Opinia 1
Nie będę ukrywał, że doskonale zdaję sobie sprawę, iż dla większości niechętnych do samodzielnego, empirycznie zdobywanego doświadczenia a tym samym wiedzy dzisiejsza publikacja będzie kolejnym, po „argentyńskich mrówkojadach” – Aardvark Isolator Classic & Ultra niewygodnym acz bezrefleksyjnie ignorowanym dowodem na to, że na „szkolnym minimum programowym” świat się nie kończy. A szczególnie ten, gdzie soundbar pod TV i bezprzewodowe dokanałówki dołączane w promocji do smartfona bynajmniej nie oznaczają pełni szczęścia oraz spełnienia wszelkich ambicji. Warto bowiem mieć świadomość, iż są na tym łez padole jednostki, którym może nie tyle sen z powiek spędza, co motywuje do twórczego działania świadomość faktu, że nawet jeśli czegoś nie widać, chociażby na symbolicznym/umownym oscyloskopie, wcale nie oznacza, że czegoś nie ma, jak też chęć możliwie skutecznej eliminacji większości czynników degradujących brzmienie z mozołem kompletowanych zestawów audio. Do grona takowych niespokojnych duchów z pewnością można zaliczyć Alexandra Bladeliusa, który wielokrotnie doświadczając nieraz boleśnie dramatycznego spadku jakości brzmienia urządzeń swojego ojca – Mike’a Bladeliusa w warunkach wystawowych w porównaniu z tym, co dane mu było słyszeć w domu uznał, że coś trzeba z tym fantem zrobić. I zrobił, co z resztą mieliśmy okazję ocenić w ramach testów oferowanego w formie zintegrowanego z przewodem CAT8 modułu izolatora Ethernetowego REN. Jak jednak wszem i wobec wiadomo czas niestety nie ma w zwyczaju stać w miejscu a i wymagania odbiorców zazwyczaj rosną a nie spadają, więc mając świadomość, iż część potencjalnych odbiorców dysponuje już wysokiej klasy okablowaniem ethernetowym i najdelikatniej rzecz ujmując z umiarkowanym entuzjazmem podchodzi do pomysłu przesiadki na przynajmniej wizualnie i cennikowo niższych lotów przewód postanowił iść krok, a nawet dwa dalej i zaproponować rozwiązanie będące zarówno kolejnym krokiem ewolucji ww. REN-a i jednocześnie pozwalające podpiąć dowolne okablowanie Ethernet. Tym oto sposobem dotarliśmy do bohatera naszego dzisiejszego spotkania, czyli do kolejnego izolatora/filtra Lan AB-Tech STILL, na recenzję którego serdecznie zapraszamy.
Jak zarówno sesja unboxingowa, jak i powyższa galeria unaoczniają Still ma postać wielce poręcznego, wykonanego z litego bloku niemagnetycznego aluminium korpusu z pionowo nawierconymi otworami „radiatorów” biegnącymi wzdłuż krawędzi bocznych oraz dokręcaną płytką ściany tylnej z we/wyjściem Ethernet (RJ45) oraz dwoma hebelkowymi przełącznikami pozwalającymi na wybór poziomu izolacji (Full/Loose) oraz punkt odniesienia uziemienia (źródło/odbiornik). Płytę górną zdobi firmowy logotyp a od spodu STILL podklejono miękką gumą zapobiegającą zarówno przesuwaniu samego urządzenia, jak i rysowania jego „podwozia” / powierzchni na jakiej przyjdzie mu pracować.
Od strony funkcjonalno-anatomicznej mamy do czynienia z wielostopniowym separatorem galwanicznym i filtrem wysokoczęstotliwościowym obejmującym zarówno ścieżki sygnałowe, jak i uziemienia eliminującym jitter, interferencje elektromagnetyczne (EMI), radiowe (RFI) oraz artefakty pętli uziemienia. Układy elektroniczne umieszczono na laminacie odseparowanym od korpusu lepko-sprężystym materiałem tłumiącym.
Co do logiki implementacji STILL-a w cyfrowy ekosystem, to z powodzeniem można go potraktować zarówno jako „stację uzdatniającą” pomiędzy „cywilnym routerem” a odbiornikiem audio (streamerem, DAC-iem, etc.), jak i przedostatnim (w końcu za nim musimy jeszcze zadbać o choćby kilkanaście cm „audiofilskiej skrętki”) ogniwem bardziej rozbudowanej, przeznaczonej do grania z plików układanki. Ot taki alternatywny model kaskadowej konfiguracji dwóch switchy (vide 2 x Silent Angel Bonn N8 lub jednopudełkowy / dwustrefowy N16-LPS), w którym rolę drugiego, aktywnego przełącznika przejmuje tytułowa „pasywka”. U siebie, zarówno ze względów czysto ergonomicznych, jak i (przede wszystkim) brzmieniowych zdecydowałem się finalnie na drugą opcję i przez lwią część odsłuchów miałem wpiętego STILL-a pomiędzy switcha QSA Red a transport Lumïn U2 Mini z zasilaczem Farad Super3. Przy czym za przewód wejściowy posłużył rodzimy Next Level Tech NxLT Lan Flame a za wyjściowy referencyjny TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger).
Zabierając się za część praktyczną poświęconą brzmieniu poniekąd oczekiwałem po naszym dzisiejszym gościu co najwyżej zintensyfikowania działań zaobserwowanych podczas testów REN-a, czyli dalszej homogenizacji i „otwierania dźwięku do tyłu”, czyli doprecyzowania kolejnych dalszych planów. Tymczasem STILL pozostając wiernym rodzinnym tradycjom poszedł własną drogą z jednej strony sięgając po ewidentny przyrost wolumenu informacji i to w stopniu przewyższającym to, co dawała aplikacja Aardvark-ów, dorównując tym samym pojawieniu się w moim systemie switcha QSA Red a z drugiej intensyfikując aspekt dynamiczny w stylu Synergistic Research Galileo SX Ethernet tak w wersji sauté, jak i bardziej gładkiej, „zaszczepionej” złotym UEF-em. To było niezwykle udane połączenie koherencji, rozpiętości tonalnej barw i niezwykle wyrafinowanej rozdzielczości oparte na porażającej natychmiastowości i nieskrępowanej dynamice. Co ciekawe efekt finalny pozbawiony był nawet najmniejszych oznak nerwowości, czy też siermiężnej detaliczności, bowiem gwałtowne skoki dynamiki nie wynikały ze sztucznego podkręcania tempa i szukania taniej sensacji tam, gdzie emocje wymagały raczej wyciszenia a fakt słyszalności istnienia dowolnego dźwięku nie był pochodną jego siłowego przejaskrawienia i przeostrzenia. To był ewidentny przykład wszechobecnego spokoju wynikającego nie z przyciemnienia / wycofania / przycięcia (niepotrzebne skreślić) skrajów pasma, czy też zagęszczenia konsystencji i zwiększenia lepkości dźwięku a całkowitego braku limitacji tak informacyjnej, jak i dynamicznej a tym samym świadomości, jak patetycznie i nieskromnie by to nie brzmiało, własnej nieomylności i słuszności wyboru. Jak łatwo się domyślić oczywistym beneficjentem powyższych zmian była komunikatywność prezentacji, która pozbawiona, uwolniona od umownego „scramblingu” zachwycała realizmem i namacalnością. Im bardziej brutalny i szorstki był reprodukowany materiał, tym więcej dobrego wnosiła obecność STILL-a. Przykładowo mocno jazgotliwy i „cyfrowo zabrudzony” album „Reflections” From Ashes To New za sprawą szwedzkiego uzdatniacza nie tylko miał szansę zabrzmieć mocniej i dosadniej, co przede wszystkim bardziej … naturalniej. Jakby wspomniany przed chwilą scrambling wreszcie przestał „bruździć w mixie” irytującą granulacją i podkreśloną szorstkością sybilantów. A z tytułowym izolatorem nie tylko owa szorstkość zyskiwała w pełni namacalną, iście analogową – fizyczną postać co nie była permanentną, globalną składową a jedynie dotyczącą ściśle określonych dźwięków definicją – cechą im przypisaną. W rezultacie czego dopiero pod koniec odsłuchów, dokonując finalnych porównań złapałem się na tym, iż z AB-Tech-em w torze słuchałem zauważalnie głośniej aniżeli bez niego, gdyż nawet przy wyższych dawkach decybeli nie odnotowywałem wcześniejszej ofensywności, czy też irytujących, psujących przyjemność odbioru artefaktów, które wydawały się na stałe przypisane do poszczególnych nagrań. W powyższych wnioskach utwierdziła mnie EP-ka „Ghosts” 潘PAN, po którą ostatnimi czasy sięgałem dość okazjonalnie i zazwyczaj głównie z recenzenckiego obowiązku, gdyż całość brzmiała dla mnie nieco zbyt mocno przetworzona, żeby nie napisać „cyfrowa”, czy wręcz plastikowa, a STILL przywrócił jej analogową fizyczność i namacalność z wyśmienitą definicją źródeł pozornych i oszałamiająco trójwymiarową wieloplanowością. A co do namacalności, to sporo do powiedzenia, pokazania i poczucia ma bas, który nie tylko schodzi zauważalnie niżej, co może pochwalić się lepszym zróżnicowaniem i wyraźniejszą gradacją oddawania energii – tam gdzie trzeba jego emisja niemalże odbiera dech dociskając słuchacza do oparcia fotela by za chwilę smagać go (słuchacza, nie fotel) i dźgać chrupkimi wystrzałami cyfrowych przesterów i trzasków.
Nie jest jednak tak, że AB-Tech za wszelką cenę stara się wszystko wygładzić, uprzyjemnić i polukrować, gdyż z pełną wiernością oddaje chropawe, acz wypada w tym momencie dodać, ze zarazem natywne faktury dźwięków. Proszę tylko rzucić uchem na „Norðr” Munknörr gdzie w pełnej harmonii koegzystują obok siebie iście elficki wokal Olgi Maragoudaki z surowością „szamańskich” perkusjonaliów a z łatwością zaobserwujecie pełną naturalność prezentacji jakże różnych faktur.
Jak łatwo się domyślić AB-Tech STILL bynajmniej nie jest propozycją dla wszelakiej maści audio-sceptyków, gdyż po pierwsze oni nawet bez słuchania nie tyle zakładają, co po prostu wiedzą, że skoro dowolny cywilny router/switch i odbiornik transmisji po skrętce prowadzonej mają izolowane galwanicznie gniazda, to reszta pomiędzy – w tym sam przewód, nie ma już najmniejszego znaczenia. To produkt skierowany dla tych z Państwa, którzy nie tylko słuchają, ale i słyszą i właśnie na podstawie nausznej oceny tego jak dany element toru wpływa na finalne brzmienie systemu dokonują stosownego wyboru. Ponadto warto mieć świadomość, iż o ile STILL nieco marginalizuje rolę przewodu go poprzedzającego o tyle równocześnie intensyfikuje, podnosi rangę okablowania obecnego za nim. Dlatego też aplikację szwedzkiego izolatora należy rozpatrywać w kategoriach „oprócz” a nie „zamiast” wysokiej jakości łączówek. Jeśli zatem wydawało się Państwu, że z toru cyfrowego wycisnęliście już wszystko, to macie rację – wydawało Wam się, gdyż śmiem twierdzić iż aplikacja tytułowego akcesorium ma szansę pokazać ileż dobrego jeszcze w Waszym zestawie drzemie. Efekt wypięcia AB-Tech-a litościwie przemilczę, gdyż liczę, iż zalecany eksperyment zakończy się u Was happy endem a nie ciężką traumą i czarną rozpaczą.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Może nie położę ręki na pieniek, ale jestem więcej niż pewien, iż gro z Was bawiąc się w streamowanie muzyki stosuje różnej maści izolatory i filtry. I nie ma znaczenia, czy używacie wersji pasywnej, czy aktywnej, chodzi bowiem jedynie o to, aby strumień pomieszanych ze sobą w rozumieniu kolejności zer i jedynek mierzył się z jak najmniejszym poziomem zakłóceń. I gdy wydawałoby się, że temat doboru stosownej konstrukcji jest prosty jak przysłowiowy „drut”, niestety także w tym segmencie naszej zabawy pojawiają się tak zwane schody. A pojawiają się dlatego, że każdy tergo rodzaju atrybut powoduje niestety różną dla danej konstrukcji zmianę ogólnej estetyki brzmienia korzystającego z jego dobrodziejstw systemu. Dlatego też, gdy tylko pojawia się okazja sprawdzenia czegoś ciekawego, z wielką przyjemnością i niekłamanym zaciekawieniem bierzemy dany produkt na recenzencki tapet. Takim to sposobem dzięki owocnym działaniom wrocławskiego dystrybutora Audio Atelier dzisiaj sprawdzimy, co wydarzyło się u mnie po podłączeniu pochodzącego ze Szwecji izolatora ethernet-owego AB-Tech STILL.
