Monthly Archives: wrzesień 2020


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Zacznę nieco filozoficznie od dość oczywistego stwierdzenia, że życie to sztuka ciągłych wyborów. Z jednej strony kuszą nas bowiem bezpieczne krągłości zunifikowanych brył, wszechobecna biel i „ekologiczna” cyfrowość studyjnych apartamentów, by po chwili łapać za oko steampunkowym bogactwem, bursztynową poświatą rozżarzonych lamp, szlachetną patyną i „artystycznym” klimatem tonących w półmroku loftów. Oczywiście najlepiej byłoby prowadzić żywot w dwóch równoległych czasoprzestrzeniach i w zależności od okoliczności i własnego widzimisię przeskakiwać z jednej rzeczywistości do drugiej. Jednak nie ma co się łudzić, takie cuda zapewniają jedynie wysokobudżetowe hollywoodzkie superprodukcje, bądź trafienie kumulacji w Totka, a nam pozostaje bądź to rzut monetą, bądź twarde negocjacje ze Strażniczką Domowego Ogniska odnośnie tego, czy aby nasze wymarzone kolumny nie zaburzą pieczołowicie komponowanego feng shui salonu. Nie da się też być w dwóch miejscach jednocześnie, choć pozornie ledwo odrosłe od ziemi małoletnie pociechy nader skutecznie naginają ową zasadę, i pomimo najszczerszych chęci nie da się wszystkiego, co tylko pojawia się na rynku, bądź chociażby w interesującym nas segmencie, przesłuchać, opisać a gdy tylko nam się spodoba … kupić. Takie życie. Dlatego też nawet usilnie starając się nie wypaść z obiegu co jakiś czas łapiemy się na tym, że coś nam umyka, czegoś może nie tyle nie zauważyliśmy, co w natłoku informacji i ciągłych bodźców nie zatrzymało na tyle naszej atencji, żeby trafić na redakcyjny tapet i pograć przez tydzień, dwa, bądź nawet dłużej. Tak też było w przypadku naszego dzisiejszego gościa, który pomimo świadomości o jego istnieniu krążył na tak odległej orbicie, że dopiero na skutek impulsu – pytania ze strony dystrybutora – łódzkiego Audiofastu, czy przypadkiem pomiędzy jednym a drugim ultra high-endowym uniesieniem nie mielibyśmy ochoty pochylić się nad czymś dla „zwykłych śmiertelników” uznaliśmy, że wskazane byłoby nadrobić nader poważne zaległości w tej materii. Zaległości? Jak najbardziej, gdyż będący bohaterem niniejszej epistoły zintegrowany wzmacniacz lampowy Rogue Audio Cronus Magnum III to już czwarta odsłona amerykańskiego „łobuziaka” (rogue po angielsku oznacza właśnie łobuza). Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy, wiec nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Państwa na kilka wybitnie subiektywnych refleksji o ww. konstrukcji.

Pół żartem półserio można stwierdzić, iż Cronus Magnum III swą aparycją nawiązuje do czasów gdy prawdziwi mężczyźni pachnieli koniem, whisky i cygarami, bolidy F1 oklejone były reklamami firm tytoniowych, a do naprawy samochodu wystarczył śrubokręt, młotek i … nożyce do blachy. Najwidoczniej jednak w Stanach taka estetyka ma jakieś uwarunkowania genetyczne a przy tym nie cierpi na brak zainteresowania ze strony nabywców, gdyż równie „męski” design od lat z powodzeniem kultywuje pod kierownictwem … „Tube Chick” czyli EveAnny Manley jedna z najbardziej charakterystycznych marek – Manley Laboratories. W przypadku naszego bohatera sprawa jest prosta – co z oczu, to z serca. Dość płaski, pokryty czarnym lakierem korpus zdobi solidny płat szczotkowanego aluminium na froncie. Znajdziemy na nim, patrząc od lewej, włącznik główny, dość intensywna błękitno-fioletową diodę informująca o pracy wzmacniacza, czujnik IR, centralnie umieszczone gniazdo słuchawkowe 6,3mm, i trzy toczone aluminiowe gałki – dwie mniejsze (selektora źródeł i balansu), i jedną nieco większą – regulację głośności. Oba dolne narożniki okupują nazwa producenta i oznaczenie modelu. Nad wyraz oryginalnie prezentuje się za to płyta górna, gdzie zarówno mniejsze lampy, jak i usytuowane wzdłuż tylnej krawędzi niczym nieosłonięte trafa wpuszczono w korpus. I tak pierwszą linię „okopów” zajmuje drużyna słowackiego JJ-a, czyli pracująca w stopniu wejściowym para podwójnych triod ECC803S (12AX7), w przedwzmacniaczu ECC802S (12AU7), a w stopniu sterującym ECC82(12AU7). Z kolei pracujący w trybie push-pull stopień wyjściowy to już klasyczna kwadra tetrod KT120 rosyjskiego Tung Sola. Z racji braku układu auto-bias na płycie górnej wygospodarowano miejsce na całkiem pokaźny analogowy wskaźnik prądu spoczynkowego lamp mocy i intuicyjny, ukryty pod zakręcaną klapka, układ kalibracji. Ściana tylna, z racji swojej nad wyraz ograniczonej przestrzeni zawiera tylko to, co konieczne. Obie flanki okupują pojedyncze, dość blisko siebie osadzone, a przez to wymagające uwagi przy aplikacji widełek, terminale głośnikowe Cardasa, przełącznik trybu pracy lamp mocy pomiędzy ultralinearnym i triodowym, cztery pary wejść liniowych z których pierwsza dedykowana jest wkładkom gramofonowym (nie zabrakło oczywiście zacisku uziemienia), i dwie pary wyjść liniowych (stało i zmiennopoziomowe). Wyliczankę zamyka gniazdo zasilania IEC i zakręcana komora bezpiecznika.
I tutaj, korzystając z okazji, pozwolę sobie na kilka uwag natury użytkowej. Chodzi bowiem o to, iż choć producent deklaruje, i de facto zapewnia, obsługę kolumn zarówno 4, jak i 8 Ω, to wzmacniacz fabrycznie dostarczany jest w konfiguracji dedykowanej łatwiejszemu obciążeniu. Jeśli takowe posiadamy, to jesteśmy przynajmniej pół godziny do przodu, jeśli jednak postanowiliśmy Cronusa „ożenić” z 4 Ω to … chciał, nie chciał trzeba będzie dostać się do trzewi wzmacniacza usuwając „zaledwie” 14 śrub mocujących pokrywę górną i zamienić biegnące do terminali głośnikowych stosowne przewody. Nie czas i nie miejsce na dokładne przepisywanie instrukcji obsługi, gdzie cały proces jest nader skrupulatnie – krok po kroku opisany. Jednak od razu Państwa uspokoję – jeśli tylko ktoś nie posiada dwóch lewych kończyn górnych, to spokojnie da sobie z tym radę, a jeśli nie czuje się na siłach, to temat od ręki załatwi dystrybutor. Przedstawicielom pierwszej grupy w ramach podpowiedzi jedynie podam, że 8Ω przewód jest zielony i oznaczony 8-ką a dedykowany 4Ω obciążeniu żółty i oznaczony 4-ką.
Skoro mamy już potocznie mówiąc rozbebeszoną integrę na stole warto skorzystać z okazji i zweryfikować ustawienia zaimplementowanego phonostage’a. Tak, tak, ich również dokonujemy „pod maską”. Jednak tym razem obędzie się bez śrubokręta, gdyż wystarczy wybrać odpowiednią kombinację hebelków w dwóch DIP switchach (S55 i S57) zgodnie z tabelą zamieszczoną w instrukcji. Fabrycznie wzmacniacz dostarczany jest ze wzmocnieniem ustawionym na 45dB i impedancją 47 K. A właśnie, ku pamięci. Ze śrubokrętem, o ile tylko nie szukamy mocnych wrażeń, czyli nie chcemy zbyt szybko zwolnić miejsce na tym ziemskim łez padole, do Roque można podchodzić co najmniej po 30 minutach od jego wyłączenia. Po powyższej rozgrzewce śmiało możemy uznać, że z kalibracją lamp poradzimy już sobie zupełnie bezstresowo, gdyż aby tego dokonać nawet nie trzeba będzie zdejmować pokrywy górnej a jedynie odkręcić (nawet gołymi rękoma) niewielką klapkę usytuowaną tuż za a parą 120-ek obsługujących prawy kanał. Pod nią znajdziemy komorę z dedykowanymi każdej z lamp mocy przełącznikami i odpowiadającymi im potencjometrami. Aby sprawdzić i ewentualnie skorygować ustawienie, należy przestawić przełącznik w pozycję „set”, co powinno „obudzić” znajdujący się na płycie górnej wskaźnik. Zalecana wartość dla wszystkich lamp mocy to około ~ 35 mA, więc jeśli któraś z baniek miałaby inne parametry należy doprowadzić ją do porządku z użyciem schowanego za trafem zasilającym śrubokrętu Vishay. Po dokonaniu korekty przestawiamy przełącznik w pozycję „use”. Zgodnie z zaleceniami producenta powyższą operację przeprowadzamy na włączonym i dobrze rozgrzanym wzmacniaczu, co lepiej wykonywać za dnia i w skupieniu. W przeciwnym razie w powietrzu może być wyczuwalna woń pieczonego kurczaka a my przez kilka dni będziemy ćwiczyli wykonywanie większości czynności drugą, czyli nie tą co zazwyczaj, ręką. Całe szczęście opcjonalnie dostępny jest również dedykowany pilot pozwalający na regulację głośności i wyciszenie, więc nawet jedna ręka powinniśmy sobie z obsługą tytułowego wzmacniacza poradzić.

