Monthly Archives: grudzień 2019


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Zgodnie z firmową systematyką Trigona śmiało możemy uznać, że poniższy maluch cierpi na swoistą schizofrenię, gdyż sklasyfikowany został zarówno jako wzmacniacz zintegrowany, jak i odtwarzacz. Jednak jego funkcjonalność dalece wykracza poza powyższe ramy.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Zauważyliście Państwo co się obecnie w tzw., sztukach audiowizualnych sprzedaje? Śledzicie światowe i rodzime box office’y? Jeśli nie, to spieszę z informacjami, że sagi, tasiemcowe serie i epickie batalie pomiędzy bohaterami najprzeróżniejszej proweniencji zarówno jeśli chodzi o uniwersum, z którego się wywodzą, jak i protoplastów. Krótko mówiąc liczą się głównie superprodukcje, w których ilość efektów specjalnych grozi stopieniem procesorów Summita (jeśli nie najszybszego, to na pewno jednego z najszybszych superkomputerów na świecie). Do tego wypada dodać, super-moce, super-bohaterów i … cokolwiek co przyjdzie nam na myśl a może występować właśnie w tej „super-” odmianie. To po prostu działa na odbiorców i tym samym przekłada się na popyt.
Trudno się zatem dziwić, że po podobne „środki marketingowego wyrazu” jakiś czas temu sięgnęli spece z AudioQuesta wprowadzając m.in. „burzową” (zapomniałem nadmienić, iż wszelakiej maści kataklizmy też mają wzięcie) serię przewodów zasilających, z której to mieliśmy niewątpliwą przyjemność testować Hurricane’y a następnie, idąc za ciosem rozszerzyli swoje portfolio o głośnikowe „Mityczne Stworzenia” (Mythical Creature) i „Ludowych bohaterów” (Folk Hero). Robi się ciekawie, nieprawdaż? Wyobrażacie sobie Państwo nasz rodzimy przewód o nazwie Bazyliszek, Szewczyk Dratewka lub Janosik? Ano właśnie, a w USA najwidoczniej takich dylematów nie mieli, czego najlepszym dowodem jest bohater naszego dzisiejszego spotkania, czyli przewód głośnikowy o dość bliskich z dopiero co wspomnianym Janosikiem behawioralnych konotacjach – AudioQuest Robin Hood ZERO.

Zgodnie z utrwalanym przez dziesięciolecia stereotypem tytułowy jegomość odziany jest … bynajmniej nie w rajtuzy, jak u Mela Brooksa bywało, a w elegancki pleciony peszel utrzymany w tonacji smolistej czerni przetykanej nitkami głębokiej zieleni. W metalicznym kolorze nadziei utrzymano również masywne splittery, z których wychodzą żyły nie tylko sygnałowe, lecz również autorskiego systemu DBS zapewniającego, dzięki napięciu 72V, silne i stabilne pole elektrostatyczne, które nasyca i polaryzuje (organizuje) cząsteczki izolacji. Dzięki temu zmniejsza się zarówno skala magazynowania w niej energii, jak i wiele nieliniowych opóźnień czasowych. Biegną one do przypiętych do przewodów korpusów modułów DBS wyposażonych w przycisk testowy oraz diodę LED umożliwiające okresową weryfikację stanu baterii. Firmowa, wykonana ze srebrzonej miedzi konfekcja może swoją biżuteryjnością nie dorównuje topowym modelom WBT, bądź Furutecha, o misternie rzeźbionych wtykach stosowanych przez Fono Acusticę w serii Virtuoso nawet nie wspominając, jednak trudno cokolwiek im zarzucić tak od strony solidności, jak i samej jakości wykonania. W dodatku w większości cywilizowanego świata, więc zakładam, że i u nas (przynajmniej na razie, do czasu aż rządząca frakcja nie zepchnie nas do mroków średniowiecza) bez najmniejszego problemu można dowolnie wybierać typ konfekcji (widły/banany) tak od strony amplifikacji, jak i kolumn.
To, czego w Robin Hoodzie gołym okiem nie widać, to wykorzystanie litych drutów (po dwa na „+” i na „-”) o średnicy 1.55 mm² z miedzi PSC+ (Perfect-Surface Copper +) o perfekcyjnej powierzchni przewodzącej. Każda z żył jest indywidualnie zaizolowana i ekranowana zgodnie z opartym na węglu Systemem Rozpraszania Hałasu (NDS – Noise-Dissipation System) i zatopiona w specjalnym wypełnionym węglem polietylenie. Ponadto zastosowanie autorskiego rozwiązania „Zero Technology” pozwoliło na eliminację charakterystyki impedancji tytułowego kabla.
Od strony użytkowej amerykańskie przewody nie należą do przesadnie sztywnych, jednak ze względu na swoją dość zauważalną wagę lepiej zapewnić im jakieś podparcie, np. za pomocą firmowych Fog Lifters, aby niepotrzebnie nie powodować naprężeń zarówno w samych wtykach, jak i dedykowanych im gniazdach. A z ciekawostek warto wspomnieć, iż ów Robin Hood oprócz będącej obiektem niniejszego testu wersji „Full-Range” występuje również w odmianie BASS i Silver, co pozwala tworzyć w pełni zgodne ze sobą tak pod względem brzmieniowym, jak i co nie mniej istotne elektrycznym zestawy do bi- czy nawet tri- wiringu.

