Monthly Archives: Marzec 2014


  1. Soundrebels.com
  2. >

Audium w Chillout Studio

Jeszcze nie zdążyły opaść wielkie, choć bardzo pozytywne, emocje po prezentacji T+A, a salon Chillout Studio z dumą może zapowiedzieć przyjazd kolejnych wyjątkowych produktów prosto z Niemiec. Tym razem gościć będziemy u siebie uznaną firmę Audium i jej trzy produkty: moniotry Comp 3 Active, a także kolumny wolnostojące Comp 5 Active oraz Comp 7 Drive.

Audium to firma wyjątkowa na mapie producentów głośników. Firma ta z godną podziwu wytrwałością przeciera ona szlaki dla tych mniej odważnych, raz za razem przedstawiając światu rewolucyjne pomysły i projekty zachwycające nawet najbardziej wybrednych klientów. Audium rzadko kiedy wpisuje się schematy, woląc podążać ścieżkami nieuczęszczanymi przez nikogo innego. Najważniejszym elementem kolumn Audium jest zaprojektowany zupełnie od podstaw przetwornik szerokopasmowy, dzięki któremu dźwięk nie jest sztucznie dzielony na część idącą do głośników niskotonowych oraz na część idącą do głośników średnio i wysokotonowych. Wyposażenie kolumn w jeden głośnik szerokopasmowy oraz jeden niskotonowy niosło ze sobą spore ryzyko. Był to, jak się z czasem okazało, strzał w 10 – dźwięk jest bardzo naturalny, przejrzysty i po prostu znakomity!

Mamy to szczęście, że w dniach od 01.04 do 28.04 w naszym salonie znajdą się trzy produkty tej firmy.

Monitory Comp 3 Active to kolumny aktywne wyposażone we wzmacniacz cyfrowy, który napędza głośnik szerokopasmowy, a także woofer z mocą 30 i 100W. Głośnik szerokopasmowy został wyposażony w papierową membranę, wzmocnioną włóknami bambusowymi, a basowy z powlekanej celulozy. Comp 3 Active można od razu podłączyć do źródła, omijając tym samym potrzebę posiadania przedwzmacniacza i końcówki mocy, znacznie skracając tym samym drogę, którą dźwięk musi pokonać, by dotrzeć do kolumny. Kolumny te charakteryzują się także konstrukcją dwudrożną, w obudowie bass reflex, a ich obecność jest ozdobą każdego systemu audio.

Kolumny wolnostojące Comp 5 Active to konstrukcja, podobnie jak w wypadku Comp 3 Active, aktywna, dzięki czemu nie trzeba posiadać wzmacniacza i przedwzmacniacza, a kolumny można podłączyć bezpośrednio do źródła dźwięku. Na tym nie kończą się podobieństwa między Comp 3, a Comp 5. Obie kolumny charakteryzują się posiadaniem jednego głośnika szerokopasmowego, którego membrana została wykonana za pomocą wzmocnionego włóknami bambusowymi papieru. Podobny jest również pomysł na wykonanie owalnego głośnika basowego, który został stworzony w technologii Power move. Comp 5  Active dają niezwykle naturalny, piękny dźwięk, w którym od razu można się zakochać.

Comp 7 Drive to kolumny półaktywne – to znaczy, że głośnik szerokopasmowy jest pasywny, a basowy jest aktywny. Dzięki takiemu rozwiązaniu do tych kolumn można podłączyć wzmacniacz o relatywnie niskiej mocy, która jest potrzebna do napędzenia wyłącznie głośnika szerokopasmowego.  Audium również w wypadku Comp 7 Drvie postawił na rozwiązania, które sprawdzają się znakomicie w innych kolumnach tej firmy. Zastosowanie konstrukcji otwartej typu bass reflex, użycie papieru jako materiału budującego membranę głośnika szerokopasmowego oraz powlekanej celulozy, która została wykorzystana w membranie głośnika niskotonowego sprawiają, że Comp 7 Drive grają dynamicznie, a ich lekkość i osiągana bez wysiłku naturalność jest naprawdę godna podziwu.

Każdy z tych produktów warto usłyszeć i podziwiać na żywo. Wszystkich chętnych do zapoznania się z kolumnami Audium zapraszamy bardzo serdecznie. Jeśli ktoś przed przyjściem chciałby zadać jakieś rzeczowe pytanie może napisać na adres bartosz@chilloutstudio.com, a jego mail na pewno nie będzie zignorowany. Mamy nadzieję, że czas, w którym będziemy gościć te wyjątkowe produkty minie w dobrej, miłej atmosferze, a wspomnienia z tego okresu będą równie dobre co te z „Tygodnia z T+A”.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jestem Filharmaniakiem

Zajrzyj do fascynującego świata muzyki. Posłuchaj i porozmawiaj o pasjach, życiu i warsztacie pracy artystów. Zachwyć się mistrzostwem wykonawców i kunsztem konstruowania instrumentów.
Zobacz piękne wnętrza, również te niedostępne na co dzień. Zostań filharmaniakiem.

 

DNI OTWARTE 5-6 kwietnia 2014r., godz. 10.00-16.00

TAJNIKI  MUZYCZNEGO KUNSZTU
prof. Mirosław Jacek Błaszczyk – Dyrektor Filharmonii Śląskiej im. Henryka Mikołaja Góreckiego, Dyrygent Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Śląskiej
prof. Julian Gembalski – Organista
prof. Zbigniew Raubo – Pianista
prof. Eugeniusz Knapik – Kompozytor

PRÓBY OTWARTE
Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej, pod dyrekcją Mirosława Jacka Błaszczyka
„Przeboje muzyki filmowej ”
Chór Filharmonii Śląskiej – pod dyrekcją Jarosława Wolanina
„Głos – boski instrument”
Muzyczny koncert życzeń –  Śląska Orkiestra Kameralna – pod dyrekcją Roberta Kabary
„Perły kameralistyki”

DODATKOWE ATRAKCJE
Zwiedzanie obiektu
Demonstracja warsztatu sztuki lutniczej Arkadiusza Gromka
Wystawa fotograficzna „Nowa przestrzeń dla muzyki – rozbudowa Filharmonii Śląskiej w Katowicach”
Wystawa instrumentów smyczkowych
Wystawa instrumentów dętych
Konkursy i zabawy muzyczne i plastyczne dla małych i dużych melomanów
I Ty też możesz śpiewać? – warsztaty dla dzieci

  1. Soundrebels.com
  2. >

Franc Audio Accessories – Ceramic Disc Classic

Opinia 1

Do akcesoriów audio można podchodzić w dwójnasób. Jedni rzucają się na nie, jak nie przymierzając szczerbaty na suchary, już na początku audiofilskiej drogi, bądź też poznając możliwości własnej percepcji a przy okazji granice zdrowego rozsądku przy przeznaczaniu nakładów finansowych na kolejne, wymarzone urządzenie, zostawiają dopieszczanie osiągniętego efektu dźwiękowego na sam koniec, na deser. Jest jeszcze jeden powód zainteresowania wszelkiej maści akcesoriami i bibelotami mającymi za zadanie poprawę brzmienia posiadanego systemu, lub … czasem jedynie samopoczucia rozpalonego gorączką audiophilii nervosy rozdygotanego złotouchego. Nie wiedzą Państwo o czym mówię? A proszę sobie przypomnieć co robicie, jeśli ciśnienie, łaknienie zmiany o mało nie rozsadzi Wam czaszki a w domowej kasie brak nadwyżek umożliwiających zakup nowego wzmacniacza, bądź kolumn, a o jakichkolwiek negocjacjach dotyczących ewentualnej nowelizacji założonego budżetu z „Główną Ksiegową” możemy po prostu zapomnieć. Czyż nie próbujecie przypadkiem zaleczyć objawów jakimś kabelkiem, gniazdkiem w ścianie, bądź właśnie czymś z coraz szerszej i coraz bardziej wysublimowanej oferty akcesoriów? Ano właśnie.
Tym razem jednak chciałbym się skupić nie na patologii, bądź spontanicznym, nieraz całkowicie chybionym zaleczaniem skutków zamiast usunięciu źródła problemów, lecz właśnie na szukaniu przysłowiowej wisienki, którą z radością zwieńczymy oszałamiający tort, bądź szlachetnej perły zwieńczającej kunsztowną kolię. Cukierniczo – jubilerskie analogie nie powinny w tym przypadku nikogo dziwić, gdyż będące obiektem niniejszego podstawki Ceramic Disc Classic sygnowane przez Franc Audio Accessories z powodzeniem wyszukanym projektem, jak i jakością wykonania spokojnie mogą konkurować zarówno z wyrobami najlepszych mistrzów cukiernictwa, jak i sztuki jubilerskiej.

Wrażenie obcowania z czymś ekskluzywnym, niebanalnym i po prostu wyjątkowym towarzyszy nabywcy już od progu. Zamiast mniej, bądź bardziej ekstrawaganckiego opakowania Pan Paweł Franc Skulimowski zdecydował się na z pozoru skromną, lecz przy pierwszym kontakcie bezdyskusyjnie elegancką i ponadczasową, prostą „małą czarną”. Oczywiście stylistycznie poprawną formą byłoby „małe czarne”, gdyż mowa o opakowaniu, etui, pudełku, lecz akurat w tym wypadku będę upierał się przy „małej czarnej” i to tej spopularyzowanej przez Coco Chanel. Chodzi o wrodzone poczucie dobrego smaku, niezwykle naturalnej estetyki, gdzie mniej znaczy lepiej. Dzięki temu tytułowe podstawki prezentują się niczym Audrey Hepburn, czy Salma Hayek w kreacji wzorowanej na sukience Coco – epatując niesamowitą elegancją, lecz jakże daleką od taniej krzykliwości Lady Gagi. Zero kontrowersji, zero zagrywek pod publiczkę i nieudolnych prób złapania potencjalnego klienta za oko.
Ok., dość ochów i achów, czas na pozbawione emocji konkrety. Pudełko, w którym przychodzą 3 szt. CDC jest czarną, prostopadłościenną „trumienką” zamykaną na ukryte pod przypominającym atłas materiałem małe magnesy. Piankowa wyściółka została precyzyjnie wycięta, dzięki czemu umieszczone w dedykowanych łuzach podstawki, oraz zdjęte na czas transportu górne „talerzyki” powinny znieść bez uszczerbku na zdrowiu nawet najbardziej wymyślne tortury serwowane w centrach przeładunkowych firm spedycyjnych. Same podstawki pomimo dość monolitycznej aparycji okazują się wielo,  dokładnie 14-to, elementowymi zespołami precyzyjnie wykonanych na obrabiarkach CNC i dalekich od przypadkowości detali poczynając od ceramicznego łożyska kulowego (minimalny punkt podparcia), na masywnych korpusach i elastycznych absorberach skończywszy. Z zewnątrz, przed położeniem górnego „talerzyka” widać jedynie jedną kulkę, lecz warto wspomnieć, iż wewnątrz obudowy ukryto jeszcze trzy takie elementy ze spieków ceramicznych a całość odizolowano elastycznym oringiem. Korpusy z podstawami łączą śruby ze stali chromowo-niklowej, dzięki czemu z łatwością można wypoziomować ustawione na CDC urządzenie. Całość wykonana jest z anodowanego na wysoki połysk aluminium i do wyboru są trzy wersje kolorystyczne – dwie standardowe – czarna i srebrna, oraz jedna limitowana, na zamówienie – biała.