Tym razem, w części poświęconej brzmieniu dość niestandardowo pozwolę odwołać się na wstępie do … instrukcji obsługi, w której można natrafić na kilka dość oczywistych dla zorientowanych w temacie i zarazem bolesnych dla kablosceptyków informacji w stylu zasadności używania wysokiej klasy okablowania, które mówiąc wprost robi różnicę („Be sure to use high quality interconnect cables – they do make a difference”). Banał? W tym akurat wypadku raczej nader czytelna wskazówka dla wszystkich tych, którzy dokonując zakupu konkretnego urządzenia chcą z niego wycisnąć maksimum możliwości. Piszę o tym z pełną świadomością i w dobrej wierze, gdyż mówiąc zupełnie wprost dawno nie dane mi było używać urządzenia w tak czytelny i bezpardonowy sposób dającego mi do zrozumienia z czym będzie miało ochotę grać, a z czym będzie męczyło się i przy okazji mnie. Co ciekawe, wyszło w „praniu”, że o ile kwestię połączeń sygnałowych udało mi się załatwić praktycznie od razu za pomocą interkonektów Tellurium Q Silver Diamond i głośnikowych Vermöuth Audio Reference, choć akurat tutaj nawet śmiesznie tanie Tellurium Q Blue wypadły nadspodziewanie dobrze, to najwięcej zabawy miałem z przewodem zasilającym. Okazało się bowiem, iż moja dyżurna i z reguły w 99% sprawdzająca się z amplifikacjami najprzeróżniejszej proweniencji Gargantua II działa niczym może nie tyle kotwica, co wielka opona wykorzystywana w treningach wytrzymałościowych, nader zauważalnie spowalniająca przekaz, a z kolei Organic Audio Original odciskał na całości zbyt romantyczną sygnaturę, która może i mogła się podobać, jednak po 100W amerykańskiej lampie oczekiwałem nieco więcej adrenaliny. Finalnie skończyło się na NanoFluxie Furutecha. Kabel zasilający w cenie wzmacniacza? Zdaję sobie sprawę, że to czyste szaleństw, jednak skoro właśnie w takiej konfiguracji Rogue Audio zagrał tak, jak mi się najbardziej podobało, to nie widziałem większego sensu silenia się na „polityczną poprawność” i szukania czegoś tańszego, li tyko w celu sztuki dla sztuki, bądź spolegliwości antykablarskiemu lobby. Nie widzę jednak najmniejszego powodu do nakłaniania kogokolwiek do takich kroków, więc jak ktoś chce, to może użyć nawet odpowiednio zakonfekcjonowanego przewodu od prodiża.

