Monthly Archives: wrzesień 2024


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Tak jak część pozycji firmowych i wydawniczych oznaczona trzema X-ami przewidziana jest wyłącznie dla dorosłych, co niekoniecznie idzie w parze z pełnoletniością, odbiorców, tak też i nasz dzisiejszy, sygnowany pojedynczym X-em, gość z pewnych przyczyn, o których dosłownie za moment, adresowany jest do nader wąskiego, choć zdecydowanie bardziej adekwatnym byłoby użycie określenia elitarnego grona klientów. I wbrew pozorom owa elitarność nie wynika li tylko z widniejącej na metce ewidentnie „zaporowej” kwoty, lecz również, czy wręcz przede wszystkim z otwartości umysłów potencjalnych nabywców na kontakt ze swoistym ekstremum i w pełni świadomą decyzję o podróży w jedną stronę. Podróży z której powrotu już nie ma. Zbyt patetycznie i dramatycznie? Pozwolę sobie mieć w tym temacie odrębne zdanie. Czym innym jest bowiem możność pozwolenia sobie na taki „zbytek” a czymś zupełnie innym i zarazem kluczowym jego świadomy wybór. Dlatego też lojalnie uprzedzając, iż w ramach dzisiejszego spotkania poruszać się będziemy na iście stratosferycznych poziomach doznań, kwestie finansowe, przynajmniej na razie, dyplomatycznie pominę, serdecznie zapraszam do lektury naszych na wskroś subiektywnych obserwacji zebranych podczas testów dostarczonego przez stołeczne Audiotite przewodu ZenSati #X USB.

Pół żartem, pół serio śmiało możemy stwierdzić, że #X wygląda jeśli nie jak przysłowiowy milion dolców, to z pewnością adekwatnie do 100 000 PLN, które należy na niego wyasygnować. Jest bowiem bezwstydnie złoty, może pochwalić się imponującą, jak na przewód USB średnicą i już od progu bezpardonowo informuje swą aparycją o przynależności do ekstremalnego High-Endu. Pochodną aparycji jest niestety zauważalna sztywność, sprężystość i co za tym idzie wręcz atawistyczna niechęć do zginania/układania, więc z wdzięcznością należy przyjąć redukcję przekroju przed wtykami, dzięki czemu przy odrobinie dobrej woli i przemyślanemu rozplanowaniu ustawienia łączonych z jego pomocą komponentów aplikacja staje się w ogóle możliwa. Chociaż … i tu pozwolę sobie na drobną, acz płynąca z głębi serca sugestię, by w planach zakupowych poważnie rozważyć wersję co najmniej metrową, gdyż przy 50 cm odcinku jedyną opcją jaka przychodzi mi do głowy a jednocześnie nie nagina praw fizyki jest ustawienie źródła i przetwornika jednego na drugim i to tylko w sytuacji, gdy terminale przyłączeniowe znajdują się w jednej linii.
Z racji kolejnego spotkania z efektami pracy Marka Johansena nikogo a szczególnie nas nie powinna dziwić oszczędność i niezwykła lakoniczność w dzieleniu się niuansami dotyczącymi technikaliów. Dlatego też szanując politykę wytwórcy ograniczymy się li tylko do tego, co powszechnie wiadomo, czyli informacji o zastosowanej geometrii ZMP (ZenSati Memory Position technology), potrójnym ekranowaniu, obsesyjnej wręcz walce z wibracjami, oraz wykorzystaniu wtyków ze złoconej miedzi. Ze złoconej miedzi wykonano również same przewodniki, więc mamy pełną zgodność tak materiałową, jak i kolorystyczną. O bardziej technicznych parametrach można zapomnieć, gdyż producent z premedytacją je pomija twierdząc, że one, owe parametry same z siebie nie grają a sugerowanie się nimi może jedynie zaszkodzić a nie pomóc w procesie decyzyjnym.

Niby tego, co usłyszę powinienem się spodziewać, gdyż w trakcie eksploracji katalogu z duńskimi przewodami, w tym USB, zdążyłem zaprzyjaźnić się zarówno z „budżetowym” Zorro, który po testach dziwnym zbiegiem okoliczności się ostał i raczej nigdzie się nie wybiera, jak i zdecydowanie szlachetniej urodzonym sILENzIO. Jednak czym innym są oczekiwania, założenia, czy domniemania a czymś zupełnie innym doświadczenie stosownych doznań na własne uszy. Tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę fakt, iż już po odsłuchach drugiej z ww. łączówek doszedłem do wniosku, iż „sILENzIO wydaje się spełnieniem audiofilskiego ideału połączenia tyleż bezstratnego, co całkowicie, pod względem sonicznym, transparentnego”. Całe szczęście w powyższej deklaracji zostawiłem sobie furtkę w postaci asekuracyjnego „wydaje się” i wcale nie chodzi o przysłowiowe przekonanie, że „cena czyni cuda”, lecz o rzeczywisty – słyszalny progres, który de facto ma miejsce i dyskutować z owym faktem nie sposób.