Mamy zatem wywołującą pozytywne skojarzenia „bohaterską” nazwę i niemalże rodem z NASA, iście kosmiczne technologie, więc do pełni szczęścia przydało by się równie wysokich lotów brzmienie. A jak ma się szara rzeczywistość do obiecywanych w materiałach prasowych doznań? Psując nieco niespodziankę powiem szczerze, że podobnie, jak w przypadku Hurricane’ów, tak i tym razem obecności Robin Hooda nie da się w systemie ukryć. Zacznijmy jednak od początku i w tym celu cofnijmy się do września, kiedy to w stołecznym salonie dystrybutora – Sieci Salonów Top HiFi & Video Design, odbyła się Polska premiera wzmacniacza HEGEL H120. To bowiem właśnie wtedy zacząłem mieć pierwsze podejrzenia, co do charakteru dzisiejszego gościa. Powód? Dość oczywisty, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż w całkiem sporym pomieszczeniu zaledwie 75W norweska integra była w stanie z bądź, co bądź dość filigranowych Bowers&Wilkins 703 s2 wygenerować zaskakująco potężną ścianę dźwięku. A skoro owo zaskoczenie oprócz mojej skromnej osoby swym zasięgiem objęło również Andersa Ertzeida z Hegla, więc uznałem, że coś musi być na rzeczy.
Minęły dwa miesiące, wspomnienia okryła lekka patyna a tytułowe przewody wylądowały wreszcie w moim systemie. I? I po wygrzaniu zaoferowały kawał rasowego „amerykańskiego” grania z solidnym basowym fundamentem i iście hollywoodzkim rozmachem. Wystarczyło bowiem sięgnąć, po koncertowy „Pulse” Pink Floyd, by poczuć się jak na jednym z koncertów europejskiej trasy Divison Bell w 1994r. To było wielce udane połączenie stadionowej swobody z niezwykłą czytelnością partii tak wokalnych, jak i instrumentalnych, okraszonych chóralnymi śpiewami widowni. Jeśli by rozpatrywać, kategoryzować poszczególne nagrania na takie, które wywołują wrażenia „bycia tam” i na „Oni są tu”, to estetyka tytułowego AudioQuesta jest zdecydowanie bliższa pierwszej z powyższych opcji. Chodzi głównie o wolumen generowanego dźwięku i obszerność kreowanej sceny, które nijak się mają do możliwości, znaczy się kubatury, standardowych domostw. Chyba, że jakiemuś szejkowi zamarzy się przearanżowanie londyńskiej Elektrownię Battersea w gigantyczny loft, to wtedy jak najbardziej.
Zejdźmy jednak na ziemię i skupmy się na tym co realne i osiągalne. Wspomniane ciągoty do grania „dużym” dźwiękiem bynajmniej nie dyskwalifikują Robin Hooda w zdecydowanie mniej rozbuchanym repertuarze. Nawet na jazzowo – funkowym „Thunderbird” Cassandry Wilson, gdzie już w trakcie postprocesu „zintensyfikowano”, pulsujący bas nie zawłaszczał pozostałych podzakresów dając dojść do głosu zarówno samej (lekko sepleniącej) wokalistce, jak i pozostałemu instrumentarium. Co ciekawe mięsistość, czy wręcz pewne mówiąc kolokwialnie „przewalenie” zarejestrowanego basu nie zostało pogłębione, za to w ramach działań naprawczych akcent postawiony został na średnicę i wysokie tony. Od razu uspokajam wszystkich przewrażliwionych na zbytnie epatowanie sybilantami, że całe szczęście niczego takiego nie zaobserwowałem. Powiem nawet więcej – tam gdzie od czasu do czasu potrafiły pojawiać się delikatne „igiełki” następowało wręcz lekkie przygaszenie wyrywających się przed szereg alikwot, jakby amerykańskie przewody porządkowały i uspójniały przekaz. Nie chcę zbytnio konfabulować, ale wygląda na to, że właśnie w tym momencie można było „nausznie” przekonać się o skuteczności autorskich rozwiązań zaimplementowanych w AudioQueście, które eliminując pasożytnicze artefakty dostarczały do głośników jedynie to, co tak naprawdę znalazło się w nagraniu – bez powodujących wspomniane przerysowania „zabrudzeń”.
A jak z szeroko rozumianą klasyką? Równie dobrze, gdyż począwszy od uznawanego jako synonim siermiężnego piłowania albumu „Plays Metallica by Four Cellos” Apocalypticy, poprzez eteryczne i zwiewne „Sacrum Mysterium (A Celtic Christmas Vespers)” Apollo’s Fire, na iście wyczynowym, wybitnie audiofilskim wydawnictwie Reference Recordings „Exotic Dances from the Opera” Eiji Oue skończywszy bez nawet najmniejszych wątpliwości można było stwierdzić, że AudioQuesty nie tylko nie limitują zawartej w materiale źródłowym dynamiki, co wręcz na nią z wytęsknieniem czekają, by gdy tylko nadarzy się ku temu sposobność zaprezentować ją słuchaczom z pełną intensywnością. Nie gubią przy tym niuansów, nie pomijają detali, lecz z całym dobrodziejstwem inwentarza tłoczą je w nasze kolumny wychodząc z bądź, co bądź słusznego założenia, że i one powinny sobie z taką dawką informacji poradzić. Jedynie na „Sacrum Mysterium” przy bezpośrednim porównaniu z nieco droższym Vermöuth Audio Reference można było zauważyć delikatne obniżenie stropu w St. Paul’s Church i nieco większe drobinki kurzu unoszące się nad wokalistami. Oczywiście nie chodzi w tym momencie o jakąś dramatyczną zmianę sakralnej akustyki w mocno wytłumione, studyjne wnętrze a jedynie o zaakcentowanie pewnych niuansów pozwalających na wychwyceniu różnic w podejściu do tematu odwzorowania przestrzeni pomiędzy dostępnymi na rynku konstrukcjami.

