Fezz Audio prezentuje nowe, niezwykle ciekawe urządzenia, które stanowią kolejny krok w konsekwentnym odświeżaniu oferty marki. Firma od lat udowadnia, że lampowa technologia w nowoczesnym wydaniu może być nie tylko dopracowana brzmieniowo, ale także funkcjonalna i bezproblemowa w codziennym użytkowaniu. Najnowsze modele wyraźnie pokazują kierunek rozwoju – więcej kontroli, jeszcze lepsza jakość, a także wyższa niż dotychczas kultura grania. Biorąc pod uwagę, że te elementy były na niezwykle wysokim poziomie dotychczas, to Fezz postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.
Do oferty trafiają trzy odświeżone konstrukcje: zintegrowany wzmacniacz lampowy Titania MK2, końcówka mocy Titania Power Amplifier MK2 oraz wyjątkowa konstrukcja Single Ended – Mira Ceti MK2.
Titania MK2 – więcej energii, więcej kontroli
Titania MK2 to nie tylko lifting, ale pełnoprawnie przeprojektowany wzmacniacz zintegrowany, oparty na zupełnie nowej topologii układu. Ulepszony tor sygnałowy i dopracowany stopień sterujący przynoszą wyraźnie bardziej dynamiczne, czystsze i dojrzalsze brzmienie. To granie, które łączy energię z naturalnością – z jednej strony mamy świetną kontrolę i dynamikę, z drugiej charakterystyczną dla lamp plastyczność i muzykalność. Scena jest szeroka, głęboka i poukładana, a całość brzmi swobodnie i angażująco.
Nowością jest także pilot zdalnego sterowania (głośność, źródła, zasilanie), funkcja standby oraz zoptymalizowany cykl nagrzewania lamp. Do dyspozycji użytkownika oddano również sloty na karty rozszerzeń. Całość uzupełnia rozbudowany system zabezpieczeń oraz automatyczna kontrola biasu – wszystko po to, aby wzmacniacz był maksymalnie bezobsługowy. Wszystko oparte jest na lampach KT88 + 12AX7 S JJ Electronics .
Titania Power Amplifier MK2 – potęga i precyzja
Nowa końcówka mocy Titania Power Amplifier MK2 została zaprojektowana od podstaw. Zmieniono zarówno stopień wejściowy, jak i sterujący, co bezpośrednio przekłada się na większą stabilność pracy i wyraźnie lepszą dynamikę. Brzmieniowo mamy tu świetne połączenie siły i kultury – dźwięk jest nasycony, otwarty i spójny, z bardzo dobrą kontrolą całego pasma. Scena zachowuje naturalne proporcje i głębię, a wzmacniacz potrafi oddać charakter współpracującego przedwzmacniacza bez jego zniekształcania.
Na pokładzie znalazł się zaawansowany system elektronicznych zabezpieczeń lamp, który zastępuje klasyczne bezpieczniki, oraz automatyczna regulacja biasu. Efekt? Stabilna, bezproblemowa praca i pełne skupienie na muzyce. Zestaw lamp jest ten sam, co w przypadku wzmacniacza zintegrowanego.
Mira Ceti MK2 – magia 300B w nowej odsłonie
Mira Ceti MK2 to odświeżona wersja kultowego wzmacniacza Single Ended, wykorzystującego lampy 300B oraz transformator toroidalny. Nowa topologia układu i dopracowany tor sygnałowy przekładają się na jeszcze bardziej spójne, naturalne i emocjonalne granie. To konstrukcja, która nie próbuje imponować mocą – zamiast tego zachwyca barwą, namacalnością i bezpośredniością przekazu. Nasycona średnica, płynna góra i zaskakująco solidny bas tworzą wyjątkowo muzykalną całość, szczególnie w repertuarze wokalnym, akustycznym czy jazzowym.
Wzmacniacz wyposażono w system opóźnionego załączania napięcia anodowego, który chroni lampy podczas startu, oraz automatyczną kontrolę biasu. Dzięki temu użytkowanie pozostaje wygodne i bezobsługowe, mimo purystycznej konstrukcji SE. Zestaw lamp w Mira Ceti MK2 to 300B PSVane HiFi Series + 6SN7 Electro Harmonix dla jak najlepszej jakości dźwięku.
Nowe wersje modeli Titania i Mira Ceti pokazują, że Fezz nie stoi w miejscu. To przemyślane, konkretne zmiany, które realnie przekładają się na jakość dźwięku i komfort użytkowania. Lampowa tradycja spotyka się tu z nowoczesną inżynierią – a efektem są urządzenia, które po prostu chce się słuchać.
Dostępność i ceny
Najnowsze produkty Fezza dostępne są u wybranych dealerów w dniu premiery. Ich ceny wynoszą:
Fezz Titania MK2 – 14 900 PLN
Fezz Mira Ceti MK2 – 16 900 PLN
Fezz Titania power amp MK2 – 14 900 PLN
Dystrybucja w Polsce: 21Distribution
Pabianice, Reymonta 12
Wieść gminna niesie, że obecnych w sieci Ethernet szumów nic tak skutecznie nie usuwa jak pewien gatunek audiofilsko zorientowanych argentyńskich … mrówkojadów. Panie i Panowie, najwyższa pora sprawdzić na własne uszy co potrafią izolatory Aardvark Isolator Classic & Ultra.
Cdn. …
Choć niektórym pogoń za słońcem i tropikalnym ciepełkiem może kojarzyć się z budową lotniska w Radomiu, skąd podobno zauważalnie bliżej jest do Egiptu aniżeli ze stołecznego Okęcia, to sam, niejako na przekór obwieszczającym załamanie pogody prognozom wypuściłem się do Krakowa. I o ile jeszcze środowe popołudnie przywitało mnie wielce komfortową, zachęcającą do spacerów nadwiślańską promenadą aurą, to już czwartek nader brutalnie przypomniał o tym, w jak kapryśnym klimacie żyć nam przyszło. O ile jednak, choć śpiewany przez Barbarę Kraftównę przebój z „Kabaretu starszych Panów” przebój głosi, iż „W czasie deszczu dzieci się nudzą” to mając okres dzięcięctwa daleko za sobą bez trudu byłem w stanie zorganizować sobie odpowiednio angażujące zajęcie udając się z wizytą bądź, jak kto woli kontrolowanym nalotem do siedziby krakowskiego Nautilusa na ul. Malborską 24. Nie wiedzieć bowiem kiedy od naszej ostatniej redakcyjnej wizytacji pod ww. adresem minęły trzy lata, w głównej sali odsłuchowej mieliśmy okazję rozsiąść się lat temu niemalże … sześć a jak wieść gminna niosła w tzw. międzyczasie sporo się pod Wawelem pozmieniało.
Zamiast jednak wierzyć na słowo raportującym nam „życzliwym” uznałem za stosowne samodzielnie rzucić tak okiem, jak i uchem, więc bez zbędnych podchodów wykorzystałem lukę w kalendarzu zaplanowanych odsłuchów i czym prędzej umościłem się na kanapie w głównej, dolnej sali, gdzie królował duńsko – japoński konglomerat kolumn Dynaudio z elektroniką Accuphase wspomagany szlifierkami Transrotora i J.Sikory. Z racji przygotowywania umówionej prezentacji w czasie mojej obecności grał set z 240 W super-integrą E-5000 i podłogowymi Contour Legacy ze Sforzato DSP-09EX w roli źródła. Gładko, dystyngowanie i na tyle angażująco, że gdyby nie wspomniany grafik zabookowanych sesji z powodzeniem można by spędzić tam długie godziny. Warto w tym momencie zaznaczyć, iż ww. zestaw grał na dłuższej ścianie pokoju co stanowiło dla mnie pewnego rodzaju novum, gdyż zdążyłem się przyzwyczaić do obecności tam jedynie pojedynczego systemu i to stojącego wzdłuż krótszej ściany. A tak oprócz flagowego seta z A-klasowymi A-300 i Dynaudio Cofidence 60 można w świetnej akustyce posłuchać czegoś zdecydowanie bardziej przystępnego cenowo. W dodatku w bardziej zbliżonych do domowych warunkach, przynajmniej jeśli chodzi o dystans dzielący miejsce odsłuchowe od systemu, gdyż jeśli chodzi o adaptację akustyczną, to sami Państwo widzicie, że temat został zapięty na ostatni guzik i praktycznie nic a nic nie pozostawiono przypadkowi. Warto jednak podkreślić, iż nawet tak kompletne i trudne do przeoczenia działania nie tylko nie obniżyły, co wręcz poprawiły aspekt wizualny pomieszczenia odsłuchowego. Oczywiście o gustach się nie dyskutuje, jednak śmiem twierdzić, iż zdecydowanie łatwiej uzyskać akceptację Strażniczek Domowego Ogniska zgłaszając wniosek formalny o udekorowanie ścian domowego salonu tego typu ustrojami aniżeli gąbkami czopowymi bądź dyfuzorami 2D i im. podobnymi wynalazkami.
Zanim dotarłem na piętro nie mogłem odmówić sobie dłuższej chwili z zestawem obowiązkowym niczym WZ-ka z kawą, czyli duetem Ayona CD-35 & Crossfire PA z Avantgardami Duo Mezzo umilającym czas oczekującym na zarezerwowane odsłuchy. Może i warunki akustyczne najdelikatniej rzecz ujmując nie były idealne, ale z drugiej strony był to nader namacalny dowód na to, że nawet i w takich okolicznościach przyrody da się uzyskać w pełni akceptowalne brzmienie, co bywa sporym pocieszeniem dla posiadaczy „trudnych” pomieszczeń.