Do sensu niwelowania wpływu pasożytniczych drgań na komfort pracy, a w rezultacie brzmienie urządzeń audio nikt nie musiał mnie przekonywać, gdyż nie raz i nie dwa miałem z nimi do czynienia. Co prawda na początku swojej audiofilskiej drogi, próbując okiełznać irytującą manierę szklanych półek z uporem stosowanych bodajże po dzień dzisiejszy przez jednego z krajowych wytwórców audio-mebli, mogłem sobie pozwolić jedynie na eksperymenty z sorbotanowymi nóżkami Ixosa, oraz zabawy DIY z piłkami do squasha. Potem przyszła pora na „odsłuchiwanie” różnych wersji półek, stolików, etc., by w końcu wbić się w główny nurt i móc cieszyć zarówno uszy, jak i oczy towarzystwem wyrobów takich specjalistów jak Gregitek, Acoustic Revive, czy Harmonix. W międzyczasie uważnie obserwowałem coraz większą aktywność i śmiałość, z jaką, na tym trudnym skrawku rynku, swoich sił próbowali polscy producenci a wśród nich zyskującego pozycję leadera Franc Audio Accessories. Z Francem, (nomen omen absolwentem katedry spawalnictwa – stąd tytuł recenzji) na test umówieni byliśmy od … już nie pamiętam od kiedy i kiedy wreszcie dotarła do nas pancernie zapakowana przesyłka mogłem nausznie zweryfikować, napływające ze wszystkich stron pozytywne opinie, we własnym systemie.
Co ważne, o czym warto wspomnieć niejako na wstępie części dotyczącej walorów sonicznych, odsłuchy porównawcze prowadziłem głównie umiejscawiając CDC pod źródłem – Ayonem 1sc, filigranową lampową integrą Lebena – CS-300F, jak i Accuphase’m E-600, które ustawione były na masywnym stoliku Rogoz Audio 4SM3, lub/i na platformach antywibracyjnych Acoustic Revive RAF-48H, oraz Audio Philar Double Model. Jeśli zastanawiają się Państwo, czemu porównań nie odnoszę do poziomu elektroniki ustawionej np. bezpośrednio na podłodze, to moja odpowiedź brzmi: z szacunku zarówno dla Państwa, jak i swojego czasu, oraz tego, że zakładam, iż każdy z nas już jakiś świadomie wybrany audio-mebel posiada i w miarę racjonalnie gospodarując budżetem chciałby bez drastycznego przemeblowania osiągnąć jak najwyższą jakość dźwięku.

Z takim też nastawieniem i odpowiednio wysoko ustawionymi oczekiwaniami ulokowałem w pierwszej kolejności trio Ceramic Disc Classic pod odtwarzaczem i … się nie zawiodłem. Bardzo wyraźnemu zaczernieniu poddane zostało tło, jednak efekt ten nie polegał na ordynarnym wymazaniu dalszych planów, lecz odsunięciu niewidzialnej, acz wyczuwalnej ściany za ostatnimi rzędami muzyków i ulokowaniu tam czegoś w postaci antymaterii, czarnego światła, czy jak kto woli nicości. Po prostu słychać było niezwykle naturalną propagację dźwięków, wierne oddanie warunków akustycznych w jakich dokonano poszczególnych nagrań, lecz bańka powodująca obecną gdzieś na granicy percepcji kondensację dźwięku pękła. Krystaliczną czystość zyskały wszystkie, nawet najmniej istotne niuanse, przez co zdecydowanie poprawiła się rozdzielczość, namacalność i realizm przekazu. Usunięta została, stanowiąca do tej pory, jakby się mogło wydawać natywną część dźwięku cyfrowa mgiełka – pewna granulacja, wyblurowanie niepozwalające w pełni poczuć faktury ludzkich głosów, czy powierzchni grających instrumentów. I to nie chodzi o przeostrzenie konturów, bo tego nie zauważyłem, lecz o to, że całość była wyraźniejsza, ale tą prawdziwą, niepodrasowaną wyrazistością.
Usunięcie niepożądanych artefaktów pozwoliło z kolei na osiąganie wyższych niż do tej pory poziomów głośności bez sprzeciwu ze strony narządu słuchu i … co najważniejsze domowników. Zmniejszenie ilości zniekształceń powodowanych przez drgania podziałało niczym wpięcie w tor silniejszego, bardziej odpornego na przesterowanie wysokiej klasy wzmacniacza. Dźwięk po prostu nie ranił, nawet w chwilach, gdy w moim pokoju Metallica na symfonicznym albumie „S&M” na przemian z ostatnimi dokonaniami Apocalypticy („Wagner Reloaded”) wywoływały swoiste trzęsienie ziemi.
Bardzo podobne, praktycznie bliźniacze efekty przyniosło uszlachetnienie „francowymi” podstawkami 300-ki Lebena, jednak dało się jeszcze zauważyć, iż o oczko wyższe noty spokojnie można było dać nasyceniu barw, soczystości dźwięku. Czy to przez zdecydowanie bardziej wyrazistą fakturę, czy też poprzez zminimalizowanie delikatnego rozedrgania powietrza otaczającego źródła pozorne scena dźwiękowa stała się stabilniejsza, osadzona na solidniejszych fundamentach. Organowe pasaże na „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena może nie schodziły niżej niż zazwyczaj, jednak czytelność i różnorodność zarejestrowanych na tym krążku smaczków potrafiła ponownie mnie oczarować i skłonić do kilkukrotnego odtworzenia tego cudownego albumu.

Najmniejszy wpływ podstawek odnotowałem za to topową integrą Accuphase’a, która na tyle wyraźnie podkreślała własną obecność w torze, iż polskie akcesoria dyskretnie usunęły się w cień. Oczywiście takiego empatycznego podejścia do tematu nie sposób ganić, gdyż sporej części nabywców zależy właśnie na takiem delikatnym retuszu, dopieszczeniu dźwięku, który się lubi, i do którego przez lata się dążyło.  CDC sprawiły, że wysublimowany charakter Accu, jego wrodzona dostojność zdolne były zalśnić jeszcze głębszym blaskiem.

Wbrew pozorom Ceramic Disc Classic nie wygładzają i nie upiększają dźwięku. One jedynie nie pozwalają, by to, co ma dotrzeć do głośników zostało gdzieś po drodze skażone, zdegradowane przez niepożądane a niestety wszechobecne wibracje. Stanowią nader skuteczną barierę zarówno przed drganiami zewnętrznymi próbującymi wedrzeć się do trzewi naszych drogocennych urządzeń, jak i wzajemnymi interferencjami między poszczególnymi elementami toru. Moim zdaniem uczciwie zapracowały na szczerą rekomendację.

Marcin Olszewski

Producent: Franc Audio Assessories
Cena: 2 200 PLN

Dane techniczne:
– Średnica podstawy 68 [mm]
– Średnica górnej platformy 49[mm]
– Wysokość całkowita 45 [mm]
– Wysokość bez podstawy 35 [mm]
– Maksymalne obciążenie 0-150 [kg](kpl. 3 szt.)

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Accuphase E600
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Trenner&Friedl ART
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H; Audio Philar Double Model

Opinia 2

To, że izolacja urządzeń audio od szkodliwych wibracji podłoża jest istotną składową uzyskanego efektu końcowego nie podlega, a przynajmniej nie powinna podlegać dyskusji. Mimo to wielu użytkowników nie przykłada do powyższego zagadnienia odpowiedniej uwagi, traktując oczywistą degradację dźwięku w sposób irytująco marginalny. Całe szczęście wielu producentów komponentów odtwarzających muzykę, stara się zadbać o to za klienta i sami implementują stosowne rozwiązania. Jedne są bardziej wyszukane, a inne to tylko popodklejane miękkim materiałem skromne stopy, więc jeśli nasz element toru audio wyposażono w zwykłe, tylko ładnie wyglądające, plastikowe nóżko-podobne twory, najwyższy czas zainteresować się którymś z wielu obecnie dostępnych na rynku akcesoriów. Wybór jest duży: od szafek, przez platformy, po same stopy, ale każdy z pomysłów ma jeden cel, zadbać o komfort naszych zabawek, podczas pracy z materiałem muzycznym. Pasożytnicze mikro-trzęsienia ziemi, to dawno udowodnione zło, które należy minimalizować. Dlatego coraz więcej firm (w tym rodzimych – polskich) stara się zaoferować szerokiej rzeszy słuchaczy, swój patent na okiełznanie opisywanego problemu. Kilka tygodni temu, mieliśmy z Marcinem przyjemność zweryfikowania kilku pomysłów jednego ze światowych potentatów w tej dziedzinie – Acoustic Revive, dlatego z niekłamaną radością przyjęliśmy na testy zestaw, składający się z trzech stóp antywibracyjnych, krajowego producenta Franc Audio Accessories model Ceramic Disc Classic.

Widziałem wiele tego typu akcesoriów, ale bez ogródek muszę przyznać, że gdybym nie znał pochodzenia producenta, celowałbym w najpoważniejszych graczy z tego segmentu. Tymczasem Polak też potrafi, co udowodnił bohater testu – Franc Audio Accessories, przysyłając wyglądające jak małe dzieła sztuki. Ceramic Disc Classic skrywają kilka ważnych pomysłów na eliminację drgań. Z pozoru mało skomplikowane konstrukcyjnie filary okazują się osłoną wieloelementowych układów z centralnie umieszczonym najważniejszym elementem –ceramiczną kulką, na której pływa pokryta sylikonem platforma, dźwigająca postawione na niej urządzenie. Całość dla zwiększenia efektu pochłaniania, podklejona jest czymś w rodzaju twardej pianki. Wszystko utrzymane jest w czarno – srebrnej kolorystyce, nadającej produktom niewymuszonej elegancji. Ale i bez takich zabiegów, po wzięciu do ręki rzeczonych stóp, czuć solidność wykonania, co w połączeniu z projektem plastycznym pozwala cieszyć nie tylko uszy, lecz i oczy. Takie swoiste dwa w jednym. Sam używam kilku podobnych japońskich dodatków i bez naginania faktów, już na początku przyznaję elbląskiemu producentowi oficjalną pochwałę za wygląd, a jak było z najważniejszym aspektem, czyli wpływem na brzmienie, przekonamy się w dalszej części testu. I raczej nie będę starał się wartościować: dobre – złe, gdyż każdy system to inna historia i nie ma jednego uniwersalnego sposobu izolacji od podłoża. Z uwagi na fakt stosowania pod swoimi urządzeniami podobnych w działaniu podstawek Harmonix’a, mam system skończony i jakiekolwiek zaistniałe po wymianie na  Franc Audio zmiany, mogą być odczuwalne jako inne, ale nie koniecznie lepsze – czego również nie wykluczam, co bez względu na wynik w żaden sposób nie powinno deprecjonować jego oferty.