Wróćmy jednak do clue, czyli do tego, jak Cronus Magnum III gra, bądź jak może zagrać. Otóż już od pierwszych taktów słychać jego amerykańskie korzenie. Tutaj nie ma miejsca na eteryczne rozmarzenie, impresjonistyczne plamy i oniryczne niezdecydowanie. Dlatego też, choć małych, kameralnych, barokowych składów, bądź niespiesznego jazzu w stylu „New York Days” dream temu w składzie: Enrico Rava, Stefano Bollani, Mark Turner, Larry Grenadier, Paul Motian, da się słuchać, szczególnie w trybie triodowym, o czym dosłownie za chwilę, to wodą na młyn amerykańskiego lampowca są wszelakie odmiany Rocka. Począwszy od zelektryfikowanych i akustycznych poczynań Whitesnake („Unzipped”), poprzez grunge’owy i szalenie eklektyczny „Superunknown (20th Anniversary)”  Soundgarden, po ekstrema w stylu „World Painted Blood” Slayera każdy riff, uderzenie perkusisty i mocniejsze zaakcentowanie partii wokalnych, dostają takiego kopa jakby jeszcze nikt nie słyszał o nurcie „emo” a za małolitrażową nadal uznawałoby się 3,5 litrową, 253-konną wersję Dodge’a Chargera. Piękne czasy, czysta radość z grania i spontanicznego wyrykiwania wszystkiego tego, co nas nazwijmy to możliwie delikatnie „wytrąca z równowagi”. Liczy się tylko tu i teraz. Emocje górują nad misternym budowaniem przestrzennych instalacji a pierwszy plan nad ewentualnymi ozdobnikami w tle. Nie oznacza to bynajmniej, że Rogue Audio spłaszcza scenę, bądź wszystko gra na jedno kopyto, lecz jedynie wskazówkę, iż jest to piec raczej dla lubiącego od czasu do czasu połomotać melomana i fana cięższych klimatów, aniżeli zmanierowanego audiofila puszczającego w kółko trzy posiadane samplery. Generalnie równowaga tonalna może nie tyle jest przesunięta nieco w dół, co właśnie na przełomie dołu i średnicy skupiona, przez co automatycznie odbieramy przekaz jako niezwykle rytmiczny, o zaraźliwej motoryce i intensywności wskazującej na dodatek substancji psychoaktywnych. W dodatku nawet zazwyczaj nieco chudsze, czy też wręcz irytujące dość natarczywą górą nagrania z amerykańskim piecem w torze dostają nawet nie drugą szanse, co drugą młodość. Zamiast cykać anorektycznymi blachami i popiskiwać chropawymi „końcówkami” riffów wolą przyłożyć średnicą i dokopać basem, co też czynią z wielką ochotą. Proszę się jednak nie martwić o górę, która cały czas jest i odzywa się kiedy trzeba, jednak z roli przewodniej i swoistego wabika w tym wydaniu bliżej jej do przysłowiowej wisienki na torcie i oczywistego zwieńczenia całości a nie dominanty.
Przy nieco spokojniejszym i wyrafinowanym repertuarze warto przestawić Cronus Magnum III w tryb triodowy, dzięki czemu zdejmiemy nieco „nogę z gazu” i oprócz wiatru we włosach (w większości przypadków co najwyżej na klacie) będziemy mieli okazję skupić się na nieco po macoszemu traktowanych do tej pory niuansach, mikro-wybrzmieniach, czy wręcz grze ciszą, więc bez większych obaw można w tym momencie wrócić do „New York Days”, „Same Girl” Youn Sun Nah, czy nawet „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda. Nasz tytułowy „łobuziak” pokaże wtedy nieco więcej ogłady i dobrych manier. Zamiast kopać słuchaczy po nerkach pozwoli w pełni wybrzmieć akustycznemu instrumentarium pod klasztornym sklepieniem, nader wiernie odda gabaryt kontrabasu z zachowaniem równowagi pomiędzy udziałem strun i pudła rezonansowego a nawet pracy ręki muzyka na jego bezprogowej podstrunnicy.

W ramach krótkiego podsumowania śmiało możemy stwierdzić, że Rogue Audio Cronus Magnum III w trybie ultralinearnym gra tak, jak wygląda. Jest mistrzem bezpośredniości i wszędzie tam, gdzie liczy się drajw i wykop odsadza większość konkurentów. Jeśli jednak w jego brzmieniu będziemy chcieli odnaleźć nieco więcej uwagi i skupienia na reprodukowanym materiale, to powinniśmy spróbować jego triodowego oblicza. Eteryczności 300B, bądź 2A3 raczej z niego nie wyciśniemy, jednak sama szansa na dopasowanie jego walorów brzmieniowych do naszego nastroju i konkretnego repertuaru wydaje się nad wyraz kusząca.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity M6 Vinyl; RCM Audio Sensor 2 Mk II; Thrax Trajan
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie od dzisiaj wiadomo, że jeśli coś jest amerykańskie, to z reguły musi być duże i zazwyczaj mocarne. To oczywiście nie jest standardem, ale bardzo często przynajmniej któryś aspekt – nawet w segmencie audio – jest myślą przewodnią produktów pochodzących z tamtego landu. Podobnie sytuacja ma się w odniesieniu do punktu zapalnego dzisiejszego spotkania. Powiem więcej, bez naciągania faktów, patrząc na europejską konkurencję, tytułowy Amerykanin swobodnie prezentuje obydwa wyartykułowane przed momentem atrybuty swojego pochodzenia. Może nie w jakiś ekstremalnych wartościach, ale z pewnością mieści się w racjonalnych widełkach. O kim mowa? O pochodzącej zza wielkiej wody marce Rogue Audio, w dostępności której na naszym rynku niestety dobrze orientuje się niezbyt duża grupa melomanów. Jaki jest powód takiej sytuacji, nie mam pojęcia, ale po testowej przygodzie z jednym z jej lampowych wzmacniaczy zintegrowanych trochę się dziwię, gdyż oferując sporą moc, oczywiście jak na konstrukcję lampową, jak i adekwatne gabaryty, ów piecyk nie zagubił tak ważnych dla swojego rodowodu aspektów dźwięku. Dlatego też po kilkunastu dniach przyjemnie spędzonego czasu przy muzyce mam przyjemność zaprosić zainteresowanych na kilka akapitów o opartym o szklane bańki wzmacniaczu z funkcją obsługi słuchawek i phonostage’a Rogue Audio Cronus Magnum III, którego dystrybucją na naszym rynku zajmuje się łódzki Audiofast.

Jak pokazują fotografie Cronus Magnum, w kwestii wyglądu jest powieleniem typowego dla tego typu produktów, umieszczenia układów elektrycznych w stosunkowo płaskiej obudowie będącej zarazem platformą dla wyeksponowanych nie tylko w celach wentylacyjnych, ale przede wszystkim designerskich, lamp elektronowych i transformatorów wyjściowych. Rozpoczynając opis budowy od awersu, ten w wyniku znakomitej funkcjonalności testowego egzemplarza na stosunkowo niskiej połaci oferuje użytkownikowi patrząc od lewej strony: okrągły włącznik, mieniącą się błękitem diodę informującą o pracy urządzenia, odbiornik fal z pilota zdalnego sterowania, gniazdo słuchawkowe, selektor wejść (jedno dla przedwzmacniacza gramofonowego i trzy liniowe), gałkę regulacji balansu pomiędzy kanałami i całkiem na prawej flance pokrętło głośności. Górna płaszczyzna, w jej przedniej części jak wspomniałem, jest ostoją dla 5 lamp sterujących i czterech mocy KT120, tuż za nimi w centralnej części okrągłego wskaźnika wychyłowego dla kontroli prądów pracy lamp mocy, dalej wykończonych w czerni trzech transformatorów, zaś za nimi umocowanego w specjalnych chwytakach śrubokręta ze sztucznego tworzywa do regulacji biasu. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, mamy do dyspozycji pojedyncze terminale kolumnowe, trzy wejścia liniowe w standardzie RCA, jedno phono również RCA, zacisk uziemienia, dwie przelotki RCA, gniazdo zasilania i bezpiecznik. Tak prezentujący się wzmacniacz wyposażono w dość prosty, ale za to łatwy w obsłudze, bo spełniający podstawowe funkcje pilot zdalnego sterowania.