Z racji nader bolesnego przeskoku w domenie finansowej zarówno w stosunku do mojego prywatnego punktu odniesienia (Zorro), jak i fenomenalnego, acz będącego daleko poza moim zasięgiem, nad czym szczerze ubolewam, sILENzIO postanowiłem stosownie do wzrostu należności oczekiwanej przy kasie podnieść również i poprzeczkę własnych oczekiwań, więc choć pozostałem w kręgu twórczości ekipy Swallow The Sun, to tym razem zamiast dopieszczonego „Moonflowers” sięgnąłem po wcześniejszy, pozbawiony klasycznie zorkiestrowanego bonusa „When A Shadow Is Forced Into The Light” i wsiąkłem w ten krążek bardziej niż mogłem przypuszczać. Okazało się bowiem, że duńska łączówka z rozbrajającą szczerością, czy wręcz ekshibicjonistyczną bezwstydnością odkryła coś, co do tej pory było li tylko niewinnie szeleszczącym podkładem a finalnie okazało się partiami budującymi muzyczne tło dla pozornie spokojnych i melancholijnych wokali, czy zaskakująco koherentnej linii melodycznej, która nie tyle kontrastowała co zaskakująco dobrze korespondowała z death/doom metalowym rodowodem kapeli pokazując dotychczas głęboko ukryte jej piękniejsze oblicze. Począwszy od gęsto tkanych stricte metalowych riffów poprzez delikatne partie smyczków na kojącym a zarazem dostojnym brzmieniu fortepianu skończywszy wszystko spinało się w kompletną i nienaruszalną całość. Może nie tyle się pojawiła znienacka, gdyż de facto cały czas tam była, co stała się oczywista większa złożoność, koronkowa misterność i wieloplanowość kompozycji. Ponadto obecność #X zadawała kłam tezom jakoby ciężkiej muzyki nie da się dobrze nagrać, jak i tej o wykluczeniu takowego repertuaru przy high-endowych aspiracjach melomana. Cóż, jeśli dla kogoś takowy High-End nadaje się wyłącznie do reprodukcji asekuracyjnych smętów, czy też katowania do znudzenia „Świętej Trójcy” złotouchych, czyli „Hotelu California” Eagles, „Keith Don’t Go” Nilsa Lofgrena i „No Sanctuary Here” Chrisa Jonesa, to bardzo mi przykro, ale śmiem twierdzić, że z prawdziwym dźwiękowym topem niewiele ma to wspólnego. A #X bezlitośnie to obnaża, gdyż jest w stanie zagrać dosłownie wszystko. Pokazuje przy tym również wszystko co na nagraniu się znalazło, lecz co istotne pokazuje a nie ocenia, czy interpretuje. Dlatego też tak jak na koncercie, czy wręcz próbie, każdy nietrafiony dźwięk, niechcący trącony statyw, czy też inna wydawać by się mogła zakłócająca zakładaną harmonię anomalia nie przybiera destrukcyjnego charakteru a jest co prawda niezamierzoną, acz bezdyskusyjnie wpisującą się w całość kompozycji składową. Nie wierzycie? Cóż, to w ramach eksperymentu polecam jeszcze raz uważnie przesłuchać „The Funeral Album” Sentenced, bądź nawet „Love Scenes” Diany Krall, by pewne „przypadkowe” dźwięki jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ewoluowały ze stadium uwierającego w bucie ziarnka piasku do swoistego „audiofilskiego smaczku” będącego potwierdzeniem wybornej rozdzielczości naszego systemu zdolnego do takich zazwyczaj pomijanych, bądź ukrytych gdzieś w zakamarkach aranżacji niuansów dotrzeć. Jak jednak warto podkreślić owa eksploracja, uważana przez niektórych za swoisty rodzaj ekshumacji, nie ma charakteru siłowego, nie opiera nie na brutalnym dzieleniu włosa na czworo i rozbijaniu każdego dźwięku na atomy, lecz dzieje się całkowicie naturalnie i bez wysiłku, ot tak.
A skoro o ekshumacji mowa, to jako kolejny papierek lakmusowy na playliście wylądowała „Symphonica” George’a Michaela i tu już zrobiło się iście metafizycznie, gdyż stopień, intensywność realizmu niebezpiecznie zbliżały się do doznań w trakcie seansu spirytystycznego podczas którego medium przywołuje zza światów ww. wokalistę i stawia go zarówno przed nami, jak i akompaniującą mu orkiestrą. Wiem, że tego typu skojarzenia mogą dowodzić zbytniej fascynacji chociażby ostatnim sequelem „Beetlejuice Beetlejuice”, jednakowoż jeśli włącza się album znany praktycznie na pamięć i traktowany jako pozycja obowiązkowa większości playlist a więc niejako wykluczający jakąkolwiek ekscytację a od pierwszych do ostatnich fraz partii nieodżałowanego wokalisty mamy ciarki na plecach i gęsią skórkę, to ewidentnie jest coś na rzeczy. Ba, z tego co pamiętam ostatnio taki stan odnotowałem przy odsłuchu pierwszych kopii z taśm matek Nat King Cole’a, kiedy to obecność artysty w pokoju odsłuchowym była ewidentna i definiowalna co do centymetra. Co z tego, że nie było go widać, skoro stał przed nami (odsłuch był kilkuosobowy, więc autosugestię można wyeliminować) i śpiewał. Borze szumiący i święta salmonello, jak On śpiewał! Takie same extremum intensywności doznań oferuje ZenSati #X, i to nie z wyselekcjonowanego i odtworzonego z najlepszego dostępnego na chwilę obecną nośnika a z podobno pozbawionych czaru, uroku i o zgrozo życia … plików.