Zastanawiając się gdzie zastosować elbląskie akcesoria, na początek zdecydowałem się na napęd, który posiadając takie dodatki już w zestawie, odpowiednio wysoko ustawiał poprzeczkę przybyłym gościom. Zwarzywszy na możliwą dość niewielką skalę zmian, przy wyborze repertuaru nie eksperymentowałem, tylko sięgnąłem po mój zestaw startowy we wszelkich możliwych podbramkowych sytuacjach – po wielokrotnie wspominanego przeze mnie Bobo Stensona w towarzystwie Andreasa Jormina i Paula Motiana z krążkiem „Goodbye”. Z doświadczenia wiem, że najbardziej prawdopodobnym obszarem zmian po modyfikacji usytuowania urządzenia audio, jest barwa, rozdzielczość i budowa wirtualnej sceny, a mając wspomnianą płytę dogłębnie zakodowaną w szarych komórkach, z łatwością mogłem wyłapać jakiekolwiek majstrowanie w wymienionych zagadnieniach. I koniec końcem, moje przeczucia okazały się słuszne, gdyż te podtrzymujące kompakt dzieła sztuki inżynieryjnej, w przewidywanych miejscach aspektach ujawniły swoją ingerencję. Jak wspomniałem, wizyta Ceramic Disc Classic u mnie, wiązała się z zastąpieniem innych wygaszaczy i zmiany nie były tak spektakularne, jak to mam miejsce w przypadku implementacji w gołym / nieuzbrojonym systemie. Niemniej jednak, wyraźnie odczuwałem wygładzenie dźwięku, zwiększające jego homogeniczność, przy całkowitym braku jakiejkolwiek utraty otwartości grania. Wszystko stawało się trochę cieplejsze i delikatnie gęstsze, przy praktycznie pomijalnej utracie ostrości krawędzi. Ale proszę nie brać tego, jako popadanie w bliżej nieokreślone plamy dźwięku, tylko muśnięcie krawędzi lekko stępionym rysikiem, kierując całość przekazu w stronę analogu. Zmiana nie była z gatunku gorszych, tylko jawiła się jako trochę inne podejście do zagadnienia rozdzielczości i gęstości, przy wysokim poziomie jakości bezwzględnej. To był trochę skok w bok, który widziałbym u siebie, nie mając stóp Harmonixa, podczas którego nawet w najmniejszym stopniu nie ucierpiała prezentacja sceny tak w szerz jak i głąb, czy postrzeganie przez pryzmat sposobu jej wizualizacji. Na całej tej operacji, najbardziej zyskiwał fortepian, otrzymując dawkę wypełnienia, a kontrabas grał trochę więcej pudłem, przy minimalnie zauważalnym i to tylko w bezpośrednim porównaniu, zaokrągleniu blach Paula Motiana. Znając możliwości produktów Harmonixa, jestem w stanie z dużą dozą pewności stwierdzić, że ktoś ze zbyt swawolnym w górnych rejestrach i chorującym na anoreksję systemem, nieużywający żadnych tego typu akcesoriów, zaliczy przysłowiowy opad szczęki. Niestety jest tylko jedna, czasem ciężka do przeskoczenia przeszkoda – potencjalny klient musi mentalnie dorosnąć do problemu istnienia szkodliwego wpływu otoczenia na niechronione żadnymi absorberami urządzenia audio. Jednak nastały czasy wyedukowanej klienteli i raczej rzadko zdarza się zatwardziały uważający, że to nie ma sensu „ortodoks”. Kilka następnych srebrnych krążków, potwierdzało przytoczone cechy działania ustrojów, dlatego do dalszej zabawy postanowiłem zaprzęgnąć przetwornik cyfrowo/analogowy.

Tym razem zaprosiłem na recital panią o silnym wokalu i drobnej figurze, czyli Youn Sun Nach, w ostatnim repertuarze „Lento”. Ta płyta jest raczej balladowa, ale wydaje mi się najciekawsza z jej dorobku, a sposób realizacji pozwala przyjrzeć się możliwościom systemów pod kątem umiejętności eksponowania zdjętego bliskim mikrofonem kobiecego głosu. W niektórych utworach, mam wrażenie, że widzę migdałki artystki, a to często w średnich systemach owocuje spektakularnymi, niemiłymi dla ucha sybilantami. Mój set radzi sobie z tym bez problemów, ale czekałem co stanie się po podmiance Haronixów na Franc Audio. Czy tak jak w napędzie skutkiem będzie wygładzenie, a może zwiększenie analityczności, która może objawić się nieznośnymi posykiwaniami. Nie pozostało nic innego, jak podłożyć gości pod DAC-a i wcisnąć play. Nie potrzebowałem długich i mozolnych porównań do oceny tego posunięcia, gdyż efekt był natychmiastowo zauważalny. Ale spieszę zdradzić, że zgoła inny niż z CD-kiem. Gdy tam w dobrodziejstwie inwentarza dostawaliśmy pokłady gładkości i lekkiego ocieplenia, tutaj mamy diametralnie inną drogę do nirwany dźwiękowej. Próba z przetwornikiem, pokazała całkowicie inne oblicze podstawek FAA. Mianowicie, sznyt dźwięku skierował ogniskową w kierunku rozdzielczości i lekkiemu przesunięciu poziomu barwy o pół oczka w górę, nadal panując nad zbyt swawolnym podejściem do reprodukcji górnego pasma. Zyskała też trochę otwartość prezentacji i zwiększył się oddech przekazu muzycznego. Scena została trochę nadmuchana, ale wokal nie stracił na namacalności, nadal pozwalając czerpać radość z intymnego obcowania z artystką. Był to podobnie do pierwszego etapu testu krok w bok, tylko z diametralnie innym azymutem, co rysuje całkowicie inną grupę docelową produktu – właściciele systemów zbytnio przyduszonych w środku pasma. To potwierdza starą audiofilską prawdę, że nie ma gotowej recepty na końcowy dźwięk, gdyż ten sam produkt może radykalnie inaczej oddziaływać na poszczególne elementy układanki audio.

Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że zmiany w obu testowanych przypadkach będą szły w tak przeciwstawnych sobie kierunkach, ale patrząc z drugiej strony, biorąc na testy takie dodatki, w różnych aplikacjach możemy osiągnąć, całkowicie inne, czasem pożądane, a czasem niechciane efekty. Gdy w zaplanowanym przez nas mariażu z odtwarzaczem nie uzyskamy konsensusu, przechodzimy do kolejnego urządzenia w torze i to, co miało mile zaskoczyć na poziomie źródłowym, może sprawdzić się podczas przetwarzania tegoż sygnału krok dalej. Jednak świat audio to fajna, pełna wielu niespodzianek zabawa, a czy będziemy chcieli się w nią bawić, zależy tylko od nas. Ja nazwałem to zabawą, tymczasem w praktyce, to bezpardonowa walka ze szkodliwym wpływem otoczenia na system przetwarzania sygnału audio, z którą każdy wyedukowany słuchacz powinien się zmierzyć. I jeśli nie osiągnie zadowalających efektów z danym producentem, powinien spróbować z kolejnym, mającym inny pomysł konstrukcyjny na ten temat. Jeśli i wtedy nic nas do końca nie usatysfakcjonuje, będziemy przynajmniej mieli jakikolwiek pogląd na ten ważny dla wielu melomanów temat. To spotkanie z firmą Franc Audio Accessories jest tylko wycinkiem ich oferty, która na swojej liście skrywa jeszcze platformy antywibracyjne i inne modele stóp pod sprzęt pozwalający czerpać przyjemność podczas słuchania muzyki. Ale już to krótkie doświadczenie pokazuje, że warto skontaktować się z konstruktorem, by spróbować zrozumieć, o co kruszy kopie i co ma do zaoferowania, by ożywić nasz ukochany system. Szczerze zachęcam do weryfikacji opisanych doświadczeń.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII, London AEC C91E “POD”
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”

  1. Soundrebels.com
  2. >

SK – FILTER

SFC – Pionier w materiałach anty elektrostatycznych.

SK-FILTER to niezwykły produkt, który można ustawić z boku gramofonu w celu rozładowania i usunięcia ładunków elektrostatycznych zgromadzonych na powierzchni płyty podczas odtwarzania muzyki.

SK-FILTER wykorzystuje opatentowany materiał Thunderon®, który rozładowuje do otoczenia ładunki elektrostatyczne z powierzchni płyty gramofonowej. Ma on postać miotełki, którą ustawia się parę milimetrów nad płytą, fizyczny kontakt z płytą nie jest konieczny. Zaprojektowany został tak, aby z łatwością dało się do dopasować do każdego gramofonu, poprzez regulację wysokości i odległości od talerza.

„Cisza”, to jedyne tylko słowo opisujące wydajność SK- filtru. Uwalniając płytę od ładunków elektrostatycznych zmniejsza się bardzo wyraźnie poziom szumów, co pozwala cieszyć się dźwiękiem o niesamowitej rozdzielczości i czystości.

Thunderon : Opatentowane organiczne włókno przewodzące.
Made in Japan

Dystrybucja RCM

Cena: 1 100 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

LEBEN CS-300F

Opnia 1

Wokół tematu – bohatera niniejszej recenzji krążyłem długo, bardzo długo, tzn. mroczny obiekt pożądania teoretycznie cały czas pozostawał na wyciągnięcie ręki, jednak występujące w danym czasookresie okoliczności przyrody okazywały się mniej lub bardziej niesprzyjające. A to łapę położyła na demonstracyjnym egzemplarzu inna redakcja, bądź, o zgrozo, któryś ze współredaktorów, a to wszystko się sprzedało, lub właśnie miała nastąpić zmiana modelu i trzeba było czekać. I tak sobie czekałem, … Summa summarum, jeśli na spokojnie usiąść i policzyć to wychodzi ładnych dziesięć lat od chwili, gdy światło dzienne ujrzał przecudnej urody, będący uosobieniem najlepszych cech tzw. oldschool’u (wzorowanym na designie lat 70 i 80-ych), filigranowy lampowy wzmacniacz zintegrowany Leben CS-300. Jak się miało rychło okazać, ten pochodzący z Kraju Kwitnącej Wiśni audio-bibelocik oparty na popularnych EL-84 Sovteka spędzał sen z powiek nie tylko mi, ale i sporej rzeszy miłośników dobrego dźwięku na całym świecie.

Oczywiście podczas minionej dekady projekt stopniowo ewoluował, choć trzeba przyznać, iż jak na niewielką, nie goniąca za nowościami i nie zmieniającą oferty co sezon manufakturę ilość wprowadzonych zmian jest całkiem pokaźna. Początkowe modyfikacje dotyczyły praktycznie wyłącznie trzewi. W pierwszym CS-300 siedziały dwie pary EL84M Sovteca i para podwójnych triod 5751 General Electric (ECC83) zastąpione w późniejszym okresie przez 12AX7A (Sovtek). W niedługim czasie konstruktor – pan Taku Hyodo postanowił dopieścić co wybredniejszych złotouchych i wprowadził do obiegu „stuningowaną” wersję CS-300 X (Limited) z NOS-ami Mullarda na pokładzie. Kiedy zapasy wyselekcjonowanych lamp uległy wyczerpaniu trzeba było dokonać dalszych modyfikacji i poprzednie inkarnacje zastąpił CS-300 X (S) z NOS-ami JAN5751 General Electric w stopniu wejściowym. Stan taki utrzymywał się do lutego 2010r., kiedy to sięgnięto po Sovteki 12AX7. W wersji „F”, która trafiła do nas, zmiany okazały się zdecydowanie poważniejsze niż miało to miejsce dotychczas. Zamiast EL84 zastosowano charakteryzujące się niezwykle wyśrubowanymi parametrami, (długowieczność, niskie mikrofonowanie i zniekształcenia) JAN-6197 General Electric a w stopniu wejściowym japońskie podwójne triody 17EW8 (HCC85) Hi-Fi.

