Opinia 1
Choć nadal uważam, że sens tzw. kina domowego w większości przypadków jest równie absurdalny, jak wybór Humvee jako miejskiego autka do rozwożenia pizzy po centrum Warszawy w godzinach szczytu, to jednak tym razem zaproszenie na ekskluzywną prezentację laserowego projektora Epson EH-LS10000 przyjąłem z dużym zainteresowaniem. Powody zmiany mojego nastawienia były dwa. Po pierwsze kino miało być prawdziwe (profesjonalna sala projekcyjna studia filmowego D35 na terenie warszawskiego SOHO Factory), choć raczej w klimatach studyjnych, aniżeli wielkopowierzchniowych multiplexów a po drugie oprócz standardowego – marketingowego bajania zapowiedziany został sparring z profesjonalnym sprzętem produkcyjnym – referencyjnym projektorem Christie. Krótko mówiąc rasowe kino z krwi i kości. Zero taryfy ulgowej, zero kompromisów, za to świetna okazja na poszerzenie high-endowych horyzontów.
Razem z Jackiem znaleźliśmy się zatem w gronie kilkunastu szczęśliwców mogących doświadczyć na własne oczy tego, co potrafi najnowszy produkt marki Epson – projektor EH-LS10000. Tytułowa „zabawka” to pierwsze urządzenie tej klasy na rynku wykorzystujące laserowe źródło światła zapewniające jasność 1500 lumenów, które w połączeniu z (odbiciowymi) panelami 3LCD Reflective, oraz systemem 4K Enhancement umożliwia zwiększenie postrzeganej rozdzielczości ekranu do odpowiadającej 4K. Ponadto 1000-ka zapewnia szeroki zakres reprodukowanych barw pozwalając wyświetlić obrazy zarówno w popularnych przestrzeniach barwnych takich jak sRGB, Rec.709, jak i – jako jeden z nielicznych w przestrzeni barwnej DCI, będącej standardem dla dystrybucji obrazów w kinach cyfrowych. Oczywiście znając rynkowe realia i tak i tak jednym z najistotniejszych parametrów interesujących końcowego odbiorcę jest żywotność lampy. Całe szczęście i na tym polu Epson ma się czym pochwalić, bo wynik 30 000h daje realne szanse na wieloletnie i bezproblemowe użytkowanie. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy nie zwrócili uwagi na głośność wbudowanego w projektor wentylatora, gdyż z autopsji wiemy, iż wyjący cooler potrafi zepsuć nawet najbardziej klimatyczne dzieło. Okazuje się jednak, że dzięki zastosowaniu laserowego źródła światła i wysokoskutecznego częściowo pasywnego systemu chłodzenia konstruktorom udało się zejść do niemalże całkowicie niesłyszalnych podczas projekcji 19 dB.
Kilka słów należy się również użytemu podczas spotkania materiałowi testowemu, który stanowiła nieskompresowana kopia „master” 4:4:4, oraz komercyjna wersja Blu-ray „Bogów”. Dla fanów bardziej spektakularnych doznań (jakby transplantacja serca była niewystarczająca) posłużono się również fragmentem „Tears of Steel”. O ile w pierwszym przypadku najwięcej pułapek czyhało we wszechobecnych cieniach o tyle na bardziej dynamicznych samplach na własne oczy można było się przekonać jak wypadają wszelakiej maści futurystyczne wybuchy, kanonady i eksplozje, czyli wszystko to, bez czego trudno wyobrazić sobie współczesną kinematografię. Słowem dla każdego coś dobrego. W porównaniu z profesjonalną „Krystyną”, jak pieszczotliwie blisko półtonową olbrzymkę Christie nazywała ekipa D35 różnice były zaskakująco niewielkie, choć warto wspomnieć, że projektor Epsona pracował na pełnej mocy, za to kinowy z możliwie najmniejszą mocą, co z jednej strony dawało wyobrażenie różnicy klas a z drugiej pozwalało na zunifikowanej dla obu źródeł sygnału powierzchni ekranu łatwiej wychwycić ewentualne niuanse i różnice. Zabawa okazała się przednia i niezaprzeczalnie miała charakter edukacyjny, co potwierdziły późniejsze restauracyjno-kuluarowe rozmowy zarówno z uczestnikami, jak i organizatorami tego całego zamieszania. Uczciwie musze też przyznać, że choć na prezentacjach projektorów nie pojawiam się zbyt często, to obserwując postęp, jaki dokonał się na przestrzeni kilku ostatnich lat spokojnie można uznać, że tzw. kino domowe z formy pospolitego ruszenia nader zgrabnie ewoluowało do tego, czym z założenia miało być – do możliwie zbliżonego do kinowych warunków sposobu na obcowanie z ulubionymi filmami bez zbędnych podróży. Oczywiście warto pamiętać, że tego typu atrakcje, podobnie jak i najbliższy naszym sercom High-End wymaga odpowiednich nakładów finansowych i najlepiej dedykowanego pomieszczenia. Dopiero wtedy możemy mówić o pełni szczęścia, ale po to właśnie znaleźliśmy sobie takie a nie inne hobby, żeby właśnie do takiej nirwany dążyć.
Serdecznie dziękując Organizatorom za zaproszenie chcemy tylko zachęcić Naszych Czytelników do odwiedzenia stoiska Epsona podczas listopadowej, 19-ej edycji Audio Video Show w jednej z lóż Stadionu Narodowego, aby osobiście przekonać się, że referencja niejedno ma imię a przy okazji zweryfikować zasadność przyznania EH-LS 10000 przez EISA tytułu najlepszego projektora dla kina domowego 2015/2016.
