalam sobie skierować do … ślimaków, czyli legendarnych, sprowadzonych specjalnie na AVS przez ekipę Top HiFi & Video Design … krwistoczerwonych Bowers & Wilkins Nautilus, które zagrały w towarzystwie czterech końcówek Michi wspomaganych przez peryferia Luxmana (CD + Pre) i Rose HiFi (transport + DAC). O repertuar dbał Marcin Majewski, który oprócz „komercyjnego” wsadu serwował słuchaczom również własne realizacje jak „Kopa Lakisa”, „Misty Morning”, „Waves” , czy „Distant Sky”. Jednak pomijając kwestie muzyczne kluczowym był fakt, że „brytyjskie ślimaki” po prostu zagrały udowadniając, że może nie tyle czas się ich nie ima i na jego upływ są świetnie zaimpregnowane, lecz, że pomimo zauważalnych, nieco anachronicznych cech brzmienia są świetnymi kolumnami, na których nadal można usłyszeć zaskakująco dużo smaczków. No i jeszcze jeden pozytyw. Na PGE Nautilusy zagrały nieporównywalnie lepiej aniżeli podczas naszego ostatniego z nimi spotkania podczas monachijskiego High Endu w 2015r. , kiedy to próbowano napędzić je … ośmioma Devialetami.
Dla „normalnych” zjadaczy chleba nieopodal grał system złożony z elektroniki Linn-a i kolumn intrygujących kolumn Elac Concentro M 807.

Audiofast również wytoczył najcięższe działa, bowiem w studiu TV2 zestawił system z kruczoczarnymi Wilson Audio Alexx V VFX, monobloki Dan D’Agostino Relentless 800, przedwzmacniacz Momentum C2, a także cyfrowe źródło dCS Vivaldi APEX z upsamplerem, masterclockiem i serwerem Synergistic Research Voodoo pod kontrolą ROON-a. To była jednak niewinna przystawka przed daniem głównym, czyli strzelistymi kolumnami Gryphon KODO, napędzanymi firmowymi monoblokami Antileon Revelation, przedwzmacniaczem Commander i odtwarzaczem Ethos. Za pliki odpowiadał serwer muzyczny Aurender N50 z zegarem MC10. W obu przypadkach systemy jeńców nie brały i dobrze, że na PGE pojawiłem się ponad 2h przed oficjalnym otwarciem, gdyż w trakcie trwania wystawy szanse na nie tylko zajęcie optymalnego miejsca odsłuchowego, co wręcz dostanie się do obu lóż zazwyczaj oscylowały wokół … zera.

Z ogromną radością powitałem znane z ostatniego High Endu majestatyczne i perfekcyjnie wykonane Lorenzo Audio Labs LM1 mk2, które w Monachium napędzały monobloki Ypsilon Electronics a całość okablowano ZenSati sILENzIO. Tymczasem na PGE nie dość, że pojawiły się one w towarzystwie systemu MSB i już topowego okablowania ZenSati #X. Mój zachwyt jakością wykonania LM1 mk2 nie wziął się jednak znikąd, bowiem ich obudowy to prawdziwe stolarskie arcydzieła. Pomijając same skrzynie wykonywane na 5-osiowych CNC i wzmacniane w krytycznych miejscach Panzerholz-em uwagę zwraca perfekcja fornirowania, co biorąc pod uwagę, iż odbywa się ono w pełni ręcznie i wykonywane jest przez czwartą generację stolarzy, których rodzinne tradycje sięgają … 1888 r. Sam system grał dźwiękiem niezwykle swobodnym i niewymuszonym o onieśmielającej rozdzielczości i równie imponującej dynamice. W dodatku miałem okazję posłuchać go jeszcze przed oficjalnym otwarciem wystawy, na niemalże pustym piętrze, więc nie musiał przekrzykiwać się z sąsiadami zza ściany a tym samym mógł grać stosunkowo cicho, wręcz po domowemu. Oczywiście później również kilkukrotnie rzucałem na niego uchem i nawet na niemalże koncertowych poziomach głośności nie sposób było mówić o jakichkolwiek kompromisach. Warto również nadmienić, iż dzięki 150 m² Lorenzo miały jak i gdzie „zniknąć”, a i „widownia (słuchalnia?)” ustawiona była w odpowiedniej odległości, przez co hiszpańskie kolumny zachowywały się niczym punktowe źródła dźwięku.

Niezwykle ciekawy pomysł zaprezentował stołeczny SoundClub dzieląc 300 metrową salę Barcelona pomiędzy dwa system. W pierwszym, do którego podchodziłem kilkukrotnie, gdyż pierwsze dwa, bądź trzy podejścia dotyczyły odsłuchów prowadzonych w niemalże egipskich ciemnościach (oświetlenie górne pojawiło się po blisko czterech godzinach). Kiedy więc nastąpiła jasność oczom zgromadzonych ukazał się set ze śnieżnobiałymi Martenami Parker Quintet (ani razu nie załapałem się na grające Ascendo The28 SUB), które napędzał zestaw pre/power Boulder 2110 / Boulder 2160 a w roli źródła wystąpiła „wieża” Wadax Studio System (Studio Player + Studio Clock + Studio PSU).
Z kolei w drugim można było usłyszeć (i przy okazji również poczuć na własnych trzewiach) wspomagane parą subwooferów Göbel Divin Sovereign i zasilane końcówką Soulution 717 futurystyczne Göbel Divin Noblesse. Za tor cyfrowy odpowiadał Wadax Reference Server z Reference PSU i Wadax Reference DAC. A w torze analogowym królował gramofon Brinkmann Taurus z ramieniem Brinkmann 12.1 i wkładką Air Tight PC-1 Coda podpięte pod phonostage Soulution 757. Który system grał lepiej i który bym z chęcią nabył (kwestie lokalowe pozwolę sobie pominąć)? Przewrotnie powiem, że nie miałbym nic przeciwko posiadania obu, jednak idąc nieco pod prąd stawiałbym przewrotnie na mariaż kolumn Göbel z elektroniką Bouldera, czyli takie 2w1 stadionowych propozycji.

Kojarzona do tej pory z filigranowymi mini-monitorkami BBC LS3/5a oksfordzka Falcon Acoustics pojawiła się na PGE z premierowymi, wycenionymi na drobne 4 mln PLN kompozytowymi, 120 kg podłogówkami Oneiros, do których napędzenia użyto lampowych monobloków Audio Research Reference 330M a rola źródła przypadła w udziale VPI Avenger Statement, na którego ramieniu zawisła optyczna wkładka DS. Audio.

Kolejnymi wykorzystującymi kompozyt (tym razem Krion™) były potężne, ponad dwumetrowe śnieżnobiałe Kroma Maribel, którym towarzyszyła elektronika Ypsilona. Dźwięk ww. systemu był w pełni adekwatny do jego rozmiarów, więc jak na wystawowe warunki wypadł całkiem atrakcyjnie.

Polskim akcentem były Elektrostatyczne Lirogon Origin, które przynajmniej wg. ich wytwórcy miały być nie dość, że bezkompromisowe, to pełnopasmowe. I o ile w praktycznie całkowicie pustej, 120 metrowej sali Paryż B jeszcze, na specjalnie przygotowanym na tę okazję materiale powyższe założenia można było uznać za w miarę realne, to niestety przy pełnym obłożeniu (np. podczas prezentacji Tomasza Raczka) cały misterny plan posypał się jak domek z kart.

Przechodząc do pozytywów, zdecydowanie bardziej przekonująco wypadły napędzane przez Naim Statement potężne Focale Grande Utopia EM Evo. Z premedytacją piszę o konfiguracji stereo, gdyż pomimo uruchomienia całej marketingowej promującej Dolby Atmos najdelikatniej rzecz ujmując nie jestem ani orędownikiem, ani tym bardziej fanem nagrań masteringowanych (o remasterowanych nawet nie wspominając) w tym systemie, wyrażając swoje odrębne zdanie od np. mającego swoją prezentację Jacka Gawłowskiego optymistycznie twierdzącego, że właśnie Dolby Atmos wyprze stereo. Całe szczęście spotkanie z przedpremierowo prezentującym highlighty z nadchodzącego wielkimi krokami albumu „the world under unsun” Lunatic Soul Mariuszem Dudą odbywało się przy wykorzystaniu dwukanałowego z ww. Utopiami (za co chwała i cześć Organizatorom). Bez „wielokanałowych udziwnień” grał za to  zestaw elektroniki Unison Research i kolumn Opera Loudspeakers Grand Callas Edizione Speciale i robił to naprawdę świetnie – dźwięk dorównywał designowi.

Podobnie jak w przypadku SoundClubu, również i do jednej z zajmowanych przez stołeczny HiFi Club sal z racji ww. blackoutu zaglądałem kilkukrotnie. Zanim jednak i w niej udało mi się posłuchać i zrobić zdjęcia na pierwszy ogień poszedł set McIntosha z potężnymi monosami Mc2.1kW, preampem C12000, odtwarzaczem MCD12000, czy też charakterystycznym gramofonem MT10 z wkładką Lyra Etna Lambda napędzający Rockporty Orion. A koniec z końców z mroku wyłonił się system Electrocompanieta z monoblokami AW-800M, preampem EC-5, streamerem ECM-a mkII i odtwarzaczem CD EMC-1mkV i kolumnami Rockport Lyra.

Schodząc nieco na ziemię trójmiejski Premium Sound niejako zdublował zeszłoroczny set sięgając nie po dwie a tym razem cztery końcówki Van den Hul The Excalibur, które wraz z przedwzmacniaczem The Emerald napędzały zdecydowanie poważniejsze od AudioSolutions Figaro L2 kruczoczarne Vantage M. Efekt? Świetny, dynamika, rozdzielczość i brak jakichkolwiek ograniczeń tak dynamicznych, jak i repertuarowych. Przy okazji zaglądając do tej loży w ciągu trzech dni wystawy na własne uszy można było przekonać się jak serwowany dźwięk ewoluuje i jak zarówno szlachetnieje „berylowa góra”, jak i całość pasma nabiera uzależniającej koherencji.

A już z zupełnie „ludzką” ofertą pojawiło się białostockie Rafko prezentując systemy z elektroniką Brystona i Perlistena, oraz Canora i Triangle. Oczywiście dla „nieludzi” też było małe co nieco i wcale nie mam na myśli wręcz kultowej w pewnych kręgach cytrynówki, lecz potężny – 3000 W i 100kg subwoofer Perlisten D8is, który z powodzeniem mógł wstrząsać i nie mieszać bondowskie Martini serwowane w butikowych restauracyjkach na Saskiej Kępie.

Wracając na stricte stratosferyczny pułap nie sposób było przegapić „biżuteryjnych”, wyposażonych w trzy diamentowe tweetery kolumn Kharma Enigma Veyron 2D, którym towarzyszyła elektronika Goldmunda i rodzimy gramofon J.Sikora Reference. W drugim, nieco skromniejszym secie można było usłyszeć model Standard Max Supreme z kolumnami Joseph Audio i elektroniką Doshi. I choć kolumny Joseph Audio bardzo lubię i jeśli tylko nadarza się ku temu okazja staram się ich zawsze dłużej posłuchać, to tym razem Kharmy okazały się zdecydowanie bardziej skutecznym magnesem.

Kolejną bardzo miłą i zarazem nieco „odczarowującą” jej postrzeganie niespodziankę przygotował włoski Diapason, który większości audiofilów i melomanów kojarzy się mistrzowsko wykonanych monitorów. Tymczasem na PGE Włosi pojawili się z potężnymi podłogówkami Didascalia, które z dzielonką Van den Hul The Emerald & The Excalibur i źródłem Lumina. Prezentowana para zachwycała odważną bryłą, skórzanym frontem i orzechowymi ścianami bocznymi (listwy z litego orzecha sezonowane przez wiele miesięcy i dodatkowo próżniowo wyprażane). Z kolei sama skrzynia to oparte na wewnętrznym aluminiowym egzo-szkielecie autorskie połączenie płyt HDF i sklejki brzozowej.

Jak na stadionową lokalizację i zajmowaną salę prezentacja oparta o Dynaudio Confidence 60 i elektronikę Circle Labs (pre power P-300/M-500) wyglądała dość skromnie. Nic jednak nie poradzimy na fakt, że obecny właściciel marki jakoś niespecjalnie pali się do wprowadzenia godnych następców Consequence’ów, czy Evidence’ów Master / Platinum, przez co zaczyna ustępować pola konkurencji w stylu Dali (Kore) , czy nawet Canton (Reference GS Edition).

Zgodnie z tradycją Studio999 postawiło na kolumny Stenheim Alumine Five w towarzystwie przedwzmacniacza Karan, potężnych monobloków Audio Research Reference 750SEL i szpulowca Sony APR-5000.

Kolejny polski akcent, czyli charakterystyczne głośniki tubowe hORNS (Uniwersum Reference), plikograj Lucas Audio Lab i okablowanie David Laboga Custom Audio.

Swoją obecność na rynku postanowił również zaznaczyć Technics premierowo prezentując limitowaną edycję gramofonu SL-1200/1210G, jednak zorganizowany dla przedstawicieli prasy pokaz miał ponad półgodzinny poślizg, więc mając mocno napięty grafik zmuszony byłem się w trakcie ewakuować na kolejne spotkanie.

Kończąc relację z tegorocznego Audio Video Show wrzucam jeszcze migawkę z ekspozycji prac (okładek płytowych) autorstwa Zbigniewa M. Bielaka. Tym samym serdecznie dziękuję Organizatorowi za kawał dobrej roboty, w tym szczególnie za „wyszarpnięcie” PGE drugiego piętra Trybuny Wschodniej a tym samym udostępnienie jednych z najlepszych sal do prezentacji najbardziej „wypasionych” systemów. Do zobaczenia za rok.

Marcin Olszewski

Ps. prośba o nieoddalanie się od „radioodbiorników”, gdyż lada moment zdecydowanie bardziej rozbudowanymi słownie wrażeniami z AVS podzieli się z Państwem Jacek.
Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Kontynuując reportażowy maraton najwyższa pora na legendarny OES i premię górską w jednym, czyli Hotel Radisson Blu Sobieski, który stali bywalcy doskonale znają z corocznych „czelendży” w stylu 7 pięter na jednym wdechu. Uczciwie trzeba jednak przyznać, iż poza najbardziej zaimpregnowanymi i czującymi wręcz atawistyczny lęk przed szatnią osobnikami lwia część odwiedzających tegoroczne Audio Video Show wszelakiej maści paltociki i puchówki wolała zostawić na parterze i hotelowe korytarze przemierzać w stosownym do panujących tamże warunków odzieniu. Na wysokości zadania stanął również i sam Organizator, bowiem poza miejscowymi „kataraktami” i chwilowymi oblężeniami niektórych pokoi „powietrza” nie brakowało a ruch odbywał się zaskakująco płynnie i to pomimo nieprzebranych tłumów nieprzerwanie przelewających się przez Sobieskiego już od piątkowego południa.