Od strony czysto wizualnej ogólnie rzecz biorąc niby wszystko jest po staremu, ale … jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach. Do tej pory głęboki i ciepły odcień złota dominującego na froncie i tylnej ścianie 300-ki przełamywała stonowana zieleń poprowadzonego na dole płyty czołowej paska z nazwą modelu a optycznie zamykały bryłę naturalne płaszczyzny drewnianych, pociągniętych satynowym lakierem boków. I tak jest też i tym razem, jednak jeśli uważniej się przyjrzymy i porównamy eFkę z poprzednikami okaże się, iż tym razem popracowano nad detalami. Weźmy na przykład wyłącznik główny. W poprzednich inkarnacjach był to okrągły pstryczek z wbudowaną zieloną diodą i umieszczoną kilka centymetrów wyżej diodą czerwoną. Nijakich dysonansów wzorniczych nikt nigdy chyba nie odczuł, a przynajmniej mi nic na ten temat nie wiadomo, choć spore grono moich znajomych miało ww. konstrukcje u siebie na testach, bądź cieszyło nimi i cieszy swoje uszy po dziś dzień. Jednak panu Taku Hyodo widocznie było mało i postanowił popracować nad uspójnieniem i ujednoliceniem, a przede wszystkim zrównoważeniem wszystkich, nawet tych najmniejszych detali. Po pierwsze wystającą sześciokątną, nakrętkę mocującą gniazdo słuchawkowe zastąpiono niemalże zlicowanym z powierzchnią frontu wywiniętym okrągłym kołnierzem. Po drugie włącznik główny otrzymał postać w 100% zgodną z formą przełączników odpowiedzialnych za załączenie monitoringu pętli magnetofonowej i wyboru wyjść, lub jak kto woli trybu pracy (integra/wzmacniacz słuchawkowy). A po trzecie czerwoną diodę Operation zastąpiono błękitną, co z jednej strony miało w zamyśle prawdopodobnie współgrać z kolorystyką płyty górnej, lecz w rezultacie, przy fabrycznie ustawionej jaskrawości doprowadzało mnie do szału. Krótko mówiąc pod 2/3 zmian podpisuję się wszystkimi chwytnymi kończynami a co do feralnej i nie bójmy się użyć tego słowa oczojebnej diody … to gdybym, całkowicie teoretyzując (Małżowinka może czytać), nabył 300-kę to pierwszą rzeczą, jaką bym zrobił byłoby jej rozkręcenie, pożyczenie od Małżonki któregoś z jej lakierów do paznokci (zupełnie przypadkiem rzuciłem okiem i zarówno granatowy, jak i fioletowy były na stanie) i dokonanie małego aktu wandalizmu zakrawającego na profanację, czyli zamalowaniu od środka irytującego źródła światła. W efekcie ilość generowanych lumenów zostałaby drastycznie ograniczona, co kojąco wpłynęłoby na moje i tak już wystarczająco zszarpane nerwy.
No dobrze. Dałem upust nagromadzonej frustracji, wykazałem się daleko idącą (wrodzoną?) złośliwością, mogę zatem przejść do konkretów.

Płyta czołowa mieści trzy mniejsze i jedno duże pokrętła. Patrząc od lewej użytkownik do dyspozycji otrzymuje selektor źródeł, gałkę regulacji głośności, regulację balansu i równie często spotykany wśród minimalistycznych audiofilskich konstrukcji, co uczciwy polityk w parlamencie, trójpozycyjny przełącznik Bass Boost, umożliwiający „podbicie” najniższych częstotliwości o 3 bądź 5 dB. Całości dopełniają wspomniane trzy prostokątne hebelki odpowiedzialne za monitorowanie nagrania, wybór pomiędzy wyjściami głośnikowymi a słuchawkowym, oraz włącznik główny.
Ściana tylna, ze względu na dość ograniczoną przestrzeń, z której niemalże połowa zaanektowana została na otwory wentylacyjne, pozytywnie zaskakuje ergonomią i porządkiem. Po lewej stronie umieszczono na górze gniazdo bezpiecznika a na dole trójbolcowe, solidne gniazdo IEC, następnie wzdłuż dolnej krawędzi ulokowano pojedyncze, terminale głośnikowe nad którymi znalazło się pokrętło wyboru impedancji współpracujących z Lebenem zespołów głośnikowych. Wyjście z pętli magnetofonowej i zacisk uziemienia zamykają listę przyłączy w orientacji horyzontalnej. Wszystkie pozostałe (sześć par RCA) wejścia przytulono do prawej krawędzi obudowy. Ich solidności nie sposób cokolwiek zarzucić, jednak posiadacze ciężkich interkonektów z masywną konfekcją mogą przeżyć chwile zwątpienia. W ekstremalnych przypadkach polecam zastosowanie podstawek pod kable (np. dostępnych u krakowskiego dystrybutora Gregitek’ów RG1) niwelujących obciążenie terminali.
Wracając jeszcze na chwilę do płyty górnej. W pierwszych 300-kach była ona dość skromną wariacją nt. szaro-beżowo-złotej mieszanki odcieni i najoględniej mówiąc nie przykuwała uwagi, ba znam nawet takie przypadki, że posiadacze takowych wzmacniaczy nawet ją zdejmowali, by cieszyć oczy widokiem żarzących się lamp. Jednak już w XS-ie pozwolono sobie na odrobinę szaleństwa i zdecydowano się na odważniejszy (obłędny) perłowo-jagodowy odcień, który kontrastując ze złotym frontem staje się przysłowiową wisienką na designerskim torcie estetyki.

Na zakończenie części opisowej, z walorami sonicznymi bohatera niniejszego testu zupełnie niezwiązaneji, mam jeszcze ciekawostkę natury ekonomicznej. Przez minioną niemalże dekadę cena 300-ki praktycznie się nie zmieniła. Kiedy pierwsze egzemplarze trafiały do Polski w 2006r. kosztowały ok. 10 000 PLN (2250 €) i tak jest praktycznie do dnia dzisiejszego, gdyż najnowsza – będąca obiektem niniejszego testu wersja F została przez polskiego dystrybutora – krakowski Eter Audio wyceniona na 10 900 PLN. Jeśli dla kogoś 9% wzrost to dużo, proponuję najpierw sprawdzić jak zmieniały się cenniki konkurentów i to zarówno japońskich (Air Tight), jak i amerykańskich (Manley). I to by było na tyle, jeśli chodzi o pozamuzyczną i pozaodsłuchową beletrystykę. Najwyższy czas podzielić się wrażeniami nausznymi.

Przygotowując się do testu Lebena i mając na uwadze jego dość niewielką moc (15 W) zapobiegliwie zaopatrzyłem się w równie jak on filigranowe a przy tym przepięknie wykonane monitorki Trenner&Friedl ART. W rezultacie otrzymałem kosztowne, niezaprzeczalnie wysokiej klasy 2/3 (brakuje źródła) systemu gabinetowo – sypialnianego. Oczywiście powyższa kategoryzacja jest daleko uproszczona, ba nawet krzywdząca, jednak wydaje mi się, że zawiera w sobie nader wyraźne przesłanie, iż do 20-30 metrowego salonu lepiej poszukać czegoś innego. Tak przynajmniej sugerowały nie tylko mało absorbujące gabaryty japońskiej integry, jak i podane przez producenta dane techniczne. W związku z powyższym przez kilka dni uprzyjemniałem sobie czas słuchając zestawu, w którym najdroższym elementem były … kable głośnikowe Signal Projects Hydra. Abstrahując jednak od cen poszczególnych komponentów osiągnięty soniczny efekt finalny był nad wyraz satysfakcjonujący. Dźwięk przede wszystkim angażował słuchacza, nie pozwalał na obojętność, a przez to uwadze nie umykały praktycznie żadne niuanse rozgrywającego się spektaklu. Pomimo tego, że pierwsze skrzypce grały przestrzeń i niesamowita precyzja w lokalizacji źródeł pozornych przekaz pozostawał po słodszej i gładszej stronie mocy a przy tym nie sposób było mu odmówić niezwykłej muzykalności. Ponadto rozmach i skala dźwięku była całkowicie nieadekwatna do rozmiarów zarówno wzmacniacza, jak i kolumn. Nie będę ukrywał, że naturalnym repertuarem, środowiskiem, w którym Leben z ARTami czuł się jak ryba w wodzie był jazz i niewielkie składy kameralne. Zdziwiłby się jednak ten, kto spodziewałby się zauważalnego odchudzenia, czy nawet anemiczności w oddaniu najniższych składowych np. na urzekającym albumie „Faithful” MWT (Marcin Wasilewski Trio), czy „La Tarantella – Antidotum Tarantulae” L’Arpeggiaty. Ok., barokowe pląsy może i nie mają w temacie basowych pomruków wiele do powiedzenia, jednak otwierający „Faithful” utwór „An den kleinen Radioapparat” basu ma pod dostatkiem, bądź nawet z lekkim nadmiarem. Jednak na japońsko – austriackim combo bas pozostawał sprężysty, czytelny i niezwykle różnorodny, co może nie powodowało tzw. masażu trzewi, lecz było wyśmienitym przykładem na to jak czasem jakość warto przedłożyć nad ilość. A jeśli ktoś naprawdę nie wyobraża sobie życia bez dudniącego basu to idealnym panaceum na ww. katusze powinno magiczne pokrętło Bass Boost oferujące podbicie najniższych składowych o 3, bądź 5dB. Co ważne jego działanie nie wpływa na czytelność pozostałych podzakresów. Dla zrównoważenia fragmentu dedykowanego basolubom mogę za to wspomnieć, iż dawno nie słyszałem ze standardowego – konwencjonalnego wysokotonowca (jestem do szpiku kości zepsuty przez brzmienie AMT i diamentowych wyrobów jubilerskich serwowanych w topowych Gauderach) tak rozświetlonych, rozedrganych, eterycznych a przy tym namacalnych i rozdzielczych blach. Dodając do tego precyzję, z jaką oddawany był moment uderzenia i feeria barw, niuansów po nim następująca pozwalała na długie godziny zapomnienia podczas eksploracji posiadanej płytoteki.
 