Marcin Olszewski
Opinia 2
W miniony piątek tj. 25.09.2015r. razem z Marcinem mieliśmy niekłamaną przyjemność uczestniczenia w prezentacji najnowszego, topowego i ukrywającego się pod symbolem EH-LS10000 laserowego projektora japońskiej marki EPSON. Nie był to pokaz na miarę międzynarodowych targów IFA, ale jak na eventową obsługę kilkudziesięcioosobowej grupy przedstawicieli periodyków branżowych odniosłem bardzo pozytywne odczucie wyjątkowości tegoż spotkania. Nie będę rozpisywał się na temat około-zdarzeniowy tego wieczoru, skupiając się raczej na osobistych spostrzeżeniach i refleksjach. Wybierając się na ów pokaz, mimo dość zbieżnych dążeń do maksymalizacji jakości produktów oferowanych przez najbardziej interesujący mnie rynek audio i dość mocno penetrowany przez sporą grupę audiofilów segment video nie wiedziałem jaki ogólny przekaz pozostanie w mych szarych komórkach. Niestety, podczas gdy w audio jestem nazwijmy to kolokwialnie w miarę „wyrobiony”, to kino domowe znam raczej z przypadkowych wizyt u znajomego, a przecież głównym graczem tej pogadanki było najnowsze wcielenie tak ważnego dla odbioru filmu źródła obrazu, czyli wspomniany EH-LS 10000. Oczywiście jako dygresję dodam, iż podczas rozpatrywania aspektów jakości oglądanego filmu, nie możemy zapomnieć o samym materiale do wyświetlenia, jak również odpowiednio certyfikowanym ekranie projekcyjnym, co podczas tego, jak się później okazało sparingu zagwarantowało studio obróbki filmów Digital 35, udostępniając swoją salę w warszawskim kompleksie SOHO FACTORY i przygotowany w najlepszej możliwej kopii film Łukasza Pawlikowskiego „Bogowie”. Nie wdając się w niuanse, muszę powiedzieć, że najnowsze dziecko EPSON-a znakomicie broniło się w starciu z referencyjnym wcieleniem komercyjnego projektora kinowego Christie. Oczywistą rzeczą jest, że różnice w obu prezentacjach dawało się wychwycić, ale biorąc pod uwagę rząd wielkości cen, mniej więcej korelowało to z zasadami w naszym audio-hobby, czyli im lepiej, tym zdecydowanie drożej. Abstrahując jednak od samych różnic w jakości wizji, w moim odczuciu najważniejszym tematem całej zabawy w zawody był poruszony przez jednego z prowadzących pokaz aspekt wielowarstwowości samej czerni samego obrazu. Jak „zeznał” podczas prelekcji, na życzenie producentów film został zrealizowany w dość ciemnej estetyce, co umożliwiło operatorom pokazanie warsztatu posługiwania się tym jakże monotonnym i niebudzącym większych uniesień dla zwykłego Kowalskiego kolorem. Przyznam szczerze, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale nie szukając zbyt daleko, jakże często w opisach różnych czy to systemów, czy pojedynczych komponentów recenzenci audio posiłkują się tak zwanym mniej lub bardziej nasyconym „czarnym tłem”, które jest podstawą do w miarę obrazowego przedstawienia czytelności dobiegających do słuchacza dźwięków. To oczywiście jest umowne określenie, ale ile to razy w pozycjonowaniu swoich spostrzeżeń o jakości generowanej muzyki, opieramy się na wspomnianym artefakcie czerni, jako punkcie odniesienia. I co, niedaleko nam do filmowców, nie sądzicie? Wracając do piątkowego wieczoru, dopiero po tej dygresji o sporym udziale wspomnianej składowej w całej palecie barw w kreowaniu świata filmu zrozumiałem gdzie szukać tak chwalonej przez zapraszających nas na pokaz przedstawicieli marki jakości wyświetlanego przez ich produkt obrazu. Utrata choćby najmniejszej ilości ostrości obrazu – u nas nazywamy to rozdzielczością – powoduje natychmiastowe przejście w niebyt wielu informacji wizualnych oglądanego filmu, co dla zwykłego oglądacza może być mało istotne, ale dla kinomaniaka – konesera będzie bardzo degradującym czynnikiem postrzegania całości jako spójnego artystycznie od tematyki po realizację zdjęciową projektu. Niestety, to z wypunktowaniem przez wyedukowaną osobę trzeba przeżyć na własnej skórze, inaczej błądzimy we mgle. I właśnie dzięki obserwacji sposobu podania gradacji czerni, z łatwością można było skonfrontować możliwości prezentowanego Japończyka, który w nierównej przecież walce naprawdę wypadał bardzo dobrze.
Kończąc tę relację, chciałbym podziękować organizatorom za zaproszenie i miłą atmosferę podczas całego spotkania, jak również przybliżenie sposobu postrzegania obrazu filmowego jako sztuki operowania dla wielu wydawałoby się nieistotnym w swej monotonii kolorem czerni.
Jacek Pazio
Opinia 1
Od dawien dawna zwykło się uważać wszelakiej maści okablowanie za niby niezbędny, ale jednak dodatek, bibelot czy wręcz sarkastycznie zabarwioną emocjonalnie „biżuterię”. Jednak w większości przypadków owe wielce kosztowne dodatki nie są niczym innym jak li tylko zwykłymi za przeproszenie drutami przyobleczonymi w mniej lub bardziej pstrokaty peszelek i zakończonymi jakimiś wtykami. Są jednak wyjątki potwierdzające powyższe reguły. Mowa tu o takich wybrykach natury jak przyozdobione potężnymi aluminiowymi walizami MITy Oracle MA-X Super HD, czy carbonowymi „kurczakami” Opusy Transparenta. Do tegoż peletonu osobliwości można spokojnie zaliczyć ostatnio przez nas testowany, przypominający przewody dedykowane prodiżom 聖HIJIRI “Million”. Jednakże żaden z wymienionych przez mnie przykładów nie może konkurować z bohaterami niniejszego testu – dostarczonymi dzięki uprzejmości G Point Audio przewodami głośnikowymi Skogrand Beethoven.
Eksploracja portfolio marki od topowych modeli z jednej strony jest istnym marzeniem większości audiofilów, lecz też zarazem i pewnym przekleństwem, gdyż człowiek jest tak skonstruowany, że bardzo szybko przyzwyczaja się do dobrego a każda próba przesiadki na komponenty niższej klasy odbierana jest jako zamach na jego niezbywalne prawa i swobody obywatelskie, czyli typowy gombrowiczowski „gwałt przez uszy”. Niestety, przynajmniej na razie nie dane mi było nausznie doświadczyć w kontrolowanych warunkach, jak sprawują się tańsze modele Skograndów, choć patrząc na cennik dość wyraźnie widać, że Beethoveny od znajdujących się oczko niżej, równie ekskluzywnie wykonanych, lecz tym razem przyobleczonych w czerń, Tchaikovskych dzieli najdelikatniej rzecz mówiąc spora, bo ponad dwukrotna różnica w cenie. Skoro jednak nadarzyła się okazja do poznania crème de la crème norweskiej metalurgii nawet przez myśl mi nie przyszło marudzenie, tylko z radością przyjąłem wyglądające jak przysłowiowy „milion Dolców” set.