Niniejszy odcinek pozwolę sobie rozpocząć od pokoju WK Audio, w którym może nie było najgłośniej, lecz o nim było najgłośniej, bowiem nie wiedzieć czemu widok wystawionych na forum publicum, na pierwszym planie przewodów z serii TheRed co poniektórym, przejawiającym bliżej nieokreślone stany lękowe, jednostkom mówiąc potocznie „wysadził korki”. Jakaś ta dzisiejsza młodzież strasznie delikatna i wrażliwa, bo starzy wyjadacze z pewnością pamiętają, iż właśnie taki sposób prezentacji swoich wyrobów przez lata kultywowała rodzima manufaktura Ansae, czy duńskie ZenSati. Więc i tym razem każdy zainteresowany mógł przyjść, posłuchać, popatrzeć i ocenić, czy „kable grają”.

Nie mniej skutecznie za oko i ucho łapał południowokoreański system Brunoco, w skład którego wchodził kompaktowy wzmacniacz zintegrowany 300B, oraz intrygujące prototypowe, trójdrożne mini-podłogówki OmniOne.

Skoro o egzotyce mowa, to Koreę Południową reprezentowały również przewody Athenamuse Cable wraz z kolumnami i elektroniką Ella Sonika, z których portfolio uwagę zwracał podłogowy model Penta z diamentowym tweeterem, berylowym średniotonowcem i ceramicznymi wooferami za nieco ponad … 23k$.

Z kolei z Wietnamu dotarła do nas marka Mavis Lab, która pojawiła się z opartym o Raspberry Pi 4 i lampy 300B serwerem/preampem TMS9 Premium, końcówką mocy Mavis M90S i kolumnami ThivanLabs Eros 7.

Wątek azjatycki, przynajmniej na czas jakiś zamyka chińska marka Soundware Audio z wielce urodziwymi streamerami, serwerami i przetwornikami.

Skoro o przetwornikach mowa, to z kolei Europę i to tę zza miedzy, reprezentowała niemiecka manufaktura ADMD, która pojawiła się również z własnymi kolumnami a w skład systemu weszła integra Electrocompanieta i okablowanie ZenSati.

Z kolei polsko – skandynawska kooperacja, to BonaWatt Triton, Benny Audio z rodzimą wkładką Homogenix, Lampizator i φ OePhi.

Na tegorocznym AVS nie mogło zabraknąć stołecznej manufaktury Ciarry, której odgród można było posłuchać w towarzystwie elektroniki Brystona i okablowania ZenSati. Za oko łapał również piękny gramofon Sony TTS-8000 z wkładką Homogenix.

Z kolei KASOTO kolumnami OnWaTi BF próbował do swoich projektów przekonać miłośników ogrodnictwa, bowiem skrzynkopodobne moduły kolumn z łatwością można było wkomponować w stoiska np. z jabłkami 😉

W zauważalnie mniej kontrowersyjnej estetyce utrzymane były za to oparte na diamentowych tweeterach Bliesma i średnio + niskotonowcach Puriffi kolumny AudioPhase STEALTH One. Towarzyszyło im okablowanie Next Level Tech NxLT Ether, gramofon Muarah i elektronika Perreaux. I tu ciekawostka, bowiem chociaż w ramach tego typu relacji staram się nie rozpisywać na temat dźwięku, to w tym systemie podczas dwóch moich wizyt każdorazowo dźwięk brzmiał jakby gramofon zdecydowanie „przyspieszał” obroty, gdyż nawet znane mi nagrania miały podniesioną równowagę tonalną i szybsze aniżeli zazwyczaj tempa. Pytanie czy miałem takie szczęście, że dwukrotnie udało mi się załapać na tego typu anomalie, czy po prostu „ten typ tak ma”.

Nijakich problemów nie zauważyłem w nieopodal rozstawionym secie Fezz (seria SUPERNOVA) / Pylon (Amethyst Gamma (Γ)). W dodatku powyższy system unaoczniał jak ogromny postęp dokonał się w obu ww. markach i jaką drogę przebyły, gdyż startując ze stricte budżetowego pułapu obecnie śmiało rozpychają się na światowych high-endowych salonach.

Wrocławskie Audio Atelier postawiło na autorski miks tak znanych, jak i jeszcze zupełnie nowych na naszym rynku marek. Pod względem prezencji oraz brzmienia trudno było dorównać systemowi z potężną integra Bladelius ODEN II z monitorami TAD CE-1TX o szczery podziw i niedowierzanie budziły filigranowe francuskie mini-monitorki Mulidine Alma, które pomimo doskonale słyszalnego i odczuwalnego w pokoju, w którym grały basu bynajmniej nie wspierały się żadnym subwooferem.

Ø Audio Icon 12 z Electrocompanietem (800-ki ) pomimo pozornie trudnych warunków lokalowych dały radę i nie bały się żadnego repertuaru.

„Miedziane” AudioSolutions Virtuoso B z integrą Lab 12 i źródłem Rockny po raz kolejny udowodniły, że w hotelowych warunkach monitory w zupełności wystarczają zarówno pod względem potęgi, jak i wolumenu generowanego dźwięku.

A skoro o podłogówkach mowa to lepiej stawiać na smukłe i „szybkie konstrukcje, jak np. Penaudio świetnie dogadują się z lampową elektroniką Audio Reveal (Hercules + Second Signature).

The Note postawił za to na retro design, komponenty „z epoki” i brzmienie, przy którym po prostu można było odpocząć.

Lampową estetykę kontynuował Triode Japan Junone 845SE z kolumnami Peak Consult Sonora oferując brzmienie gęste i dostojne a jednocześnie z wysoce satysfakcjonującą rozdzielczością.

Bardziej swobodny dźwięk był za to domeną elektroniki Zikra Audio ze szwedzkimi, wysokoskutecznymi (92dB) kolumnami Soft Collective SC-05.

Lampową rozmiarówkę XXL reprezentowały z kolei potężne monobloki Mastersound PF 200 LITZ z preampem Spazio, napędzające kolumny Brodmann Acoustics VC7. Całość okablowano przewodami ZenSati Seraphim.

Stołeczny Hi-Fi System z dumą prezentował kolumny Raidho z elektroniką Moon Audio.

Duńskie przewody ZenSati sILENzIO obecne były również w systemie SV Audio (Storgaard & Vestskov) gdzie zgrabne podłogówki Gro napędzał wzmacniacz zintegrowany Pass INT-60.

Radisson Blu Sobieski kończymy wizytą w pokoju Revoxa, gdzie źródłem był trudny do przeoczenia szpulak B 77 Mk III.

Marcin Olszewski

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Choć Alfred Hitchcock uważał, że dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a następnie napięcie ma nieprzerwanie rosnąć, to tegoroczne Audio Video Show pokazało, że życie potrafi nie tylko zaskakiwać, co pisać zdecydowanie bardziej emocjonujące scenariusze. Przekonali się o tym na własnej skórze wystawcy z PGE Narodowego, którym tuż przed piątkowym otwarciem najpierw zafundowano alarm przeciwpożarowy a co za tym idzie zakaz wstępu „na obiekt”, by potem część z nich dopieścić kilkugodzinnym blackoutem wynikającym z całkowitego braku oświetlenia. Nie powiem, jeszcze nie byłem na takim evencie audio, gdzie co prawda systemy grały, ale ich widoczność była najdelikatniej mówiąc czysto umowna, więc jeśli ktoś nie wiedział do tej pory na czym polegają „ślepe odsłuchy”, to tym razem miał okazję takowych doświadczyć. Jeśli zaś chodzi o grand finale, to w niedzielę niemalże dokładnie o 17-ej, a więc w godzinie zamknięcia wystawy, nad Warszawą przeszła niewielka burza, po której nastąpił tzw. opad ciągły, który na pewno pakującym swe ustrojstwa wystawcom życia nie ułatwił. Niemniej jednak uczciwie trzeba przyznać, iż stołeczna impreza może i statystycznie/liczbowo awansowała pod względem wielkości na drugie miejsce na świecie, tuż za do niedawna monachijskim High Endem, to patrząc z perspektywy ostatniego weekendu śmiem twierdzić, że spokojnie ww. konkurencję zdeklasowała tak pod względem rozmachu, jak i prezentowanych podczas minionych trzech dni systemów. Mówiąc wprost było grubo – bodajże 230 wystawców, 190 sal i taki bezlik urządzeń i akcesoriów, że chyba nikt nawet nie próbował ich zliczyć i skatalogować. Dlatego też nawet nie mieliśmy ambicji być w każdym z pokojów, posłuchać i obfotografować wszystkiego, czy też nawet pokrótce o wszystkim napisać, gdyż nawet gdybyśmy tak karkołomne wyzwanie podjęli, to matematyka bezwzględnie by je zweryfikowała. Nie wierzycie? No to proszę – AVS trwało 25 godzin (8 w piątek, 10 w sobotę i 7 w niedzielę), czyli 1 500 minut, co przy ww. 190 pokojach daje niecałe … 8 min na pokój. I to bez przechodzenia pomiędzy nimi, nie mówiąc o zmianach lokalizacji (nawet wystawowym busem). Skoro kwestie natury logistycznej mamy wyjaśnione pozwolę sobie jeszcze nawiązać do co roku pojawiających się nacisków i pytań, tak ze strony dostawców, jak i czytelników odnośnie braku nagród, gwiazdek, wyróżnień, pamiątkowych proporczyków, obrazków, naklejek, odcisków palca, buta, czy też ucha, etc. Cóż, temat wałkowany był wielokrotnie, ale widać, że jednak wymaga okresowego przypomnienia. A sprawy mają się tak, że naszą radosną twórczość kierujemy do obiorców na tyle inteligentnych, by po zapoznaniu się z treścią danego artykułu, byli oni w stanie ocenić, czy dane urządzenie wpisuje się w ich gusta, czy też powinni szukać czegoś innego a decydując się na zakup kierują się własnym rozumem i słuchem a nie ww. marketingowymi zagrywkami. Ponadto jakiekolwiek rankingi, zazwyczaj zupełnie niezamierzenie, generują niezbyt zrozumiałe zachowania polegające na kompletowaniu systemów z najwyżej ocenianych komponentów z danych kategorii, czyli niektórzy wychodzą z niestety z błędnego założenia, że biorąc same „pięciogwiazdkowce” złapią Pana Boga za nogi. A to tak niestety nie działa. Powyższa zasada dotyczy również braku rankingu systemów tak na AVS, jak i jakiejkolwiek innej wystawie/targach prezentowanych, gdzie ogrom zmiennych wyklucza jakikolwiek miarodajny osąd i pozwala jedynie na uchwycenie wrażenia chwili.
Przechodząc jednak do meritum, zgodnie z tradycją relację z tegorocznego Audio Video Show rozpoczynamy od najmniej „obłożonego” obiektu, czyli Hotelu Golden Tulip, w którym kolejność odwiedzanych sal pozwoliłem sobie podporządkować … alfabetowi.

Tym oto sposobem na pierwszy ogień poszedł Grobel Audio, który nawet nie próbując zrywać z przez lata budowanym wizerunkiem postawił na szpulaka w roli źródła, amplifikację Jadis (JP 80 MC MKII + 160W monobloki JA 200 MkII) i kolumny Franco Serblin Accordo Unica. Mało wyczynowo? Oczywiście, jednak audio to nie wyścigi i jeśli chce się muzyką delektować i przy muzyce odpoczywać, to z powodzeniem można było takową nirwanę i błogostan z ww., setem osiągnąć.

No dobrze, za sprawą Nautilusa wchodzimy na zdecydowanie inny pułap i intensywność doznań, gdyż choć w tym roku Gerhard Hirt postawił na podstawowe urządzenia Ayona, to ze zjawiskowymi kolumnami Lumen White Light III brzmienie było naprawdę wysokiej próby a tuż za ścianą futurystyczne Estelony z legendarnymi monoblokami Kondo Kagura, preampem Kondo G1000 jeńców już nie brały. Duży, wręcz potężny dźwięk Estelonów czytelnie różnił się od rozdzielczości austriackiego sąsiedztwa, więc każdy mógł wybrać „swoje brzmienie”.

Z kolei katowicki RCM nie dość, że zjawił się z pełnym pakietem nowości, to jak rzadko kiedy zajął dwie a nie jedną salę. Inaczej się jednak nie dało, gdyż w większej – Platinum 1 pyszniły się premierowe (nowa marka w portfolio RCM-u) YG Acoustics Hailey 3 w towarzystwie monobloków Vitus Audio SM-025. Za to w mniejszej – Silver 2, „zmieściły się” tak pod względem optycznym, jak i przede wszystkim sonicznym, strzeliste Gauder Akustik Dark 140 mk2, które z kolei grały w towarzystwie monobloków Thraxa. Co do źródeł, to sygnał zapewniały gramofony Dr.Feickert, Kuzmy, S.M.E. i TechDAS-a, więc od zdroworozsądkowego Hi-Fi po może nie ekstremalny, ale z pewnością pełnokrwisty High-End. Jeśli z kolei ktoś li tylko na podstawie zdjęć, bądź naszej wcześniejszej relacji z siedziby dystrybutora mógłby sądzić, że Hailey 3 są/były za małe do Platinum, to spieszę donieść, że te kolumny może nie imponują swą posturą, lecz serce do grania mają wielkie, i z nagłośnieniem hotelowej kubatury poradziły sobie z łatwością i to niezależnie od repertuaru.

No i niejako na deser nowy gracz na naszym rynku, czyli Zikra Audio, której lampowa elektronika zdążyła już kilkukrotnie na łamach SoundRebels zagościć, jednak firmowe, wysokoskuteczne tubowe (wysokotonowe Line Magnetic 597 + horny Western Electric 22A + woofery EMS B15 EX MKII) kolumny były dla nas pewnym novum. Efekt? Koherencja, rozdzielczość, swoboda i … spokój. Mniam.