Jednak jak już nie raz i nie dwa miałem okazję się przekonać, że teoria sobie a życie sobie. Tak też było i podczas odsłuchów Lebena. Kiedy spokojnie wygrzewałem wzmacniacz ze wspomnianymi austriackimi kolumienkami któregoś pięknego dnia musiałem wykonać ich sesję fotograficzną, co było jednoznaczne z wypięciem ich z toru. Nie chcąc, a przede wszystkim nie lubiąc pracować w ciszy uznałem, iż do niezobowiązującego „plumkania” w tle 300ka powinna dać radę moim dyżurnym Gauderom. Przepiąłem kolumny i … tak już zostało do końca. Nie, żebym z tego powodu miał się smucić, czy tłumaczyć, zarówno przed samym sobą, jak i czytelnikami, a wręcz przeciwnie. Po prostu to, czego w większości przypadków nikt rozsądny by nie polecił w tzw. „ciemno” okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Znana z poprzedniej konfiguracji sygnatura dużego dźwięku z małych kolumn ewoluowała do bardziej naturalnych, analogicznych do gabarytów zespołów głośnikowych rozmiarów, spychając na zdecydowanie dalszy plan miniaturowość samej amplifikacji. Kręcąca się wtenczas na dwusilnikowym Transrotorze ZET3 „Love Over Gold” Dire Straits po prostu wbiła mnie w fotel przesuwając planowane zdjęcia na bliżej nieokreśloną przyszłość. Z pozoru proste i leniwe „Love Over Gold” zachwycało wieloplanowością, przykuwało uwagę do partii poszczególnych instrumentów a odzywająca się pod koniec czwartej minuty gitara zadziwiała zadziornością zwiastującą krótkie, ale niezwykle energetyczne wejście perkusji. I to wszystko z 15 W! Skoro dobrze było na dość niezobowiązującym Rocku uznałem, że warto podnieść poprzeczkę i sięgnąłem po „Now What?!” Deep Purple. To, co wydobyło się z głośników przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Energetyczny, kipiący adrenaliną i soczysty dźwięk był świetny, wyborny i to niezależnie od pułapu cenowego w jakim się poruszaliśmy. Po prostu ewidentny przykład na to, że czasem można w budżecie, w którym się tego zupełnie nie spodziewamy natrafić na prawdziwą perełkę, diament. Oczywiście nie ma róży bez kolców. Najniższe składowe zyskując „kilka” Hz w paśmie reprodukowanym przez Gaudery straciły nieco z monitorowej dyscypliny, lecz i tak porównując do tego, co oferowały poprzednie inkarnacje 300-ki progresu inaczej niż mianem kolosalnego określić nie sposób. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla części słuchaczy nawet takie lekkie zaokrąglenie będzie odstępstwem od ideału, wyśnionego wzorca, lecz bądźmy szczerzy – toż to najtańsza, otwierająca ofertę japońskiego producenta konstrukcja i jeśli ktoś oczekuje gwiazdki z nieba to powinien raczej zainteresować się wyższymi modelami.
Na dobrze zrealizowanym, elektroniczny, repertuarze w stylu „Exile” Hurts a nawet „Reise, Reise” Rammstein’a skala dźwięku nie budziła najmniejszych kontrowersji. Szeroka, daleko wykraczająca poza ramy wyznaczone przez rozstaw kolumn scena sięgała daleko w głąb nie tracąc nic ze swojej stabilności i rozdzielczości. Dalsze plany czarowały selektywnością i jeśli tylko realizator konkretnego nagrania nie „przykrył” ich kocem impresjonistycznego rozmazania to nie było najmniejszych problemów ze śledzeniem partii poszczególnych instrumentów. Nad wyraz urokliwie wypadły niemieckie ballady w stylu „Ohne Dich” i „Amour”, w których oprócz germańskiej kanciastości do głosu doszły liryczna, lampowa otoczka i delikatnie dopalona emocjonalnie „firmowa” średnica. Jednak nie mówię w tym momencie o stereotypowym, utożsamianym np. z EL84 / EL34 ewidentnym faworyzowaniem środka pasma kosztem jego skrajów, lecz jedynie precyzyjnym podciągnięciem saturacji i temperatury barwowej z jednoczesnym zachowaniem pełnej równowagi z rozdzielczą, niezwykle plastycznie rozświetloną górą i lekko zaokrąglonym, lecz z łatwością nadążającym za nawet najbardziej karkołomnymi partiami basem. Są to cechy wyraźnie wskazujące na wyższość SC300F nad swoimi poprzednikami, którzy w powyższym repertuarze teoretycznie dawali radę, lecz im bardziej brutalny stawał się przekaz, bądź do głosu dochodziło coraz bardziej rozbudowane instrumentarium, tym granica technicznych możliwości amplifikacji stawała się faktem. Z bohaterem niniejszego testu takiego wrażenia nie ma. Niemalże niezależnie od ustawionych poziomów głośności i wybranego repertuaru dźwięk pozostawał spójny i homogeniczny. I jeszcze jedno – Lebena cechuje niezwykła zdolność oferowania pełnej rozdzielczości już przy bardzo niskich poziomach głośności. Z powyższego faktu powinni być zadowoleni wszyscy miłośnicy wieczorno – nocnych odsłuchów skazani do tej pory bądź to na słuchawki, bądź na bolesny kompromis utraty znacznej ilości informacji „gubionych” przez stworzone jedynie do ryku a nie do szeptu konstrukcje. Skoro doszliśmy do końcowych wniosków, to jeszcze o jednym fakcie nie sposób nie wspomnieć. Do tej pory decydując się na 300-kę trzeba było liczyć się z tym, że wzmacniacz nie będzie „najcichszy” i że będzie go w głośnikach „słychać”. Krótko mówiąc z reguły fakt obecności wzmacniacza w torze potwierdzał lekki brum, który podczas odtwarzania muzyki stawał się całkowicie pomijalny, jednak w chwilach ciszy niezaprzeczalnie dawał o sobie znać. Tym razem w głośnikach po włączeniu wzmacniacza panowała wzorowa cisza. Nie wiem jakich modyfikacji natury konstrukcyjnej dokonał Pan Taku Hyodo, ale efekt jest bezdyskusyjnie zauważalny.

Pierwsze audiofilsko – sprzętowe skojarzenia, jakie nasunęły mi się podczas odsłuchów tej uroczej integry, to podobnie jak Leben kompaktowe, bądź, jak kto woli w rozmiarze midi konstrukcje, czyli Air Tight ATM-1s i … Kondo Souga. Sami Państwo przyznają, że towarzystwo wielce nobilitujące, a że dziwnym trafem wyłącznie z Japonii, cóż … Nie nazwałbym tego przypadkiem, lecz raczej dowodem na to, iż określone cechy otoczenia, życiowej filozofii, w jakiej się dorasta, przekładają się na późniejsze efekty, owoce naszej pracy. W Kraju Kwitnącej Wiśni mikroklimat do tworzenia rzeczy niebanalnych, pięknych, sprawiających, że muzyka płynąca z głośników staje się ponadprzeciętnie pasjonująca, jak widać na niniejszym przykładzie jest wybitnie korzystny a synergia pomiędzy wysublimowanym designem, zaawansowaną, na wskroś przemyślaną konstrukcją i niesamowitą muzykalnością stają się znakiem rozpoznawczym. Wracając natomiast do początków moich łowów na Lebena – obecna wersja CS-300F jest nie tylko spełnieniem wszystkich wcześniej pokładanych przeze mnie w tej konstrukcji nadziei, ale jawi się jako swoiste trofeum, które wreszcie zdobyte staje się ozdobą salonu i powodem może nie do dumy, gdyż brzmi to zbyt patetycznie, ale na pewno do dobrego samopoczucia przez długi, długi czas. Szkoda tylko, że po napisaniu recenzji musiałem 300-kę spakować i przekazać dalej (całe szczęście niedaleko, bo do Jacka). Ale jak mawiają – „co się odwlecze …”.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Eter Audio / Leben.pl
Cena: 10 900 PLN

Dane techniczne (wg producenta):

Zastosowane lampy: JAN-6197 GE x 4, 17EW8 x 2
Moc wyjściowa: 2 x 15 W
Pasmo przenoszenia: 15 Hz – 100 kHz (-2 dB)
Zniekształcenia: 0,7 % (10 W)
Czułość wejściowa: 600 mV
Impedancja obciążenia – kolumny: 4/6/8 Ω (zmienna)
Impedancja obciążenia – słuchawki: 300 Ω
Pobór mocy: 82 W
Wymiary: 360 x 270 x 140 mm
Waga: 10,5 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Accuphase E600
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Trenner&Friedl ART
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H

Opinia 2

Jak ważnym elementem marketingowym procesu sprzedaży jest wygląd, wiedzą chyba wszyscy, dlatego każdy producent urządzeń audio stara się czymś docelowego klienta zaskoczyć. Jedni designem, inni brzmieniem, a jeszcze inni obydwoma aspektami jednocześnie, lecz tylko nielicznym się udaje. Co prawda każdy ma inne wzorce piękna i postrzegania jakości muzyki, ale pewne standardy są niezaprzeczalne. Oczywiście znajdą się ortodoksyjni słuchacze, przedkładający jakość dźwięku ponad bryłę i standard wykończenia urządzenia je generującego, zbliżając się ze swoim punktem wrażliwości na doznania organoleptyczne do poziomu wyrobu garażowego, ale zdecydowana większość stara się, aby nowo zakupione cudo przynajmniej nie wystraszyło drugiej połowy związku małżeńskiego. Ja teoretycznie również bardziej jestem za dźwiękiem i na szczęście na pułapie reprezentowanym przez mój system, wygląd rzadko diametralnie odstaje od jakości brzmienia. Mimo posiadania dość schludnie wyglądającego zestawu, jestem w stanie sporo wytrzymać, dążąc do upragnionego upojenia ułożonymi na pięcioliniach nutkami i gdybym miał wolne moce gotówkowe, prawdopodobnie zmierzyłbym się z moim progiem akceptacji, pod postacią wystawianej na ostatnim warszawskim Audio Show japońskiej marki Audio Tekne. Cytując znany starszym czytelnikom tytuł kultowego thrillera, to był wizualny „Koszmar z ulicy Wiązów”, ale spektakl jaki stworzył, pozwalał puścić aspekt brzydoty w niepamięć. Jeśli ktoś jest zainteresowany, co mam na myśli, zapraszam do mojego spojrzenia na ową wystawę – część 4. Na szczęście/nieszczęście – niepotrzebne skreślić, sprawy finansowe są określone na najbliższy plan pięcioletni i podczas negocjacji z żoną nie udało mi się wciągnąć punktu pt. Audio Tekne nawet na rezerwową listę wydatków, dlatego jeszcze jakiś czas będę trwał z tym co obecnie posiadam, nawet przez moment tego nie żałując. Odkładając dywagacje na temat co mam, a co mógłbym mieć, zdradzę na co od zawsze choruję.

 

Każdy, no może prawie każdy słuchacz, testując jakieś komponenty audio, natknął się na wizualnego „Świętego Grala”, który nawet marnie grający, bez większych oporów wylądowałby na naszych ołtarzykach audiofila, jednak zawsze jakoś nam z nim jest nie po drodze. Taka miłość od pierwszego spojrzenia na dobre i na złe, ale z wielu prozaicznych przyczyn odkładana na później, a czas mija. Ja również mam taki niespełniony efekt działania feromonów i powiem więcej, wiem że po sprostaniu kilku minimalnym warunkom doboru reszty toru (kolumny), potrafił kiedyś zaczarować mnie swoimi umiejętnościami sonicznymi. Ten wytwór ludzkiej wyobraźni, jest miszmaszem kolorystycznym (drewniane boczki, złoto frontu z zielonymi motywami, a w ostatniej odsłonie doszedł fiolet na grzbiecie i żeby jeszcze bardziej dołożyć mojej wyobraźni, zaimplementowano w nim niebieską diodę), ale tak jakoś poraził moje zwoje mózgowe, że nie jestem w stanie znaleźć punktu zaczepienia do próby zdyskredytowania go w moich kanonach poczucia estetyki. Pewnie większość czytelników po tej wyliczance już wie, co mnie prześladuje (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), dlatego z miłą chęcią informuję, że mam przyjemność przetestowania punktu „G” mojej wyobraźni, czyli lampowego wzmacniacza zintegrowanego marki Leben w jego kolejnej, odsłonie CS300F (zastosowano nietypowe – rzadko używane lampy), którego dystrybucją z powodzeniem zajmuje się krakowski Eter Audio.