A teraz danie główne, czyli wielce nieoczywisty zestaw rezydujący „na pięterku” obejmujący gramofon Transrotor ZET 3 z firmowym ramieniem, z czasów, gdy dostawcą było SME, uzbrojonym we wkładkę ZYX Ultimate współpracujący z przedwzmacniaczem Kondo M7 poprzez step-up My Sonic Lab Stage 1030. Na końcu toru stały pachnące nowością aktywne i zaskakująco kompaktowe Avantgarde Opus 1, które choć obecnie dostępne jedynie w czerni i bieli podobno mają szansę na standardową paletę barw znaną ze starszego rodzeństwa. I tu kolejna niespodzianka, gdyż po jakiejś godzinie ww. step-up zastąpił Kondo SFz i choć wcześniej brzmienie było wysokich lotów, to dopiero po przepięciu na SFz śmiało można było mówić o analogowym absolucie. Nie dało się bowiem nie zauważyć, iż poziom rozdzielczości i namacalności powodował prawdziwe ciarki. Różnicowanie nagrań, szczególnie pod względem dynamiki, było fenomenalne a audiofilskie tłoczenia Analogue Productions (Pablo), w tym „The Alternate Blues” w wykonaniu dream teamu Terry, Hubbard, Gillespie, Oscar Peterson niebezpiecznie zbliżały się do tego, co zazwyczaj zapewnia taśma. Oczywiście swoje małe co nieco dorzuciła „nowa”, zdecydowanie żywsza od poprzedniej adaptacja akustyczna, za którą stoi rodzimy Protone. Jak się jednak okazało również i „cywilne”, czy wręcz marketowe wydania nie miały się czego wstydzić. Ot nieco słabła holografia prezentacji, jednak nadal przyjemność odbioru i angażowanie słuchaczy w akcję poszczególnych utworów utrzymywane były na bardzo wysokim pułapie. Warto również nadmienić, iż z Kondo SFz dostęp do pełnej rozdzielczości i dynamiki dostępny był od zaskakująco niskich poziomów głośności, więc wcale nie trzeba było sięgać po iście koncertowe dawki decybeli by cieszyć się pełnym wolumenem informacji i transmisją energii. A jeśli dodam, że ekipa Nautilusa oprócz strawy duchowej, znaczy się muzycznej, zadbała również o me kubki smakowe serwując wyśmienite wypieki i aromatyczną herbatę, to jasnym stało się, że bardzo niechętnie opuszczałem tytułowy przybytek.
Serdecznie dziękując Gospodarzom za gościnę nie pozostaje mi nic innego jak tylko zachęcić Państwa do odwiedzenia krakowskiej siedziby Nautilusa i na własne uszy przekonanie się co i jak tam gra. I to nie tylko podczas deszczu. A oprócz bezliku elektroniki warto również poświęcić dłuższą chwilę na mniej bądź bardzo spontaniczny vinyl digging, bo z tego co mi wiadomo krakowska ekipa sukcesywnie umieszcza na półkach dopiero co otrzymaną potężną dostawę czarnych krążków zza wielkiej wody. Jeśli więc zastanawiacie się co począć z właśnie startującym weekendem, to służę pomocą wskazując jedną z wartych rozważenia opcji.
Marcin Olszewski
Opinia 1
O ile jeszcze do niedawna rodzimi złotousi miłośnicy referencyjnych dźwięków zapytani o rumuńskie produkty skierowane do audiofilsko zorientowanych odbiorców mogli wymienić takie marki jak Meze i Rockna, to od pewnego czasu do grona ww. wytwórców dołączył dystrybuowany przez trójmiejski Premium Sound Audiobyte. Nie jest to jednak byt całkowicie niezależny i znikąd, lecz ściśle związany / siostrzany, acz bynajmniej nie bliźniaczy z Rockna Audio. W dodatku operujący na nieco niższym, aniżeli starsza siostra pułapie, więc zdecydowanie łatwiej dostępny dla szerszego grona konsumentów. W dodatku grona niekoniecznie dysponującego nieograniczoną przestrzenią na swoje hobby, czyli krótko mówiąc tym razem będziemy operować w rozmiarówce midi – segmencie, który udanie reprezentują m.in. Lumin, Sforzato, TEAC, czy do niedawna Auralic. Panie i panowie, oto Audiobyte SuperHUB & SuperVOX – rumuński duet w skład którego wchodzi transport plików oraz przetwornik cyfrowo-analogowy.
Jak widać, nieco przewrotnie, acz z w pełni świadomie, zamiast zwyczajowego – zgodnego umaszczenia obu urządzeń poprosiliśmy Premium Sound o dostarczenie dwukolorowego seta, dzięki czemu i poniekąd również dzięki designerskiej unifikacji za jednym zamachem możemy unaocznić dostępne wersje wykończenia. A są to dystyngowana czerń i „aluminiowe” satynowe srebro, które śmiało możemy uznać za równorzędnie atrakcyjne pod względem estetyki i prezentacji istnej pancerności wykonania korpusów, które nie są li tylko „skrętką” kilku aluminiowych profili, lecz masywnymi skorupami wyciętymi z bloków aluminium, co na tej półce cenowej nawet w przypadku wytworów zza Wielkiego Muru nie zdarza się zbyt często a warto przypomnieć, że rozmawiamy o pełnokrwistych Europejczykach. Z racji unifikacji fronty tytułowego duetu pozwolę sobie opisać za jednym zamachem, bowiem prezentują się one niemalże bliźniaczo a jedynym niuansem je od siebie odróżniającym jest okupujące lewą flankę wycięte na CNC oznaczenie modelu. Za to elementem wspólnym pozostaje centralnie umieszczony 3” dotykowy wyświetlacz IPS stanowiący jedyny interfejs komunikacyjny z otoczeniem dostarczający pełen pakiet informacji o parametrach zarówno sygnałów wejściowych, jak i wyjściowych . Żadnych innych manualnych regulatorów i przycisków nie ma, więc albo zdamy się na palcowanie ww. okienek, albo zaprzyjaźnimy się z firmową, dostępną zarówno na Androida, jak i iOSa aplikacją, a w przypadku SuperHUB-a niemalże koniecznością staje się związek z Roonem. Uwagę zwracają misternie wkomponowane w bryłę systemy chłodzenia zmieniające ściany boczne w radiatory. Większe, wynikające z pełnionej funkcji różnice widać dopiero na plecach. I tak, patrząc od lewej SuperHUB dysponuje trójbolcowym gniazdem zasilającym IEC, złoconym wyjściem koaksjalnym, portem HDMI obsługującym magistralę I²S, wejściami koaksjalnym, optycznym, AES/EBU, USB i Ethernet oraz wyjściem USB A. Z kolei wyliczankę na plecach SuperVOX-a rozpoczyna zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, następnie mamy sekcję wejść obejmująca port USB B, koaksjalny oraz HDMI I²S, oraz wyjścia liniowe zarówno w postaci złoconych gniazd RCA, jak i XLR.
Jeśli zaś chodzi o samą funkcjonalność, to ww. transport w lokalnej sieci można ustawić zarówno jako endpoint Roona (rekomendowana opcja), jak i odbiornik AirPlay (stosowne hasło podane jest w instrukcji, więc warto przemóc iście atawistyczną niechęć do lektury tego typu periodyków i do niej zajrzeć), HQPlayer NAA, czy też klasyczny streamer UPnP/OpenHome. Instrukcja przyda się również do szybszego opanowania nawigacji po menu, oraz wyjaśnienia poszczególnych nastaw w tym fazy, upsamplingu, czy konwersji z PCM do DSD o konfiguracji poszczególnych we/wyjść nawet nie wspominając. W trzewiach króluje zielony laminat firmowej 10-warstwoowej płytki drukowanej będącej królestwem autorskiej platformy FPGA AMD ZYNQ 7000. Cieszy również widok solidnego, liniowego zasilania z klasycznym toroidem. Dedykowany ww. źródłu przetwornik również dopieszczono odseparowanym od zielonych PCB toroidem a jego sercem jest najbardziej wydajny układ FPGA, jaki dotychczas wykorzystał Audiobyte w swoich urządzeniach oparty na unikalnych rekonstrukcyjnych filtrach dolnoprzepustowych. Ponadto SuperVOX posiada w pełni zbalansowaną topologię, więc obecność XLR-ów nie jest li tylko modnym dodatkiem, co zalecanym wyjściem sygnału.
A jak tytułowy duet gra? Na podstawie kilku tygodni nasiadówek śmiem twierdzić, że niezależnie czy wespół/zespół, czy solo, zaskakująco spójnie i zgodnie pod względem charakteru a jednocześnie bez multiplikowania cech wrodzonych. Jak to wygląda zatem w nieco mniej lakonicznej wersji? W telegraficznym skrócie i szukając jakiegoś punktu zaczepienia oraz analogii śmiało można uznać, iż rumuński duet podąża drogą muzykalności i iście jedwabistej gładkości idąc niemalże pod rękę z japońskimi Sforzato, czyli o krok, bądź nawet dwa dalej od tego, do czego zdążył przyzwyczaić mnie Lumin. Jak łatwo się domyślić objawia się to całkowitym odejściem od stereotypu „cyfrowości” na rzecz wysycenia i krągłości prezentacji. Całe szczęście stojąca za stanowiącymi punkt zapalny dzisiejszego spotkania urządzeniami ekipa nie zapomniała również o kwestii rozdzielczości, więc w obu przypadkach można określić ów aspekt mianem obecnego, acz nienachalnego. Audiobyte’om nie chodzi bowiem o niemalże pornograficzne epatowanie krawędziami, detalami, czy fakturą dźwięków a ich koherencję i wzajemne harmoniczne współistnienie. Narracja prowadzona jest z szerokiego ujęcia całości i w zależności od potrzeb odbiorcy właśnie w takich szerokich kadrach pozostaje, bądź dopiero po zgłoszeniu stosownej potrzeby daje wstęp do dalszych planów, wgryzania się w tkanką aparatu wykonawczego. Mamy zatem szeroką, acz nieporażającą wymiarem głębokości scenę. Co ciekawe porównując interfejsy przesyłu można zauważyć, iż po I²S sygnał jest może nie „czystszy”, gdyż oznaczałoby to, że po USB jest w jakiś sposób zanieczyszczony, a daleki byłbym od takich wniosków, co po prostu bardziej namacalny, żywszy i naturalnie organiczny. Słowem bliższy brzmieniu „na żywo” i to przy standardowo dostarczonym przewodzie HDMI, którego raczej nie wyceniono na poziomie mojego dyżurnego ZenSati Zorro USB. Oczywiście spore znaczenie będzie miała sygnatura reszty komponentów w systemie i indywidualne preferencje użytkowników. Doskonale słychać to na referencyjnych, wykorzystujących nieprzetworzone wokale i naturalne instrumentarium nagraniach, w stylu „Tomba Sonora” Stemmeklang i Kristin Bolstad, „TARTINI Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen, czy też „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena, gdzie mając świadomość jak brzmią wykonawcy i ich „pomoce dydaktyczne” jesteśmy wyczuleni na wszelkie odejścia od znanego wzorca. I po I²S efekt uczestnictwa w danej sesji był zdecydowanie bardziej realistyczny. Z kolei po USB niemalże zawsze odczucie jedynie reprodukcji było stałą składową prezentacji.