AudioQuest Robin Hood ZERO to przewody niezwykle ciekawe tak od strony konstrukcyjnej – wymykające się standardowemu przyporządkowaniu do grupy „zwykłych drutów”, jak i brzmieniowej. Mogą się bowiem pochwalić zarówno obecnością kluczowych dla amerykańskiego producenta rozwiązań zapewniających odporność na nawet mocno „zaśmiecone” środowisko pracy, jak i brzmieniem niepozwalającym na nudę i obojętność. Stawiają bowiem na dynamikę i rytm, dzięki czemu świetnie sprawdzą się wszędzie tam, gdzie wskazany jest delikatny zastrzyk adrenaliny a jednocześnie niepotrzebnie nie rozdmuchują reprodukowanego instrumentarium i wokalistów do pseudo-samplerowych rozmiarów.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale niestety rozwój szeroko rozumianego segmentu audio dla mas – czytaj dedykowanego zwykłemu Kowalskiemu – dość szybkim krokiem podąża w stronę, oczywiście na ile to możliwe, maksymalnej eliminacji okablowania w systemach generujących dźwięki. Jeśli tak dalej pójdzie, może okazać się, iż jedynymi dostępnymi do testu drutami będą dostarczające życiodajną energię do urządzeń sieciówki. Jak to możliwe? Otóż nawet na tegorocznej wystawie AVS 2019 można było zderzyć się z systemami stereo, a raczej samymi kolumnami, które wykorzystując wbudowaną w trzewia elektronikę typu odtwarzacz sieciowy i wzmacniacz, współpracując przy tym z twardym dyskiem pełniącym rolę banku muzyki i sterującym przez protokół Wi-Fi całością laptopem, do całej zabawy w słuchanie muzy potrzebowały jedynie dwóch kabli prądowych. Tak tak, nieubłaganie idzie nowe. Czy lepsze? Na tę chwilę ciężko jest mi oceniać, ale fakt jest faktem i nikt tego nie zmieni. Dlatego też, jeśli ów trend miałby się ugruntować, a podobnie do moich wyborów jesteście ortodoksyjnymi, czyli z po Bożemu połączonymi systemami, melomanami, powinniście na bieżąco zapoznawać się z każdą pojawiającą się w periodykach branżowych kablarską rozprawką. Bredzę? Bynajmniej, Tylko ostrzegam, żebyście nie obudzili się z ręką w nocniku. Niestety nie mam pojęcia, czy idziecie moją, pełną miedzi, a czasem srebra, czy bezprzewodową drogą sygnału audio, dlatego też trochę w ciemno zapraszam potencjalnych zainteresowanych na kilka zdań o okablowaniu kolumnowym Robin Hood Zero pochodzącej zza wielkiej wody, amerykańskiej marki AudioQuest, którego wizytę w mojej audiofilskiej oazie zawdzięczam Sieci Salonów Top Hi-Fi & Video Design.

Nasz dzisiejszy bohater – kable głośnikowe Robin Hood Zero – do przesyłu sygnału wykorzystuje ułożoną w firmowym spocie miedź. Ale sam materiał przewodzący i pilnie chroniony przed wiedzą konkurencji rodzaj warkoczyka w jaki został skręcony nie są jedynymi zabiegami Amerykanów w walce o jak najlepszy efekt soniczny wykorzystującej ten model kabla układanki audio. Mianowicie, jak prawie każda ich konstrukcja, tak i wspomniany król żebraków został wyposażony w tak zwany system DBS – Dielectric Bias-System. Z czym to się je? Otóż projekt DBS tworzy silne i stabilne pole elektrostatyczne w części izolującej miedziane przewodniki, przez co zmniejsza w niej ilość magazynowanej, w efekcie szkodliwej dla sygnału energii, wpływając przy tym na eliminację nieliniowych opóźnień czasowych sygnału. Jak to wygląda? To widoczny na zdjęciach, podłużny, połączony wplecionym w izolację cienkim kabelkiem pojemnik na dwie bateryjki, na którym znajdziemy swoisty tester w postaci przycisku i informującą nas o zapasie energii zielonej diody. Jak wskazują zdjęcia, system DBS znajduje się tuż przy – w tym przypadku – rozdzielającej sygnał na plus i minus od strony kolumn, świetnie odbieranej organoleptycznie obłej, zielonej skuwce z oznaczeniem kierunku przepływu sygnału, logo marki i nazwą modelu. Jeśli chodzi zastosowaną konfekcję tak od strony kolumn, jak i wzmacniacza, w przypadku sztuki testowej były to również świetnie wyglądające, bo będące wariacją beczułek, firmowe banany. Jednak bez obaw. W momencie zakupu, jeśli potrzeby będą inne – np. widełki, dystrybutor spełni je z niewymuszoną przyjemnością. Tak prezentujące się okablowanie w drodze do klienta udaje się w nie odstającym wyglądem od samego produktu pudełku.

