Opinia 1
Mając za sobą dwa spotkania z podstawową linią przewodów niderlandzkiej manufaktury Extraudio (USB i głośnikowymi) mogliśmy dalej eksplorować poziom One, bądź zgodnie z chronologią wziąć na tapet reprezentantów oczko wyższego Two. Traf jednak chciał, a dokładnie chełmżyński dystrybutor Quality Audio był na tyle uprzejmy, że chcąc tak naocznie, jak i nausznie zaprezentować metalurgiczne umiejętności ekipy z Leidschendam, raczył był dostarczyć do naszej redakcji topowe 3-ki. I o ile głośnikowce z owej królewskiej linii jeszcze moment na swoje przysłowiowe pięć minut sławy muszą poczekać, to w ramach dzisiejszego spotkania pochylimy się nad wielce eleganckimi łączówkami Extraudio XLR Three.
Jak zdążyliśmy już zasygnalizować w ramach sesji unboxingowej i potwierdzić powyższą galerią o ile przy elektronice zespół Extraudio nie tylko lubi, lecz i umie zaszaleć z kolorami (vide pomarańczowe XP5 & XP-A1500) o tyle w okablowaniu kurczowo trzyma się stricte wieczorowego dress code’u, czyli dystyngowanej czerni i równie eleganckich dodatków. W przypadku XLR Three oznacza to kruczoczarną, mięsistą plecioną koszulkę zewnętrzną, ozdobne trumnopodobne mufy z oznaczeniem modelu i kierunkowości oraz wzorowane na CF-601M-N1(R) / CF-602F-N1(R) Furutecha masywne wtyki z rodowanej miedzi tellurowej z charakterystycznymi carbonowymi banderolami. Co do przekroju, geometrii samych przewodników, czy ich izolacji oraz ekranowania nie wiadomo absolutnie nic. Jedyne o czym łaskaw był wspomnieć szanowny wytwórca, to zastosowanie w ich produkcji kriogeniki i to by było na tyle. Pozostaje nam zatem tylko test na tzw. macanta i organoleptyczne stwierdzenie, iż łączówki pomimo solidnej średnicy są zaskakująco wiotkie i nie wykazują nawet najmniejszych tendencji do sprężynowania, więc ich aplikacja w zasprzętowej przestrzeni jest czystą przyjemnością. Ponadto po kilkutygodniowych testach z niekłamaną satysfakcją pragnę poinformować, iż pomimo wspominanej mięsistości wierzchniej otuliny 3-ki nie wykazują apetytu na „łapanie” i gromadzenia na sobie kurzu, czego można byłoby, kierując się li tylko aparycją, spodziewać.
Przechodząc do części poświęconej walorom brzmieniowym dzisiejszego gościa i z racji kompletnej niewiedzy co do jego anatomii, a więc de facto nie posiadając żadnego punktu zaczepienia mogącego stanowić choćby delikatną wskazówkę a zarazem nie mając danych dotyczących jego przebiegu po prostu bez jakichkolwiek, nawet podświadomych oczekiwań, wpiąłem go w swój system i przez pierwszych kilka dni traktowałem czysto użytkowo. Znaczy się wzorem frakcji antykablarskiej, stwierdzając li tylko fakt jego działania i na tym poprzestając. Jednak po ochronnym okresie akomodacji żarty się skończyły i jego obecność, a dokładnie jego wpływ na efekt finalny – brzmienie mojej układanki, wreszcie mogła zostać zweryfikowana i oceniona. Całe szczęście z tym nie było najmniejszego problemu, gdyż Three ani myślał udawać, że go nie ma, a jego natywna sygnatura może nie tyle epatowała z każdego docierającego mych uszu dźwięku, lecz była równie wyczuwalna, jak miód z imbirem w gorącej herbacie. Mówiąc wprost pojawienie się topowego niderlandzkiego interkonektu zauważalnie przyciemniło i zagęściło przekaz w stosunku do tego, do czego zdążył przyzwyczaić mnie stanowiący punkt odniesienia WK Audio TheRed a jednocześnie pokazało skalę i rozmach zdecydowanie przekraczające możliwości niżej rangi rodzeństwa. Co ciekawe powyższe zmiany nie wpłynęły degradująco na ogólną rozdzielczość przekazu, więc zarówno na rockowym „Going to Hell” The Pretty Reckless, jak i okołojazzowym „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki wszystko zostało na swoim miejscu i niczego nie brakowało a jedynie zmieniła się perspektywa i narracja. W dodatku wszędzie tam, gdzie dotychczas rockowy pazur potęgowały wszelakiej maści szorstkości, wizgi i zgrzyty, przy Extraudio cały czas pozostawały one obecne, niemniej jednak ich egzystencja nie tyle absorbowała i od czasu do czasu wbijała szpilkę w ucho, co jedynie intensyfikowała i dociążała brzmienie stanowiąc jeden z wielu składowych misternej układanki.
Zmiana repertuaru na klasyczny i to zarówno ten kameralny – „’Diavolo’: Giuseppe Tartini – 6 Violin Sonatas” La Serenissima / Adrian Chandler, jak i pełno-gabarytowy – symfoniczny („Symphony No. 8 in E Flat Major „Symphony of a Thousand”” Los Angeles Philharmonic / Gustavo Dudamel ) odkryła kolejne oblicze niderlandzkiej łączówki, czyli idącą w parze z wysokiej próby rozdzielczością ponadprzeciętną … koherencję, w rezultacie czego choć nadrzędną rolę odgrywała całość – kompletny obraz kompozycji, bez trudu można było w owej całości dostrzec i jeśli taka była nasza chęć wyłuskać partię poszczególnego instrumentu z jego dokładną lokalizacją na scenie. A właśnie, wspomniane na wstępie lekkie przyciemnienie prezentacji nie tylko nie ukryło w cieniu dalszych planów, lecz jedynie szczelniej i skuteczniej zaczerniło ziejącą za nimi „aksamitną otchłań mroku” nadając całości iście hollywoodzkiej spektakularności. Chociaż … skoro o Hollywood mowa, to niejako na koniec nie mogłem odmówić sobie ponad godziny z takowym mrokiem, więc na playliście wylądował „The Dark Knight Rises” Hansa Zimmera i … to było to. Tytułowy interkonekt świetnie oddał klimat i nastrój soundtracku umiejętnie budując napięcie, potęgując podskórny niepokój i kiedy trzeba trzęsąc posadami mojego lokum. Warto w tym momencie wspomnieć, iż Extraudio najniższe składowe prezentuje z satysfakcjonującą precyzją i zróżnicowaniem, lecz reprezentuje raczej plastyczną i nieco krągłą stronę mocy, więc raczej nie należy oczekiwać po nim zbytniej chrupkości, czy wręcz analitycznego chłodu. Kontury kreślone są więc nieco grubszą kreską, więc jeśli wzmacniacz i/lub kolumny mają podobne inklinacje to o ile nie jesteście Państwo psychofanami drum’n’bass-owego undergroundu, to przed zakupem lepiej taką konfigurację przetestować na żywym organizmie, czyli w zaciszu własnych czterech ścian.
Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika, iż Extraudio XLR Three to przewód wprost wymarzony dla wszystkich tych, który w dążeniu do prawdy o krok, bądź nawet dwa popadli w zbytnią analityczność i prosektoryjny chłód. Nie oznacza to jednak wykluczenia aplikacji naszego gościa w zrównoważonych tonalnie systemach. Bowiem również i w nich czarować może dojrzałością barw i iście stoickim spokojem. Dlatego też jeśli zamiast sztucznej ekscytacji i niczym nieuzasadnionych fajerwerków szukacie Państwo wyrafinowania i iście wieczorowej elegancji to Extraudio z pewnością spełni Wasze oczekiwania.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak zapewne wielu z Was wie, znany z ciekawie brzmiącej elektroniki niderlandzki producent Extraudio jakiś czas temu rozszerzył swoją działalność o segment okablowania audio. Na chwilę obecną nie jest to jakaś bardzo długa lista, jednak nie czekając bezczynnie na rozwój wypadków dotychczas mieliśmy już okazję przetestować dwie propozycje. Pierwszą była cyfrowa łączówka USB One, zaś drugą kabel kolumnowy Speker One. Oczywiście o wynikach z naszych spotkań z nimi możecie przeczytać w stosownych opisach w pierwszej wolnej chwili, natomiast dziś potencjalnych zainteresowanych zapraszam na kolejny test z tego zakresu działalności firmy. Co tym razem trafiło na tapet? Otóż w trzecim recenzenckim podejściu do okablowania pochodzącego z landu w sporej części położonego poniżej poziomu morza zajmiemy się przesyłem sygnału analogowego, a będzie nim dostarczony przez stacjonującego w Chełmży dystrybutora Quality Audio interkonekt Extraudio Three XLR.
Gdy podjąłem próbę zdobycia kompletu informacji o naszym bohaterze, jak zwykle odbiłem się od zwyczajowego ostatnimi czasy skrywania najbardziej wrażliwych danych. Oczywiście chodzi o popularność kopiowania wszystkiego co się da sprzedać przy minimalnym wkładzie własnej pracy i braku jakiegokolwiek doświadczenia, co ochronę swoich dóbr podnosi do rangi priorytetów pozwalających przetrwać w opanowanej wolną amerykanką biznesowej dżungli. Jednak, aby zasiać w potencjalnych kupujących nutkę pożądania producent celowo nie zataił wszystkiego. Co zatem wiemy? Niby niewiele, ale z drugiej strony jednak coś. Choćby to, że do budowy żył sygnałowych w tej serii okablowania użył kriogenizacji. Kolejną informacją jest sygnalizacja, iż dalszym procesie produkcyjnym zastosował elementy antymagnetyczne. A swoje zdradzanie wrażliwych danych zakończył notką wykorzystania w złączach miedzi tellurowej, rodu i pochodnych węgla. Tyle wiemy. Mało, czy dużo, tak naprawdę nie ma znaczenia, gdyż najważniejszym jest efekt, jaki przyniesie zastosowanie rzeczonego XLR-a w docelowym systemie, co w kolejnym akapicie postaram się Wam przybliżyć.
Co mogę powiedzieć o efekcie wpięcia XLR Three w mój system? Po pierwsze wzrosła waga dźwięku, a w szczególności nasycenie średnicy. A po drugie w efekcie poprzedniego działania poprzez zbliżenie pierwszego planu o pół kroku w moją stronę zyskało poczucie większej namacalności kreowanych źródeł pozornych. Jednym słowem muzyka nabrała zaskakująco pozytywnie wypadających rumieńców, gdyż choć minimalnie zwolniła w kwestii ataku dźwiękiem i jego ostrości, ale udanie unikając stanu jak po zażyciu Pavulonu, czyli nie serwując mi będącego efektem przesłodzenia prezentacji efektu nudy nadal epatowała dobrym timingiem, a przy okazji z fajnym feedbackiem bliższego obcowania z artystami przesiadłem się o dwa rzędy bliżej do wirtualnej sceny. A jeśli tak, chyba nikogo nie zdziwi fakt, że w takim przypadku twórczość stawiająca na łechtanie duszy romantycznego melomana czerpała z dobrodziejstw pełnymi garściami, zaś ta buntownicza nie tracąc nadmiernie animuszu dostawała często bardzo potrzebnego jej do wyrównania niedoborów wagi średnicy energetycznego kopa.
Chcąc potwierdzić przypuszczenia odnośnie odbioru sposobu na muzykę według Extraudio pierwszej grupy moich pobratymców w napędzie CD wylądował materiał fortepianowy Sokołowa „The Salzburg Recital”. A wylądował po to, aby przekonać się, czy dodatkowa szczypta body serwowana przez naszego bohatera nie zabija dźwięczności i odpowiedniej dostojności jednak bardzo trudnego do poprawnego oddania instrumentu. I muszę powiedzieć, że oprócz przesiadki nieco bliżej sceny i tym samym odczuwanie większej energii niskich, ale nadal dobrze kontrolowanych akordów i odrobinę mniej ekspansywnego wybrzmiewania tych najwyższych, bez problemu została zachowana nie tylko ekspresja raz szybkich, a innym razem wolnych, odgrywanych przez solistę pasaży, ale także wciągająca mnie z łatwością w wir wydarzeń nuta swobody wypełniania przezeń mojego pomieszczenia. Bałem się efektu ulania „klawiszowca” w jedną nazbyt zwartą bryłę, a tymczasem dostałem spektakl z wieloma ciekawymi akcentami natury energii i płynności wybrzmiewania.
Na przeciwnym biegunie postawiłem moje alter ego z młodości w postaci formacji AC/DC i jej kultowy album „Highway To Hell”. Jeśli system nadmiernym spowolnieniem zawartego w tej muzie szaleństwa zraniłby moją duszę, nie wiem, co by się wydarzyło. Na szczęście nic takiego się nie miało miejsca. Oczywiście pewne skutki typu pogrubienie instrumentów i ogólny wzrost ilości energii grania pełnym składem zauważalne były od pierwszego akordu, ale jak przypuszczałem, był to zastrzyk dobrodziejstw z tych ciekawie odbieranych. Lekko upłynniający, za to odbierany jako fajne podkręcenie soczystości przekazu, dlatego także w tym przypadku bez problemu mogę powiedzieć, że Niderlandczyk wyszedł ze starcia z tarczą. W innych kolorach, aniżeli mam na co dzień, ale ważne, że nie poległ, co często w przypadku nasycania prezentacji się zdarza.
Komu zaleciłbym soniczną kurację tytułową łączówką? Oczywiście wszystkim rozkochanym w muzykalnym sposobie podawania słuchanego materiału. Zapewni świetną soczystość, a przez to namacalność, ale przy tym raczej będzie unikał zabijania kreatywności w powoływaniu pojedynczych dźwięków przez czy to klasycznych, jazzowych, czy choćby rockowych artystów. Na swój sposób ich lekko podretuszuje, jednak nie wywróci przysłowiowego stolika do góry nogami. A komu by, go odradził? Naturalnie piewcom rysowania wydarzeń muzycznych przysłowiowym skalpelem. To nie jego domena i szkoda prądu, aby potem potencjalną porażkę konfiguracyjną zwalać na niego. Zatem jak widać na moich przykładach audio-freaków, wybór jest jasny i zależeć będzie od Waszego umiejscowienia się w jednym z obozów. Prościej polecić się nie da.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Extraudio
Cena: 21 700 PLN
Opinia 1
Śmiem twierdzić, że czasy gdy jedynie na produkty zza żelaznej kurtyny, ze szczególnym uwzględnieniem tych zza wielkiej wody – amerykańskie i japońskie patrzyliśmy z niemalże religinym uwielbieniem a nasze – „demoludowe” traktowaliśmy jako zło konieczne i wyroby „czekoladopodobne” już dawno minęły. Bez trudu bowiem z centralno – wschodnioeuropejskich marek można skompletować system nie tylko zasługujący na miano Hi-Fi, lecz również High-End. Ba, patrząc na nader obszerną listę wytwórców wszelakich dóbr o audiofilskiej proweniencji ze znaczkiem made in EU bardzo często okazuje się, iż powstały one na obszarach zlokalizowanych na wschód od dawnego muru berlińskiego. Mamy bowiem słoweńskie gramofony Kuzmy i Pear Audio, nasze rodzime Sikory, elektronikę bułgarskiego Thraxa, rumuńskiej Rockny, czeskiej KR Audio, polskie „Cyrkle”, Audio Reveal-e, Fezz-y, RCM-owskie phonostage, węgierskie Qualiton, kolumny czeskiego Xaviana, litewskie AudioSolutions, nasze Esy, Pylony, o bezliku kablarskich manufaktur nawet nie wspominając. Słowem można przebierać niczym w ulęgałkach. I właśnie z owego grona pochodzi sprawca dzisiejszego zamieszania, czyli słowacka manufaktura Canor Audio, która choć na naszych łamach gościła już wielokrotnie, to dziwnym zbiegiem okoliczności jeszcze nie doczekała się spojrzenia na nią z nieco szerszej perspektywy. Dlatego też by przekonać się jak daleką drogę przebyła wypada cofnąć się mniej więcej o ćwierć wieku, gdy jeszcze w barwach powstałej w 1995 r. marki Edgar Słowacy nie tylko oferowali rustykalne, łapiące za oko drewnianymi wstawkami (TP 101 MkII), czy wręcz całymi boazeryjnymi frontami (SH-1, TP 305, CD1) wypieki własne, lecz nader prężnie działali w roli wykonawcy elektroniki dla takich podmiotów zewnętrznych jak m.in. Pavel Dudek (DPA), Vincent, czy Pro-Ject. Potem przyszedł rok 2007 a dokładnie 1 grudnia, wymuszona roszczeniami noszącego taką samą nazwę, lecz zarazem starszego bytu zmiana oznaczenia na Canor i odejście od drewna na rzecz zdecydowanie bardziej hi-tech-owego aluminium. Tzn., trzymając się faktów i niespecjalnie próbując naginać je do pasującej nam narracji warto wspomnieć, że o ile lampowa integra Canor TP-105 VR jeszcze aparycją swego frontu nieco nawiązywała do szuflady eleganckiego sekretarzyka, to już jej następca TP-106 VR, oraz dokooptowany do pary odtwarzacz CD-2 VR z impetem otworzyły drzwi XXI w. designu pyszniąc się aluminiowo-akrylowymi płytami czołowymi i zapoczątkowały nowy rozdział w historii słowackiego Hi-Fi i High-Endu. Przesadzam? Cóż, wszystkim wątpiącym gorąco polecam małą retrospekcję i powrót do naszego testu przedwzmacniacza Hyperion P1 i monobloków Virtus M1, który dobitnie dowodził, iż nasi południowi sąsiedzi coraz odważniej rozpychają się w „Lidze Mistrzów” kusząc nie tylko wspomnianym atrakcyjnym wzornictwem i wysokiej próby dźwiękiem, lecz i relatywnie zdroworozsądkowymi cenami, co jak na audiofilskie realia bynajmniej nie jest standardem.