Marcin Olszewski

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Raidho X2t

Opinia 1

Mówcie co chcecie, ale bez jakiegokolwiek naciągania faktów Raidho jest pełnoprawnym przedstawicielem kolumowego mainstreamu z najwyższej światowej półki. Co prawda na naszym rynku z uwagi na częste zmiany dystrybutora mimo pełnej rozpoznawalności ma nieco pod górkę, jednak gdy idziemy na jakąkolwiek prezentację z jej udziałem, z automatu nastawiamy się na fajne wydarzenie. I nie ma znaczenia, czy ze szczytów, czy początku oferty, gdyż to zawsze jest żywe i dzięki temu ciekawe brzmienie. Po co naskrobałem powyższy wywód? Naturalnie jako zapowiedź testu, bohaterem którego po 11 latach przerwy od ostatniego spotkania na naszych łamach z modelem Raidho S-2.0 będzie coś wyjątkowego. Co konkretnie? Otóż tym razem dzięki staraniom stacjonującego w Warszawie dystrybutora Hifi System bohaterem spotkania będzie nieduży aparycyjnie, za to wielki duchem, rocznicowy zestaw kolumn podłogowych Raidho X2t Anniversary Edition Emerald Green. Jeśli jesteście zainteresowani co przez ten szmat czasu wydarzyło się w kwestii brzmienia u tytułowego producenta? Jeśli tak, to nie pozostało nic innego, jak lektura poniższego testu.

Co czeka nas w momencie wypakowania kolumn z transportowego keys-a? To średniej wysokości, bo osiągające nieco ponad 100 cm wysokości, dość wąskie – front oscyluje wokół 30 cm szerokości, ale przy takich gabarytach stosunkowo głębokie, zbiegające się płynnym łukiem ku tyłowi do rozmiaru ponad 49 cm głębokości skrzynki. Jak widać na fotografiach, są pięknie wykończone i w tym samych duchu, czyli z pietyzmem potraktowane od strony technicznej. A powodem powołania do życia ich w takiej wersji jest ważna dla marki rocznica 25 lat działalności, która poskutkowała wykończeniem boków modyfikowanym i w wersji testowej mieniącej się przyjemną dla oka zielenią naturalnym fornirem w eleganckim połysku – w ofercie jest kilka wersji kolorystycznych, zastosowaniem aluminiowych paneli jako ostoja zorientowanych na awersie wysokiej jakości przetworników oraz wykorzystaniem najlepszych podzespołów do wykonania współpracujących z głośnikami zwrotnic. Jeśli chodzi o zastosowane przetworniki, na front-panelu znajdziemy wstęgę obsługującą wysokie tony i tuż pod nią dwa średnio-niskotonowce. Jednak aby z niedużej pojemnościowo obudowy uzyskać bardzo dobrej jakości i w pełni kontrolowany poziom niskich rejestrów, naturalną koleją rzeczy w dolnej części bocznych ścianek ulokowano świetnie prezentujące się, bo będące wariacją nt. skrzeli, wyloty bas-refleks. Kwestię przyłączenia kolumn do docelowego systemu rozwiązują umieszczone tuż nad podstawą w tylnej części kolumn, zorientowane w pionie pojedyncze zaciski. Wiadomym jest, iż w przypadku tak wąskich konstrukcji istotna jest ich odpowiednia stabilizacja, dlatego do podstaw tych żartobliwie mówiąc słupków dokręcone zostały wyposażone w eleganckie stopy antywibracyjne poprzeczne poprzeczki z aluminium. Tak prezentujące się kolumny według informacji producenta są układami 2.5 drożnymi o impedancji ustalonej na poziomie 4 Ohm. W komplecie startowym jako ewentualne panaceum na nazbyt ochoczą pracę dolnych rejestrów znajdziemy także zestaw gąbkowych zatyczek. Jak wspominałem na samym początku, w drogę do klienta tytułowe jubileuszówki pakowane są w odporne na uszkodzenia, znane z zapleczy wszelkiej maści realiów koncertowych aluminiowe keys-y na kółkach.

Jak zagrały rocznicowe Dunki? Już we wstępniaku wspominałem, że mimo niewielkich rozmiarów są wielkie duchem. I zapewniam, nie było to sztuczne gloryfikowanie modelu z racji ich wyjątkowości spowodowanej ćwierćwieczem działalności firmy, tylko stwierdzenie faktu, z jakim miałem przyjemność się zderzyć podczas sesji testowych. O co chodzi? Powiem bez ogródek, one nie udają dużego dźwięku, one od najniższych poziomów głośności grają dużym dźwiękiem. Jaka to różnica? Dla mnie dramatyczna i rozbija się o serwowanie słuchaczowi poczucia siłowej lub niewymuszonej prezentacji. Owszem, nieduże kolumny w stylu naszych bohaterek nie zagrają z taką swobodą jak przykładowo moje wielkie wieże oblężnicze, ale gdy na co dzień obcuje się z dużymi zestawami, od pierwszego strzału słychać, czy estetyka brzmienia małych jest męcząco nadmuchana, czy duża jak na takie konstrukcje, ale w miarę naturalna. I gdy weźmiemy pod uwagę powyższe kryteria, z przyjemnością stwierdzam, iż tytułowe Raidho grają w dobrym znaczeniu słowa mimo swoich gabarytów dużym, ale nie nachalnym dźwiękiem. Co to oznacza? Pierwszą i najważniejszą informacją jest projekcja zaskakującego, co dużego i w domenie ilości i serwowanej przez to energii, jednak w pełni kontrolowanego basu. To jest energia serwowana od najcichszych poziomów wolumenu dźwięku, co znając sporą grupę znajomych oczekujących solidnego kopnięcia muzyką od początku skali głośności może być ich największą zaletą. Tym bardziej, że w takim duchu pracuje reszta pasma akustycznego, które ciekawie potęguje efekt zjawiskowej żywotności słuchanej muzyki. Z tego powodu bez względu na rodzaj twórczości otrzymujemy zawartą w niej nawet najbardziej skrytą radość. Po prostu życie z opisywanymi Dunkami to bezkresne pławienie się w przekazie emanującym dobrym drivem i otwartością wizualizowania wydarzeń scenicznych. W tym momencie jestem zobligowany dodać, iż to jest także efekt unikania zbytniego kolorowania świata muzyki, a rzekłbym nawet, że pokazywanie go w estetyce nigdy nieprzekraczającej punktu zero na osi neutralności. Czy to problem? Według mnie nie, gdyż mocodawcy marki najzwyczajniej na wiecie stawiają na konkretnego słuchacza, a nie w teorii sztuczną uniwersalnością z różnym skutkiem próbują zadowolić szeroką grupę zazwyczaj pozbawionych konkretnych oczekiwań osobników homo sapiens. Raidho wygląda i gra wyraziście i albo się je kocha albo omija z daleka. Na co możemy liczyć, gdy się w nich zakochamy?
Myślę, że nikogo nie zaskoczy fakt znakomitego występu płyty ze ścieżką dźwiękową Hansa Zimmera z filmu „Helikopter w ogniu” Ridley’a Scott-a. To jest istna, przez to zamierzenie robiąca wielkie wrażenie na słuchaczu seria zaskakujących ataków dźwiękiem. Na przemian maestro Hans przeplata melodyjne, nasączone zadumą frazy bliskowschodnie, uderzenia basowymi pomrukami podkreślającymi tragizm danej filmowej sceny oraz śpiewane przez Lisę Gerrard, łapiące za duszę ballady, co teoretycznie nie pozwala nawet na moment wypaść z transu słuchania tego materiału. Ale aby tak się stało, musi być spełniony warunek oddania tego zamierzenia przez system odsłuchowy. A jak wynika z wypisanych cech skandynawskich konstrukcji, spełnianie takiego założenia jest wręcz wodą na ich młyn, dlatego też na poziomie zaangażowania emocjonalnego z moimi kolumnami wszedłem w tę epicką przygodę bez efektów niedosytu. Owszem, nie było takich zejść dolnego zakresu jak z Gauderami, ale jak na takie maluchy efekt masowania mnie efektami sonicznymi był spektakularny. I piszę to bez naciągania faktów. Jak z taką kontrolą basu to zrobili z tak skromnych paczek, nie mam pojęcia. Ważne, że się działo.
Nieco inaczej, ale nie żeby źle, a jedynie mniej w kwestii oczekiwanej emocjonalności odebrałem muzyką jazzową spod znaku tak zwanego dream-teamu, czyli trio Możdżęr, Danielson, Fresco z płyty „The Time”. Chodzi mianowicie o czasem występowanie uczucia zbyt małej esencjonalności brzmienia fortepianu i kontrabasu. Perkusista był w siódmym niebie, bo system częstotliwości pracy jego atrybutów wręcz hołubił, ale już fortepian Możdżęra oraz nadmuchane skrzypce Danielsona momentami wybrzmiewały zbyt krótko – przekaz stawiał na solidny atak i lekko chłodno – feedback brylowania po lżejszej stronie neutralności, niż osobiście by tego oczekiwał. To oczywiście można było nieco skorygować odpowiednim okablowaniem, jednak chciałem pokazać prawdziwe „ja” zielonych panien. A zrobiłem to dlatego, że wiem, iż mam do czynienia z czytelnikami znającymi meandry konfiguracyjne systemów na najwyższym poziomie jakościowym i takie kluczowe informacje są dla Was niezwykle ważne. Mogłem ulepić finalne brzmienie na swoją modłę, tylko w czym by to komuś pomogło, a tak już na starcie przemyśleń odnośnie zmian w systemie wiecie, że kolumny wymagają odpowiedniego podejścia, aby utrzymać ich radość i żywiołowość, należy jedynie nieco posłodzić. Ale jak powiedziałem nieco, aby nie zatracić tego co dla tego rodzaju muzyki jest ważne, czyli utrzymania dobrej kontroli i odpowiednio ostrego wizualizowania bytów na wirtualnej scenie, co jest pozytywnym znakiem szczególnym tego modelu kolumn.

Co sądzę na temat przybyłych ze Skandynawii kolumn Raidho X2t Anniversary Edition Emerald Green? W moim odczuciu to połączenie kilku ciekawych aspektów. Są stosunkowo nieduże, a potrafią stworzyć pełno-skalowy spektakl muzyczny. Dodatkowo bardzo istotne w tym jest to, że nie męczą słuchacza nachalnością podania materiału. Naturalnie w wartościach bezwzględnych to spory jak na rozmiar kolumn dźwięk, jednak jego zaletą jest znakomita wyrazistość prezentacji już od niskich poziomów głośności w małych pomieszczeniach i po odpowiednim podkręceniu gałki wzmocnienia swoboda wypełnienia muzyką dużych kubatur. Jak można się spodziewać w ich finalnym występie sporo będzie zależeć od reszty systemu, gdyż ich specyfika podania muzyki oscyluje w zakresie neutralności bez oznak podgrzewania atmosfery słuchanej muzyki. Jednakże jedno jest pewne, szkoły BBC rodem z kolumn Harbetha z nich nie uzyskacie. Ale nie z powodów jakichkolwiek braków, tylko realizacji złożeń konstrukcyjnych, które w przypadku sekcji inżynierskiej miały pokazać muzykę z jej żywej i radosnej strony. A jeśli tak, moja estymacja potencjalnych zainteresowanych będzie prosta, bo stawiająca na słuchaczy szukających emocji związanych raczej z żywiołowością, a nie romantycznością kreowania ulubionej muzyki w swoim pokoju. Jak wspominałem, nieco można to naciągnąć na swoje tory, ale trochę. I myślę, że dobrze, bo dzięki temu X2t zawsze będą jakieś, a nie nudnymi ciepłymi kluchami. Tych ostatnich w ogóle trudno szukać w portfolio Raidho, co tytułowe rocznicowe podłogówki nie tylko dobitnie, ale też udanie to potwierdzają.

Jacek Pazio

Opinia 2

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że o ile z katalogów innych producentów obiekty naszego zainteresowania możemy wybierać niemalże na chybił-trafił, to z Duńczykami tak łatwo nie będzie. Znaczy się może i kiedyś przebijemy symboliczny szklany sufit i koniec końców zagoszczą u nas jakieś strzeliste wieże, jednak na razie nie ma co ostrzyć zębów na będące mokrym snem wielu audiofilów flagowe TD6-ki, tylko trzeba zakasać rękawy i przerobić niżej urodzone modele. I bynajmniej nie chodzi o to, że takie mozolne wspinanie się po drabince rodowej hierarchii nam nie pasuje, gdyż to praktycznie jedyny sposób na dogłębną analizę progresu zachodzącego wraz ze wzrostem rangi danego modelu, tylko właśnie o ów wspomniany szklany sufit, gdyż od testu „budżetowych” S-2.0 upłynęło ponad jedenaście lat, opiekę nad marką sprawuje kolejny (trzeci?) dystrybutor a jeśli pamięć mnie nie zawodzi w tzw. międzyczasie ilekroć w trakcie ustalania planów recenzenckich wypływał temat Raidho, bo to właśnie ów byt jest sprawcą dzisiejszego zamieszania, to za każdym razem na stole lądowała propozycja wzięcia na redakcyjny tapet bądź to podstawkowych monitorów, bądź możliwie niskich rangą podłogówek. I taką też powtórkę z rozrywki zaliczyliśmy podczas rozmów z ekipą stołecznego Hi-Fi Systemu, która zaproponowała będące przedmiotem niniejszej recenzji filigranowe … X2t. Tu jednak pojawił dodatkowy argument przetargowy, gdyż nie dość, że niejako na pozaanteniu zostaliśmy poinformowani, że nie należy zbytnio sugerować się nikczemną posturą Dunek, bo podobno dają radę nawet w 100 m², to dla połechtania naszej recenzenckiej próżności zamiast zwykłych „seryjniaków” możemy liczyć na jedną ze 100 wyprodukowanych, numerowanych i certyfikowanych par … Raidho X2t 25th Anniversary Edition w zjawiskowym wykończeniu Emerald Green. Skoro zatem czytają Państwo te słowa, to znak, że jednak daliśmy się przekonać i wstawiliśmy „zielone żabki” do OPOS-a.