Tak się złożyło, że proces opiniowania rzeczonych kabli przebiegł w towarzystwie znanego z muzykalności wzmocnienia spod znaku amerykańskiego Pass Laboratories Int-25 i duńskich kolumn Audiovector R3 Avantgarde. Po co o tym wspominam? Z bardzo ważnej przyczyny. Otóż wiadomym jest, iż przywołane zespoły głośnikowe należą do obozu pokazującego świat muzyki w bardzo zdecydowany sposób. To zazwyczaj jest cała położona na stół prawda, co w przypadku braku umiejętnego konfigurowania zestawu audio może skończyć się problemem nadpobudliwości dźwięku, w konsekwencji wpływając na ich niezasłużoną krytykę. Znając jednak sygnaturę ww. konstrukcji z pełną świadomością podłączyłem je do emanującego barwą i nasyceniem amerykańskiego piecyka i ustawiając balans brzmienia zestawu w okolicach neutralności w teorii temat zamknąłem. Jednak znając romantyczne dusze wielu melomanów i dostając do testu często oferujące dodatkową szczyptę masy, a przez to nasycenia przekazu, okablowanie tytułowego AudioQuesta, postanowiłem sprawdzić, czy również ten model jest piewcą przywołanego sznytu grania. Efekt? Świetny. Po aplikacji Robina w tor, muzyka nabrała większej dostojności, wypełnienia i namacalności. Przybyło mięsistego basu i gęstego środka pasma, ale bez gaszenia wysokich tonów, skutkując odczuciem większej muzykalności systemu z nadal świetnym napowietrzeniem wybrzmiewających pomiędzy kolumnami wydarzeń. Jak to wyglądało w zderzeniu z konkretną muzyką? Naturalnie wszelkiego rodzaju jazz, wokaliza i zapisy nutowe okresu Baroku wzniosły się na znacznie wyższy poziom emanowania emocjami. Ale bez obaw. Owszem, wszelkiego rodzaju twory zamierzenie wyniszczające nasze organy słuchu nieco zwolniły tempo zbliżania nas do spowodowanej własnymi wyborami całkowitej głuchoty, jednak nie było to przysłowiowym zamuleniem przekazu, tylko dodaniem mu body. To zaś wbrew wszystkim potencjalnym narzekaniom, często wspomagało generowane w muzyce elektronicznej sejsmiczne pomruki, w rocku dodawało energii akcesorium bębniarza, a w zasadzie w każdym nurcie świetnie wizualizowało wszelkiego rodzaju partie wokalne, które przyznacie, bardzo często z braku energii na tle szalejących instrumentalnych pasaży są prawie nieczytelne. Tymczasem dzięki ukulturalniającemu owe szaleństwo sceniczne testowanemu okablowaniu, z jednej strony otrzymałem szczyptę przyjemnej krągłości wielu generatorów fonii, a z drugiej bez specjalnego skupienia się mogłem podążać za śpiewanym przez frontmenów tekstem, który wcześniej często potwierdzałem przy pomocy dołączonej do płyty CD książeczki. Zbyteczne? Dla mnie nie, gdyż lubię wiedzieć, co artyści danym utworem chcieli mi przekazać, a nie tupać nóżką w bliżej nieokreślonej interakcji z nagraniem. Reasumując całość jednym zdaniem, bez najmniejszych oporów mogę powiedzieć, iż omawiana w tym akapicie konfiguracja była bardzo bliska mojej duszy. Po pierwsze – z łatwością przekazywała zawarte w muzyce emocje. Zaś po drugie – nadal był to wulkan energii. Co prawda bez szukania szybkości ponad wszystko, jednak bez oznak szkodliwego spowolnienia muzyki. A to nie mniej ni więcej śmiało można nazwać trafionym w punkt emocjonalnym kompromisem pomiędzy natychmiastowym wykładaniem kart na stół przez kolumny, a nazbyt pastelowym malowaniem świata w przypadku zbyt mocnego podgrzania atmosfery.

Zdziwieni, że mimo prób połączenia chadzających innymi ścieżkami komponentów (kolumny, wzmocnienie) soczystymi kablami udało mi się osiągnąć tak zrównoważony muzykalnie sound? Jeśli tak, to zapewniam, że nie ma w tym nic z szarlatanerii, tylko odpowiednie doprawienie systemu, a nie jego dominację przez otrzymane do testu głośnikówki. Nie da się ukryć, AudioQuest Robin Hood Zero podkręca emocjonalność i masę przekazu. Jednak robi to z takim wyczuciem, że w teorii już świetnie uzupełniająca się kompilacja Audiovector/Pass za sprawą jedynie dodatkowej szczypty nasycenia, oczywiście przesuwając punkt ciężkości nieco niżej, w moim odczuciu tylko na tym zyskała. Czy to jest kabel dla wszystkich? To zależy od rozdzielczości reszty układanki. Jednak jeśli miałbym wskazać ze startu skazanego na porażkę melomana, to jedynie w przypadek mocnego przekroczenia punktu otyłości mającego przyjąć w swoje grono Robin Hooda zestawu. Ale natychmiast uspokajam. Nie tylko cierpiące na anoreksję, ale również te w pełni kontrolowane już barwne sety audio, bez najmniejszych problemów są w stanie dogadać się tytułowym Amerykaninem. Przykład? Choćby dzisiejszy test.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 8 400 PLN / 2×2,5m; 9 100 PLN / 2x3m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Transrotor Alto TMD

To, że dla pozwalającej na słuchanie muzyki z czarnej płyty techniki analogowej po raz kolejny nadeszły złote czasy, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Gramofony oferuje praktycznie każdy dbający o swoich wieloletnich klientów brand. I choć nie zawsze konstruuje je we własnym zakresie, gdyż czasem zamawia produkt u znających się od lat na rzeczy podwykonawców, to jednak na tle tego ogólnie pojętego zjawiska rozkwitu obcowania z sygnałem analogowym, jedno jest pewne – prezentowany dzisiaj producent, czyli rodzinna marka panów Räke (ojciec z synem) Transrotor jest jednym z głównych rozdających karty na szeroko rozumianym rynku audio graczy. To jest na tyle dobrze ugruntowany stan, że gdyby zapytać przypadkowego miłośnika muzyki o krótką listę znanych mu producentów drapaków, nasz punkt zainteresowania bez wątpienia znalazłby się na przysłowiowym pudle. Powód? Są dwa. Po pierwsze niekwestionowane doświadczenie w branży początkowo z racji handlu innymi markami, a potem wieloletni rozwój techniczny już swoich, zbierających znakomite opinie tak użytkowników, jak i periodyków branżowych, zaawansowanych technicznie produktów. A po drugie? O nie, to dotyczy możliwości sonicznych, co jest clou dzisiejszego tematu, zatem w tej kwestii wypowiem się za moment. Wieńcząc akapit rozbiegowy dodam jedynie, iż dzięki staraniom krakowsko- warszawskiego Nautilusa miałem niekłamaną przyjemność spędzić kilkanaście dni z gramofonem Transrotor Alto TMD, który na czas testu został uzbrojony w sygnowane dla omawianego brandu ramię angielskiego specjalisty S.M.E i pochodzącą z Japonii wkładkę ZYX Ultimate Omega. Zaciekawieni, jak wypadł tak bogato uzbrojony zestaw? Jeśli tak, zapraszam zatem na kilka okraszonych konkretnymi przykładami płytowymi, w miarę neutralnych spostrzeżeń.