Tym razem, dzięki uprzejmości białostockiego Rafko, przyszło nam zmierzyć się ze zdecydowanie bardziej skondensowaną i zarazem jeszcze bardziej przystępną cenowo propozycją, czyli definiowanym jako „zintegrowany wzmacniacz all-in-one” hybrydowym modelem Canor Audio Virtus A3, na którego test serdecznie zapraszamy.
Choć na pierwszy rzut oka A3-ka niespecjalnie wyróżnia się na tle swego współczesnego rodzeństwa, to proszę mi wierzyć, że śmiało można ją uznać za zwiastuna może nie tyle rewolucji, co ewidentnej ewolucji w domenie estetyki i ergonomii w słowackim portfolio. Zacznijmy jednak od ogólnego wrażenia i wynikającej z firmowej unifikacji designu rozpoznawalności. Nie da się bowiem ukryć, iż Virtus A3 wygląda jak pełnokrwisty, rasowy Canor i ani myśli temu zaprzeczać. Mamy zatem klasyczną, prostopadłościenną bryłę korpusu wykonaną z solidnych płyt z grubym szczotkowanym aluminiowym frontem przez którego całą długość biegnie pas czernionego akrylu. To właśnie w jego centrum umieszczono otoczoną bursztynową aureolą nowatorską wielofunkcyjną gałkę, w której „licu” osadzono kolorowy, rodem z nowoczesnego smartwatcha, dotykowy ekran z pomocą którego uruchomimy/uśpimy wzmacniacz, wybierzemy źródło, odczytamy parametry reprodukowanego sygnału, czy też będziemy mogli śledzić pracę monitorujących oddawaną moc cyfrowych „wycieraczek”. Jak dla mnie designerski cud, miód i orzeszki pozostawiający daleko w tle np. stosowane przez Pathosa osadzenie w gałce wskaźnika głośności. Brawo! A animacja progresu rozgrzewania lamp po prostu rozbija bank.
Lewą flankę zajmuje oznaczenie modelu oraz duet wyjść słuchawkowych – zbalansowany 4-pinowy XLR i klasyczny, niezbalansowany 6,3mm jack. Z kolei prawą przydzielono szalenie czytelnemu pomarańczowemu diodowemu wyświetlaczowi informującemu o wybranym źródle i sile głośności.
Rzut oka na ścianę tylną i … jasnym staje się, czemu Słowacy wspominają o A3-ce w kontekście „wszystkomania”. Jednak po kolei. Wzdłuż bocznych krawędzi wygospodarowano miejsce dla pojedynczych, dość standardowych terminali głośnikowych pomiędzy którymi wszelakiej maści interfejsy pogrupowano w logicznie rozplanowanych sekcjach. I tak, po lewej mamy reprezentantów domeny analogowej, czyli wejścia RCA na phonostage’a z obowiązkowym zaciskiem uziemienia, dwie pary wejść liniowych RCA i taki sam zestaw XLR-ów. Następnie natrafiamy na duet regulowanych wyjść RCA i XLR oraz interfejsy triggera. Tuż przy górnej krawędzi ulokowano włącznik główny, który zintegrowano z komorą bezpiecznika oraz gniazdem IEC, co z jednej strony ułatwia podłączanie przewodu stojąc z przodu wzmacniacza, lecz z drugiej po aplikacji takowego druciszcza zauważalnie utrudnia dostęp do zlokalizowanej z kolei wzdłuż dolnej krawędzi sekcji cyfrowej z gniazdem USB-C (!?), parą koaksjalnych, para optycznych i pojedynczym AES/EBU. I o ile w kwestii ergonomii ww. ewidentnie kolizyjnie umiejscowienia gniazda zasilającego i sekcji cyfrowej pozwolę sobie na krytykę, to choć początkowo chciałem postawić również minus za raczej niespodziewane na tym pułapie cenowym gniazdo USB-C, to potem przypomniałem sobie rozmowę z reprezentującym Canora Ivanem Bošnovičem , którą obyłem z nim podczas jubileuszu Rafko i wszystko stało się jasne. Chodzi bowiem o to, że Słowacy celują nie tylko w doświadczonych audiofilów, lecz również we wkraczającą w świat wysokiej jakości dźwięku młodzież a jak powszechnie wiadomo to pokolenie zazwyczaj audiophilią nervosą nieskażone, szuflady, bądź wręcz szafy najprzeróżniejszego okablowania nieposiadające. Za to z przyrośniętym do dłoni smartfonem. Krótko mówiąc „drukarkowego” przewodu USB raczej nieposiadające, za to kabelek USB-C zapewne w kilku opcjach długości, grubości i koloru na stanie mające. Czyli na początek powinno starczyć, a jak nie, to dystrybutor marki, znaczy się Rafko również pracę domowa odrobił i wraz z pojawieniem się na sklepowych półkach Virtus-a A3 (i zbliżającej się dostawy DAC-a Verto D4S) przygotował własne, kompatybilne okablowanie Melodiki z serii Purple – MDUAC (<200PLN/2m).
Jeśli chodzi o trzewia i generalnie parametry techniczne, to jak zdążyłem wspomnieć na wstępie mamy do czynienia ze zintegrowaną konstrukcją hybrydową o topologii dual mono z w pełni niezależnymi, wielostopniowymi, regulowanymi zasilaczami dla każdego kanału. Sekcja analogowa jest w pełni zbalansowana i realizowana przez dyskretne symetryczne stopnie wzmocnienia na wejściu wyposażone w podwójne sparowane tranzystory JFET i parę lamp E88CC. Z kolei na wyjściu znajdziemy zestaw pracujących w klasie AB tranzystorów przymocowanych do pokaźnych radiatorów wspomaganych pompą ciepła i wolnoobrotowymi coolerami, które (tranzystory, nie chłodzenie) zdolne są oddać moc 2 x 100W przy 8 i 2 x 150W przy 4Ω obciążeniu. Z podobną atencją dopieszczono sekcję cyfrową, gdzie pracuje para kości ESS 9038 a wejście USB jest galwanicznie izolowane. Warto również wspomnieć, iż zazwyczaj po macoszemu traktowane wyjście słuchawkowe w przypadku Canora obejmuje oparty na elementach dyskretnych w pełni symetryczny, zbalansowany moduł. Jakby tego było mało również phonostage jest w pełni „dyskretny” i obsługuje nie tylko wkładki MM, lecz również MC!
Przechodząc do walorów brzmieniowych naszego dzisiejszego gościa pozwolę sobie na wstępie ogłosić małe dementi nt. opinii „życzliwych” jakoby hybrydy łączyły w sobie wady obu wykorzystywanych przez siebie technologii, czyli lampowe zniekształcenia z tranzystorowym brakiem muzykalności. Wystarczy bowiem kilka taktów pochodzącej z albumu „Para Bellum” Testamentu ballady „Meant to Be” , by zrozumieć, iż Canor Audio Virtus A3 może i łączy w swym brzmieniu wiele elementów, ale żaden z nich wadą, bądź ułomnością nie jest. Szczególnie, kiedy na jednym kawału ww. szarpidrutów się nie poprzestanie. Okazuje się bowiem, że słowacka integra potrafi nie tylko solidnie łupnąć dołem oferując adekwatne do deklarowanej mocy zejście, kontrolę i energię, lecz również wściekle ukąsić ognistą górą aż kipiąca od gitarowych riffów. Bez zbytniego zaokrąglenia, zmiękczenia i przesłodzenia. Ba, jak na konstrukcję mającą na swym pokładzie lampy Canor gra zaskakująco rześko i witalnie sprawiając, że nie tylko ciężkie odmiany Rocka, lecz i spokojniejszy repertuar powoduje, że krew żwawiej krąży w naszych żyłach. Proszę się jednak nie martwić, że A3-ka w jakikolwiek sposób podkręca tempo, bądź wprowadza do nagrań niepotrzebną, podskórną nerwowość, gdyż nic takiego się nie dzieje a wspomniane rześkość i witalność wynikają z niezwykłej troski słowackiego wzmacniacza o właściwą dynamikę reprodukowanych nagrań i to nie tylko w skali makro, jak w przed chwilą przywołanym do tablicy albumie Testamentu, lecz również mikro, jak w wyśmienitym „Possibilities” Herbiego Hancocka czy równie wyrafinowanym „Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band” Charliego Wattsa, gdzie niemalże wystarczy sama obecność, by jeśli nie podrygiwać całym ciałem, bądź kończyną dolną, to przynajmniej wybijać rytm bębniąc palcami po podłokietniku fotela. Tutaj nie trzeba „rozkręcać” wzmacniacza do nie wiadomo jakich poziomów głośności, gdyż pełen drzemiący w materiale źródłowym ładunek energetyczny uwalniany jest od niemalże wieczorno-nocnych dawek decybeli. Jeśli ktoś śmie w to wątpić gorąco polecam odsłuch „FrauContraBass”. Oczywiście w cichości ducha liczę, iż bierzecie Państwo pod uwagę fakt wykorzystywania przeze mnie podczas testów wielce przyjaznych takiej narracji i zdolnych takie niuanse zaprezentować uzbrojonych w papierowe przetworniki AudioSolutions Figaro L2. Jak będzie z aluminiowo-porcelanowo-diamentowymi Gauderami Jacka nie wiem, lecz lada moment będziecie mogli się Państwo o tym przekonać. Wracając do meritum i do kwestii nieprzesadnej saturacji średnicy pragnę jedynie doprecyzować, że środek pasma jest wybornie komunikatywny i namacalny, lecz właśnie o „nieprzesadnej saturacji”. Oznacza to mniej więcej tyle, że z jednej strony dostajemy świetne różnicowanie wsadu tak pod względem jakościowym, jak i samej treści, więc doskonale słychać różnice pomiędzy chrypieniem Toma Waitsa i Leonarda Cohena a jednocześnie karmelowa słodycz wokalu Queen Latifah („Trav’lin’ Light”), dzięki zdolności oddania odpowiedniej artykulacji i „prawdziwości” sybilantów nie jest tak usypiająco lepka i jednorodna. Podobne obserwacje poczyniłem na „Soul on Soul” Palomy Dineli Chesky, gdzie Canor sugestywnie pokazał pazur i „gardłową zadziorność” wielce uzdolnionej córki David-a (tak, tego od Chesky Records i HDtracks). Dodając do tego swobodę i naturalność wybrzmień oraz unikanie zbyt szybkiego wygaszania kłębiących się pod sklepieniami pogłosów dostajemy sugestywnie „napowietrzoną” prezentację z precyzyjnie rozmieszczonymi źródłami pozornymi i rzetelnie oddaną gradacją planów.
Na koniec jeszcze kilka słów o DAC-u, phonostage’u i wzmacniaczu słuchawkowym. I tak, jeśli chodzi o sekcję przetwornika, to z racji niekompatybilnego, znaczy się zgodnego z założeniami producenta „młodzieżowego” portu USB-C zmuszony byłem zrezygnować ze swojego dyżurnego przewodu ZenSati Zorro USB na rzecz mało audiofilskiej proweniencji drucika wykorzystywanego zazwyczaj na potrzeby foto-tetheringu, więc warto brać na ów drobiazg poprawkę. Niemniej jednak nawet na takiej „protezie” brzmienie A3-ki trudno było uznać za w jakikolwiek sposób upośledzone, bądź ułomne. Ot, równowaga tonalna została przesunięta nieco w dół, górę pasma poddano lekkiemu zaokrągleniu a średnicę o pół kroku wypchnięto przed szereg. W rezultacie Canor stał się bardziej humanitarny dla niespecjalnie referencyjnych nagrań przesuwając uwagę słuchaczy z aspektu rozdzielczości w kierunku przyjemnej muzykalności. Podobne wrażenie miałem po przepięciu się na wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy, który po prostu robił swoje oferując zakładam, że oczekiwaną, przez większość odbiorców analogową gęstość i „magię”. Całe szczęście Canor nie grał wszystkiego na jedną modłę i potrafił pokazać różnice tak pomiędzy estetyką i jakością realizacji, jak i samymi tłoczeniami, przy czym niespecjalnie czuł się w obowiązku nazbyt ekstatycznie reagować na wszelakiej maści trzaski zbierane przez śledzącą rowek igłę. Oczywiście nie podlega wątpliwości, że można lepiej, jednak jeśli ktoś zastanawia się ile trzeba za owo lepiej dopłacić, polecam zerknąć ile za karty rozszerzeń życzy sobie np. Gryphon. Generalnie, jeśli nie dysponuje się „luźną 5-ką” kPLN, to raczej nie ma co kombinować i szukać wolnostojących alternatyw bo co najwyżej będzie inaczej a niekoniecznie lepiej. Z kolei wyjście słuchawkowe, przynajmniej na niezbyt wymagających Meze brzmiało w sposób zbliżony do wyjść głośnikowych, więc oferowało sporo radości i energii z zaraźliwą motoryką powodująca rytmiczne bujanie czerepem.
W ramach podsumowania dzisiejszego spotkania nie pozostaje mi nic innego, jak tylko stwierdzić, że udał się ekipie Canora tytułowy Virtus A3. Jest świetnie wyposażony, miły w obsłudze, nieprzeciętnej urody i jeszcze po prostu dobrze gra. A jeśli będzie się tylko pamiętało, że w pierwszej kolejności wpinamy się w jego sekcję cyfrową a przewód zasilający aplikujemy na samym końcu, to i nad dyskusyjną lokalizacją gniazda zasilającego nie ma co biadolić. Trzeba jedynie również pamiętać, by przy USB zorganizować sobie zawczasu jakiś sensowny przewód z końcówką USB-C, bądź po prostu zamówić takowy – MDUAC Melodiki razem ze wzmacniaczem i zapomnieć o temacie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy powiem, że słowackiego Canora zna każdy adept zabawy w zaawansowane audio, to jeśli się pomylę, to naprawdę w minimalnym procencie. I tylko dlatego, że większość tej grupy z pewnością będzie nowym narybkiem naszego hobby. Reszta populacji freaków audio rzeczonego bohatera na bank co najmniej kojarzy. I nawet jeśli nie ze swoich osobistych doświadczeń, to choćby z lektury przeprowadzonych przez nas testów kilku propozycji spod tego znaku towarowego. A trzeba przyznać, że sporo tego było. I co ważne, w większości przypadków były to spotkania z muzyką przez duże „M”, gdyż gro urządzeń w swoich trzewiach wykorzystuje lampy elektronowe. Nie po to, aby coś nudnie ulepiać, tylko nadać muzyce nutkę piękna, dlatego najczęściej są to udanie skonstruowane hybrydy. I pewnie nikogo nie zaskoczy fakt, że dzisiejsza konstrukcja też może pochwalić się szklanymi bańkami w układach elektrycznych. A będziemy zajmować się bardzo kompaktowym w kwestii rozmiaru, do tego mogącym pochwalić się sporą wielofunkcyjnością – na pokładzie znajdziemy nie tylko sekcję wzmacniającą, ale także przetwornik D/A, phonostage i co równie istotne, ciekawym wzorniczo, będącym w dystrybucji białostockiego Rafko wzmacniaczem zintegrowanym Canor Audio Virtus A3.