Beethoveny dostarczane są w solidnej, niemalże pancernej walizce suto wyściełanej czopową gąbką skutecznie zapobiegającą ewentualnym uszkodzeniom podczas ewentualnych podróży. Nad sensownością takiego rozwiązania nie ma co dyskutować, gdyż jest bezdyskusyjna, za to nieśmiało podejrzewam, że taki a nie inny wybór firmowego opakowania przez założyciela i właściciela marki – Knuta P. Skogranda został dokonany z premedytacją. Chodzi bowiem o coś takiego, jak iście piorunujący kontrast pomiędzy niemalże militarną surowością case’a a wręcz biżuteryjnym designem topowych kabli. O ile jeszcze masywne, acz wcale nieprzesadzone pod względem gabarytów, widły stanowiące konfekcję wydają się po prostu na tych pułapach cenowych na miejscu, to już zastosowany srebrno – biały tkany(?) oplot zewnętrzny jest po prostu porażająco zjawiskowy. Pod zabezpieczającą, przezroczystą koszulką z tworzywa kryje się bowiem iście królewska ornamentyka i hipnotyzująca wzorzystość. Mając pierwszy raz je w dłoniach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie pójść na całość, nie zaszaleć i nie zrobić czegoś na kształt prezentacji Ansae podczas corocznych wystaw Audio Show i może nie całego systemu, ale przynajmniej wzmacniacza nie ustawić plecami do słuchacza, tylko po to, by cały czas mieć na oku norweskie druty. W tym momencie powiem jedno – ich arystokratyczna wręcz elegancja predestynuje je do obecności w większości systemów posiadaczy nawet niewielkich rozmiarami zamków, pałaców, zameczków i pałacyków. Krótko mówiąc im bardziej szlachetne i „rodowe” wnętrza posiadamy, tym Beethoveny lepiej będą do nich pasowały. Pozbawione nachalnej krzykliwości ZenSati Seraphimów idealnie wpasowują się w klimat wyznaczany przez wiekowe gobeliny, leniwie przechadzające się harty i odzianą w liberie służbę (do francuskich pokojówek też pasują). O ile do tej pory Norwegia mogła bardziej kojarzyć się z Vikingami i trollami, to topowe Skograndy są niezbitym dowodem na to, że i zdecydowanie bardziej wysublimowane istoty, jak elfy również zamieszkiwały, a może i zamieszkują mroźną i surową, górzystą część Skandynawii.
Z intrygującą szatą wzorniczą idzie w parze zaawansowanie technologiczne wewnątrz. W roli dieelektryka wykorzystano bowiem PFA, czyli polimer perfluoroalkoksylowy a sercem, choć w tym momencie zdecydowanie trafniejszym określeniem byłoby tętnicami są cztery biegnące równolegle żyły solid-core 12AWG. O ile niestety nie znalazłem informacji dotyczących czystości użytej miedzi to już takie detale, jak precyzyjna i mozolna obróbka mechaniczna, termiczna i … biologiczna miedzi UPOCC (Ultra-Pure Ohno Continuous Cast) wyraźnie wskazują, że nie ma tu miejsca na nawet najmniejsze kompromisy, co z resztą potwierdza rygorystyczny, trzystopniowy radiologiczny (przy użyciu promieni Roentgena) proces weryfikacji czystości i gładkości powierzchni przewodników. Pytanie jak ta zaawansowana metalurgia przekłada się na wartości soniczne.
W brzmieniu Skograndów za cechy natywne i wręcz dominujące można uznać niesamowitą klarowność, rozdzielczość i detaliczność, które wcale nie powodują wrażenia zbytniej analityczności, osuszenia, czy odchudzenia dźwięku. Pomimo wzorcowej, wręcz transparentnej neutralności cały czas mamy szaloną przyjemność obcowania z niezaprzeczalną muzykalnością i bogactwem barw. Nie sposób oceniać ich temperatury, bądź też ewentualnej maniery do ocieplania / ochładzania przekazu, tak jak nie sposób oceniać naturalności pozyskiwanej z głębi lodowca krystalicznie czystej wody.
Zarówno w przypadku ścieżki dźwiękowej z „Blade Runnera” przepełnionej syntetycznymi planami impresjonistycznych instalacji, jak i przy zdecydowanie bardziej konwencjonalnych klimatach „Vägen” Tingvall Trio można było mówić wręcz o sytuacji poznawania kolejnych nagrań na nowo. Z pozornie, czyli dotychczas prezentowanego, jako jednorodne tła Skograndy wyciągały nieodkryte, zupełnie dziewicze pokłady mikrodetali i wybrzmień. Nie był to jednak proces bezdusznej, mechanicznej ekstrakcji ukrytej w czarnej masie elementów, lecz całkowicie naturalne ukazywanie niuansów, które do tej pory nie miały nawet cienia szansy zaistnieć na wirtualnej scenie. Tło oczywiście nadal pozostawało nieprzeniknione, lecz owa kosmiczna, atłasowa czerń nie pochłaniała ostatnich planów, lecz rozpoczynała się hen, hen za nimi. Dzięki temu nie tylko poprawiała się perspektywa, ale i całość przekazu nabierała niezwykłej swobody i rozmachu. Co prawda nie doświadczyłem takiej spektakularności, jaką oferowały Siltechy Triple Crown, lecz w bezpośrednim porównaniu pod względem homogeniczności oba przewody szły łeb w łeb. W tym momencie dochodzimy do pewnej dość oczywistej, przynajmniej dla bardziej osłuchanej i doświadczonej części naszej audiofilskiej braci prawdy, że to nie materiał, z jakiego wykonano przewody określa ich charakter brzmienia a sposób, a raczej umiejętna jego aplikacja. Czemu o tym piszę? Otóż, jak Państwo mam nadzieję zauważyli porównuję miedziane Beethoveny ze srebrnymi Triple Crownami i jakoś nie jestem skory do wykazywania zalet i wad poszczególnego kruszcu. Niestety, a może stety, w obu przypadkach mamy bowiem do czynienia z sytuacją, gdzie jakość dźwięku jest po prostu referencyjna i nie sposób jej inaczej niż celująco ocenić we wszystkich aspektach a my jedynie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy taki sposób prezentacji nam się podoba, czy nie. Choć z drugiej strony … prawdę powiedziawszy przyciśnięty do muru krzyżowym ogniem pytań byłbym skłonny uznać, że „skograndowej” miedzi zaskakująco blisko do żywiołowości i krystalicznej czystości holenderskiego srebra. Ba, nie wiedząc w początkowej fazie odsłuchów praktycznie nic a nic o budowie norweskich drutów niejako podświadomie zakładałem / domniemywałem, że jeśli nie w całości, to przynajmniej w postaci sporej domieszki srebro w Beethovenach jest. Mniejsza jednak z tym, gdyż przykładowo w posiadanych przeze mnie kilka lat temu przewodach Gabriel Gold była iście wybuchowa mieszanka miedzi, srebra, złota i platyny a konia z rzędem temu, kto zgadłby, co w nich siedziało jedynie na podstawie odsłuchu. Dlatego też zamiast z wypiekami na twarzy analizować tablicę Mendelejewa i prospekty reklamowe producentów zdecydowanie rozsądniej jest wpiąć dany przewód we własny system i na spokojnie samemu wyrobić sobie zdanie na jego temat.