Tytułowy izolator to nieduża, wykonana z puca aluminium, prostopadłościenna skrzynka. W celach raczej estetycznych, gdyż jakoś szczególnie mocno się nie nagrzewa, projektant na obydwu zewnętrznych flankach wkomponował po cztery pionowo zorientowane na przelot otwory pomagające w grawitacyjnej wentylacji urządzenia. Jeśli chodzi o zastosowane rozwiązanie techniczne to oczywiście słodka tajemnica producenta. My natomiast możemy tylko stwierdzić, iż cała elektronika została wpuszczona w aluminiowy sarkofag od tyłu. Co w temacie przyłączy i dostępnych funkcji oferuje nam opisywany oczyszczacz sieci ethernet-owej? Naturalnie wejście i wyjście sygnału, który dostępnymi hebelkowymi przełącznikami – „głębokość” działania procesu izolacji oraz zastosowanie lub rezygnacja z uziemienia – możemy nieco kreować na swoją modłę. Jak widać na zdjęciach, nie mamy gniazda sieciowego IEC, co oznacza, iż nasza sieciowa „pokojówka” jest urządzeniem pasywnym.
Co wydarzyło się po aplikacji szwedzkiego w mój tor? Nie na się co oszukiwać, przekaz się znacznie uszlachetnił. Nabrał fajnego body bez utraty pakietu informacji i mogącej być źle odbieranej szybkości narastania dźwięku. Jednak być może się zdziwicie, ale najważniejszym efektem jego wykorzystania było oczyszczenie docierającej do mnie muzyki z pierwiastka nerwowości. Niby bez AB-Techa wszytko mi wcześniej pasowało, jednak, gdy wpiąłem go przed transportem plikowym, okazało się, że pozorny blask muzyki bez minimalnego zwiększenia masy dźwięku i uszlachetnienia całości prezentacji nienachalną plastyką owszem był przyjemny w odbiorze, jednak wiązał się ze sztucznym podkręcaniem emocji w tym zakresie odtwarzanego materiału. Wcześniej traktowałem to jako trafienie w punkt, jednak okazało się, że przenosząc nieco niżej akcent wagi dźwięku i doprawienie go umiejętnie dozowaną gładkością spowoduje większą czytelność i przez to namacalność zarejestrowanej na płycie pracy muzyków. Co ważne, wszystkich muzyków. Tych stawiających na emocje związane z barokowym romantyzmem i tych parających się rockowym szaleństwem, gdyż opisana przed momentem zmiana priorytetów sonicznych sprawdzała się w każdym ze wspomnianych nurtów muzycznych.
Jedną z wielu pozycji rockowych, które czerpały garściami z dobrodziejstwa niesionego przez szwedzki izolator, była kapela Megadeth „The Sick, The Dying…And Dead!”. To mocne, nie do końca idealnie zrealizowane granie i jeśli tylko w sygnale pojawia się jakikolwiek efekt szkodliwie wpływającego na przesył danych sieciowego szumu, na wirtualnej scenie robi się istny galimatias pomieszany ze zniekształceniami. A przecież wszyscy wiemy, iż panowie w kreowaniu swej scenicznej ekspresji się nie oszczędzają dlatego to co zrobił testowany czyściciel sieciowy, czyli minimalnie obniżył wagę brzmienia systemu i tchnął w przekaz nutę gładkości, nie dość, że zapewnił muzyce odpowiednią podstawę, to dodatkowo uszlachetnił wszechobecne wokalno-instrumentalne szaleństwo muzyków. W efekcie panowie grali i śpiewali bardziej klarownie, przez co odbierałem ich z większą przyjemnością oraz zaangażowaniem i w konsekwencji mogłem bez strat dla jakości podnieść poziom głośności.
Z innej muzycznej bajki na tapecie testowym wylądowała Patricia Barber z krążkiem „Cafe Blue”. To w zderzeniu z poprzednim materiałem znakomicie wydana płyta. Na tyle solidnie potraktowana, że gdy we wcześniejszym materiale szkodliwe szumy sieciowe robiły ogólny chaos prezentacji, tak w tym przypadku przy braku ich eliminacji w muzyce pojawia się męcząca natarczywość i brak klarowności jej wybrzmiewania. Po prostu w efekcie znakomitej pracy realizatorów zaczynamy słyszeć wszelkie zniekształcenia pojawiające się na drodze przesyłu danych choćby w postaci sybilantów. Na szczęście AB-Tech Still ogarnął kwestie związane z poprawnością połączenia transportu i przetwornika, co pozwoliło artystce zwizualizować się w moim pokoju w pełnej krasie w formacie 3D.
Czy porządkujący szynę danych cyfrowych pomiędzy transportem, a przetwornikiem Szwed ma szansę zaistnieć w każdym systemie? Moim zdaniem jak najbardziej. A dowodem na obronę tej tezy niech będzie fakt, że przy już dobrze zbilansowanym brzmieniu mojego zestawu w domenie wagi i czytelności prezentacji, swoimi dodatkowymi działaniami nie zaszkodził jego ogólnemu odbiorowi, tylko podkręcił jej estetykę w kierunku większej przyjemności obcowania z muzyką. Przed wpięciem go w tor wydawało mi się, że doszedłem do ściany w konfiguracji systemu plikowego, tymczasem AB-Tech Still pokazał, że są jeszcze obszary, które w imię poprawy jakości brzmienia mogę dopracować.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: AB-Tech
Cena: 2 450 €
Opinia 1
Co i rusz docierają do nas sygnały, że świat jaki znamy powoli się kończy a szeroko rozumiana branża audio konsekwentnie i nieuchronnie zmierza do samounicestwienia, gdyż pokolenie, które się nią interesuje i przy tym ma jeszcze jakąś siłę nabywczą powoli się wykrusza. W dodatku szybujące na iście stratosferycznym pułapie ceny High-Endu bynajmniej nie zachęcają młodszych generacji do eksploracji audiofilskich nisz. Bo i po co, skoro lwiej części populacji do pełni szczęści wystarczy smartfon, soundbar i dostęp do szerokopasmowego Internetu oraz serwisów streamingowych. Rozumiecie Państwo powagę sytuacji? My doskonale, gdyż rozmawiając z operującymi w interesującym nas segmencie producentami świetnie rozumiemy ich dyskomfort. Dyskomfort wynikający z faktu iż powoli stają się audio – odpowiednikiem marek motoryzacyjnych muszących mierzyć się z konkurencją działających „na aplikację” firm przewozowych i powszechnością hulajnóg elektrycznych. Dlatego też większość z nich dwoi się i troi, by jednak nie wypaść z gry i czymś do siebie nowe pokolenia przyciągnąć jednocześnie nie zdradzając dawnych ideałów a tym samym nie powodując odpływu „starej gwardii”. Do powyższego grona z pewnością wypada zaliczyć amerykańską legendę High-Endu, której nie tylko urządzenia, ale i sam logotyp znane są zarówno audiofilsko zorientowanym, jak i praktycznie zupełnie z audio niezwiązanym odbiorcom. Mowa oczywiście o McIntosh Laboratory Inc., z której to portfolio, dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu pod nasz dach trafił najmłodszy i zarazem najmniejszy, choć nieco uprzedzając fakty wypadałoby napisać najmniej duży, a przy tym wszystkomający tranzystorowy wzmacniacz zintegrowany MSA5500, na którego test serdecznie zapraszamy.
Choć na tle starszego rodzeństwa, szczególnie z racji mało imponującej wysokości, MSA5500 wydaje się dość kompaktowy i mało absorbujący pod względem gabarytowym warto mieć świadomość, iż jego głębokość wynosi 47.6 cm a po dokręceniu anten wzrasta do 56.5 cm, co niejako z automatu eliminuje go z roli „wsadu” na środkowe półki większości trójnożnych stolików. Dowiodły tego przymiarki m.in. do będącego u mnie w ramach gościnnych występów budżetowego Rogoz Audio Fras Svart, na którym McIntosha dało się ustawić „na żyletki” jedynie na górnym blacie. Całe szczęście na moim dyżurnym Solid Tech Radius DUO 3 nijakich problemów z „parkowaniem” nie odnotowałem i to na nim prowadziłem lwią część odsłuchów. Pomijając rozmiarówkę nie da się ukryć, że mamy do czynienia ze znaną od lat klasyką gatunku. Począwszy od kruczoczarnego szklanego frontu z centralnie umieszczonym zielonym logotypem, błękitnie podświetlonymi wskaźnikami wychyłowymi i charakterystycznymi retro-gałkami, poprzez finezyjnie ukształtowane pióra radiatorów na piętrowej topologii pleców skończywszy wszystko jest po staremu. Nawet czerwony włącznik główny zameldował swoją obecność.
Warto w tym momencie nieco więcej czasu poświęcić rewersowi, bowiem górne piętro przeznaczono na interfejsy cyfrowe i okupujące obie flanki solidne zakręcane terminale głośnikowe. I tu od razu drobna uwaga natury użytkowej. Otóż znajdujący się na wyposażeniu plastikowy klucz oczkowy nie jest li tylko pociesznym gadżetem w stylu firmowej szklaneczki do bursztynowych destylatów (którą bardzo sobie chwalę), bądź ekskluzywnym czasomierzem powstałym w kooperacji ze szwajcarską manufakturą Franck Muller, które McIntosh w swym portfolio również posiada, co akcesorium praktycznie z gatunku koniecznych i obowiązkowych, przynajmniej dla tych nabywców 5500, którzy posiadają przewody głośnikowe zaterminowane widłami. Mówiąc wprost bez ww. klucza, bądź podobnego narzędzia porządne dokręcenie terminali głośnikowych wydaje się jeśli nie niemożliwe, co zarezerwowane dla czołówki arm-wrestlerów.
Jeśli zaś chodzi o sekcję cyfrową to do dyspozycji otrzymujemy po dwa wejścia optyczne i koaksjalne, firmową magistralę MCT, HDMI (ARC), USB-B (obsługujące PCM/DXD do 32-bit/384kHz i DSD256) i port Ethernet uzupełniony parą trzpieni pod anteny Wi-Fi/Bluetooth oraz portami serwisowo/logicznymi. Z kolei dolny poziom, patrząc od lewej otwierają gniazdo zasilające IEC i komora bezpiecznika. Po nich w równym rządku ustawiono wyjście subwooferowe, spięte firmowymi zworkami wy/wejście z pre/na końcówkę cztery pary wejść liniowych RCA, zacisk uziemienia i parę wejść RCA phonostage’a MM i duet XLR-ów. Słowem wszystko, co do szczęścia potrzeba nawet w rozbudowanych systemach.
I czymże nasz dzisiejszy gość miałby przekonać do siebie przedstawicieli definiujących się jako „ostatnie pokolenie” nabywców. W tym, co niejako sygnalizują powyżej opisane plecy. Po pierwsze natychmiastową integracją z TV (HDM ARC) a po drugie pełnym usieciowieniem tak bez, jak i przewodowym. Przy czym zamiast „autorskiej” a tym samym kolejnej wymagającej instalacji na smartfonie/tablecie aplikacji Amerykanie zdecydowali się na rozwiązanie tyleż alternatywne, co oczywiste. Co prawda przy konfiguracji integracji z siecią bezprzewodową zalecają skorzystanie z apki McIntosh Cast Connect, to już popularne serwisy streamingowe (Qobuz, Spotify i Tidal) obsłużymy ich natywnych aplikacji poprzez funckę Connect a jeśli komuś będzie mało to do dyspozycji będzie miał funkcjonalności Google Cast, Airplay i Roon. W zestawie nie mogło zabraknąć pilota, który choć nieco odstaje swoją plastikowościa od solidności jednostki głównej, to sprawia całkiem pozytywne wrażenie zapewniając przy tym wysoce satysfakcjonująca ergonomię obsługi.
Pod względem budowy mamy do czynienia z klasyczną, pracującą w klasie AB konstrukcją tranzystorową oferującą po 100 W przy 8 i 160 W przy 4 Ω obciążeniu na kanał, w której stopień wyjściowy choć pozbawiony firmowych autotransformerów, to nadal jest monitorowany poprzez Power Guard i Sentry Monitor. Z kolei sekcję cyfrową oparto na współpracującej z procesorem Cirrus Logic CS495314 8-kanałowej kości ESS Sabre ES9028PRO.