W ramach podsumowania pozwolę sobie na pewną dość przewrotną refleksję. Otóż tak jak za jedno z bardziej złowróżbnych złorzeczeń można uznać „Obyś żył w ciekawych czasach”, czego chyba tylko najgorszemu wrogowi można życzyć, tak wychodząc z tezy o najsłabszym ogniwie, czyli o zależności zgodnie z którą system gra tak jak jego najsłabsze ogniwo z pełną odpowiedzialnością swych słów pragnę poinformować, że niespecjalnie chciałbym usłyszeć system, w którym to ZenSati #X miałby rolę owego hamulcowego przyjąć. Powód? Dla jednostki skażonej audiophilią nervosą oczywisty – gdy sensem zabawy jest gonienie przysłowiowego króliczka a nie jego złapanie dotarcie do celu podróży ową zabawę kończy. Co gorsza owe przekroczenie mety, z racji spodziewanej ceny takiego systemu byłoby jedynie chwilową migawką a to z kolei oznaczałoby właśnie chwilowe osiągnięcie stanu nirwany i przekroczenie bram audiofilskich niebios li tylko na mgnienie oka, więc po owej chwili nastąpiłby niczym w planszowej grze powrót na start i rozpoczęcie zabawy od nowa. Problem w tym, że mając w pamięci brzmienie owego systemu już nic nie byłoby takie jak dawniej a i o radość płynącą z obcowania z urządzeniami dramatycznie niższych lotów z pewnością byłoby trudno. Dlatego też lojalnie uprzedzam – choć ZenSati #X jest najlepszym przewodem USB jaki miałem przyjemność nie tylko recenzować, ale i kiedykolwiek słyszeć, to zamiast spodziewanej rekomendacji przekazuję Państwu szczere … ostrzeżenie. Jeśli bowiem nie czujecie się na siłach udźwignąć wydatku związanego z pozostawieniem go w swoim systemie pod żadnym pozorem nie bierzcie go na testy. Ba, nawet nie zastanawiajcie się nad takim krokiem, bo po prostu zrobicie sobie niewyobrażalną krzywdę a jak wiadomo lepiej uczyć się na błędach innych. W tym wypadku moich, choć akurat w moim, recenzenckim przypadku to ryzyko zawodowe, na które poniekąd się godzę. Godzę a tym samym swe odsłuchowe perypetie śmiało mogę podzielić na te przed i po obecności ZenSati #X USB w moim systemie. C’est la vie ….

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; Quantum Science Audio (QSA) Violet & Red + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Chyba wszyscy zdążyliście się przyzwyczaić do faktu, że w swych testowych bojach bardzo często zderzamy się z czystym szaleństwem. Chodzi oczywiście o niezrozumiałe dla zwykłego Kowalskiego drogie zabawki audio, na nabycie których nie wystarczyłoby nawet odstąpienie za jednym zamachem na czarnym rynku kompletnego zestawu narządów wewnętrznych. Co gorsza, wzrost cen topowych konstrukcji z sobie tylko znanych powodów rośnie w zatrważającym tempie. To jest na tyle wyraźny trend, że wydaje się, iż w tej dziedzinie praktycznie nie ma „sufitu”. Po co o tym wspominam? Aby Was zdenerwować lub próbować wytłumaczyć zaistniałą sytuację? Nic z tych rzeczy. Raczej na przykładzie dzisiejszego bohatera spróbować sprawdzić, jaki impuls – mowa o jakości brzmienia danej konstrukcji – skłonił konstruktora do zażądania tak niebotycznej kwoty za swój produkt. Zaintrygowani? Jeśli tak, z przyjemnością oznajmiam, iż w tym spotkaniu zmierzmy się cyfrowym okablowaniem duńskiego producenta ZenSati, z portfolio którego warszawski dystrybutor Audiotite wybrał do testu pochodzący z flagowej serii, a przez to dość drogi kabel sygnałowy ZenSati #X USB.

Co wiemy na temat omawianego okablowania? Niestety jak to zazwyczaj u tego producenta bywa, informacje są zdawkowe. Na tyle, że wynika z nich jedynie, iż przewodnikiem jest wysokiej jakości pozłacana miedź. W celu zabezpieczenia sygnału przed zakłóceniami elektromagnetycznymi konstrukcja może pochwalić się potrójnym ekranowaniem. Oraz istotnym działaniem jest również walka o maksymalne odizolowanie przewodnika od będących zmorą naszej zabawy wibracji konstrukcji. To zaś ma być gwarancją maksymalnego zbliżenia nas do realistycznej iluzji wirtualnej sceny, a jego głównymi atutami mają być: wzorowa szybkość narastania i wygaszania sygnału, naturalne oddanie energii dźwięku oraz na bazie wspomnianych aspektów zjawiskowa namacalność źródeł pozornych. Jak im to wyszło? Po odpowiedź zapraszam do kolejnej części tekstu.