Mam cichą nadzieję, że z powyższych dywagacji wyłania się dość jasny przekaz, iż im gęstszą, bardziej zagmatwaną i skomplikowaną strawę dostarczymy Beethovenom, z tym większym zaangażowaniem będziemy świadkami, ba wręcz uczestnikami pionierskich ekspedycji odkrywających znane jedynie z opowieści rejony muzycznej wrażliwości. A skoro jesteśmy przy wrażliwości. Nawet tak intrygujące dokonania szybkopalcych Finów, jak „The Funeral Album” Sentenced, potrafiły olśnić i nad wyraz dosadnie pokazać, że audiofilska jakość i heavymetalowa moc mogą iść w parze. Głęboki, niski wokal Ville Laihiala wspierany przez ścianę gitarowych, ciężkich riffów Miika Tenkuli i Sami Lopakki brzmiał niemalże monumentalnie. Również, zdecydowanie bardziej jazgotliwy i „zgranulowany” staroć – „Alice In Hell” Annihilatora nie sprawił mi przykrości prezentując wielce satysfakcjonujące pokłady drajwu i wspomnień z „długowłosej młodości”. Przy tego typu repertuarze krytycznym parametrem jest bliska światłu szybkość, zdolność do natychmiastowego zwrotu, ataku, czy przełamania frazy, urwania taktu nierzadko na mało akceptowalnych poziomach głośności i dobrze by było bez kompresji większej, aniżeli ta zarejestrowana podczas realizacji. I tym razem również nie miałem powodów do kręcenia nosem. Okazało się bowiem, że majestatyczna, niemalże bizantyjska szata i jakże nobilitująca nazwa modelu nie przeszkadza Beethovenom w świetnym odnalezieniu się tych jakże surowych i nieakceptowalnych przez większość klimatach. Bez pardonu podawały do głośników każdy ryk, skowyt i pisk. Nie oszczędzały ani górnych, ani dolnych skrajów pasma prezentując do ostatniego bita/mikrometra rowka to, co w amplifikacja zdolna była im przekazać.
Z zewnątrz Skograndy Beethoven są niczym limitowane butelki klasycznej wody Evian zaprojektowane przez Christiana Lacroix, czy Jean-Paul Gaultiera, lecz od strony brzmieniowej ich krystaliczna czystość i praktycznie zerowy charakter własny wydają się wręcz wymarzonym uzupełnieniem najwyższej klasy ultra high-endowych systemów. Jednak swój czar i potencjał potrafią uwolnić już na zdecydowanie niższych pułapach cenowych zapewniając ilość informacji idącą w parze z finezją i muzykalnością, o jakiej większość z nas (i przy okazji konkurencji) może tylko pomarzyć. Dlatego też, jeśli tylko planują Państwo zakup okablowania głośnikowego na długie lata a przy okazji pragniecie za czas jakiś wznieść się na prawdziwe wyżyny audiofilskiego zaawansowania Beethoveny są kablami dla Was. Uwalniają od ewentualnej kablowej żonglerki, nerwów i syzyfowego gonienia przysłowiowego króliczka. Kupując topowego Skogranda macie bowiem pewność, że nawet ze stratosferą High-Endu nadal pozostanie nie tylko ozdobą, ale i jednym z najsilniejszych ogniw tej jakże misternej układanki.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: RCM Sensor 2; Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5, Einstein The Tune
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Zabawa w testowanie sprzętu audio wbrew pozorom jest dość niewdzięcznym zajęciem. Niestety gro osób weryfikujących u siebie opisane przez recenzenta wyniki i uzyskując często diametralnie inny obraz soniczny produktu, nie biorąc przy tym pod uwagę całej palety zmiennych pomiędzy dwoma starciami, podejrzewa go o nadskakiwanie danemu dystrybutorowi. Idąc dalej tym tropem, zawiedzeni klienci stawiają tezę, że to wszystko ma jeden cel, jakim jest utrzymanie potencjalnego dawcy materiału testowego do dalszej egzystencji czy to portalu internetowego, czy periodyku drukowanego. Oczywiście jest w tym trochę logiki, a sądzę również, że być może i prawdy, ale muszę się pochwalić, że już kilka razy mieliśmy z Marcinem przyjemność odnotować miłe słowa za może nie każdorazowe, ale dość częste wytykanie różnego rodzaju drobnych problemów lub niedociągnięć w testowanych komponentach. Ba, powiem więcej, takie słowa niejednokrotnie padały od samych zainteresowanych jak najlepszym opisem, czyli dystrybutorów, co jasno daje do zrozumienia, że ich klienci typowe laurki przepuszczają przez sito uśmieszków pod nosem, oczekując czasem może gorzkiej, ale jednak prawdy, która dla zdecydowanego mimo wynotowanych uwag klienta będzie swego rodzaju drogowskazem w dalszych krokach po zakupie. Zaznaczę, że mam na myśli jedynie drobne potknięcia, a nie poważne mankamenty, co wydaje się być oczywistym, jednak dla pewnego oceniającego produkty zero-jedynkowo odsetka audiofilów nie jest już tak jednoznaczne. I właśnie pragnienie prawdy o produkcie jest zalążkiem do pojawienia się na portalu Soundrebels dzisiejszego bohatera z działu okablowania, gdyż zaciekawiony jedynie wspaniałymi zagranicznymi opisami potencjalny dystrybutor podjął rękawicę i poprosił o szczerą diagnozę swojego przyszłego podopiecznego w postaci pochodzących z zimnej Norwegii kabli głośnikowych marki Skogrand model Beethoven.