Jak widać na zdjęciach, Słowak w kwestii rozmiarów jest średniej wielkości konstrukcją. Jednak myli się ten, kto sądzi, że taki jest duchem. Co to to nie. Świadczy o tym wspominane we wstępniaku bogate wyposażenie w funkcje (oczywiście oprócz bycia wzmacniaczem zintegrowanym) przetwornika cyfrowo-analogowego i przedwzmacniacza gramofonowego. W celach uszlachetnienia dźwięku zastosowanie lamp elektronowych. Zaś całości dopełnia fakt designerskiego wyglądu ze znakomicie prezentującą się, wielofunkcyjną gałką obrotowo wzmacniającą sygnał i dotykowo sterującą wyborem wejść na tylnym panelu przyłączeniowym. A najciekawsze jest to, że ma jeszcze jedną fajną funkcję. Chodzi o wyświetlanie się w jej centrum wskaźników wychyłowych oddawanej mocy. Owszem, to gadżet, ale za to jaki pomysłowy i nie oszukujmy się, znakomicie podnoszący poziom wizualnego odbioru urządzenia. Oczywiście na front-panelu oprócz owej gałki znajdziemy jeszcze zorientowane na jego lewej flance dwa rodzaje gniazd słuchawkowych, a na prawej wielki, dzięki temu czytelny z daleka, wykorzystujący odcień pomarańczy piktogramowy wyświetlacz. Jeśli chodzi o zaplecze opisywanej integry, ta realizując sporą ofertę wyposażenia oferuje użytkownikowi zestaw wyjść kolumnowych, 2 wejścia RCA i dwa XLR w domenie analogowej, jedno wejście na phonostage, pełen komplet wejść cyfrowych – USB-C, 2 x Coax, 2 x Optical, AES/EBU oraz standardowy zestaw wejścia prądowego IEC wraz z gniazdem bezpiecznika i głównym włącznikiem. Oczywistą oczywistością jest naturalnie występowanie w komplecie nieprzeładowanego funkcjami, ale zapewniającego pełna obsługę pilota zdalnego sterowania.
No dobrze, kilka ciekawych informacji natury ogólnej mamy już za sobą, zatem przyszedł czas na podobny pakiet danych, tym razem jednak w chyba bardziej interesującym Was temacie, jakim jest oferta brzmieniowa Canora Virtus A3. A muszę z przyjemnością powiedzieć, że będą to bardzo optymistyczne informacje. Dodatkowo ich wagę podnosi fakt bardzo umiarkowanej wyceny tak bogatego w funkcje i świetnie prezentującego się wizualnie wzmacniacza na poziomie poniżej 30 tys. złotych. Jeśli się tak zdarza, naprawdę jest rzadkością. Co mam na myśli? Otóż w pierwszej kolejności chodzi mi o nie tylko muzykalną prezentację, bo lampa pozwala osiągnąć taki stan bez specjalnej napinki, ale przy tym bardzo równe podanie całości, gdyż przy hołdowaniu dobrej esencjonalności przekazu muzyka w żadnym zakresie nie nosiła znamion przegrzania. Owszem, było gęsto – szczególnie w środku pasma, jednak przy tym w dolnych partiach z odpowiednim konturem, a na górze z fajnym oddechem i blaskiem. Naturalnie to ostatnie pasmo nie chadzało swoimi ścieżkami, co może na krótką metę wypadałoby fanie, ale powodowałoby ich oderwanie się od rzeczywistości, tylko oferując dobry blask muzyki cały czas jego ilość zależała od zapotrzebowania słuchanego materiału. Dzięki temu świetnie wypadała namacalność i dobre ogniskowanie źródeł pozornych rozgrywających się w okowach mojego pokoju wydarzeń.
To, co przed momentem wyartykułowałem, znakomicie potwierdzała chyba najbardziej ulubiona przeze mnie płyta Tomasza Stańki „Lontano”. Jej zapisany w kodzie DNA ogólny spokój świetnie podkreślała estetyka brzmienia ocenianej sekcji wzmacniającej. Ogólne nasycenie prezentacji udanie uplastyczniało – bo nie pogrubiało – przyjemnie odbierane przeze mnie podanie takich instrumentów jak kontrabas i fortepian. Zaś mocny dolny zakres nie tylko promował pracę wielkiego kotła bębniarza, ale także wspomnianemu fortepianowi pozwalał uzyskać stosowną podbudowę podczas odgrywania serii pasaży najniższych akordów. Muzyka płynęła niby z wolna, jednak dzięki dobremu zaaplikowaniu lamp elektronowych ich czarującemu rozwibrowaniu średnicy zjawiskowo żyła. Efekt w rozumieniu pozytywnym był dość zaskakujący, gdyż tego typu muza jest bardzo kapryśna i gdy konstruktor podczas projektowania urządzenia przekroczy cienką linię pomiędzy czarem prezentacji, a nadinterpretacją tego aspektu, z kolumn zwyczajnie wieje nudą. Tutaj takiego efektu nie było. Był za to co prawda soczysty, ale jednak wciągający mnie w wir wydarzeń drive.
A jak nasz bohater wypadł w bardziej wyrazistym repertuarze? Do sprawdzenia tego wykorzystałem wściekle brzmiący Sabaton z materiałem zatytułowanym „Heroes”. Jak wypadł? Na wstępie zaznaczę, że to był bardzo przypadkowy wybór, bowiem po tym, co usłyszałem, zanim podjąłem decyzję przewietrzenia pomieszczenia falą rockowych podmuchów, byłem spokojny o wynik tego starcia. Spokój naturalnie był pokłosiem równego grania wzmacniacza w całym pasmie. Bez faworyzowania żadnego podzakresu, tylko lekkie podkręcenie dźwięczności średnicy przez lampy, co w pierwszym rzędzie owocowało intrygującym odbiorem wokalizy, w drugim oczekiwanym uderzeniem mnie bardzo dobrą energią nie tylko pełnego składu muzyków, ale także ich solowych popisów, zaś w trzecim mimo wyczuwalnego, nieco większego od posiadanego na co dzień nasycenia, utrzymanie dobrego timingu brzmienia kapeli. Jak wspominałem, podczas wyboru czegoś mocnego do sesji testowej nie obawiałem się porażki i tak się stało. Owszem, to była nieco inna wersja wydarzeń niż z typowego tranzystora, ale tylko inna, a nie gorsza. A przypominam, rozmawiamy o wzmacniaczy za niecałe 30 tysięcy. Jak to możliwe? Moim zdaniem Słowacy projektują urządzenia, które dzięki dobrej relacji cena/jakość mają się sprzedawać a nie stawać tak zwanymi „półkownikami”, czego powyższy przypadek jest tego dobitnym potwierdzeniem.
Jakiej grupie moich pobratymców poleciłbym tytułowy wzmacniacz Canor Audio Virtus A3? Sprawa jest banalnie prosta. Oczywiście wszystkim kochającym muzykę wielobarwną, odpowiednio nasyconą i do tego z nutą wolnych elektronów w tle. I poza jednym przypadkiem nie ma znaczenia, na jakim poziomie wagi dźwięku jest Wasza układanka. Słowackie wzmocnienie przy swojej estetyce brzmienia bez problemu utrzymuje dobrą kontrolę tak dolnego, jak i dźwięczność górnego zakresu, co powoduje, że aby mieć problem z dogadaniem się z którąś z nich, musi zderzyć się z serią kardynalnych błędów podczas wcześniejszej konfiguracji. Jeśli takowych nie popełniliście, powinno być co najmniej dobrze. Jeśli chodzi zaś o przypadek beznadziejny, ten nie odnosi się do elektroniki, tylko upodobań potencjalnego zainteresowanego. Jeśli szuka tak zwanych „latających w eterze żyletek” z Canorem będzie mu całkowicie nie po drodze. Jednak wiedząc, iż to grupa w ilości osobników oscylująca na granicy błędu statystycznego, tak naprawdę problem nie istnieje. Jeśli zatem z tymi ostatnimi się nie utożsamiacie, droga do spędzenia miłych chwil przy fajnie podanej muzyce stoi przed Wami otworem.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Rafko
Producent: Canor Audio
Cena: 27 995 PLN
Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 100W/8 Ω, 2 x 150W/4Ω
Napięcie wyjściowe na wyjściu słuchawkowym: 500 mW / 30 Ω, 70 mW / 300 Ω (niezbalansowane – 6.3 mm jack); 500 mW / 30 Ω, 270 mW / 300 Ω (zbalansowane – 4-pin XLR)
Wzmocnienie: 34.5 dB
Czułość wejściowa: 550 mV
Wzmocnienie przedwzmacniacza gramofonowego: MM 40 dB, MM 46 dB, MC 60 dB, MC 66 dB
Współczynnik tłumienia: 180 / 4 Ω, 380 / 8 Ω
Pasmo przenoszenia: 10 – 35 000 Hz (± 0.5 dB / 5 W)
Impedancja wejściowa: 50 kΩ
Wejścia analogowe: Para RCA (phono), 2 pary RCA, 2 pary XLR
Wyjścia analogowe (regulowane): para RCA, para XLR
Wejścia cyfrowe: 2 x COAX, 2 x OPT, USB-C, AES/EBU
Zastosowany przetwornik: 2 x ESS 9038 (Dual Mono)
Obsługiwane sygnały cyfrowe: PCM do 768 kHz / 32 bits, DSD do DSD512
Zastosowane lampy: 2 x E88CC
Zniekształcenia THD: < 0.005 % / 1 kHz, 5 W; < 0.008 % / 1 kHz, 1 W
Odstęp sygnał/szum: > 90 dB (20 Hz – 20 kHz)
Wymiary (S x W x G): 435 x 130 x 460 mm
Waga: 18 kg
Opinia 1
Jeśli zastanawialiście się Państwo czemu pod naszymi artykułami – na stronie magazynu nie ma możliwości komentowania sugerujemy zerknąć do naszych mediów społecznościowych. Ostatnimi czasy z zainteresowaniem obserwujemy pod już nawet nie recenzjami a zapowiedziami takowych prawdziwy wysyp komentarzy od wydawać by się mogło zupełnie niezainteresowanych wysokiej jakości brzmieniem jednostek. Wszystko wskazuje na to, iż mający co najwyżej blade pojęcie o Hi-Fi (High-End litościwie przemilczę) krzykacze usilnie starają się nie tyle zrozumieć nasze hobby, co sprowadzić „słyszących” do poziomu swojego „foliarskiego” piekiełka. Czy to powód do zmartwień? Cóż, z jednej strony tak, lecz z drugiej już niekoniecznie. Negatywnym aspektem z pewnością jest potwierdzenie braku chociażby podstawowej tolerancji dla obcych sobie zainteresowań innych, czy też powszechny model zachowań polegający na połączeniu mechanizmu „nie znam się, więc się wypowiem” oraz znanego od lat i świetnie udokumentowanego odruchu pawłowa. Tym razem w jego net-odmianie, gdzie w roli dzwonka pojawia się „kabel audio” na widok którego delikwenci nie ślinią się, lecz ewidentnie „odpalają” plując jadem, decybelując i uparcie twierdząc, że niczego nie słychać, oczywiście sami słuchać niczego nie zamierzając. Czy zatem patrząc na owe hordy „antyaudiofilskich orków” w ogóle można wspominać o pozytywach? Okazuje się, że tak, gdyż owe wielce ekstatyczne reakcje ewidentnie zadają kłam już nie spiskowej a otwarcie głoszonej również przez same Google teorii DIT (Dead Internet Theory) jakoby Internet był jeśli nie martwy to jego koniec jest bliski. A to wszystko za sprawą dostępnych tamże treści, które w lwiej części generowane są już jedynie przez sztuczną inteligencję (AI) i boty a nie przez ludzi. Ba, jakby tego było mało podobno międzyludzkie interakcje stają się prawdziwą rzadkością. Zatem śmiało można uznać, iż nawet najbardziej krwawa jatka jest zjawiskiem bezsprzecznie pozytywnym albowiem opartym właśnie na międzyludzkich, nader żywiołowych interakcjach. Krótko mówiąc do czasu aż takowych „świętych wojen” nie będą prowadziły między sobą boty pozostaje nam jedynie cieszyć się z faktu, że to co robimy wzbudza jakieś emocje a co za tym idzie prowadzi do mniej, bądź bardziej cywilizowanych reakcji. Dlatego też niosąc „światło na oświecenie pogan” i zarazem aktywując obecne w Internecie zwane „czynnikiem ludzkim” białko po interkonekcie RCA i przewodach głośnikowych wzięliśmy na redakcyjny tapet kolejną porcję „srebrnej włoszczyzny”, czyli przewód zasilający HiDiamond Power TOP Silver, na recenzję którego serdecznie zapraszamy.
Zgodnie z właściwym dla wcześniej u nas goszczącego włoskiego rodzeństwa, sygnalizowanym firmową nomenklaturą, umaszczeniem również i Power Top Silver utrzymano w srebrnej tonacji ochronnej koszulki, którą kultywują zastosowane przez producenta korpusy rodowanych wtyków Viborga (VE502R/VF502R). Sam przewód może pochwalić się całkiem rozsądną 14mm średnicą i przyjazną zaszafkowym ekwilibrystykom wiotkością. Do jego budowy wykorzystano cztery 4 mm żyły z miedzi UP-4VRC© (Ultra Pure Single Crystal Copper) w izolacji XLPE a w rolę ekranu powierzono powłoce grafitowej. Nie zabrakło również kilku danych technicznych, którymi zainteresowanych odsyłam na dół naszej recenzji, bądź strony producenta / dystrybutora.
Mając w pamięci rześko – chrupką sygnaturę interkonektów i głośnikowców wpinając w swój tor tytułowy przewód zasilający zastanawiałem się czy będzie on kontynuował „świetliste dzieło” swego rodzeństwa a tym samym jeszcze zintensyfikuje firmową sygnaturę, czy też pójdzie swoją drogą wyrażając zdanie odrębne w kwestii własnego pomysłu na dźwięk. Zamiast jednak zgadywać i prowadzić czysto akademickie, li tylko teoretyczne dywagacje czym prędzej włączyłem „Para Bellum” Testamentu i wszystko stało się jasne. Znaczy się ciężkie i potężne. Czyli krótko mówiąc Power gra w głównej mierze po swojemu, gdyż zamiast znanej z wcześniej goszczącego u nas okablowania z serii Top Silver chrupkości najniższych składowych bez jakichkolwiek oznak zbytniego utwardzenia, czy wręcz odchudzenia oddawał zarówno potęgę zestawu perkusyjnego Chrisa Dovasa, jak i basowych pasaży Steve’a Di Giorgio. Czuć było buzującą energię, kolejne uderzenia miały właściwy impet, twardość i konsystencję a za samym „czołem ataku” szło odpowiednio krwiste wypełnienie i masa. To nie była li tylko tekturowa, przygotowana na pokaz tekturowa wydmuszka – pozytywkowa kakofonia, lecz kawał solidnego dźwięku nie dość, że niezwykle zwartego i dynamicznego, lecz również zapuszczającego się w wydawać by się mogło niedostępne dla serii Top Silver rejony piekieł. Porządek na scenie śmiało można było określić wzorowym, gradacja planów nie dawała powodów do marudzenia a właściwa gatunkowi brutalność nie przekraczała cienkiej granicy za którą rozpoczyna się męcząca na dłuższa metę napastliwość.