Już na wstępie opisu brzmienia naszego gościa z wcale nie ukrywaną ulgą mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, iż bynajmniej nie jest on tym dla McIntosha, czym dla Harley-Davidsona stał się model X350. Znaczy się rebrandowaną, li tylko przyozdobioną firmowym logotypem, plastikową wydmuszką, z której obecności w portfolio cieszą się chyba tylko i wyłącznie księgowi. O nie, to rasowy amerykański piec, który wie jak wyrwać niczego niepodejrzewającego delikwenta nie tylko z poobiedniej drzemki, co również z kapci. Od pierwszych taktów „Shout” Hardline MSA5500 grał z zaraźliwa motoryką, potęgą właściwą starszemu rodzeństwu i po prostu spontaniczną radością. Oferowany przez niego dźwięk był duży, żywiołowy i raczej nastawiony na dobrą zabawę a nie benedyktyńską dłubaninę i dzielenie włosa na czworo. Nie była to jednak nastawiona na bezrefleksyjną łupaninę monotonna młócka z wypchniętymi skrajami, lecz wciągająca w wir wydarzeń wieloplanowa prezentacja urzekająca hektarami przestrzeni, soczystymi barwami i pozbawionym jakichkolwiek limitacji zejść atomowym basem. Mówiąc wprost McIntosh od progu łapał odbiorcę za ucho i do ostatniej nuty małżowiny nie puszczał. Trudno się temu jednak dziwić, bowiem wraz ze wzrostem głośności radość odsłuchu rosła w ekspresowym tempie a im bardziej zbliżaliśmy się do iście koncertowych dawek decybeli, tym niechęć do ściszenia stawała się bardziej atawistyczna. Skoro bowiem my się świetnie bawiliśmy, to czemu na miły Bóg dobrodziejstw fabryki z Binghamton nie mieliby doświadczyć na własnych uszach i ciele nasi sąsiedzi. A tak już nieco bardziej na serio, to tytułowa integra najbardziej lubi grać na co najmniej średnich poziomach głośności, gdyż im ciszej ją ustawimy, tym spadek zaangażowania z jakim będzie prezentowany reprodukowany materiał będzie bardziej zauważalny i bolesny, więc w roli wieczorno/nocnego umilacza McIntosh sprawdzi się średnio. Można co prawda próbować w ramach panaceum na powyższą przypadłość sięgnąć po jakieś nisko-skuteczne kolumny, lecz jeśli ktoś zazwyczaj operuje na mocno niezobowiązujących głośnościach, to bez osobistej weryfikacji w docelowym systemie zalecałbym ostrożność.
Z kolei garażowe szorstkości i okazjonalna, w pełni zamierzona, jazgotliwość „Sceaduhelm” Crippled Black Phoenix zabrzmiały z udziałem naszego gościa ze zjawiskowym pazurem i swobodą sprawiając, że jeśli ktoś po takim seansie dalej by twierdził, że cytując klasyka „Rock and Roll Is Dead”, to z czystym sumieniem możemy wskazać mu drzwi i skreślić z grona znajomych.
Eksplorując bardziej cywilizowane obszary repertuarowe nie można pominąć niezwykłej intensywności i namacalności z jaką prezentowane są partie wokalne i te wygrywane z pomocą naturalnego, niezelektryfikowanego instrumentarium. Wystarczy bowiem sięgnąć po ścieżkę dźwiękową z „Sinners”, by po wielokroć doświadczyć gęsiej skórki i przyjemnego mrowienia gdy nagle jakaś postać zmaterializuje się tuż przed, bądź za nami odzywając się tuż przy naszym uchu. Niby tego typu atrakcje zarezerwowane są dla holograficznie grających SET-ów na 300B a tymczasem nasz gość nader udanie przeczący stereotypowej „tranzystorowości” gość właśnie w kwestii odwzorowywania naturalności barw, konsystencji brył i siły emisji budził mój niekłamany szacunek.
W ramach podsumowania pół żartem pół serio pozwolę sobie stwierdzić, że za sprawą McIntosh-a MSA5500 Amerykanie z udowodnili, że potrafią nie tylko w potężne 7-litrowe muscle-cary V8, ale i z pozornie skromnych 1,6l są w stanie wycisnąć moc i dynamikę godną bolidów F1. Dlatego jeśli szukacie Państwo w muzyce emocji i adrenaliny, to tytułowa wszystkomająca integra z pewnością wam je zapewni.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem więcej niż pewien, że większość z Was kojarzy tytułowego McIntosh-a z konstrukcji typu: dzielone i zintegrowane źródła cd, gramofony, przedwzmacniacze liniowe, końcówki mocy, wzmacniacze zintegrowane lub wszelkiej maści kolumny głośnikowe. Tymczasem nie jest to pełna lista urządzeń audio oferowanych przez ten amerykański brand. Oczywiście mam na myśli goszczący u mnie bardzo uniwersalny w rozumieniu funkcji oddawania i przyjmowania różnorodnych sygnałów, pracujący w tandemie ze wzmacniaczem zintegrowanym streamer plików muzycznych. Nie wiem jak Wy, ale gdy dowiedziałem się, że taka konstrukcja znajduje się w portfolio tej marki, nie było innej możliwości jak kontakt z dystrybutorem jak pozyskać ją na testy. Takim to sposobem dzięki warszawskiemu Hi-Fi Clubowi dzisiaj przyjrzymy się zintegrowanemu ze wzmacniaczem źródłu plikowemu, czyli All In One’owi, którego handlowa nazwa brzmi McIntosh MSA 5500.
Trzeba przyznać, że tytułowy Amerykanin na tle większości swoich braci nie jest rozmiarowym gigantem. Powiedziałbym nawet, iż przy nich to mniejszy gabarytowo młodszy brat. Co prawda niewiele mniejszy, ale jednak. Na szczęcie amerykańscy inżynierowie powołując go do życia nie zapomnieli, jak powinien wyglądać popularny Mac. Mam oczywiście na myśli feerię kolorów, w skład której wchodzą: czarny szyby frontu oraz większości obudowy, błękitny wyświetlaczy wychyłowych i sekcji informującej użytkownika o stanie urządzenia, srebrny pionowo zorientowanych na bokach belek ułatwiających proces logistyki, a także obręczy gałek regulacyjnych, a całość ciekawego wizualnie szaleństwa wieńczy czerwony przycisku powołującego MSA5500 do życia, czyli włącznika. Przyznajcie, to bez dwóch zdań prawdziwy Mac. Jeśli chodzi o zorientowany na tylnym panelu zestaw przyłączy, ten w został podzielony na dwa sektory. Górny serwuje nam niekończące się bogactwo wejść cyfrowych zwieńczone na zewnętrznych flakach terminalami kolumnowymi, zaś dolny podobną ilość gniazd dla sygnałów liniowych z wejściem i wyjściem na wewnętrzny przedwzmacniacz, wyjściem na subwoofer oraz wejściem phono dla wkładek MM włącznie. Jak widać poza kolorystyką, także w przypadku funkcjonalności kolokwialnie mówiąc „nie ma lipy”. Oczyśćcie dla łatwej obsługi naszego bohatera w zestawie startowym dostajemy pilot zdanego sterowania.
Próbując zwięźle opisać, co zaoferował mi nasz bohater, w pierwszej kolejności jestem zobligowany oznajmić, iż konsekwentnie szedł ogólną drogą całej rodziny McIntosh-a. To oczywiście oznacza utrzymanie prezentacji muzyki w estetyce fajnej plastyki i gładkości, przy zachowaniu ciekawego pakietu informacji górnego zakresu. Naturalnie w sukurs takiemu postawieniu sprawy szła stosowana dbałość o zapewnienie dobrze osadzonej w masie, ale niezbyt otyłej średnicy. Zaś całość wieńczyły nieszkodzące prezentacji w utrzymaniu estetyki fajnej swobody budowania realiów szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny, czyli bez zbytniego spowalniania ataku, ale odpowiednio mocne w brzmieniu niskie tony. Co zatem różni MSA5500 do reszty familii Jankesów? Otóż moim zdaniem przy – jak wspomniałem – powielaniu ogólnej estetyki brzmienia konstrukcji tej marki, robi to z mniejszym zacięciem w poszukiwaniu wyczynowości. To natomiast sprawia, że odtwarzana przez niego muzyka odbierana jest jako bardziej płynna, a przez to kojąca nasze dusze i przy okazji pozwalająca spędzać z nim kilka godzin bez potrzeby resetu nawet po ekstremalnie długiej sesji odsłuchowej. Efekt jest na tyle ciekawy, że ani nic nas nie nudzi, ani nie irytuje. Ot siadamy i słuchamy ulubionej muzy. Naturalnie granie z nawet najbardziej przyjemnym dla ucha spokojem ma swoje reperkusje w kwestii wyrazistości kreowania wydarzeń na scenie, jednak biorąc pod uwagę, iż testowane urządzenie swą ceną nie sięga gwiazd, pokazanymi podczas kilkunastu dni zabawy walorami sonicznymi byłem w pełni ukontentowany.
A pierwszym dowodem na fajny konsensus pomiędzy plastyką a dosadnością rysowania wirtualnej sceny przez amerykański streamer była płyta Diany Krall „The Look Of Love”. To z jednej strony nastrojowy, ale z drugiej dobrze zrealizowany krążek i dlatego niełatwy do odtworzenia, gdyż pułapki są dwie. Pierwszą jest jego melancholijny ton, który przy zbytnim ugładzeniu dźwięku plastyką górnych rejestrów i nasyceniem średnicy zwyczajnie zabije świeżość wydobywania z siebie przez artystkę hipnotyzującego wokalu. Myśląc o drugiej pułapce miałem w głowie znakomitą realizację, co w momencie nadmiaru ekspresji niesionej przez system odtwarzający tę płytę poskutkuje wzmocnieniem sybilantów i ogólną ostrością brzmienia. Na szczęście MSA5500 fajnym wypośrodkowaniem prezentacji pomiędzy ostrością i gładkością sprawił, że nie podczas wizualizowania wspomnianej divy nie było nuty nerwowości i oczywiście jej popisy były dalekie od zbytniej zachowawczości. Efekt był na tyle dobry, że poi tym krążku sięgnąłem po inną piosenkarkę z ciemnym wokalem w postaci Cassandry Wilson.
Ale ale, popularny Mac może nie jakoś wyczynowo, ale co najmniej dobrze poradził sobie także materiałem opartym o elektronikę w rozumieniu twórczości Massive Attack i płyty formacji zatytułowanej „Protection”. To jak wiadomo z założenia bardzo mocno stawiająca na wyrazistość brzmienia swoich utworów grupa. A jeśli tak, gdy zestaw zagra ją nadmiernie spokojnie lub ociężale, stracimy zawarty w niej pakiet ekspresji. I właśnie sprawdzenie tego tematu było zaczynem do wprowadzenia na listę odsłuchową tego krążka. Efekt? Owszem, wyczuwałem nutę nie do końca idealnie wpływającego na dosadność brzmienia muzyki spokoju prezentacji, jednak jakimś sposobem amerykańskie źródło plikowe kolokwialnie mówiąc nie udusiło zawartego w tej muzie pierwiastka drapieżności. Może nie było ognia na poziomie wybuchu cysterny z paliwem lotniczym, ale efektowny pożar drewnianego domu jak najbardziej. Czy to oznacza, że Jankes miał problem? Nic z tych rzeczy, gdyż ja oceniam go w stosunku do mojego codziennego zestawu, który jest kilkanaście razy droży. A oceniam tak dosadnie nie dlatego, aby go pogrążyć, tylko pokazać prawdziwe „ja”, które w moim mniemaniu będzie Wam bliższe od mojego. Skąd to wiem? Często goszczę znajomych i wielu z nich nie raz zdradziło mi, że dla nich mam nieco zbyt dosłownie brzmiący zestaw. Nie źle, tylko niedostatecznie płynnie, co rozumiem i z tego powodu twierdzę, że tytułowy Mac za swoją estetykę brzmienia może mieć sporą rzeszę fanów.
Komu poleciłbym rzeczony kombajn? Jak wynika z tekstu, wszystkim kochającym muzykalną prezentację. Bez szukania ekstremów, ale też daleką od nadmiernego spokoju. McIntosh MSA5500 zapewni nabywcy wiele miłych godzin z muzyką z pełnym pakietem radości. Ale to nie wszystkie jego atuty, gdyż dodatkowo jest wielofunkcyjny, bo oprócz bycia źródłem plikowym z własną sekcją wzmacniającą, dodatkowo oddaje i przyjmuje sygnały analogowe, co zwiększa jego możliwości konfiguracyjne w znakomitej większości potencjalnych systemów. Zbędne funkcje? Bynajmniej, o czym nie raz przekonałem się u wielu znajomych, którzy oficjalnie określając się jako ascetyczni audiofile, w zaciszu domowym potrafią takie wielofunkcyjne komponenty wykorzystywać we współpracy z telewizorem i subwooferem. I piszę to z pełną świadomością swoich czynów.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory Inc.