Gdy dotarły do mnie pierwsze zdjęcia propozycji testowej, trochę oniemiałem, gdyż pragnąc głębiej zapoznać się z resztą oferty wspomnianej manufaktury sięgnąłem do internetowej otchłani, a tam mym oczom ukazała się seria produktów dla koneserów wyszukanego designu i arabskich szejków. Nie będę zagłębiał się w opis rysunku zdobiącego zewnętrzną otulinę dzisiaj testowanego kabla – wszystko widać na zdjęciach, ale z czystym sumieniem muszę przyznać, że wygląda bogato. Przy całej otoczce wyglądu najciekawiej prezentuje się sama budowa przewodu, gdyż dzięki ciasno ubranemu w zewnętrzną otulinę wsadowi wewnętrznemu, naszym oczom ukazuje się seria połączonych ze sobą niczym klocki Lego modułów zakonfekcjonowanych widłami. Jak to wygląda w przekroju, niestety nie byłem w stanie zweryfikować – cena ok. 80 kz była zbyt dużą barierą, by na potrzeby testu dokonać weryfikacyjnego cięcia poprzecznego, dlatego po napawających optymizmem wizualnych oględzinach organoleptycznych przystąpiłem do procesu nausznego. Na koniec dodam, iż komplet przewodów dostarczany jest w może już nie kapiącej bogactwem jak same kable, ale również gustownej walizeczce.
Mam nadzieję, że wszyscy zdajecie sobie sprawę, iż każda weryfikacja okablowania w moim secie obciążona jest pewnym uprzywilejowaniem posiadanych Harmonixów. Zestaw z jednej producenckiej stajni zawsze będzie faworyzował coś krojonego na miarę, ale jak zdążyłem się już kilkukrotnie przekonać, gdy w me progi zwita coś nietuzinkowego, sytuacja staje się bardzo ciekawa. I może przedwcześnie, lecz już teraz zdradzę, że podobnie miała się sprawa z dzisiejszym odrutowaniem kolumnowym. I to nie z racji ich ceny, która zawsze powinna determinować do stawiania tańszego, czyli teoretycznie gorszego, na przegranej pozycji, tylko naprawdę sporego przyrostu jakości dobiegającej z moich kolumn muzyki. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć zwycięzców konfrontacji z moimi Japończykami, a dzisiejszy sparing zdaje się rozpoczynać wyliczankę na drugiej dłoni. Jak gminna wieść niesie, każdy kabel marki Harmonix ma za zadanie w większym lub mniejszym stopniu dociążyć dźwięk współpracującej z nim elektroniki. To oczywiście stopniowane jest pozycją w cenniku, ale sznyt barwy przyporządkowany jest każdej z niezbyt szerokiej oferty pozycji. Dlatego też, gdy set z Norwegii zaliczył rozgrzewkę aklimatyzacyjną i nastał czas na krytyczne spojrzenie, nagle okazało się, że przy całej palecie harmonixowej barwy dostałem dodatkowo otwarcie środka. Nie rozjaśnienie, nie odchudzenie, tylko doświetlenie objawiające się zdecydowanie większą czytelnością, a co za tym idzie rozdzielczością. Taki objaw fantastycznie wypadał w repertuarze wokalnym, co skrzętnie wykorzystałem implementując do CD-ka często słuchaną przeze mnie płytę Johna Pottera z pieśniami Monteverdiego, by w następnej kolejności zaliczyć recital pani Joun Sun Nah. Oczywiście nie zaniechałem prób z nieco bardziej wymagającymi krążkami w postaci elektroniki Massive Attack, czy muzyki filmowej Hansa Zimmera, potwierdzając tym bardzo trafne zestrojenie całości pasma, gdyż to napowietrzenie nie powodowało męczącej natarczywości dźwięku nawet podczas kilkupłytowych sesji, tylko bardzo delikatnie wprowadzało mnie w zdecydowanie głębsze aspekty brzmienia. Niestety nie jestem w stanie idealnie oddać pełnej palety działania tego modelu Skogrand’a, gdyż na testy dotarł jeden komplet i z uwagi na potrzebę podwojonego sygnału do ISIS-ów raz zasilałem sam bas, a raz środek z górą, posiłkując się posiadanym Harmonixem. Co ciekawe, oba zamieniające się kable w domenie barwy szły praktycznie łeb w łeb, z ta tylko różnicą, że kilkukrotnie droższy robił to niestety dla mnie swobodniej, jakby z większym oddechem. Nie lubię tego robić – przyznawać wyższość konkurencji, ale podczas zabawy z testowanym modelem kilkukrotnie złapałem się na snuciu pomysłów roszad w systemie, jednak gdy do szarych komórek docierał fakt wyłożenia kilkukrotnej ilości banknotów Narodowego Banku Polskiego w stosunku do przecież idealnie spisującego się dotychczas w system Harmonix’a, czar pryskał. Nie mówię, że bohater testu nie jest wart żądanej kwoty, ale całość zestawienia musi być zrównoważona konsensusem cenowym i kabel głośnikowy w cenie mojego dzielonego CD-ka nie wpisywał się w zdroworozsądkowe podejście do tematu. Niemniej jednak to, co wnosił weryfikowany pretendent do laurów, było naprawdę wyśmienite. Z czystym sumieniem polecam go do weryfikacji na własnym podwórku wszystkim, którzy są mocniejsi ode mnie w posiadanej elektronice, lub klientom lubiącym wyciskanie maksimum ze swojego systemu za pomocą obnażających ich elektronikę zdecydowanie bardziej wyrafinowanych jakościowo komponentów. Dobrze wiem, że nasz zamknięty świat pełen jest takich wyczynowców.