Rozpoczynając akapit o brzmieniu systemu po aplikacji tytułowego kabla przypomnę, iż choć od dłuższego czasu zdaję sobie sprawę z możliwości skonfigurowania bardzo dobrze grającego toru plikowego, finalnie w obcowaniu z muzyką w wolnym czasie jest to dla mnie coś na kształt wyjścia awaryjnego. Przyznaję, coraz bardziej rozbudowanego w kierunku uzyskania maksimum jakości – wówczas tego nie pisałam, bo nie byłem pewny finału, ale po teście łączówki USB z niższej serii sILENzIO chcąc mieć alternatywne, równie dobre jak CD źródło muzyki na bazie zer i jedynek przewód został na stałe w mojej konfiguracji, jednak nadal jako numer dwa. Powód jest banalny, czyli wewnętrzne przywiązanie do oprócz duchowego, również namacalnego obcowania z muzyką w postaci fizycznych nośników. Na szczęście nie jestem zatwardziałym ortodoksem i nie przeszkadza mi to w dochodzeniu do maksimum możliwości tego rodzaju źródła, czego dowodem jest przywołane nabycie sILENzIO USB. I gdy wydawałoby się, że zrobiłem wszystko, co na obecną chwilę w materii okablowania sygnałowego w secie plikowym jest możliwe – podobnych konstrukcji miałem na testach sporą kolekcję, dystrybutor podkopał moje przekonanie o dotarciu na długi czas do mety w tym aspekcie i sięgnął po największe działo w postaci kabla ZenSati USB z serii #X. Efekt? Nie pytajcie, Może nie, że nie ma czego zbierać z ostatnio nabytego drutu, ale flagowiec jest zdecydowanie lepszy. I to pod każdym względem. Czyli?
sILENzIO wylądował u mnie z trzech bardzo istotnych powodów. Po pierwsze – budował pełną rozmachu, a przy tym niewymuszoną, czyli bez efektu ostatnio modnej, wręcz siłowej prezentacji, wirtualną scenę. Po drugie – podał całość z odpowiednim konsensusem pomiędzy wagą, a kontrolą rysunku źródeł pozornych, co przełożyło się na niezmiernie istotną dla pokazania radości przekazywanej przez artystów projekcję różnicowanych impulsów energii. A po trzecie – przekaz cechowała znakomita czystość podania. Nie rozjaśnienie, czy wzmocnienie operowania górnymi rejestrami, tylko brak poczucia nieco oddalającego mnie do od wydarzeń scenicznych efektu wiszącej pomiędzy słuchaczem, a muzykami woalki – tak określam czystość, a dzięki temu realizm dobiegającej do mnie muzyki. Teoretycznie wszytko wydawało mi się tak wyśrubowane, że lepiej nie oczekiwałem. Ba, nawet pomyślałem, że potencjalne owo lepiej z pewnością skończy się agresją, a może nawet karykaturą ocierając się o ból narządów słuchu. Niestety wówczas nie wiedziałem, jak bardzo się myliłem. Nie wiem, jak to zrobił będący bohaterem dzisiejszego spotkania model #X, bo nie była to rewolucja, tylko znakomicie wdrożona w życie ewolucja. I to w zasadzie w najtrudniejszym obszarze, gdyż w pierwszym rzędzie poprawie uległa czystość podania. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że w mojej, opartej o twarde przetworniki konfiguracji kolumn – dwa diamenty, jeden ceramik i cztery aluminiaki – w najmniejszym stopniu nie przerodziło się to w nadinterpretację. Powiem więcej. Otóż z naturalnych względów zyskała na tym czytelność krawędzi każdego scenicznego bytu bez utraty przezeń krzty masy, poprawiła się szybkość narastania i wygaszania sygnału przy nadal bezkresnym okresie wybrzmiewania pojedynczych nut, a wszystko dzięki poprawie wspomnianych aspektów wieńczyło jeszcze większe poczucie obecności muzyków. Być może zabrzmi to komicznie, ale mimo, że to co wydarzyło się po wpięciu ZenStai #X USB, moje uszy odbierały znakomicie, ze zdumienia w duchu przecierałem oczy. Wszystko nabrało większej ostrości, a mimo to nie było nachalne, przerysowane, tylko wręcz przyjemniejsze w odbiorze. Owszem, dalekie od malowania świata muzyki przyjemnymi dla ucha plamami – nie raz czytałem tak brzmiące pochwały nowych nabytków przez wielu znajomych – ale przecież w ekstremalnym High End-zie chodzi o w pełni strawne wyśrubowanie najdrobniejszego szczegółu, a nie polewanie ukochanej przez na muzyki nawet najsmaczniejszym sosem. Jeśli szuka się nie do końca noszącej znamiona prawdy o muzyce zbytniej „ładności”, będący synonimem ekstremalnych doznań High End nie jest od takich rzeczy. Top topów ma brzmieć w stylu tytułowego kabla USB, czyli z dbałością o najdrobniejszy szczegół z ekstremalnym podejściem do prawdziwej bezpośredniości podania dźwięku na czele. Jak to się robi? Ja nie wiem. Za to znakomicie wie marka ZenSati, o czym mam nadzieję świadczy powyższy tekst.