Cena: 39 500 PLN
Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 100 W / 8 Ω, 2 x 160 W / 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz (+0, -0,5 dB), 10 Hz – 100 kHz (+0, -3 dB)
Zniekształcenia harmoniczne (THD): 0,005%
Stosunek sygnał/szum: 95 dB (wejścia liniowe), 82 dB (wejście gramofonowe MM)
Czułość wejściowa: 0.5V XLR; 0.25V RCA; 2.5mV Phono MM
Impedancja wejściowa: 20 kΩ; 47 kΩ / 50pF Phono MM
Max. napięcie wejściowe: 8V RCA; 16 V XLR; 80 mV Phono MM
Współczynnik tłumienia: >200 / 8 Ω; >100 / 4 Ω
DAC: 8-kanałowy, 32-bitowy/384 kHz PCM/DSD, Quad Balanced
Łączność: Bluetooth 5.0 (AAC, aptX HD, aptX Adaptive), WiFi 6, Ethernet
Obsługa serwisów streamingowych: Spotify Connect, Tidal Connect, Qobuz Connect, Google Cast, Airplay, Roon
Obsługiwane format audio: MP3, AAC, FLAC, ALAC, WMA, Ogg Vorbis, WAV, M4A, OGG, AIFF
Wejścia analogowe: para XLR; 4 pary RCA; Phono MM
Wejścia cyfrowe: 2 x Coaxial, 2 x Optical (24-bit/192kHz); HDMI (ARC); USB-B (32-bit/384kHz PCM, DSD256, DXD384kHz); MCT (16-bit/44.1kHz (CD), DSD64 (SACD))
Wyjścia: pre-out (RCA), subwooferowe, słuchawkowe
Pobór mocy: <0.25 W (Standby)
Wymiary (S x W x G): 44.45 x 20.6 x 47.6 cm (56.5cm z antenami)
Waga: 17.2 kg
Po świetnych, acz filigranowych Ascentach przyszła pora na starsze i zarazem wieńczące serię Peaks rodzeństwo – YG Acoustics Summit.
Cdn. …
Opinia 1
Jak z pewnością większość zainteresowanych zdążyła zauważyć praktycznie każda internetowa wzmianka o kablach audio, ze szczególnym uwzględnieniem ich cyfrowych odmian, u jednostek naiwnie wierzących, iż dosłownie przesyłają one „zera i jedynki” w ich przypominającej tytuł albumu Ayreona („01011001”) binarnej postaci wywołuje silne reakcje alergiczne. Widok takowego – dedykowanego zastosowaniom Hi-Fi/High-End przewodu, zgodnie z odruchem Pawłowa, uruchamia u nich nadprodukcję żółci i migotanie przedsionków a następnie przemożną chęć zaznaczenia własnej obecności i odrębnego zdania w wątku, do którego nikt ich przecież nie zapraszał. Zupełnie nieistotny pozostaje fakt, iż zazwyczaj z przedmiotem publikacji nie mają absolutnie żadnych doświadczeń empirycznych, z resztą o doświadczenia z podobnymi mu produktami również, wychodząc z założenia, że jeśli coś działa na przemysłowej skrętce, bądź przewodzie do drukarki to temat można uznać za zamknięty i nie ma co drążyć. Zauważacie Państwo krótkowzroczność i wynikający z jakże wąskich horyzontów poznawczych błogostan? To tak jakby w kwestii oświetlenia zatrzymać się na etapie edisonowskiej żarówki a w motoryzacji na silniku dwusuwowym. W końcu świeci i jeździ, nieprawdaż? No nie. Przynajmniej dla osób, dla których sam fakt zadziałania nie jest celem samym w sobie i zakończeniem wszelkich dalszych działań a jedynie początkiem mozolnej drogi ku perfekcji i doskonałości. Dlatego też nawet nie tyle z uporem maniaka, co z czystej i niczym niewymuszonej atawistycznej ciekawości, gdy tylko w zasięgu znajdzie się coś mogącego wzbogacić naszą prywatną bazę doświadczeń a czasem również sprawić, że nasze systemy zagrają nie tylko inaczej, co po prostu lepiej z niekłamanym zainteresowaniem nad owym czymś w ramach naszych audiofilskich eksploracji i wynurzeń się pochylamy. I tym oto sposobem na redakcyjny tapet trafił przewód … Ethernet, który swoą premierę miał 1 marca b.r. w Japonii a Polski debiut, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora Lector Audio Poland ma miejsce, nie licząc sesji unboxingowej właśnie teraz. Panie i Panowie oto topowy model przewodu Ethernet japońskiej manufaktury TIGLON o wszystko mówiącym oznaczeniu TPL-3000L-WT oraz nieco łatwiej zapadającym w pamięć i poniekąd działającym na podświadomość opisie (White Tiger) Exclusive Lan Cable.
Jak już zdążyliśmy w ramach unboxingu unaocznić topowy Tiglon dociera do końcowego odbiorcy w skromnym, acz eleganckim kartonowym czarnym pudełku, na które naciągnięta jest zewnętrzna obwoluta ochronna z szarej tektury z pomysłowo wyciętym w centrum „okienkiem” przez co całość wygląda jak klasyczny „box” z winylami. Przed trudami podróży dodatkowe zabezpieczenie przewodu zapewniają płaty miękkiej gąbki, firmowy tekstylny woreczek i ochronne siatki nanizane na masywne wtyki Telegärtnera. Sam przewód odziano w elegancką, acz nienachalną syntetyczną plecionkę w odcieniach szarości swym umaszczeniem przywodzącą na myśl ogon białego tygrysa bądź irbisa śnieżnego. Z resztą sylwetka tygrysa wraz z firmowym logotypem, oznaczeniem modelu i kierunkowości zdobi jedną z termokurczek. Na drugiej mamy z kolei sygnaturę założyciela i głównego konstruktora marki – pana Kentaro Okino i numer seryjny posiadanego egzemplarza. Sam przewód z racji swej anatomii, o czym dosłownie za chwilę, jest dość sztywny i nieco sprężynujący, więc warto zapewnić mu nieco miejsca za spinaną nim elektroniką a przy lżejszych komponentach w stylu switchy zapobiec ich ewentualnej lewitacji (np. z pomocą „cegły” Thixar Eliminator, bądź w wersji budżetowej chociażby kilogramowych odbojników drzwiowych)
Zgodnie z informacjami dostępnymi na stronie producenta zastosowano zoptymalizowane pod kątem transmisji danych przewodniki solid core „UD-Core7A” (CAT7A), które łączą w sobie opatentowaną technologię „Photon Shield” – charakterystyczną dla serii White Tiger i zapewniającą stabilną transmisję energii – z najnowszym procesem wygrzewania „H.S.E Exclusive” oraz zaprojektowaną w celu tłumienia złożonych rezonansów powłoką „D-REN”. Ponadto zaimplementowano nowo opracowane podwójne ekranowanie dedykowane zastosowaniom sieciowym, „DNB-Shield (Dual Noise Band Shield)”, skutecznie redukujące niepożądane składowe szumu występujące w transmitowanym paśmie. Pozwoliło to osiągnąć doskonałą równowagę między stabilną transmisją danych a wyjątkową czystością sygnału muzycznego. W przypadku złączy wybrano specjalnie dostosowane, zaprojektowane specjalnie z myślą o TPL-3000L-WT wtyki Telegärtnera.
Nie będę ukrywał, że moje pierwsze kontakty z tytułową łączówką nosiły znamiona co najwyżej szorstkiej przyjaźni. Bo i takie, szorstkie brzemiennie oferowała wyciągnięta prosto z pudełka w stanie fabrycznej nowości. Niby średnica skutecznie zabiegała o atencję, ale góra wydawała się nazbyt ofensywna, więc podkreślone sybilanty i latające w powietrzu „żyletki” przy każdym uderzeniu w blachy, bądź przy partiach dęciaków nader skutecznie zniechęcały do dłuższych nasiadówek. Nie było innego wyjścia jak dać jej kilka dni na „wygrzanie” i ułożenie się w systemie, co jak się okazało było ze wszech miar słuszną decyzją, gdyż już po ok.72h od wpięcia w tor pasmo się wyrównało, zniknęła wcześniejsza jazgotliwość a wpływ obecności Tiglona w moim systemie zacząłem rozpatrywać w kategoriach ewidentnej ewolucji w stosunku do własnego stanu posiadania, czyli rodzimego Next Level Tech NxLT Lan Flame. Poprawie uległo bowiem dosłownie … wszystko – począwszy od iście organicznej gęstości, poprzez fenomenalną rozdzielczość na zaraźliwej motoryce i zapierającej dech w piersiach dynamice skończywszy. Całe szczęście ów przyrost bynajmniej nie oznaczał przerostu formy nad treścią, przesytu teledyskowym natłokiem bodźców i pomysłów w stylu multi oskarowego „Wszystko wszędzie naraz” („Everything Everywhere All at Once”) bądź „Jedna bitwa po drugiej” („One Battle After Another”). Tu raczej chodziło o udrożnienie kluczowej dla toru cyfrowego arterii, gdyż jeśli coś na tym etapie nie zostanie „dowiezione”, to jak łatwo się domyślić żaden, nawet najbardziej wymyślny transport tego nie zinterpoluje i nie „dopisze”. A z TPL-3000L-WT ów przepływ jest niczym niezmącony i szalenie wartki. Jednak od razu uprzedzę, iż japoński przewód nie powoduje wrażenie przyspieszenia dźwięku, podkręcenia tempa, czy wręcz pewnej nerwowości i zbytniej wyrywności tam, gdzie obecne jest skupienie i zaduma. Tu raczej chodzi o efekt „otwarcia” prezentacji, lecz nie jej wypchnięcie do przodu a bardziej sugestywne pokazanie dalszych planów i podkreślenie głębi, trójwymiarowości sceny. Doskonale słychać to na „Futharuna” Munknörr, gdzie złowrogie krakanie powoduje nerwowe spoglądanie jeśli nie w sufit, to z pewnością za okno a mroczne wokalizy brzmią jakby dobiegały z samych czeluści Helheim. Świetnie oddana została również szorstkość i natywna jazgotliwość wykorzystanego instrumentarium a japońska łączówka z wrodzonym wdziękiem zachowała idealną równowagę pomiędzy namacalnością a ostrością ich definiowania nie popadając przy tym w okołosamplerową przesadę i przejaskrawienie. Spora w tym zasługa wspomnianej przestrzenności, gdyż Tiglon nie wycina, szparuje źródeł pozornych z tła wklejając je w trójwymiarową czerń stworzonego na potrzeby nagrania mikroświata, lecz oprócz brył oddaje obecną wokół nich aurę i pozwala słuchaczom poczuć generowaną przez nie, owe źródła, energię.
A skoro o energii a tym samym zdolności jej transmisji mowa to gorąco polecam album „Bleed The Future” kanadyjskiej formacji Archspire, który brzmi jakby któryś z krażków Behemotha puścić zamiast na 33 z prędkością 45 albo i 78 RPM i to z zachowaniem, bądź wręcz obniżeniem tonacji a sam wokalista opanował karkołomną sztukę łączenia scatu z growlem w ramach warsztatów prowadzonych dla licytatorów koni w Teksasie. Tylko ostrzegam. To jest intensywność na poziomie jazdy rollercoasterem Falcon’s Flight w Six Flags Qiddiya City, w którym ktoś nie dość, że podłączył do prądu nasze siedzenie, znaczy się fotel a nie tę część ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, to jeszcze zaaplikował autorski koktajl z substancji psychoaktywnych potęgujących doznania. A z Tiglonem w torze słychać wszystko, w dodatku podane z iście matematyczną precyzją, lecz bez analitycznego osuszenia, gdyż cały czas mamy dostęp do informacji o strukturze i mięsistości każdej z żywych, pulsujących tkanek tworzących ten apokaliptyczny twór. To niezbity dowód na operowanie iście mistrzowską rozdzielczością a nie li tylko detalicznością, gdyż przy takim natłoku informacji, wystrzeliwanych z prędkością minigun-a blastów, ścianie gitarowych riffów i wspomnianym już piekielnie szybko wyrykiwanym frazom nie pogubić się w tym wszystkim i nie popaść w łatwą do zrozumienia i wytłumaczenia ofensywność jest prawdziwa sztuką. Sztuką, którą White Tiger ma nie tyle opanowaną do perfekcji, co zapisaną w genach, w DNA. To nie jest wyuczone i mechanicznie wykonywane odtwarzanie poszczególnych, pojedynczych, mniej bądź bardziej przypadkowych dźwięków, z których słuchacz musi na własne potrzeby coś na kształt muzyki, niczym z puzzli sobie złożyć, lecz naturalna, niewymuszana zdolność reprodukcji w pełni koherentnej, lecz zarazem szalenie złożonej, koherentnej całości właśnie muzyką zwaną i tak też przez nasze zmysły odbieraną. To poziom owej nienachalnej, gdyż w pełni oczywistej, adekwatnej i w pełni odzwierciedlającej rzeczywistość rozdzielczości jakiej do tej pory doświadczyłem bodajże jedynie z Synergistic Research Galileo SX Ethernet. A doprecyzowując mam na myśli opcją „sauté” amerykańskiego przewodu, bowiem japoński „biały tygrys” temperaturą barwową operował właśnie pomiędzy lekkim ociepleniem złotego i delikatną rześkością srebrnego modułu UEF jakimi można modelować „optykę” Galileo. W Tiglonie owa „optyka” jest stała, co przynajmniej z czysto subiektywnego punku widzenia i własnych potrzeb pozwolę sobie uznać za jego zaletę. Nie dość bowiem, że oszczędza nam powodowanej audiophilią nervosą żonglerki modelującej finalne brzmienie zgodnie z zasadą „osiołkowi w żłobie dano”, lecz raz wpięty pozwala po prostu skupić się na muzyce w takiej formie i postaci, w jakiej została ona zarejestrowana. Jest niczym „jasna stałka” (obiektyw stałoogniskowy o dużym maksymalnym otworze przysłony) założona na ulubione „body” (korpus aparatu) sprawiająca, że zamiast kombinowania z ogniskowymi po prostu skupiamy się na kadrze i kompozycji poniekąd wiedząc czego możemy się spodziewać, gdyż obszar przezeń widziany jest zgodny z tym co sami obserwujemy nieuzbrojonym okiem. I to właśnie robi tytułowy przewód – odwzorowuje znaną nam rzeczywistość.