Jak dowodzi powyższy materiał dowodowy, nasz bohater miał dwie odsłony testowe. Pierwsza była próbą wysterowania ciężkich w tej materii, duńskich Dynaudio Consequence, a druga znacznie łatwiejszych, z pochodzenia litewskich Audiosolutions Virtuoso S. Naturalnie owe zderzenia w pełni usprawiedliwiała oddawana moc wzmacniacza na poziomie 100W, która przy dobrze zaaplikowanym zasilaniu we wzmacniaczu lampowym zazwyczaj jest w stanie zdziałać praktycznie cuda. I muszę powiedzieć, że nic a nic się nie myliłem. Owszem, na tle codziennie wykorzystywanego do karmienia Dynek sygnałem Gryphona Mephisto dźwięk był słabszej próby, ale zapewniam, wstydu nie było. Powiem więcej, byłem pod wrażeniem walki jak równy z równym bez najmniejszych oznak próby rzucenia białego ręcznika na ring. To zaś spowodowało, że gdy w tor wpiąłem błękitne Litwinki, było naprawdę zjawiskowo. Może nie z czarem królewskiej lampy 300B, ale w dźwięku cały czas słychać było sygnaturę zamkniętej w szklanym słoiku próżni. Jak to wypadło? Jak wspomniałem, to był mocny wzmacniacz, dlatego też na pierwszy ogień poszła muzyka heavymetalowa spod znaku „Killers” Iron Maiden. Oczywiście nie muszę nikogo przekonywać, iż tytułowy Rogue Audio czuł się w tym materiale jak ryba w wodzie. Ostre gitarowe riffy, mocny wokal, a wszystko bezpardonowo przecinane zajawkami bębniarza spowodowały, że na moment cofnąłem się w czasie. Niestety nie miałem wówczas długich włosów, nie byłem popersem, ani punkiem, a mimo to z podniesionym czołem mogę powiedzieć, że to jedna z kapel mojej młodości i to co wyczyniał amerykański specjalista od wzmocnienia sygnału audio, było pierwszej próby. Jednym słowem, zaliczyłem dobre, bo ostre heavymetalowe łojenie. Łojenie o tyle ciekawe, że z racji upływu czasu, a przez to rozwoju obrazującej jej elektroniki, znacznie lepiej odtworzone. Podobnie sprawy miały się z hardrockiem typu „Back In Black” AC/DC, jak również elektroniką naszego czołowego artysty lat 80-tych Marka Bilińskiego, który notabene obecnie z dużą pieczołowitością, aby nie przesadzić, odświeża swoją dyskografię na czarnej płycie. Cronus Magnum III za każdym nie miał najmniejszych problemów w oddaniu energii muzyki, jej zamierzonej przenikliwości i co istotne dobrej szybkości, co znacznie podnosiło jej realizm. To był świetny występ testowanego wzmacniacza.
Nie, żeby źle, ale nieco inaczej wypadał repertuar podszyty sporą dawką emocji związanych z uduchowieniem muzyki. Naturalnie nic strasznego się nie działo, było gładko, z fajnym smakiem i z energią, tylko czasem zbyt dosadnie. Nie zawsze żołnierskie granie, a takie właśnie było drogą do sukcesu wzmacniacza w muzyce buntu, sprawdza się w każdej sytuacji. Oczywiście powinno być zgodne z zaplanowanym przez muzyków rytmem, jednak zbyt dosłowne traktowanie natychmiastowości następowania po sobie kolejnych dźwięków minimalnie skracało wybrzmienia poprzednich i na tle bliskich prawdy wzmacniaczy ze znacznie wyższych półek cenowych, paradoksalnie było zbyt poprawnie, czyli po przetłumaczeniu na język melomana, minimalnie zbyt technicznie. Bardzo dobrze, dla tego poziomu cenowego, ale gdy w ciężkich brzmieniach w wartościach bezwzględnych praca naszego bohatera była zjawiskowa, to w muzyce dla ducha dobra plus. Najlepiej było to słychać w repertuarze nagrywanym w kubaturach kościelnych, gdzie współpracujące z instrumentami echo często jest clou całej prezentacji, a przez zbyt szybkie akcentowanie kolejnej frazy, poprzednia nie miała szans samoczynnie do końca wygasnąć gdzieś w czeluściach wysokich wież. Można było nieco upłynnić to okablowaniem lub nawet zmianą źródła i wówczas temat dla wielu miłośników tego rodzaju muzy prawdopodobnie przestanie istnieć. Jednak dla pełnego obrazu, jak wzmacniacz prezentuje się na tle różnych stylów w tej samej konfiguracji, nie mogłem o tym nie wspomnieć. To zaś. nie jest dla niego żadną ujmą, tylko pokazaniem palcem, co i jak, a dla Was w przypadku prób, już na starcie wyartykułowanym drogowskazem na co zwrócić uwagę. Ja okiełznałem temat zmianą łączówki na bardziej nasyconą. Zrobiło się soczyściej, a przez to bardziej kolorowo i nieco wolniej, co utemperowało zapędy wzmacniacza do natychmiastowego serwowania kolejnych dźwięków, pozwalając w ten sposób każdemu wisieć w eterze, ile zapragnie, co natychmiast poprawiło naturalność odbioru, budowanie głębi i namacalności. Co zrobicie Wy, zależeć będzie od posiadanego zestawu i wyniku sparowania go z Rogue Audio. Jednakże zalecam spokój, bowiem nawet owa mocna prezentacja nie obfituje w latające w eterze żyletki. Przecież mamy do czynienia z popularnie zwanym lampiakiem, a jak wspominałem we wstępniaku, przez cały czas w muzyce da się wyczuć posmak szklanych baniek, co już na starcie czyni go z założenia przyjemnym w odbiorze.