Z niezwykle energetycznym dołem pasma całkiem przyjemnie koresponduje nie mniej żywiołowa średnica, której z kolei ewidentnie bliżej do brzmienia znanego z głośnikowych Silverów. Ma bowiem w sobie zarówno ponadprzeciętną komunikatywność, jak i swobodę artykulacji. Nie bawi się przy tym w zbytnie konwenanse, więc gdy tylko trafi się na playliście jakiś skrzecząco, chrypiącego wokalist(k)a w stylu Barb Jungr („Hallelujah on Desolation Row”), bądź Leonarda Cohena („You Want It Darker”) a z naszego podwórka Marka Dyjaka („Mężczyźni”), to możemy być pewni, że nic a nic z owej chropowatości i szorstkości HiDiamond nam nie oszczędzi. Pierwszy plan kreślony jest niezwykle precyzyjnie, blisko słuchacza a przez to jego odbiór jest intuicyjny, intensywny, niemalże intymny, lecz bez ofensywnej nachalności mogącej zaburzyć naszą strefę komfortu. Dodając do tego firmowo rozświetloną i odważną, pełną srebrnych rozbłysków górę jasnym powinno być, iż Power TOP Silver niespecjalnie sprawdzi się w roli łagodzącego zbytnią analityczność i prosektoryjny chłód elektroniki panaceum. Co prawda sam z siebie niczego siłowo nie wyeksponuje i nie będzie za wszelką cenę zwracał naszą uwagę np. na sybilanty, czy każde uderzenie w blachy, lecz jeśli coś w naszym systemie lubi od czasu do czasu sypnąć piachem, to z tytułową sieciówką odczujemy to na własnej skórze z pełną intensywnością. Z drugiej strony trudno nie docenić wspomnianej otwartości włoskiego przewodu, dzięki którym takie perełki jak ścieżka dźwiękowa do „Les Aigles de la République” autorstwa Alexandre’a Desplat ewidentnie zyskuje na ekspresji i atrakcyjności. Nastrój buduje nie tylko szklistość wyższych partii fortepianu, lecz również przenikliwość smyczków i niezwykła rozdzielczość dęciaków z wyraźnym pokazaniem mechaniki ich działania. Nie oznacza to bynajmniej, iż tytułowy przewód siłowo dzieli włos na czworo i rozbija każdy dźwięk na atomy, jednakże uczciwie trzeba przyznać, iż jego rzetelność w oddaniu wszelakiej maści mikrodetali jest godna podziwu.
W ramach podsumowania i niejako zakończenia przygody z serią Top Silver włoskich przewodów HiDiamond pozwolę sobie przewrotnie stwierdzić, iż jeśli zastanawiacie się Państwo od którego przedstawiciela ww. linii produktowej zacząć, to Power, przynajmniej moim skromnym zdaniem, wydaje się najlepszym kandydatem. Oferuje bowiem zdecydowanie więcej energii i wypełnienia w dole pasma od swojego sygnałowego rodzeństwa a jednocześnie prezentuje w sposób niezwykle do nich zbliżony średnicę i górę pasma. Jeśli więc jego sygnatura brzmieniowa przypadnie Wam do gustu, to w zależności od własnych potrzeb i oczekiwań możecie sprawdzić jak „dogada” się w Waszym systemie z pozostałymi przedstawicielami rodziny Top Silver.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak wynika z serii naszych bojów przeprowadzonych z tą linią produktową włoskiego specjalisty od okablowania systemów audio HiDiamond, dzisiaj dopinamy całości prezentacji jego poczynań w tym zakresie – przynajmniej, jeśli chodzi o domenę analogową. Poprzednie dwa podejścia w moim odczuciu w kwestii projekcji muzyki na swój sposób okazały się zaskakująco ciekawe i z autopsji wiem, że w wielu przypadkach bardzo chwalone. Chodzi oczywiście o to, że zapewniały jej stosowną dawkę drive’u, otwartości i tym samym witalności, bez czego zawarty w niej podprogowy przekaz artysty może mieć problemy z dotarciem do głębi naszej duszy. Jak wiadomo, to bardzo fajna cecha, gdyż wiele systemów kolokwialnie mówiąc jest „przegrzanych brzmieniowo” i w jakiś nieinwazyjny sposób trzeba je obudzić, z realizacją czego włoska oferta spod tego znaku produktowego poradzi sobie bez problemu. Ale czy w każdym przypadku? Co mam na myśli? Oczywiście zadane pytanie jest wprowadzeniem do tematu dzisiejszego spotkania, czyli oceny brzmienia i ewentualnego skonfrontowania usłyszanego wyniku z resztą pobratymców tej serii, ostatniego z rodu, dostarczonego przez warszawskiego dystrybutora SoundAlchemy kabla zasilającego HiDiamond Power Top Silver.
Kreśląc kilka informacji zaczerpniętych ze strony producenta moim zdaniem pierwszą bardzo istotną jest zastosowanie wysokiej jakość przewodnika z miedzi wytwarzanej w autorskiej technologii UP-4VRC (Ultra Pure Single Crystal Cooper). Jeśli chodzi o budowę wewnętrzną naszego bohatera, mocodawca marki wspomina o zastosowaniu 4 ułożonych względem siebie w firmowym splocie sygnałowych żył o grubości 4 mm każda. Bardzo istotną rolę w finalnym brzmieniu tego produktu odgrywa również zastąpienie tradycyjnego izolatora w postaci teflonu, stukrotnie skuteczniejszym w działaniu i tym samym przynoszącym większy zysk soniczny materiałem XLPE. Całości dopieszczania jakości brzmienia dopełnia zastosowanie w trzewiach sieciówki pochłaniającej wewnętrzny szum powodowany przepływem sygnału, czyli dającej efekt oczyszczania sygnału z niechcianych zakłóceń warstwy grafitu. Tak prezentujący się kabel w wersji dostarczonej do testu zaterminowano wtykami Viborga i w drogę do klienta spakowano w estetycznie wyglądające, wyściełane jasnym odcieniem aksamitu oraz opatrzone certyfikatem oryginalności czarne kartonowe pudełko.
Gdy dotarliśmy do akapitu o brzmieniu, zasadnym wydaje się odpowiedzieć na najważniejsze pytanie, czym w wartościach bezwzględnych zaowocowało wpięcie go w mój system i jak to ma się do poczynań innych kabli z tej serii? Pytanie co prawda jest jedno, ale z dwoma kwestiami do opisania, dlatego zacznę od wyjaśnienia pierwszej niewiadomej. Gdybym miał opisać działanie HiDiamond Power Top Silver, to od pierwszych chwil słychać było lekkie podkręcenie drive’u odtwarzanej muzyki. Dostała lekkiego, dlatego fajnie odbieranego kopa w dolnych partiach częstotliwości, jednak, aby nie skończyło się to zbytnim ostudzeniem emocji spowodowanym przeciążeniem prezentacji, pewnym zastrzykiem witalności obdarowano wyższy środek. Chodzi oczywiście o to, że ten ostatni zyskał na zwiewności, na szczęście dzięki braku jednoczesnych zakusów do podbijania otwartości górnego zakresu obyło się bez męczącego efektu nadmiernego rozjaśnienia przekazu. Było żywo i energetycznie, ale nie nazbyt jasno. W efekcie system zaczął grać jakby nieco głośniej i z większym nastawieniem na akcentowanie ataku i wyraźnie sygnalizowanie poziomu energii generowanej przez źródła pozorne. Efekt był na tyle przyjazny, że nie tylko mogłem nieco zmniejszyć poziom wolumenu dźwięku, aby odnosić podobne wrażenie namacalności kreowanych wydarzeń na scenie, ale przy pozostawieniu gałki wzmocnienia bez ingerencji nie odnosiłem wrażenia zbytniej nachalności podania dźwięku. Naturalnie stawianie na atak delikatnie skracało długość wybrzmień i głębię esencjonalności kreowanych w eterze, trwających w przysłowiowej nieskończoności nut w twórczości stawiającej na tak zwane granie ciszą. Jednak proszę o spokój, gdyż odbierałem to jedynie w stopniu symbolicznym i tylko zaraz po przepięciu się z mojego okablowania. Wystarczyło kilka akordów po roszadzie, aby zrozumiawszy intencje prezentacji nowego kabla, całkowicie zapomnieć o wspomnianym przed momentem, jak najbardziej naturalnym efekcie stawiania na atak, a tym samym nieco szybszego wygaszania trwania impulsu działaniu ubocznym. A jak owe akcenty soniczne mają się do reszty rodziny? Otóż odpowiadając na drugi człon zadanego na samym początku pytania tym bardziej uspokajam ewentualnych malkontentów, gdyż to kropka w kropkę działanie podobne do okablowania sygnałowego i kolumnowego, jakimi przed dzisiejszą sieciówką się zajmowaliśmy. Cała rodzina idzie tą samą drogą, co pokazuje, że uzyskany w tej serii sznyt brzmieniowy nie jest kwestią przypadku tylko realizacją pewnych założeń, a tym samym pokazuje wypracowane przez lata doświadczenie konstruktora.
Próbując pokazać działanie testowanego kabla na konkretnym przykładzie muzycznym rozpocznę od w teorii mogącego mieć lekko pod przysłowiową górkę jazzu spod znaku rodzimej grupy RGG i jej płyty „Szymanowski”. Chodzi oczywiście o minimalne limitowanie długości zawieszenia niepozornych, jednak w zamyśle artystów bardzo istotnych do nadania muzyce odpowiedniej dawki emocji, czasem mocnych, a innym razem delikatnych dźwięków. I owszem, omawiana sieciówka miała na nie lekki wpływ, jednak w kontrze do tego działania dawała za to jakby lepsze poczucie oddania pracy kontrabasu w sensie zebranej w sobie energii oraz uderzenia impulsem stopy perkusji. To wbrew pozorom bardzo ważne, gdyż rachitycznie brzmiące nadmuchane skrzypce podparte słabą w sensie nie posiadania odpowiedniej mocy perkusją z racji braku wyrazistych akcentów frazowania muzyki zwyczajnie ją zabiją. Ona opiera sia na wyraźnym zaznaczaniu każdego zawartego w niej wydarzenia sonicznego, gdyż w przeciwieństwie do buntowniczego rocka jest zwyczajnie ciszą w odpowiednim momencie jedynie przerywaną mającymi wywołać w nas stosowne emocje atakami dźwiękowymi. I gdy wydawało mi się, że estetyka brzmienia HiDiamond na tym polegnie, ich propozycja mocniejszego akcentowania fraz kosztem lekkiego osłabienia ich trwania pokazała tę muzykę jedynie z innej strony. Nadal ciekawej i zaskakującej, co pozwoliło mi dobrnąć do końca płyty z co chwila inaczej zaprezentowanymi, a nie źle odtworzonymi, oczywiście znanymi mi od podszewki interpretacjami twórczości znanego kompozytora pianisty.
A co zadziało się w przypadku muzyki z drugiego krańca wyrażania emocji? Tę próbę ogarnąłem z pomocą najnowszej płyty z rejestracją ostatniego koncertu Rogera Watersa „This Is Not A Drill” . To co prawda dość spokojnie zagrany, ale jednak rock, który czerpał z dobrodziejstwa niesionego przez tytułowy kabel wręcz pełnymi garściami. W pierwszej kolejności dostał podbudowę w dolnym zakresie częstotliwości, dodatkowo przekaz otworzył się dzięki doświetleniu wyższej średnicy, co udanie poprawiło efekt odbioru tego czteroczęściowego winylowego projektu nie tylko w sensie uderzenia dźwiękiem, ale także wirtualnego bycia na wydarzeniu koncertowym. Jednym słowem, dostałem świetny rozmach i wyrazistość oddziaływania werbalnego, co jak wspominałem, było wodą na młyn tego produkcji. Najzwyczajniej w świecie płyta wypadła bardzo dobrze.
Czy opisywani dzisiaj kabel sieciowy znajdzie uznanie we wszystkich konfiguracjach? Z pewnością w znakomitej większości zestawów wypadnie bardzo dobrze i tylko osobiste wybory ostatniego szlifu swojej konfiguracji zadecydują, czy zostanie na stałe. Jednak podczas dedykowania go szerokiego gronu słuchaczy nie mogę zapomnieć o tym, że czasem podczas sparingu może się trafić mu się już mocno przerysowana układanka. Wówczas niestety może być różnie, a wszystko zależeć będzie od tego, co ją tak naprawdę boli. Jednak i w takim przypadku nie skazywałbym go na porażkę, gdyż to co robi, nie jest bardzo inwazyjne i zawsze może sprostać nawet najtrudniejszemu zadaniu. Czy tak będzie, pokażą osobiste starcia. Ważne jednak jest to, że to bardzo ciekawy i do tego niedrogi kabel, dlatego nawet jeśli w moim opisie coś Wam nie do końca odpowiada, warto skrzyżować z nim szpady.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: SoundAlchemy
Producent: HiDiamond
Cena: 3 799 PLN
Dane techniczne
Średnica zewnętrzna: 14 mm
Liczba żył: 4 x 4 mm
Materiał przewodnika: UP-4VRC© (Ultra Pure Single Crystal Copper)
Pojemność: 115 pF/m (C1), 200 pF/m z ekranem (C2)
Indukcyjność przewodnika: 60 μH/m
Rezystancja przewodnika: 4,9 Ω/100m
Podczas testów przeuroczych X2t 25th Anniversary Edition Emerald Green wspominaliśmy, że nie mamy szczęścia do „dużych Dunek”, no i się doigraliśmy – właśnie wylądowały u nas 105 kilogramowe … Raidho TD3.10
cdn. …
Opinia 1
Zgodnie z najpopularniejszą a wg. najnowszych opracowań podobno błędną interpretacją teorii ewolucji Karola Darwina mówiącą, że przetrwają tylko najsilniejsi przeglądając listę urządzeń, które w ciągu minionych dwunastu lat zdążyły pojawić się na naszych łamach, oraz marek za nimi stojących bez problemu można wymienić zarówno takie, którym szczęście nie dopisało i słuch po nich zaginął, takie którym z mniejszym, bądź większym trudem udaje się jakoś utrzymywać jeszcze na powierzchni, oraz nader nieliczne grono szczęśliwców, którzy nie tylko nie zatonęli, co złapali wiatr w żagle i co i rusz dają znać, że jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. I właśnie z puli owej „śmietanki towarzyskiej” naszą uwagę zwrócił byt, który de facto jest z nami niemalże od samego początku. Mowa o litewskiej manufakturze AudioSolutions, która swoją obecność w naszym magazynie zainaugurowała w listopadzie 2013 r wielce udanymi a jednocześnie zaskakująco rozsądnie wycenionymi Rhapsody 130, by po nieco mniejszych 80-kach pokazać pazury i wytoczyć zdecydowanie cięższe działa w postaci flagowych, majestatycznych Vantage. Powiem szczerze, że na tamte czasy tak bezkompromisowa, skierowana do najbardziej wymagających odbiorców, konstrukcja i to od tak niewielkiego a zarazem „egzotycznego” wytwórcy była swoistym ewenementem mogącym w oczach „życzliwych” wyglądać na usilne szukanie atencji. Jak jednak czas pokazał AudioSolutions nie tylko, niczym supernowa, nie tylko nie zginęła po chwilowym rozbłysku, lecz rok po roku sukcesywnie pięła się po szczeblach zaawansowania i rozpoznawalności, lecz zdobywała coraz większe uznanie tak wśród odbiorców jak i przedstawicieli prasy. Gdzie jest obecnie i jak sobie radzi starałem się pokazać w ramach relacji z mojej wizyty w fabryce, jednak co innego zajrzeć na zaplecze a co innego móc już na spokojnie, w znanych sobie, kontrolowanych warunkach nausznie przekonać się na co tak naprawdę wykorzystał miniony czas Gediminas Gaidelis (spirytus movens ww. bytu) i co potrafią wychodzące spod jego palców flagowce. Dlatego też niepotrzebnie nie przedłużając wstępniaka serdecznie zapraszamy na spotkanie z jubileuszowymi kolumnami AudioSolutions Vantage M 5th Anniversary.
O tym, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz wspominamy co i rusz i bynajmniej nie bez powodu, gdyż to właśnie pierwszy impuls, impresja bardzo często rzutują na dalsze występy. A Vantage M 5th Anniversary nawet zamknięte w solidnych skrzyniach (vide unboxing) budziły już od progu zrozumiały respekt. A potem, wraz z odkręcaniem kolejnych ścianek i wyłuskiwaniem ich ochronnych pokrowców, było tylko lepiej. I choć, jak nigdy nie ukrywałem, że nie przepadam za czarnym umaszczeniem, to satynowa czerń lakieru połączona z przypominającą wykorzystywany w motoryzacji carbon folią 3D hexa-textured oraz pomarańczowymi dodatkami sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Jeśli dodamy do tego dynamiczną i unikającą prostopadłościenności designerską bryłę zbiegających się ku tyłowi i zarazem nieco wznoszących korpusów niezwykle trudno będzie obok eMek przejść obojętnie. Od siebie jeszcze dodam, że pomimo bezsprzecznie absorbujących gabarytów (1421 x 460 x 650 mm) tytułowe kolumny wcale nie przytłaczają swoją posturą, ba śmiem wręcz twierdzić, że nawet na tle moich dyżurnych i zarazem nieco mniejszych (1240 x 336 x 581 mm) Figaro L2 prezentują się bardziej zwiewnie. Czyżby w ich przypadku rzeczywiście „czarny wyszczuplał”?