Długo zastanawiałem się, jak zacząć opis pracy pomysłodawcy projektu plastycznego. Miałem taki sam stres, jakbym podchodził do wyimaginowanej w wyobraźni kobiety i nie wiedział jak zagaić rozmowę, by jej nie spłoszyć. Ale w końcu mam, chyba znalazłem odpowiednie słowo, które krótko i bardzo dosadnie oddaje mój stan podczas obcowania z nim, a mianowicie „cukierek”. Tak, ten wzmacniacz kojarzy mi się z łakociami, może trochę dla niektórych przesłodzonymi, ale dla mnie to ideał w najczystszej postaci. Jeszcze nie wiem kiedy go kupię, ale nawet jeśli nie do głównego systemu, to przynajmniej jako wzmacniacz słuchawkowy, gdyż jako stara japońska szkoła budowy wzmacniaczy, posiada taki w swoich trzewiach i co ważne – nie omieszkam go sprawdzić, podobno jest  bardzo dobry. Jak już wcześniej wspomniałem, ten kolorystyczny wulkan idealnie wpisuje się w moje postrzeganie wysublimowanej sztuki wzorniczej. A dokładnie wygląda to tak: patynowane złoto frontu i pleców (tak, tak, nie oszczędzali na takich dla wielu ważnych drobiazgach), drewniane boczki, mocno ażurowe w celach chłodzenia grawitacyjnego „sufit i podłoga” w kolorze śliwka/lila, zakończone na krawędziach przedniej i tylnej czarnymi konstrukcyjnymi kształtkami i wieńczące dzieło dużej średnicy srebrne stopki, podtrzymujące całość konstrukcji. Japończycy z tej manufaktury nie byliby sobą, gdyby nie podkręcili jeszcze temperatury opisanego efektu. W jak sposób? Już relacjonuję. Główna część tej lampowej integry – płyta czołowa – otrzymała cztery ( gałka volume jest większa niż pozostałe) masywnie wyglądające pokrętła w trochę innym odcieniu złota niż front, dzięki czemu ładnie się odcinają. Oprócz wzmocnienia obsługują selektor wejść, balans i podbicie najniższych częstotliwości o +3 i +5 dB. Jako konsekwencja szaleństwa kolorystycznego przodu mamy jeszcze trzy czarne przełączniki: dwa hebelkowe – wybór słuchawek lub kolumn i Monitor Tape i zwykły sieciowy, niebieską diodę (o matko), gniazdo słuchawkowe i według mnie najciekawszy zabieg, czyli dwa zielone paski z informacjami o nazwie firmy i modelu z jakim mamy do czynienia w górnej i dolnej części opisywanego frontu. Tak w skrócie wygląda szał przedniego panelu. Tył zdecydowanie spokojniejszy kolorystycznie (cały złoty), skrywa ekskluzywne terminale głośnikowe, gniazdo IEC, zacisk GND, pokrętło z trzema odczepami impedancji kolumn (4,6,8), rząd wejść liniowych, jedno wyjście Recording Out i gniazdo bezpiecznikowe. Wszystkie elementy nie odstają jakościowo od założeń postrzegania konstrukcji. Myślę, że wystarczy opisu tych fajerwerków, gdyż tylko osobista weryfikacja może potwierdzić moje zachłyśnięcie się tak długawą listą ekstrawagancji, dlatego wracam na ziemię i opuszczając dział projektantów przechodzę dalej, by pokazać, co konstruktor z kraju kwitnącej wiśni zaproponował w najważniejszym sektorze – dźwięku.
     
Jak wspomniałem wcześniej, jedno z poprzednich wcieleń CS300 zdążyło kiedyś mnie mile zaskoczyć. Nie był to idealny związek z posiadanymi wtedy kolumnami, ale na tyle pozytywny, że do dziś darzę ten model Lebena wielkim szacunkiem w kwestii -rozmiar i możliwości. Obecne podejście było jeszcze trudniejsze, gdyż teraz musiał pokazać swoje zalety w nie swojej lidze, ale z uwagi na fakt, iż pierwsza miłość nie rdzewieje, dostał odpowiednią dawkę zaufania i liczyłem, że jej nie roztrwoni. Zapoznawszy się z danymi technicznymi wiedziałem, że mocarzem pod względem ilości i kontroli basu nie będzie, dlatego na początek zafundowałem przybyłemu na występy Lebenowi lżejszy pod względem niskich częstotliwości, ale bardzo wymagający od środka pasma wzwyż materiał Tomasza Stańki zatytułowany „Lontano”. Uczulony na jakość odtwarzanych blach w składach jazzowych, często wkładam tę płytę do napędu i niestety równie często pokazuje ona na jakim poziomie rozdzielczości jest testowane urządzenie. Przywołany krążek, oprócz aspektu ilości informacji pozwala określić, umiejętności w budowaniu wirtualnej sceny muzycznej. Wytwórnia ECM, która jest producentem tej płyty, od zawsze przywiązuje dużą wagę do jakości jej realizacji i poukładania pomiędzy kolumnami. Teoretycznie najważniejszy jest wsad emocjonalny, ale dla audiofila równie ważna (często nawet najistotniejsza – ale to jest już bardzo krzywdzące dla muzyki) jest właśnie praca masteringowca. Te dwa synergicznie uzupełniające się elementy – muzyka i jakość zapisu na nośniku – sprawiają, że słuchacz potrafi zostawić w salonie audio pokaźną górkę banknotów za urządzenie, które przybliży Go do żywego koncertu, wiedząc, że to utopia. Sam tak mam i nie żałuję wydanych pieniędzy, gdyż życie jest za krótkie na półśrodki i należy czerpać z niego pełnymi garściami na miarę naszych możliwości. Wracając do tematu płyty Tomasza Stańki wespół z trio Marcina Wasilewskiego stwierdzam, iż był to bardzo dobrze odtworzony materiał, w którym mój konik (talerze) wypadł bardzo dobrze. Przeszywające wszechobecną ciszę muśniecie blach w połączeniu z matowością trąbki frontmana, na tle akompaniującej im reszty instrumentarium, pozwoliło zatracić się w ciągnących się dla niektórych jak deszczowy dzień frazach. I właśnie brak odczucia tego „spowolnienia” pozwala ocenić umiejętności zaangażowania słuchacza w generowaną w przestrzeni naszego pokoju muzykę przez tytułową integrę z Japonii. Każdy artysta słał w swoim zarezerwowanym podczas słuchania referencji (Reimyo) miejscu, ani na moment nie dając się zagłuszyć sąsiadowi z sesji nagraniowej. Każdy instrument był czytelnym i zaplanowanym przez realizatora bytem słuchanego projektu, a gdy jak to w jazzie często bywa, przychodził moment na solowe impresje poszczególnych „generatorów wibracji powietrza – zwanych instrumentami”, słychać było najdrobniejszy typowy dla niego element brzmienia. Czy to szum wydobywającego się z lejkowatego wylotu trąbki powietrza, dźwięczność lub przygaszenie gdy potrzeba fortepianu, zwiewność i rozdzielczość talerzy, czy wibrująca na gryfie struna kontrabasu. Wszystko skrojone na wymiar z jednym drobnym, ale usprawiedliwionym w tym przypadku minusikiem. Chodzi mianowicie o zakres najniższych częstotliwości, które z racji niedużej mocy wzmacniacza, nie mogły zejść do czeluści piekielnych z pełną kontrolą ich konturowości w tandemie z moimi kolumnami. Nie była to porażka jako taka, gdyż mimo braku solidnej jak zapora na Solinie podstawy basowej, przez cały czas zakres ten był pełnoprawnym elementem przekazu. Jeśli ktoś na podstawie takiego, dość przypadkowego połączenia wysnuje wniosek o wadach filigranowego wzmacniacza, niestety muszę go ostrzec, że nie wie o co w tej zabawie chodzi. Można eksperymentować, nawet należy, tylko wyciągajmy konstruktywne wnioski i mierzmy siły na zamiary. Aby ta azjatycka (z kraju uważanego za kolebkę audiofilizmu) propozycja pokazała pełnię swoich możliwości, musimy połączyć ją z odpowiednio dobranymi kolumnami, co po tej drugiej konfrontacji uważam za stosunkowo łatwe do zrealizowania. Opisywaną przygodę z Japończykiem zaliczam do udanych, gdyż mając sporo doświadczeń z różnymi często kilkukrotnie mocniejszymi urządzeniami, nie osiągnąłem tego co z nim. Brawo. Ale, ale, pamiętacie jak opisując budowę, wspomniałem o gałce podbicia najniższych składowych. Wiem, że rasowy audiofil brzydzi się takich sztuczek – ja teoretycznie też, ale jeśli mamy coś takiego na pokładzie, nie można nie spróbować tego w działaniu. Taka negacja „poprawiaczy” jest audiofilskim prawem mówionym, a nie pisanym, dlatego warto sprawdzić jak to wpłynie na dźwięk. Nikt nikogo nie zmusza, ba, możecie się nie przyznawać, nawet gdyby Was przypalali na przesłuchaniu, jednak jeśli zaznacie choć trochę miłego zaskoczenia – tak jak ja, stwierdzicie, że macie u siebie na półce, wiele wołających o takie zabiegi krążków, bez względu czy źródłem jest odtwarzacz kompaktowy, czy gramofon. Spróbujcie, a przekonacie się, że mam rację. Teraz mogę wyznać jak na spowiedzi: używałem tego pokrętła kilkanaście razy i raczej bliżej jest mi do podziękowań za nie konstruktorowi, niż wytykania implementowania bezużytecznych, często uważanych za szkodliwe dodatków i mówię to w pełni świadom mogących pojawić się (nie za bardzo wiem jakich) konsekwencji. Oczywiście proszę też nie zakładać, że takie sztuczne dociążenie będzie jednoznaczne z zastosowaniem mocnego wzmacniacza. Taki ruch doda nam niskich składowych, lekko tracąc przy tym ich ostrość. Dźwięk dostanie odpowiednią dawkę barwy, przy małej zmianie kursu czytelności w stronę gry plamami, ale przynajmniej w moim przypadku, bez popadania w przysłowiową „bułę”. Czasem lepiej jest oddać trochę ostrości za większą homogeniczność, potęgując przyswajalność słuchanego materiału. Bezwzględna ortodoksyjność czasem szkodzi i jeśli tylko lekkie poluzowanie jej, przyniesie więcej korzyści niż strat, według mnie nie ma co się zastanawiać. Ze wzmacniaczem Leben CS300F macie szansę sprawdzić, na ile można odstąpić do głoszonej dotychczas jedynie słusznej prawdy i jak to wpłynie na dalsze jej postrzeganie. Reszta testu z Japończykiem upłynęła w podobny sposób. Brak większych odstępstw od oczekiwań. Dodam tylko, że słuchanie na ustawieniach „zerowych” jest teoretycznie wystarczające i próby z podkręcaniem temperatury wykonałem z obowiązku – czego nie żałuję. Oczywiście jak na wzmacniacz lampowy przystało, brawa, gładkość i słodycz dźwięku były typowe dla przedstawiciela gatunku opartego o bańki próżniowe, przy zachowaniu otwartości i dźwięczności dobiegających z kolumn dźwięków, a że z tym różnie bywa, dlatego wspominam.

