Monthly Archives: wrzesień 2019


  1. Soundrebels.com
  2. >

Jestem w stu procentach pewien, iż z tytułowym odłamem japońskiej szkoły przybliżania ukochanej muzyki w jak najlepszej jakości spod znaku Combak Corporation w postaci marki Harmonix, w swej czy to audiofilskiej, czy melomańskiej przygodzie, zderzył się praktycznie każdy z Was. To jest na tyle rozpoznawalny znak towarowy, że parafrazując głośne niegdyś powiedzenie na temat bytu na Facebooku śmiało mogę stwierdzić: „jeśli nie znacie tego brandu, nie macie społecznego mandatu do nazywania się audiofilami, a już z pewnością melomanami”. Jednak w dzisiejszym spotkaniu nie chodzi mi o sprawdzanie Waszej znajomości przywołanego podmiotu, tylko ku radości wielu miłośników analogu o podanie do wiadomości fantastycznej dla nich informacji. Jakiej? Otóż po latach fenomenalnej pracy msteringowej w poszukiwanych przez nas cyfrowych formatach pod egidą marki JVC: K2, XRCD, XRCD 24, a ostatnio z dopiskiem Maser Music, pan Kazuo Kiuchi wraz z Shizuo Nomiyamą, przy wsparciu JVC, postanowili spełnić wieloletnie prośby szerokiej rzeszy odbiorców i rozpoczęli prace nad wydaniami muzyki na czarnym krążku właśnie pod znakiem Harmonix. Zaskoczeni? Śmiem twierdzić, iż prawdopodobnie tak. Powiem więcej. Osobiście, po padających przez lata negatywnych odpowiedziach Pana Kiuchi w stronę oczekujących takiego ruchu dystrybutorów naturalnie w dobrym tego słowa znaczeniu również. Ale zapewniam, po zapoznaniu się w widniejącymi na poniższych fotografiach pozycjami moja euforia nie jest li tylko pokłosiem samego tłoczenia muzyki na winylu, tylko szczególnego sposobu przywracania jej świetności na miarę najnowszych osiągnięć z dziedziny analogu. O co chodzi? O nie, za wcześnie na puentę. Po wyjaśnienie co mam na myśli pisząc o szczególnym sposobie przywracania muzyce drugiego życia, zapraszam do kolejnego akapitu.