Porównując Vantage sprzed 10 lat i aktualne M 5th Anniversary nie da się nie zauważyć zarówno oczywistych podobieństw, jak i równie oczywistych różnic. Zacznijmy od tych pierwszych. Kształt obu pokoleń jest zbliżony, ale aktualny wypust wydaje się bardziej smukły i zarazem (poniekąd przez motoryzacyjno-sportowe umaszczenie i dekoracyjne akcenty) dynamiczny. Co ciekawe ówczesne flagowce występowały w jednym rozmiarze, przynajmniej, jeśli chodzi o podłogówki a 5th Anniversary obejmuje rozmiarówką numerację od S do L, do tego podstawkowe B i monstrualny centralny C. A wybór eMek z racji ich przeznaczenia do pomieszczeń o powierzchni 30-100 m² a więc „widełek” uwzględniających naszego 38 metrowego OPOS-a wydał się oczywisty, tym bardziej, że eMka jest, przynajmniej pod względem gabarytów, jak i po części wykorzystanych przetworników bezpośrednim następcą swych protoplastek. Czemu tylko po części? A to z powodu, że jedwabną kopułkę zastąpił 25mm berylowy tweeter. Zmianie uległ również układ samych przetworników. 17 cm średniotonowiec z egipskiego papirusa przeniesiono nad wysokotonowca zostawiając pod nim parę 18 cm papierowych basowców SPC i ukryty w podstawie 26 cm aluminiowy woofer.
Rzut oka na ścianę tylną również można uznać za powiew świeżości bowiem pomiędzy dwiema parami ujść kanałów bas refleks zamiast „centralki telefonicznej” z bezlikiem zworek użytkownicy otrzymują do dyspozycji elegancki panel sterowania z dwoma estetycznymi i zarazem intuicyjnymi pokrętłami pozwalającymi precyzyjnie dostroić charakterystykę kolumn do zastanych warunków lokalowych i gustu nabywcy. Upgrade dotknął również potrójne terminale głośnikowe, które obecnie pochodzą od WBT.
Pod względem elektrycznym mamy do czynienia z konstrukcją czterodrożną z częstotliwościami podziału ustalonymi na 50, 200 i 8000 Hz o wysokiej, 92 dB skuteczności i 4 Ω impedancji. Jeśli zaś chodzi o trzewia naszych dzisiejszych gościń, to zgodnie z zapewnieniami Gedyminasa pod względem konstrukcyjnym aktualna inkarnacja Vantage góruje nad jego dotychczasowymi projektami przede wszystkim pod względem sztywności. Wewnętrzny szkielet oraz ściany boczne wykonano z 18-warstwowej sklejki SPB (z brzozy syberyjskiej) wykorzystującej trzy rodzaje kleju o różnej twardości, której właściwości rezonansowe przekraczają ponoć parametry aluminium. W krytycznych miejscach sięgnięto również po HDF a całość zaprojektowano z użyciem najnowocześniejszego oprogramowania.
Zamiast jednak dokonywać mniej bądź bardziej udanej interpretacji ogólnodostępnych informacji tym razem postanowiłem pociągnąć za język sprawcę całego zamieszania i namówiłem Gedyminasa na krótką sesję Q&A w trakcie której poruszyliśmy zarówno ogólne, jak i nieco bardziej techniczne kwestie związane zarówno z ideami stojącymi za ofertą AudioSolutions, jak i konkretnie za jubileuszową serią Vantage 5th Anniversary:
Marcin Olszewski: Zacznijmy od czegoś prostego na rozgrzewkę. Większość Waszych modeli a Vantage w szczególności nie jest prostymi „skrzynkami”. Lubisz sam sobie komplikować życie, czy to świadome odejście od nudnej prostopadłościenności oparte na zaawansowanym modelowaniu i precyzyjnych pomiarach?
Gediminas Gaidelis: Ha ha, czasami słyszę takie opinie, ale z nieco innej perspektywy :) Myślę, że czasy, kiedy wszyscy uważali, że idealnym pudełkiem jest kwadratowe pudełko o „złotych proporcjach”, już dawno minęły. Od tamtej pory komputery, moc obliczeniowa, oprogramowanie i zrozumienie procesów przeszły długą drogę. Obecnie dysponujemy oprogramowaniem i komputerami zdolnymi do natychmiastowego wykonywania wielu trudnych obliczeń, co wcześniej byłoby prawie niemożliwe, nie wspominając już o możliwościach przewidywania przy użyciu sztucznej inteligencji. Jeśli ktoś chce pójść na kompromis, to tak – skończy z prostym pudełkiem, ale fizyka jest zagmatwana, złożona i piękna, a nigdy prosta. Wiele czynników działa równolegle, a projektanci muszą brać pod uwagę nie tylko każdy z nich z osobna, ale także ich wzajemne oddziaływanie. Po prostu zrozumiałem, że branża wszędzie idzie na skróty i jeśli chcemy oferować lepsze głośniki, musimy postawić na złożoność. Nawet w przypadku naszej najtańszej serii kolumn.
M.O: Podobnie jest z kolorystyką. Ilekroć widzę AudioSolutions na wszelakiej maści wystawach i targach z daleka łapią za oko intrygującym umaszczeniem a i w swoim katalogu nie ograniczacie się do asekuracyjnych czerni / bieli i niezwykle sporadycznie sięgacie po klasyczne forniry. Czyżbyś starał się łączyć ogień z wodą, czyli solidną inżynierię i artystyczną wolność próbując rozbić szklany sufit skostniałych zasad i poniekąd designerskiej nudy?
G.G: Wiesz, przeprowadziłem bardzo wnikliwe i zarazem szalenie interesujące badania rynku dotyczące kolorów. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego ludzie najbardziej lubią czarne kolumny, a nie inne. Tym badaniom poświęciłem parę ładnych lat, przeprowadziłem również eksperymenty u siebie w firmie – w AudioSolutions, oferując i eliminując kolory lub grupy kolorów oraz obserwując reakcje i tendencje odbiorców. Doszedłem do wniosku, że między dystrybutorami a użytkownikami końcowymi toczy się ewidentna walka. Dystrybutorzy chcą mniej kolorów, ponieważ oznacza to mniej zapasów, a użytkownicy chcą więcej opcji kolorystycznych, ponieważ oznacza to większą personalizację. Jak łatwo się domyślić producenci zgadzają się z dystrybutorami i oferują czerń i biel. Dodanie jakiegokolwiek innego koloru wymagałoby posiadania kolorów uzupełniających, na przykład dodanie niebieskiego najprawdopodobniej wymagałoby również zielonego, ponieważ te dwa kolory zazwyczaj występują razem. W związku z tym producenci ograniczają się do czerni i bieli oraz dwóch rodzajów drewna, z których najpopularniejsze są dąb i orzech. Klienci wybierają najczęściej czerń i orzech, ponieważ są to najbardziej uniwersalne kolory. Moje badania wykazały, że ludzie wybierają te kolory głównie dlatego, że NIE MOGĄ mieć nic innego, więc czerń lub orzech są po prostu najbezpieczniejszym wyborem. ALE JEŚLI mają możliwość WYBORU, prawie NIGDY nie wybierają czerni :) To było dla mnie prawdziwym odkryciem. Wiedziałem, że ludzie kochają AudioSolutions częściowo dlatego, że zawsze oferujemy co najmniej 7 lub 9 kolorów, ale z drugiej strony pomijam wiele innych opcji kolorystycznych, które również dobrze wyglądają. Dlaczego więc nie pójść na całość i nie zaoferować ludziom całkowitej swobody wyboru? W ten sposób narodził się pomysł na konfigurator kolumn głośnikowych. Musiałem pokonać wiele przeszkód, jedną z nich było to, jak zaprezentować kolumny i wszystkie opcje odległym dystrybutorom lub dealerom. Wziąłem więc za wzór model salonu samochodowego i powszechnie znane konfiguratory, które okazały się najbliższe temu, co oferuję. To właśnie w takich aplikacjach klient otrzymuje zazwyczaj bezlik opcji i różnych kombinacji. Uznałem, że można to stosunkowo prosto i szybko przenieść na nasz grunt, dostosowując do swoich potrzeb i … zrobiłem to. I tak też jest teraz u nas – mamy prawie 500 000 możliwych kombinacji a 99% zamówień pochodzi właśnie z konfiguratora kolumn.
M.O: Oprócz charakterystycznych krzywizn, niebanalnych umaszczeń i coś czuję w kościach, że również słabości do papieru (o czym za chwilę) poniekąd z autopsji śmiem twierdzić, że większość, o ile nie wszystkie modele AudioSolutions są nad wyraz wyrozumiałe, jeśli chodzi o bliskość ściany za nimi. To świadomie zaimplementowana cecha wynikająca z poczynionych przez Ciebie obserwacji warunków lokalowych w jakich zazwyczaj przychodzi grać Waszym kolumnom, czy też pokłosie „delikatnej sugestii” ze strony przedstawicielek płci pięknej niezbyt przychylnym okiem patrzących na wyjeżdżające niemalże na środek salonu (celowe przejaskrawienie) kolumny?
G.G: Jest to jedna z moich osobistych preferencji i motto, aby nie wykorzystywać fizyki w niewłaściwy sposób. Jeśli zauważyliście, wszystkie moje projekty mają tylne porty bas-refleks. W branży nadal żywa jest legenda, że kolumny z tylnymi portami BR mają tendencję do silnego dudnienia i że tylne porty są złe, złe, ZŁE. W rzeczywistości jest odwrotnie. Mógłbym długo opowiadać, dlaczego tak jest, ale postaram się to streścić. Prawidłowo obliczony tylny BR zapewnia słuchaczowi większe możliwości dostrojenia basu w pomieszczeniu. Przesuwając kolumnę o kilka centymetrów, można w pełni kontrolować atak, głębię i wyższy bas. Można również ustawić kolumnę bardzo blisko ściany i nie będzie żadnych problemów z basem. Dzieje się tak, JEŚLI port jest prawidłowo – z pewnym zapasem obliczony. Ponadto, mając port z tyłu, pasywnie odfiltrowuje się część niepożądanej energii dźwiękowej niskich i średnich tonów z wnętrza obudowy (spróbuj zmierzyć port, a zobaczysz, że zacznie on promieniować dość dużo informacji o niskich i średnich tonach). Skąd się wziął mit, że kolumny z tylnym portem muszą być umieszczone na środku pomieszczenia i nie można ich ustawiać przy ścianie? Po prostu – od inżynierów żądnych basu. Dostrajają oni obudowę i port do granic możliwości, aby uzyskać wzmocnienie basów, a ponieważ kolumny z tylnym portem są na to wrażliwe, uzyskują jeszcze większe wzmocnienie przy użyciu mniejszych/tańszych przetworników. Mają tendencję do tak silnego „żyłowania” przetworników, że głośnik finalnie kończy zbyt mocno dudniąc na pojedynczym dźwięku. Takie konstrukcje są obecnie rzadkością, ale mit nadal żyje i niektórzy producenci nadal tak postępują. Prawda jest jednak taka, że kolumny z tylnym portem mają najlepsze możliwości precyzyjnego dostrojenia. Dodatkową zaletą jest to, że osoby mieszkające w małych pomieszczeniach mogą umieścić je w logicznych wizualnie miejscach i cieszyć się nimi, nawet wraz z krytycznie podchodzących do naszego hobby małżonkami :)
M.O: A kompatybilność zarówno z dysponującymi ograniczoną mocą lampowcami, jak i kilkusetwatowymi tranzystorami była jednym z głównych założeń podczas projektowania poszczególnych modeli, czy po prostu stała się faktem po sfinalizowaniu ich projektów? Siadając do komputera i „wymyślając” kolejną kolumnę zastanawiasz się w ogóle z jakimi wzmacniaczami najlepiej będzie w stanie się dogadać?
G.G: Zawsze staram się projektować kolumny tak, aby nie sprawiały problemów. Niezależnie od pomieszczenia czy wzmacniacza. Wiem, co należy zrobić, aby stanowiły łatwe obciążenie dla lamp, wiem, co należy zrobić, aby nie brzmiały zbyt jasno ze wzmacniaczami półprzewodnikowymi. Oczywiście różne wzmacniacze wymagają różnych parametrów kolumn, aby się z nimi najlepiej zgrać. Kiedy już to wiesz, po prostu robisz wszystko, co w twojej mocy, w przypadku flagowego modelu, a później w przypadku całej reszty oferty. W mojej ideologii nie ma mowy o tym, żebym musiał projektować głośnik do konkretnego wzmacniacza. Moim zdaniem idealnie byłoby, gdyby wzmacniacz był świadomy tego, co wzmacnia, oczywiście w rzeczywistości jest to nieco bardziej skomplikowane, ale znajomość słabych punktów poszczególnych typów wzmacniaczy bardzo pomaga w projektowaniu głośników o przyjaznych wymaganiach w stosunku do podpinanego pod nie wzmocnienia.
M.O: No dobrze, przejdźmy zatem do meritum, czyli sprawczyń dzisiejszej publikacji. Jeśli chodzi o widoczne gołym okiem podobieństwa goszczących u nas dekadę temu protoplastek i Vantage M 5th Anniversary to czy tylko mi się zdaje, czy „nie ruszałeś” średnio i niskotonowych przetworników? Pytam, bo w porównując „naocznie” i wspierając się podawanymi przez Ciebie danymi technicznymi w obu przypadkach mamy do czynienia z 17 cm papierowym z włóknami z papirusu, parą 18 cm papierowych SPC i 26 cm aluminiowym. To wciąż te same drajwery?
G.G: :) Jestem święcie przekonany, że nasze przetworniki średniotonowe pozostaną niezmienione przez kolejną dekadę :D Są tak dobre i wyprzedzają swoje czasy. Nadal widzę w nich potencjał, więc być może w przyszłości wprowadzimy jedynie kilka poprawek w zakresie zwrotnicy w następnej generacji. To samo dotyczy przetworników basowych – po prostu nie ma jeszcze na rynku lepszego papierowego przetwornika BASOWEGO (nie średnio-basowego ani subwooferowego). Postąpiłem zgodnie z niemiecką zasadą – jeśli coś działa i działa dobrze, po co to zmieniać? Zawsze powtarzam – pozostajemy wierni naszym klientom. Nie wprowadzam zmian, jeśli nie są one konieczne. Najlepszym przykładem było wprowadzenie na rynek wersji Figaro MK2. Najpierw zebrałem około 6 lub 7 obszarów, w których chciałem wprowadzić ulepszenia, a dopiero potem wdrożyłem je wszystkie naraz, aby efekt był naprawdę odczuwalny jako pełnokrwista druga generacja, a nie tylko kosmetyczna zmiana. Wiecie, że jesteśmy małą firmą, chcę realizować uczciwy model biznesowy i nie mogę sobie pozwolić na twierdzenie, że wprowadziliśmy zmiany, gdy różnice są tylko w słowach i dobrze wyglądają w prospektach reklamowych a ich nie słychać.
M.O: W takim razie co skłoniło Cię do przesiadki z jedwabiu na beryl w przypadku wysokotonówki?
G.G: Jedwab był zbyt miękki dla moich zamierzeń. Nie zrozum mnie źle, jedwab jest doskonałym materiałem, ale chciałem, aby Vantage miał charakter, wyrazistość, tak aby osoba, która go słucha, czuła w głośniku część mnie, część mojego charakteru. A ja nie jestem osobą spokojną ani powolną. Zawsze jestem tu i tam, lubię prędkość, wyjątkową kontrolę i szczegóły. Beryl zapewnia to wszystko. Nie sprawdziłby się w moich tradycyjnych projektach, ponieważ jest jak chirurgiczny skalpel – nie chce się go używać do krojenia codziennego chleba. Ale Vantage jest jak supersamochód – kiedy masz czas, aby się nim cieszyć, chcesz czerpać z niego maksimum przyjemności i przeżyć najlepsze chwile w życiu, zapomnieć o problemach, zanurzyć się w dźwiękach i emocjach. Chciałem, aby po sesji odsłuchowej Vantage ludzie czuli się, jakby właśnie obudzili się ze snu, wysiedli z superbryki. Myślę, że to najlepszy opis :)
M.O: Czy to zmiana wysokotonowca była powodem przeprojektowania układu przetworników (przeniesienie średniotonowca nad kopułkę) i eliminacji pochylenia przedniej ścianki?