Skogrand Beethoven idealnie wpisał się w bardzo wymagający system, pokazując tym sposobem, że nie jest dziełem przypadku. Ciekawym zaskoczeniem było granie w estetyce moich Japończyków ze sporą pozytywną korektą prezentacji średnicy. Oczywiście możemy to tłumaczyć kilkukrotnym wzrostem ceny, ale jak wspomniałem kilka linijek wcześniej, cena nie zawsze idzie w parze z idealną synergią ze wszystkim, co dany produkt napotka po drodze. Czy Norweg warty jest swojej ceny? Tutaj z premedytacją trochę się powtórzę. To zależy od zestawu do jakiego go podłączycie, gdyż niespełniająca norm jakościowych układanka karmiąc go swoimi zniekształceniami może zaliczyć bolesne obnażenie w postaci wyraźnego pogorszenia dźwięku, ale jeśli tylko dysponujecie odpowiednim sygnałem źródłowym, to co dotrze do kolumn, może okazać się dawno oczekiwanym wzrostem ilości informacji w najważniejszym dla wielu słuchaczy środkowym paśmie. Tak więc, jeśli Wasz zestaw spełnia jakościowe normy High Endu, powinniście zakosztować tej propozycji, a świat informacji w centrum pasma akustycznego może stanąć dla Was otworem.
Jacek Pazio
Producent: Skogrand Cables
Do testów przewody dostarczył: G Point Audio
Cena:2 m DSP: 22 000.00 USD Netto +/- 1500$ za każde 0,5 m powyżej/poniżej 2m
System wykorzystywany w teście:
Elektronika:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– Przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– Wzmacniacz mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP, Hiriji „Million”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Nowa seria 800 Diamond nie stała się lepsza przez przypadek, ale została udoskonalona przez wprowadzone zmiany
Nowa seria 800 Diamond na nowo opisuje wydajność kolumn głośnikowych klasy high-end. Przez blisko cztery dekady, z generacji na generację, seria 800 firmy Bowers & Wilkins wyznaczała standardy, które próbowali osiągnąć inni producenci kolumn głośnikowych. Teraz, wraz ze zbliżającą się 50. rocznicą działalności firmy, nowa seria 800 Diamond określa na nowo możliwości głośników high-end.
Nowa seria 800 Diamond jest efektem 7-letniego, intensywnego projektu, który miał doprowadzić do tego, aby najlepsze stało się jeszcze lepsze. Połączenie wyczerpujących badań i prac rozwojowych, zaawansowanej inżynierii i niezliczonych godzin odsłuchów przez „najlepsze uszy” w branży pozwoliło stworzyć serię kolumn głośnikowych, które jeszcze skuteczniej przybliżają słuchacza do nagrania, w sposób dotychczas niewyobrażalny.
Istotą ewolucji najnowszej serii jest to, że prawie wszystkie podzespoły zostały zmienione w porównaniu
z ustępującą serią 800 Diamond. Jak mówi Martial Rousseau, kierownik działu badawczego Bowers & Wilkins: „To nie jest aktualizacja produktu. To jest całkowicie nowy produkt. Jednym ze znanych już elementów jest diamentowy przetwornik wysokotonowy. Okazało się, że nie można udoskonalić wydajności zapewnianej przez diament”.
Wyjątkową diamentową kopułkę wysokotonową można było zachować bez zmian, ale pozostałe elementy przetwornika zostały opracowane od podstaw, aby zapewniać bezkompromisową jakość dźwięku hi-fi, która stanowi punkt odniesienia dla technologii głośnikowych.
Zmiany obejmują ogromną liczbę technologicznych, inżynieryjnych i akustycznych innowacji, które połączono, aby stworzyć wysublimowane wrażenia słuchowe. Najbardziej uderzająca jest zmiana przetworników średniotonowych. Nowa membrana Continuum, charakteryzująca się doskonałymi właściwościami akustycznymi, zastępuje membrany kewlarowe, które od dawna były podstawą niezwykłego realizmu zakresu średniotonowego odtwarzanego przez serię 800. Znaczące udoskonalenie objęło również niskie tony, co jest zasługą wprowadzenia membrany Aerofoil, która dzięki dzięki nowej geometrii znacząco redukuje zniekształcenia.
Innowacje te w połączeniu z ulepszonymi obudowami, bardziej wytrzymałym systemem wewnętrznych wzmocnień Matrix, nową obudową przetwornika wysokotonowego i znacznie udoskonaloną głową Turbine mieszczącą przetwornik średniotonowy sprawiają że nowa seria 800 Diamond urzeczywistnia doskonałość referencyjnej jakości dźwięku.
Świadectwem potwierdzającym determinację Bowers & Wilkins w nieustannym tworzeniu wiodących kolumn głośnikowych jest cały zakład produkcyjny w Worthing w West Sussex, który został przeprojektowany specjalnie pod kątem produkcji nowej serii 800 Diamond. Pozwoliło to stworzyć głośnik, który nie opiera się wyłącznie na swojej reputacji, aby zapewniać znakomitą wydajność.
Ponadto nowa seria 800 Diamond wprowadza radykalnie odmienioną estetykę, która zachwyca smukłym, nowocześniejszym wzornictwem. Za pośrednictwem głowy Turbine, wykonanej z jednego kawałka aluminium, spoczywającego na lśniącej obudowie o odwróconym profilu, wykonanej z warstw drewna ukształtowanego do odpowiedniej formy pod dużym ciśnieniem, nowa seria 800 Diamond pobudza myślenie o architektonicznych osiągnięciach poprzez swoje okazałe, nawiązujące do akustyki linie.
W całej serii – od niezwykłych 802 D3 do bardziej przystępnych 805 D3 – można znaleźć propozycję, która będzie odpowiedzią na każde audiofilskie życzenie. Wymyślona, zaprojektowana i wyprodukowana w Wielkiej Brytanii, nowa seria 800 Diamond jest szczytem osiągnięć brytyjskiej inżynierii akustycznej.
Ceny i dostępność
| 800 D3 | wiosna 2016 | |
| 802 D3 | 44 995 zł/szt. | październik 2015 |
| 803 D3 | 34 995 zł/szt. | październik 2015 |
| 804 D3 | 19 495 zł/szt. | październik 2015 |
| 805 D3 | 12 495 zł/szt. | październik 2015 |
| HTM1 D3 | 24 995 zł | październik 2015 |
| HTM2 D3 | 17 495 zł | październik 2015 |
| FS-805 D3 | 2 245 zł/szt. | październik 2015 |
| FS-HTM D3 | 2 745 zł/szt. | październik 2015 |
Gama produktowa
Wierzymy, że sposób, w jaki słuchasz muzyki, ma znaczenie. I jeśli zależy ci na słuchaniu muzyki tak, jak to było zamierzone, to ta seria została zaprojektowana dla ciebie. Nieważne czy jesteś inżynierem dźwięku czy domowym entuzjastą audio, znajdziesz model dopasowany do twoich wymagań odsłuchowych. Przedstawiamy najbardziej zaawansowaną na świecie gamę kolumn głośnikowych.