Obcując z produktami marki Transrotor z małymi, raczej będącymi wynikiem konkretnego zamówienia przypadkami, zazwyczaj spotykamy się z jednym, bardzo istotnym dla codziennego użytku aspektem. To nie przebierając w słowach są świetnie prezentujące się od strony wizualnej konstrukcje z polerowanego, a przez to przepięknie mieniącego się w refleksach dziennego światła aluminium. Takie wykończenie zaś sprawia, że praktycznie nie ma stylu projektowania wnętrz, w którego wpisanie się oferta z Niemiec miałaby jakikolwiek problem. Ale pozytywne postrzeganie oferty Transrotora nie spoczywa li tylko na stronie wizualnej, bowiem najważniejszym tematem jego bytu jest oferowane brzmienie. To natomiast jest pochodną zaawansowania technicznego każdej powołanej do życia konstrukcji, czego idealnym przykładem jest opiniowany dzisiaj model Alto TMD. Co w nim takiego nadzwyczajnego? Już wyjaśniam. To po pierwsze – wykorzystanie specjalnych stopów aluminium. Po drugie – znakomicie eliminujący szkodliwe dla dźwięku mikrowibracje konstrukcji profil bryły gramofonu. A po trzecie – zastosowanie wymienionego w nazwie sposobu przekazania napędu z silnika na talerz modułu TMD.
Jak to wygląda w realnym zderzeniu? Model Alto jest bardzo kompaktowy. To znaczy, że w przypadku chassis mamy do czynienia z okrągłym, licującym ze średnicą talerza, ozdobionym kilkoma podfrezowaniami na bocznej płaszczyźnie, grubym plastrem aluminium. We wspomnianą okrągłą plintę, prawdopodobnie w celach przełamywania wewnętrznych rezonansów wkomponowano rozbiegające się w kształcie trójramiennej rozety podwojone, również aluminiowe pręty, z których po przedłużeniu tylna prawa dwójka jest ostoją dla siodła (armboardu) ramienia. Tak przygotowaną do dalszego uzbrojenia w akcesoria platformę posadowiono na trzech okrągłych, sporej średnicy, delikatnie wystających poza jej obrys stopach. I gdy wydawałoby się, że najciekawsze aspekty budowy mamy już a sobą, dopiero teraz dochodzimy do najważniejszego tematu tej konstrukcji. Otóż w centrum podstawy nie znajdziemy zwykłego, smarowanego olejem łożyska w mosiężnej panewce, tylko wspomniany układ przeniesienia napędu o nazwie TMD. To skrót od Transrotor Magnetic Drive – łożysko z wbudowanym sprzęgłem magnetycznym, gdzie moment obrotowy z silnika przekazywany jest na talerz dolny, z którym sprzęgnięty za pomocą systemu magnesów (bez sprzężenia mechanicznego) jest górny talerz. Czyli przekładając z polskiego na nasze w pełni odseparowujemy nieuniknione mikro-szarpania gumowych pasków od zespołu zbierającego zawarte na płycie informacje – talerz, wkładka, ramię, co bez dwóch zdań jest bardzo istotnym działaniem na rzecz idealnego, jak wiadomo mechanicznego procesu odczytu danych. Jeśli chodzi o źródło napędu talerza, ten realizowany jest przy pomocy wspomnianych dwóch pasków ze stawianego zazwyczaj z lewej tylnej strony gramofonu, sterowanego elektronicznie oferującą dwie prędkości centralką, mogącego pochwalić się sporą wagą silnika. Natomiast sam platter gramofonu konsekwentnie realizując walkę ze szkodliwymi dla układów mechanicznych wewnętrznymi drganiami od spodu został ponacinany kilkoma przełamującymi monolit okręgami, a od góry uzbrojony w dość grubą, elastyczną, a przez to dodatkowo stabilizująca płytę, przytwierdzoną na stałe czarną matę. Tak skonfigurowany zestaw wieńczy nakładany na płytę słusznej wagi docisk. Gdy budowa drapaka nie stanowi już dla nas problemu, idąc za wstępniakiem dodam jedynie, iż na czas testu Alto TMD został wyposażony w ramię ze stajni angielskiego producenta S.M.E i zajmującą trzecią pozycję od góry w rodzinnej hierarchii japońską wkładkę ZYX Ultimate Omega. Jednak potencjalnych zainteresowanych uspokajam, wspomniane akcesoria są tylko propozycją testową i w momencie zakupu każdorazowo ustalaną z klientem.