Jak można spodziewać się po wstępniaku, nie będzie typowa recenzja. Powód? Materiał jest wiekowy i z pewnością znany wielu melomanom. Co zatem będzie wiodącym wątkiem? Już wyjaśniam. Znając wcześniejsze cyfrowe produkcje wspomnianego duetu wszyscy wiemy, że zaczynem dla dalszych prac jest fenomenalny materiał źródłowy. Ów tandem nie bierze na warsztat czegoś, co zostało już w jakiś sposób obrobione, tylko korzysta z zapisów muzycznych z czystą kartą masteringową, czyli taśm matek lub wymuszonych przez upływ czasu ich cyfrowych kopii. I to nie byle jakich, bowiem widniejąca na zdjęciach dwójka czarnych placków – Duke Jordan Trio „ So Nice Duke” i Seiichi Nakamura Quintet + 2 „The Boss” została ponownie zremasterowana z dziewiczego materiału otrzymanego od już nieistniejącej, ale do dziś uważanej na szczyt perfekcjonizmu w nagrywaniu muzyki, wytwórni „Three Blind Mice” (Trzy ślepe myszy). To jest crème de la crème lat 70-ych pośród działających w tamtych czasach oficyn, co dla miłośników japońskiego mainstreamowego jazzu jest nie lada gratką, za której pierwszymi wydaniami często bezowocnie uganiają się po światowych giełdach płytowych. I właśnie wbrew pozorom mimo omawianego dzisiaj nowego masteringu, dla poszukiwaczy owych pierwszych tłoczeń mam zaskakująco ciekawą wiadomość. Co mam na myśli? Otóż zazwyczaj młodzi gniewni producenci po otrzymaniu podobnych perełek są na tyle kreatywni w bezkrytycznym poprawianiu wzorca, że czasem wynik nijak ma się do oryginalnego pomysłu na zaistnienie muzyki w naszych zmysłach. W czym rzecz? Mówiąc prosto z mostu, na tyle solidnie pracują suwakami na konsolach, że dawniej świetnie brzmiąca, bo niezbyt nachalnie, czasem przydymiona, ale za to niosąca za sobą pokłady uduchowienia twórczość, po przepuszczeniu przez ich wizję traci ducha tamtych czasów. Czasem jest to emanujące sztucznością zbyt obfite wyczyszczenie tła. Innym razem perkusista szeleści blachami jak na skompresowanych plikach mp3. By w najgorszym wypadku wykonturować skalpelem sceniczne byty w estetyce świętującej obecnie swoje plikowe triumfy domenie cyfrowej spod znaku ECM. Jednak zapewniam, daleki jestem od czepiania się pracy Manfreda Eichera, gdyż jest ikoną naszych muzycznych czasów, za co go uwielbiam i zazwyczaj kupuję wszelkie nowości, ale jazz lat 60-tych i 70-tych z Kraju Kwitnącej Wiśni to inna bajka. I właśnie taką nieokaleczoną przywołanymi sposobami masteringu bajkę proponuje nam Harmonix Master Sound 180G LP. Każda z produkcji od pierwszego taktu przywołuje sposób nagrywania tamtych czasów. Miękko, plastycznie, homogenicznie i z pełną paletą wszelkich nawet przypadkowych artefaktów. Powiem tak. Jeśli ktoś choć raz spotkał się z tłoczeniami z tamtych lat, nową, w tym przypadku jedynie lekko dotkniętą ponownym masteringiem, a nie przerysowaną na swoją modłę wersję, bez najmniejszych problemów przypisze odpowiedniemu landowi i jego sposobowi obcowania z muzyką. Ja przynajmniej nie miałem z tym problemów. Mało tego. Jakiekolwiek odstępstwo od wzorca po latach sukcesów w obróbce w domenie cyfrowej panów Kazuo i Nomijamy uznałbym za potknięcie. Na szczęście w tym przypadku nic takiego nie ma miejsca. Powiem więcej. Według opinii kilku słuchających ze mną tytułowych płyt znajomych, instrumentarium frontmenów – piano Duke Jordana i sax Seiichi Nakamury – były wybitnymi kreacjami nie tylko tych formacji, ale również patrząc na nie w wartościach bezwzględnych. Naturalnie wszystko zależeć będzie od osłuchania i umiejętności oceny wartości sonicznych danego instrumentu przez każdego z Was, jednak ja na ich usprawiedliwienie dodam, iż mając w swojej kolekcji kilkanaście japońskich starych tłoczeń w najmniejszym stopniu nie oponowałem przeciwko takiej ocenie tych występów. A to tylko opinia o głównych postaciach tych krążków. Nie zapominajmy o reszcie artystów. Aby głównodowodzący formacjami wirtuozi mogli zaistnieć w taki sposób, nie możemy pominąć wkładu innych członków jazzowych składów. I tutaj kolejny sukces, bowiem o ich równouprawnienie dwójka wspomnianych, mających za sobą pracę nad niezliczonymi cyfrowymi wersjami podobnych płyt masteringowców, bez szkody dla brzmienia całości, postarała się znakomicie. Jednym słowem, oddanie ducha tych płyt w mojej ocenie jest fantastyczne. Żadnych wycieczek w stronę zbytniej wyrazistości krawędzi dźwięków, czy wprowadzającego pewną sztuczność zbytniego wyczyszczenie dźwięku, tylko praca nad korekcją zdecydowanie mniejszych możliwości obróbki materiału w tamtych czasach. Dla mnie, oprócz możliwości posłuchania tych płyt na swoim gramofonie, właśnie to, czyli nieniszczenie ich rozpoznawalnej od pierwszych chwil specyfiki brzmienia, jest fenomenem tych wydań. Niestety, w dzisiejszych, nastawionych na efekt zbliżającego się do granic karykatury „łał” czasach, to jest rzadkość. A szkoda.

Wieńcząc ten trochę przydługawy tekst na temat pracy dotychczas kojarzonych jedynie z domeną cyfrową panów Kazuo Kiuchi i Shizuo Nomiyamy, niesiony emocjami po kilkukrotnym odsłuchu tytułowych płyt, nie mogę zrobić nic innego, jak szczerze zachęcić Was do postawienia sobie tych krążków na półkach z winylowymi rodzynkami. Powód? Jeśli go nie znacie, przeczytajcie jeszcze raz powyższy akapit, wówczas zrozumiecie, co jest jego przyczyną. Jednak wyprzedzając niezbyt przychylne opinie wiecznych malkontentów, tudzież początkujących analogowców, w pełni świadomie oznajmiam, iż w tym przypadku nie należy spodziewać się pościgu jakości brzmienia winylu za wybitnymi, często narysowanymi skalpelem, wydaniami CD, tylko wierne oddanie fantastycznego, bo pochodzącego z uważanej za kolebkę audiofilizmu Japonii, ducha muzyki i sposobu jej obróbki w tamtych czasach, Dla mnie to pozycje typu „must have”.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Audio Atelier
Ceny: 300 PLN / album