Z kolei na bardziej zagmatwanym, cięższym i brutalniejszym wsadzie materiałowym w stylu „Krushers Of The World” Kreatora estetyka jaką reprezentuje duet Audiobyte’a sprawia, że szaleńcze galopady perkusji i wwiercające się w synapsy gitarowe riffy nabierają dodatkowej potęgi majestatyczności. Nie tylko wściekle kąsają, lecz również wciskają w fotel wolumenem i energią. SuperHUB & SuperVOX nieco obniżają strój i tonizują ofensywność góry przez co początkowo całość może wydawać się, nazbyt gładka i asekuracyjna, nieco odarta ze spodziewanego szaleństwa i wściekłości, jednak już po chwili okazuje się, że owe, czysto umowne, ubytki rekompensuje nie tylko mniejsze znużenie ciągłymi atakami, lecz przede wszystkim możliwość słuchania z większą przyjemnością i zarazem zaangażowanie. Chcąc bowiem zejść nieco głębiej aniżeli zwyczajowe unoszenie na powierzchni oceanu thrashowej kakofonii trzeba samemu wykonać część pracy i taką wolę zgłosić a następnie przebić się przez pierwszą warstwę spinającą dalsze plany w jedną całość.
Jak mam nadzieję z powyższych wynurzeń jasno wynika za sprawą transportu SuperHUB i przetwornika cyfrowo-analogowego SuperVOX rumuński Audiobyte celuje w konkretna grupę odbiorców o jasno sprecyzowanych oczekiwaniach. Jeśli zatem zaliczacie się Państwo do tych, którzy przedkładają koherencję ponad dzielenie włosa na czworo i przyjemność delektowania się wyrafinowaną muzyką aniżeli jej chłodną i beznamiętna analizę, to gorąca zachęcam do odsłuchu. Audiobyte’y wydają się również ciekawą propozycja dla wszystkich tych, którzy egzystując do tej pory w analogu niejako z automatu uznają domenę cyfrowa a pliki w szczególności jako ułomne pod względem wyrazistości i soczystości reprodukowanych struktur, czy też namacalności przekazu. Wystarczy bowiem zaserwować sobie z pomocą tytułowego duetu kilka ulubionych utworów, by doświadczyć może nie tyle absolutu, bo to nie ten poziom i nie te ceny, że da się zagrać pliki w sposób niezwykle płynny i gładki a jednocześnie stroniący od nudy i monotonii.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Powiem szczerze, gdy w toku rozmów z dystrybutorem o ewentualnych testach padła propozycja przyjrzenia się tytułowemu zestawowi źródła plikowego z dedykowanym przedwzmacniaczem liniowym spod znaku Audiobyte, w pierwszej chwili pomyślałem, że rozpoczynamy przygodę z czymś dotychczas całkowicie mi nieznanym. Tymczasem okazało się to nie do końca prawdą. Owszem, z tym konkretnym podmiotem będzie to nasz pierwszy testowy mecz, jednak efekt pracy stojących za nim ludzi mieliśmy okazję już usłyszeć. Chodzi o starszą siostrę dzisiejszego bohatera, czyli także pochodzącą z Rumunii, oferującą bardzo muzykalne konstrukcje markę Rockna Audio. Po takim obrocie sprawy drugą myślą jaka po zakończeniu rozmów przyszła mi do głowy, było zaciekawienie, czy stojący o oczko niżej w hierarchii ważności w stosunku do Rockny, będący na dzisiejszym tapecie także rumuński brand pójdzie podobną drogą. A jeśli tak, to na ile inną w szczegółach. Macie podobne przemyślenia? Jeśli tak i chcecie dowiedzieć się, co w kwestii brzmienia zaproponował dystrybuowany przez gdański Premium Sound zestaw Audiobyte SuperHUB i SuperVOX, zapraszam do lektury poniższego tekstu.
Nasi bohaterowie to dwie średniej wielkości konstrukcje wykonane z grubych płatów aluminium. Co istotne dla osobników lubiących spójność wizerunkową co prawda oba urządzenia są w innym kolorze, ale to celowy zabieg dystrybutora, aby pokazać pełną gamę wykończenia. Normalnie są to dwie bliźniacze skrzynki, a różnią się jedynie finalnym wyposażeniem manualno-przyłączeniowym i to jedynie na tylnym panelu, gdyż front może pochwalić się jedynie stosunkowo dużym wyświetlaczem i zorientowanym na jego lewej flance wyfrezowanymi nazwami konkretnego urządzenia. Jeśli chodzi o ich rewersy, źródło plikowe może pochwalić się baterią wejść i wyjść cyfrowych w standardach: SPDIF, I2S, OPTICAL, AES/EBU, USB1, LAN i USB2. Jak widać, jest na bogato. Przedwzmacniacz liniowy zaś oferuje użytkownikowi zestaw wejść cyfrowych: I2S, SPDIF oraz USB1 i naturalnie wyjść analogowych RCA i XLR. Oczywiście pakiet przyłączy w obu przypadkach wieńczą gniazda zasilania IEC.
Czym urzekł mnie – oczywiście jeśli tak było – tytułowy tandem? Powiem szczerze, że może nie zaskoczył w stu procentach, bo znając jego rodowód spodziewałem się przyjemnego w odbiorze grania zestawu, ale w naprawdę wielkim procencie umiejętnym uniknięciem przegrzania przekazu. Już Rockna może pochwalić się nasyconym wizualizowaniem muzyki, dlatego aby głębsze wejście w ten temat nie skończyło się spektakularnym uduszeniem swobody prezentacji, konstruktor musi mieć i wiedzę jak to zrealizować i doświadczenie co oznacza soczysty, dobrze operujący mocnym basem i przyjemnie okraszoną słodyczą górą przekaz muzyczny. I muszę powiedzieć, iż tutaj choć potencjalnych przysłowiowych „dołków” było sporo, pomysłodawcy tego zestawu źródła i przedwzmacniacza udało się je ominąć. Owszem, jak wspomniałem, słuchany materiał brzmiał bardzo przyjemnie, ale na tyle potrafił pokazać istotne dla dźwięku soniczne inter-punkty w stylu odpowiedniej dla danego materiału wyrazistości krawędzi i stosownego ataku, że przez cały czas testu w najmniejszym stopniu nie odczułem efektu znudzenia. Powiem więcej, dzięki hołubieniu przez zestaw dobrej płynności wizualizowania świata muzyki wręcz zaczarowywał mnie na czas każdego słuchanego krążka.
Słuchając Dianę Krall na płycie „Love Scenes” za sprawą gładkości, soczystości i oczywiście stosownej transparentności brzmienia zestawu bez najmniejszego problemu zapominałem o tak zwanym Bożym świecie, w zamian pławiąc się w jej czarującym głosie. A to tylko przedbiegi, bowiem fajne nasycenie i dzięki temu umiejętne podgrzewanie prezentacji powodowało bardzo lubiany przez melomanów efekt minimalnego zbliżania się artystki w stronę słuchacza. Nie siadania na kolanach, bo to byłaby nadinterpretacja prawdy o wirtualnej scenie, tylko wykonywania pół kroku w przód. Nie powiem, efekt był fajny, co może być mocną kartą przetargową podczas procesu decyzyjnego być albo nie być tego zestawu w danym domostwie.
W podobnym, czyli także ciekawym tonie – choć muzyka była raczej z tych bardziej agresywnych – wypadła polska formacja Riverside „Love, Fear And The Time Machine”. Co prawda nie jest to typowy dla mocnego rocka łomot, ale materiał jest na tyle reprezentatywny w kwestii zróżnicowania brzmienia poszczególnych kawałków, że jest wystarczający, aby zweryfikować temat radzenia sobie testowanego zestawu z wyrazistymi zmianami tempa grania formacji i brutalności ich kreowania w eterze. Jak wypadł ten krążek? Oczywiście przekaz cechowała będąca znakiem szczególnym elektroniki płynność, ale gdy wymagał tego materiał, dostawałem fajne uderzenie mocnym w masie i niezłym zwarciu energii impulsem. Nie powiem, można zrobić to nieco lepiej, choćby z zestawem Rocnka Audio, jednak mierząc siły na zamiary to co zaproponował mi tandem Audiobyte było adekwatnie dla muzy nieobliczalne. Na tyle, że nie wyjąłem płyty zaraz po pierwszym kawałku, co gdy system serwuje mi nudę, zwyczajowo czynię. Tutaj takiego odruchu nie było. Po dobiciu do przysłowiowej mety zaś była za to chęć zmiany repertuaru na równie wyrazisty.