Gdy przyszedł czas na podsumowanie, jestem zobligowany nakreślić ramy grupy docelowej dla danej konstrukcji. Co prawda dla mnie sprawa jest oczywista, jednak nie pozostawiając nikogo w fazie domysłów widzę tylko jedną – naturalnie abstrahując od katalogowej ceny USB #X, która jest co najmniej wymagająca – grupę melomanów w zderzeniu z #X-em mogących pokręcić nosem. Naturalnie chodzi o piewców plastyki i soczystości podania materiału ponad wszystko. Na to niestety z naturalnych powodów dążenia high end-owego segmentu akcesoriów audio do jakościowego absolutu nie ma szans. Natomiast reszta osobników jeśli tylko w poszukiwaniu wyrazistości przekazu nie przekroczyła punktu nadmiernego rozjaśnienia brzmienia zestawu, spokojnie powinna nie tylko spróbować, ale z dużą dozą pewności w przypadku swobody poruszania się na tym pułapie cenowym, prawdopodobnie nabędzie rzeczony kabel na długie lata. Niestety świat po jego nawet chwilowym wpięciu już nigdy nie bezie taki sam. Nagle stajemy przed wyborem w postaci pławienia się w od zawsze poszukiwanej jakości dźwięku lub skazania na ból z racji pamięci czegoś, co z takich, czy innych względów sobie odpuściliśmy. Jeszcze w stu procentach nie wiem, ale osobiście mimo zadowolenia z sILENzIO, być może z racji „posiadania słabej silnej woli” za niedługi czas spróbuję powalczyć z rozsądkiem o pojawienie się #X-a u mnie na stałe. Jaki widzę sens? Otóż w moim odczuciu mimo prywatnego przedkładania nad pliki odtwarzacza płyt kompaktowych w tym konkretnym przypadku naprawdę jest o co.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kabel USB: ZenSati sILENzIO
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Cena: 73 890 PLN / 0,5m; 93 990 PLN / 1m; 114 190 PLN / 1,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: PMC Active twenty5.24i

Jestem w stu procentach pewien, że wszyscy widzimy sukcesywnie zachodzące zmiany w rzeczywistości związanej z tematyką audio. Naturalnie w pierwszej kolejności mam nam myśli elektronikę, w ofercie której coraz częściej, nawet u największych producentów pojawiają się konstrukcje All in One. Chodzi o urządzenia będące źródłami i sekcjami wzmocnienia w jednym, co pozwala zredukować ilość komponentów generujących muzykę do składającego się z 3 części minimum – dawca sygnału i dwie kolumny. Rozwiązanie ostatnimi czasy stało się na tyle popularne, że jak wspomniałem, każdy chce mieć tego typu produkt w swoim portfolio, co analizując rynek znakomicie widać. Jednak wszyscy wiemy, iż konstruktorzy będących w kwestii naszych zainteresowań zabawek osiągnąwszy dany cel nie siedzą z założonymi rękami, dlatego chyba nikogo nie zdziwi fakt pewnego rodzaju ewolucji tych rozwiązań. Co mam na myśli? Otóż omawiane konstrukcje z założenia mają być kompaktowe, co jest zmorą przy stosowaniu odpowiednio wydajnej – czytaj pozwalającej obsłużyć pełen przekrój zespołów głośnikowych sekcji wzmocnienia. Takim to sposobem pojawił się pomysł migracji wzmacniaczy z dawców sygnału do kolumn głośnikowych. Zyskujemy wtenczas więcej miejsca, gdzie spokojnie można poszaleć jakościowo – rozbudować bardziej uniwersalnie od strony mocy, a jedyną istotną zmianą w danej konfiguracji jest zastosowanie dodatkowych kabli sieciowych do kolumn i nieco dłuższych sygnałówek RCA lub XLR zamiast typowych głośnikówek. Co prawda pomysł znany jest nie od dziś, jednak ostatnimi czasy ruszył z tak zwanego kopyta. Na tyle energicznie, że w ów trend bardzo mocno poszły kolumnowe marki ikony. I to nie byle jakie ikony, tylko brandy z mającego swoje spore zastosowanie w rynku pro. O kim mowa? A choćby o będącym bohaterem dzisiejszego spotkania, od dawien dawna oferującym takie rozwiązania studiom nagraniowym, a teraz znacznie mocniej zaangażowanym w rynek konsumencki, brytyjskim producencie zespołów głośnikowych PMC. O czym konkretnie będziemy rozprawiać? Otóż dzięki działaniom logistycznym warszawskiego dystrybutora EIC na testowy występ trafiły z pozoru filigranowe, jednak w starciu testowym okazało się, że wielkie duchem kolumny podłogowe PMC Active twenty5.24i.