Już podczas unboxingu jasnym stało się, że powiedzenie „małe jest piękne” po raz kolejny znalazło potwierdzenie w naturze, bo czego by o X2t nie powiedzieć, to urody trudno im odmówić. Są uroczo filigranowe, fenomenalnie wykonane a po rozstawieniu w pokoju po prostu w nim znikają, więc już na tym etapie jeśli tylko „Strażniczka domowego ogniska” wierci Wam dziurę w brzuchu o jakieś „małe kolumienki” zamiast zajmujących drogocenną przestrzeń życiową obelisków, to … To dopóki nie zapoznacie się z naszymi czysto subiektywnymi wrażeniami, lepiej zapobiegawczo ustawcie ekran monitora/smartfonu/tabletu tak, by przypadkiem jej czujne i wszystkowidzące oko powyższej galerii nie uchwyciło. A jest na czym oko zawiesić, gdyż X2t poza zjawiskowym „malachitowym umaszczeniem” uzbrojono w parę niewielkich 5,25” srebrzystych mid-wooferów i ulokowaną nad nimi prostokątną, również utrzymaną w srebrnej tonacji wstęgę. Korpusy, które ze względu na swą smukłość dodatkowo „pocieniono” zabiegiem zbiegania się ścianek bocznych ku będących niemalże w całkowitym zaniku pleców, otrzymały dodatkową stabilizację w postaci przykręcanych do ich aluminiowych cokołów poprzecznych belek z estetycznymi antywibracyjnymi (odsprzęganymi za pomocą systemu kulek) stopami. I właśnie z racji owego zaniku rewersu terminale głośnikowe umieszczono pionowo a ujścia kanału bas refleks przyjęły postać estetycznych skrzeli umieszczonych po obu stronach obudów.
Warto zwrócić uwagę, iż przetworniki basowe mogą pochwalić się kanapkowymi membranami, które wykonano w postaci aluminiowo-ceramicznych sandwichy, które dodatkowo pokryto tantalem. Z kolei w tweeterze chroniona metalową siatka pracuje folia o grubości 11 mikronów i masie 20 mg zdolna przetwarzać pasmo do 82 kHz. W porównaniu z „cywilną” wersją X2-ek jubileuszowe wypusty otrzymały przeprojektowane zwrotnice, wewnętrzne okablowanie Nordosta z technologią Norse, lepsze terminale głośnikowe (Furutecha) i trudną do przeoczenia szatę wzorniczą w postaci łapiących za oko wykończonych na wysoki połysk fornirów Walnut Burl, Midnight Blue i widocznego na powyższych zdjęciach Emerald Green.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z układem dwuipółdrożnym z podziałem pasma ustalonym na 130 Hz i 3,4 kHz. Zgodnie z deklaracją producenta X2t mają skuteczność 87dB przy 4 Ω a do ich prawidłowego wysterowania przyda się wzmacniacz dysponujący mocą 50-150 W.

A jak jubileuszowe X2t grają? Przewrotnie powiem, że zaskakująco, bowiem już od pierwszych taktów „Black Market Enlightenment” Antimatter duńskie maluchy oferowały skalę i rozmach dźwięku zupełnie nieadekwatny do ich mikrej postury. Co ciekawe, ponadnormatywny – z perspektywy gabarytów tytułowych kolumienek, wolumen generowanych dźwięków nie opierał się bynajmniej na sztucznym rozdmuchaniu, napompowaniu tak sceny, jak i rezydujących na niej źródeł pozornych, lecz dążeniu do oddania realizmu poszczególnych kompozycji i oparciu całości na potężnym basowym fundamencie. Pobożne życzenia i bujdy na resorach? Cóż, tym razem usłyszeć znaczy uwierzyć, tym bardziej, że wszystko wskazywało na to, jakby nasze gościnie właśnie pod względem obfitości i energetyczności najniższych składowych chciały zrekompensować pewne niedobory w tym temacie, jakie udało nam się zaobserwować w przypadku „budżetowych” S-2.0. Tutaj basu na pewno nie brakowało i proszę mieć na uwadze, że mówimy o odsłuchu w blisko 40-metrowym, swobodnie mieszczącym redakcyjne Berliny OPOS-ie, więc decydując się na ich aplikację w dajmy na to 20-25 metrowym lokum bez znajdujących się na wyposażeniu zatyczek do bas-refleksowych skrzeli raczej się nie obędzie. I w tym momencie pozwolę sobie na małą wskazówkę odnośnie ewentualnych dylematów natury konfiguracyjnej. Otóż rozglądając się za zdolną okiełznać żywiołowość i szczodrość Raidho w domenie basowej a jednocześnie nie chcąc zbyt mocno drenować domowego budżetu sugerowałbym zainteresowanie się konstrukcjami w stylu Brystona 4B³ a jeśli można nieco głębiej sięgnąć do kieszeni, to i 101-ka Vitus Audio powinna się nadać. Chodzi po prostu o to, by amplifikacja sama z siebie również nie miała tendencji do faworyzowania basowych pasaży, bo wtedy rzeczywiście sugerowane przez wytwórcę 100 m² może okazać się właściwym metrażem. Oczywiście z Apexem nie mieliśmy najmniejszych powodów do narzekań, niemniej jednak taki mariaż raczej w większości przypadków wydaje raczej mało prawdopodobny. Suto okraszone elektroniką „Machine Called Life” Let See Thin zabrzmiało z rozmachem, swobodą i niezwykle angażującą holografią z blisko podanym pierwszym planem i hektarami przestrzeni za linią kolumn. Z premedytacją napisałem „linią kolumn” a nie „kolumnami”, gdyż te de facto po włączeniu muzyki ulegają permanentnej i natychmiastowej dematerializacji. Ale to niejako cecha natywna i wrodzona wszystkich Raidho, więc wspominam o tym jedynie z recenzenckiego obowiązku. Owa dematerializacja jest oczywiście pochodną fenomenalnej otwartości i rozdzielczości wysokich tonów, które pomimo braku jakichkolwiek tendencji do łagodzenia, czy wręcz asekuracyjnego zaokrąglania są jedwabiście gładkie i na swój sposób (nie mylić z ociepleniem) słodkie. Sopran Roberty Mameli na „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” był mocny, rozwibrowany i choć zbliżał się do granicy komfortu nigdy jej nie przekraczał. Z kolei operująca zdecydowanie bliżej średnicy Paloma Dineli Chesky na „Memory” zabrzmiała niemalże „studyjnie” – namacalnie i z rewelacyjną precyzją, lecz bez jakiegoś specjalnego emocjonalnego „dopalenia” i ponadnormatywnej organiczności, jaką z reguły oferują papierowe drajwery. Tutaj było transparentnie i prawdziwie, bez bonusowej dawki „magii”. W końcu za reprodukcję tego podzakresu odpowiadają w X2t twarde drajwery i decydując się na tytułowe Raidho warto również i ten szczegół mieć na uwadze.

Jak oceniam Raidho X2t 25th Anniversary Edition Emerald Green? Bez chwili zastanowienia pozytywnie, gdyż są one na swój sposób idealnie zestrojone pod kątem wszystkich tych, którzy nie tyle zastanawiają się i poszukują, co wiedzą, czego od dźwięku oczekują. Raidho są bowiem idealną propozycją dla tych, którzy wstawiając nawet do obszernych salonów niewielkie i ekskluzywnie wykończone podłogówki bynajmniej nie chcą rezygnować z „dużego” dźwięku i solidnego, potężnego wręcz basu. Z grupy docelowej nie wykluczam również wyrafinowanych kinomanów, którym w towarzystwie X2t obecność subwoofera może okazać się zupełnie zbędna.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Raidho Acoustics
Cena: 98 900 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 2,5-drożna; wentylowana; podłogowa
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: wstęgowy Raidho
– nisko-średniotonowy: 2 x 5,25″ Raidho Ceramix z powłoką tantalową
Punkt podziału zwrotnicy: 130 Hz i 3,4 kHz
Pasmo przenoszenia: 40 Hz – 50 kHz +/-3 dB
Skuteczność: 87dB 2,83 V/m
Impedancja nominalna: 4 Ω
Rekomendowana moc wzmacniacza: 50-150 W
Wykończenie: Piano Black, White Piano lub dowolny kolor na zamówienie
Wymiary (S x W x G): 300 x 1065 x 490 mm (z cokołem)
Waga: 23 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): WK Audio TheRed full set

Opinion 1

So much time has passed since the November test of the digital Digit Balanced & Unbalanced interconnects belonging to the TheRed series that, together with Witold Kamiński, the man behind the WK Audio brand, we decided that we can now return to the topic. However, by no means taking a look at just another cable from the family, because such a cable may not have appeared yet, it just had a new version, but to approach the issue globally and, following the example of our last meeting with the TheOne series, check how the Polish cables work together as a complete set. However, this is not a reheating of an already fried cutlet, resulting from slow season, or a flashback to maintain interest in the brand itself, but a fully logical step aimed at minimizing the variables in the sound path that could disturb the final judgment and verifying the prevailing, or not (I won’t reveal it yet), synergy within the red-haired family. While a single cable appearing at guest performances has a chance for at most a „marriage of convenience” with the wiring already existing in the system, and it’s possible stumbles can always be blamed on the character incompatibility of a more or less accidental marriage, in the case of a full set, the matter is clear – either it sounds good or not, and in accordance with the collective responsibility of the blame for the failure, or the splendor of success falls on all representatives of the family equally.
In this way, we received an impressive tangle of red snakes consisting of XLR interconnects, hosted previously by us a little over a year ago, a refreshed version of the MkII speaker cables and the progenitors of the family, i.e. three power cables, so we cordially invite you to the test of the whole bunch.

As you can perfectly see in the above photos, the issue of the nature of compliance of the nomenclature with the appearance of the cables we have solved immediately, and to only those suffering from color blindness, and more precisely its most severe varieties – monochromatism and protanopia, I would like to explain that the outer protective sleeves covering the leads of the tested wires are red. On the other hand, it is worth noticing, that the splitters are now made from the same material, because in the first version of the speaker cables balsa was used, which in the current incarnation (MkII) was replaced by aluminum, present in the interconnects and power cables. In fact, I dare to say that instead of taking the easy way out and replacing wooden cubes with look-alikes, or borrowed from interconnects – already produced aluminum „coffin-like” modules, Witek went all the way out and by arduous research came to truly impressive blocks both in terms of size and weight that could easily correspond with the „suitcases” of MIT Oracle, or the „frozen turkeys” decorating Transparent’s Opus. To put it simply, each of the speaker cables consists of two separate circuits connected just before their ends with the aforementioned aluminum blocks, where the one closer to the amplifier is clearly smaller and lighter, and thus can easily levitate suspended on the final wires coming out of it with top Furutech forks (CF-201 NCF R), and the other, monstrous aluminum catafalque, should rest majestically on the floor close to the speakers. This is extremely important, as its interior is filled with a specially selected quartz, which is designed to additionally dampen parasitic vibrations, and the connection sections coming out of it are long enough to reach even a dozen or so centimeters above the floor of the terminals. Both conductors, although they use high-purity anaerobic copper, differ from each other in their structure – amongst others they have different proprietary braid, and their cross-section is 2 mm². As attentive readers have probably noticed, compared to the original, 4mm conductor version, the speakers underwent a serious slimming treatment, but it turned out that the change in the material and weight of the tuning elements entailed the need for a thorough redesign of the whole, which resulted not only in a change in cross-sections, but also in far-reaching modifications of the original braid.
In the power cable, on the other hand, each of the condustors runs through the lion’s share of its length separated from its sisters by aluminum spacers, and only in the final blocks, decorated with the company logo, is it thinned to a diameter that allows the entire trio to be joined together in the power plug. In addition, although all conductors are made of silver-plated high-purity copper, each of them has a different structure and the total cross-section of the conductors is a paltry 18 mm².
Since we have just mentioned the plugs, there is no room for compromise, so here, in the top product line, so the power cables can boast with the Furutech FI-E50 NCF R/FI-50 NCF R plugs that are difficult to be bested (the option is the high-current FI-52 NCF R), and the interconnects with XLR CF 601M NCF R / CF 602F NCF R. In the case of the unbalanced version, however, CF 102 NCF R appears, made of high-purity silver-plated copper. The aluminum splitters present at their ends play not only an informational/decorative role, but also an anti-vibration role, and last but not least, it is with their help that the constructor „tunes” each of the wire runs, precisely selecting the tension of each of the conductors.

Although, thanks to the power cable, at the time the only one in the series, TheRed WK Audio launched an ambitious attack on the audiophile Olympus, in the meantime, from August 2022, something has changed a bit not only in the Plichtow portfolio, but also on the local market. Regarding the catalog of the title manufacturer, it is enough to mention the practically full (in fact, only USB/Ethernet connectors are missing) closure of the „red” series, the appearance of the TheRay middle line and the basic TheOne. On the other hand, from a broader perspective, looking at environmental issues, i.e. the environment in which WK Audio has come to exist, the already suspended „glass ceiling” of both quality and, unfortunately, price, has once again been broken into smithereens. The aforementioned Olympus, for example, was comfortably occupied by the Danish ZenSati #X and the Japanese Furutech, which, at least as far as the analogue domain is concerned, closed the flagship Project V1, and other ultra-high-end players are constantly tempting with new outings, unattainable for ordinary mortals. To put it simply, just like in competitive sports, so in audiophile salons, the competition is truly murderous, and thus, if you have the right resources, you can pick and choose at will.