Co wydarzyło się w moim sanktuarium w temacie jakości dźwięku systemu karmionego tytułowym Transrotorem? Powiem tak. Biorąc pod uwagę od kilku lat mocno intrygującą mnie wkładkę ZYX Omega, gdzieś w podświadomości testowanemu systemowi przysłowiową poprzeczkę wieszałem bardzo wysoko. Toż to przedział mojego, również japońskiego rylca. Zatem owszem, fonia miała prawo podryfować w nieco innym kierunku, typu odmienne akcenty brzmieniowe, jednak rozdzielczość, budowanie realiów zapisanych na płytach wydarzeń muzycznych nie tylko w domenie szerokości i głębokości sceny, ale również zawieszania jej w wymiarze 3D, powinny być na najwyższym poziomie. I? Spokojnie, było fantastycznie. Minimalnie inaczej, aniżeli mój drapak, który w innym miejscu stawiał aspekty soczystości średnicy. Co to znaczy? Otóż dźwięk Alto również był soczysty i barwny, tylko nieco bardziej zwarty w prezentacji, co we wspomnianym środku skutkowało jego bardzo dobrą rozdzielczością. A to wprost proporcjonalnie przekładało się na znacznie swobodniejsze poruszanie się po nurtach muzycznych związanych z buntem lat siedemdziesiątych, obecnym Rocku i wszelkiego rodzaju elektronice, o jazzie i wokalistyce nie wspominając. Przekaz był nieco ciemniejszy, ale jedynie w estetyce symbolu i tylko początkowo, bowiem już po kilku płytach stawał się nieistotnym, szybkom odchodzącym w niepamięć rysem brzmieniowym. Za to za sprawą wspomnianego przed momentem zwarcia, muzyka tętniąc pełnią życia oferowała znakomity atak, nadal głębię dobrze kontrolowanej średnicy i świetnie napowietrzające wirtualną scenę wysokie tony. Aby to nieco przybliżyć, przywołam trzy pozycje płytowe. Pierwszą będzie najnowsza realizacja krążka „Ogród Króla Świtu” znanego chyba wszystkim polskiego odpowiednika francuskiego mistrza muzyki elektronicznej Jean-Michel Jarre’a, pana Marka Bilińskiego. Powód? Próba pokazania świetnego oddania przez system zakresu niskich tonów. Otóż pan Marek we wspólnych rozmowach kuluarowych wyraźnie zaznaczał, że przy pewnego rodzaju kosmetycznym potraktowaniu materiału jako takiego, podczas nowego masteringu największych zmian dokonał w reprodukcji basu. Niestety w czasach powstania tej płyty dostępny sprzęt nie pozwalał na zbyt wiele w tym zakresie i niskie tony były raczej dodatkiem do całości, aniżeli równorzędnym partnerem reszty pasma. Dlatego też ostatnie pochylenie się na tym materiałem w głównej mierze było li tylko wyciśnięciem z materiału źródłowego jego niezbędnej do dobrego posadowienia całości przekazu ilości, co znakomicie da się zauważyć w bezpośrednim zderzeniu pierwszego i ostatniego tłoczenia tego materiału, a co notabene kilka tygodni wcześniej nie omieszkałem uczynić. Dlatego też mając wiedzę z owego porównania na swojej wkładce postanowiłem skonfrontować tamten sparing z możliwościami testowanego Alto TMD. Efekt? Znakomity. Bas pulsował z jeszcze większą energią i natychmiastowością pojawiania się i wygaszania, co w muzyce sztucznej inteligencji jest istotnym dla odbioru muzyki tematem. To zaś dawało poczucie jakby oczekiwanego przyspieszenia do naturalnej, bo znanej z dawnych lat szybkości jej prezentacji. Jednym słowem, to był świetny występ.
Drugi krążek również jawił się jako bardzo przemyślany punkt testu. Muza rockowa – „Women And Children First” Van Halen z wiadomych tylko twórcom przyczyn zazwyczaj była i niestety często nadal jest co najwyżej średnio zrealizowana. To natomiast powoduje, że zbyt soczyście malujące jej świat źródła dźwięku nie są w stanie pokazać stosunkowo często zawartej w niej wirtuozerii tak instrumentalnej, jak i wokalnej. Po prostu natłok zbyt obficie wizualizowanych dźwięków nie jest w stanie czytelnie wybrzmieć w eterze tworząc coś na kształt nie do końca zrozumiałego potoku informacji. Tymczasem przywołane pilnowanie niemieckiego gramofonu spraw związanych z kontrolą środka pasma przy odpowiedniej masie całości przekazu pokazało, jak nawet średnio brzmiące stare tłoczenie mogło, może nie wznieść się na wyżyny soniczne w stylu oficyny Stockfisch Records, ale bez problemu oddać zarejestrowane przed laty zamierzenia artystów. Powiem tylko tyle, umiejętne wypełnienie muzy rozdzielczą średnicą przez mieniący się srebrem analogowy werk dało pole do popisu nie tylko uwielbianym przeze mnie mocnym gitarowym riffom, ale również czytelnie wyartykułowanej wokalizie, z czym wiele konstrukcji konkurencji często miało spory problem.
Na koniec nieśmiertelny w moich recenzenckich starciach Chick Correa w kompilacji „Return To Forever”. Wynik? No cóż, z pełną świadomością będę się powtarzał, ale zaskakująco pozytywny. Powód? Ten sam co wcześniej. Dokładniej? Co prawda mistrz grał na electric piano, ale mimo to jego popisy dzięki dostojności instrumentu w dolnych partiach i dźwięczności na górze nie pozwalały nawet na moment oderwać się od muzyki, tylko od deski do deski brutalnie przykuwały do niej moją uwagę. A to dopiero przedbiegi, gdyż w sukurs Chickowi przychodzili inni instrumentaliści z fletem, saksofonem, kontrabasem i perkusją włącznie, a całość okraszał świetnie zawieszony w eterze, zjawiskowy wokal Flory Purim. Słodzę? Nie mam innego wyjścia. Gdybym narzekał, oznaczało by to, jedynie celową złośliwość, a nie próbę pokazania brzmienia dostarczonego do testu gramofonu. Powód? Mam podobnie brzmiącą wkładkę i wiem, jaki poziom powinien reprezentować chadzający na tym pułapie cenowym gramiak. A będąc szczery powiem więcej. Wkładka ZYX Omega w pewnych aspektach była bardziej neutralna od mojej Miyajimy Madake. Dlatego też całość testu była raczej pokazywaniem zalet, a nie siłowym szukaniem problemów, które w moim odczuciu po zrozumieniu punktu odniesienia w tej konfiguracji nie istniały.