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po amplifikacyjnej wadze super ciężkiej chwilkę wytchnienia zapewniły nam przeurocze i filigranowe Audiovectory R3 Avantgarde. Zaczynamy wygrzewanie …

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

EpicX to najnowsze brytyjskie kable głośnikowe, czerpiące korzyści z ‘czynnika X’, czyli technologii XLPE

30ty września 2019, Wiltshire: Firma Chord Company kontynuuje wprowadzanie na rynek kabli głośnikowych wykorzystujących technologię XLPE, tym razem prezentując model EpicX, który zastępuje w ofercie wykorzystujący PTFE model Epic, zwiększając tym samym ofertę w zakresie kabli z średniego poziomu cenowego.

Wprowadzenie izolacji XLPE następuje po okresie znaczącego rozwoju technologii materiałowej stanowiącej alternatywę dla PTFE, która oferuje lepszą stabilność fazową. Technologia XLPE firmy Chord Company jest stopniowo wprowadzana w kolejnych nowych kablach głośnikowych w sezonie 2018/9.

Proaktywne podejście firmy Chord do stosowania coraz lepszych materiałów izolacyjnych zainicjowane zostało wprowadzeniem jej własnego, flagowego dielektryka, Taylon®, który do tej pory stosowany jest w topowych produktach z serii ChordMusic i Sarum T. Podczas gdy wysokie koszty produkcji Taylon® sprawiły, iż jest on używany wyłącznie w topowych seriach, XLPE wnosi korzyści wynikające ze zwiększonej stabilności fazowej do znacznie szerszej gamy produktów.

Nowy EpicX to (wciąż) ekranowana konstrukcja, która zgra się z praktycznie każdym rodzajem głośników, poprawiając szczegółowość, dynamikę, rozdzielczość i spójność dźwięku. Jego konstrukcja oparta jest na wielokrotnie nagradzanym kablu głośnikowym OdysseyX, przy czym w obu kablach zastosowano identyczne przewodniki: miedź beztlenową o przekroju 12 AWG zarówno w ujemnej jak i dodatniej żyle, które są dodatkowo posrebrzane i izolowane za pomocą XLPE przed nałożeniem zewnętrznej koszulki z PVC. Kluczową różnicą jest to, że w EpicX dodano jeszcze trzy warstwy… wysoce skuteczny ekran wysokich częstotliwości otoczony półprzezroczystą koszulką z PCV.

EpicX oferuje ogromny skok w jakościowy; upgrade w postaci izolacji XLPE podnosi klasę brzmienia świetnie ocenianego przez ostatnie 10 lat modelu Epic i kieruje ją w tą samą stronę, co kable głośnikowe wykorzystujące Taylon®. Nowy EpicX dołącza do ogłoszonego w styczniu (jeszcze wyższej klasy) kabla głośnikowego EpicXL, umożliwiając konsumentom wybór między dwoma poziomami klasy brzmienia w rodzinie Epic.

EpicX doskonale współpracuje z wtyczkami ChordOhmic firmy Chord Company (patrz poniżej), dopełnionymi nowymi „koszulkami”. Oprócz fabrycznych terminacji, kabel może być również profesjonalnie zaterminowany przez dealerów Chord Company wyposażonych w nowe narzędzie ChordOhmic Hex Gun; taka usługa nie tylko umożliwia oferowanie długości dostosowanej do potrzeb danego klienta, ale także pozwala ominąć kolejkę w fabrycznym warsztacie. Istniejące kable można także upgradować wykorzystując nowe wtyki i koszulki.

Więcej o XLPE – bardzo specjalny
Projektanci firmy Chord poświęcili dużo czasu na badanie różnych rodzajów XLPE, najpierw dla SignatureXL, a następnie dla kolejnych modeli, a po wielu sesjach odsłuchowych wybrali wersję, która podczas testów okazała się lepsza niż poprzedni dielektryk.

Dzięki ciągłemu rozwojowi i udoskonalaniu technologii materiałowej, alternatywy dla PTFE takie jak XLPE, pozwoliły firmie Chord wprowadzić ulepszenia jakości dźwięku tam, gdzie zaporowy koszt Taylonu® uniemożliwia jego użycie w danej cenie. Ponadto opracowano nowe, ulepszone kable głośnikowe, aby doskonale uzupełniały nasze unikatowe interkonekty ARAY.

Najnowsze kable głośnikowe wykorzystujące XLPE oferują znaczną poprawę klasy brzmienia i są objęte *dożywotnią gwarancją.