And how do TheRed cope in such very demanding natural circumstances? I will honestly say that it seems to be quite sufficient, because based on previous listening to individual representatives of the „red family”, the baggage of strictly empirical experience should be predicted almost on the spot and with great accuracy the final result. And I dare say that I could fall for them, because firstly, the elimination of „foreign bodies” did its job, and secondly, as I have already mentioned in the paragraph devoted to the appearance and anatomy of the latest version of the loudspeaker cables, they are actually connected to the „wooden” ancestors only by color and nomenclature. And that, to put it mildly, can be heard.
However, let us discuss one thing after another, because in order to prepare the right support, as part of the preparation session, I first refreshed my „taste buds” with the lower-born TheRay XLR interconnect, which had been on my mind for a long time, especially since due to the use of speaker cables from the same series, there was a high probability of a very successful synergy. And indeed, the momentum, freedom, resolution and dynamics that blow away your slippers made both the reference point and the bar of my expectations for the eponymous set raised to a truly Olympic level. Fortunately, the lack of time pressure and any pressure from the producer, who only suggested that we deal with the topic before the next edition of the Audio Video Show if possible, allowed me not only to have a calm retrospection, but also to juggle the Reds in my system, by gradually increasing their share in the systemic bloodstream, without being hurried. And just like in the case of TheRay, the interconnect was the first to come to the fore, the appearance of which in the system resulted in a phenomenal increase in the volume of generated sounds, the speed of the action taking place in front of the listeners, the spectacularity of the presentation and… a veritable explosion of resolution. But wait, wait. After all, TheRay were already considered as having a mega-resolution. So, what is happening? Are we moving to the level of the eye-burning demonstration mode, in which large-screen TVs set up in shop windows usually work? None of these things, because TheRed XLR showed the aforementioned aspect not by the offensiveness of exaggerated colors or increase in contrast and the painful biting of the senses by sharpening the edges of the shapes being cut out with a scalpel, but by conveying full harmony and maintaining a perfect balance between the initially perceived quantity and quality of details and nuances that are part of the reproduced repertoire. And so, it was as if there was more of everything and quantity went hand in hand with quality, but the very way of narration directed the listeners’ attention not to individual micro-details, but to the image of the whole. In addition, the same attractiveness and richness of information as in the first plane was also characteristic of further plans, so on „Songs to Sun” Stoned Jesus frontman – Igor Sidorenko did not focus the lion’s share of attention on himself, overshadowing the other members of the band with his „awesomeness”, but also not so much generously, but fully democratically gave them a chance to „shine” on stage. I deliberately put this shine in quotation marks, because stoner-rock, based rather on low tunes and slow, dirty, garage riffs, is not necessarily associated with brilliance, but the point is that even with such rather modest line-up and rudeness of the repertoire, TheRed was able to successfully present the three-dimensionality of the stage and, colloquially speaking, move the further plans far, far away, behind the speaker line. Here, tangibility was not built by favoritism, pushing the foreground to the front, but rather by masterfully operating with perspective. This way of narrating perfectly captured the dark nature of Atli Örvarsson’s „Dong Ji Rescue” soundtrack, where the ability to create veritable acres of space, in which oneiric passages were intertwined with truly epic orchestrations and kodo parts constituting the bass foundation for the sound, was crucial. At this point, it is worth noting how easily the dynamic potential and momentum of the executive apparatus are conveyed, as well as its agility, so that the lowest components do not overflow inertly, but all the time retain the appropriate motor skills, timing and differentiation of the tissue filling them.
The addition of the speaker cables not only intensified the experience, which almost turned the table of my predictions, assumptions and expectations upside down with a bang, thus putting me in a state of almost total bewilderment. It turned out that in the seemingly familiar recordings there are surprisingly rich layers of information, the existence of which I was perhaps not so much unaware of, but so far their presence has only been suggested. And TheReds simply define them, with the precision of a laser rangefinder and a Japanese chronometer, defining their place in both space and time. Do you not believe it? Well, I also defended myself against this novelty with all my might, but the moment the hackneyed „House of the Rising Sun” came out of the speakers, this time performed by Paloma Dinella Chesky (the album „Soul on Soul”), I gave up and started listening to something I had been reaching for many times before, so to speak, anew. And it was not that sounds that reached my ears were not in the recordings before, but rather revealed their complexity, that is, sometimes where there was one sound before, it suddenly turned out that it has a much more complicated structure and outside the sound shape itself, or its impact, something happens before it or after it. For example, a prosaic hit on the cymbals, or a pluck of a guitar string, which suddenly ceased to be binary events, and Keith Richards’ voice on „Crosseyed Heart” was joined by a completely obvious breath, and a clear movement on the chair placed by the microphone, and if I wanted to and exert my old senses, I would probably still be able to hear his mischievous smile and a twinkle in his eye. That is, we get a complete and complete picture both in terms of structure, the smallest components and details, as well as the coherence and harmony that determines its coherence as a whole, where even a rough and quite simple riff shocks with its authenticity and perfect fit into the context.
And at the moment when it would seem that we can easily end this full of oohs and aahs, somewhat unintentional, „laurel card” they enter the scene – the three horsemen of the apocalypse, i.e. the three TheRed Power and complete the work of destruction. Just like that, without warning, announcement and deeper reflection, acting on the principle of the primal hunting instincts of hounds that have just smelled blood. Is there supposed to be a slaughterhouse? Well, here you go – the playlist includes such gems as „Inside My Head” by Until I Wake, or „Hymns in Dissonance” by Whitechapel and I already know that I have two things out of my head – weekend vacuuming of speaker membranes, because it is physically impossible to keep anything on their surface with such dynamic jumps, and good neighborly relationships with half of the apartment block at least until … Christmas. But what to do when it is supposedly possible to listen to this type of repertoire quietly, but with a whole bunch of red-haired demons at your fingertips, you beg to „ride” at almost concert volume levels. Similar tendencies are caused by the great symphonics, because „Beethoven: Symphonies Nos.5 & 7” performed by the Berliner Philharmoniker under the baton of Herbert von Karajan himself requires an appropriate setting, and this is not a chamber ensemble piece, but a symphony in XXL size, where an orchestra is capable of blowing away even the most powerful matrons from the front rows with the momentum of the ordained tutti. And that is how TheReds play – with uninhibited dynamics, intimidating multi-layeredness, and when the score requires it, how far without looking for „Koptycus” by Oleś Brothers and Dominik Strycharski also … quietness. To put it simply, at the moment of practically complete wiring of the system with TheRed, one could get the impression that although everything seemed OK, or even better than that before, only now everything „jumped” into place. As if after countless combinations constituting an enigma or a challenge with a level of difficulty at least equal to the arrangement of the largest existing (49x49x49) Rubik’s cube, constructed by Preston Alden, the intricate puzzle suddenly turned out to be complete and finished. Every, even the smallest detail found its proper place and our eyes, that is, ears, saw, that is heard, a musical absolute.
I really do not know, and at the same time I do not feel the need to delve into whether it is due to the fact that both during the design process, and the everyday listening conducted only for him and his family, Witek used and still uses Vitus Audio electronics, which is also standing in my listening room for a long time, but undeniably TheReds and Danish High-End get along excellently. The fact is that the longer I was able to interact with such an ecosystem, the more I was convinced that it was not a coincidence, but rather a fairly clear sign that could not be ignored.

Well, it is high time for probably the longest summary in the history of SoundRebels. As you surely remember, not so long ago I hosted a complete ZenSati Angel set, which (the set not time) made me de facto almost sure that nothing better can happen to me with the current state of possession (electronics + speakers), so proverbially grabbing God by the legs, I should not think for a moment and leave this copper-gold set with me. And I will honestly say that such a very radical move did not happen by a hair’s breadth, but as you know, plans and wishful thinking are one thing, and perverse fate writes its own scenarios, which are the ones that end up on the big screen of our lives, so in the end the huge box with „Danish angels” returned to Helsinge, leaving behind wonderful memories and no less noticeable painful gap in my system, which, by a strange coincidence, since then no longer wanted to play at the same level as it did before. However, as it is commonly said, time not only heals wounds, but also creates opportunities and opportunities for new sensations or seemingly completely innocent cases. And it is in terms of a happy coincidence, on the one hand, and the aftermath of the extraordinary awareness of the importance of coherence within one product line, that Witek Kamiński, who is behind the TheRed series, suggested that this test should be considered. In addition, a test that was supposed to be just a collective summary of the cables that have already been hosted by us. Meanwhile, this seemingly standard procedure consisting of an almost mechanical … plugging in, listening to and disconnecting the eponymous wiring finally turned out to be a real October Revolution, during which the „red Plichtowians” cut down my to date reference cabling, existing in the greenhouse of editorial bliss, including even the TheRay connected to them by blood ties, as they also had to acknowledge the superiority of TheReds.
To sum things up – although, for understandable reasons, the title set also went to Jacek for several days of listening, after completing the entire listening and photographing procedure, it did not return to the manufacturer, but to … me. This means that when you read these words, it is an integral and inseparable component of my humble system, becoming the embodiment and fulfillment of my private ideas and expectations as to what High-End should sound like. Good, because Polish? Nonsense. Good and Polish. And at this point, I am not at all speaking of thoughtless patriotism, but rather three decades of more or less serious dealing with audio topics, which, regardless of whether it was just fun, a hobby, or a way to share my own observations (m.in. on the pages of SoundRebels) with readers, had to meet one main and basic criterion – to give me pleasure. And the wiring of WK Audio The Red not only intensifies this pleasure, which is a real cherry on top (even the color is right) on the metaphorical cake of my experiences so far.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + ZenSati Angel jumpers
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Switch: Quantum Science Audio (QSA) Red + Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

For our readers who regularly visit our portal, today’s form of the test should certainly not come as a surprise, but I would like to inform those who visit us occasionally that today’s meeting will be the second summary of the work of the eponymous Polish manufacturer. Namely, the fact that after a series of single meetings, it was time to take a full set of wiring from one line to have a closer look at. The reason, of course, is important, because usually – although it is not a rule – a given audio set is affected differently by a single cable and by a full set. Contrary to appearances, the topic is important, because the multiplication of wiring, and thus the intensification of the original sound style, give different sonic results. Therefore, if a business entity – even the one we are testing today – is not afraid of a head-on collision with reality, it delivers the full set of its constructions to our editorial office with full awareness of the risk. In the case of today’s hero, after the review of the TheOne series, we will have a look at the full set of the WK Audio TheRed from Plichtów near Łódź, which includes 3 power cords, a loudspeaker cable and an XLR interconnect.

As is often the case recently, for the sake of its know-how, the manufacturer informs us about the described wiring only in a very general form without going into details. For some it is not enough, for others – sufficient, but regardless of the position you take, one thing is certain, the most important thing is the sound offered. However, before we get to that, I will at least symbolically mention the details taken from the official website.
As for the power cables, their conductors are made of high-quality silver-plated oxygen-free copper. Their construction is based on 3 cores, each of which has a different internal structure and weave method. In order to eliminate harmful vibration, the conductors, in addition to appropriate damping materials, proprietary anti-vibration systems were additionally used to stiffen the cable between the aluminum blocks. The cable made in this way has a total working cross-section of 18 mm² and top Furutech plugs.
Column cables, on the other hand, are based on high purity oxygen-free copper. This time we have two different cores with a different weave. Following in the footsteps of its predecessors, the use of appropriate passive damping materials supported by an active system in the form of tensioning the signal conductors between the aluminum blocks was not forgotten – the aforementioned „pucks” is a slight change compared to the first version of this cable, which used balsa cubes. Importantly, the larger module was additionally filled with specially selected quartz granules. Closing the issue of speaker cables, I cannot fail to mention the total cross-section of the working conductors at the level of 2 mm² and, of course, the use of forks at the top of the Furutech range.
I will treat the topic of signal XLR very briefly due to genetic compatibility with its siblings. And not because I do not want to, but instead of repeating myself, I will just mention silver-plated high purity oxygen-free copper in the role of the (three) conductors of different construction and weave, and a screen. There is also a proprietary vibration damping system and the cables are fitted with top range Furutechs. To conclude the above description, I will add that after dressing the TheRed cabling series in a phenomenal-looking, shimmering vivid red plastic cover, each set is packed in an aesthetically pleasing plywood box padded with a profiled sponge.

What was the result of today’s domination of my system by the Plichtow cabling? Surprising – in the right sense of the word. Each test of individual designs so far has been phenomenal, because it has funded a skillfully dosed, yet relatively small dose of adrenaline. The wiring of the WK Audio TheRed has always supported the music drive and controlled the applied additional energy well, which, while maintaining the openness of the presentation in the upper registers, left no other option than to completely immerse yourself in the music you were listening to. And this regardless of its origin, because the aforementioned attractions created by the eponymous wires related to the juiciness of the sound impulse and the speed of signal build-up, did not format the music in a single, aggressive fashion, but these qualities accentuated the most important aspects for a given genre; they gave the impression of a stronger approximation to the stage events created between the speaker. Thanks to this, there was never any boredom, but on the other hand, I did not ever notice the effect of exceeding good taste in dosing their directness. Yes, it was very clear and unpredictable, but in a way known only to their designer, it always got precisely on the point of the appropriate delivery. As you can see from the description above, the title cables in solo performances enchanted with an encouragement to listen to music endlessly. Admittedly, the music was more of a madness than a romantic dissolution, but it was only a different, yet successful view of music, and not something problematic. But let me remind you that these were individual „implants” in my system, which meant that they could only signal their presence, and not brutally dominate it. And here we come to the clou of this story, because now I got a much larger injection of this idea for sound. So what verdict will I give on the application of such a marriage? Well, the matter is as follows. I would be dishonest if I did not admit that the features described a moment ago could be heard every time I plugged another cable into my setup. It was so easy to catch that I could literally show the changes I was making with my finger. However, the most important information about this action – read: adding more wires – was only a slight tweaking of the nuances of the predecessor. And as you can see in the series of photos, I changed a total of 3 types of wiring in the amount of 5 pieces, which in many cases ends up balancing on the edge of listening pleasure at best, and often painful exaggeration of the presentation. With the WK Audio set, there was nothing like this even for a moment. As I mentioned, each subsequent cable gently polished the final sound of the system, but the sum of all the changes never turned into anything alarming. Rather the opposite, as a set of wires showed every component of the sound with an incredibly precise, but well-received reverence. The bass descended surprisingly low being in full control, the midrange was essential and rich in a package of information enchanted with the tangibility of the music, and the upper range, without jumping out in front of the line, only allowed the music to shine, and not, as is often the case, to scream in the name of the apparent serving of the transparency package. In a word, after applying the tested set for a few days in my listening room, things happened, in the good sense of this phrase, with a capital “H”.
Let us take a strong sound, in theory, because when you get acquainted with this album, it turns out that it not always like that, in the form of John Zorn’s free-jazz „Masada Live In Sevilla 2000”. In my opinion, it turned out great, because not only did it show a strong impact with a full line-up of musicians madly using their instruments to rearrange the walls of the listening room, but in the slower and quieter passages, it enchanted with the essential and vibrating saxophone masterfully handled by the frontman. A saxophone that reflects not only the perfect timbre of the sound of a wooden reed with its colors and vibrations, but also the ability to change the speed of sound attack striking the listener with a strong chord lasting a fraction of a second. As you can guess, such a well-shown multi-layered expressiveness of this instrument was naturally the result of squeezing all the best out of my system by the Plichtow constructions. Of course, I mean getting the maximum out of the understanding of a good presentation, and not balancing on the verge of exaggeration, which might somehow defend itself in calm parts, unfortunately with the madness that is a special feature of this formation, such as: general drive, immediate changes of pace and energy, it would end in a shameful failure. I have no idea how the creator of the tested cables did it, the important thing is that he somehow combined water with fire. The aim is to have the stereo meet the sonic requirements of the mentioned band. I am talking about the two above-mentioned versions of the album in question. The first one is mercilessly whipping the listener with free-jazz madness, and the second one is different – let me remind you that this is a live concert and artists have to translate fast songs with something calmer, because they will get out of breath – it is often melancholic, and certainly allows to show the virtuosity of playing instruments, chiseling every note. In both cases, the sound aesthetics of the tested products successfully dosed the necessary advantages to show the artists’ intentions, which, despite the aforementioned tendencies of the eponymous cables for showing music with a slightly cranked up presentation aesthetic, proved their friendly versatility. And versatility because I have always tuned my setup to sound rather lively than melancholic, which the test configuration did not turn upside down, but slightly changed the most important features, still showing all the best in a given musical piece, coming out of this difficult clash with a win.