Próbując opisać naszego bohatera w kilku żołnierskich słowach, jedno jest pewne, miałem do czynienia z piecem potrafiącym stawić czoło nawet największym wyzwaniom. To zaś sprawia, że w momencie prób na własnym organizmie to tylko od Was zależeć będzie – mam na myśli odpowiednią konfigurację, jak się zaprezentuje. U mnie wpięty w zastaną układankę preferował mocne granie. Jednak już po drobnej roszadzie kablowej potrafił z powodzeniem zmierzyć się z muzyką dawną. Jednak bez względu na wszystko w moim odczuciu Rogue Audio Cronus Magnum III nie po to oferuje moc na poziomie 100W z lampy, żeby używać go do plumkania. Owszem, po lekkim posłodzeniu jego największych zalet spokojnie się da. Jednak fakt jest faktem, iż jego środowiskiem naturalnym bez dwóch zdań jest w pełni kontrolowana, a przez to świetnie zaprezentowana rockowa i jej podobna jazda bez trzymanki. A to we wzmacniaczach lampowych jest nie do przecenienia.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence, Audiosolutions Virtuoso S
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 18 540 PLN; opcjonalnie: 920 PLN pilot, 1 160 PLN osłona na lampy

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x100 W (Ultralinear), 2 x 55 W (Triode)
Pasmo przenoszenia:5Hz –30 kHz +/-1dB
ZniekształceniaTHD: < 0.1%
Przedwzmacniacz phono:
MM: 44 dB +/- 0.1 dB 20Hz – 20KHz
MC: 60 dB +/-1dB 20Hz –20KHz
Wzmacniacz słuchawkowy: 1W
Wejścia: 4 pary wejść (phono, line, 1,2,3)
Wyjścia: 4 i 8 Ω
Zastosowane lampy:2 x 12AX7, 3 x 12AU7, 4 x KT120
Wymiary (S x G x W): 45.7 cm x 43 cm x 14 cm
Waga: 25 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jak doskonale wie większość wideo i audiofilów, jedną z wyróżniających markę REL cech jest umiejętność oferowania kompaktowych modeli subwooferów, które doskonale wpasowują się w posiadane przez nich systemy.
Wystarczy dołączyć subwoofer REL Carbon Special do zestawu kilku głośników surround, lub jednej pary głośników stereofonicznych, by znający się na rzeczy od razu docenili organiczność brzmienia takiego systemu. Na pewno nie usłyszą natomiast subwoofera grającego osobno, niezależnie od pozostałych głośników, jako że nasz produkt doskonale wpasuje się w każdy system.

Nie jest tajemnicą, iż na przestrzeni lat REL zbudował godną pozazdroszczenia reputację producenta subwooferów, które oferują szybki, zwarty, potężny i nisko schodzący bas, a jednocześnie są zaprojektowane tak, by doskonale współdziałać z dowolnymi głośnikami. Ciesząc się taką opinią wśród użytkowników REL musiał stworzyć absolutnie wyjątkowe dzieło w postaci Carbon Special, by w jego nazwie użyć określenia „special” (wersja specjalna).

Podejście projektantów REL’a stosowane przy tworzeniu Carbon Special stosowane wcześniej przy innych modelach zawsze dawało znakomite rezultaty w postaci wyjątkowych modeli. Jak mówi legenda, projektanci RELa dostali wolną rękę i dostęp do ogromnego firmowego magazynu komponentów i części, by stworzyć produkt, który w normalnych okolicznościach nie zaistniałby nawet w aktualnych warunkach rynkowych.

Dzięki intensywnym pracom i innowacyjnemu podejściu, zespół naszych inżynierów stworzył model, który po prostu musi zdobyć status „legendarnego”.
Części klasy premium zastosowanych w subwooferze Carbon Special, takie jak 12-calowy przetwornik Black Widow trzeciej generacji, który charakteryzuje 4-calowy skok membrany, a także nowy, czy pasywny przetwornik CSP o skoku membrany dłuższym o 50%, razem ustanawiają godne pozazdroszczenia standardy. Dodanie wzmacniacza NEXTGen 5 o mocy 1000 watów dodaje kolejny wymiar doskonałości tego projektu.

Aby stworzyć układ filtrów wystarczająco dobry do współpracy ze wzmacniaczem NextGen 5 i zapewnić wysoki stopień przejrzystości dźwięku na obu skrajach pasma przenoszenia, REL opracował całkowicie nowy filtr nazwany CS PerfectFilter, który jest specjalnie zaprojektowaną wersją najnowszej generacji filtrów stworzonych w naszej firmie.
Carbon Special wyróżnia się również na tle modeli REL S5 głębszą obudową i wykończeniem, które jasno pokazuje, że zajmuje on „specjalne” miejsce w ofercie marki. Nawet pobieżne spojrzenie na Carbon Special pokazuje subtelne detale z włókna węglowego połączone z chromowanymi i polerowanymi akcentami ze stali nierdzewnej.
To połączenie włókna węglowego, lakieru, elementów chromowanych i stali nadaje niesamowitemu modelowi Carbon Special Limited Edition otoczkę ekskluzywności. W pewnym sensie tak właśnie jest, ponieważ techniki produkcji wymagane do wykonania każdego z tych subwooferów sprawiają, iż dostępna ilość będzie rzeczywiście ograniczona, co sprawia, że każda sztuka będzie limitowana i ekskluzywna.

Wybrana stylistyka sugeruje subwoofer łączący w sobie równowagę, elegancję, pewność siebie, wyrafinowanie i gotowość do wypełnienia zadania. Jakie jest więc zadanie każdego z tych subwooferów? Mają one bezproblemowo współpracować z innymi głośnikami i zapewnić dźwięk wypełniony głębokimi, naturalnymi nutami basowymi. Słowem, jest to zadanie, w którego realizacji, jak już wspomnieliśmy na początku tego tekstu, REL ma ogromne osiągnięcia.

Subwoofer REL Carbon Special Limited Edition będzie dostępny począwszy od października, a jego cena detaliczna wyniesie 16 990 zł brutto

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Przyznam szczerze, że mimo od dwóch lat snutych gdzieś w zakamarkach mojego ośrodka zarządzania ciałem, testowych planów, do momentu ich ziszczenia nie wierzyłem w opisywane dzisiaj dokonanie razem z Marcinem, prawie niemożliwego. Mianowicie po starciu przed dwu laty z wówczas flagową konstrukcją duńskiego producenta kolumn głośnikowych Dynaudio Evidence Master, potem w czerwcu tego roku z obecnie zajmującym szczyt oferty modelem Confidence 60, dzisiaj przyszedł czas na zderzenie się czymś od początku do końca bezkompromisowym. Tak tak, bohaterki dzisiejszego spotkania już na desce kreślarskiej były zaplanowane jako wymykające się jakimkolwiek ograniczeniom konstrukcyjnym z finalnymi kosztami włącznie. Jaki był tego powód? Zdradza go już sama nazwa modelu – Consequence, czyli skupienie wszystkich osiągnięć marki w jednym. Oczywiście patrząc na pomysł z perspektywy biznesowej, temat był ryzykowny. Jednak po latach okazał się strzałem w przysłowiową dziesiątkę, bowiem po spektakularnym sukcesie na świecie producent nie zdejmował tego modelu z cennika przez okrągłe 30 lat. Naturalną koleją rzeczy nie obyło się bez wprowadzanych co jakiś czas drobnych zmian typu: korekty zastosowanych komponentów w zwrotnicach i zastosowanie nowszej generacji przetworników, ale sam pomysł przetrwał trzy dekady. Dlatego też gdy dowiedzieliśmy się, iż po latach sukcesów, co ważne nadal w świetle pełnej chwały, ale niestety decyzją producenta, tytułowy projekt definitywnie schodzi ze sceny, bez namysłu skontaktowaliśmy się z warszawsko-krakowskim Nautilusem – dystrybutorem marki, z zapytaniem o szanse na pożegnalny test tej ikony branży kolumnowej. W efekcie pełnego zrozumienia naszych eksploracyjno-audiofilskich pobudek, oczywiście po niemałym wysiłku logistycznym pracowników warszawskiego salonu, w naszej redakcji wylądowały ostatnie przedstawicielki niekwestionowanej korony duńskiej myśli technicznej, przez wielu parających się zaawansowanym audio osobników homo sapiens uważane za kultowe Dynaudio Consequence Ultimate Edition wraz z wykonywanymi przez Nautilusa dedykowanymi kwarcowymi podstawami Base Audio.