Na koniec, mimo, że nie jestem słuchawkowcem, postanowiłem sprawdzić, co integra CS300F oferuje w porównaniu do stacjonującego u mnie małego wzmacniacza słuchawkowego Pro-Jecta. Austriacko-czeski produkt jest niedrogim, ale uchodzącym za ciekawą propozycję urządzeniem, a w Lebenie jest dodatkiem rozszerzającym funkcjonalność. Niemniej jednak sława o wspaniałej aplikacji ciągnie się za nim niczym nie przebierając w środkach wyrazu „s…d” w dobrym tego słowa znaczeniu, dlatego musiałem poddać to lekkiej, nie do końca (z uwagi na sporadyczność słuchania w moim przypadku) pełnoprawnej weryfikacji. Odkurzyłem więc dość dawno nieużywane HD600 Sennheisera, założyłem na głowę i podjąłem próbę obalenia mitu rewelacyjności Lebena w tym zakresie. Nie szukałem realizacji mogącej mu przeszkodzić, tylko pragnąłem zderzyć się z nirwaną dźwiękową. Wybrałem więc odpowiednio zrealizowaną płytę, z jazzowo zaaranżowaną twórczością Monteverdiego, w wykonaniu Michela Godarda. Ten zrealizowany na „setkę” w starym klasztorze krążek, zawsze pokazuje, gdzie jest miejsce nieradzących sobie z jakością dźwięku produktów audio. Tym razem poległ mój malutki Pro-Ject, który całkiem dobrze spełniał swoje zadanie, gdy byłem na początku zabawy w audio. Obecnie moje standardy są zdecydowanie wyższe i biedak przy renomowanym „wyjadaczu” poległ z kretesem. HD600 uchodzą za bardzo rozdzielcze słuchawki i niestety dawka barwy z nienaganną rozdzielczością Lebena (bez dodatkowego pokrętła) jak to często mówią na forach „zwalcowała” biedaka z południa Europy. Wstydu oczywiście nie ma, bowiem Austro-Czech jest przedstawicielem hi-fi z pułapu 500 złotych i był zakupiony jako sporadyczna alternatywa dla zestawu opartego o kolumny podłogowe, w przypadkach przymusu wczesnego zagwarantowania ciszy nocnej. Obecnie nie mam z tym problemów, często wyczekując pory nocnej z jej zerowym szumem tła, a zestaw słuchawkowy stoi sobie z boku, czekając na swoją dość rzadko przydarzającą się okazję. Z uwagi na małą częstotliwość używania nauszników, głębszych analiz nie podejmuję się przedstawiać, ale tym pozytywnym doświadczeniem tylko zwiększyłem swe pożądanie testowanej trzysetki.

Kończąc opis występów marki Leben w odsłonie CSA300F, przypomnę o najważniejszych przemawiających za nim aspektach. Nietuzinkowy wygląd (co prawda nie wszystkim może się spodobać – ja się zakochałem), funkcjonalność – teoretycznie nikomu niepotrzebne, a w konsekwencji przydające się dodatkowe pokrętła, bardzo dobry wzmacniacz słuchawkowy i ogólne dobre radzenie sobie, z trudnymi do wysterowania kolumnami. To było moje drugie podejście do niego i po raz kolejny jestem zauroczony, ubolewając, że nie widnieje na wspólnie ustalonej z żoną liście zakupowej. Odrobina, powtarzam, odrobina starań przy doborze kolumn, odwdzięczy się uśmiechem na twarzy na długie lata z uzyskanej jakości dźwięku i jako bonus nietuzinkowego przyciągającego wzrok wyglądu. Zachęcam do spróbowania tej pozycji w swoim zestawie, a nie zdziwię się, gdy nie wróci do sklepu, dumnie prezentując swe walory na półce nowego nabywcy. Ten wspólnie spędzony z Japończykiem czas, w pełni świadomie określę zasłyszanymi od znajomego słowami jego dziecka: „Chcę to mać”.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Słuchawki: Sennheiser HD 600
Wzmacniacz słuchawkowy: Pro Ject Head Box

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nowa seria telewizorów Sharp UQ10

Telewizory Sharp AQUOS Quattron Pro 3D debiutują w Polsce

Sharp wprowadza do sprzedaży telewizory Sharp AQUOS Quattron Pro serii UQ10. Unikatowa i wyjątkowa technologia Quattron Pro firmy Sharp zapewnia 2,5 razy więcej subpikseli niż tradycyjne telewizory Full HD. Dodatkowo, w chwili wprowadzenia na rynek są to jedyne produkowane seryjnie modele telewizorów Full HD zdolne do wyświetlania materiałów o rozdzielczości Ultra HD (4K) przesyłanych przez złącze HDMI. O wyjątkowości UQ10 decyduje także przyznany telewizorom certyfikat THX oraz znakomitej jakości nagłośnienie Yamaha HXT.

Telewizory Sharp AQUOS 3D UQ10 z technologią Quattron Pro mogą wyświetlać obrazy o rozdzielczości
2,5 razy większej niż Full HD. Oznacza to, że pozwalają na oglądanie materiałów – włączając w to treści 4K – w rozdzielczości większej niż dowolny model telewizora Full HD. Nawet, jeśli materiał ma niższą rozdzielczość, inteligentny upscaller panelu Quattron Pro podniesie ją do bliskiej 4K – niezależnie, czy jest to sygnał z tunera satelitarnego, kablowego, telewizji naziemnej, odtwarzacza Blu-ray, DVD, czy konsoli do gier – dzięki czemu obraz będzie bardziej ostry i żywy. Rozwiązanie to pozwala korzystać z ultrawysokiej rozdzielczości już dziś – zanim upowszechni się ona na dobre.

Quattron Pro
Quattron Pro to druga generacja opracowanej przez firmę Sharp technologii czterech kolorów podstawowych (RGBY) Quattron, która dodaje żółty subpiksel do standardowej grupy subpikseli RGB (czerwony, zielony, niebieski), dzięki czemu możliwe jest odtworzenie ponad miliarda odcieni kolorów. Jakość obrazu jest wyraźnie lepsza zwłaszcza podczas odtwarzania odcieni złota, żółtego, zielonego, niebieskiego i koloru skóry. Panele Quattron Pro udoskonalono o opracowaną przez firmę Sharp inteligentną technologię sterowania subpikselami, która jest w stanie podzielić 4 subpiksele kolorów podstawowych (RGBY) na dwa (górny i dolny), co powoduje, że jeden piksel obrazu składa się z ośmiu sterowanych niezależnie subpikseli. Technologia ta wyświetla aż 16 milionów subpikseli –  o 10 milionów więcej niż oferują standardowe telewizory o rozdzielczości Full HD.
Na podkreślenie zasługuje także fakt, iż technologia Quattron Pro zdobyła podczas targów CES 2014 nagrodę HDGuru’s award for Best HDTV.

Obraz z certyfikatem THX
Telewizory serii UQ10 zostały przetestowane i zatwierdzone zgodnie ze specyfikacją THX Display opracowaną przez firmę THX Ltd., co gwarantuje najwyższe standardy jakości obrazu i wydajności. Obecnie telewizory serii UQ10 są jedynymi telewizorami Full HD LED TV z certyfikatem THX dostępnymi na rynku europejskim. Standard ten zakłada dokładne odwzorowanie obrazu – tak, aby odbiorca otrzymywał te same wrażenia, które są udziałem ekipy filmowej w studiu nagraniowym.

Dźwięk dorównujący jakością obrazowi – Yamaha HXT
Znakomitym uzupełnieniem wysokiej jakości obrazów serii UQ10 jest nagłośnienie w technologii Yamaha HXT, które zapewnia całkowicie nową jakość brzmienia – dotychczas niedostępną w tak smukłych telewizorach. Technologia HXT (Harmonics Enhancer Extended – poszerzony wzmacniacz harmonicznych), poprawia brzmienie zarówno tonów wysokich, jak i niskich poprzez odtwarzanie poszczególnych składowych dźwięku. Pozwala to zapewnić jeszcze głębsze doznania mimo ograniczeń, jakie nakładają niewielkie wymiary głośników we współczesnych telewizorach. Technologia HXT kompensuje nie tylko tony niskie, ale również średnie i wysokie, dzięki czemu emitowane basy są głębsze i wyraźniejsze, a tony wysokie bardziej szczegółowe, co pozwala uzyskać bogaty i wierny dźwięk.

Technologie Smart – Miracast, Octoshape, Bluetooth
Połączenie telewizorów Sharp serii UQ10 z dowolnym urządzeniem mobilnym jest proste i daje nieograniczony dostęp do rozrywki. Dzięki mobilnej aplikacji Aquos Remote Lite, telewizorem można sterować przy pomocy odpowiednich gestów wykonywanych tabletem lub smartfonem. Ponadto, korzystając z technologii Miracast, multimedia i gry ze smartfona lub tabletu można wyświetlać bezpośrednio na ekranie telewizora UQ10. Dodatkowo za sprawą połączenia Bluetooth możemy przesyłać muzykę do telewizora oraz podłączyć myszkę i klawiaturę
do obsługi portalu Aquos Net+.

Nowa technologia Octoshape pozwala komfortowo i bez przestojów oglądać kanały HD nadawane strumieniowo przez internet, nawet przy łączach nieprzekraczających prędkości transmisji danych 5Mb/s. Od połowy roku 2014 portal firmy Sharp dla smart TV Aquos Net+ zaoferuje szeroki wybór serwisów VoD oraz kanały TV dostępne bezpłatnie na całym świecie.

Design ma znaczenie
Telewizory UQ10 zyskają uznanie osób ceniących nowoczesny design. Nową serię wyróżnia jeszcze węższa ramka wokół ekranu i smuklejszy profil. Zewnętrzne krawędzie aluminiowej ramki są wyraźnie zarysowane, co bardzo dobrze współgra z lekkością i smukłością całego profilu. Telewizor wygląda atrakcyjnie nawet wtedy, gdy jest wyłączony. Zapewnia to, opracowany przez firmę Sharp, tryb Wallpaper, który pozwala zamienić wyłączony telewizor w dzieło sztuki i wyświetlić na nim ulubione zdjęcie rodzinne lub dopasowany do otoczenia obraz. Funkcja ta jest przy tym przyjazna dla środowiska, ponieważ wymaga zaledwie 30-40 W energii elektrycznej (czyli tyle,
ile mała żarówka), zapewniając taką jasność obrazu, jaką oświetlone są dzieła sztuki w galeriach i muzeach.