What do I think about those cables and to whom would I recommend trying out the tested wiring set? Answering the first part of the question, I can say without a doubt that their style of playing is clearly my fairy tale. Well-understood spontaneity, fully controlled walking on a path full of energy, predatoriness and transparency in the delivery of music are for me the elements, without which I am bored after a few songs. And it does not matter whether I listened to free or melancholic jazz, because all the mentioned sound nuances presented in the way proposed by the brand from Plichtow were very well implemented. Yes, they raised the level of adrenaline while listening, but adequately to the situation. At one time, they supported the unpredictability contained in the material, while at other times they supported the chiseling of a single note, with the required level of interference with the world of music visualized in my room. As for the second part of the question from the beginning of this paragraph, the only, I repeat, the only individuals who are not automatically doomed to failure, but should be careful during personal endeavors, are the owners of very nervously configured systems. Additional „doping”, in a good sense of the word, may not be good for them, and then there will be unjustified grievances. So if you do not belong to a really very small group of gourmets of excessively „expressive” sets, the way to verify the possibility of wiring with the WK Audio brand of your stereo system is open. Perhaps nothing will come of it in the end, but one thing is certain, just like in my case, during this meeting, “things will happen”. And if so, it would be a shame to waste the opportunity to taste the reasonably dosed madness, without which music is simply boring.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: SME 60
– Cartridge: My Sonic Lab Signature Diamond
– Phonostage: RCM Audio The Big Phono
– Clamp: Omicron Luxury Clamp
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Manufacturer / Polish distributor: WK Audio
Prices (Europe & USA only)
TheRed IC (XLR, RCA): 5 500€ / 1,5 m + 1 100€ / 0,5m
TheRed Speakers mkII: 10 000€ / 2 x 2,5m + 2 000€ / 2 x 0,5m
TheRed Power: 5 500€ / 1,5 m + 1 100€ / 0,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Extraudio Speaker One

Opinia 1

Choć niderlandzkie Extraudio większości odbiorców zapewne kojarzy się przede wszystkim z elektroniką, to jak m.in. dowiódł nasz zeszłoroczny test łączówki USB One również i w przewodach audio radzi sobie całkiem nieźle. Ba, zerkając do jej portfolio ze zdziwieniem można odkryć, iż pomimo odważnej deklaracji, iż „Najlepszym możliwym kablem byłby brak kabla” okablowanie nie jest li tylko niewinną fanaberią, bądź wymuszonym przez rynkowe oczekiwania dodatkiem, lecz stanowi nad wyraz bogatą ofertę logicznie podzielonych na trzy serie przewodów tak analogowych, zasilających, jak i cyfrowych. W związku z powyższym, oraz dzięki operatywności chełmżyńskiego Quality Audio postanowiliśmy nieco przybliżyć temat biorąc na redakcyjny tapet możliwie miarodajną próbkę metalurgicznych dokonań ekipy z Leidschendam, z której to na pierwszy ogień poszły otwierające katalog przewody głośnikowe Extraudio Speaker One.

Jak już sesja unboxingowa unaoczniła a powyższa galeria tylko to potwierdza One-y niespecjalnie czują potrzebę usilnego zwracania na siebie uwagi. Do końcowego odbiorcy docierają bowiem w eleganckim, acz niejako będącym przeciwieństwem pstrokatej krzykliwości zbiorczym czarnym kartonie a i one same mają postać kruczoczarnych, mało absorbujących swą średnicą przebiegów zakończonych utrzymanymi w tej samej tonacji splitterami i solidnymi rozporowymi bananami. Wspomniane rozgałęziacze przyozdobiono firmowymi logotypami, nazwą modelu i oznaczeniem kierunkowości. Z kolei od spodu umieszczono potwierdzające autentyczność hologramy. Słowem, zero kontrowersji.
Zgodnie z dostępnymi na stronie producenta informacjami „Jedynka” zbudowana jest z sześciu (po trzy na „+” i „-”) miedzianych, poddanych obróbce kriogenicznej (stopniowemu schładzaniu od temperatury pokojowej do temperatury ciekłego azotu (-195°C)) żył o przekroju 14 mm², widoczne na jego przebiegu splittery pełnią rolę elementów antymagnetycznych a do konfekcji użyto rodowanych wtyków o carbonowych korpusach. Jak wygląda ich przekrój i na czym polega geometria matrix niestety nie wiadomo, więc jedyne co można stwierdzić organoleptycznie, to fakt praktycznie całkowitego braku sprężystości. Zauważalna jest również dość pokaźna masy przewodów, przez co raz ułożone za systemem raczej nie powinny wykazywać tendencji do prężenia i samoistnej zmiany swego położenia. Wykonana z czarnej syntetycznej przędzy zewnętrzna koszulka ochronna jest miła w dotyku i z tego co udało mi się zauważyć podczas kilkunastodniowych testów pomimo swojej mięsistości nie wykazuje jakiś szczególnych tendencji do łapania kurzu.

Zabierając się za krytyczne, oczywiście poprzedzone stosowną akomodacyjną rozgrzewką, odsłuchy Speaker One z niekłamanym zadowoleniem odnotowałem słyszalne od pierwszych taktów „Third Degree” Flying Colors podobieństwo do cyfrowej „Jedynki”. W zakładam, że z właściwą całej linii atencją holenderskie głośnikowce nadały nieco anorektycznej realizacji jakże pożądanej gęstości, czy wręcz majestatyczności, dzięki czemu jak zwykle imponujący swymi rozmiarami zestaw perkusyjny Mike’a Portnoy’a mógł wyjść poza zakres częstotliwości właściwy werblom a Steve Morse wreszcie dostał zgodę na szarpanie grubszych strun. W rezultacie tych działań całość zabrzmiała z imponującą potęgą a jednocześnie nic a nic nie straciła ze swojej natywnej progresywnej złożoności i wieloplanowości. Nie było to zatem jedynie obniżenie równowagi tonalnej, bądź dosaturowanie przekazu a zdecydowanie bardziej kompleksowy pakiet działań naprawczych delikatnie ozłacających górny zakres, przez co śmiało można było mówić o jego otwartości i braku zawoalowania. Mówiąc wprost pojawienie się Speaker One w moim systemie, choć ociepliło, dociążyło i delikatnie przyciemniło sposób prezentacji do jakiego jestem przyzwyczajony nie nosiło znamion nakrycia systemu przysłowiowym kocem, bądź oblepienia go słodkim lukrem. Nie wpłynęło też usypiająco na motorykę i karkołomność prog-rockowych połamańców, co patrząc na wcześniejsze poaplikacyjne uwagi wcale nie było takie oczywiste.
Co ciekawe zmieniając repertuar na nieco cięższy „I Beat Loneliness” Bush, któremu wszystko można zarzucić tylko nie zbytnią eteryczność i lekkość również nie czułem potrzeby jakiejkolwiek krytyki, czy podejmowania polegających na leczeniu dżumy cholerą działań mających na celu przywrócenia wcześniejszego status quo. Szczególnie wyraźnie słychać to było na partiach wokalnych, gdzie Gavin Rossdale operował w zdecydowanie niższych rejestrach aniżeli Casey McPherson z Flying Colors a tym samym nijakiego wsparcia w tej materii nie potrzebował. Powyższe wydawnictwo pojawiło się tutaj nieprzypadkowo, gdyż obserwując dość wyraźnie dociążającą przekaz sygnaturę tytułowych Extraudio chciałem empirycznie zweryfikować, czy przypadkiem na muzyce, która sama z siebie reprezentuje podobne cechy nagle nie okaże się, że graniczne stężenie cukru w cukrze zostanie przekroczone. I … I choć Speaker One rzeczywiście co nieco od siebie do już obecnej gęstości i ciężaru dodały, to całe szczęście zatrzymały się o krok, bądź nawet dwa przed cienką czerwoną linią rozgraniczającą organiczną mięsistość i sugestywność basowych pomruków od typowej buły i monotonnego poddudniania niezależnie od tego, czy takowe częstotliwości znalazły się w materiale źródłowym, czy nie. Proszę zwrócić tylko uwagę, że nawet w momencie, gdy jednocześnie odzywa się zazwyczaj brudny i czarny niczym …. mniejsza z tym jaki włos bas Coreya Britza oraz perkusja Nika Hughesa nic się nie zlewa a tym samym mamy pełen wgląd w strukturę nagrania.
Również „Miniaturom” Karoliny Omańskiej nie brakowało powietrza i swobody prezentacji, więc choć temperatura barwowa została lekko podkręcona, to śmiem twierdzić, że taki „lampowy” sznyt nie tytko ww. albumowi nie zaszkodził, co dodał mu swoistego uroku. Blachy kusiły złotymi refleksami, gitara łkała niemalże po Gilmourowsku a i fortepianowi nie sposób było odmówić świetnie korespondującego z jego powagą blasku.

W ramach podsumowania przewrotnie pozwolę sobie nie zgodzić się z deklaracją producenta, jakoby przewody Extraudio „nie zmieniają ani nie dodają niczego do brzmienia”, gdyż przynajmniej na tle stanowiących punkt odniesienia moich dyżurnych WK Audio The Ray i TheRed Speakers mkII holenderskie Speaker One dociążają, uplastyczniają i uatrakcyjniają reprodukowany materiał. Czy to źle? Absolutnie nie, jednak nie są one synonimem transparentności i znikania w systemie. Dlatego też jeśli tylko szukacie Państwo odrobiny ciepła i słodyczy, które sprawią, że wasz ulubiony, choć nie zawsze referencyjnie zrealizowany, repertuar będzie miał szansę przeistoczyć się z brzydkiego kaczątka w olśniewającego łabędzia, to próbny odsłuch Extraudio Speaker One wydaje się ze wszech miar wskazany.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Choć na naszych łamach mieliśmy już okazję zmierzyć się z różnymi produktami tej niderlandzkiej marki, to mniemam, iż większość z Was kojarzy ją raczej z ciekawą ofertą elektroniki. Jaką? Choćby testowanym przetwornikiem DAC2 lub zestawem pre-power XP5 MkII & XP-A1500 MkII, które oprócz minimalistycznej, ale za to świetnej wizualnie aparycji oferowały interesujące brzmienie. To oczywiście tylko skromny wycinek naszych spotkań, w skład których – zalecam wykorzystanie portalowej wyszukiwarki – wchodzi także okablowanie. Okablowanie, z ofertą którego oczywiście udało nam się już zderzyć za sprawą kabla cyfrowego USB One. Idąc za ciosem dzięki uprzejmości stacjonującego w Chełmży Quality Audio na dzisiejszy test udało nam się pozyskać głośnikowe Extraudio Speaker One.

Kreśląc kilka zdań o budowie rzeczonego okablowania bazując na zdawkowych informacjach ze strony producenta wygląda to tak. Pierwszą najważniejszą informacją jest użycie do wykonania przewodników miedzi tellurycznej w dwóch seriach po 3 żyły dla każdego sygnału + i – finalnie dające przekrój czynny dla 6 żył na poziomie 14 mm². Druga, także dotycząca przewodników to poddanie ich procesowi kriogenicznemu. Trzecią wykonanie przebiegu ich wewnętrznego splotu w zaznaczonym na mufach dzielących sygnały na plus i minus tuż przez wtykami ściśle określonym kierunku. Czwartą zastosowanie w budowie kabla serii antymagnetycznych komponentów. Zaś piątą zastosowanie wysokiej jakości rodowanych i carbonowych wtyków. Efektem powyższych działań, przynajmniej według producenta, ma być dobrze rozbudowany i kontrolowany zakres niskotonowy idący w parze z dobrą jakością reszty przekazywanego ze wzmacniacza do kolumn sygnału. Czy w ten sposób brzmienie tytułowego kabla odebrałem podczas testu, naturalnie jak zawsze dowiecie się z lektury kolejnego akapitu.