Jeśli w tzw. międzyczasie zerknęliście Państwo do wieńczącej dzisiejszy wywód linijki z oczekiwaną przy kasie ceną, to z pewnością zdążyliście zauważyć, iż pomimo tak deklarowanej w swej nomenklaturze ekskluzywności, jak i opisanej przeze mnie powyżej bezdyskusyjnej referencyjności brzmienia TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger) Exclusive Lan Cable bynajmniej nie aspiruje do miana „niemoralnie” wycenionego High-Endu. Oczywiście trudno w jego przypadku mówić o budżetowości, jednak na tle znacznie intensywniej drenującej domowe budżety konkurencji śmiem uznać go za reprezentanta nieprzyzwoicie korzystnej korelacji jakości z ceną. Abstrahując jednak od aspektów czysto finansowych jest to po prostu cyfrowy odpowiednik wyrafinowanych japońskich wkładek gramofonowych , które operując ponadprzeciętną rozdzielczością zapewniają również iście zniewalającą jedwabistą gładkość i wyrafinowanie. Jeśli więc i dla Państwa podobne aspekty są kluczowe w Waszych audiofilskich poszukiwaniach, to odsłuch topowego Tiglona wydaje się nie tyle wskazany, co konieczny.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie ma się co oszukiwać, pozycja źródeł plikowych w naszym hobby od jakiegoś czasu nie jest już żadną fanaberią kochającego nowinki techniczne melomana. To bez dwóch zdań pełnoprawny element nawet najbardziej zaawansowanego jakościowo toru audio. Naturalnie ów efekt to pokłosie szybkiego rozwoju technicznego tego wycinka naszego hobby, co z automatu dało producentom okablowania cyfrowego szerokie pole do popisu w zapewnieniu jak najlepszej transmisji danych pomiędzy współpracującymi konstrukcjami. Dlatego też, gdy przejrzycie nasze ostatnie miesiące zmagań testowych, przekonacie się, iż ilość sparingów z okablowaniem typu LAN lub USB jest bardzo podobna do przewodów analogowych typu sieciowy, głośnikowy czy sygnałowy. A jeśli tak, chyba nikt z Was nie będzie zaskoczony, gdy oznajmię, iż dzisiaj przyjrzymy się kolejnej propozycji okablowania przesyłającego pakiety zer i jedynek. I to nie byle jakiej propozycji, bowiem będzie to przedstawiciel kraju kwitnącej wiśni w postaci dostarczonego przez rodzimego dystrybutora Lector Audio Poland przewód ethernetowy Tiglon TPL-3000L-WT Exclusive Lan Cable.
Co wiemy na temat naszego bohatera? Naturalnie na stronie producenta znajdziemy skrótowy opis technikaliów, niestety dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego jest to brutalny nazewniczy tor przeszkód. Jednak nie zawsze z premedytacją zamierzony, bowiem często za skomplikowanymi nazwami kryją się nowe i nierzadko opatentowane rozwiązania, co skutkuje zderzeniem się czytelnika z nieznanym wcześniej około-technicznym słowotokiem. Mimo wszystko próbując przybliżyć nieco jego budowę we wspomnianej, niełatwej w odbiorze estetyce, najważniejszą informacją jest wykorzystanie do przesyłu danych litego przewodnika „UD CORE-7A” (CAT7A). Co według producenta jest istotne, to fakt połączenia działań przygotowujących ów przewodnik do finalnej postaci z opatentowanymi procesami „Photon Shield” oraz „H.S.E. Exclusive” i finalne ubranie go w powłokę tłumiącą złożone rezonanse „D-REN Sheath”. Kolejnym krokiem jest zastosowanie osłony sieciowej „DNB Shield”. Jeśli chodzi o zastosowane wtyki, Tiglon postawił na dedykowane do tego modelu niemieckie Telegartnery. Przyznacie, że nawet płynne przeczytanie zastosowanych zabiegów technologicznych nie jest łatwe, a co dopiero zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście nas interesuje co dzieje się po jego zastosowaniu, dlatego prosząc o potraktowanie mojego opisu z przymrużeniem oka nie rozwadniam tekstu próbami „rozkminiania”, co serwując nam serię skomplikowanych nazw producent miał na myśli, tylko wszystkich zainteresowanych skutkami wpięcia tytułowego kabla w tor zapraszam do lektury kolejnego akapitu.
Jak wspominałem, obecnie tego typu akcesoria audio są u nas na tak zwanym porządku dziennym. To zaś sprawia, że z dziecinną łatwością wychwytuję oferowane zmiany przez danego delikwenta do oceny. Dlatego też od pierwszego taktu z wpiętym w tor Japończykiem czułem, że jest bardzo dobrze, a po pełnej akomodacji z systemem powinno być – choć nie zawsze tak się dzieje – tylko lepiej. I muszę przyznać, że na szczęście tak właśnie było. Dlaczego na szczęście? Ano dlatego, że przy świetnym pokazaniu radości wizualizowanej muzyki ze stosownych dla danego materiału poziomach wagi i blasku, pierwsze minuty odsłuchu serwowały mi delikatną nutę niepokoju odczuwalną jako brak płynności muzyki, co nie zawsze nawet po długiej „rozgrzewce” zestawu udaje się całkowicie wyeliminować. A to w tym przypadku było bardzo ważne, gdyż estetyka prezentacji z Tiglonem w torze stawiała na fajne, bo nienachalne, ale jednak doświetlenie wyższej średnicy. Jeśli tak, zatem chyba zrozumiałym jest, że aby ta z założenia mająca dać większy, a przez to zbliżający nas do realiów słuchanego materiału wgląd w nagranie, szczypta otwarcia dźwięku nie okazała się problemem, musimy wyeliminować wszelką ostrość. Nasz bohater jak wspominałem, poradził sobie z tym tematem wręcz książkowo oferując mi z jednej strony gładki, przez to przyjemny w odbiorze przez długie godziny, a z drugiej pełen nienachalnych informacji sposób na muzykę. Co ciekawe, bez znamion przerysowania, Owszem, było wyraziście, szybko i z dobrym drive-m, jednak całkowicie w zgodzie z zamierzeniami artystów. Dzięki temu świetnie wypadał nie tylko jazz, ale także rock i wykorzystująca ekspresyjne pasaże nutowe elektronika.
Dobrym przykładem na fajny występ popisów klawiszowych była płyta „Blue Lines” formacji Massive Attack. Z jednej dostałem dobrze określone w domenie czytelności elektroniczne zejście w czeluści dolnego zakresu, zaś z drugiej pełnie blasku i zamierzenie przeszywające organy słuchu, ale nigdy nie męczące popisy wyższej średnicy i otwartych, ale nie „cykających” męcząco wysokich tonów. Było oczekiwanie ekspresyjnie, ale za sprawą utrzymania odpowiedniego konsensusu pomiędzy ostrością, a plastyką z pełnym zaangażowaniem mojej uwagi.
Przywołując drugą stronę barykady w rozumieniu kontemplacyjnego jazzu w momencie, gdy ostre granie wypadło bardzo dobrze, chyba nikt nie zwątpi w moje zapewnienie, iż to było nie tylko świetnie, ale także bardzo intrygująco. A tego drugiego określenia użyłem dlatego, że przywoływane symboliczne doświetlenie wyższego, ale nadal oferującego świetną plastykę środka pasma było tym, co najbardziej w obcowaniu z muzyką cenię. Chodzi mianowicie o dbałość systemu o pokazanie mi dosłownie i w przenośni wszystkiego, co zostało zarejestrowane na płycie. Często muzykalne zestawy audio swą nadgorliwością słodzenia przekazu sporo maskują, co jest ewidentnym uśrednieniem, co najnormalniej w wiecie po dłuższej chwili mnie nudzi. Tymczasem działanie Tiglona z ilością i jakością podania informacji w muzyce trafiało w punkt. Z wyczuwalnym podkręceniem otwartości prezentacji, ale jak wynika z powyższego opisu w słusznej, bo bardzo przypadającej mi do gustu sprawie.
Komu poleciłbym japoński kabel ethernetowy Tiglon TPL3000L-WT? Mam nadzieję, że sprawa jest jasna jak słońce. Wszystkim poszukującym w muzyce nienachalnie, ale jednak podkręconego życia. Japończyk otworzy wyższy środek, ale zapisana w jego kodzie źródłowym plastyka sprawi, że dostaniemy otwarcie, jednak zawsze z przyjemną nutą gładkości. Jeśli zatem tego typu zastrzyku Wasz zestaw potrzebuje, nie ma na co czekać, tylko zalecam skontaktować się z dystrybutorem. Nawet jak między Wami nie zaiskrzy, jedno jest pewne, czas spędzony z żywo podaną muzyką będzie daleki od nudy. A przecież o zabawę w naszym hobby chodzi. Nieprawdaż?
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Lector Audio Poland
Producent: TIGLON
Cena: 5850 PLN / 1,5m
Opinia 1
Pamiętacie Państwo zamieszanie, czy wręcz święte oburzenie jakie towarzyszyło premierze pierwszego Mercedesa klasy A (W168) w 1997r? Ja doskonale. No bo jak to, zamiast klasycznej, tylnonapędowej limuzyny Niemcy wypuścili jednobryłowego miejskiego minivana z przednim napędem! Po prostu szok i niedowierzanie, i choć były nieśmiałe zapowiedzi ww. modelu – ot chociażby zaprezentowany podczas Frankfurt Motor Show w 1993 trzycylindrowy „concept” Vision A 93, to tak na dobrą sprawę nikt się tego, podobnie jak hiszpańskiej inkwizycji, nie spodziewał. A jeśli chodzi o nasze – audiofilskie podwórko, to przecież wystarczy wspomnieć o nieufności i zarzutach rozmieniania się na drobne oraz zdradzie high-endowych ideałów, gdy światło dzienne ujrzał zintegrowany Gryphon Audio Tabu. Wszystko jednak wskazuje na to, że wtedy były inne czasy i inne problemy, gdyż obecnie przesyt natłokiem informacji i zewsząd atakującymi nas sensacyjnymi nagłówkami jest taki, że co bardziej rozsądne jednostki zdążyły na tyle skutecznie się na nie zaimpregnować, że zbywają je co najwyżej wzruszeniem ramion. Dlatego też nie powinien dziwić fakt, iż choć mottem działalności Canora jest „Magia lampowego brzmienia” to będący sprawcą dzisiejszego spotkania słowacki, pochodzący z fabryki w Prešov duet z dopiero co wywołaną do tablicy lampowością ma tyle wspólnego co szyba z szybowcem. Jakby tego było mało poza eliminacją szklanych baniek redukcji uległy również gabaryty, więc zamiast pełnowymiarowych korpusów otrzymaliśmy slim-fitowe pancake’i. I co? I nic. Piekło nie zamarzło i jakoś nikt z tego powodu nie „rzuca się Rejtanem”, szat nie rozdziera i włosów z głowy nie rwie. Aby jednak zbyt długo nie trzymać Państwa w niepewności pozwolę sobie przedstawić skierowany do nieco młodszego i/lub nieco bardziej lifestyle’owo zorientowanego aniżeli „dorosłe” modele odbiorcy dostarczony przez białostockie Rafko zestaw składający się z przetwornika cyfrowo-analogowego i wzmacniacza zintegrowanego Canor Verto D4S & Virtus I4S.