Gdzie ulokowałbym dostarczony do testu zestaw źródła plikowego z przedwzmacniaczem liniowym Audiobyte Super HUB i Super Vox? To chyba jasne jak słońce. Oczywiście polecam go wszystkim wielbicielom słuchania muzyki przez duże „M”. To w pozytywnym rozumieniu tego słowa wcielony diabeł, gdyż potrafi omotać słuchacza serwowanymi emocjami bez jego wiedzy. Czy tylko im? Nic z tych rzeczy. Powiem tak. Jedynymi, którzy na bank się z nim nie dogadają, są wielbiciele tak zwanych „latających w eterze żyletek”. Reszta populacji melomanów, jeśli tylko jest mentalnie otwarta na prezentację spod znaku płynności i soczystości z niezbędną nutą dźwięczności, także powinna zmierzyć z nim przysłowiowe szpady. Kupi, nie kupi, pokaże czas. Ważne, że ten czas nie będzie stracony, tylko spędzony przy fajnie zaprezentowanej muzyce.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Premium Sound
Producent: Audiobyte
Ceny
Audiobyte SuperHUB: 16 900 PLN
Audiobyte SuperVOX: 16 900 PLN
Dane techniczne
Audiobyte SuperHUB
Łączność: Ethernet: RJ45 (10/100/1000Mbps)
Wejścia cyfrowe: Coax SPDIF, Optical Toslink, AES/EBU, USB B
Wyjścia cyfrowe: USB Typ A, I2S HDMI, Coax SPDIF
Obsługiwane serwisy streamingowe: UpnP, Air Play, DLNA, Roon Ready, Spotify, Tidal, Qobuz
Obsługiwane protokoły sieciowe: NFS / SMB v1-v2-V3 / UPnP
FPGA: AMD ZYNQ 7000 series SoC
Wykończenie obudowy: Piaskowane anodowane srebro / anodowana czerń
Wymiary (S x G x W): 290 x 300 x 62 mm
Waga: 6 kg
Audiobyte SuperVOX
Wejścia cyfrowe: USB, I2S (LVDS via HDMI), Coax SPDIF
Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR
Obsługiwane sygnały: max. 11.28/12.28MHz, 32 bit
Regulacja głośności: 256 kroków co -0.5 dB; Bypass
Max. napięcie wyjściowe: 2,9 V RMS
Zniekształcenia: THD: – 110 dB @ 0dB; – 116 dB @ -6dB; – 120 dB @ -12 dB; – 77 dB @ -60 dB
DNR: 120 dB
Procesor: AMD 7-series Artix FPGA
Wymiary (S x G x W): 290 x 310 x 64 mm
Waga: 3,8 kg
Zapewne śledzący rodzimy rynek audio miłośnicy dobrej jakości dźwięku już wiedzą, iż od jesieni ubiegłego roku katowicki RCM jest oficjalnym dystrybutorem wiadomej marki zza wielkiej wody. Chodzi oczywiście o amerykańskie YG Acoustics, które teoretycznie będąc u nas od lat dostępnym z nieznanych mi powodów stał na tak zwanym medialnym uboczu. Na szczęście do czasu, czyli schyłku ubiegłego roku, czego dowodem było oficjalne pojawienie się tej marki na warszawskiej wystawie AVS 2025 już pod skrzydłami katowickiego dystrybutora. Na tyle zdeterminowanego do zaprezentowania ciekawej oferty nowego podopiecznego, że już wówczas ustaliliśmy wstępny plan działań. Plan, którego efektem była będąca zarzewiem tej relacji moja zeszłotygodniowa wizyta na Górnym Śląsku. A moja wizyta tam, a nie dystrybutora u mnie, gdyż za jednym zamachem ogarnąłem 3 interesujące mnie kwestie. Pierwszą było zabranie do testu zestawu średniej wielkości kolumn YG Acoustics Ascent. Drugim okazjonalne zapoznanie się z jakością brzmienia ich większych sióstr Hailey 3 w towarzystwie elektroniki Vitus Audio. Zaś trzecim przyjemne spędzenie czasu przy muzyce w dwóch wersjach sygnału, czyli gramofonu i magnetofonu. Nie wiem jak Wy, ale ja mogąc zrealizować tak bogaty w fajnie spędzone chwile przy muzyce pakiet działań nie zastanawiałem się nawet przez moment, tylko ustaliłem termin wizyty.
Przybliżając nieco odbiór zestawienia wspomnianych kolumn YG Hailey 3 z duńską elektroniką Vitus Audio reprezentowaną przez wzmacniacz SIA-030 i źródło SD-025 MkII powiem jedno, to bardzo udane połączenie. Powód? Chodzi o fakt dobrze osadzonego w masie i oferującego fajną barwę, ale jednak za sprawą usadowienia wysokotonowej kopułki w lekkim falowodzie, bardzo otwartego brzmienia kolumn. Taki stan zaś produkty Vitus-a mając zapisane w kodzie DNA nienachalny, acz wyczuwalny pierwiastek muzykalności udanie ustawiały najwyższe rejestry w idealnej synergii z resztą przebiegu pasma. Dostałem solidny poziom w pełni kontrolowanej, z tego powodu bogatej w informacje energii dolnego zakresu, nasyconą, jednak podobnie do dolnych partii pełną mikrodynamiki średnicę i podawane z rozmachem, do tego transparentne i dzięki aplikacji duńskiej elektroniki pełne kultury wysokie tony. W efekcie muzyka oferowała znakomity drive, mocne uderzenie szybkim, ale także soczystym impulsem i za sprawą pełnej ekspresji oraz umiejętnie unikającej nadinterpretacji góry wywoływała u słuchacza przysłowiowe „dyganie nóżką”. A, że panowie z RCM-u podobnie do mnie lubią kolokwialnie mówiąc z poziomem głośności dać do przysłowiowego pieca, z wolumenem podczas odsłuchu mocnego rocka poszliśmy na całość. Nie powiem, działo się. I co bardzo istotne, bez jakichkolwiek efektów utraty kontroli czy występowania zniekształceń. Jak wspominałem, to naprawdę udane połączenie. Dlatego też jestem bardzo ciekawy, jak co prawda mniejszy, ale jednak spod tego samego znaku towarowego model Ascent wypadnie z innym, tym razem stacjonującym u mnie w domu, także duńskim zestawem. Oczywiście o tym skreślę kilka akapitów po dogłębnym zapoznaniu się z nimi w okowach swojego pokoju w dedykowanym teście.
Odnosząc się do kolejnego w tym analogowym przybytku starcia pomiędzy gramofonem, a magnetofonem najpierw przybliżę zawodników z teamu winylu. W roli drapaka płyt wystąpił najnowszy japoński werk Air Force IV, z flagowym ramieniem Kuzma Safir 9 oraz podstawą wkładką My Sonic Lab Eminent Ex. Jeśli chodzi o sam gramofon, z informacji od dystrybutora wynikało, że obecnie jest najczęściej zamawianą wersją tej marki, gdyż oferuje bardzo dobry stosunek ceny do jakości brzmienia. W kwestii ramienia Kuzmy wspomnę, iż swego czasu było w sferze moich zainteresowań i z autopsji wiem, że co jak co, ale jego muzykalność spokojnie może być wyznacznikiem dla całego świata analogu. Jak na tym tle odnajduję wkładkę? Otóż ten model podobnie do ramienia był moim rylcem podczas podejmowania ostatecznej decyzji w sprawie zakupu swojego gramiaka i jedno jest pewne, począwszy od skrajów pasma, po transparentność średnicy jest bardzo wyrazista. Na tyle, że szczupło brzmiące werki mogę się z nią nie do końca dogadać. Jednak nie traktujcie tego jako problem, tylko zaletę w postaci możliwości pokazania palcem co zostało zarejestrowane na płycie, czego tak zwane milusie, czyli oferujące świat mlekiem i miodem płynący kartridże zwyczajnie nie potrafią. Eminent Ex jest bezwzględna i to jest jej największym atutem.
A co z magnetofonami? Jednym z bohaterów był Sony APR 5000, natomiast drugim AEG 20. Dwie nieco różne w finalnym brzmieniu, jednak w oddawaniu ekspresji, energii i dynamiki zarejestrowanego materiału bardzo podobnie wypadające szpulowe konstrukcje. Na tyle robiące słuchaczowi przysłowiowe kuku, że jeśli się bawicie w słuchanie muzyki w najlepszej jakości i dysponujecie wolnymi środkami finansowymi, lepiej omijajcie je z daleka, bo potem takiej jakości dźwięku nie da się już „odsłyszeć”. Nawet jeśli po pierwszym kontakcie ich nie zamówicie – co w RCM-ie jest możliwe, temat będzie Wam tak długo wiercił dziurę w głowie, aż z czasem na bank polegniecie. Wiem to z autopsji, bo przeszedłem oba etapy na własnej skórze. Ale natychmiast zapewniam, bezapelacyjnie było warto.
A warto, gdyż tak jak podczas ostatniej wizyty w Katowicach każda próba dogonienia ich sposobu na muzykę nawet przez najlepiej brzmiący gramofon z najlepszym, bo wydanym na bazie analogowego zapisu materiałem kończy się porażką czarnej płyty. Owszem, przekaz serwowany przez winyl także jest bardzo naturalnym pakietem analogowo zarejestrowanych informacji, jednak na tle szpulaków dziwnie płaskich w rozumieniu oferowania zarezerwowanego dla naturalnych instrumentów energetycznego impulsu. I gdy wydawałoby się, że od zakupu magnetofonu nie ma odwrotu, chcąc być szczerym ze smutkiem zaznaczam, że niestety owi pogromcy każdego nowoczesnego źródła dźwięku mają także swoją mroczną stronę. A jest nią ograniczenie prawdziwie nagranego w tej technice materiału. Do starych taśm prawie nie ma dostępu i trzeba szukać po świecie jak najbliższych oryginałowi zgrywek (kopii z kopii), a nowe wydania kosztują krocie. Niemniej jednak, jeśli kogoś stać, warto się w to pobawić. To inny level obcowania z muzyką i według mnie warty każdej wydanej złotówki.