Rozpoczynając opis brzmienia zacznę od przyznania racji producentowi w kwestii jakości i sposobu prezentacji dolnego zakresu. Od tak zwanego strzału słychać było, iż jest to bardzo istotna składowa przekazu serwowanego słuchaczowi. Mocny, pełen dobrze kontrolowanej energii, może nie rysowany skalpelem, ale zwarty, co w moim odczuciu fajnie przekładało się na bliźniacze podanie także dobrze osadzonej w masie i przez to pełnej energii średnicy. Efekt był taki, że wpięcie testowanego zestawu okablowania spowodowało automatyczne głośniejsze podanie muzyki w stosunku do wypinanych z mojego zestawu Furutechów. Efekt godny pozazdroszczenia, bo mocniej wyczuwalny atak energią i solidnym impulsem tandemu basu ze średnicą natychmiast wzmagały poczucie większego drive’u muzyki. Jednak na tyle bezpiecznego w działaniu, że ani przez moment testu nie zanotowałem uczucia nachalności jej podania. A najciekawsze w tym było to, że stanowi typu ADHD udanie przeciwdziałały wysokie tony. O co chodzi? Po prostu unikając zbytniej ostrości – optowały raczej za ciepłem i pełną swobody prezentacji, ale jednak plastyką – nie podkręcały dodatkowo emocji wizualizowania wydarzeń scenicznych. To źle? Bynajmniej, bowiem jeśli i one szukałyby nawet dobrze rozumianego poklasku na poziomie prezentacji niższych partii zakresu częstotliwościowego, w efekcie muzyka kolokwialnie mówiąc by mnie wręcz napadała. A przecież w obcowaniu z nią chodzi o odpoczynek, a nie walkę z nadmierną ekspresją. I mówię w tym momencie nie tylko o jej spokojnych inkarnacjach, ale także o twórczości rockowej. Ostatnia owszem, teoretycznie ma za zadanie pobudzić nasze zmysły, jednak nie nachalnością i bezczelnym krzykiem, tylko w konsensusie agresji z w odpowiednim miejscu aplikowanym spokojem pokazać zawarte w niej, w zamierzeniach artystów mające poruszyć nami dosadnym, ale nie chamskim w wydźwiękiem emocje. Nie wiem jak, ale muszę szczerze przyznać, iż pomysłodawcom testowanego modelu okablowania ten zabieg świetnie się to udał. Tym bardziej, że w sukurs tak ekspresyjnej wizualizacji świata muzyki szło lekkie przybliżenie wirtualnej sceny – naturalnie z zachowaniem odpowiednich rozmiarów w domenie szerokości i głębokości, przez co to co rozgrywało się pomiędzy kolumnami, stawało się bardziej namacalne, ale nadal bez krzty przerysowane. Efekt był czymś na miarę zbliżenia się o kilka rzędów siedzeń lub metrów w sytuacji obcowania z mocnym graniem w wielkich koncertowych kubaturach do goszczącej muzyków sceny.
Przykładowe trio Joey Baro. John Taylor i Marc Johanson z niedawno wydanym materiałem zatytułowanym „Tramonto” wyraźnie pokazało wyartykułowane powyżej cechy okablowania. Po pierwsze panowie zagrali jakby siedzieli tuż przede mną, co pozwoliło na wręcz cyzelowanie każdego procesu nie tylko powoływania do życia w eterze, ale także trwania i wygaszania zapisanej w partyturze nuty. A po drugie dzięki ciekawie podanym zakresom środka i basu mogłem napawać się dostojnością grającego w dolnych rejestrach fortepianu, raz szybkością obsługi, a innym razem esencjonalnością brzmienia kontrabasu, by całość okrasić świetnie podaną, bo nisko schodzącą oraz odpowiednią akcentowaną w kwestii twardości, przez to pełną wielobarwności stopą perkusji. Uwielbiam takie płyty, a gdy do tego dostaje podobną do niderlandzkich kabli estetykę ich serwowania, wręcz rozpływam się w nich ze szczególnym uwzględnieniem nie tylko emocji związanych z osobowością melomana, ale także jego alter ego audiofila. Naprawdę opisany materiał wypadł bardzo dobrze.
Próbując pokazać efekt wpięcia Extraudio Speaker One na przykładzie mocniejszego uderzenia dźwiękiem wybrałem płytę formacji Antimatter „Black Market Enlightenment”. To muza z innej strony muzycznego świata. Może nie zabijająca zapisaną w niektórych produkcjach energią i szybkością zmian tempa, ale także wymagająca dobrej kontroli kolumn przez sekcję wzmocnienia i do tego nieźle nagrana. Na szczęście jak wspominałem na samym początku dolny i środkowy zakres były dla testowanego okablowania pewnego rodzaju oczkiem w głowie, a to pozwoliło nie tylko kopnąć mnie muzyką oferującą mocny impuls, ale także dzięki żywym, jednak raczej plastycznym wysokim tonom nie zakrzyczeć mnie nawet słuchając jej na zarezerwowanym dla takich produkcji poziomie wolumenu dźwięku. Dostałem wówczas oczekiwany rozmach – to szczególnie słychać w pierwszym kawałku – energię i szybkość z odpowiednim energetycznym wypełnieniem chadzających w dolnych partiach instrumentarium. Efekt okazał się być na tyle ciekawy i w pełni zamierzony, że podprogowo mimo już głośnego słuchania cały czas zmuszał mnie do konsekwentnego podkręcania poziomu wolumenu dźwięku bez uszczerbku dla jakości do progu bólu narządów słuchu. A, że lubię słuchać głośno, nad konsekwentnym zwiększaniem poziomu decybeli nie zastanawiałem się ani minuty, a mimo to cały czas byłem daleki od tak zwanego zmęczenia materiału – czytaj duszy drzemiącego we mnie buntownika. Jak można się domyślić, dzięki takiemu obrotowi sprawy ten występ podobnie do produkcji opartej o ogólny spokój także sprawił mi wiele radości.

Gdzie sugerowałbym aplikację naszego bohatera? Otóż może zabrzmi to dziwnie, ale z racji ciekawej propozycji sonicznej i jej pewnego rodzaju uniwersalności wspomnę jedynie o systemach mogących się z nim nie dogadać. Oczywiście mam na myśli zestawy przebasowione. Dodatkowy zastrzyk nawet najbardziej kontrolowanej energii w ich przypadku prawdopodobnie będzie niechcianym obciążeniem. Owszem, oferowany przez Extraudio Speaker One fajny kick basu i ogólny drive prezentacji to ciekawa wizja odtwarzania muzyki, jednak, jeśli potencjalny zestaw jest już w kwestii takich artefaktów na skraju pozytywnej ilości, mariaż z naszym bohaterem może skończyć się różnie. Nie z automatu źle, ale niestety różnie. Dlatego zaznaczyłem, że to jedyna grupa melomanów, która musi brać poprawkę na okraszone drobnymi problemami finalne wyniki. Jeśli jednak nie utożsamiacie się z wyżej wymienioną, sprawa jest prosta, brać i weryfikować, czy to Wasza bajka. Tym bardziej, że jeśli lubicie opisany sposób na muzykę, są duże szanse na sukces w postaci pozostawienia u siebie kabli na stałe.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Extraudio
Cena: 20 800 PLN / 2 x 3m; Bi-wire 25 900 PLN / 2 x 3m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Trzeci poziom duńskiej metalurgii – ZeNSati Authentica RCA.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Czy integracja musi oznaczać kompromisy? Aurender AP20 podobno temu przeczy …

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Jak wszem wobec wiadomo, w zabawie w słuchanie muzyki z płyty winylowej chciał nie chciał zderzamy się z pewnego rodzaju konglomeratem kilku współpracujących ze sobą podzespołów. Mowa o werku, ogólnie określanym jako gramofon, ramieniu prowadzącym wkładkę i samej wkładce zbierającej oraz przetwarzającej informacje z celowo naszpikowanego górkami i dołkami, do tego gibiącym nią na boki rowka. Jak widać temat jest złożony i jeśli nie chcemy bazować na przygotowanych przez producentów gotowcach – często oferowane są już kompletne tego typu zestawy, trzeba dokonać co najmniej trzech wyborów. Niestety oferta konstrukcji analogowych jest tak duża, że nie tylko początkującemu, ale także wyrobionemu w tych sprawach osobnikowi ów proces często spędza sen z powiek. Powodem jest oczywiście nieznajomość finalnego brzmienia danego podzespołu o finalnym mariażu nie wspominając. I zapewniam, mówię w tym momencie nie tylko o wkładce, ale także ramieniu i samym napędzie, co stosunkowo niedawno podczas decyzji zakupu źródła analogowego niedawno z wielkimi rozterkami przechodziłem. Niestety każda najdrobniejsza zmiana – czy to werku, ramienia, czy wkładki – miała swoje konsekwencje. Jeśli jednak na bazie ostatnich doświadczeń miałbym określić ważność bytu w danym zestawie każdego z podzespołów, choć opinie są różne, powiedziałbym, że przy wielkim udziale każdego z nich największą niewiadomą jest wkładka. To ona czyta sygnał i to od jej zaawansowania technicznego zależy, co dalej będzie przetwarzane. Dlatego też otrzymawszy propozycję przetestowania tego typu produktu, nad podjęciem decyzji rzucenia uchem nie zastanawiałem się nawet przez moment. Takim to sposobem w okowach mojego analogowego lokum dzięki zabiegom katowickiego RCM-u pojawiła się najnowsza wersja rozpoczynającego cennik kartridża MC japońskiej marki Dynavector DV-10XA High Out.

Jak widać na zdjęciach, obudowa najnowszego wcielenia znanej wielu użytkownikom 10-ki Dynavectora jest połączeniem wykończonego w czerni aluminiowego bloku stabilizującego ją w miejscu montażu do ramienia i krwistoczerwonego tworzywa sztucznego obudowy układu magnetycznego, czyli w tym przypadku stałych magnesów i ruchomych cewek. Co różni ją od poprzedniego modelu? Jedną ze zmian jest zastosowanie najnowszego, naturalnie opatentowanego rozwiązania tłumienia strumienia magnetycznego. Aby zapewnić wkładce szansę na oddanie sygnału na sugerowanym poziomie 2.8V zastosowano wydajny magnes neodymowy. W trosce o dobrej jakości sygnał do współpracy z neodymem zaprzęgnięto wykonaną z drutu o zwiększonej średnicy, pracującą w jego polu cewkę o impedancji nieprzekraczającej 150 Ohm. Jeśli chodzi o dane techniczne, pełen zestaw jak zwykle znajdziecie na końcu naszych wywodów, jednak w myślę, że dla wielu oprócz parametrów liczbowych bardzo istotną jest zastosowany w niej szlif diamentu, który producent określa jako Shibata III. Oczywiście jak wszystkie tego typu akcesoria Japończycy pakują w estetyczne opakowania ze skrupulatnym opisem parametrów technicznych, włącznie z wykresem zakresu jej działania.

Jak oceniam najnowszą odsłonę startowego rylca z Japonii? Zanim przejdę do konkretów, najpierw nakreślę ogólną szkołę grania wkładek spod tego znaku towarowego. Nie ma się co oszukiwać, oferta soniczna tej marki jest do bólu wyrazista. Nie próbuje na siłę umilać życia melomana, tylko pokazuje palcem jakość realizacji. Chodzi o to, że nie poszukuje siłowego upłynniania ogólnej prezentacji i w imię źle rozumianej muzykalności ugładzania skrajów pasma, tylko rysuje obraz sceniczny wyrazistą, jednakże nie przy użyciu skalpela, tylko średniej twardości ołówka z klasy H kreską. Jednak wszystkich poszukujących drugiego dna malkontentów natychmiast uspokajam, przy idealnej krawędzi dźwięku dostajemy w pakiecie mocne i w pełni kontrolowane zejście na dole, esencjonalny oraz pełen informacji środek, a wszystko napowietrza zjawiskowo dźwięczna górę. Efekt, a tak naprawdę dwa efekty takiego postawienia sprawy wyglądają następująco. W pierwszym przypadku, jeśli coś z portfolio tytułowego producenta zainstalujemy w nazbyt oszczędnym w płynność systemie – zaznaczam, że neutralny set bez problemu przechodzi nad tym do porządku dziennego, ogólna prezentacja będzie mocno techniczna. Jednak nie będzie to problem jako taki samej wkładki, tylko brak wiedzy osobnika ją instalującego jak skonfigurował system. Jeśli chodzi o drugi przypadek, może nie, że niestety, ale z jakiś powodów wielu z nas lubi bardzo bajkowy dźwięk w stylu świata mlekiem i miodem płynącego, na co w przypadku konstrukcji naszego bohatera szanse są praktycznie zerowe. Jednak to kolejny raz będzie wynik niezależny od wkładki, tylko tym razem do bólu subiektywnych oczekiwań beneficjanta muzyki z czarnej płyty. Reasumując powyższy obraz brzmienia oferty Dynavectora, marka stawia na drive i dobrze rozumianą agresję, a jakość i wyrafinowanie rośnie stopniowo wraz ze wspinaniem się po drabince cenowej kolejnych modeli w jej portfolio. Gdy ogólny rys dokonań marki mamy za sobą, chyba nikt nie będzie zdziwiony, gdy oznajmię, iż tytułowa DV-10XA szła wyznaczoną przez pomysłodawcę całej serii drogą. Założenie jej na ramię Safir 9 gramofonu Kuzma XL DC pokazało, jak powinien wyglądać świat muzyki bez zbytecznego upiększania. Dostałem mocny atak solidnym wypełnieniem basu i środkiem pasma, co zjawiskowo jedynie podkreślały, a nie przerysowywały, powtarzam, nie przerysowywały górne rejestry. Dlaczego podwójnym określeniem pracy górnego zakresu zwróciłem na niego szczególną uwagę? Otóż to najważniejsza słyszalna zmiana w brzmieniu tego modelu w odniesieniu do jego protoplasty. Wcześniejsze wcielenie na tle dzisiaj opisywanego 10XA było nieco mniej kulturalne. W ogólnej prezentacji podobne, jednakże gdybym miał nieco przerysować ocenę tamtej prezentacji, powiedziałbym, że była lekko kwadratowa. Naturalnie zgodna z wytycznymi marki, ale nieco surowa. Obecna odsłona zaś to od pierwszych chwil słyszalna większa kultura podania muzyki. Tylko spokojnie, to nadal nie jest ani zbyt ciepłe, ani kluchowate granie. Raczej minimalnie ukulturalnione i przy okazji bardziej wyrafinowane, co z jednej strony nadal pokazywało wszystkie składowe nawet przypadkowo powołanego do życia przez muzyka dźwięku – atak, narastanie energii oraz wygaszanie impulsu, a z drugiej dzięki eliminacji zniekształceń pozwalało podnieść poziom wolumenu słuchanej muzyki bez konsekwencji spowodowanego powoływaniem do życia niechcianych artefaktów bólu uszu. Niby do finalnej estetyki pracy wprowadzono drobne zmiany, a jak przekonałem się na własne uszy, przyniosło to bardzo wiele dobrego – dla mnie na szczególne uznanie zasługuje możliwość głośniejszego słuchania muzyki. Zmiany wypadły na tyle obiecująco, że nawet wspominani za samym początku właściciele dość szczupłych sonicznie systemów w moim odczuciu mają spore szanse znaleźć z nową 10-ką nić porozumienia. Czy na lata nie wiem, ale z pewnością zauważą, że zmiany nie tylko są, ale do tego w dużym pakiecie in plus. Na tyle in plus i to dla pełnego spektrum odbiorców, że gdy wcześniej podstawowy Dynavector był raczej kojarzony z odtwarzaniem mocnego i nieobliczalnego w odniesieniu do poziomu ekspresji rocka, to obecnie znakomicie wypadał także spokojny jazz, muzyka sakralna i poważna. Taka uniwersalność to oczywiście pokłosie nadania brzmieniu wkładki szczypty gładkości. Ale jedynie szczypty, gdyż to nadal jest – bo taki był zamysł – w dobrym znaczeniu tego słowa diabeł w owczej skórze. W mocnym graniu pokazuje istotne dla jej DNA akcenty w stylu skoków dynamiki i nagłych zmian tempa, zaś w romantycznym pozwala napawać się trwającą w nieskończoność, pojedynczą, idealnie zwieszoną i wyciętą z czarnego tła rozwibrowaną nutą. Zapewniam, zrealizowanie zadowolenia tych dwóch obozów słuchaczy nie jest takie łatwe, gdyż trzeba znaleźć przysłowiowy punkt „G” prezentacji, która będzie dostatecznie wyrazista, ale nie przekroczy cienkiej linii nadmiernej agresji. I muszę powiedzieć, że to w przypadku testowanego dziś nowego modelu wkładki DV-10XA znakomicie się udało.