Wielkość na miarę Sharp
Modele serii UQ10  imponują nie tylko jakością obrazu i designem, ale także rozmiarami ekranu. Seria UQ10 jest dostępna z ekranami o przekątnych 60, 70 i 80 cali – takie rozmiary zapewniają niezapomniane wrażenia tak w 2D, jak i 3D, zarówno podczas oglądania filmów, transmisji sportowych czy nagrań z domowego archiwum. Inteligentna technologia firmy Sharp zastosowana w tych panelach oraz zwiększona rozdzielczość oznacza, że do komfortowego oglądania obrazu wystarczy odległość 2,3 m w przypadku ekranu 60-calowego oraz odpowiednio 2,7 m i 3 m dla ekranów 70- i 80 calowych.

Ceny:
LC-60UQ10 (60 cali) – 8.999 zł
LC-70UQ10 (70 cali)– 13.999 zł
LC-80UQ10 (80 cali)– 27.999 zł

  1. Soundrebels.com
  2. >

Marcowe nowości RCMu – Shelter

Shelter

Również od marca tego roku w ofercie RCM-u znajdują się wkładki gramofonowe firmy Shelter. Japońskie wkładki pod okiem pana Yosuo Ozawa wykonywane są ręcznie, z wyjątkowa dbałością i precyzją. Oferta obejmuje siedem modeli wkładek MC oraz jedną MM-ke. Cena za podstawowa 201MM to 870zł. Ceny wkładek MC rozpoczynają się od 4 250zł za 301 MkII. Za najwyższy model Harmony, którego body wykonano z CFRP (carbon fiber reinforced polimer) przyjdzie nam zapłacić nieco ponad 16 tyś. zł.
Dystrybucja RCM

THRAX Audio
Jedną z wielu tegorocznych nowości w ofercie RCM-u jest firma pochodząca z byłego bloku wschodniego, a mianowicie z Bułgarii. Firma, o której mowa nazywa się THRAX Audo
i jest dobrze znana w świecie highend`u. Zajmuje się głównie produkcją highend`owych wzmacniaczy, których wspólnym elementem jest lampa. Mamy w ofercie przedwzmacniacz liniowy Dionysos, przedwzmacniacz gramofonowy Orpheus, hybrydowe monobloki Heros oraz w pełni lampowe monobloki Spartacus.

Dionisos oferuje sześć wejść liniowych (4 RCA, 2 XLR), dwie pary wyjść przełączane RCA/XLR oraz wyjście pętli magnetofonowej. W zasilaczu pracuje lampa 6C4P a za wzmocnienie odpowiada 6N6P. Cena urządzenia 63 750 PLN
Orpheus jest przedwzmacniaczem gramofonowym MM/MC dla wymagających opartym na lampach  D3A i 6S4P odpowiedzialnych za wzmocnienie, oraz 6C4P pracującej jako prostownik. Do dyspozycji mamy dwa wejścia RCA oraz jedno XLR. Wszystkie wejścia są zbalansowane, dodatkowo wejścia RCA maja odłączane GND. Każde z wejść wyposażono w przełącznik MM/MC oraz MC HIGH/LOW. Gniazda wyjściowe to para RCA i para XLR.
Cena przedwzmacniacza 63 750 PLN
Heros to pracujące w klasie A, dysponujące mocą 100W hybrydowe monobloki. Na wejściu pracuje lampa 5687. Stopień wyjściowy oparto na tranzystorach J-FET i transformatorze wyjściowym. Zestaw wyjść to 1xRCA, 1xXLR oraz wysokiej jakości głośnikowe FT-806 R japońskiego Furutecha. Cena urządzeń za parę 102 000 PLN
Spartacus, highend`owy monofoniczny wzmacniacz mocy z dwustopniową regulacją bocznika i triodą bezpośrednio żarzoną. Ale od początku. W zasilaczu pracuje para diod 6D22S. Jako stabilizatora użyto lampy SG13P. Bocznik to G-811. Za wzmocnienie odpowiada PX-25 produkcji KR Audio, oraz para 520-V3 Emission Labs połączonych równolegle. Tak więc za wszystkie najważniejsze funkcje odpowiadają lampy. Gniazda wyjściowe to najwyższe modele Furutecha. Urządzenie pracuje w klasie A i dysponuje mocą do 70W. Jest zamontowany przełącznik, którym zmieniamy poziom wzmocnienia w trzech krokach low/midium/high tak samo dokonujemy wyboru impedancji głośników 4/8 Ω. Cena urządzeń za parę 153 000 PLN
W świecie urządzeń analogowych jest cyfrowy rodzynek Maximinus. Jest to przetwornik D/A zgodny z obecnymi trendami oferujący częstotliwość próbkowania 32bit/384kHz.
Thrax Audio do budowy swoich urządzeń używa np.„starych ruskich” kondensatorów olejowych bardzo cenionych przez audiofilów. Transformatory, które firma wykorzystuje w swoich konstrukcjach to miedzy innymi Tamura i Lundahl. Obudowy urządzeń wykonane są z aluminium i bardzo dokładnie obrobione. Ta część produkcji również wykonywana jest samodzielnie, firma posada bowiem linie obrabiarek CNC oraz stanowiska do anodowania aluminium. Tak więc cały proces produkcji jest pod ścisłą kontrolą. Dystrybucja RCM

 

Dystrybucja RCM

  1. Soundrebels.com
  2. >

Marcowe nowości RCMu – AEC London

AEC London
Od marca tego roku firma RCM jest dystrybutorem wkładek firm AEC London (Decca). Tu słowo wyjaśnienia. AEC (Audio Engineering Coponents) nie produkuje sama wkładek, lecz je selekcjonuje i daje własne logo. Ich produkcja odbywa się w Wielkiej Brytani, a wkładki mają taką samą budowę jak pół wieku temu. To właśnie budowa, która określana jest nazwą moving iron powoduje, że wkładki AEC London (Decca) charakteryzują się wyjątkową barwą oraz rzadko spotykanym bogactwem szczegółów zarezerwowanym dla droższych wkładek MC. Oferta składa się z pięciu modeli. C-91, C-91E i C-91SG różniących się od siebie szlifem igły. Wkładki z serii C-91 to wierne kopie wkładek produkowanych dawniej przez Decca’e. Archaiczny wygląd wkładek nie zapowiada tego, co usłyszymy po ich zamontowaniu „na gramofonie”. Pozostałe dwa modele Jubilee i Reference to wkładki o stosunkowo młodym rodowodzie.  Ceny rozpoczynają się od 3500 do 16 800 zł.
Dystrybucja RCM

  1. Soundrebels.com
  2. >

Marcowe nowości RCMu – Furutech

Furutech

W ofercie japońskiego Furutecha od wiosny pojawi się kilka zmian. Zniknie z oferty seria wtyków FI-25G i FI-E 35G, a zastąpi ją seria FI- 28/38 G. Nie jest to tylko zmiana w nazwie. Wtyki z serii FI-28/38 były dostępne wcześniej w wersji rodowanej. W stosunku do starej wersji nowa ma zmienioną budowę mechaniczną. Zmieniono sposób blokowania przewodu co poprawiło redukcję drgań. Zmieniono również sposób w jaki jest nakładana warstwa złota lub rodu. Zmianie uległa również seria FI-15. Furutech bardzo mocno rozszerzył ofertę o akcesoria słuchawkowe. Jest kilka modeli wtyków typu Jack 3,5mm oraz 6,3mm, przejściówki 3,5 na 6,3 i 6,3 na 3,5 oraz wysokiej jakości wtyki do podłączeń przewodów do słuchawek.
Oferta Furutecha na stronie www.rcm.com.pl.

Dystrybucja RCM

  1. Soundrebels.com
  2. >

Marcowe nowości RCMu – THRAX Audio

THRAX Audio

Jedną z wielu tegorocznych nowości w ofercie RCM-u jest firma pochodząca z byłego bloku wschodniego, a mianowicie z Bułgarii. Firma, o której mowa nazywa się THRAX Audo
i jest dobrze znana w świecie highend`u. Zajmuje się głównie produkcją highend`owych wzmacniaczy, których wspólnym elementem jest lampa. Mamy w ofercie przedwzmacniacz liniowy Dionysos, przedwzmacniacz gramofonowy Orpheus, hybrydowe monobloki Heros oraz w pełni lampowe monobloki Spartacus.

Dionisos oferuje sześć wejść liniowych (4 RCA, 2 XLR), dwie pary wyjść przełączane RCA/XLR oraz wyjście pętli magnetofonowej. W zasilaczu pracuje lampa 6C4P a za wzmocnienie odpowiada 6N6P. Cena urządzenia 63 750 PLN
Orpheus jest przedwzmacniaczem gramofonowym MM/MC dla wymagających opartym na lampach  D3A i 6S4P odpowiedzialnych za wzmocnienie, oraz 6C4P pracującej jako prostownik. Do dyspozycji mamy dwa wejścia RCA oraz jedno XLR. Wszystkie wejścia są zbalansowane, dodatkowo wejścia RCA maja odłączane GND. Każde z wejść wyposażono w przełącznik MM/MC oraz MC HIGH/LOW. Gniazda wyjściowe to para RCA i para XLR.
Cena przedwzmacniacza 63 750 PLN
Heros to pracujące w klasie A, dysponujące mocą 100W hybrydowe monobloki. Na wejściu pracuje lampa 5687. Stopień wyjściowy oparto na tranzystorach J-FET i transformatorze wyjściowym. Zestaw wyjść to 1xRCA, 1xXLR oraz wysokiej jakości głośnikowe FT-806 R japońskiego Furutecha. Cena urządzeń za parę 102 000 PLN
Spartacus, highend`owy monofoniczny wzmacniacz mocy z dwustopniową regulacją bocznika i triodą bezpośrednio żarzoną. Ale od początku. W zasilaczu pracuje para diod 6D22S. Jako stabilizatora użyto lampy SG13P. Bocznik to G-811. Za wzmocnienie odpowiada PX-25 produkcji KR Audio, oraz para 520-V3 Emission Labs połączonych równolegle. Tak więc za wszystkie najważniejsze funkcje odpowiadają lampy. Gniazda wyjściowe to najwyższe modele Furutecha. Urządzenie pracuje w klasie A i dysponuje mocą do 70W. Jest zamontowany przełącznik, którym zmieniamy poziom wzmocnienia w trzech krokach low/midium/high tak samo dokonujemy wyboru impedancji głośników 4/8 Ω. Cena urządzeń za parę 153 000 PLN
W świecie urządzeń analogowych jest cyfrowy rodzynek Maximinus. Jest to przetwornik D/A zgodny z obecnymi trendami oferujący częstotliwość próbkowania 32bit/384kHz.
Thrax Audio do budowy swoich urządzeń używa np.„starych ruskich” kondensatorów olejowych bardzo cenionych przez audiofilów. Transformatory, które firma wykorzystuje w swoich konstrukcjach to miedzy innymi Tamura i Lundahl. Obudowy urządzeń wykonane są z aluminium i bardzo dokładnie obrobione. Ta część produkcji również wykonywana jest samodzielnie, firma posada bowiem linie obrabiarek CNC oraz stanowiska do anodowania aluminium. Tak więc cały proces produkcji jest pod ścisłą kontrolą. Dystrybucja RCM

 

Dystrybucja RCM