Wtyki ChordOhmic są teraz montowane na wszystkich kablach terminowanych fabrycznie i przez sprzedawców (z użyciem Hex Gun)

Oprócz nowego dielektryka XLPE wszystkie fabrycznie zakończone kable głośnikowe są teraz dostarczane z nowymi wtykami głośnikowymi ChordOhmic. Posrebrzane wtyki ChordOhmic czerpią z 33-letniego doświadczenia firmy w projektowaniu i produkcji kabli oraz zostały zaprojektowane tak, aby wykorzystać zarówno elektryczne, jak i dźwiękowe zalety srebra w kablach głośnikowych. Wtyki oferują sprawdzone zalety srebra pod względem przewodności i zachowania sygnału, poparte legendarną jakością wykonania lidera rynku brytyjskiego.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kiedy się coś komuś udaje raz, mówimy o przypadku, kiedy dwa razy, to już nie ma wątpliwości, że palce w tym maczało szczęście, jednak jeśli owa sztuka ma miejsce po raz trzeci nie pozostaje nic innego jak zacytować klasyka twierdzącego, „że coś się dzieje”. Nie uprzedzając faktów warto mieć jednak na uwadze, że niniejsza epistoła jest de facto naszym trzecim spotkaniem nie tylko z topową linią Reference balijskiej manufaktury Vermöuth Audio, co generalnie z tą marką w ogóle. Ot, z zupełnego nienacka, w połowie stycznia skontaktował się nami będący sobie sterem, żeglarzem, okrętem Hendry Ramli, pokrótce przedstawił swój micro brand i zaproponował odsłuch swoich łączówek, na co oczywiście ochoczo z Jackiem przystaliśmy. Kontakt tak organoleptyczny, na tzw. macanta, jak przede wszystkim nauszny z wersjami Reference RCA i XLR dość szybko uświadomił nam, że mamy do czynienia z nader ciekawym, wręcz klinicznym i iście einsteinowskim przypadkiem. O czym mowa? O twierdzeniu mówiącym, że „Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi”. Przecież nikomu nie trzeba tłumaczyć, że High-End to nie tylko niejednokrotnie iście kosmiczne technologie, bądź przynajmniej szalenie rozbuchany marketing, lecz z reguły również ceny niemalże z księżyca, bo co jak co, ale jakość musi, podkreślam musi, kosztować. Krótko mówiąc tanio, bądź chociaż nieco taniej aniżeli bardzo drogo się po prostu nie da i tyle. A tu pojawia się imć Hendry Ramli ze swoimi niemalże całymi na biało łączówkami i cytując kolejnego klasyka, „otwiera oczy niedowiarkom” pokazując, że jednak się da. Tak jak jednak zdążyłem już wspomnieć, trafić w dziesiątkę raz można zupełnie przypadkowo, co z resztą potwierdza niekończąca się lista tzw. jednostrzałowców. Dlatego też z w pełni uzasadnioną podejrzliwością podeszliśmy do przewodu zasilającego, który dziwnym zrządzeniem losu po raz kolejny rozbił bank. Kiedy zatem pojawiła się możliwość rzutu tak okiem, jak i uchem na najnowsze dzieło Hendry’ego, czyli dopiero co wprowadzane do portfolio referencyjne przewody głośnikowe, czym prędzej wyraziliśmy gotowość i tym oto sposobem możemy się z Państwem podzielić własnymi, a więc na wskroś subiektywnymi, wrażeniami o Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable.