800 D3
Będzie zaprezentowana wiosną 2016
802 D3
Uwolnij swoją muzykę. Jeśli szukasz zachwycającego realizmu bez konieczności wykorzystywania urządzeń o studyjnych rozmiarach, 802 D3 jest tym, czego potrzebujesz. Diamentowa kopułka wysokotonowa, głowa Turbine i membrana Continuum zapewniają nieskazitelny dźwięk, podczas gdy wymiary 802 D3 czynią ten model idealnie dopasowanym zarówno do większych pomieszczeń, jak i do studiów nagraniowych. W domu lub w studiu, zaprezentuje muzyczne szczegóły, o których istnieniu nie miałeś nawet pojęcia.
803 D3
Prawdziwy dźwięk wkracza do domu. 803 D3 jest jedyną w swoim rodzaju konstrukcją: pełnozakresowym,
studyjnej jakości głośnikiem zbudowanym specjalnie do domowego wykorzystania, z najbardziej kompaktową głową, jaką kiedykolwiek stworzyliśmy. Chociaż ta elegancka kolumna głośnikowa charakteryzuje się stosunkowo niewielkimi rozmiarami, to wykorzystuje te same rewolucyjne technologie i wyposażenie, co jej więksi kuzyni, wliczając głowę Turbine i obudowę o odwróconym profilu.
804 D3
Wilk w owczej skórze. Może i ma bardziej tradycyjny wygląd niż inne kolumny głośnikowe w serii, ale nie daj się zwieść pozorom. 804 D3 zapewnia niesamowitą przejrzystość akustyczną, dzięki unikatowym technologiom serii 800 Diamond, takim jak membrana Continuum i wzmocnionej strukturze systemu Matrix. Tak więc, chociaż ma konwencjonalny wygląd, to jej możliwości są dalece ponadprzeciętne.
805 D3
Małe brzmi pięknie. Najmniejsza z kolumn głośnikowych serii 800 Diamond jest równocześnie jedną z najbardziej przełomowych. Wypełniona najnowocześniejszymi technologiami, nigdy nie spotykanymi w tej klasie głośników, jest jedynym modelem podstawkowym na świecie, w którym pracuje diamentowa kopułka wysokotonowa. Pod względem realistycznej przestrzenności i detaliczności, żadna inna kompaktowa kolumna głośnikowa nie była tak blisko ideału.
Technologie
Witamy w przyszłości. Seria 800 Diamond zmienia reguły gry w zakresie innowacji technologicznych. Od przetworników do geometrii obudowy, każdy ważny komponent został ponownie przemyślany i unowocześniony. Złamaliśmy zasady projektowania kolumn głośnikowych i napisaliśmy je od nowa. Przyszłość technologii kolumn głośnikowych zaczyna się tutaj.
Głowa Turbine
Usłysz dźwięk, a nie obudowę. To jest zasada kryjąca się za naszymi odseparowanymi głowami – rozwiązaniem, które zaprezentowaliśmy wraz z wprowadzeniem pierwszych kolumn głośnikowych serii 800 w 1979 r. Teraz, dzięki radykalnemu przeprojektowaniu, głowa serii 800 Diamond działa lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wykonana z jednego kawałka aluminium, usztywniona wewnętrznymi, rozchodzącymi się promieniście żebrami i z podniesionym, smuklejszym profilem, głowa Turbine szczyci się jeszcze większą inercją, zapewniając tym samym dźwięk, który jest wolny od podkolorowań wprowadzanych przez obudowę.
Solidna obudowa przetwornika wysokotonowego
Wibracje są wrogiem dobrego dźwięku. Aby zminimalizować drgania, potrzebne są komponenty, które będą tak sztywne, jak to tylko możliwe. Dla serii 800 Diamond stworzyliśmy najsztywniejszą obudowę tweetera. Zespół wysokotonowy dla nowej serii umieszczony jest w solidnym kawałku aluminium, podczas gdy udoskonalony, żelowy system izolujący jeszcze skuteczniej odseparowuje przetwornik wysokotonowy od wpływu drgań obudowy. Efekt? Doskonale ostre detale akustyczne i nowy poziom wnikliwości w muzyczne wydarzenie.
Membrana Continuum
Przez dziesiątki lat myśleliśmy, że nie ma nic lepszego od kewlaru, jako materiału na membranę średniotonową. Ale teraz, po ośmiu latach intensywnych prac rozwojowych, wymyśliliśmy coś jeszcze lepszego. Dzięki swojej kompozytowej konstrukcji, membrana Continuum unika nagłych zmian w zachowaniu, które mogą negatywnie wpływać na wydajność konwencjonalnego przetwornika. Efektem jest bardziej otwarta i neutralna charakterystyka. To wielki krok naprzód w konstruowaniu kolumn głośnikowych.
Dzięki modelowaniu komputerowemu, konstrukcja zawieszenia przetwornika średniotonowego w serii 800 Diamond została całkowicie przeprojektowana. Nowe zawieszenie opracowane jest pod kątem doskonałej sztywności, podczas gdy tłumiki o specjalnie dobranej masie pozwalają redukować niepożądane wibracje do absolutnego minimum.
Membrana Aerofoil
Czasami nowe technologie w inżynierii pozwalają nam osiągnąć rzeczy, które były niemożliwe jeszcze kilka lat temu. Membrana niskotonowa Aerofoil jest najlepszym przykładem. Poprzez zaawansowane modelowanie komputerowe i dzięki nowemu materiałowi bazowemu, mogliśmy stworzyć membranę o zmiennej grubości, maksymalnie sztywnej w najbardziej pożądanych miejscach. Zoptymalizowany kształt oznacza, że membrana charakteryzuje się tłokowym zachowaniem w jeszcze szerszym zakresie słyszalnych częstotliwości, gwarantując precyzyjny, kontrolowany i całkowicie naturalny bas.