Gdzie widziałbym tytułową Japonkę? Jak wspominałem, wszędzie tam, gdzie tak jak ja lubicie wyraziste podanie muzyki. Będzie się działo, jednak na tyle wyrafinowanie, że ostre brzmienia bez popadania w anemię zostaną delikatnie zasilone nutką gładkości, a muzyka dla romantyka bez utraty intymności pokaże feerię wcześniej gubionych przez zbyt „milusie” wkładki, bardzo istotnych w dotarciu do jej sedna niuansów z zakresu mikrodynamiki. A co z resztą populacji analogowej braci? O tym też pisałem. Zmiany wprowadzone w nowym modelu 10-ki są na tyle interesujące, że nie widzę najmniejszego problemu prób przez piewców przyjemnego grania. Jednak zaznaczam przyjemnego, a nie nadmiernie polukrowanego, bo to dla Dynavectora zło w najczystszej postaci. Ekstremiści w tym aspekcie swojego dźwięku muszą niestety szukać gdzie indziej.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

Jak doskonale Państwo wiecie w naszym redakcyjnym duecie to Jacek jest od analogu a ja zdecydowanie swobodniej czuję się w cyfrze. Niemniej jednak co nieco związanego z 12″ plackami w życiu miałem, słuchałem i testowałem, więc jakieś, zdobyte w ramach czysto empirycznych doświadczeń, pojęcie posiadam. Ponadto jako były użytkownik dwie generacje starszego od naszego dzisiejszego gościa modelu DV-10X5 (zawieszonego wtenczas na zestawie Kuzma Stabi S + Stogi) uczciwie muszę przyznać, iż w momencie, znaczy się w 2018 r., kiedy światło dzienne ujrzała inkarnacja 10X5 MkII jakoś niespecjalnie byłem zainteresowany przesiadką na odświeżoną wersję. Nie dość bowiem, że aparycję miała praktycznie bliźniaczą do mojego rylca, to i większość szczęśliwców, którym dane było dokonać bezpośredniego sparringu ewentualny, wynikający z przesiadki progres oceniała na poziomie „kosmetycznego”. Tzn. jeśli ktoś dopiero chciał zasmakować japońskich specjałów to jak najbardziej wskazanym był wybór najświeższej odsłony, jednak jeśli ktoś, tak jak ja wtedy, już 10-ką (nawet starszą) dysponował, to logicznym było, że zamiast drobić jak gejsza powinien raczej celować w 20-kę. Czas jednak płynie nieubłaganie, zmieniają się priorytety w ewolucji posiadanego systemu, więc i u mnie tor analogowy z racji nader sporadycznej i czysto okazjonalnej aktywności uległ pewnemu uproszczeniu, czyli miejsce modułowej słoweńskiej „zemsty hydraulika” zajął zamknięty w jednej, monolitycznej bryle, uzbrojony w firmowego klasyka, czyli DL-103R Denon DP-3000NE. I choć teoretycznie nie da się dwa razy wejść do tej samej wody, to za namową ekipy katowickiego RCM-u postanowiłem jednak odkurzyć swoje analogowe źródło i na własne uszy przekonać się, co może nie tyle piszczy w trawie, lecz cóż takiego upichcili japońscy mistrzowie kuchni wprowadzając do swego menu najnowszą i podobno gruntownie przeprojektowaną podstawową wkładkę MC Dynavector DV 10XA. Gwoli wyjaśnienia dodam tylko, iż na testy dotarła jej wysokopoziomowa wersja (H).

Jak nawet gołym okiem widać korpus DV 10XA wykonano z transparentnego, czerwonego plastiku zespolonego z masywnym aluminiowym blokiem montażowym z nagwintowanymi otworami umożliwiającymi jego montaż na headshellu. Z aluminium wykonano również rurkę wspornika igły Shibata typu III. Jak już zdążyłem we wstępniaku nadmienić dostarczony na testy egzemplarz był wysokopoziomową wersją 10-ki a więc oferował 2,8mV na wyjściu, przez co z powodzeniem można o nim myśleć nawet dysponując jedynie przedwzmacniaczem gramofonowym dedykowanym wkładkom MM. W ofercie nie zabrakło również wersji niskopoziomowej o napięciu 0,5mV, gdzie bez porządnego step-upa (vide Zikra bądź Thrax) bądź zdolnego wzmocnić takowy sygnał phonostage’a MC się nie obędzie.
A teraz najwyższa pora na nieco audiofilskiej metalurgii, bowiem Dynavector w swych materiałach promocyjnych chwali się opatentowaną technologią „Special Magnetic Annealing” jakiej używa podczas produkcji stanowiącego rdzeń tytułowej wkładki obwodu magnetycznego. I proszę mi wierzyć, że nie ma w tym nawet grama audio-voodoo, czy innej czarnej, bądź białej magii, lecz czysta inżynierska wiedza. Chodzi bowiem o to, iż na drodze wyżarzania, czyli określonej liczby cykli niezwykle precyzyjnego stopniowego schładzania metalu po jego podgrzaniu w ściśle kontrolowanej osłonie gazowej żelaznego rdzenia nie tylko „odwraca się”/eliminuje się mikroskopijne uszkodzenia w strukturze krystalicznej powstające podczas standardowego procesu produkcyjnego żelaznych elementów. W efekcie poprawie ulegają przepuszczalność i siła koercji (odporności materiału na rozmagnesowanie) a tym samym wydajność całego układu magnetycznego. Ponadto uzbrojoną w neodymowe magnesy najnowszą odsłonę 10-ki dopieszczono redukującą zniekształcenia technologią „Softened Magnet”, czyli de facto zaimplementowano znany ze szlachetniej urodzonych modeli XX-2A i 20X-2A eliminujący fluktuację strumienia magnetycznego tłumik.

Skoro swój system, a więc i gramofon komponuje tak, by wszelakiej maści krzyki i wrzaski suto okraszone ognistymi riffami i perkusyjnymi kanonadami brzmiały odpowiednio krwiście i apokaliptycznie, zatem nikogo nie powinien dziwić fakt, iż przygodę na najnowszą odsłoną 10-ki rozpocząłem od radosnego i skocznego „Hardwired…To Self-Destruct” Metallici, gdzie dzieje się dużo, mocno i szybko a po loudnessowej wtopie z „Death Magnetic” nie zostało nawet śladu. Dzięki temu bezlitośnie smagane przez Larsa Urlicha blachy wreszcie mają szansę prawidłowo – adekwatnie do własnych średnic i wagi wybrzmieć a nie li tylko cykać, jakby ktoś sklecił je ze zdjętych pod koniec minionego tysiąclecia z butelek po (niech będzie, że tłustym) mleku kapsli. Góra jest ekspresyjna, skrząca się bezlikiem ognistych refleksów i daleka od asekuracyjnego zaokrąglenia, lecz na tle posiadanej przeze mnie kiedyś protoplastki wyraźnie bardziej rozdzielcza i wyrafinowana. Coś jakby ktoś w Dynavectorze uznał, że czasy, kiedy spontanicznością można rekompensować pewną „kwadratowość” dźwięku minęły i najwyższy czas, by zaproponować swoim odbiorom „danie z wyższej półki”. I tak właśnie zaobserwowaną ewolucję 10-ki odbieram. I choć „starą” bardzo ciepło wspominam, bo miała wielkie serducho do grania i właśnie ową spontanicznością mnie urzekła, to DV-10XA pokazuje, że nie tracąc nic a nic z „fun-u” i wygaru można wspomnianą kanciastość przekuć w realną rozdzielczość wydawać by się mogło nieosiągalna na tych pułapach cenowych. Idąc dalej od razu uprzedzam, iż cudów nijakich nie doświadczyłem, więc wokal Hetfielda nijak jedwabistości Michaela Bublé nie przypomina, a jego partie gitarowe też „santanowską” słodyczą nie porażają, czyli mówiąc wprost japońska wkładka trzymając się faktów twardo stąpa po ziemi. A właśnie, co do twardości, to reprezentowany przez partie basu i gary + stopę perkusji dół pasma prowadzony jest wprost wyśmienicie zachowując idealną równowagę pomiędzy krwistością a chrupkością poszczególnych uderzeń. Konturu miały właściwą sobie twardość, co bynajmniej nie przeszkadzało w zachowaniu pełnej energii impulsywnym kopnięciom.
Jeśli dla kogoś „Meta” to zbyt nisko zawieszona poprzeczko, to nie ma sprawy. Na talerzu „Danonka” ląduje „Das Seelenbrechen” Ihsahn, czyli iście morderczy mariaż ciężkich brzmień z nie mniej mroczną elektroniką w formie, jak to ktoś (Konrad Sebastian Morawski) / gdzieś (Magazyn Gitarzysta) / kiedyś ( 2013-11-15 / dostęp 2025-10-10) trafnie ujął „nieusystematyzowanych struktur muzycznych”. Ot coś w stylu spontanicznej kooperacji Maestro Pendereckiego z Behemothem, czyli oprócz agresji i wgniatających w fotel iście epickich spiętrzeń dźwięków dostajemy dalekie od oczywistości progresywnie pogmatwane linie (a)melodyczne i problematyczną dla większości systemów, słuchaczy litościwie pominę, wieloplanowa złożoność. A Dynavector nie dość, że w ten muzyczny galimatias wchodzi jak w mało, to w czasie rzeczywistym zaprowadza tam iście matematyczny porządek i bynajmniej nie parakonsystentną logike. Wszystko się łączy w jedną całość, słuchacz dostaje podany na srebrnej tacy klucz umożliwiający rozszyfrowanie stanowiącego do tej pory istny węzeł gordyjski kodu a sam materiał zamiast odpychać swą brutalnością wciąga bardziej aniżeli chodzenie po bagnach. I jeszcze ta rozdzielczość basu, gdzie nic nie dudni i się nie zlewa, a jednocześnie nie wykazuje tendencji do anoreksji, czy anemii.
A jak z wielką symfoniką? Cóż, sprawę ujmę tak. Jeśli nie wiecie Państwo czego spodziewać się po otwierającym „Star Wars: The Force Awakens” Johna Williamsa temacie głównym, to dla własnego dobra lepiej odsłuch rozpocznijcie na nieco niższej aniżeli zazwyczaj głośności, bo DV 10XA ani myśli w jakikolwiek sposób limitować energii i dynamiki orkiestrowego tutti. Dostajemy zatem potężną dawkę dźwięku w pełni adekwatną liczebności aparatu wykonawczego przy jednoczesnym zachowaniu wzorowego porządku względem tak rozmieszczenia poszczególnych sekcji instrumentów, jak i gradacji planów. Ponadto japońskiej wkładce udało się oddać jakże niezbędny przy takich „wykonach” oddech i powietrze otaczające muzyków nie tylko w wymiarze poziomym, lecz również i pionowym, więc nawet na stricte koncertowych poziomach głośności nie musimy się obawiać efektu „szklanego sufitu”.
Niejako na deser zostawiłem sygnowaną przez Juliana „Cannonball” Adderley’ego „Somethin’ Else”, na której tak naprawdę dopiero wychodzi nie tyle szydło z worka, co genialność tytułowej wkładki pod względem zdolności różnicowania barw i konsystencji dźwięków. Z nią na pokładzie, a raczej na gramofonowym ramieniu nie sposób nie zachwycić się geniuszem kompozytorsko wykonawczym uczestników sesji stanowiącej zawartość ww. krążka, lecz również nie być pod wrażeniem pietyzmu a zarazem naturalności z jaką oddane są bryły i sygnatury brzmieniowe poszczególnych instrumentów. Wspólne partie saksofonu Cannonballa z trąbka Milesa to absolutny top, jednak Dynavector z podobną naturalnością wskazuje na taką samą maestrię sekcji rytmicznej (Art Blakey + Sam Jones) czy taktownym akompaniamencie fortepianu Hanka Jonesa. I tu nie sposób nie wspomnieć, iż o ile wcześniej komplementowałem 10-kę za nieskrępowaną dynamikę w skali makro, to tu podobne ochy i achy należą się jej za mistrzowskie operowanie mikrodynamiką.

Jak widać na załączonym obrazku, jeśli tylko się chce i wie jak, to nawet na wydawać by się mogło niemalże budżetowym pułapie cenowy można zaproponować miłośnikom wysokiej jakości dźwięku wielce atrakcyjna wkładkę. Dynavector DV 10XA-H udowadnia bowiem, że pomimo otwierania japońskiego katalogu nie tylko nie ma absolutnie żadnych powodów do tego by się wstydzić, co mając w swych trzewiach co nieco ze starszego rodzeństwa śmiało może stawać w szranki ze zdecydowanie droższą konkurencją. A kwestię tego, czy jest to poziom zaawansowanego Hi-Fi, czy już przedsionek High-Endu pozostawię indywidualnej ocenie jego nabywców. Dla mnie osobiście możliwość jego testów okazała się wysoce satysfakcjonująco spędzonym czasem i tak na dobrą sprawę jeśli ktoś nie czuje potrzeby intensywniejszego drenażu domowego budżetu na bardziej zaawansowane konstrukcje, to śmiem twierdzić, że zawieszenie tytułowej 10-ki na gramofonach z pułapu 20-50kPLN w żadnym wypadku nikomu ujmy na honorze nie przyniesie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: RCM
Producent: Dynavector
Cena: 2 990 PLN

Dane techniczne
Napięcie wyjściowe: 2,8mV / 0,5mV (1kHz, 5cm/s)
Separacja kanałów: 25 dB (1kHz)
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz (± 2dB)
Podatność: 12 x 10^-6 cm/dyn
Nacisk: 1,8 – 2,2 g
Impedancja wewnętrzna: 150 / 32 Ω
Impedancja obciążenia: 1kΩ / > 100Ω
Wspornik: utwardzany aluminiowy
Igła: „Shibata III”
Masa wkładki: 7,5 g