Głośnikowe Vermöuthy oferowane są w standardowych, kartonowych pudełkach z własnoręcznie podpisanym przez ich twórcę certyfikatem potwierdzającym oryginalność. Aby zapobiec ewentualnym otarciom każdy z przewodów zapakowano w dedykowany miękki (fizelinowy?) woreczek. Oczywistym jest zgodność ze wzornictwem znanym tak z łączówek, jak i przewodu zasilającego. Opalizującą biel peszla przełamuje delikatna, pojedyncza czarna nitka a elementami kontrastującymi są zarówno czarno-srebrna konfekcja (wtyki i splittery), jak i dodatnie – czerwone żyły sygnałowe z owych rozgałęziaczy wychodzące.
Budowa wewnętrzna Reference’a nie stanowi większej tajemnicy. Trudno bowiem oczekiwać, by miała w jakiś znaczący sposób różnić się od swojego, należącego do tej samej linii produktowej rodzeństwa. Wiązki przewodników o zróżnicowanej średnicy z miedzi OCC o łącznym przekroju 8,7 mm² otulono wielowarstwową izolacją składającą się trzech warstw taśmy PTFE rozdzielających cztery kolejne ze spiralnej miedzianej owijki układanej naprzemiennie pod względem kierunku splotu. Dopiero na takie „audiofilskie burrito” wędruje peszel PVC i … nie, nie, to jeszcze nie koniec. Otóż w każdym przewodzie, oprócz dwóch żył sygnałowych znajduje się pięć rurek powietrznych z PVC i dopiero taka wiązka jest umieszczana w zbiorczej koszulce z włókniny, na którą wędruje zewnętrzna opalizująca biała „firmowa” plecionka PVC. Jednak ponieważ oczkiem w głowie Pana Ramli’ego jest konfekcja, również i w tym przypadku zamiast standardowych, powszechnie dostępnych wtyków, znajdziemy wykonane z iście jubilerską precyzją kute na zimno rodowane widły z miedzi tellurycznej umieszczone w carbonowych korpusach. Z podobną dbałością potraktowano ozdobne splittery, z których to wychodzą już pozbawione ponadnormatywnej ochrony żyły, dzięki czemu podłączanie dość wiotkich jak na swoją średnicę, lecz niezaprzeczalnie masywnych przewodów do zacisków głośnikowych nie nastręcza najmniejszych problemów zarówno od strony amplifikacji, jak i kolumn. A skoro jesteśmy przy ergonomii warto zwrócić uwagę na przyjemny detal jakim jest oznaczenie strony (lewa/prawa) na owych splitterach, co wbrew pozorom podczas aplikacji tytułowych przewodów we wzmacniaczu potrafi okazać się nad wyraz pomocne. Mała rzecz a cieszy.

Po krótkiej charakterystyce wyglądu i budowy, najwyższy czas na ocenę walorów brzmieniowych Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable. Mając jednak na uwadze, iż otrzymany od producenta set był fabrycznie nowy, pierwsze dwa tygodnie upłynęły nam na ich niespiesznym, acz gruntownym wygrzewaniu. Trzymane non stop „pod prądem” indonezyjskie głośnikowce odwdzięczyły się zauważalną ewolucją brzmienia od lekko szorstkiego i utwardzonego na skrajach do niezwykle rozdzielczego i zarazem gładkiego. Gładkiego jednak w przypadku Vermöuthów wcale nie oznacza ugładzonego, czy zaokrąglonego, gdyż sybilanty i cyfrowe, dodajmy zamierzone przez autorów, „trzeszczenia” na „Ray of Light” Madonny słychać było bez jakiegokolwiek maskowania. Piorunujące wrażenie robił za to wolumen i rozmach prezentowanej sceny, która nie tylko dalece wkraczała poza rozstaw kolumn, co sięgała hen, hen w głąb podkreślając trójwymiarowość spektaklu. Oczywiście w tym przypadku cały czas poruszamy się w obrębie trójwymiarowości li tylko wyczarowanej na realizatorskiej konsolecie i posklejanej na komputerze, ale jeśli ktoś do tej pory uważał, że z konwencjonalnego stereo nie da się wycisnąć dźwięków spoza tego, co się dzieje przed nami, to … gorąco polecam odsłuch ww. krążka. Istotnym jest również fakt, iż ów oddech i holografia nie powstały na skutek odchudzenia, czy też przeniesienia równowagi tonalnej dźwięku w górę, lecz nadaniu całości oddechu poprzez większą perspektywę i co najważniejsze nie perspektywę z jakiej słuchacz obserwuje rozgrywające się na scenie wydarzenia, a bardziej precyzyjną i stabilną gradację poszczególnych planów. Na dowód powyższego polecę prześledzić dół pasma, który może nie poraża potęgą najniższych rejestrów, czyli mówiąc otwartym tekstem „nie jest zrobiony” – podbity, lecz ilością informacji jakie jest w stanie przekazać plasuje się w światowej czołówce mogąc śmiało stawać w szranki np. z Furutechem DSS-4.1, czy nawet topowym Nanofluxem do którego Vermöuth nawiązuje nie tylko brzmieniem, lecz również klasą i estetyką wykonania.
Nieco mniej syntetyczny, lecz za to zdecydowanie bardziej eklektyczny „Corpse Flower” Mike’a Pattona i Jean-Claude’a Vanniera jedynie potwierdził zebrane podczas testów sieciówki i łączówek obserwacje dotyczące idealnego zachowywania równowagi pomiędzy nasyceniem barwowym a rozdzielczością. Modulacja głosu Pattona płynnie przechodząca od niemalże cohenowskiego ciepła po waitsowski gulgot nie pozostawiała żadnych niedomówień, tak samo jak zmieniające się niczym w kalejdoskopie instrumentarium. Ani razu nie udało mi się przyłapać tytułowych głośnikowców na próbie choćby najmniejszego uśredniania, czy ujednolicania całości.
Przestrzenność Vermouthów świetnie sprawdza się również w indie-rockowych klimatach „A Black Mile to the Surface” Manchester Orchestra, jak i niezwykle trudnego do zaszufladkowania „Love & Hate” Michaela Kiwanuki. Śmiem wręcz twierdzić, że podobnie jest z bohaterem niniejszej recenzji, którego z jednej strony można uznać za prawdziwego kameleona idealnie dopasowującego się do zmieniających się co krążek okoliczności, a z drugiej przykład wzorcowej transparentności nawet w najmniejszym stopniu nienaruszającej konsystencji reprodukowanej muzyki.
Pojawia się jednak dość oczywiste, na tym pułapie prawdomówności pytanie, czy właśnie owa neutralność i transparentność nie sprawiają, iż lwia część mozolnie przez nas kompletowanej płyto i pliko-teki będzie nawet nie tyle godna, co zdatna do odsłuchu. W tym celu sięgnąłem po koncertowy i niestety niezbyt wyrafinowany pod względem realizacyjnym, za to mistrzowski muzycznie, album „Live With The Plovdiv Psychotic Symphony” Sons Of Apollo i … jakoś poszło. Tzn., żeby być zupełnie szczerym od pierwszej do ostatniej nuty słychać, że to może nie realizacyjny bubel, lecz do pełni szczęścia cholernie wiele brakuje i jest to jeden z niewielu przypadków, gdy wolę zarejestrowany materiał wspomagać wizją (niezależnie czy z DVD, czy BD) aniżeli karmić nim jedynie uszy, ale kontakt z nim nic a nic nie boli. Balijskie kable grają bowiem z nami w otwarte karty jasno dając do zrozumienia, iż pomimo swoich niezaprzeczalnych umiejętności kreowania trójwymiarowej sceny z tych zer i jedynek niczego dobrego – z audiofilskiego punktu widzenia, nie wyczarują, jeśli zaś chodzi o muzykę, to tu już proszę bardzo. Nie dość bowiem, że dostajemy pełen wsad ze studyjnej „Psychotic Symphony”, to jeszcze do woli możemy delektować się wirtuozersko zagranymi coverami takich hitów jak „Kashmir”, „Comfortably Numb”, czy „The Show Must Go On”. Ot typowy paradoks pierwszego własnoręcznego wypieku – wygląda jakby został przejechany rzez osiemnastokołową ciężarówkę, za to w smaku … niebo w gębie.