I tym umiarkowanie optymistycznym akcentem – mam u siebie Studera A 80 – kończę tę relację z poniedziałkowej wizyty w katowickim RCM-e. Wizyty bardzo owocnej w ciekawe doznania tak w kwestii poznania estetyki brzmienia kolumn YG z zestawem Vitus Audio, jak i zorganizowania kolejnego starcia pomiędzy dwoma analogowymi źródłami. Każdy z tych epizodów wywoływał co prawda nieco inne, ale w każdym przypadku fajne emocje związane z obcowaniem z muzyką. dlatego jestem rad, że to ja pojawiłem się w Katowicach, a nie oni u mnie. Zawsze to bardzo pomocne w zgłębianiu wiedzy o konfigurowaniu i ocenianiu systemów, bowiem pozwalające spojrzeć na naszą zabawę z odmiennej strony doświadczenie. Panowie jeszcze raz dziękuję za mile spędzony czas.
Jacek Pazio
Opinia 1
Nie wiem, jakie doświadczenia macie Wy, ale ja kilka razy przekonałem się, że odgrzewania „starych kotletów”, czyli wdrażanie do oferty poprawionego technicznie modelu sprzed lat czy to elektroniki, czy kolumn, jeśli nawet nie porażką, to często kończy się jedynie wielkimi zapowiedziami pomysłodawców takiego projektu bez wyraźnych efektów sonicznych. Zazwyczaj z racji wdrażania do produkcji nowych. technologii jedynie ładniej wyglądają i na tym lista pozytywów się kończy. Naturalnie nie jest to standardem, ale nie raz i nie dwa miałem okazję z takimi przypadkami się zderzyć. Jaki jest cel tego, nie do końca pozytywnego w wydźwięku wywodu? Naturalnie to wprowadzenie do dzisiejszego spotkania, którego bohaterem będzie nowe wcielenie niegdyś znakomicie odbieranych przez użytkowników, pierwszych kolumn podstawkowych, czyli dostarczone przez warszawski Hi-Fi Club, pochodzące ze Stanów Zjednoczonych zespoły głośnikowe z dedykowanym podstawkami McIntosh ML1 MkII.
Nasze bohaterki jak na monitory są spore gabarytowo. Na tyle, że dedykowane do nich firmowe podstawki, aby kolumny podczas odsłuchu nie prezentowały się „pokracznie”, są niskie i w celu uzyskania odpowiedniej projekcji dźwięku pochylone ku tyłowi. Obudowę wykonano z litego, olejowanego drewna orzechowego. W podobnym tonie, czyli z drewna z plecionką osłaniającą głośniki wykonano mocowane na magnesy maskownice. I tutaj ciekawostka, bowiem gdy zwyczajowo tego typu atrybuty psują nieco ogólną prezencję kolumn, w tym przypadku jest odwrotnie i o dziwo masywne w wyglądzie maskownice nadają im designerskiego szyku. Jeśli chodzi o zastosowane przetworniki, zakres basu obsługuje pracująca w obudowie zamkniętej 12 – calówka, niższą średnicę także pracujące w obudowie zamkniętej dwie 4 – calówki, wyższą średnicę 2 – calowa miękka kopułka, zaś najwyższe rejestry osiągająca średnicę 3/4 cala tytanowa kopułka. Jednym słowem jest na bogato i nieco uprzedzając fakty powiem, iż to słychać. Naturalnie zestaw przyłączy znajdziemy w dolnej części tylnej ścianki. Zaś w kwestii osiągów kolumn producent określa ich skuteczność na poziomie 85 dB, przy przyjaznym obciążeniu 8 Ohm.
Gdy wpinałem tytułowe monitory w swój tor, widząc podobnie do moich kolumn rozbudowaną baterię przetworników z jedną drobną niewiadomą o ogólny sposób prezentacji byłem dziwnie spokojny. Chodzi o podzielenie obsługi tak ważnego dla naszego organu słuchu środkowego pasma pomiędzy kilka przetworników. Moje Gaudery tak mają, dlatego wiem, że warto o takie rozwiązanie powalczyć. Co w takim razie mnie niepokoiło? Moje obawy budził dość masywny resor przetwornika basowego, gdyż obawiałem się męczącego spowolnienia dźwięku. Bowiem, krągły, a przez to masywny dół zawsze jest mile widziany, jednak w muzyce ważne jest także utrzymanie odpowiedniego tempa oraz zapewnienie w jej agresywnej odmianie stosownego ataku. Na szczęście ku mojemu naprawdę wielkiemu, naturalnie pozytywnemu zaskoczeniu nic takiego. nie miało miejsca, gdyż w pozytywnym słowa znaczeniu dolny zakres „kopał” mnie szybkimi impulsami. Na tyle zebranymi w sobie, że czasem odnosiłem wrażenie, że mogłoby być go minimalnie więcej. Ale nie w rozumieniu jego braku, tylko mojego widzimisię. Jednak bez względu na moje oczekiwania przekaz był bardzo ciekawy. A to za sprawą rozsądnie, bo bez rozmycia podanego dolnego zakresu, soczystej i pełnej informacji średnicy i odpowiednio doświetlonych przez tytanową kopułkę wysokich tonów. A gdy tego pakietu fajnych informacji dodam monitorowe, czyli dobrze w kwestii głębokości i szerokości budowanie wirtualnej sceny, chyba nikogo nie zdziwi fakt, że dostałem szybki, ale też rozsądnie nasycony i transparentny przekaz. Na tyle ciekawy, że radził sobie ze znakomitą większością muzyki. Dlaczego z większością, a nie pełnym spektrum? Żeby nie trzymać Was w niepewności do akapitu końcowego, wyłożę kawę na ławę i wyjaśniam, że jedynym nurtem, jaki zgłaszał chęć tchnięcia weń więcej basu i to tego najniższego, była muzyka elektroniczna ze sztucznymi sejsmicznymi pomrukami. Ale o dziwo tylko ona i uspokajając potencjalnych malkontentów dodam, że większość kolumn na takim repertuarze polegnie, a McIntosh-e sygnalizowały jedynie lekki niedobór. Niedobór z naturalnych względów ich strojenia i fizycznych ograniczeń całkowicie zrozumiały. Poza tym każdy repertuar brzmiał bardzo intrygująco, bo z dobrą wagą, kontrolowaną i szybko oddawaną energią oraz pełnymi radości wysokimi tonami.
Już pierwsza z brzegu muzyka rockowa grupy mojej młodości AC/DC „Highway To Hell” dobitnie pokazała, że kolumny choć w teorii jako powrót do przeszłości tylko w nowym wydaniu nie są dedykowane do słuchania jedynie przysłowiowego plumkania. Zagrały wspomniana kapele szybko, z werwą i rozmachem bez najmniejszej zadyszki. Na tyle udanie w kwestii zapewnienia szybkości narastania sygnału, że to właśnie w tym przypadku gdzieś w duchu poszukiwałem dodatkowej szczypty masy. Ale zaraz kontrowała to kolejna myśl, że wówczas muzyka by zwolniła, a to byłaby już ewidentna szkoda dla ogólnej prezentacji i natychmiast przestawałem szukać dziury w całym, bo jej nie było. Był za to dobrze zrealizowany pomysł na strojenie niedużych gabarytowo kolumn, aby bez problemu poradzić sobie z rockową nawałnicą.
W innym muzycznym świecie było jeszcze lepiej, gdyż po pierwsze sam materiał był bardziej dopieszczony realizacyjnie, a po drugie dzięki drobiazgowo potraktowanej przez strojenie 3 głośnikami średnicy dostawałem świat pełen magii. Esencjonalnej, bogatej w detale i otwartej w kwestii swobody wypełniania całego, jednak wielkiego rozmiarowo pomieszczenia. W tej próbie postawiłem na muzykę sakralną Jana Garbarka „Officium”. To było czarowanie w najczystszej postaci i do tego dzięki znikaniu kolumn z pokoju odbywające się w goszczącej muzyków kubaturze kościelnej, a nie moim obskurnym lokum. Lubię tego rodzaju muzykę, jednak włączam jedynie wiedząc, że system da rade w odpowiedniej estetyce ją uciągnąć. A, że amerykańskie zespoły głośnikowe bardzo dobrze zabrzmiały z trudnym od strony realizacji i zapewnienia niezbędnej ekspresji rockiem, podskórnie przeczuwałem, że porażki nie będzie. I oczywiście nie było. Było za to barwna i transparentna opowieść na bazie czterech męskich wokali przy akompaniamencie saksofonu. I co najważniejsze, z niezbędnym pakietem jakości brzmienia systemu.
Gdzie ulokowałbym tytułowe amerykańskie kolumny? To proste. Otóż idąc za wcześniej wspomnianą informacją jedynymi osobnikami mogącymi mieć drobne „ale”, są wielbiciele muzyki elektronicznej i każdej wymagającej wydobycia przez kolumny z siebie tak zwanych infradźwięków. Tego z racji praw fizyki z nich nie dostaniecie. Dostaniecie za to ofertę soniczną, która zapewni bardzo dobry odbiór tak muzyki rockowej, jazzowej, jak i klasycznej. Za każdym razem kolumny trafią w punkt estetyki danego nurtu muzycznego, co pozwoli właścicielowi cieszyć się pełną ofertą swojej płytoteki. Przyznam szczerze, że patrząc na nie możecie nie dowierzać mojej ocenie. Ale zapewniam, gdy je wyjmowałem z kartonów, spodziewałem się po nich wszystkiego, jednak nie aż takiej uniwersalności. Oczywiście w skali adekwatnej do ich rozmiarów.