Przechodząc do omówienia aparycji tytułowego duetu pragnąłbym od razu zaznaczyć, iż „naleśnikowa” metafora nie jest bynajmniej zarzutem bądź krytyką niskoprofilowości reprezentantów linii Foundation a jedynie stwierdzeniem faktu. Faktu sprawiającego, że ustawione jeden na drugim słowackie komponenty potrzebują mniej więcej tyle miejsca, co do niedawna jeden komponent Canora. W dodatku z racji braku lamp niespecjalnie się grzeją więc i umieszczenie ich w standardowej szafce RTV / komodzie można uznać za dopuszczalne, choć tu pozwolę sobie zgłosić małe „ale”. Chodzi bowiem o to, iż oprócz standardowej czerni i naturalnego srebra aluminium ich korpusy dostępne są również w niezwykle atrakcyjnym brązie, który po prostu szkoda chować przed wzrokiem. Grube, iście pancerne aluminiowe profile, czernione tafle szkła na ścianach przednich i minimalistyczny, pozbawiony jakichkolwiek, z wyjątkiem centralnego pokrętła i gniazda słuchawkowego we wzmacniaczu, przełączników design sprawiają bardzo pozytywne wrażenie. Generalnie wartość postrzegana znacząco przekracza oczekiwane przy kasie kwoty. Przechodząc do detali warto wspomnieć, iż zarówno ukryty za szkłem prostokątny wyświetlacz DAC-a, jak i „zegarkowy” – okrągły 4”, wkomponowany we front ww. gałki integry są … dotykowe i pozwalają na pełną konfigurowalność, w tym wybór kolorystyki pomiędzy białą a pomarańczowo-bursztynową. O reszcie nastaw nawet nie wspominam wszystkich zainteresowanych odsyłając do instrukcji. Jedyne, na co pozwolę sobie zwrócić uwagę, to możliwość monitorowania temperatury tranzystorów wyjściowych oraz prędkości obrotowej ultra cichego coolera odprowadzającego ciepło z obudowy, który umieszczono w podłodze integry.
Jeśli chodzi o plecy naszego duetu, to pomimo ich niskoprofilowości mamy wielce szeroki wachlarz wszelakiej maści we/wyjść. I tak D4S może pochwalić się zaskakująco rozbudowaną sekcją interfejsów cyfrowych obejmującą wejścia USB (nie wiedzieć czemu typu C, za to obsługujące PCM 24-bit / 768 kHz i natywnie DSD512), AES/EBU, koaksjalne, zdublowane optyczne oraz HDMI (niestety niewspierające eARC). Wyjścia analogowe dostępne zarówno są zarówno w wersji złoconych RCA, jak i XLR a listę zamyka przelotka triggera oraz zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilania IEC. I tu kolejna uwaga natury ergonomicznej, gdyż o ile „komputerowe sznurówki” da się w nie zaaplikować całkowicie bezinwazyjnie, to już po podłączeniu większości „audiofilskich” wtyków z cylindrycznymi korpusami praktycznie tracimy dostęp do owego przełącznika. Wyjściem jest zatem zaopatrzenie się /wymiana wtyków na wąskie Furutechy CF-C15 NCF R i FI-C15 NC.
Z kolei I4S oferuje parę wejść XLR oraz wie pary RCA uzupełnione wejściem na wewnętrzny obsługujący zarówno wkładki MM, jak i MC przedwzmacniacz gramofonowy. Zakręcane terminale głośnikowe są dość standardowej jakości lecz odsunięte na tyle, by przy podpinaniu zakończonych widłami przewodów nie obawiać się przypadkowego zwarcia. Tak jest przynajmniej w teorii, bowiem praktyka pokazuje, że sąsiedztwo zintegrowanego z włącznikiem gniazda zasilającego (bliźniaczego do tego z DAC-a, więc powtarzającego zasłanianie włącznika przez wtyk IEC) przy terminalach lewego kanału znacząco utrudnia montaż tak zakonfekcjonowanych przewodów. Ergonomii nie poprawia też bliskość we/wyjść magistrali triggera, co lepiej wziąć sobie do serca i zdecydować się na mniej problematyczne banany/BFA. Oba urządzenia wyposażono w identyczne piloty zdalnego sterowania, więc z powodzeniem da się całość ogarnąć za pomocą jednej sztuki, drugą trzymając w folii jako backup.
Od strony technicznej, czyli zapuszczając żurawia do trzewi warto pochwalić Słowaków za niemalże bezkompromisowe podejście do tematu, przynajmniej jak na ten pułap cenowy. Przesadzam? Bynajmniej, nie dość bowiem, że w obu urządzeniach zamiast układów impulsowych sięgnięto po klasyczne toroidalne trafa (rodzime Toroidy.pl), to zarówno DAC, jak i integra mogą pochwalić się architekturą dual-mono, więc obecność XLR-ów nie jest w ich przypadku li tylko zabiegiem kosmetycznym. W D4S znajdziemy po jednej kości ESS Sabre 9038Q2M na kanał, w pełni dyskretny, symetryczny stopień analogowy a w warstwie programowej dostęp do zestawu ośmiu autorskich filtrów (Fast Rolloff, Slow Rolloff, Linear Apodizing, Minimum Phase Fast, Minimum Phase Slow, Hybrid Filter, Brickwall, Optimal Transient). W I4s uwagę zwraca oprócz solidnego toroida i baterii kondensatorów o łącznej pojemności 40 000 µF na kanał klasyczny – oparty na Mosfetach, pracujący w klasie AB, zdolny oddać po 75W przy 8 i 120W przy 4 Ω stopień wyjściowy, w którym tranzystory przymocowano do masywnych miedzianych sztab, które z kolei chłodzi ww. cooler. Nad stabilnością pracy układu czuwa znany z referencyjnych modeli Canora technologia Error Correction.
Skoro tytułowy duet dotarł do nas jako zestaw, to logicznym było, że jako zestaw też go traktowaliśmy. Od razu jednak zasygnalizuję, że również i chwilę każdemu z komponentów dałem okazję na solowe występy, o czym nie omieszkam wspomnieć dosłownie za moment. Zanim jednak do tego dojdzie pozwolę sobie jedynie nadmienić, iż brzmienie obu Canorów, pomijając fakt grania solo bądź wespół/zespół, w głównej mierze zależało od ich … podłączenia. O ile bowiem po RCA oferowały nieco mniej angażujący, bądź jak kto woli bardziej relaksujący przekaz, to po XLR-ach całość nabierała więcej życia, energii i drajwu, więc biorąc pod uwagę własne preferencje właśnie w takiej konfiguracji je odsłuchiwałem.
Niemniej jednak nawet na XLR-ach nie sposób było odmówić słowackiemu duetowi wybitnej muzykalności i delikatnego ocieplenia, przez co nawet bardziej agresywny i mogący nieco onieśmielać nieobeznanych z tematem słuchaczy wypadał gęściej, intensywniej i skuteczniej angażująco. Przykładowo na obfitującym w szorstkie riffy i solidną perkusyjną młóckę „The Phantom Tomorrow” Black Veil Brides uwypukleniu został poddany aspekt melodyczny. Materiał zabrzmiał bardziej koherentnie, mniej nerwowo a jednocześnie bez spowolnienia i asekuracyjnych zaokrągleń. Z kolei „Savage Imperial Death March” kooperacji pionierów sludge/noise rocka Melvins z … legendą grindcore’u – Napalm Death oprócz natywnej szorstkości i surowości był w stanie przemycić nieco jazzowego wyrafinowania i nieoczywistych, progresywnych linii melodycznych. Oczywiście połamane tempa i brutalne wokalizy budowały właściwy twórczości obu kapel obłąkańczy i oparty na pozornej kakofonii spektakl, lecz słowacki zestaw dbał o to, by owe niekoniecznie najmilsze uszom słuchaczy dźwięki układały się w logiczną całość. Co ciekawe, niezależnie od złożoności, karkołomności i gęstości aranżacji I4S cały czas dzielnie sprawował pieczę nad najniższymi składowymi nie pozwalając im na samowolne zerwanie się z przysłowiowego łańcucha a tym samym nawet przy niemalże koncertowych poziomach głośności ich kontrola była utrzymana na wielce satysfakcjonującym, szczególnie biorąc pod uwagę deklarowaną przez producenta moc, poziomie.
Sięgając po nieco mniej ekstremalny, acz nadal daleki od spauperyzowanego mainstreamu repertuar w stylu ścieżki dźwiękowej do norweskiego serialu „Harry Hole” z łatwością można się przekonać, że Canory nie mają najmniejszych ograniczeń, jeśli chodzi tak o estetykę, jak i swobodę prezentacji. Z łatwością oddają zarówno niezwykle obszerną przestrzenność nagrań, jak i potrafią skupić się na pojedynczym instrumencie i to nim wypełnić międzygłośnikową przestrzeń. Z równą swobodą operują wieloplanowością i precyzyjnym ogniskowaniem źródeł pozornych na scenie a w przypadku wejścia gramofonowego I4S przyjemnie, acz z wyczuciem dopala i delikatnie przybliża średnicę, co szczególnie na starszych i „cieńszych” wydaniach z Rockiem i POP-em świetnie się sprawdza.
Podczas solowych występów również i D4S niespecjalnie czuł respekt przed zauważalnie droższym punktem odniesienia w postaci mojego dyżurnego Vitusa, jednak biorąc pod uwagę fakt, iż choć oba urządzenia pracowały u mnie jako USB-DAC-i to niestety za wąskie gardło pozwolę sobie uznać brak konwencjonalnego wejścia USB-B, gdyż obecne w nim USB-C praktycznie uniemożliwia bezpośrednie porównanie z lwią większością konkurencji. Warto zatem już przy zakupie słowackiego DAC-a, jeśli oczywiście nie chcemy być skazani na przysłowiowy kabelek od ładowarki telefonicznej, zadbać o stosowny przewód klasy co najmniej Melodiki Purple MDUAC / Supry z serii Blue. Chociaż patrząc na powyższą kwestię z drugiej strony w tym szaleństwie jest sporo sensu, bowiem o ile „przewodowe” drukarki a tym samym okablowanie USB A/B powoli odchodzi do lamusa o tyle jakąś ładowarkę z okablowaniem A/C ma chyba każdy z nas, więc nawet z czystej ciekawości może takowej sznurówki użyć po podłączenia z tytułowym DAC-iem, by nausznie przekonać się, ile dobrego da się wycisnąć z tabletu/laptopa.
Śmiem twierdzić, że duet Verto D4S & Virtus I4S udanie broni się nie tylko jako przedsionek, wstęp do „dorosłego” portfolio Canora, lecz również ma sporą szansę zjednać serca i nieco odchudzić portfele konsumentów do tej pory niezwracających uwagi na słowacką manufakturę. Atrakcyjny design, niezobowiązujące gabaryty i przede wszystkim świetne, pulsujące energią i uzależniające muzykalnością brzmienie sprawiają, że nie sposób przejść obok nich obojętnie
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Ze słowackim Canorem mieliśmy już wiele testowych przygód. Co bardzo znamienne dla tego podmiotu, zawsze ciekawych, bowiem okraszonych brzmieniem w dużym stopniu stawiającym na muzykalność przekazu. To jest konstrukcyjne motto jego mocodawców, dlatego gdy zapadła decyzja o przyjrzeniu się najnowszemu zestawieniu przetwornika cyfrowo-analogowego ze wzmacniaczem zintegrowanym z tej samej linii produktowej, byłem bardzo ciekawy, czy, a jeśli już, to jak daleko odeszli od swojego dawnego punktu widzenia muzyki. Nie oszukujmy się, czas mija, oczekiwania klientów nieubłaganie ewoluują, dlatego naturalną koleją rzeczy jest podążanie konstruktorów za wymaganiami rozkapryszonego rynku. Co w tym razem dostarczył nam białostocki dystrybutor Rafko? Otóż jak wspominałem, Canor idąc za oczekiwaniami rynku postawił na ciekawe rozwiązanie, w skład którego wszedł przetwornik D/A VERTO D4S oraz wzmacniacz zintegrowany Virtus I4S. Wydawałoby się, że kombinacja jest bardzo dziwna, bo nie ma dawcy sygnału, jednak, gdy spojrzymy na obecne trendy posiadania przez melomanów źródeł czy to plikowych, czy transportów CD, a nierzadko obydwu, okaże się, że to jest bardzo uniwersalne podejście do tematu, bowiem każdy decyduje co generuje zero-jedynkowe przebiegi z zapisanym w kodzie genetycznym muzyką. Jak zatem wypadł ów tandem? Naturalnie kilka strof na ten temat znajdziecie w poniższym opisie.