Obudowa o odwróconym profilu
Kiedy rozpoczęliśmy projektowanie idealnego kształtu obudowy serii 800 Diamond, zrobiliśmy zwrot o 180 stopni. Dosłownie. W miejsce kolumny w płaskim frontem i zakrzywionym tyłem stworzyliśmy obudowę z frontem i bokami uformowanymi w postaci jednej krzywej, spiętych razem za pomocą „kręgosłupa” z aluminium. Mniejsza liczba połączeń oznacza większą sztywność, odporniejszą strukturę, a zakrzywiony front gwarantuje mniej zakłóceń wokół przetworników. Dzięki temu dyspersja dźwięku jest doskonalsza, a odbicia obudowy jeszcze bardziej zredukowane.
Matrix
Matrix pełni rolę szkieletu w naszych kolumnach głośnikowych. To wewnętrzna struktura, która pracuje tak jak wzmocnienie kadłuba statku, z przecinającymi się, powiązanymi panelami, zapewniającymi naszym obudowom sztywność i inercję. W przypadku serii 800 Diamond jeszcze raz gruntownie przemyśleliśmy koncepcję Matrix. Wewnętrzne panele są grubsze, MDF zastąpiliśmy wytrzymałą sklejką i dodaliśmy metalowe elementy, aby wzmocnić konstrukcję w miejscach narażonych na duże obciążenia. Wszystko to razem sprawia, że system Matrix jest najsolidniejszą konstrukcją, jaką kiedykolwiek opracowaliśmy.
Cokół kolumny
Ogromne kolumny głośnikowe wymagają stabilnej podstawy. Przenosząc zwrotnicę z cokołu do głównej obudowy głośnika, mogliśmy stworzyć podstawę dla serii 800 Diamond, która jest jeszcze stabilniejsza i odporniejsza na rezonans niż kiedykolwiek wcześniej. Rezygnując z oryginalnej konstrukcji z pustą wewnętrzną komorą, nowy cokół wykonany jest z litego kawałka aluminium, ważącego, niebagatelne, 18 kg. Obniżenie środka ciężkości zwiększa stabilność i równoważy ciężar głowy Turbine.
Cokoły większych kolumn głośnikowych z serii 800 Diamond wyposażone są w rolki, które ułatwiają przesuwanie kolumn i ustawienie ich we właściwym miejscu. Zamiana rolek na kolce podłogowe zazwyczaj jest trudnym zadaniem, wymagającym ułożenia kolumn na bocznej ściance. Ale tego problemu nie ma w przypadku nowej serii 800 Diamond. Kolumny dostarczane są ze zintegrowanymi kolcami podłogowymi, które można wysunąć lub wsunąć w łatwy sposób za pomocą specjalnego kółka zębatego.
Diamentowe kopułki
Pewne rzeczy się nie zmieniają. Podczas gdy niemal wszystkie komponenty serii 800 Diamond zostały opracowane na nowo, element, który dał serii nazwę, pozostaje niezmieniony: diamentowa kopułka przetwornika wysokotonowego. Nasze diamentowe kopułki pozostają najlepszym rozwiązaniem w technologii tweeterów, zdolnym od odtworzenia niezrównanej detaliczności akustycznej, naturalności i przestrzenności.
Diament: supermateriał
Właściwości diamentu są cenione przez wysoko wyspecjalizowane gałęzie przemysłu, od neurochirurgii do Wielkiego Zderzacza Hadronów w CERN. Wyjątkowy stosunek sztywności do lekkości sprawia, że diament jest idealnym materiałem na kopułkę wysokotonową. Opracowane specjalnie dla serii 800 Diamond, diamentowe kopułki wysokotonowe przesuwają próg częstotliwości break-up’u do wartych odnotowania 70 kHz, co zapewnia doskonałą czystość i detaliczność.
Stworzenie diamentu w naturalny sposób wymaga sejsmicznego ciśnienia, wulkanicznej temperatury i ok. dwóch miliardów lat. Na szczęście nauka znalazła sposób, aby skrócić ten proces. Wykorzystując chemiczne osadzanie pary, nasze diamentowe kopułki rozwijają się jak kryształy w niezwykle gorących piecach, w laboratoryjnych warunkach, a następnie zostają wykrojone, aby stworzyć kształt perfekcyjnej kopułki wysokotonowej.
Dystrybucja: Audio Klan
Sądzę, że spora grupa z Was przypomina sobie mój pierwszy bój z tytułową marką, który z powodu bardzo utrudniającego pozyskanie czegokolwiek do testu jej stosunkowo niedawnego debiutu na naszym rynku (ca. 2 lata temu) i dość pokaźnej żądanej już na starcie sumki za rozpoczynający ofertę komponent był przysłowiowym trafieniem szóstki w Toto Lotka. Mam nadzieję, że pamiętacie również, iż ów epizod oparł się o niezobowiązujące spotkanie z ofertą rynku wtórnego, na zakończenie którego oznajmiłem przyłożenie wszelkich starań do zainicjowania oficjalnego już spotkania na poziomie dystrybucyjnym. I proszę sobie wyobrazić, że po kilkumiesięcznym przełamywaniu pierwszych lodów ze słoweńskim opiekunem będącej bohaterem dzisiejszej batalii firmy, zaliczając w międzyczasie przygodę z jakże wspaniałymi urządzeniami japońskiej marki Audio Tekne, naprawdę dość nieoczekiwanie dostałem do zaopiniowania pełen set – z wyłączeniem kolumn – przywołanego w tytule brandu FM ACOUSTICS. Tak więc, mocno ukontentowany takim obrotem sprawy, nie wdając się w dłuższe dywagacje na temat poprzedzających dzisiejsze spotkanie zdarzeń przyczynowo skutkowych, zapraszam na prawdopodobnie lekko skażony subiektywnym spojrzeniem na pewne aspekty brzmienia test „Systemu marzeń”, złożonego z przedwzmacniacza liniowego FM 155, linearizera FM 133, phonostage’a FM 122 MKII i pracujących w „dyskretnej klasie A” monofonicznych końcówek mocy FM 108, wraz z firmowym okablowaniem kolumnowym i sygnałowym. Kończąc ten akapit, z dużą przyjemnością chcę także oznajmić, iż dzisiejszą propozycję testową dostarczyła firma Natural Sound.