Tytułowe kolumny to średniej wielkości dwudrożne, mogące pochwalić się dwoma przetwornikami podłogówki. W celach odpowiedniej propagacji energii z zaaplikowanych głośników ich skrzynki zostały lekko pochylone ku tyłowi. W odpowiedzi na potencjalnie wyszukane wymagania nabywcy dostarczony do testu zestaw wykończono w bardzo pożądanym, nadającym im sznytu elegancji kolorze piano-black – w ofercie dostępne są również naturalne forniry. O ich stabilizację na podłożu dbają poprzecznie przykręcone do podstaw, zaopatrzone w regulowane kolce, znacząco zwiększające rozstaw podparcia, wykonane ze stali nierdzewnej poprzeczne belki. Jeśli chodzi o wyposażenie awersu, w górnej jego części zaaplikowano dwa wspomniane przetworniki – na górze wysokotonówkę ze skrytą pod metalową siatką miękką membraną i pod nią 6.5 calowy średnio-niskotonowiec, natomiast tuż przy podstawie dwa zorientowane poziomo, wyloty drobiazgowo opracowanej przez inżynierów PMC wersji linii transmisyjnej. Linii swą odpowiednio zmodyfikowaną konstrukcją mającej pozwolić wygenerować nie tylko mocniejszy, ale również niżej schodzący, aniżeli wskazywałyby na to gabaryty kolumn bas. Kreśląc kilka słów na temat rewersu, ten opiewa na usadowiony tuż przy podstawie metalowy panel z niezbędnymi w tym modelu interfejsami. W ich skład wchodzą: przyłącze okablowania sieciowego IEC, terminale sygnałowe w standardzie RCA i XLR, hebelek wyboru pracy kolumny, włącznik główny i dioda informująca o pracy. Naturalnie to nie koniec istotnych informacji o naszych bohaterkach, bowiem pod przywołaną stalową połacią producent ukrył niezbędną do zapewnienia przetwornikom odpowiednich warunków pracy aktywną zwrotnicę oraz oferującą 100 W na każdy drajwer sekcję wzmocnienia. Wieńcząc opis budowy warto również wspomnieć, iż tak prezentujące się zespoły głośnikowe według danych producenta zapewniają swobodne pokrycie pasma przenoszenia pomiędzy 27 Hz – 25 kHz przy obciążeniu 8 Ohm. Jak widać, mimo niedużych gabarytów konstrukcje są dość skomplikowane technicznie oraz teoretycznie wydajne sonicznie. Co powyższa, z pietyzmem wyartykułowana wyliczanka technikaliów zaproponowała w kwestii oddania prawdziwych zamierzeń artystów? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w poniższym akapicie.

Zanim przejdę do konkretów, kilka informacji na temat ich możliwości konfiguracyjnych. We wstępniaku pisałem o minimalizacji systemu do trzech produktów, czyli źródła i dwóch kolumn. Tymczasem podczas mojej sesji testowej wyglądało to znacznie bardziej skomplikowanie, gdyż w torze po dzielonym odtwarzaczu CD znalazł się jeszcze przedwzmacniacz liniowy. To oczywiście nasuwa pytanie, czy jeśli ma się miejsce na takie ekstrawagancje, to jaki jest sens pchania wzmocnienia w kolumny? Już wyjaśniam. Konfiguracja testowa jest jak najbardziej dopuszczalna i często z powodzeniem stosowana, jednak zamysłem powstawania podobnych do opiniowanych zespołów głośnikowych jest przywoływana minimalizacja systemu, jaki w założeniu oferują komponenty All in One. Jednak co bardzo istotne, posiadając będący punktem zapalnym spotkania model kolumn Active twenty5.24i owo samowystarczalne źródło nie musi mieć już w sobie układów wzmacniających, bowiem wystarczy nabyć odtwarzacz CD, odtwarzacz sieciowy, czy przetwornik z regulowanym wyjściem sygnału analogowego – to ostatnio jest prawie standardem i dzięki sterowaniu głośności z poziomu wywołanych do tablicy konstrukcji temat mamy zamknięty. A zamknięty oczywiście dlatego, że piecyki sterujące kolumnami są w ich trzewiach. Dzięki takiemu podejściu do tematu minimalizacja systemu audio naprawdę może osiągnąć zaskakujące rezultaty, gdyż sygnał równie dobrze może zostać dostarczony z karty dźwiękowej komputera, czyli praktycznie eliminujemy jakikolwiek komponent na salonowym ołtarzyku. Przyznacie, że dla wielu to jedyny ratunek w starciu z wiecznie narzekającymi na elektroniczną graciarnię na komodzie żonami. Owszem, dla ortodoksyjnych melomanów niekoszerny, ale nawet jak się tego nie wykorzysta, fajnie jest mieć taką opcję. Naturalnie ja jako totalny szaleniec dzielenia dosłownie wszystkiego na niezliczoną ilość składowych – funkcję kompaktu realizują cztery pudełka, wzmocnienia trzy, a przedwzmacniacza dwa – sygnał na kolumny podałem z pre liniowego. Mogłem bezpośrednio z DAC-a dCS-a, ale chciałem poznać prawdziwe brzmienie kolumn, dlatego używając na co dzień z duńskiej Pandory z premedytacją ją wykorzystałem. Co z tego wynikło?