Jak już zdążyliśmy w poprzednich recenzjach nadmienić, Hendry Ramli uczciwie przyznaje, że nie wszystko robi sam, choć on sam jest de facto całą marką Vermöuth Audio. Wie jednak za to doskonale co i komu zlecić, by efekt finalny spełnił jego własne oczekiwania i stał się spełnieniem jasno sprecyzowanych założeń. Nie „rebranduje” obcych pomysłów, lecz skupia się na autorskich detalach, jak odpowiednia, wykonywana już we własnym zakresie konfekcja, kontrola jakości i chyba najważniejsze – prace projektowe. Nie inwestuje za to w bezproduktywne działania i nie musi utrzymywać sztabu marketingowców, speców od wizerunku i potężnego aparatu biurokratycznego. Po co zatem w ogóle o tym wspominam? Po to, by zdali sobie Państwo sprawę z faktu możliwości, przynajmniej na chwilę obecną, nabycia produktu nie tylko skończonego – komercyjnego, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, co bezwzględnie genialnego i pełnokrwiście high – endowego, za ułamek ceny, jaką biorąc rynkowe realia powinien kosztować. Jeśli zatem jesteście na etapie poszukiwania okablowania z tzw. górnej półki, jednak zachowaliście jeszcze chociaż odrobinę zdrowego rozsądku i kierujecie się własnym słuchem a nie li tylko „metkami”, sugeruję podjąć minimalne, ale jednak ryzyko, skontaktować się z tytułowym producentem i zamówić stosowny set okablowania. Jak sprawdzają się niższe modele Vermöuth Audio na razie jeszcze nie wiem, jednak topowe modele z serii Reference zasługują na moją pełną i szczerą rekomendację, co też niniejszym czynię.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Rozpoczynając nasze dzisiejsze spotkanie pokuszę się o pewną szczerość. O co chodzi? Już wyjaśniam. Otóż gdy po konsultacjach mailowych zapadła decyzja o podjęciu się wyrażenia opinii na temat okablowania audio z bardzo dla nas egzotycznego landu, czyli raczej wakacyjnej, aniżeli biznesowej Indonezji, w duchu pomyślałem, że będzie to temat z kręgu tak zwanych jednostrzałowców. Przyczyna? Bywało bowiem już nie raz, iż zazwyczaj pragnący wejść na nowy dla siebie rynek producent prosił o kontakt, zapowiadał owocną współpracę i po jednym teście milkł na wieki. Tymczasem w przypadku tytułowego brandu, ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu mamy do czynienia z wręcz wzorową konsekwencją próby zaistnienia w świadomości polskich, a przez to również europejskich melomanów, bowiem po bardzo pozytywnie wypadających w naszych oczach i uszach w wartościach bezwzględnych, a fenomenalnie w kontekście cena/jakość interkonektach XLR/RCA i sieciówce, tym razem zmierzymy się z topowym okablowaniem kolumnowym indonezyjskiego micro-brandu Vermöuth Audio Loudspeaker Reference Cable. Zainteresowani? Jeśli tak, zatem wieńcząc akapit rozbiegowy dodam jedynie, iż z racji trwających obecnie wstępnych rozmów z potencjalnym dystrybutorem okablowanie również tym razem dostarczył sam producent.