Wspominałem o oczekiwanych ewentualnych zmianach w stosunku do poprzedników? Już w samym wyglądzie mamy fajną korektę, gdyż nasi bohaterowie w kwestii aparycji idą obecnie panującą drogą nowoczesnego designu. Po pierwsze są przyjemnie kompaktowe, bo przy standardowej szerokości i głębokości do skrycia układów elektrycznych wykorzystują stosunkowo niskie skrzynki. Natomiast po drugie front jest jedną wielką połacią szkła, w centralnej części której zaimplementowano dedykowane dla każdej z konstrukcji, nieco inne w wyglądzie, czytelne z daleka wyświetlacze. Chodzi o to, że informator o stanie urządzenia w przypadku przetwornika jest ukryty pod szybką i może pochwalić się kształtem sporego prostokąta, natomiast we wzmacniaczu takowy został zorientowany w wielofunkcyjnej, co ciekawe obsługiwanej w sporym zakresie działania dotykowo, w głównej mierze będącej regulatorem głośności, okrągłej gałce. Przyznacie, że pomysł nie tylko fajny, ale przede wszystkim bardzo nowoczesny i na czasie. Co oferują oba urządzenia w temacie aplikacji w zastany tor audio? Otóż DAC standardowo przyjmuje pełen zestaw sygnałów cyfrowych (USB, OPTICAL, AES/EBU, SPDiF) z HDMI łączącym z telewizorem włącznie oraz oddaje analogowy w postaci XLR i RCA. Jeśli chodzi o wzmacniacz, ten w pierwszej kolejności równie typowo dla danego produktu przyjmuje sygnały w wersjach XLR i RCA – w tym wejście na wewnętrzny phonostage dla wkładek MM/MC, ale także oferuje przelotkę sygnału w standardu RCA. Naturalnie nie zapomniano również o terminalach kolumnowych. Oczywistą oczywistością jest, iż każdy z dwóch opisywanych komponentów w wyposażeniu ma zgrabnego pilota zdalnego sterowania. Na koniec zapewne bardzo ważną informacją dla wielu potencjalnych nabywców jest typ pracy wzmacniacza w klasie AB i oferowana moc na poziomie 75W przy obciążeniu 8 Ohmów. Co obsługuje przetwornik zaś znajdziecie w tabelce pod dwoma tekstami. Jest tego sporo i nie ma sensu przepisywanie długiej listy dostępnych cyfrowych standardów obsługiwanego sygnału.
Jeśli już na poziomie wyglądu zaobserwowałem zmiany, to czy konstruktorzy poszli tym tropem w odniesieniu do oferowanego brzmienia? Otóż po trosze tak. A po trosze – i dobrze, że tylko tyle – dlatego, że nadal dobre osadzenie w masie środka pasma i przez to oferowanie bardzo muzykalnego spektaklu jest oczkiem w głowie dzisiejszego zestawu, a ciekawe zmiany w moim mniemaniu dotyczą jedynie skrajów pasma. Ale spokojnie, inżynierowie ze Słowacji w kwestii zmian proporcji poszczególnych jego zakresów nie zastosowali krzywej w kształcie „U” na zasadzie płynnego podciągnięcia suwakami na korektorze basu i wysokich tonów. To raczej jest jedynie lekkie podniesienie rangi ich występów w przekazie do poziomu nieco większej, ale odpowiednio kontrolowanej energii dolnych partii pasma oraz ciekawego doświetlenia nienachalną iskrą najwyższych rejestrów. Efekt jest taki, że muzyka nadal stawia na esencjonalność, ale przy tym, gdy wymaga tego materiał, potrafi kopnąć i odpowiednio błysnąć, co sprawia, że z kolumn nigdy nie wieje przysłowiową nudą. Ale co bardzo ważne, takie postawienie sprawy nie daje efektu przerysowania prezentacji i męczącej nachalności podania muzyki. Za to według mnie fajnie zwiększa czytelność i namacalność wirtualnej sceny.
Dobrym przykładem na udaną korektę brzmienia oferty Canora była płyta „Solo” ostatnio często wałkowanego przeze mnie Wojtka Mazolewskiego. To wbrew pozorom trudna do pokazania jego zamierzeń, bowiem stawiająca i na szybkie zmiany tempa i na wyrazistość akcentowania impulsów muzyk. A żeby tego było mało, znakomicie, bo z maksymalnym ograniczeniem kompresji zrealizowana, co daje nie tylko efekt jakby głośniejszego brzmienia przy tym samym poziomie volume na gałce głośności w stosunku do innych realizacji płytowych, ale także zjawiskowego akcentowana pojedynczej, często agresywnej w ataku i energii nuty. To tak naprawdę nie jest muzyka jako taka, tylko bezlitosny tor przeszkód dla systemu. Wiem to z autopsji, gdyż słucham jej ostatnio podczas testu znakomitej większości urządzeń i nierzadko nie uzyskuję zawartej w niej ekspresji. Na szczęście zestaw południowych sąsiadów bez problemu dał sobie z nią radę. Naturalnie w wartościach bezwzględnych na miarę swoich możliwości, jednak w odniesieniu do wcześniejszych sposobów na muzykę spod tego znaku towarowego bez problemu. A wynik był pokłosiem wspominanego wzmocnienia umiejętnie kontrolowanego uderzenia dolnym zakresem i przyjaznego dla ucha, a nawet powiedziałbym, że oczekiwanego wyostrzenia krawędzi w wyższych jego partiach. Reasumując te sesję przyznam bez problemu, że zamierzenia pana Wojtka zaskakiwania mnie każdym akordem zarejestrowanego materiału zostały w stu procentach w cały czas trzymającej mnie w estetyce emocjonalnego napięcia zrealizowane.
A co z solidniejszą dawką scenicznej energii? Tym razem na tapecie wylądowała grupa Metallica z materiałem „72 Seasons”. To na tyle zróżnicowana tak pod względem solidności impulsu, jak i jego szybkości narastania płyta, że gdy system sobie nie radzi z sygnalizowaniem początku i końca tworzenia poszczególnych fraz, to to, co wydobywa się z kolumn, jest zwyczajną sieczką. Oczywiście taka sytuacja wymaga od zestawu audio stosownej akcentacji każdego z podzakresów, co jak sygnalizowałem na samym początku, było udanie wprowadzonym w życie zabiegiem pomysłodawców testowanego konglomeratu. Dzięki temu muzyka oferowała nie tylko wymagany pakiet ataków skomasowaną masą, ale także dzięki utrzymaniu czytelnej krawędzi i blasku dźwięku nie miała problemów z utrzymaniem drive’u prezentacji. Dlatego też z sobie tylko zawdzięczanym spokojem zestaw Canora radził sobie z przecież zbuntowanymi wewnętrznie muzykami jak z przysłowiowymi dziećmi.
U kogo na półce widziałbym tytułowy zestaw przetwornika D/A i wzmacniacza zintegrowanego Canor Verto D4S & Virtus I4S? Naturalnie w pierwszej kolejności u melomanów czerpiących przyjemność z obcowania z muzyką nasyconą i lekko okraszoną nutą wyrazistości skrajów pasma. Oferta Canora jest w tym zakresie znakomita. A co z resztą populacji parającej się naszym hobby? Powiem krótko, jedynymi mogącymi mieć problem z zaakceptowaniem zastanej sytuacji mogą być piewcy maksymalnej szybkości narastania sygnału i wyrazistości podania muzyki. Słowacki tandem nie pójdzie drogą tak zwanego kaleczenia uszu, dlatego osoby nastawione na agresję ponad wszystko muszą szukać zabawek dla siebie gdzie indziej. Reszta natomiast przy odrobinie wiedzy na temat konfiguracji systemów i szczypcie otwartości na zastany sposób na muzykę moim zdaniem bez problemu znajdą ze Słowakami fajną nić porozumienia. A znajdą dlatego, że to naprawdę nie tylko muzykalny, ale także oferujący dużo radości w brzmieniu zestaw.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Rafko
Producent: Canor
Ceny
Canor Verto D4S: 11 395 PLN
Canor Virtus I4S: 12 795 PLN
Dane techniczne
Canor Verto D4S
Zastosowany układ przetwornika: 2 x ESS9038Q2M (Dual-mono)
Wejścia cyfrowe: USB-C (PCM do 24-bit / 768 kHz & DoP DSD do DSD256 & natywnie DSD do DSD512); AES/EBU, Coax, 2 x optyczne, HDMI (PCM do24-bit / 192kHz)
Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR
Impedancja wyjściowa: 100 Ω RCA; 200 Ω XLR
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz / < -0.1 dB
Zniekształcenia THD: < 0.0005 %
Napięcie wyjściowe: 2 VRMS RCA; 4 VRMS XLR
Odstęp sygnał/szum: > 112 dB (A-wt)
Przesłuch: < -127 dB
Wymiary (S x W x G): 430 x 75 x 300 mm
Waga: 8 kg
Canor Virtus I4S
Moc wyjściowa: 2 x 75 W / 8 Ω; 2 x 120 W / 4 Ω
Moc wyjścia słuchawkowego: 580 mW / 30 Ω; 190 mW / 300 Ω
Wzmocnienie: 35.5 dB
Czułość wejściowa: 380 mV
Wzmocnienie przedwzmacniacza gramofonowego: MM 40 dB / 46 dB; MC 60 dB / 66 dB
Współczynnik tłumienia (przy 1 kHz): 330 / 8 Ω; 160 / 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz / < -0.2 dB
Impedancja wejściowa: 50 kΩ RCA; 100 kΩ XLR
Wejścia analogowe: para RCA (Phono); 2 pary RCA; para XLR
Wyjścia analogowe (regulowane) para RCA
Wyjście słuchawkowe: 6.3 mm jack
Zniekształcenia THD: < 0.005 % / 1 kHz, 5 W
Odstęp sygnał/szum: > 90 dB
Wymiary (S x W x G): 430 x 75 x 310 mm
Waga: 12 kg
Opinion 1
Most of you, our readers, certainly know, that this is not our first encounter with the Danish manufacturer Zikra Audio. However, not many would realize, that this time we took their flagship design for a test ride. The construction was very intriguing to me when I was arranging its visit, because every previous clash with the Danes always ended with a positively surprising sound result. However, not in the sense of duplicating the aesthetics of the tube sonic style by the tested designs, but in the way of approaching the creation of lower registers. Registers that, despite the many advantages offered by devices based on electron tubes, are for me the proverbial Achilles’ heel in the understanding of the perfect presentation of music. What do I mean with that? Of course, no uncompromising descent and condensation of the offered bass energy, which, in my ranking of expectations, makes it the weakest link in reproducing the music I listen to. And this is exactly something that our hero can handle unbeatably well, in a way known only in itself. So, what visited my sound sanctuary this time? As I mentioned, the top of the line, distributed by the Gdańsk based Premium Sound, heavy as hell and equally large, monophonic power amplifiers Zikra Audio 211 Nano X Core Silver Wired. Although they were promised to visit us about a year ago, and only made it now, the most important thing is that they are finally here. Taking into account the information I just provided, do you feel at least a hint of curiosity, just like I do? If so, I have no choice but to invite those interested to read a few paragraphs about the sound of the power amplifiers you can admire on the photographs.
To describe the appearance of the amplifiers a little, I need to share some important basics first. First is, that the manufacturer used a typical, for this type of construction, chassis, consisting of a platform housing the electron tubes and the rectangular transformer cups, hiding the electric circuitry inside. Interestingly, when you compare these “catafalques” with those used in previously tested amplifier models, you will see slight changes in their finish. Previously, these cups were grey, finished quite roughly, as provided by the company manufacturing the transformers, and now, due to the head of Zikra not accepting their looks, the company changed them to a version which is rounder at the edges and varnished in glossy black. As for the layout of the elements used on the upper cover of the platforms, we have a set of control and power tubes at the front, and transformers staying behind them. An interesting fact is that both monoblocks were designed as a mirror image, which is the opposite of what the mainstream proposes, where due to the reduction in production costs both channels are exactly the same, and that approach gives the tested amplifiers an added effect of visual elegance. For many of you, this may be a cliché, but for people who love to take care of the aesthetics of their appearance, this approach is very important. As for the parameters, the most important is the output power, easily reaching 35W. This, in turn, knowing that Watts from a tube are “different” than those made by solid state amplifier, allows us to put forward a thesis, that the tested amplifiers are able to provide sufficient power for the vast majority of loudspeakers. As for other important technical data, due to the lack of so-called wishful thinking, which is not customary in the competition, I will only use a reliable description of the constructor’s achievements quoting the information provided by the distributor:
„Zikra Audio has used an extremely extensive and well-thought-out anode power supply operating at a voltage of up to 1200 V in its 211 monoblocks. The key element here is a multistage filtering circuit based on large chokes and a large bank of capacitors, which is used to maximize the smoothening of the power before it gets to the power tubes.
The manufacturer did not compromise here – the solution used allows to reduce residual interference to the level of only about 0.11 mV. In practice, this means an absolutely black background and no power hum. This is a result that not only goes beyond the standards of tube designs, but boldly touches the reference level.
Also noteworthy is the rectifier section, where two 5R4WGY rectifier tubes are connected in parallel. This lowers the internal impedance of the power supply and improves its current efficiency, which has a direct impact on voltage stability in dynamic moments of recording. In other words, the amplifier does not „pump” on pulses and retains full freedom even with very demanding material.
The whole is complemented by reliability-enhancing elements, such as a starting current limiting system, which is crucial for the durability of tubes and components at such high voltages and large capacities.