Jak wspominałem, w przedprodukcyjnych założeniach tytułowe kolumny miały być bezkompromisowe pod każdym względem. I takie też są. Temat udowadniają już gabaryty osiągające około 130 cm wysokości, 40 cm szerokości i 60 cm głębokości przy wadze dobrze ponad 110 kilogramów sztuka. Ale to dopiero początek technicznego szaleństwa, bowiem w tym przypadku mamy do czynienia z wykorzystującą sześć przetworników konstrukcją pięciodrożną i do tego w ich odwróconej aplikacji – wysokotonówka znajduje się tuż nad podłogą celem mechanicznego wyrównania czasowego dobiegającego do naszych uszu sygnału – z dwoma basowcami pracującymi w układzie izobarycznym. Ciekawostką tego modelu jest trójbrylowość konstrukcji na bazie prostopadłościanów. Najważniejszym technicznie modułem jest przy sporej wysokości niezbyt głęboka ostoja dla mocno rozbudowanej zwrotnicy i odizolowanych w osobnych komorach przetworników obsługujących wyższe pasma przenoszenia. Przybliżając zastosowane głośniki startujemy od dołu, gdzie znajduje się supertweeter, tuż nad nim obsługujący podstawowy zakres górnych rejestrów typowy tweeter, potem kopułka średniotonowa, następnie głośnik dla niskiej średnicy. To jest oczywiście tylko oferta frontu, gdyż na plecach znajdziemy dodatkowo dwa otwory stratne dla średniotonowców. Tak uzbrojony moduł od góry przykrywa licująca z frontem kolumny kubatura dla pierwszego głośnika basowego. Zaś pod nią, tuż za sekcją wysoko-średniotonową do samej podstawy dodano kolejną skrzynię dla drugiego basowca. Ważną, oczywiście przywołaną już informacją jest ich współpraca w układzie w stylu push pull, czyli widoczny na awersie, usadowiony pionowo, pierwszy przetwornik mówiąc kolokwialnie, pcha zakotwiczony w poziomie, w miejscu połączenia dwóch skrzyń – górnej i tylnej – drugi taki sam. To przy stosunkowo niedużych litrażach obudów każdego z nich pozwala na skrajnie niskie zejście zakresu basu przy jego znakomitej, bo pozbawionej zniekształceń jakości. Co dodatkowo jest bardzo istotne, każdy przetwornik zawsze pracuje wespół z sąsiadującym, co pozwala płynnie, wręcz bezkosztowo, sonicznie scalić obsługiwane przez te kolumny pasmo przenoszenia. Oczywistym jest, iż tak zjawiskowa konstrukcja musi stabilnie stać na podłożu, co realizuje uzbrojona w masywne stopy, solidna platforma. Wieńcząc temat technikaliów chyba nikogo nie zaskoczę, gdy powiem, że temat przyłączenia Consequence’ów do wzmacniacza realizują zorientowane w podstawie, tuż nad podłogą, konsekwentnie uważane za duńskich inżynierów jako zupełnie wystarczające, pojedyncze terminale. Ofertę dostępnej kolorystyki w tym modelu wyczerpują tylko dwie opcje, czyli wykończony w półmacie ze złotymi pierścieniami wokół głośników, rosewood, i mocno uwydatniający rysunek słoja zastosowanej okleiny, w tym przypadku ze srebrnymi ringami jako ozdoba przetworników, wenge. Tak prezentujące się panny na czas procesu logistycznego pakowane są w drewniane skrzynie.

Wpinając tytułowe kolumny w tor spodziewałem się dosłownie wszystkiego, nawet najgorszego. Oczywiście z uwagi na stacjonującego u mnie Gryphona Mephisto nie obawiałem się braku możliwości prawidłowego wysterowania tych przecież bardzo trudnych do okiełznania paczek. Głównym powodem do niepokoju była odwrotna implementacja przetworników. Co prawda słuchałem tych kolumn trochę u znajomego, ale jak wiadomo, co system towarzyszący, kubatura goszczącego go pomieszczenia i często nawet adaptacja podłogi, to diametralnie inny wynik soniczny. Ja mam znacznie mniejszy pokój, grającą w większą soczystością elektronikę, a podłoże wyściełane grubą wykładziną. To dotychczas nigdy nie robiło najmniejszego problemu, ale nie oszukujmy się, na poziomie ekstremalnego High Endu nawet najdrobniejsza zmiana jednej ze wspomnianych składowych potrafi mocno zafałszować finalny dźwięk nawet najskrupulatniej konfigurowanego zestawu. A przecież w testowych potyczkach o wyciśnięcie z danej konfiguracji maksimum możliwości chodzi. To był pakiet zdroworozsądkowych obaw. Jednak oprócz wewnętrznego niepokoju miałem również pewnego rodzaju oczekiwania, z których podstawowym było przekonanie się, jaki jest sposób na muzykę według tych trzy dekady temu opracowanych konstrukcji w zderzeniu z obecnie panującymi trendami nie tylko pośród producentów, ale również odbiorców. Jakie to trendy? Nie będę tego zbytnio roztrząsał, gdyż to temat na osobną rozprawkę, dlatego w telegraficznym skrócie zasygnalizuję, iż najczęstszym jest pewnego rodzaju „siłowe” przyciąganie słuchacza do muzyki. Poszczególne komponenty lub całe zestawy w pewien sposób, oczywiście bardzo przyjemnie, ale jednak narzucają się słuchaczowi ze swoją prezentacją, gdy tymczasem to jest działka muzyki. A ta ma na to szansę tylko wtedy, gdy nikt jej nie pomaga – faworyzowanie wycinka pasma przenoszenia i tym podobne zabiegi, a do tego jest odtworzona z w miarę możliwości równo tonalnie i spójnie. Niestety paradoksem w tym wszystkim jest to, że wielu melomanów uważa taki pokaz za nudny, bo albo system nie masuje mu notorycznie trzewi, albo nie epatuje z kapelusza wyskakującymi artefaktami w górnych rejestrach. Tymczasem, owe aspekty naturalnie są solą zapisów nutowych, jednak w moim odczuciu powinny wybrzmieć tylko wtedy, gdy artysta zapisał w przysłowiowej partyturze, a nie umiejętnym podciągnięciem sznytu grania zestawu audio bywają stałą składową – o zgrozo – nawet solowych koncertów fortepianowych. Jak zatem na tle przed momentem wyartykułowanych oczekiwań wypadły tytułowe Dynaudio Consequence Ultimate Edition?