Jeśli chodzi o budowę rzeczonych kolumnówek, te idąc tropem wcześniej prezentowanych na naszych łamach interkonentów kryją wewnątrz podobny do nich miedziany przewodnik, a główne różnice tkwią w sposobie ułożenia żył względem siebie przy użyciu specjalnych teflonowych rurek, co czyni go znacznie grubszym od sygnałówek i ilością nałożonych na nie w odpowiedniej kolejności powłok ekranujących całość od szkodliwych interferencji. Przybliżając wspomniane druty od strony aparycji, powiem krótko. Obcując z nimi werbalnie z zewnątrz widzimy bardzo atrakcyjnie prezentującą się, bo śnieżnobiałą z krzyżującymi się na niej motywami zdobniczymi w postaci cienkich czarnych pasków, opalizującą plecionkę. Naturalnie tak przebiega główna część kabla. Dlatego aby móc podłączyć go do kolumn, lub wzmacniacza, na długości ostatnich kilkudziesięciu centymetrów żyły plusowa i minusowa są rozdzielone. Jednakże nie prostym trójnikiem (tzw. „portkami”) z termokurczki, tylko nadającymi sznytu ekskluzywności przecież topowemu modelowi okablowania, wykończonymi z zewnątrz włóknem węglowym z nadrukowaną na nim sygnaturą marki i modelu baryłkami. Tak rozczłonkowane sygnały (plus i minus) zwieńczono widłami osadzonymi w mniejszych niż wspominane przed momentem, ale również wykorzystujące włókno węglowe jako zewnętrzna warstwa tulejkach. Wieńcząc dzieło oznajmiania klientowi przez producenta o zakupie towaru o podwyższonej jakości każdy z przebiegów kabli dla jednej kolumny umieszczono w osobny worek i całość wraz z certyfikatami potwierdzającymi oryginalność towaru spakowano w zgrabny karton.