G.G: Nie, było tak samo jak w przypadku Figaro – byłem zadowolony z Vantage Classic, ale dostrzegłem kilka rzeczy, które można poprawić. Nachylenie przedniej przegrody wynikało więc z przeprojektowania zwrotnicy, ponieważ chciałem uzyskać nieco szerszą dyspersję, a poza tym przestały mi się podobać nachylone konstrukcje, które są zbyt słodkie, mało techniczne – kiczowate.
Przeniesienie głośnika wysokotonowego poniżej średniotonowego ma trzy zalety:
1. było to naturalnym rozwiązaniem, aby utrzymać głośnik wysokotonowy mniej więcej na wysokości ucha, ale nie jest to aż tak ważne.
2. Psychoakustyka. Jeśli przeanalizujemy, w jaki sposób ludzie postrzegają dźwięk, i uwzględnimy jednocześnie fizykę, zauważymy, że dla pomiarów nie ma znaczącej różnicy, czy głośnik wysokotonowy znajduje się w pozycji wyższej względem głośnika średniotonowego, czy niższej. Nadal mierzy on to samo i działa mniej więcej jak jeden głośnik eliptyczny. Cała różnica pojawia się, gdy weźmiemy pod uwagę ludzki słuch. Słyszymy wszystkie dźwięki jednocześnie (bezpośrednie, odbite, opóźnione, rozproszone) i nie mamy opcji „bramki”, tak jak mikrofon. Nasz mózg interpretuje wszystkie odbicia nieco inaczej – odbicia od sufitu są interpretowane inaczej niż odbicia od podłogi (w moich projektach biorę pod uwagę wiele aspektów psychoakustyki). Okazuje się, że umieszczenie głośnika wysokotonowego poniżej średniotonowego, na poziomie psychoakustycznym, zapewnia lepszą integrację głośnika wysokotonowego ze średniotonowym. Oznacza to, że nigdy nie będzie można powiedzieć „słyszę głośnik wysokotonowy oddzielnie od całego systemu”. Ma to związek z tym, jak nasz mózg interpretuje różne częstotliwości na różnych wysokościach, gdy częstotliwości te są transmitowane w tym samym czasie (dwa przetworniki grające razem).
3. Jest też strona elektroakustyczna, nie tylko psychoakustyczna. Kiedy filtrujesz głośnik wysokotonowy, nigdy nie dostajesz natychmiastowego spadku spl, masz spadek 6-12-18-24 (lub więcej) db/oktawę. To samo dotyczy głośników niskotonowych. I tak właśnie jest. W tradycyjnym układzie głośniki wysokotonowe są bardzo daleko od głośników niskotonowych, ale nadal spotykają się akustycznie gdzieś w zakresie średnich tonów. Nie grają one głośno w tym zakresie przejściowym między basem a głośnikiem wysokotonowym, ale nadal powodują zniekształcenia. A my, jako ludzie, jesteśmy bardzo wrażliwi na zniekształcenia i od razu potrafimy stwierdzić, że coś jest nie tak. Przesuwając głośniki wysokotonowe bliżej głośników basowych, powodujemy mniejsze przesunięcie fazowe między nimi i mniejsze zniekształcenia. Przesunięcie średnich tonów dalej nie stanowi problemu, ponieważ krzyżujemy nasze średnie tony drastycznie nisko, gdzie długość fali jest wystarczająco długa, aby nie odczuwać żadnych negatywnych skutków.
M.O: Zdradzisz skąd przywiązanie do papierowych przetworników? Przecież o ile w niższych seriach jeszcze można wskazywać względy ekonomiczne, to przy Vantage, gdzie księgowi raczej nie muszą liczyć każdego centa nie korciło Cię, żeby poszaleć z modnym grafenem, zaawansowanymi carbonowymi plecionkami, czy jakimiś zaawansowanymi sandwichami?
G.G: Po prostu dlatego, że nie ma materiałów bez zalet i wad. A papier plasuje się idealnie pośrodku. Aluminium może wydawać się idealnym materiałem, zwłaszcza lotnicze. Wielu produkuje z niego obudowy głośników, dlaczego więc nie membrany? Podobnie jest z tytanem. Okazuje się, że straty wewnątrz materiału są zbyt małe, gdy materiał jest bardzo cienki, łatwo się łamie z powodu niemożności rozproszenia/tłumienia energii wewnętrznej, zaczyna wykazywać rezonanse wewnętrzne, co powoduje wiele problemów i widać to nawet na wykresie SPL, nie wspominając o głębszych parametrach przetwornika. Ceramika wygląda dobrze w tej dziedzinie. Jest to materiał twardszy niż aluminium i nie pęka nawet przy nadmiernym poziomie energii wewnętrznej, ale pęka fizycznie, gdy jest przeciążony lub dotknięty. Włókno węglowe jest ogólnie dobrym materiałem, ale po impregnacji żywicą staje się ciężkie w porównaniu z grubością materiału, ugina się, trzeba wykonać z niego strukturę 3D, aby uzyskać pełne korzyści i właśnie dlatego ten materiał został wynaleziony. Z tego co wiem, nikt jeszcze nie zajmuje się konstrukcjami 3D lub są one opatentowane. Sandwich nie jest konstrukcją 3D, przynajmniej nie o tym mówię. Z drugiej strony papier jest dla nas najbardziej naturalnym materiałem, ale ma również bardzo dobre właściwości we wszystkich dziedzinach. Jest miękki, ma wystarczającą wytrzymałość wewnętrzną, jest na tyle elastyczny, że nie wydaje dźwięków, jest lekki w porównaniu ze swoją sztywnością. Co więcej, jego wzór zniekształceń jest naprawdę niski i jednolity dla wszystkich harmonicznych. A to jest najważniejsze.
Tym, którzy nigdy o tym nie myśleli, proponuję przeprowadzić eksperyment myślowy – wyobraźcie sobie strunę pracującą w jednej częstotliwości, zawieszoną między dwoma kotwicami. Powiedzmy, że nastroimy ją na 440 Hz. Usłyszymy dźwięk sinusoidalny, taki sam jak z generatora dźwięku. Teraz zagrajcie tę samą częstotliwość 440 Hz na skrzypcach – usłyszycie bukiet dźwięków, który definiuje się jako „brzmienie skrzypiec”. Zagraj tę samą nutę 440 Hz na fortepianie – znów brzmi ona inaczej. Co więcej – różne skrzypce brzmią inaczej między sobą. DLACZEGO? Jest to ten sam dźwięk podstawowy 440 Hz. Różnica polega na alikwotach i ich głośności (440, 880, 1320 Hz itp.). Innymi słowy – wzorze alikwotów. To samo dotyczy przetworników – wszystkie przetworniki mają zniekształcenia (które są zasadniczo tymi samymi alikwotami, tylko nazwanymi inaczej). Zniekształcenia te tworzą również wzór każdego przetwornika, każdego typu membrany i dają „brzmienie aluminium”, „brzmienie ceramiki” itp. Wzór zniekształceń papieru jest jednolity i równy w całym zakresie bez dużych nieregularności, dlatego brzmi on najbardziej neutralnie. Czy nie tego właśnie oczekujemy od audio – neutralności?
M.O: Skoro jesteśmy przy niuansach konstrukcyjnych nie sposób przejść obojętnie obok zastąpienia dawnej odpowiedzialnej za charakterystykę brzmieniową „centralki telefonicznej” zdecydowanie wygodniejszymi i intuicyjnymi pokrętłami. Jak rozumiem to rozwinięcie idei znanej z linii Virtuoso?
G.G: Tak, dzięki temu użytkownicy mogą precyzyjniej i szybciej dostosować swój system. Zajmuje mniej miejsca i wygląda bardziej estetycznie. Jest to kwestia kosmetyczna. Z kolei Virtuoso posiada trzy różne zwrotnice i pokrętło do wyboru jednej z nich. Jest to coś zupełnie innego w porównaniu z Vantage. Vantage posiada regulację poziomu wysokotonowca i średniotonowca, co pozwala precyzyjnie dostosować głośniki do pomieszczenia.
M.O: A nie boisz się, że taki wachlarz opcji dla nabywców przejawiających pewną nerwicę natręctw może spowodować niepewność co do dokonanych nastaw i ciągłe kombinowanie zamiast skupiania się na muzyce?
G.G: Nie, nie sądzę. Vantage ma tylko 16 możliwych kombinacji w zakresie regulacji poziomu. Myślę, że jest to system typu „ustaw i zapomnij”. Po odpowiednim ustawieniu nie trzeba nic zmieniać, dopóki nie przeniesie się kolumn. Zmiany są subtelne; można regulować tylko w zakresie 2,5 dB. Nic drastycznego, nic zbyt skomplikowanego. Znam znacznie bardziej złożone możliwości regulacji pewnej francuskiej marki. Nigdy nie liczyłem możliwych kombinacji, ale myślę, że powinno być ich mniej więcej 250.
M.O: Podobny „zarzut” mógłbym skierować w kierunku … potrójnych (!) terminali głośnikowych. W końcu nie od dziś wiadomo, że lepiej grać na jednych dobrych niż dwóch/trzech takich sobie przewodach a niskiej jakości zworki potrafią dramatycznie zepsuć brzmienie kolumn. Masz jakieś mocne argumenty do obrony tri-wiringu/ampingu, czy też (czysto hipotetycznie) dopuszczasz możliwość zamówienia Vantage z pojedynczymi, no dobra, podwójnymi terminalami?
G.G: Proszę nie popełniaj logicznego błędu – Vantage powstał jako projekt trójamplifikacyjny, a nie trójprzewodowy. Posiada oddzielne płytki zwrotnicy (łącznie 6 płytek rozmieszczonych wewnątrz korpusu). Jest to system de facto dedykowany tri-ampingowii. A tym samym korzystanie z nich z jednym wzmacniaczem i pojedynczymi przewodami jest ewidentnym kompromisem. Potrójne okablowanie jest oczywiście lepszym rozwiązaniem, ale potrójne wzmocnienie jest najlepszym wyborem. Oddzielając średnie i wysokie tony od basów, a basy od subwooferów, możemy osiągnąć znacznie większą czystość dźwięku i zerowe przesłuchy, ponieważ wszystkie płytki zwrotnicy (łącznie 6) są fizycznie oddzielone i zamontowane w różnych sekcjach głośnika.
M.O: Jak już jesteśmy przy przewodach, to z tego co pamiętam z wizyty w fabryce wspominałeś, że używacie głównie produktów in-akustika. Przy Vantage sięgnąłeś po jakiś „customowy”, wykonywany specjalnie dla was przewód, czy raczej nie kombinujesz i używacie seryjnych modeli?
GG: Vantage jest wyposażony wyłącznie w japońskie kable Canare. Jest to jeden z niewielu producentów, który posiada pełną specyfikację techniczną swoich kabli, a ponadto jest głównym dostawcą okablowania dla studiów nagraniowych. Używamy jednego z wielu kabli tej firmy, z pełną izolacją teflonową i prawdziwą miedzią OFC. Dziwnie brzmi, że muszę podkreślać słowa „prawdziwa miedź OFC” lub „prawdziwie czysta miedź”. Ale tak właśnie jest. Większość konkurencji, która twierdzi, że ich przewody są wykonane z miedzi OFC lub 99,99%, jest daleka od prawdy, ale nikt nie wydaje się tym faktem przejmować…
M.O: Skoro o fabryce mowa, to jak (mam taką cichą nadzieję) było widać zamiast co najmniej 20-osobowego zespołu, o którym wspominałeś lata temu (bodajże w 2013 r.) w jednym z wywiadów w chwili obecnej skład swojego dream-temu zredukowałeś do 4 wysoce wykwalifikowanych pracowników oraz sieci lokalnych poddostawców. Zakładam, że przez ostatnią dekadę ilość zleceń nie spadła, międzynarodowa sieć dealerska również się rozrosła, więc wszystko musi chodzić jak w szwajcarskim zegarku. Czy zatem przy takim obłożeniu masz jeszcze czas na pracę nad nowymi projektami?
GG: Tak, byłem młody, nie miałem dużego doświadczenia i bałem się, że będę mały wśród dużych marek :) Kiedy ogarnia cię strach, zaczynasz mówić bzdury, jakbyś próbował się chronić i „być tak silnym jak ci, którzy cię otaczają” lol :) :) :) Rzecz w tym, że wraz z wiekiem i dojrzałością zaczynasz rozumieć, że siła nie tkwi w wielkości, ale raczej w szczerości wobec siebie, klientów, jakości świadczonych usług, a co najważniejsze – w dumie z tego, co robisz i dlaczego to robisz.
I od razu mała errata – mamy w sumie 6 wysoko wykwalifikowanych pracowników, z których dwóch pracuje w niepełnym wymiarze godzin, nie licząc mnie. Ale tak, masz rację, zmieniłem całkowicie sposób myślenia o tym, do czego dążę, o tym, co mój produkt mówi o mnie jako twórcy i o tym, gdzie chciałbym być w przyszłości. Zrozumiałem, że należy skupić się na jakości, a nie na ilości. Zabawne jest to, że uzyskałem większą ilość, kiedy przestałem się na tym skupiać (była to, jak sądzę, era modelu Rhapsody). Nie, mam swoje minimum – 500 par rocznie i nie więcej. Ta ilość jest więcej niż wystarczająca, aby zadowolić nas i naszych klientów, a także, co najważniejsze, aby nadal prowadzić firmę produkującą kolumny, a nie agencję eventową lub firmę finansową. Oznacza to utrzymanie jakości i prawdziwego rzemiosła w naszej dziedzinie. Gdybyśmy rozwijali się jak inne duże firmy, w pewnym momencie nie miałoby znaczenia, co produkujemy – kolumny czy lodówki – stalibyśmy się ogromną biurokratyczną machiną. Chcę, abyśmy nadal tworzyli wyjątkowe kolumny, kolumny na zamówienie, kolumny, które mogą cieszyć naszych słuchaczy i są zarazem przystępne cenowo. W końcu jesteśmy młodą firmą, ja sam jestem jeszcze młody i pełen entuzjazmu, lubię spotykać się z naszymi klientami, poznawać osoby, które już posiadają nasze produkty, lub po prostu dzielić się moimi innymi pasjami, takimi jak samochody lub gry planszowe/komputerowe, i po prostu rozmawiać z innymi. Dałbym wszystko, żeby spotkać Ferdinanda Porsche lub Franco Serblina i porozmawiać z nimi, ale obaj już nie żyją. Myślę, że ludzie, którzy wybierają AudioSolutions, doceniają fakt, że mogą uścisnąć mi dłoń i usłyszeć moje pomysły z pierwszej ręki, porozmawiać ze mną i mieć małą cząstkę mnie w swoim domu oraz opowiedzieć swoim znajomym o Gediminasie, który miał marzenie, aby produkować kolumny głośnikowe w swoim garażu :) Żaden przedstawiciel handlowy tego nie zrobi, nie da się tego niczym zastąpić.