Jak wynika z powyższego, pochwalnego słowotoku, nabywając tak skonfigurowany gramofon Transrotor Alto TMD raczej nie zderzymy się z jakimikolwiek nieoczekiwanymi sytuacjami. To jest świetnie dobrana oferta, która owszem, w zbyt analitycznych systemach, jak na analog, może okazać się nazbyt prawdomówna – czytaj z racji pełnej kontroli barwnego dźwięku nie rozleje się jak ciepłe kluchy, na co czasem liczą niezorientowani w temacie klienci. Ale to w najmniejszym stopniu nie będzie jej, tylko próbującej przygarnąć ją pod swoje skrzydła potencjalnej układanki wina. Jednak po tych kilkunastu dniach zabawy na własnym podwórku z kilkoma innymi testowymi konfiguracjami sprzętowymi – zazwyczaj były to wzmacniacze – jestem w stanie wygłosić tezę, że aby zmarnować potencjał tytułowego gramofonu, naprawdę trzeba bardzo się postarać. Jednak spychając ową opinię do poziomu bliskiemu zera z mojej strony oświadczam, iż bez względu na wszystko dzisiejszy punkt zapalny wart jest każdej wydanej nań złotówki i poświęconej na obcowanie z nim minuty.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, VITUS AUDIO SL-103
– końcówka mocy: VITUS AUDIO SS-103
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Nautilus
Ceny
Transrotor Alto TMD: 37 900 PLN (wersja podstawowa z ramieniem SME 5009 i wkładką MC Merlo Reference)
– ramię SME 5012 12”: 14 990 PLN
– wkładka ZYX Ultimate Omega: 15 900 PLN

Dane techniczne
ZYX Ultimate Omega
• Masa równoważąca wykonana z lazurytu
• Pierwszy na świecie wspornik igły z karbonu C-1000 we wkładce typu MC
• Korpus wykonany wg zasad Real Stereo
• Generator sygnału typu Super High Speed
• Płytka przyłączy z kompozytu karbonowego
• Igła z końcówką mikro-krawędziową
• Cewki generujące prąd wykonane z krystalicznej miedzi beztlenowej o czystości 6N
• Cewki z czystego srebra i złota
• Wyposażona w podstawę cynową TB2 ze specjalną nakrętką ZN (waga całkowita: 7.9 g)

Transrotor Alto TMD
• Chassis: ręcznie polerowane aluminium
• Talerz: ręcznie polerowane aluminium z nakładką kompozytową, łożysko hydrodynamiczne ze sprzęgłem magnetycznym (TMD), 9 kg, 80 mm
• Wymiary (S x W x G): 54 x 21 x 38 cm
• Waga: 33 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Nie wiem, czy spotkaliście się już z tą lekko złośliwą dla wielu podmiotów z podwórka audio, z ochotą głoszoną przez tropicieli wszelkich oznak audio-woodoo maksymą: „Jak nie masz pomysłu na biznes, rób okablowanie audio. To łatwy i lekki zarobek”. Jeśli nie, to już ją znacie. Czy to prawda? Nie mam najmniejszego pojęcia, w ilu przypadkach zaczynem do podjęcia się tego rodzaju biznesu jest jej pierwszy człon. Osobiście mniemam, że mimo zakładanej szczypty prawdy w każdej plotce tutaj jej udział jest nad wyraz znikomy, Jednak bez względu na wszystko zapewniam, iż druga część również mija się ze stanem rzeczywistym. Skąd to wiem? Od kilku producentów. To są długie godziny pracy poświęcone na projektowanie i realizację odpowiednich spotów setek cienkich drucików. Do tego dochodzi sprawa dobrania stosownego ekranowania, materiałów izolujących, a czasem nawet powiązanej z teoriami fizyki odpowiedniej długości danego kabla. Banał? Bynajmniej, bowiem nawet zastosowanie innego izolatora poszczególnych żył lub inna kolejność ekranowania wykorzystywanymi półproduktami, powoduje znaczące zmiany wpływu danej konstrukcji na wykorzystujący ją system audio. Niestety, jeśli ktoś podchodzi do tego uczciwie, to jest to prawdziwa droga przez mękę. Jaki cel ma powyższy wywód? Bardzo ważny, gdyż dzisiejszym bohaterem będzie od dwóch lat z powodzeniem radzący sobie na rynku okablowania, dzięki własnym doświadczeniom w pełni świadomy wspomnianych problemów, rodzimy producent WK-Audio, który własnym sumptem, do poważnego starcia na naszych łamach dostarczył dwie sieciówki The Air.

Z uwagi na dziwne czasy podrabiania wszystkiego bez żadnych konsekwencji, informacji na temat tytułowego okablowania jest jak na lekarstwo. Z tego co udało mi się dowiedzieć, mamy do czynienia z czystą miedzią OFC, która przed użyciem do produkcji portfolio manufaktury WK-Audio została poddana formowemu procesowi jej uszlachetniania – to jedna z tajemnic produkcyjnych. Wewnątrz mieniącej się błękitem plecionki z PVC znajdują się skręcone według mozolnie opracowywanej geometrii – kolejna tajemnica produkcyjna, osobno izolowane, odseparowane od siebie specjalnymi elementami w strategicznych dla dźwięku miejscach trzy żyły. Te w sumie zaś w kwestii ilości miedzi w danym kablu osiągają wynik na poziomie 13 mm² czystego drutu. Ale to nie koniec ciekawych danych, bowiem w trosce o jak najlepszy sound zasilanego systemu, model The Air jako akcesoria przyłączeniowe wykorzystuje topowe wtyki japońskiej marki Furutech I-E 50 NCF (R) i FI-50 NCF (R). Tak przygotowany dla klienta produkt dla lepszego efektu wizualnego wyposażono w nadające sznytu elegancji metalowe przywieszki z logo marki i nazwą modelu. Natomiast wieńcząc proces zdobywanie serc klienta całość spakowano do ozdobionego wielkim znakiem firmowym brandu drewnianego pudełka.