Aplikując indonezyjskie białe węże w tor po cichu liczyłem, że będą co najmniej tak dobre, jak inne dotychczas opiniowane produkty z tej serii. Owszem, przynależność do jednej linii produktowej z założenia powinno skutkować mniej więcej podobną specyfiką obróbki sygnału audio, jednakże już nie raz spotkałem się z sytuacją, gdzie miara oznaczona słowem „mniej” i tak była mocno naciąganym określeniem, a czasem nawet nie mającym żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Na szczęście konstruktor nie pozwolił sobie na nonszalancki wybryk i w ocenianych drutach zawarł wszystko to, co udało mu się uzyskać we wcześniej przybliżanych Wam komponentach. Co takiego? Otóż wpięcie Vermöuth Audio Loudspeaker Reference Cable poskutkowało u mnie dobrym osadzeniem muzyki w masie i barwie, przy jednoczesnym zadbaniu o właściwe oddanie witalności dobiegającej do uszu fonii. Ale nie w sposób pozwalający żyć wysokim tonom w swoim świecie, tylko na tle wielobarwności, gdy trzeba przy fajnej masie posłużyć się nimi do wykreowania ozdobionego dźwięcznością odtwarzanej nuty bytu muzycznego. To jest mocna strona tej serii balijskiego brandu. Unikanie szukania poklasku na skrajach pasma, tylko w estetyce wymaganych w danym momencie emocji umiejętnie podać w przestrzeni międzykolumnowej naszych samotni zapisany na płytach sygnał. Jak to się ma do ogólnego postrzegania neutralności grania? Bardzo ciekawie. Dźwięk jest, soczysty, ale nie zwalisty, masywny, ale w miarę szybki i nie drażniący w uszy, jednak z fajną iskrą. Czyli przekładając z mojego na język ojczysty, słuchana muzyka w zależności od repertuaru raz potrafi stawiać na emocje związane z ciepłem i intymnością, by za moment eksplodować szaleństwem spod znaku muzyki rockowej, a nawet elektroniki. Jednakże zastrzegam, nawet w najbardziej wyczynowych kawałkach opisywany model jest daleki od kreowania szybkości narastania sygnały jako cel nadrzędny. Zatem jeśli szukacie środka do obudzenia swoich źle skonfigurowanych, często zbyt ociężałych systemów, raczej Vermöuth nie jest dobrym wyborem. Ale uspokajam potencjalnych przerażonych melomanów, chodzi mi tylko o skrajne przypadki ociężałości, gdyż nawet już soczyste, ale z odpowiednią swobodą grające układanki bez problemu będą w stanie znaleźć nic porozumienia z naszymi bohaterami. Dowód? Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy spojrzeć na mój zestaw codzienny, u którego podstaw leży bycie raczej przyjemnym dla melomana, a niżeli wyczynowym dla niewiedzącego czego chce audiofila, aby przekonać się, iż niesiona z kablami z Indonezji dodatkowa szczypta masy i gęstości nie jest szkodliwym w skutkach zabijaniem witalności, tylko w ramach uprzyjemniania nam życia ewentualnym przewartościowaniem pojęcia nasycenia dotychczas słuchanej przez nas muzyki. Przynajmniej u mnie tak było. Gęściej w środku, delikatnie obszerniej na samym dole, ale w żadnym wypadku nie ociężale. Jakiś dowód? Otóż na koniec zabawy nie będąc pewnym, czy nie uległem szkodliwemu dla Was, czyli potencjalnych odbiorców, zauroczeniu i pisaniu samych niemożliwych do potwierdzenia pozytywów, w pewnym momencie kilkukrotnie przepinaniem konkurencyjnego okablowania. Wynik? Dźwięk posiadanych Tellurium Q https://soundrebels.com/tellurium-q-statement-rca-speaker-jumper-power/ od góry do dołu osadzony był nieco wyżej, ale o dziwo ten niby ciemniejszy i gęstszy testowany kabel ani przez moment nie zachwiał moim bardzo pozytywnym odbiorem całego testu. A przecież różnice w cenie są znaczne. Jet to niejako potwierdzenie wyrażonej we wstępniaku opinii, iż w wartościach bezwzględnych brzmienie serii Reference marki Vermöuth Audio jest bardzo dobre, a w kontekście cena/jakość wyśmienite.

Nie wiem, czy aby w tym z racji opisywania wpływu okablowania na system audio, niezbyt długim tekście nie za dużo słodziłem, ale przeczytawszy całość jeszcze raz przed publikacją, nie zmieniłem ani jednego zdania. To są w pełni weryfikowalne doznania, co nie mogło skończyć się innym niż bardzo pozytywnym wydźwiękiem testu. Czy to są druty dla przysłowiowego Kowalskiego? Otóż, jak wspominałem. Jeśli nie przesadziliście z dociążaniem przez lata konfigurowanego systemu, opiniowany zestaw kabli kolumnowych spod znaku Vermöuth Audio bez problemu dostarczy Wam wielu przyjemnych chwil przy ulubionej muzyce. I nie ma znaczenia, czy słuchacie free, czy mainstreamowego jazzu, bowiem i w szybkim i w spokojnym graniu indonezyjska oferta sprawdzi się z powodzeniem.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo, TAD D1000 MK2-S
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan

Producent: Vermöuth Audio
Cena: 2 485 $/ 2 x 1,8 m, 300$ każde dodatkowe 2 x 30 cm; zworki banany/widły – 580 $

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dni coraz krótsze, mrok coraz szybciej rozpoczyna swoje panowanie a u nas właśnie rozgościł się przybyły prosto z Danii … upadły anioł, jeden z siedmiu wielkich książąt piekła i postać, która najdelikatniej rzecz biorąc za światłem nie przepada  – sam Mephisto. Gryphon Mephisto Stereo. Odarty z ochronnej skrzyni dumnie pręży swe kruczoczarne 108 kg cielsko kusząc 175W w klasie A, a jednocześnie budząc respekt dzierżoną w swych krwawych, gryfich pazurach niszczycielską mocą 1400W (przy 1Ω)

cdn. …