Zaliczyłem zaskakująco pozytywne potwierdzenie, że zawarte w odezwie producenta do klientów zapewnienie o zjawiskowej propagacji niskich rejestrów nie jest tylko pobożnym życzeniem, a namacalną realizacją założeń inżynierów. Kolumny nie za duże – oczywiście w odniesieniu do moich słupów telegraficznych, a bas był pełnoprawnym uczestnikiem dosłownie każdego przekazu. Pełen energii, soczysty i dobrze kontrolowany. Naturalnie w odniesieniu do mojego wzorca nieco zaokrąglony, ale daleki od monotonności i co najważniejsze od ilościowego przerysowania. Rozwijając to ostatnie określenie mam na myśli brak jakiegokolwiek szkodliwego nadmuchania przekazu monotonnym, bo nazbyt krągłym, naturalnie w zamierzeniach niektórych konstruktorów mającym pokazać, że mała kolumna (najczęściej tak wypadają monitory) może wytworzyć wielkie ciśnienie akustyczne, na dłuższą metę męczącym basem. Tak, jak na rozmiar kolumn jest go sporo, jednak niskie tony z typowego bass-refleksu ma się nijak do wersji z dobrze zestrojonej linii transmisyjnej. A w tym przypadku nie chodzi o pierwszą z brzegu linię transmisyjną, tylko po pierwsze odpowiednio zaprojektowaną i w pakiecie sterowaną dedykowanym dla danego pomysłu układem wzmacniającym, co naprawdę robi sporą różnicę. Czy to znaczy, że kolumny żyją tylko fajnym basem i przystawką w postaci reszty pasma akustycznego? Nic z tych rzeczy, bowiem w sukurs opisanemu dolnemu zakresowi idzie energetyczna i zarazem bogata w informacje średnica oraz otwarte górne rejestry. Całość jest bardzo spójna brzmieniowo i co w perspektywie przyjemności odbioru muzyki podczas długich odsłuchów jest istotne, bez napinania na nadmierne doświetlanie wirtualnej sceny. W pierwszym momencie myślałem, że odbije się to na witalności projekcji muzyki, tymczasem było dźwięcznie, muzykalnie i z odpowiednio mocnym podaniem dolnego zakresu, co pozwalało na komfortowe odsłuchy przez długie godziny. I co najważniejsze, bez oglądania sią na nurty muzyczne oraz dzięki wspomnianemu unikaniu nadmuchiwania ekspresji najwyższych częstotliwości również na jakość materiału. W tym ostatnim aspekcie chodzi oczywiście o przyjemniejsze podanie błędów realizacyjnych, które mimo wizualizowania pełnego spektrum emocji zawartych w każdym rodzaju muzyki najzwyczajniej w świecie nie męczyły narządów słuchu. To było na tyle ciekawie zbilansowane, że podprogowo zachęcało do podkręcania poziomu głośności grania systemu. A przecież wiadomo, iż muzyka spod znaku AC/DC – choćby krążka „Power Up” wręcz wymusza mocne operowanie gałką Volume. A jeśli tak, w tym przypadku nie było z tym najmniejszego problemu. Dzięki temu czułem na piersi nie tylko mocne uderzenia perkusji, ale również energetyczne, co bardzo istotne, pełne rozwibrowania gitarowe riffy oraz odpowiednio emocjonalne (zazwyczaj pełne krzyku) popisy gardłowe Briana Johnsona. Gdybym miał w skrócie określić to, co wydarzyło się w moim pokoju, bez naciągania faktów powiedziałbym, że byłem uczestnikiem spektaklu jakościowo przewyższającego moje przedtestowe założenia po zapoznaniu się z rozmiarem testowanych kolumn. Nie inaczej, czyli z równie odpowiednim pakietem emocji wypadał repertuar nastawiony na wyciszenie – dla przykładu koncertowy materiał Keitha Jarretta „Inside Out”. To wbrew pozorom niełatwy materiał, gdyż system musi dobrze różnicować atak dźwięku, energię, esencjonalność, rozwibrowanie i rozmach prezentacji. Naciągam fakty? Bynajmniej. Otóż atak i będącą feedbackiem jego dobrej jakości kontrolę weryfikują częste solówki kontrabasisty – w tym przypadku legendarnego Gary’ego Peacocka. Energia weryfikowana jest walką z bębnami również będącego ikoną tego instrumentu Jacka DeJohnette. Rozwibrowanie testuje fortepian obsługiwany przez Keith’a Jarretta, Natomiast odpowiedni rozmach ma oddać przecież koncertowy występ przywołanego trio. Jak to wypadło? Szczerze powiedziawszy początkowo bałem się zbytniego spokoju na scenie. Tymczasem dobre prowadzenie kolumn przez idealnie dopasowane do ich potrzeb wewnętrzne wzmocnienie sprawiło, że to wydarzenie sceniczne choć nieco w ciemniejszej, niż mam na co dzień estetyce podania nic a nic nie straciło na zadziorności, a tym samym na pokazaniu wirtuozerii pracy nie tylko wszystkich razem, ale także każdego z osobna ikonicznych artystów. Gdy wybrzmiewała ballada, muzyka otulała mnie zawartym w danym utworze błogim spokojem. Natomiast gdy do głosu dochodziły solówki Peacocka lub panowie postanowili wspólnie zagrać dynamiczny kawałek, czuć było w przekazie niezbędny drive. Z wymaganą energią i kontrolą, dzięki czemu czuć było zawartą w konkretnym utworze radość. A przecież o to w naszej zabawie chodzi.