Jeśli chodzi o obciążenie pracą, podjęliśmy kilka całkiem sprytnych decyzji produkcyjnych. Zawsze fascynowało mnie Porsche i ich wydajność w uruchamianiu wszystkich tych modeli na jednej linii montażowej w jednym zakładzie. W pewnym momencie zauważyłem, że nasza konstrukcja typu „box-in-a-box” pozwala nam wdrożyć konfigurator głośników bez większego wysiłku. W rezultacie mamy 500 000 różnych kombinacji w konfiguratorze Figaro i zerowe opóźnienia w produkcji pomimo tak wielu możliwości. Jest to wynik lokalnej produkcji i niezależności od łańcuchów dostaw, a także sprytnej inżynierii w fabryce. Tak więc nadal mam trochę wolnego czasu, aby nie tylko myśleć o ulepszonych modelach, ale także cieszyć się innymi hobby :)
No dobrze, podźwigaliśmy (wraz ze skrzynią transportową każda kolumna zauważalnie przekracza 100kg), pooglądaliśmy, porozmawialiśmy, to teraz wreszcie można wygodnie rozsiąść się w fotelu i posłuchać. A powiem szczerze, że jest czego, gdyż eMki z jednej strony sprawiły, że od pierwszych taktów „Black Market Enlightenment” Antimatter poczułem się jak w domu – w towarzystwie swoich Figaro L2 a z drugiej, z niezwykłą intensywnością dotarło do mnie ile, zachowując co by nie mówić pasującą mi firmową szkołę brzmienia, więcej i lepiej można wycisnąć z pozornie znanych na pamięć nagrań. Były oczywiście właściwa dużym, wielodrożnym zestawom swoboda i rozmach prezentacji, mile łechcące zmysły wysycenie średnicy i zdolność grania zarówno na niezobowiązujących – wieczorno-nocnych, jak i iście koncertowych poziomach głośności. Jednak już skraje reprodukowanego pasma były nie tylko ewidentnym novum tak w przypadku niżej urodzonych modeli, jak i pierwszej odsłony Vantage, lecz de facto okazywały się klasą same dla siebie. Najwyższe składowe onieśmielały rozdzielczością, czystością i obecną w nich energią. Jednak nie próbowały na siłę czarować i uwodzić tam, gdzie w materiale źródłowym zawarto zadziorną chropawość, bądź garażowy brud, lecz również trudno uznać je było za w jakikolwiek sposób przesadzone, utwardzone, czy wręcz ofensywne. Wystarczyło bowiem zmienić rockowy repertuar na np. „Unrealeased” Cecilii Bartoli, czy też „#LetsBaRock” Jakuba Józefa Orlińskiego i Aleksandra Dębicza by przekonać się, że nie dość, że berylowe tweetery w Vantage’ach swą czystością nie tylko przekraczają przysłowiową „krystaliczność”, co jasno dają do zrozumienia, że niespecjalnie czują respekt przed diamentową konkurencją. Od razu zdradzę, iż „#LetsBaRock” znalazł się na mojej playliście nieprzypadkowo, gdyż to poniekąd nasz rodzimy odpowiednik redakcyjnego „papierka lakmusowego”, czyli „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” Roberty Mameli, gdzie klasyczny duet kontratenora i fortepianu rozbudowano o współczesną sekcję rytmiczną – perkusję Marcina Ułanowskiego i bas Wojciecha Gumińskiego, w efekcie czego dostajemy nie tylko w pełnej krasie „króla instrumentów” i fenomenalny wokal, lecz również pole do popisu dla dmuchającego w podłogę woofera. I to słychać. Czuć z resztą też, bo Vantage potrafią solidnie kopnąć i z adekwatną wykopowi z półobrotu energią pomasować trzewia. I pod tym względem bardzo wyraźnie słychać progres w stosunku do protoplastek, bowiem motoryka, timing i witalność najniższych składowych serwowanych przez tytułowe jubileuszówki jest fenomenalna. Proszę tylko sięgnąć po „Shining” Swallow The Sun lub „Another Miracle” Of Mice & Men a przekonacie się, że po wspominanym podczas testów pierwszych Vantage spowolnieniu nie ma nawet śladu. Dla pewności przesłuchałem ciężki jak walec drogowy i gęsty jak babciny krupnik „A Map of All Our Failures” My Dying Bride jedynie potwierdzając, iż aktualny wypust litewskich flagowców bez najmniejszych problemów był w stanie w niezwykle sugestywnej holograficznej przestrzeni i z zachowaniem wybitnej rozdzielczości w całym reprodukowanym paśmie rozmieścić na scenie ww. bandę ponuraków i choć trudno było mówić o rześkości i skoczności doom-metalowych kompozycji, to zamiast leniwego strumienia lawy z głośników dobiegały zgodne z zamierzeniem artystów i odpowiedzialnej za realizację krążka ekipy posępne, acz niezwykle smakowite i wyrafinowane dźwięki. Warto również wspomnieć, iż właśnie na takim monumentalnym, gęstym i nierzadko wręcz apokaliptycznym materiale AudioSolutions łapią wiatr w żagle i pokazują pełnię swych możliwości grając dźwiękiem potężnym, kipiącym od energii, lecz zarazem nieprzesadzonym – bez tendencji do sztucznego pompowania źródeł pozornych, czy też generowania ponadnormatywnych hektarów przestrzeni.
A właśnie, co do owej przestrzenności prezentacji, to Vantage M zaskakująco rzetelnie trzymają się faktów nie tylko nader udanie znikając ze sceny, co wiernie odwzorowując realia „lokalowe” poszczególnych realizacji. Jeśli chcecie poczuć ogrom kubatury z charakterystycznym pogłosem, to będzie Wam dane tego doświadczyć z intensywnością czynnego uczestnictwa. Wystarczy, że sięgniecie po „In My Solitude: Live at Grace Cathedral” Branforda Marsalisa i sprawa załatwiona. Podobnie z praktycznie „głuchym” efektem studia. Karmicie Vantage zrealizowanym w belgijskim Galaxy „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna i w tzw. okamgnieniu zostajecie otoczeni nieprzenikniona czernią i pozostawieni sam na sam z solistą i jego lutnią. I to wszystko praktycznie niezależnie od poziomu głośności, chociaż nie ma co się oszukiwać. O ile bowiem góra pasma czaruje rozdzielczością już od niemalże szeptu, to żeby zaprosić do współpracy ukrytego „w podwoziu” 26 cm basowca trzeba nieco więcej prądu. Jednak bez obaw – jego zbawienny wpływ słychać już przy natężeniach dźwięku pozwalających komfortowo prowadzić rozmowy, więc jego „aktywacja” nie wiąże się z jakimś specjalnym „wkręcaniu” kolumn na wysokie obroty. Choć jeśli komuś zależy na wykorzystaniu pełnego, drzemiącego w litewskich flagowcach potencjału energetycznego, to coś czuję w kościach, że warto wziąć sobie do serca rekomendację ich twórcy i dobierając do nich odpowiednie wzmocnienie raczej nie schodzić poniżej zalecanych 50W.
W ramach podsumowania zasadnym wydaje się porównanie pierwszej i aktualnej wersji Vantage. Problem w tym, że o ile przy protoplastkach wychodziło na to, że są warte uwagi, „ale” … i tu następowała litania obwarowań koniecznych do spełnienia w celu zapewnienia dobrostanu tak im, jak i ich szczęśliwym nabywcom to w przypadku AudioSolutions Vantage M 5th Anniversary wypada mi jedynie stwierdzić, iż są to wyborne kolumny, które nie dość, że nie boją się żadnego repertuaru, to z powodzeniem spełnią wygórowane oczekiwania nawet najbardziej wybrednych melomanów i audiofilów. Przy okazji, patrząc na nie ze stricte high-endowej perspektywy, nie zrujnują domowego budżetu a i strażniczki domowego ogniska patrzeć będą na nie raczej przyjaznym okiem, gdyż nie trzeba będzie z nimi odjeżdżać na półtora, albo i więcej metra od tylnej ściany. Czyli co? W telegraficznym skrócie można byłoby autorytatywnie uznać, że wspomnianego przed chwilą porównania … nie ma? No właśnie niekoniecznie, gdyż właśnie takie bratobójcze sparringi najlepiej pokazują jaką pracę wykonała stojąca za danym projektem ekipa i jaki progres ów projekt z fazy pierwotnej do obecnej odnotował. A śmiem twierdzić, iż w przypadku tytułowych Vantage jest on wart każdej widniejącej w rubryce z ceną złotówki. Czy dla wszystkich? Śmiem wątpić, ale bądźmy szczerzy AudioSolutions to nie zupa pomidorowa, żeby smakować wszystkim, dlatego też, jeśli ktoś uzależniony jest od ospałego i mało czytelnego, bądź z przeciwległego krańca skali boleśnie prosektoryjnego, analitycznego grania z tytułowymi Litwinkami może nie znaleźć płaszczyzny porozumienia. Jeśli jednak cenicie sobie Państwo w dźwięku naturalność, dynamikę i żywiołową muzykalność najwyższej próby z czystej ciekawości rzućcie na AudioSolutions Vantage M 5th Anniversary, bądź ich większe/mniejsze rodzeństwo okiem i uchem.
Marcin Olszewski
Opinia 2
To co prawda jest wynik wielu testowych spotkań, ale zawsze, gdy na nasz tapet mają trafić konstrukcje spod znaku litewskiej marki AudioSolutions, w duchu jestem dziwnie spokojny, że poświęcony na ich posłuchanie czas będzie ciekawym doznaniem. Za każdym razem naturalną koleją rzeczy jest to zderzenie z nieco innym pomysłem na dźwięk, jednak ogólnie rzecz biorąc zawsze jest to fajnie spędzony kawałek mojego jestestwa na tym ziemskim padole. A potwierdzeniem takiego stanu niech będzie choćby finał ostatniego testu Figaro L2, które po całej akcji nie wyjechały już od Marcina, stając się stałym punktem odniesienia dla innych konstrukcji. Wiem, wiem, powtarzam się, ale celowo, gdyż chcę podkreślić, iż mocodawca marki po wielu latach owocnych doświadczeń obecnie konstruuje na tyle ciekawe i do tego uczciwie wycenione kolumny, że w dobrym znaczeniu tego słowa z powodzeniem rozpycha się w światowym mainstreamie, choćby eliminując z zestawu Marcina kultowe dla wieku Dynaudio. Zaskoczeni? Ja przyznam też, ale w sensie pozytywnym i z pewnego rodzaju spełnieniem kreowanych testami kolejnych zespołów głośnikowych przypuszczeń, że kiedyś marce uda się przełamać barierę wejścia do wysokiej ligi. Co tym razem nas odwiedziło? To rykoszet ostatniej wystawy, czyli pochodzące z najwyższej serii kolumny podłogowe AudioSolutions Vantage M 5th Anniversary, których wizytę zawdzięczamy gdańskiemu dystrybutorowi Premium Sound.
Patrząc na bryły naszych bohaterek ciężko jest w prostych słowach określić ich kształt. Celowo w ramach walki z falami stojącymi wewnątrz skrzynki – naturalnie oprócz typowego dla tej marki dublowania obudowy, czyli okalania pierwszej wewnętrznej konstrukcji zewnętrznym, przymocowanym plastycznym spoiwem, wykończonym już w wysokim standardzie dodatkowym płaszczem – nie mają żadnych równoległych płaszczyzn. Co więcej, każda z nich poza wyposażoną w regulowane stopy podstawą jest wycinkiem fali. A wygląda to mniej więcej tak. Łukowaty awers zbiega się krągłą, lekko pofalowaną linią do znacznie węższego tylnego panelu, na którym zorientowano cztery wyloty portów bas-refleks, pomiędzy nimi ulokowano dwa pokrętła pozwalające lekko dostroić pracę wybranych częstotliwości, a na samym dole wylądowały trzy komplety zacisków dla każdego zakresu pasma z osobna. A żeby być konsekwentnym w swym działaniu wykorzystywania krągłości, producent od góry z mocnym akcentem skosu ku przodowi na pionową część obudowy jakby zrzucił także lekko łukowatą górną ściankę. Przyznam szczerze, że wygląda to zacnie i przy okazji optycznie zmniejsza wzrokowy odbiór przecież dużej gabarytowo konstrukcji. Jeśli chodzi o wyposażenie w przetworniki, mamy do czynienia z berylową wysokotonówką oraz pakietem przetworników na bazie celulozy, w skład którego wchodzi jeden średniak, dwa basowce i umieszczony w podstawie, oczywiście dmuchający w podłogę dodatkowy, już aluminiowy niskotonowiec. Nie ma się co oszukiwać, ilość i sposób rozmieszczeni głośników bez naciągania faktów pozwala domniemywać, iż podczas obcowania z tymi kolumnami będzie się działo. Tym bardziej, że ich skuteczność jest dość przyjazna, bo oscyluje w granicach 92 dB przy obciążeniu 4 Ohm, co nie tylko dla mojego duńskiego pieca, ale także dla większości potencjalnych wzmacniaczy jest tak zwaną bułką z masłem.
Co wydarzyło się po wpięciu naszych bohaterek w mój tor? Po pierwsze zostałem utwierdzony w zdobytym wcześniejszymi doświadczeniami przekonaniu świetnej jakości prezentacji dolnego zakresu. Był mocny, zwarty i jak lubię, w dobrym znaczeniu twardy. Po drugie barwa i nasycenie muzyki oferowały oczekiwany przez dany materiał poziom jakości i ilości. A po trzecie nawet przy wysokich poziomach głośności strojne Litwinki w najmniejszym stopniu nie popadały w oznaki wysilenia prezentacji. Bez problemu wypełniały moje pomieszczenie ścianą dźwięku, który zawsze był wysokiej próby tak od strony jakości, jak i swobody, a przez to lotności. Jak widać, wyartykułowałem same zalety. Czy wszystkie? Otóż nie. A dlatego nie zrobiłem tego ciurkiem, gdyż choć długi czas z takim sznytem grania było mi po drodze, gdy dojdzie do decyzji zakupu, ostatecznym punktem za lub przeciw pewnej grupy audiomaniaków może być estetyka podania materiału muzycznego z nutą celulozy w tle. To oczywiście efekt w pewnym sensie zamierzony wyborem przetworników i zapewniam, że z mojej strony nie jest to zadem przytyk, bo wiele lat z podobnym brzmieniem obcowałem na co dzień, ale gdy obecnie słucham kolumn z twardymi membranami, nie mogłem nie wspomnieć – zaznaczam, że to dla wielu duża zaleta – o wspomnianym papierowym posmaku prezentacji. Posmaku, który wiele instrumentów wyciąga na niedoścignione sonicznie wyżyny – choćby skrzypce, ale jednak to jest pewien sznyt i należało go przywołać. Czy to popsuło mi zabawę? Bynajmniej, gdyż uwielbiam muzykę dawną i jazzową, a ta aż kipiała nieosiągalnym z moich kolumn, skądinąd zjawiskowym tembrem rozwibrowanego drewna odtwarzanego przez papierowe membrany.
Przykładowy, zapewne znany Wam dobrze popis gry na wspomnianym instrumencie smyczkowym w akompaniamencie londyńskiej orkiestry „Diabolus In Musica” wypadł fenomenalnie. Z dźwiękowym posmakiem nie tylko użytego do budowy instrumentu drewna, ale także materiału na struny smyczka, co sprawiło, że nie puszczałem li tylko zwyczajowych, czyli najbardziej znanych i żywiołowych kawałków, aby ocenić brzmienie kolumn, ale z pełną drobiazgowością napawania się wirtuozerią tak operatora skrzypiec, jak i testowo skonfigurowanego systemu w tak prawdziwy sposób podającego ten materiał, wszedłem w każdy, następujący po sobie utwór. W rzadko spotykanym napięciu czekałem na najdrobniejszy dźwięk, aby nasycić się nim, gdy kolumny opuszczą moje lokum. Nie mogę powiedzieć, że z moich nie mam takiej frajdy, ale skłamałbym, gdybym stwierdził, że skrzypce są lepsze od tych prezentowanych przez litewskie Vantage. Są inne, ale już nie tak drewniane, co sprawia, że bardziej skupiam się na innych aspektach prezentacji. A, że nasze bohaterki stacjonowały u mnie przez dobrych kilkanaście dni, myślą przewodnią moich wieczorów przy muzyce naturalnie były płyty ze skrzypcami w jednej z głównych ról, jak choćby twórczość Adama Bałdycha.
Podobnie, bo z dobrym wynikiem brzmieniowym wypadła także muzyka rockowa. Oczywiście nie chciałem rezygnować ze słuchania świetnej wersji smyków w istotnych rolach, ale chcąc sprawdzić brzmienie kolumn podczas odtwarzania mocnego kopnięcia, sięgnąłem po koncertową płytę „S&M” zespołu Metallica. To jak pewnie wiecie, jest udane połączenie formacji orkiestrowej z rockowym szaleństwem. Może materiał nie jest idealnie nagrany, ale jeśli tylko uda się dobrze oddać brzmienie składu symfonicznego – mam na myśli estetykę i energię użytych instrumentów, co litewskie kolumny bdb. potrafią, rockmeni mają świetne pole do popisu. Naturalnie chodzi o zaprezentowanie pełnej ekspresji wokalizy, uderzenie słuchacza mocnymi, bo soczystymi gitarowymi pasażami tudzież walką perkusisty z bębnami, które na tle wydawałoby się formacji dla wyższych sfer udanie kontrapunktują całe muzyczne przedsięwzięcie. Jak było? Z przyjemnością stwierdzam, iż świetnie. A to dlatego, że kolumny nie tylko oferowały w pełnej kontroli całe pasmo ze szczególnym zaznaczeniem świetnych niskich rejestrów, ale także za sprawą sznytu grania dobrze definiowały wiele źródeł pozornych. I nie mówię w tym momencie tylko o smykach, ale także o bębniarzu, któremu celulozowy posmak pomagał uzyskać ciekawe brzmienie efektu zetknięcia pałki stopy z membraną wielkiego kotła. Niezbyt twardego, nie nazbyt rozmytego, tylko w punkt puszystego, a zarazem krótkiego w kwestii trwania. Przynajmniej ja tak to odebrałem.