Mam nadzieję, że na podstawie kilku lat opisywania przez nas podobnych akcesoriów prądowych zdążyliście przyjąć do wiadomości fakt zwyczajowego sznytu grania danej konstrukcji. Raz w grę wchodzi szybkość połączona ze zwartością przekazu, innym razem jego świetnie oddające muzykę wokalną i sakralną, nasycenie. Naturalnie im wyżej wspinamy się w hierarchii jakości dźwięku, tym bardziej obydwa nurty brzmienia się asymilują. Dlatego też w momencie braku oporu z Waszej strony w stosunku do mojego wywodu niemal samoczynnie nasuwa się pytanie typu „Jak na tle opisanych artefaktów sonicznych wypada tytułowy The Air?”. Powiem, że bardzo ciekawie, gdyż może nie w wartościach absolutnych, ale na swój sposób łączy coś obydwu specyfik rysowania świata muzyki. O co chodzi? W momencie wpięcia w mój tor dotychczasowa prezentacja umiejętnie, bo bez oznak szkodliwości jako takiej, została skierowana w stronę lekkiego faworyzowania średnicy. Ale co istotne, nie tej wyższej, co mogłoby skończyć się jej krzykliwością, tylko jej niższych zakresów. Na przełomie z basem stała się znacznie mocniejsza, niemniej jednak dzięki pewnego rodzaju twardości znakomicie unikała poczucia rozlazłości. Była zwarta, a zarazem magiczna. To naturalnie w pierwszej kolejności dopuszczało do głosu wszelkiego rodzaju operującą w tym pasmie wokalizę i bogate instrumentarium. Jednak zaznaczam, mimo odczuwalnego odbioru całości w nieco bliższym polu odsłuchu – zwyczajnie przesiadałem się do bliższego od sceny rzędu z zachowaniem identycznego wektora jej szerokości i nieznacznie mniejszego głębokości jako konsekwencja zbliżenia się do źródła dźwięku, nie odbierałem tego jako balansowania na granicy problemu w odbiorze całości, tylko lekkie przewartościowanie dotychczasowego spojrzenia na rozgrywające się pomiędzy moimi kolumnami wydarzenia. Jednak to nie wszystkie ciekawostki. Takie postawienie sprawy mówiąc kolokwialnie nie gmerało w dolnych zakresach zbierając je nadmiernie w sobie – było bardzo podobnie do stanu przed aplikacją rzeczonych drutów. Czy to źle? Nic z tych rzeczy. Dla mnie dobrze. Powód? Otóż wprowadzałoby to do dźwięku w pierwszym odczuciu owszem fajną, jednak po kilku godzinach kastrującą muzykę z emocji nadmierną szybkość, a przecież nie o natychmiastowość narastania sygnału tylko w niej chodzi. Ważna jest równowaga pomiędzy masą i atakiem. Co do najwyższych rejestrów, te w pierwszym odczuciu po wzmocnieniu środka stając się mniej wyraziste, po kilkupłytowej akomodacji bez problemu okazały się być równie informacyjnie. Nadal bardzo dobrze pracowały w służbie świetnej prezentacji wspomnianych partii wokalnych i instrumentalnych typu kontrabas, fortepian i wszelkiego rodzaju instrumenty dęte. Jak to wyglądało na przykładach? Weźmy na tapet Dianę Krall, bez znaczenia w której kompilacji płytowej. Wspomniana diwa zawsze nabierała dodatkowej dostojności i energii, jednak bez siłowego tyranizowania towarzyszących jej muzyków. Czyli? Idąc za głoszonymi przed momentem opiniami, nie tylko kontrabas mocnym i zwartym, jednak nadal z informacją o strunach i pudle rezonansowym, dźwiękiem, ani przez moment nie pozwolił sobie na zepchnięcie do dźwiękowej defensywy, ale również fortepian swoją dostojnością w dolnych zakresach i perlistością na górze zawsze był jednym z rozdających karty generatorów rozwibrowanych fal powietrza. To był czysty konsensus kreowania fraz gardłowych z pozwalającymi im świetnie zaistnieć w eterze współtworzącymi soniczną opowieść przyrządami akustycznymi. Coś więcej? Wiecie co? W podobnym tonie wypadała każda muzyka. Dlatego też unikając sztucznego nadmuchiwania tekstu pozostanę przy świetnie oddającej clou tematu w kwestii oferowanego przez opisywane kable dźwięku, przywołanej Dianie Krall. To jest na tyle reprezentatywny przykład, że dalsze rozwodzenie się byłoby szkodliwe dla wiarygodności testu. A tego ani ja, ani potencjalni zainteresowani (czytaj klienci) raczej chcieli by uniknąć . Wystarczy dokładnie pokazać o co chodzi, a dobry produkt obroni się sam, czego notabene rodzimemu producentowi życzę.

Tak tak, to są bardzo ciekawie wypadające kable. Z jednej strony wzmacniają energię najważniejszej dla naszego odbioru muzyki średnicy, zaś z drugiej nie powodują jej przegrzania. Umiejętnie wprowadzają efekt pewnego rodzaju twardości, przez co trzymają ją cały czas w ryzach kontroli, a co za tym idzie dobrej informacyjności. Komu poleciłbym punkt zapalny dzisiejszego spotkania? Teoretycznie wszystkim. Jak to możliwe? Po pierwsze, nawet u mnie, czyli w mocno gęstym systemie pokazały muzykę jedynie w sferze inności, a nie ułomności, co wielu z was może bardzo się spodobać. Zaś po drugie, wszystkie układanki cierpiące na przysłowiową anoreksję – są nader szczupłe w brzmieniu, nawet po niezobowiązującej próbie, w momencie końcowego wypięcia The Air mogą okazać się już nie do słuchania. Czy tak się stanie, niestety zależy li tylko od Waszych decyzji. Ja co mogłem, to zrobiłem, czyli przekładając z polskiego na nasze, w miarę prostymi przykładami jak na spowiedzi opisałem zaistniałe podczas testu sytuacje. Reszta jest w Waszych rękach.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Audio Antileon EVO Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

O tym jak istotna jest właściwa i możliwie wysokiej próby konfekcja zdążyliśmy przekonać się już dwukrotnie – podczas poznawania walorów sonicznych wtyków Furutech Fi-50 NCF(R) i jeszcze ciepłego testu