Jak spuentuję powyższy opis przebiegu procesu testowego brytyjskich specjalistów od konstruowania zespołów głośnikowych tak na rynek profesjonalny, jak i konsumencki? Bez najmniejszego poczucia przesady powiem, że grają lepiej, niż świadczyłyby o tym ich gabaryty. Chodzi oczywiście nie o aparycję, bowiem ta jest na najwyższym poziomie, tylko o łatwość stworzenia swobodnego spektaklu muzycznego nawet w nazbyt dużym dla nich pomieszczeniu. A najważniejszym ich atutem jest projekcja muzyki z należną jej ekspresją energii dla danego materiału. Bez ułomnego w odbiorze podkręcania ilości basu w muzyce, tylko o podawanie go zgodnie z zapotrzebowaniem muzycznych uniesień. Naturalnie to zasługa idealnego doboru odpowiednio rozbudowanego wzmocnienia do konstrukcji kolumn, w tym przypadku zaaplikowanego w ich trzewiach. Ale to nie jedyne zyski zmiany lokalizacji wzmacniaczy. Otóż dzięki takiemu rozwiązaniu wykorzystane źródła muszą mieć jedynie regulowane wyjście sygnału, co z braku dużych transformatorów po pierwsze minimalizuje ich gabaryty, a po drugie pozytywnie brzmieniowo eliminuje szkodliwy wpływ prądów wirowych na prezentację muzyki. Komu poleciłbym oceniane PMC Active twenty5.24i? Cóż, mam nadzieję, że z tekstu jasno wynika brak jakichkolwiek przeciwskazań z mojej strony. A jeśli na siłę miał bym kogoś wytypować, w obozie nie do końca chodzących drogami tytułowych kolumn osobników widziałbym wielbicieli dźwięku ponad miarę, nawet kosztem wypełnienia nastawionego na atak i szybkość wybrzmiewania muzyki. Co prawda zawsze można coś podkręcić na swoją modłę odpowiednim okablowaniem i elektroniką, jednak tytułowe panny same z siebie grają po takiej jak lubię i powinny brzmieć umilające nam życie konstrukcje, czyli kolorowej stronie mocy.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybutor: EIC
Producent: PMC (Professional Monitor Company Ltd)
Cena: 41 999 PLN para

Dostępne wykończenia: Orzech, Diamentowa Czerń, Dąb
Pasmo przenoszenia: 27Hz – 25kHz
Impedancja: 8 Ω
Głośniki:
– wysokotonowy: 19 mm miękka kopułka PMC/SEAS® z tkaniny SONOMEX™, chłodzona ferrofluidem, z 34 mm maskownicą i maskownicą dyspersyjną
– nisko/sredniotonowy: 170mm stożek long-throw g-weave™ PMC z obudową odlewaną ze stopu aluminium,
Efektywna długość ATL™: 3 m
Kierunkowość pozioma: 100 stopni
Kierunkowość pionowa: 90 stopni
Złącza wejściowe: XLR i RCA
Wzmacniacze: HF 100Wrms + LF 100Wrms
Wzmocnienie/czułość: 1Vrms = 99dB SPL @ 1m (ustawienie niskie) / 109dB SPL @ 1m (ustawienie wysokie)
Impedancja wejściowa: >14kΩ
Częstotliwość zwrotnicy: 1,9kHz
Zasilanie:90-260V, złącze IEC C14
Wymiary (W x S x G): 1015 (+20 kolce) x 192 (275 łącznie z listwami cokołowymi) x 419 (+9 mm kratka) mm
Waga: 23 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Choć obeznanym w temacie manufaktura Audio Phonique zapewne kojarzy się przede wszystkim z elektroniką, to eksplorację jej katalogu rozpoczynamy od … przewodów zasilających Singularity AC.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po istnej watasze Red-ów rodzime WK Audio postanowiło nieco zmienić paletę barw i postawiło na kojący błękit głośnikowych TheRay.

cdn …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Może i na tle konkurencji pod względem postury switche QSA Red & Violet nie prezentują się zbyt imponująco, lecz już nasze wcześniejsze z nimi doświadczenia wskazują na nadchodzącą … rewolucję.

cdn. …