Z niekłamaną przyjemnością stwierdzam, iż świetnie. Żadnych nadprogramowych fajerwerków, tylko pełna realizacja założeń muzyków. Powiem więcej, na pierwszy rzut ucha pozornie dzieje się jakby mniej niż zazwyczaj. Jednak tylko do momentu, gdy któraś z fraz nie powinna pojawić się z większą energią. I nie ma znaczenia, czy to jest fortepian, perkusja, wszelkiego rodzaju dęciaki, o wokalizie nie zapominając, wszystko wychodzi przed szereg jedynie w momencie otrzymanych przez realizatora danego materiału muzycznego, swoich pięciu minut. To w pierwszym momencie zaś powoduje uczucie jakby lekkiego braku dotychczas wszechobecnego basu, zjawiskowej, dzięki faworyzowaniu przez wielu producentów, średnicy i łapiących za ucho, sztucznie rozświetlonych wysokich tonów. Jednak zapewniam, to tylko pozory, które łatwo zweryfikować przez spojrzenie na całość prezentacji przez pryzmat spójności i równowagi tonalnej całego grania. Wręcz idealnym przykładem jest najzwyklejsze trio jazzowe. Oczywiście w dobrej realizacji wykonaniu np. Paula Bley’a z Garym Peacockiem Paulem Motianem na koncertowej płycie „When Will The Blues Leave”. Jak? Wystarczy ściszyć dźwięk i gdy mimo wszystko dość nienaturalnie wyraźnie słyszymy któryś z instrumentów typu – nadal mocne, zbyt mocne dla zadanej głośności uderzenie stopy perkusji lub konsekwentnie brylującego w eterze, będącego drugoplanową postacią danego wydarzenia, kontrabasistę, czy nadal zjawiskowe atrybuty perkusji, ewidentnie obsługujące te generatory dźwięku pasmo zostało – często zamierzenie – dotknięte przez system odtwarzający materiał muzyczny. Na szczęście w przypadku obcowania z clou dzisiejszego spotkania nic takiego nie miało miejsca. Każdy instrumentalista w zależności od zadania w danym momencie raz był tłem, a raz myślą przewodnią utworu i to bez znaczenia na poziom głośności. Wszystko w zgodzie z naturalną prezentacją. Podobnie wypadała muzyka dawna w wykonaniu Johna Pottera z The Dowland Project w projekcie „Care – charming sleep”. Choć w pierwszym momencie odczuwałem lekkie niedocenienie często wykorzystywanych w jego repertuarze klarnetów, gdy rzeczony dochodził do głosu, na moich rękach pojawiało się coś na kształt gęsiej skórki. To była soczystość na poziomie wilgoci plus pełna energii bez najmniejszego, często powodowanego podbiciem środka pasma, w efekcie szkodliwego uśredniania, feeria najdrobniejszych niuansów jego prezentacji. Bez specjalnego wysiłku, pozbawiony zniekształceń i celowego faworyzowania wręcz tryskał milionem informacji o nawet najdrobniejszych ruchach klap, co w efekcie fenomenalnie wybrzmiewało w przepastnej kubaturze klasztoru goszczącego muzyków. I to mówię ja, osobnik jeszcze do niedawna stawiający na lekko przerysowane nasycenie jako najważniejsze medium w przyswajaniu wszelkiego rodzaju muzyki. Do niedawna wydawało mi się, ze bez tego ani rusz. Tymczasem po kilkunastu tygodniach obcowania z pozbawioną siłowego kolorowania świata prezentacją okazało się, że dotychczas błądziłem. I nie chodzi o to, że to się działo, bo błądzenie jest rzeczą ludzką, raczej trochę szkoda straconego na takie zabawy mijającego czasu. Ale żeby nie było aż tak dołująco, spieszę donieść, iż zestawiony testowo set nadal szedł drogą świetnej barwy, unikania nadmiernego doświetlania przekazu, tylko zwyczajnie wyrównał udział poszczególnych zakresów w słuchanych przeze mnie przedsięwzięciach muzycznych. Tak wyglądały sprawy dotyczące równego przebiegu charakterystyki częstotliwościowej, co niestety nie wyczerpuje tematu klasy opiniowanych kolumn.

Kolejnym, bardzo istotnym aspektem występu duńskich panien był sposób prezentacji w domenie namacalności i rozmiarów wirtualnej sceny dźwiękowej. To oczywiście było pokłosie kwestii wyłożonych w poprzednim akapicie. Jednak dotychczas nie spotkałem się z szerokimi kolumnami, tak dobrze radzącymi sobie z budowaniem realiów sceny w zakresie jej głębokości. To na tle większości konkurencji są wręcz trzydrzwiowe szafy, a mimo to w zależności od repertuaru potrafiły pokazać wręcz hektary zakolumnowej przestrzeni. Mało tego. Owe realia swój byt rozpoczynały na linii kolumn, co znakomicie wzmacniało poczucie realnego bycia na danym wydarzeniu, a kończyły przy ustalającej rozmiar pokoju tylnej ścianie. Brzmi trochę niewiarygodne, bo zazwyczaj mamy albo rybki, albo akwarium, tłumacząc na nasze, albo system skupia się na pierwszym lub głębszym planie, ale zapewniam, sam zaliczyłem swoisty dysonans A gdy zrozumiałem przywołany fenomen, w transporcie lądowały wręcz pokazujące palcem te umiejętności pozycje płytowe. Na koniec wspomnę swoisty „Palec Boży” tego testu, jakim była ścieżka dźwiękowa filmu „Gladiatior”. Zazwyczaj z racji znikomych artefaktów pierwszych dwóch utworów, słucham tego materiału od trzeciego, obrazującego moment bitwy tracka. Jednak tym razem zrządzeniem losu włączyłem płytę od samego początku. I gdy w przygotowaniu do uderzenia przywołaną bitwą rozsiadałem się wygodnie w fotelu, niczym piorun z jasnego nieba zostałem ustrzelony z pozoru niepozornym, bo z wolna snującym pierwszym kawałkiem. Niby nic. Muzyka przygotowując nas na mocne doświadczenia płynie gdzieś w oddali. Tak było zawsze. Tymczasem w tym podejściu doszła jedna drobna, jednak bardzo brzemienna w skutkach różnica. Otóż akcentujący nadchodzący Armagedon, niepozorny, bo cichy, ale za to mocny kocioł, jak to zwykł robić, nie snuł się po podłodze rozleniwioną bułą, tylko okazał się być bardzo zwartym, ale ze zjawiskową energią, bez najmniejszych oznak wymuszenia mikro-trzęsieniem ziemi. To było tak nieoczekiwane, a przy tym zjawiskowe pokazanie tego materiału, że nie odmówiłem sobie posłuchania krążka do samego końca, ze szczególnym zwróceniem uwagi na niesamowitą dynamikę prezentacji. To jest muzyka w głównej mierze obrazująca walkę, dlatego mocne akcenty były dominantą, jednak gdy przyszedł moment wyciszenia, bez problemu słychać było najdrobniejszy niuans tej pieczołowicie zrealizowanej na potrzeby kinematografii muzyki symfonicznej. Jednym słowem, zaliczyłem urealniającą się w okowach mojego pokoju bajkę o szlachetnym wojowniku. Tym krążkiem zakończę tę opowieść. Oczywiście mógłbym tak pisać i pisać bez końca. Tylko prawdę mówiąc nic nowego to by nie wniosło, bo tytułowe kolumny przy odpowiedniej konfiguracji same się obronią. Dlatego też nie pozostaje mi nic innego, jak z wypiekami na twarzy od przelewanych na klawiaturę emocji niestety zaprosić Was do podsumowania tego testu.