In listening, this translates into the silence of the background, from which the music emerges with exceptional clarity, as well as a sense of freedom and control, especially in terms of microdynamics.”
As you can see from the above text, the construction itself is interesting, so there is no need to dilute the text with additional descriptions, so let us move on to the description of its sound.
What can I say about the strongest amplification from Zikra Audio’s portfolio? Of course, first of all, I am obliged to mention that it consistently showed how the lower range should be reproduced. Very good attack, descent and control of its actions made the music sound coherent and appropriately aggressive. Yes aggressive, because the usual making life more pleasant by a tube, without a specific impact with a clear and strong impulse of the lower range, often causes a slight loss of elements that are so important for showing the artists’ intentions, to ensure an appropriate level of expression of their performance on stage. Admittedly, compared to the previously described models, the drawing of not only the bass itself, but also the perfectly legible virtual sources in the 211 was not as sharp, but it was the result of a general increase in the plasticity of the sound, and not a result of any problem. And what do I think about the rest of the sound components? As I mentioned, the sound was generally more fluid. All the time it served up a good attack and differentiation of the energy of the recordings, but the main idea was a greater share of smoothness. However, I am not really sure if it was entirely how the music was presented by the amplifiers, or a result of a marriage with a solid-state preamplifier, and not a tube, or even better, a company preamplifier. Why am I mentioning this? Of course, because I know the sound of the company preamplifier, based on the test I did. That preamplifier was the first device of this brand hosted by me, and it clearly showed that the bass for Zikra is an extremely important element of the presentation, and therefore is appropriately solidly articulated. And in case of a rather expressive solid state power amplifier, the sound does not have to be so expressive. However, apart from considerations about the line preamplfier used, one thing is certain, the 211 Nano X Core Silver Wired has consistently followed the path of showing the world of music seething with emotions. Of course, not its full spectrum in the sense of taking on high-performance electronic works, which are quite a challenge for every tube, but well-realized rock or free-jazz were a so-called piece of cake for the tested device. It reproduced the reality of a given musical material so well that the system configured in the test perfectly showed not only the full spectrum of the virtual stage in every dimension with the appropriate height of suspension of virtual sources, but also a realistically tangible image of them in 3D space.
As far as the clash of my conclusions with real music is concerned, the described skills of the tested monoblocks are very well evidenced, for example, by the sacral music performed by Jan Garbarek with the vocal formation of The Hillard Ensemble in the form of the album „Officium”. It is a session recorded live and in a large monastery, which, when your stereo system fails to cope with the proper location of stage entities, their legibility and the diversity of the energy used by each one – of course, including those being a response to the omnipresent echo – colloquially speaking, dies. In order not to experience such a failure, firstly, the projection of this work, taking into account the sound sources used in it, must of course be shown with appropriate plasticity. Secondly, it must be filling the room hosting the musicians freely. And thirdly, with a good definition of attack, transparency and tightening of individual phrases. As you can guess, our hero had not the slightest problem with the implementation of all the points mentioned by me. I will even say more. Compared to the more expressive edges of sound from the previously tested simpler constructions, the plasticity mentioned at the very beginning of the description of this amplifier, turned out to be a great way to show how the bar for the quality of the presentation was raised. And to be honest, at the very beginning, when I heard this style of playing of the Zikra flagship, I was a little scared, and what I finally got was a positive Zonk.
But what about heavier playing? As I pointed out, electronics using artificial sounds at the level of 20 Hz may not have been bad, but should rather be played by powerful transistor gear. But even Rammstein on the album „Zeit”, or AC/DC with my favorite album „Highway To Hell” sounded at the level of expression required by me. And it is expression in the sense of the amount of energy, its differentiation and descent into the lower octaves used by the instruments. The visualization of these trends was so emotionally engaging that the initially perceptible slight embellishment of the music with smoothness, as if by magic, disappeared into non-existence in one second. And I would even say that in most cases it was a drug that improves the reception of music. It does not determine the full spectrum of the reproduced music, but gives specific phrases an aesthetics presentation appropriate for a given repertoire, something, which is not so obvious.
To whom would I recommend the eponymous tube duo from Denmark? I will express my opinion in two versions. The first one will be an unconditional encouragement to all music lovers who love music with a capital „M”. The Zikra Audio set will provide you with a smooth sound supported by the right momentum and controlled energy, which will allow you to immerse yourself without restrictions in the vast majority of music. And not because it will always be cuddly, but because the set will be able to show a given material in the aesthetics of expressiveness reserved for it. In the case of using a line preamplifier from a different manufacturer, with a hint of fluidity, but always with a breath of joy, like in my system. On the other hand, the second, unfortunately only just announced in e-mail contacts with the manufacturer, version of the monoblock recommendation will be the assumption of an even better performance of the amplifiers with a split preamplifier tailored to support them at the level of company design, as befits an extreme High End. I have explained the reason for this turn of events in the text. So if you are seriously interested in acquiring the aforementioned power amplifiers, and they were already satisfying in the configuration with the line pre you already own, you should listen to them in the company’s setup once it becomes available. Following the on-screen truth from the movie „Boys Don’t Cry”, of course, I will not cut my hand off for the result of such a marriage, but without the slightest problem I will bet a box of pears against a box of apples, that the Zikra Audio set, colloquially speaking, will cook you. I have no idea what you will do, but I know that I will take advantage of the manufacturer’s proposal and for my own experience I will be happy to listen to his idea of amplifying the audio signal from beginning to end. Time will tell how it will be. However, one thing is certain, it will happen. I just hope that it will not be so good that I will have to purchase such a set as a stepping stone from the everyday solid-state amplification I have. And not because it is demanding on the wallet, but simply because I would have a problem with finding a place for another extensive amplifier set, because the rest of the aspects related to its purchase would only be a celebration of the full joy of listening to music.
Jacek Pazio
Opinion 2
Although for the general population, global corporations are behind all kinds of devices that play music, for a tiny amount of at most a few tenths of % of homo sapiens infected with audiophilia nervosa, the area of search for specialized equipment are small, very often one-person manufactories. Entities run by true enthusiasts, for whom sales volumes, conquering new markets, or subordinating their own creativity to simple Excel calculations do not matter. For obvious reasons, resulting from physical limitations of processing capacity, their catalogs contain only a few, at most a dozen models, usually not so much available immediately, but made to individual order submitted after listening to demonstration copies. Is this strange? It is possible, although rather for the generation of the youngest consumers, who are used to spontaneously clicking on global sales platforms that guarantee instant delivery, but for recipients who are aware of the essence of „handicraft” and the strictly artisanal pace of work, it is rather a time to strengthen relations with the manufacturer itself or its local representative, and at the same time to build awareness of getting out of the shadow of mass anonymity. I assume, and based on empirically gained experience, I consider this assumption to be close to certainty, that such purchasing decisions are not the work of chance and the result of an unreflective, buffered with the possibility of free return, clicking „buy now”. In such cases patiently waiting for your unit, you can always ask about the nuances that bother you, and a certain customization is in such cases not unusual. And it is from the circle of such micro-manufacturers that we once again have the pleasure to welcome the Danish brand Zikra Audio to our modest doorstep, thanks to the top monoblocks 211 Nano X Core Silver Wired in the High Gain version.
There is no denying that the eponymous pair visiting us, looks extremely phenomenal. Made of polished steel, the slim bodies are mirror images of each other, so we do not get two identical pieces, as was the case, for example, with the Air Tight ATM-2211, but a left and right monoblock, which we can of course swap places by adjusting their position to our own taste or connection needs. And so, the center of the front „landing site” is occupied by a single 211 power tube, which, at least according to the instructions, is accompanied on the left by a 5U4G rectifier (in our case 274 Emission Labs) and on the right by an EZ81 rectifier and a EC8010 operating in the input stage. However, this is not the end of the attractions, because in the background, between the „silos” protecting the transformer and chokes, there are two more Chatham 5R4WGA rectifier tubes working in the power supply. Both the line inputs (single RCA) and the speaker terminals dedicated to 4 and 8Ω loads and the power socket are mounted horizontally on a small „shelf” behind the transformer covers. As for slightly more detailed technicalities, as you can easily guess, we are dealing with SET – Single-Ended Triode designs and, as the name itself indicates, internally wired wires made of pure silver in sheaths made of natural cotton and silver-plated copper in Teflon insulation in the power supply. The internal components were assembled in the point-to-point technique.
I assume that apart from both the appearance and the technicalities, the most interesting question for potential buyers is how the Zikra Audio 211 Nano X Core Silver Wired sound, because by depleting the household budget by a tiny 45.5k€, you can raise the bar of your own expectations to any ambitious level. And I must honestly admit that only lovers of dissecting-room like sterility and laboratory analyticality may feel some unspecified dissatisfaction after contact with the Zikras. Not only do the Danish monos combine a truly holographic resolution with creamy smoothness of presentation in an extremely successful way, but for their rather limited power capabilities, they coped quite briskly with our two tower speakers. On the non-committal repertoire in the style of Paloma Dineli Chesky’s „Memory”, they effortlessly conveyed the three-dimensionality of the recording with precisely placed musicians and a great reproduction of the reverberation aura surrounding them. Adding to this the velvety juiciness of the colors, avoiding stereotypical tube oversaturation, their characteristics could easily be considered charmingly relaxing and at the same time not falling into the safety „roundness” that some of the recipients who are just entering the world of High-End can expect from tubes. I also did not notice any signs of attempts to look for shortcuts and simplifications during listening to a more complex repertoire, and although on „Parasomnia” by Dream Theater the Zikras were dangerously close to the end of their capabilities, but all in all, both broken melodic lines and dense arrangements sounded with appropriate power and genre weight. In addition, the above-average communicativeness of the sound drew attention. Petrucci’s solos had extraordinary energy, Portnoy’s drum kit, expanded to truly gargantuan proportions, used the capabilities of both channels without hesitation, prompting the woofers to work hard every now and then, and LeBrie’s vocals themselves did not tire even at the end of the album. Of course, I am well aware that it is impossible to squeeze such a mathematically precise cacophony out of a 30-Watt tube as you can from a several-hundred-watt transistor welder, but it is safe to say that if only Dream and similar bands end up with the „brutal” shelf of our file/CD portfolio, then we can successfully take Danish tubes into account. And if the lion’s share of our music collections qualifies as „civilized”, then there is nothing to worry about at all, but to think about what to connect the title monos with, because while with Gryphon Commander we got an extremely balanced, mature and, in absolute terms, a bit darkened, or even discreetly calmed down sound, our experience with the company’s preamplifier made it clear, that from the 211 you can successfully get even higher resolution and holography combined with the truly alpine crispness of a sunny morning. In addition, the company’s preamp has a chance to add more engaging microdynamics, which will certainly be appreciated by lovers of listening at fairly low volume levels. And although I will not say that this aspect bothered me during editorial sessions, with the Gryphon pre the 211 Zikra „opened” fully only at medium doses of decibels, at lower doses simply playing „nice and pleasant”. It is also worth doing some gymnastics with the selection of optimal speakers, because the very fact of „coping” with the Gauders at the level represented by Zikra should only be a starting point rather than the end of the search. Easier to control, more effective designs will allow the 211s to spread their wings and thus slightly push the boundaries of the brutality of the reproduced thud.
To sum up, I have no choice but to say that the Zikra Audio 211 Nano X Core Silver Wired monoblocks in the High Gain version can confidently claim to be an extreme High-End, and with the company’s preamplifier we can successfully talk about a dream system for the most demanding audiences. However, as it happens in life, it should be mentioned that this is a proposal for audiophiles and music lovers who are fully aware of their own expectations, because if someone’s ambition is to explore the darkest corners of death and black metal, and at the same time almost concert doses of decibels are the order of the day, then common sense and practice suggest that it would be much wiser to reach for some transistor welders. Nevertheless, if the budget and conditions of the venue allow, especially with a full Danish set, then the possibility of daily use of the effects of Michael Zingenberg’s joyful work seems to be the fulfillment of all audiophile desires, and the only concern of their owner becomes only finding enough time to fully enjoy them, and I mean the Zikras, not desires.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– Streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Commander
– Power amplifier: Gryphon Audio APEX Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
– Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
– USB cable: ZenSati Silenzio
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: SME 60
– Cartridge: My Sonic Lab Signature Diamond
– Phonostage: RCM Audio The Big Phono
– Clamp: Omicron Luxury Clamp
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Polish distributor: Premium Sound
Manufacturer: Zikra Audio
Price: 44 000 € (Low Gain), 45 500 € (High Gain)
Specifications
Output tube: Emission Lab 211
Input tube: EC8010
Fuse: 3A
Output: 32 W / 4, 8 or 16Ω
Frequency band: 12-115kHz
Connections: RCA/WBT
Dimensions (W x D x H): 330 x 450 x 250 mm
Weight: 50 kg
Najnowsze komentarze