Jacek Pazio
Opinia 2
O ile pamięć mnie nie zwodzi, to jeszcze całkiem niedawno chcąc zbudować system audio o nieco oldschoolowej aparycji i rozglądając się za kolumnami miłośnicy takowego designu byli zdani na niszowe manufaktury w stylu Trenner&Friedl (ISIS), klasyczne Tannoye bądź spadkobierców / kopistów niegdysiejszych dostawców nagłośnienia dla BBC. Jak jednak wiadomo zarówno przyroda, jak i rynek dóbr luksusowych nie znosi próżni, więc jeśli pojawił się popyt, to oczywistym jest, że z pomocą przyszła również podaż. Jednym z pierwszych śmiałków, którzy odeszli od mody na smukłość i strzelistość była podajże … Yamaha prezentując swoje referencyjne monitory NS-5000. A potem już poszło z górki i na sklepowe półki oblężenie przypuściły Fyne Audio z serią Vintage, JBL z linią Classic, KLH Model Five, Klipsch Heresy / Cornwall, Leak, Mission 770, Wharfedale Linton, PSB Speakers Passif 50, Revival Audio Atalante 5/7/Grande i długo by jeszcze wymieniać. Mówiąc wprost retro nie tylko wróciło do łask, lecz podobnie jak winyl ma się dobrze. Wystarczy tylko świadomość jaką popularnością cieszy się wyposażona w klasyczne „wycieraczki” elektronika wspomnianej Yamahy, NAD-a (C 3050), Accuphase’a, Luxmana czy McIntosha. A właśnie, skoro o Amerykanach mowa, to przecież nie sposób nie wspomnieć, iż od 2023 r. mają w swoim portfolio wielce intrygujące, odświeżone i wskrzeszone do życia wykopaliska – podstawkowe monitory ML1 Mk II, którymi dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu mogliśmy wreszcie się zająć.
Jak z pewnością nasi uważni czytelnicy pamiętają to nie pierwsze nasze spotkanie z ML1-kami, gdyż dane nam było uczestniczyć w ich monachijskiej, hotelowej (w Hotelu Kempinski) prezentacji w 2023 r. Co innego jednak wyjazdowy rzut okiem i uchem w zupełnie przypadkowym systemie i pomieszczeniu a co innego kilkutygodniowa zabawa we własnych czterech, czy jak to ma miejsce w przypadku OPOS-a, ośmiu kątach. Dlatego też poza pierwszym wrażeniem, które jak wiadomo można zrobić tylko raz śmiało możemy uznać, że dopiero teraz zaczynamy się z McIntoshami zaznajamiać. Zacznijmy zatem od aparycji, która co prawda pełnymi garściami czerpie z projektu protoplastek, czyli produkowanych w latach 1970-76/7 (w zależności od źródła) ML1C, jednak porównując przodków i aktualną inkarnację co nieco robi … odrobinę inaczej. Warto bowiem przypomnieć, iż ubiegłowieczne, zaprojektowane przez Rogera Russella 1-ki, bazowały na nieco innym zestawie drajwerów obejmującym 12” woofer i asymetrycznie rozmieszczony set 8” nisko-średniotonowca uzupełnionego duetem – 1½” tekstylnej kopułki średniotonowej i 1 5/8” koaksjalnego wysokotonowca pracujących z podziałem 250, 1500 i 7000Hz. Z kolei ML1 Mk II na schowanym za zdejmowaną, z niemałym trudem, magnetycznie mocowaną, iście pancerną (rama z litego orzecha + podwójna plecionka i profile ze stali) froncie oferuje łapiący za oko 12” polipropylenowy woofer powyżej którego na dedykowanej aluminiowej płycie umieszczono parę 4” polipropylenowych śreniotonowców pomiędzy którymi ulokowano 2″ tekstylną kopułkę, powyżej której znalazł się jeszcze 3/4″ tytanowy tweeter. Całość pracuje w obudowie zamkniętej z litego, olejowanego orzecha, więc na plecach oprócz firmowych, znanych ze wzmacniaczy zacisków głośnikowych próżno szukać wspomagającego najniższe składowe ujścia kanału bas refleks. Wraz z kolumnami dostarczane są firmowe standy, na które również nie żałowano drewna amerykańskiego orzecha. Ich podstawy zdobią firmowe aluminiowe logotypy odpowiednią wysokość zapewniają dwie pionowe nogi do których przykręcona jest stalowa, lekko odchylona do tyłu płyta nośna zakończona niewysokim progiem.
Pod względem elektrycznym mamy do czynienia z układem 4-drożnym z częstotliwościami podziału ustalonymi na 180Hz, 500Hz, 4.5kHz, 85dB efektywności i 8 Ω impedancji, co jasno daje do zrozumienia, że zgodnie z zaleceniami producenta warto sięgać po wzmocnienie dysponujące co najmniej 75W na kanał.
Skoro tytułowe kolumny rezydowały u nas blisko miesiąc, to dość oczywistym powinien być fakt, iż zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić, oswoić z ich obecnością a co najważniejsze niejako zminimalizować ekscytację wynikającą z pojawienia się czegoś nowego w naszych systemach. Po co o tym piszę? Cóż, ludzka natura ma to do siebie, że jeśli coś w mniej, bądź bardziej stałym ekosystemie się zmieni, to niejako z automatu „kradnie” lwią część atencji słuchaczy świadomie i podświadomie skupiających się na zmianach tak rzeczywistych – ewidentnych, jak i egzystujących na granicy percepcji, ulotnych zależnych od psychoakustycznej wrażliwości. A tak, po kilkuset godzinach grania, emocje spadają do pułapu obecnego podczas grzybobrania (o ile tylko nie praktykujemy go na poligonie podczas ostrego strzelania) i do głosu dochodzi pragmatyzm, rutyna i zakładam, że również nieco większa obiektywność.
Jak zatem grają monitory McIntosh ML1 Mk II? W telegraficznym skrócie – po swojemu i zarazem świetnie. Co to znaczy? Cóż, skoro fizyki nie da się oszukać, to mając sekcję wysokotonową mniej więcej na wysokości 70-80cm logicznym jest, że i scena przez ML1-ki kreowana ma „parkiet” usytuowany nieco niżej aniżeli w przypadku strzelistych podłogówek a dodatkowo wymiar pionowy kreowanego spektaklu nie jest jakoś specjalnie eksponowany, co np. w przypadku naszego dyżurnego krążka „A Trace of Grace” Michela Godarda okazało się świetnym wsadem „kalibrującym” nasze oczekiwania. Nie oznacza to bynajmniej braku otwartości i swobody, bo tych McIntoshom nie sposób odmówić, a że na „Verdi: Il Trovatore” symfoniczny aparat wykonawczy karnie okupował orkiestron i nie próbował paradować wśród chórzystów, to raczej nie powód do niepokoju a tym bardziej krytyki. Tu jednak na jaw wychodzi pewna natywna dla tytułowych kolumn przypadłość. Otóż nie przepadają one ani za obsesyjnym cyzelowaniem najdrobniejszych niuansów, ani za grą w formie cichego, niezobowiązującego wypełnienia tła. I to zaskakująco wyraźnie objawia się właśnie na operze, gdzie ciche, dalszoplanowe partie wokalne potrafią zabrzmieć jakby były „wdzwaniane” w mix z odległej budki telefonicznej, by po chwili odzywający się na pierwszym planie z pełni płuc Pavarotti niemalże kruszył rodowe kryształy. Podobnie z orkiestrą, co prowadzi do niemalże nerwicy przy operowaniu pilotem, by na bieżąco podgłaśniać bardziej liryczne fragmenty i nie dać się jednocześnie ogłuszyć i zmieść z fotela przy tutti. Co ciekawe kameralne i skromne jazzowe składy („Memory” Palomy Dineli Chesky) o ile tylko słuchane były z „klubową” głośnością zachwycały autentyzmem i uzależniającą dynamiką. W tym momencie wypada wspomnieć, iż patrząc na imponujące, gumowe zawieszenie basowca można było mieć obawy o jego nazbyt „subwooferowy” charakter. Tymczasem bas z ML1-ek jest piekielnie szybki, punktowy i raczej nastawiony na atak i zwrotność aniżeli eksplorację infradźwiękowych zakamarków. Podobnie ekspresyjnie prowadzona jest średnica a dokładając do tego równie odważną, choć nieprzesadną pod względem rozdzielczości górę pasma otrzymujemy dźwięk szalenie angażujący i „grający” na emocjach a zarazem niekoniecznie stereotypowo audiofilski. Tu bowiem nie da się prowadzić chłodnej analizy i dzielić przysłowiowego włosa na czworo, skoro nie sposób utrzymać podrygujących do rytmu kończyn w spoczynku. Liczy się fun i przyjemność, zabawa, gdzie „La Futura” ZZ Top sprawiają nieodpartą chęć otwarcia sezonu grilowo-motocyklowego, gdzie widok skwierczących żeberek w sosie Louisiana BBQ i charakterystyczny dźwięk 1,9l silnika Indian Chief wprawia w stan lękowy ekologicznie zorientowanych kardiologów. Amerykańskie kolumny świetnie oddają również właściwą chropawość bluesowych riffów i delikatną szorstkość i przygaszenie blach, które może i nie lśnią jak z diamentowego duetu Gauderów, za to mają w sobie zdecydowanie większą „garażowość” – brzmią mniej wymuskanie.