Komu poleciłbym nasze bohaterki? Pierwszą istotną wskazówką jest niestety posiadanie odpowiedniego pomieszczenia, bo to jednak duże kolumny. Jeśli jednak takowym dysponujecie, to jedyną kwestią do rozwiązania jest próba na własnej skórze, czy wspominany przeze mnie sznyt grania z lekkim odczynem celulozy jest na akceptowalnym poziomie. Tylko na spokojnie, jest symboliczny i wielu z Was grając na kolumnach z przetwornikami z dodatkiem papieru w membranach może nawet go nie zauważyć, ale ja obcując na co dzień z aluminium, ceramiką i diamentem go słyszę i dlatego musiałem o nim wspomnieć. Jednak abstrahując od moich codziennych wyborów, jeśli nie macie złych doświadczeń z tego typu estetyką, reszta, czyli podanie słuchanego materiału w pełnej kontroli i rozdzielczości w całym zakresie częstotliwościowym na najwyższym poziomie sprawi, że nawet po niezobowiązującej próbie mogą nie wrócić już do sklepu. Straszę? Nic z tych rzeczy, jedynie lojalnie ostrzegam, bo to kolejne świetne kolumny spod znaku AudioSolutions.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Premium Sound
Producent: AudioSolutions
Cena: 287 000 PLN
Dane techniczne
Skuteczność: 92 dB @ 2.83V 1m
Rekomendowana moc wzmacniacza: 50-500 W rms
Impedancja: nominalnie 4,0 Ω;
Częstotliwość podziału: 50, 200, 8000 Hz
Pasmo przenoszenia (w pomieszczeniu): 21-30000 Hz
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 2,5 cm kopułka berylowa,
– średniotonowy: 17 cm z membraną z włóknami z papirusu,
– niskotonowe: 2 x 18 cm SPC głośniki o membranach papierowych, 26 cm aluminiowy
Wymiary (W x S x G): 1421 x 460 x 650 mm
Waga: 75 kg sztuka
Jak sugeruje tytuł dzisiejszego spotkania, będziemy zajmować się bardzo istotną składową rozbudowanego systemu audio, czyli przedwzmacniaczem liniowym. Naturalnie jak zaznaczyłem, w czasach gdy wiele cyfrowych źródeł ma regulowane wyjścia sygnału nie zawsze niezbędnym, jednak gdy tak jak ja planujecie mieć dostęp do różnych dawców sygnału w jednym czasie w postaci odtwarzacza CD, gramofonu i magnetofonu, temat pojawienia się naszego bohatera w systemie jest nie do przeskoczenia, po prostu musi być. To zaś sprawia, że chciał nie chciał, ale staje się jednym z elementów, które realnie wpływają na finalne brzmienia danej konfiguracji, o czym ostatnio przekonałem się zmieniając przez kilka lat używanego Gryphona Pandora, na dedykowanego obecnie posiadanej końcówce mocy Commandera. A, że przywołane przed chwilą modele to konstrukcje tranzystorowe, byłem bardzo rad, że zaraz po tej akcji ze strony łódzkiego Audiofastu padła propozycja, aby w formie technicznego kontrastu kolejny raz przyjrzeć się bliżej tego rodzaju urządzeniu, jednak tym razem opartemu o lampy elektronowe. Oczywiście nie odmówiłem, czego skutkiem jest dzisiejsza wizyta w moich progach przedstawiciela amerykańskiego mainstreamu, czyli nie tylko wszystkim znanego, ale także przez wielu pożądanego przedwzmacniacza liniowego Audio Research LS28 SE.
Rzeczone pre w kwestii ubrania układów elektrycznych prezentuje nietypowy dla tego rodzaju konstrukcji, jednak od lat pielęgnowany przez Jankesów pomysł zamknięcia ich w będącym ostoją wizualnego spokoju prostopadłościanie. Nie kultywują popularnych platform nośnych dla szklanych baniek i transformatorów, tylko dbając o odpowiednią wentylację wykorzystują zgrabną w wyglądzie skrzynkę. Oczywiście pisząc skrzynkę trzeba pamiętać, iż oprócz wykonanego z grubego płata aluminium frontu oraz litych blach podstawy i tylnego panelu przyłączeniowego, reszta to gęsto perforowane aluminiowe „sita”. Jednak jakby na to nie patrzeć, mamy do czynienia z wersją typowej obudowy dla elektroniki, co moim zdaniem nie tylko dla mnie, ale z pewnością dla wielu z Was jest ewidentnym plusem. I nie ma znaczenia, że na awersie projektant zastosował ustawione w pionie na zewnętrznych flankach masywne rączki transportowe, gdyż to od lat znak rozpoznawczy większości konstrukcji spod tego znaku towarowego i zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić. Krocząc dalej tropem opisu front-panelu moim zdaniem warto wspomnieć o fajnym zabiegu designerów przełamania przykuwania wzroku przez wspomniane rączki. Chodzi o zajmującą całą przestrzeń pomiędzy nimi czarną akrylową wstawkę, na której widzimy dwie średniej wielkości gałki – lewa to selektor wejść, a prawa Volume, centralnie zorientowany pomiędzy nimi, mieniący się przyjemną dla oka zielenią wyświetlacz oraz w dolnej części serię 6 okrągłych przycisków funkcyjnych. Być może zdjęcia tego nie oddają, ale potencjalnych malkontentów zapewniam, wspomniany zabieg w swym działaniu jest naprawdę skuteczny, bowiem zaznając go na własnej skórze po kilku rzutach okiem masywne rączki praktycznie przestały być czymś nadmiernie przykuwającym wzrok. Po prostu były i nic więcej. Gdy ogólny opis obudowy mamy z grubsza za sobą, przyszedł czas na kilka informacji o panelu przyłączeniowym przedwzmacniacz do potencjalnego systemu. A na nim jak przystało na światowego producenta jest na bogato, bowiem dostajemy do dyspozycji po 4 analogowe wejścia liniowe RCA/XLR, 2 wyjścia liniowe RCA/XLR, jedną przelotkę do nagrywania RCA/XLR, kilka terminali konfiguracyjnych, gniazdo bezpiecznika i naturalnie zasilania IEC. Oczywiście w komplecie dostajemy także ułatwiający sterowanie systemem pilot zdalnego sterowania. Jak widać, masz bohater nie tylko ciekawie prezentuje się od strony wizualnej, ale także konfiguracyjnej. A jeśli jesteście ciekawi, jak to wygląda od strony sonicznej, zapraszam do lektury kolejnego akapitu.
Gdy wpinałem naszego pretendenta do laurów w swój tor, obawiałem się jednego. Chodzi mianowicie o często serwowany przez urządzenia lampowe efekt umilania przekazu kosztem dosłownie i w przenośni wszystkiego. Muzyka przestaje być odpowiednio agresywna, za to staje się krainą miodem i mlekiem płynącą. Naturalnie rozumiem chęć osiągnięcia takiego stanu przez jakiegoś melomana, gdyż szuka ukojenia zmęczonej codziennym wyścigiem szczurów duszy, ale to tak naprawdę jest usypianie słuchacza, a nie rozkochiwanie go w słuchanym w danym momencie materiale, a przecież w swej zabawie szukamy raczej wspomnianego jako drugiego stanu ducha. Owszem, lampa powinna nieco „doprawić” przekaz, ale jednak być daleka od jego brutalnego zdominowania, bo po kilku utworach z wirtualnej sceny po prostu wieje nudą. Na szczęście tytułowy przedwzmacniacz pokazał, że szklanej bańki w układach elektrycznych się nie wypiera, ale też nie dał się jej wodzić za nos. W mojej ocenie pokazał bardzo dobry konsensus pomiędzy płynnością, soczystością wizualizowanego świata muzyki oraz serwowaniem bezpośredniości zawartej w muzyce energii. Ze zrozumiałych względów rysowanie tego świata nie odbywało się już tak ostrą kreską, jak w przypadku używanej na co dzień wersji tranzystorowej przedwzmacniacza liniowego, ale nie było to też malowanie czymś na kształt rozmytych w przestrzeni pasteli. To co zaproponował Amerykanin, w moim odbiorze było czymś w rodzaju serwowania zawartej w muzyce energii i jej dźwięczności jedynie unikającą zbytnich ostrości krawędzią. Po to przecież zastosowano szklane bańki. Na szczęście jak wspominałem, tylko po to, aby nieco doprawić, a nie przegrzać serwowanych przez system wydarzeń scenicznych. Dzięki takiemu zabiegowi testowo skonfigurowany system cały czas emanował dobrym zejściem nieco bardziej miękkich, ale nadal solidnych w kwestii ilości i zwarcia niskich tonów. Znakomicie obrazował tak istotną dla naszego narządu słuchu, rozwibrowaną i pełną najdrobniejszych artefaktów z zakresu mikrodynamiki, minimalnie uprzywilejowaną w projekcji średnicę. A wszystko udanie doświetlały w lekkim odcieniu złota, ale konsekwentnie dźwięczne i nośne wysokie tony. Gdybym miał odnieść powyższą wyliczankę do mojego codziennego wzorca, powiedziałbym, iż Audio Research zaproponował mi wycieczkę w bardziej płynny i przez to w wielu przypadkach przyjemniejszy, ale daleki od nudy świat muzyki, co suma summarum bardzo przypadło mi do gustu. A zapewniam, w moim przypadku, gdzie raczej stronię od tego typu rozwiązań – najczęściej nadmiernie przesładzają i uśredniają przekaz, wpisanie się w moje oczekiwania nie jest taką prostą sprawą. Na szczęście inżynierowie zza wielkiej wody widzieli, gdzie leży granica dobrego smaku i udanie wszelkim przerysowaniom postawili tamę.
Ciekawym udowodnieniem postawienia owej tamy był krążek formacji Motorhead „Overkill”. To bardzo mocne granie, które w przypadku zbytniego ostudzenia agresji podania i wyrazistości kreowania wydarzeń w domenie solidności uderzenia słuchacza dźwiękiem, a także odczuwalnej utraty szybkości narastania sygnału najzwyczajniej w świecie staje się jedną wielką muzyczną papką. Tymczasem z kolumn musi dobiegać zapisana w duszy artystów buntowniczość wyrażana mocnymi i dość ostro kreowanymi gitarowymi riffami, solidną porcją wściekłej pracy bębniarza i charyzma wokalisty. Jeśli system nader mocno przesunie odbiór słuchanego materiału w stronę totalnej przyjemności, nie tylko muzykom, ale także nam, czyli słuchaczom zrobi krzywdę, bo zabije zwyczajowo tętniący w tej muzie pierwiastek nieobliczalności. Jak pisałem wcześniej, to oczywiście może się podobać, jednak gdy chcemy podążać twórczością grup choćby przywołany Motorhead, nie tędy droga. Na szczęście nasz bohater wybrnął z tego bardzo ciekawie, gdyż mimo słyszalnego uplastycznienia krawędzi i podkręcenia emocji w kwestii soczystości kreowania wirtualnej sceny, bez najmniejszego problemu nadążał nie tylko za serwowanymi przez muzykę zmianami tempa, ale także jej bezpośredniością kreowania w eterze. Efekt był bardzo ciekawy, bo oczywiście inny od posiadanego z przedwzmacniaczem na bazie tranzystorów, ale tak samo ciekawy, gdyż pełen artystycznych zaskoczeń serwowanych przez muzyków przez nieco mocniejsze ogniskowanie całej wizualizacji w przestrzeni w ramach pierwszego planu. A to jak się potem okazało, była tylko udana przygrywka do prawdziwego „ja” testowanej konstrukcji.
Tym razem wspomnę o materiale, który jest wręcz wodą na młyn podobnie jak dla LS28 SE, dobrze zaprojektowanych lampowych urządzeń. Mowa o parającym się odkrywaniem muzyki symfonicznej, dawnej i nierzadko egzotycznej Jordi Savallu, z szerokiego portfolio którego wziąłem na tapet płytę „Istanbul”. Już tytuł zdradza, że barwa, płynność i rozwibrowanie dźwięku, co jest ewidentną domeną urządzeń spod znaku wolnych elektronów, będzie bardzo ważnym elementem do idealnego oddania emocji tej pochodzącej ze wschodu twórczości. Twórczości wykorzystującej nieco odmiennie brzmiące i często inaczej frazujące płynność prezentacji instrumenty, przez to tak łatwo potrafiącej nas zaczarować. Oczywiście z uwagi na swobodę brylowania przedwzmacniacza w takich klimatach pamiętam jedynie, kiedy usiadłem wygodnie w fotelu i w pełni zaczarowany stworzonym spektaklem w pozytywnym znaczeniu tego słowa z głębokiego letargu wyrwał mnie dopiero powrót soczewki lasera do stanu zero. I zapewniam, nie był to stan spowodowany znudzeniem tudzież uśpieniem, tylko w pełni emocjonalnym wejściem w nagranie, co było wynikiem mariażu tak profesjonalizmu w interpretacji i wykonaniu tego rodzaju wschodnich zapisów nutowych przez Jordi Savalla, jak i w odpowiednich aspektach sonicznych umiejętności podkręcenia emocji przez testowanego Amerykanina. To było idealne połączenie perfekcjonizmu obu bytów. Oczywiście ludzkiego oraz materialnego w sensie wykorzystanej do odsłuchu technologii. Perfekcjonizmu, na który po trosze czekałem, ale jak pisałem na samym początku, mając na uwadze ewentualne przegrzanie prezentacji nadmiernym sznytem lampy, którego do końca nie byłem pewien. Jak się jednak okazało, w tym przypadku strach miał jedynie wielkie oczy.
Czy biorąc pod uwagę wyartykułowane powyżej cechy brzmienia tytułowego przedwzmacniacza jestem w stanie polecić go każdemu? Otóż w znakomitej większości tak. Oferując posmak lamp elektronowych nie popada w nadmierność ich wpływu na brzmienie całego systemu. Oczywiście nie unikniemy lekkiego ukulturalnienia przekazu, jednak będzie to jedynie jego doprawienie, co li tylko symptomatycznie nań wpływając spowoduje przyjemniejszy, a nie na dłuższą metę nudny odbiór. Tak widzę jego ocenę przez większość z Was. A co z mniejszością i kto do niej należy? To bardzo proste. Jedyną grupą mogącą mieć problemy z zaakceptowaniem pomysłu na muzykę według amerykańskiej myśli technicznej, są piewcy szybkości narastania sygnału i ostrości jego kreowania ponad wszystko. Tego niestety Audio Research LS28 SE z racji z premedytacją wdrożonych w życie założeń technicznych z lampami w układach elektrycznych nie zapewni. Zatem wybór jest prosty. Jeśli słuchacie muzyki, a nie smagacie się nią, tytułowy bohater ma Wam do zaoferowania bardzo dużo ciekawych akcentów formujących finalne brzmienie posiadanego systemu. A najciekawsze w tym jest to, że wszystkie służą poprawie przyjemności obcowania z muzyką.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Audio Research
Cena 57 500 PLN
Dane techniczne
Pasmo przenoszenia (+0-3dB): 0.4Hz – 200kHz
Zniekształcenia: <0.007%
Szum włąsny: 1.3uV RMS
Dynamika: 122dB (AES17)
Przesłuch międzykanałowy: -105dB
Wzmocnienie: 18.5dB XLR, 12,5dB RCA
Impedancja wejściowa: 100kΩ XLR, 50kΩ RCA.
Wejścia: 4 pary RCA; 4 pary XLR
Impedancja wyjściowa: 600 Ω XLR, 300 Ω RCA
Maksymalny poziom wejściowy: 16V RMS XLR, 8V RMS RCA.
Znamionowe napięcie wyjściowe: 2V RMS przy obciążeniu 200kΩ XLR, 1V RMS RCA.
Maksymalne napięcie wyjściowe na wyjściu zbalansowanym wynosi 17V RMS przy < 0.5% THD przy 1kHz)
Zastosowane lampy: 4 x 6H30P
Wejście gramofonowe:
Pasmo przenoszenia : 5 Hz-20kHz (±0.2dB); 0.3Hz-80kHz (±1.0 dB)
Zniekształcenia: < 0,015% przy napięciu wyjściowym 3V i 1kHz
Wzmocnienie: 55dB @ 1kHz
Obciążalność przełączana: 47k, 1k, 500, 200, 100 ohm
Pobór mocy:30 W, 2W w trybie gotowości
Wymiary (S x W x G): 48 x 13.7 x 34,8 cm (uchwyty wystają 4 cm poza panel czołowy)
Waga: 7 kg
Najnowsze komentarze