Nie będę owijać w bawełnę. Ten test był dla mnie jednym z tych najlepszych, jakie udało mi się przeżyć we własnym sanktuarium. Początek z racji odejścia brzmienia kolumn od obecnie faworyzowanego, bezwolnego angażowania słuchacza lekko mnie zaskoczył. Jednak z płyty na płytę opiniowane paczki pokazywały, jak dużo o świetnym dźwięku, inżynierowie Dynaudio wiedzieli już ponad trzydziestu lat temu. To zaś sprawia, że owo nienachalne, ale przy tym zjawiskowo podane nie tylko w kwestii rozmiarów, ale również namacalności i równouprawnienia poszczególnych pasm przenoszenia, granie nie pozwala mi na nic innego, jak określić je jako zjawiskowe. Czy dla każdego? Jak najbardziej. Oczywiście aby takowe uzyskać, potencjalny zainteresowany musi przyłożyć się do skonfigurowania reszty toru ze szczególnym uwzględnieniem sekcji wzmocnienia – kolumny mają niska skuteczność i dość bolesne spadki oporności. Jak to spełni, z pełną odpowiedzialnością za słowa zapewniam, jakiekolwiek roszady w wykorzystującym oceniane kolumny systemie przez długi czas nie będą miały racji bytu. Jest tylko jeden szkopuł. Będący iskrą tego spotkania model Dynaudio Consequence Ultimate Edition trochę ponad rok temu w blasku chwały zszedł ze sceny. Dlatego też targany potencjalnym niepokojem braku drugiego podejścia do ostatecznej decyzji zakupowej, nie mogę zrobić nic innego, jak wystosować do dystrybutora zapytanie o numer konta wraz z kwotą do przelewu, co ni mniej ni więcej, oznacza jedno – popularne Dynki Consequence Ultimate Edition zostają u mnie na stałe. Co prawda nie w jednym, a dwóch słowach zamykając temat – „szach mat”.

Jacek Pazio

Opinia 2

Wbrew ogólnie przyjętym zwyczajom i wieloletniej tradycji wyłuskiwania z ogromu rynkowej oferty co smakowitszych kąsków, które dopiero co ujrzały światło dzienne, czyli mówiąc wprost – elektryzujących audiofilską opinię publiczną nowości, tym razem pozwalamy sobie na iście archeologiczne wykopaliska noszące niemalże znamiona ekshumacji. Wzięliśmy bowiem na warsztat konstrukcje bezapelacyjnie przełomowe i kultowe, lecz mające swoje narodziny … 36 (słownie trzydzieści sześć) lat temu. Co prawda ostatnia, będąca przedmiotem niniejszej epistoły inkarnacja pojawiła się „zaledwie” 11 lat temu – w 2009 r. i ponadto biorąc pod uwagę, iż nie jest już od lat produkowana śmiało można uznać, że coś nam się pod kopułą poprzestawiało i zaczynamy bawić się w „vintage”. Proszę się jednak niepotrzebnie nie martwić, gdyż mając na koncie pełną listę wszelakiej maści nowinek, jak i pełne spektrum duńskich flagowców, z czysto rekreacyjnych pobudek postanowiliśmy rzucić okiem i uchem na dawny top topów.
Zamieszczony w podtytule cytat z „Nieśmiertelnego” w przypadku dzisiejszych bohaterek wydał nam się równie trafny co „Samotność długodystansowca”. Czemu? Cóż, po pierwsze Dynki ostały się jako jedyne z wizytującej nas wielce utytułowanej konkurencji, a po drugie ich bieg bynajmniej nie kończy się na będącej niniejszą recenzją mecie, lecz tak naprawdę dopiero rozpoczyna. Niemniej warto w tym momencie podkreślić, że ich początki wcale nie były nawet nie tyle łatwe, co wręcz rokujące na chociażby pozytywną recenzję. Serio, serio, bowiem pierwotny plan był taki, że na testy bierzemy aktualne flagowce Confidence 60, co też uczyniliśmy, a wiedzeni wrodzoną ciekawością, dzięki uprzejmości i zaangażowaniu dystrybutora marki – krakowsko-stołecznego Nautilusa, niejako przy okazji w kontrolowanych warunkach posłuchamy jednej z ostatnich par Consequence Ultimate Edition. Równolegle wygrzewając aktualną i byłą duńska parę królewską dość szybko stwierdziliśmy, że 60-ki na tyle zaczynają „odjeżdżać” tytułowym monstrom, iż na razie wypada skupić się na nich, co po ponad miesięcznych odsłuchach zaowocowało finalnym opisem naszych obserwacji. Skoro jednak Consequence’y cały czasu nas stały, uznaliśmy, iż damy im drugą szansę grając z nich niemalże przy każdej nadarzającej się sposobności. I tak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, a duńskie „szafy” co i rusz odkrywały zazdrośnie strzeżone do tej pory walory. Aż po ponad trzech miesiącach doszliśmy do punktu, w którym z czystym sumieniem możemy podzielić się z Państwem skrupulatnie zapisywanymi uwagami dotyczącymi dokonującej się na naszych oczach i uszach ewolucji Dynaudio Consequence Ultimate Edition.