A jak z elektroniką? Nie mniej zaskakująco, gdyż o ile ta „cywilizowana”, czyli daleko nie szukając „AFR AI D” autorstwa Mariusza Dudy buja aż miło i z równym zaangażowaniem masuje nasze zastałe po zimie trzewia, to już próby z „Unity” Ganja White Night unauszniły, iż McIntoshe niespecjalnie mają ambicję zapuszczania się w najniższe rejony słyszalnych częstotliwości a deklarowane przez producenta, zaczynające się, przynajmniej na papierze od 27Hz, pasmo właśnie do owych deklaracji się ogranicza. Możliwe, że w mniejszym – dwudziestokilkumetrowym pomieszczeniu i przy dosunięciu do ściany jeszcze jakoś ML1-ki byłyby w stanie zejść niżej i skuteczniej ruszyć masy powietrza, jednak w naszym redakcyjnym OPOS-ie jasno dały do zrozumienia, że bez sensu jest męczyć tak je, jak i siebie.
Jak z powyższego zbioru refleksji i obserwacji można wywnioskować adekwatnie do swojej charakterystycznej aparycji McIntosh ML1 Mk II nie są dla każdego. I powiem szczerze, że dobrze, bo to nie jest zupa pomidorowa, żeby wszystkim smakowała, lecz autorskie kolumny, które zamiast ślepo podążać za obowiązującymi asekuracyjnymi i nie chcącymi nikogo urazić trendami są po prosu jakieś. Są zadziorne, kochają rockową jazdę bez trzymanki, decybele i dobrą zabawę. Jeśli zatem posiadacie Państwo podobne podejście do życia i przy okazji dysponujecie porządnym wzmacniaczem, to tytułowe monitory mają spore szanse sprawić Wam wiele radości.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory Inc.
Cena: 68 800 PLN / para
Dane techniczne
Konstrukcja: podstawkowa, 4-drożna, zamknięta
Impedancja nominalna:8 Ω
Skuteczność (2.8V/1m): 85dB
Zalecana moc wzmacniacza: 75 – 600 Watts
Pasmo przenoszenia: 27Hz – 45kHz
Podział zwrotnicy: 180Hz, 500Hz, 4.5kHz
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy: 3/4″ kopułka tytanowa
– średniotonowe: 2 x 4″ polipropylenowe stożkowe + 2″ kopułka tekstylna
– niskotonowy: 12″ polipropylenowy
Wymiary (S x W x G): 38.1 x 66.4 x 34 cm + stand 40.6 x 26 x 40.6 cm
Waga: 30 kg kolumna + 8.6 kg stand
Opinion 1
Say what you want, but the Polish brand Fezz Audio, which is the guest star of today’s review, can be safely called an ambassador of Polish technical thought. What would be the reason for that? I will not dwell too long, but I’ll recall the successful expansion into the Asian market, confirmed, amongst other things, by the company’s showroom in … Guangzhou. Is this not enough? Well, I do not have any more questions. Instead, I propose you to read the report from the test session of a tube amplifier offering a lot of power. As you can see from the photographs, it will be a description of the sound the Fezz Audio Olympia integrated amplifier – provided by the Pabianice based 21Distribution for our testing. It is a small, neat, but, as I mentioned, surprisingly powerful design, which makes it very versatile when it comes to controlling most loudspeakers. Are you intrigued? If yes, I invite you to read the text below.
As the photographs show, the Olympia is a neat and eye-pleasing device. We are talking here about an integrated amplifier that hides the electronic bowels inside a platform, typical for many tube devices, exposing the set of control tubes, power tubes and output transformers on top of it. The idea has been known for years, but not always as visually successful as in the case of the nicely designed Fezz Audio. And it is nice because, in addition to using a flat box with rounded at the edges, with glass “bubbles” on its upper surface, an interesting play of colors was also used. Of course, it is about the silver aluminum colored band, slightly overlapping both side walls, and the black color of the upper surface, and this is currently the most fashionable color combination. The fascia is decorated with two large knobs oriented on the outer edges – the left one is volume, the right – input selector and a centrally located, illuminated manufacturer’s logo. As for the reverse, it offers, typical for tube integrated amplifiers, two 4/8 Ohm speaker terminals. Our inconspicuous amplifier is an unquestionable powerhouse, because it uses as many as four KT88 tubes per channel, allowing it to generate very considerable 100W of power, and this is no joke. And I know, because during the test I heard how easily it handles my large speakers. We also have 3 RCA line inputs, a direct input for the power amplifier section, an output for a subwoofer, a ground switch and an IEC power socket necessary for operation. A nice addition is the use of an additional slot – in the tested version it was unused – for the digital-to-analogue converter. Naturally, the starter kit also includes a remote control and a set of tubes from the JJ catalog.
What can the tube Olympia do? Naturally, I started listening using the standard JJ tubes. I will just say that the sound was very good, because in addition to the proper control of my speakers, it offered a good timbre, plasticity and surprisingly expressive drive, in terms of building the reality of stage events. The effect was so interesting that if you do not have any spare funds, you can perfectly well live with it. The sonic effect will never be disappointing, but jumping a little bit ahead of ourselves, this will not be the last word this device delivers. What am I hinting at? Of course, to potentially change the set of tubes to at least those provided by the distributor as a relatively inexpensive alternative -from the Gold Lion brand. Why am I mentioning this? Well, if after the possible purchase of the eponymous integrated you are able to put out a few additional “bucks”, I assure you that it is worth spending them on the aforementioned glowing glass tubes. It may sound lofty, but it is a completely different world. Admittedly, it is less aggressive in terms of sound edges and attack speed, but not only are the losses in these areas minimal, but we gain momentum of presentation, charming vibration of the sound and its greater homogeneity, which automatically translates into better tangibility of the created events on a wider and deeper virtual stage. Suddenly, the music becomes more joyful and colorful. The effect is so successfully implemented that the music aimed at enchanting the listener draws from it to the fullest, and the one that is supposed to energetically torture him, colloquially speaking, reflects the spirit written into their DNA of the rebellious musicians furiously playing their instruments, with only a truly minimal quieting down of the aggression as compared to the JJ tubes.
To illustrate the possibilities of Olympia, let us first take Wojtek Mazolewski, who’s quintet has recently been heavily exploited by me on his concert album „Live Spirit I”. Naturally, despite a few quite expressive songs, in terms of the speed of playing formations, it is a very atmospheric material. Showing not only the virtuosity of the musicians, but also their understanding of each other, which translates into interesting instrumental passages that harmonize nicely with each other. Of course, with a full range of the smallest nuances of each of them. And it was this last aspect that rose to the heights only after the replacement of the vacuum tubes with the GL. The gentlemen were having real fun with their playing, enchanting with the timbre and the way of articulating chords, and let us be frank – a better set of tubes showed this in the best possible way.
After such a show of audiophile flavors, jumping to the other pole of musical achievements, Iron Maiden landed on the test bench with the album „Fear Of The Dark”. Naturally, this is a classic heavy. But even it, well reproduced also for music lovers who do not really like this type of music, can carry a hint of curiosity. Of course, I grew up on this kind of music and I had no problem sinking into it without any resistance, so from the first moments I knew where something was lost and where there were obvious gains. It is obvious that the music was smoother and thus less devilishly attacking the listener, but the overall presentation gained in such areas as timbre and melodiousness, thanks to which the volume level could be raised by a few points. I like to listen loud, so whenever there are similar possibilities, I use them without thinking. Let me tell you, despite a bit lesser sharpness, the sound was still a complete breakaway, because I could get much closer to the concert levels with the volume, and this always compensates for minor shortcomings in kicking me with heavier music. The performance of this amplifier here was also very nice, and in fact, similar to what I heard with jazz.
Who would I recommend this integrated amplifier to? In the first place, naturally, all fans of this type of design. It is powerful, which allows you to drive most of the speakers, and after changing the tubes, you get great timbre and will have all the tube artifacts. And what about solid state lovers? Unfortunately, the orthodox ones will probably not find a thread of agreement with this one. But those open to some concessions, in the name of more music in music, yes. I do not know how big the last group will be. However, I know that the Polish Olympia is a great amplifier with a global reputation, which means that it should be listened to by the full spectrum of both music lovers and audiophiles. I assure you, even if something does not „pop” between you and it, it is still worth a listen.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– Streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Commander
– Power amplifier: Gryphon Audio APEX Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
– Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
– USB cable: ZenSati Silenzio
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: SME 60
– Cartridge: My Sonic Lab Signature Diamond
– Phonostage: RCM Audio The Big Phono
– Clamp: Omicron Luxury Clamp
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Opinion 2
Turning around all the time in a fairly hermetic environment, that is, conventionally speaking, seeing the same faces day after day, not to mention our own in the mirror, the passage of this „fundamental physical quantity” seems perhaps not so much painless, but almost negligibly imperceptible. After all, all the processes associated with it are continuous and usually slow, somewhat reminiscent of staring at the online broadcast of a rusting park bench, where such systematic, daily peeking does not show the scale of erosion taking place before our eyes. However, it is enough to take a longer break, which, like a hard reset, allows you to look at a given object or our surroundings with a fresh eye. And so it is with our today’s guest, whose fact of existence was not only known to us, but also empirically confirmed by editorial tests, but after two review meetings, our contacts were limited to annual snapshots from the Warsaw Audio Video Show and Munich’s High End. As a result, more than five years have passed since the Lybra 300B test, and Mira Ceti … 9 years. During this time, the Fezz underwent a serious facelift and, what can I say, they simply became more beautiful with the Evolution generation. Instead of classic, austere angularity, their bodies have taken on sexy curves, and the place of slightly „garage” style signs with the company logo has been replaced by illuminated, precise laser cutouts of the front walls. This transformation, which was backed by the design office KABO & PYDO, did not escape the attention of not only the „civilian” audience, but also the design body Design Zentrum Nordrhein Westfalen, which awarded the new artistic design of the aforementioned line with the prestigious Red Dot Award. Of course, the relevant changes also included the bowels of the tube amplifiers, but that is a topic for a separate paragraph. As if that were not enough, the business model of the manufacturer has also changed, now focusing the lion’s share of its attention, apart from the obvious design and production plot, on export activities, entrusting the local market to 21Distribution from Pabianice. In this way, our today’s guest, the Fezz Audio Olympia, came to us not from Kolonia Koplany in Podlaskie Voivodship, but from Pabianice near Łódź.
Since I have already mentioned the appearance of Olympia, I will let you scratch a little more about it, because the title integrated clearly deserves it. Its rounded body is surrounded by a strip of satin aluminum, which is available in seven (!!) color options – Big Calm (brown), Black Ice (black), Burning Red (red), Evergreen (green), Republic (black and white), Sunlight (sand) and Moonlight (silver) visible in the photos. Each time the massive knobs – the left one responsible for the volume and the right one for sleeping/waking up from standby and the choice of sources are naturally (aluminum) silver. Just like the cage protecting the tubes, which for a change invariably remains black. I will mention right away that I took the liberty of not installing this cover, so I will only mention that its front of it is a glass pane, so the view of the glowing “greenhouse” boasting on the black support platform is fully comfortable. The main switch is hidden in the „floor”, right next to the front edge. As for the tubes, the Fezz team went crazy and, striving for the greatest possible versatility of the Olympia, equipped it with an impressive, for its surprisingly compact dimensions, set of lamps, about which we will talk literally in a moment. Behind the tubes, we will come across a duo of massive saucepans protecting the trafos. And as for the back, looking from the left, we get an IEC power socket, with an integrated fuse chamber, a set of screw-down speaker terminals with separate taps for 4 and 8 Ω load, a cap for an optional expansion card (Bluetooth, Phono MM, DAC) and three pairs of line inputs plus a direct input (from an external processor / preamp) complemented by a dual subwoofer output (all in the RCA standard). The amplifier is mounted on four conical legs made of fairly hard rubber providing both proper stability and anti-vibration insulation, because vibrations is something the tubes do not like very much.
And one more little thing. According to the information available on the website, the remote control should be included in the kit. Unfortunately, this accessory was missing from the box delivered for testing. Apparently, the Q21 team decided that in preparation for the new season, we would need some movement during the listening sessions. Nevertheless, the end user should expect a remote control in the set, especially since it is a fairly neat and handy unit made of aluminum and equipped with five large, intuitive buttons that allow you to sleep/wake up the amplifier, select the input and adjust the volume. How do I know this? Well, by no means from the news stand, but from last month’s short „romance” with the Luna Mini, tortured for the purposes of a publication outside of Soundrebels.
As far as anatomy is concerned, we are dealing with a dual mono design, in which two pairs of 12AX7 / 12AU7 double triodes work in the input section and as phase reversals, while in the output stage we have a quarter of the popular KT88 stream tetrodes, capable of delivering 100W per channel in push-pull. And here I will allow myself to digress, because in addition to the JJs that are standard equipment for this amplifier, the distributor was so nice and added an optional set of premium tubes, the Gold Lions from the Russian Genalex, and it was on them that I finally conducted the listening test. Of course, the „factory” power tubes can be replaced at any time on your own, and as for the controls, it is worth bearing in mind that as standard Fezz has an ECC82/12AU7 on board selected by TAD (Tube Amp Doctor) and you can safely leave them. In addition, the standard „bubbles” come clearly numbered, so that they can be placed in gilded, porcelain coasters without mistake, while the optional tubes do not have such markings. The interior of the amplifier is quite tightly filled with two large circuit boards (one for each channel) and proprietary (Toroidy.pl) toroidal speaker transformers with very low dissipation inductance working on the output. Chokes are also toroidal. The board with input sockets is equipped with relays and the sockets themselves are gold-plated. The amplifier is equipped with both a soft-start (the procedure takes about 2 minutes) and auto-bias, so we can safely talk about the practically maintenance-free amplifier.
I will not try to enchant the reality that the power tubes used in the Olympia, the KT88, are my favorites, because to put it bluntly, they are not. The KT120s are, although the latest KT150s do not arouse such enthusiasm in me, proving that power is not everything and it is worth remembering about something akin to musicality. That is why I approached the eponymous Fezz without much emotion. Just another tube integrated with enough power to drive most speakers from a similar price range. Meanwhile, from the very first bars of Youn Sun no’s „Lost Pieces” reproduced by the Olympia, it turned out that the Polish tube amp very neatly escapes simple, stereotypical pigeonholing and is able to show itself from a surprisingly advantageous side. However, it is worth bearing in mind that for a tube, Olympia does not particularly feel the ambition to make listeners happy with a thick and sweet sound like maple syrup, as you can easily find fully solid state designs on the market offering a more heated and saturated sound. Well, at least not looking far and at the same time spoiling a bit Accuphase E-700. In addition, the Fezz needs time to fully spread its wings and catch the wind in its sails. And this is both when it comes to pulling it straight out of the carton for initial, post-factory burn-in, as well as during everyday use. To put it simply, even if you have a few hundred hours on the playing counter, it is better to give it 3-4 quarters of an hour each time for current and thermal stabilization and playing, because after waking up, it is usually a bit too conservative emotionally and, especially at low volume levels, unobtrusive in terms of resolution. And after meeting the above conditions, it is easy to notice that Fezz plays silky smooth, slightly lowered tuning with a pleasantly large volume and freedom adequate to the available power. Both the apparent sources and the individual plans are defined with highly satisfying precision, while the organicity and tangibility of the leading artists is downright intimidating. The same applies to the bass timing, which skillfully emphasizes the key role of the rhythm section, not only on the macro scale, but also in its much more „openwork” micro-version, where it is enough to pluck the string of the double bass or hit the snare drum for the listener to subconsciously start to jiggle rhythmically. What is important, however, Olympia does not suffer from tiring nervousness and hyperactivity, or even an obsession with artificially turning up the tempo and looking for a drive where the proverbial game of silence reigns. However, when this silence is scarce like a medicine, or there is no silence at all, as in Ice Nine Kills’ „Welcome to Horrorwood: Under Fire”, it becomes clear that the power declared by the producer is not just wishful thinking or a manifestation of marketing creativity, but a fact. The bass is strong, compact and perfectly controlled, but at the same time without signs of stringiness or too much crunchiness. It is solid, drawn with a strong line and a great variety of filling, which will certainly be appreciated by lovers of sharper climates with its maneuverability and immediacy. It is also worth mentioning that Olympia, on this type of screams lavishly supported with guitar clatter, does not exaggerate with garage sound and tiresome, in the long run, graininess, nor does it try to shave us with fiery riffs, hardening or even falling into the glassiness of the highest components. And yet it is impossible to deny them freedom and energy, so there is no question of withdrawing or extinguishing them. Of course, it is worth keeping common sense and moderation, because Fezz is not always able to present everything, emphasizing only possible advantages and mercifully keeping silent about obvious disadvantages. That is why I suggest you do not expect miracles from bootleg-like nightmares, which even on the tested tube amplifier sound squeaky, flat and without dynamics, as if the recordings were made, if not on a boom-box, then as part of a phone call and from a booth (if there are any left anywhere). And seriously and without demonizing, Olympia is not afraid of heavy playing, so regardless of whether you feel like a dose of thrash served by Megadeth, or monumental death/black metal signed by Behemoth, you can be sure that the tested amplifier, as long as we do not connect it to electrostatic, or other speakers with the effectiveness of a billiard table, will easily unleash a musical apocalypse worthy of concert sensations in your room.
There is no denying that the Olympia is a success of the Fezz Audio team. Not only does it catch the eye with its attractive body and tempt with a wide range of paints, but it can also squeeze a surprisingly large amount of sophistication and music out of popular and inexpensive vacuum tubes. And if we add to this the high power, which is difficult to overestimate, it becomes clear that it is worth considering not only in terms of the first, but also the final tube amplifier. And by the way, this tube quality is visible mainly in the design and the amount of heat emitted, because in terms of sound it is simply a great amplifier and it does not matter that it is a tube one, because as I mentioned in the introduction, you can easily find solid-state designs that sound more „tube” than it. Therefore, if you like to listen to virtually any music for pleasure and not out of the desire to perform analytical vivisection, and at the same time you have a place that allows you to provide Olympia with proper working conditions (it is better not to lock it in a glass cabinet), then it is simply worth paying attention to it and taking it for weekend tests.
Marcin Olszewski
System used in this test
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + Omicron Decoupler Clamp
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panel VMT
Polish distributor: 21Distribution
Manufacturer: Fezz Audio
Price: 5 490 €; 5 765 € (with Premium Tubes set)
Specifications
Topology: vacuum tube dual mono integrated amplifier
Nominal output power: 2 x 100 W @ 4 Ω / 8 Ω
Vacuum tubes: 8 x KT88 + 2 x 12AX7 + 2 x 12AU7
Analogue inputs: 3 pairs RCA + direct
Analogue output: sub-out
THD: <0,1% (below 100 W); <1% (full power)
Frequency response: 16 Hz – 80 kHz
Damping factor: >30
Input impedance: 50 kΩ
Sensitivity: 0,7 V
Power consumption: 350 W (idle); 700 W (full power)
Colors: Big Calm, Black Ice, Burning Red, Evergreen, Moonlight, Republika, Sunlight
Equipment: tube cage, remote
Optional extension cards: Bluetooth, Phono MM, DAC
Dimensions (W x D x H): 420 x 380 x 200 mm
Weight: 24 kg
Najnowsze komentarze