Choć SoundRebels.com założyliśmy z myślą o doświadczonych audiofilach, którzy powoli zbliżają się do osiągnięcia wymarzonej nirwany, a przynajmniej tak im się zdaje, postanowiliśmy, iż od czasu do czasu będziemy jednak schodzić na ziemię i opisywać rzeczy osiągalne nawet dla początkujących miłośników dobrego dźwięku. Musi być jednak spełniony jeden, acz kluczowy warunek – produkt musi nam się spodobać. Bez tego nie kiwniemy palcem, nie zrobimy nawet poglądowej „fotki” a o porządnym, dopieszczonym w postprocesie zdjęciu, czy nawet najkrótszej recenzji można zapomnieć. Po prostu szkoda przede wszystkim Państwa, ale i po trosze naszego czasu. Życie jest zbyt krótkie i piękne, by marnować je na coś, co nie do końca wpisuje się w nasze gusta, nie spełnia pokładanych nadziei i oczekiwań. Zdecydowanie rozsądniej zajmować się tym, co sprawia przyjemność, pieści zmysły i generalnie, delikatnie trywializując, robi nam „dobrze”. W związku z powyższym, jeśli na łamach naszego portalu znajdą Państwo coś, co high-endem nie jest i, choćby ze względu na nad wyraz akceptowalną i przystępną cenę, być nie może, to znak, cytując grzmiącego z ambony, odzianego na czarno klasyka, „że coś się dzieje”. Tak też właśnie było w przypadku bohaterów niniejszego testu. Uczynny dystrybutor, niejako przy okazji, wraz ze zdecydowanie bardziej poważnym ładunkiem pozwolił sobie dorzucić do niezobowiązującego odsłuchu parę interkonektów Acrolinka.
Zdając sobie doskonale sprawę, iż tej japońskiej i wielce zasłużonej na polu audiofilskiej metalurgii marki większości z naszych Szanownych Czytelników przedstawiać nie trzeba, to z dziennikarskiego obowiązku jedynie wspomnę o w pewnym sensie obsesyjnym podejściu do … czystości. Chodzi mianowicie o to, że Acrolink od niemalże zarania swoich dziejów niezwykły nacisk kładł właśnie na czystość miedzi, z jakiej wykonywał swoje przewody. Przykładowo symbol 7N oznacza czystość miedzi użytej do produkcji przewodu na poziomie 99,99999% (siedem dziewiątek).
Kiedy tylko zobaczyłem na „miedziano – złotych” pudełkach oznaczenie ‘7N’ gdzieś podświadomie ustawiłem sobie cenową poprzeczkę na pułapie ok. 4 kzł. Po prostu jeszcze nie tak dawno najtańsza „siódemka” (7N-A2070) kosztowała mniej więcej podobnie a jak to w branży audio bywa nowe, więc z pewnością lepsze modele tańsze nie bywają i jeśli tylko producent wykaże się choćby odrobiną empatii i odświeżając poszczególne pozycje w swojej ofercie utrzyma stare ceny, to wszyscy się cieszą, jakby co najmniej 5-kę w totka trafili. Jednak konfrontacja własnych domysłów z cennikowymi realiami okazała się mocno zaskakująca, gdyż oba dostarczone do testu modele nie przekroczyły magicznej bariery 1500 zł za metrowy set RCA. Co prawda poprzednia wersja A2200 II ulokowana oczko niżej (należała do rodziny 6N), dostępna w granicach 700 zł , ale wyszedłem z założenia, że skoro producent postanowił przesunąć ją w górę hierarchii, to analogicznie podciągał równiej jej brzmienie do poziomu reprezentowanego przez starsze rodzeństwo.
Jednak zanim skupię się na brzmieniu testowanej pary pozwolę sobie na mała retrospekcję. O ile 7N-A2070 grał w sposób nad wyraz elegancki i wyważony stawiając umiar nad spontaniczność, kulturę nad zbytnią bezpośredniość i zwiewność nad dosadność, to już starsza 6-ka, czyli model 6N-A2200II podchodził do tematu w sposób zgoła odmienny oferując duży, dynamiczny i soczysty dźwięk potrafiący skutecznie ożywić zbyt senne systemy. Z kolei model 6N-A2050II nieprzekraczający 500 zł cechowała zbytnia zachowawczość i skupienie na barwie z niezbyt uważnym podejściem do konturów i skrajów pasma. Krótko mówiąc jeszcze nie tak dawno idąc w dowolną stronę cennika można było, co najwyżej zgadywać czy kolejny model będzie kontynuował drogę obraną przez swojego poprzednika, czy też wykona ostry skręt z zaciągniętym ręcznym i pomknie w zupełnie innym kierunku. Z jednej strony taka polityka zapewniała możliwość dopasowania produktu do oczekiwań bardzo szerokiego grona odbiorów, jednak z drugiej, poprzez swoisty brak analogii i logicznej hierarchii umożliwiającej stopniowe pięcie się po kolejnych stopniach wtajemniczenia, by w końcu osiągnąć kablarski absolut (wersja dla ortodoksyjnych wyznawców marki) budziła konsternację.
Koniec końców ktoś jednak postanowił ogarnąć ten galimatias i oprócz dbałości o czystość przewodników, czy jak najszersze pasmo przenoszenia, zadbał również o spójność soniczną oferty. Oferty, której topowe modele oferują niedoścignioną, w niektórych kręgach uchodzącą za legendarną, homogeniczność, autentyczność i wiarygodność przekazu. Wróćmy jednak na ziemię i przyjrzyjmy się otwierającym serię 7N pierwszemu i trzeciemu od dołu interkonektom – 7N-A2050III i 7N-A2200III.
Acrolink 7N-A2050III to, jak już zdążyłem wspomnieć najtańszy analogowy interkonekt należący do „elitarnego” grona przewodów mogących pochwalić się użyciem miedzi o czystości 7N. Tak wysokie, żeby nie powiedzieć wyżyłowana parametry uzyskuje się dzięki technologii D.U.C.C. (Dia Ultra Crystallized Copper) opracowanej we współpracy z Mitsubishi Cable Industries Ltd. Oczywiście nie zapomniano o zniwelowaniu naprężeń powstających podczas procesu odlewania, dzięki czemu uzyskany materiał zyskał określenie „Stressfree”. Sam przewód posiada budowę koncentryczną, w której przewód centralny składa się z 34 żył z miedzi D.U.C.C. Stressfree 7N, ekran stanowi miedziana folia, oraz plecionka z miedzi OFC 4N5 a jako dielektryka użyto poliolefinu o dużych molekułach na zewnątrz i poliolefinu o klasycznej strukturze wewnątrz. Aplikacja interkonektu nie przysparza żadnych problemów, może nie jest to szczyt wiotkości, lecz sprężynowanie i sztywność są na tyle akceptowalne, że nawet niezbyt ciężkie urządzenia jak budżetowe USB DAC-i nie powinny z ich pomocą przechodzić w tryb lewitacji, solidne wtyki i wesoła filetowa barwa koszulki dopełniają nader pozytywnych wrażeń organoleptycznych.
Pierwsze dźwięki z już wygrzanego interkonektu okazały się zachęcającym do dalszego odsłuchu kompromisem pomiędzy detalicznością i muzykalnością. Kontury były oczywiste, wyraźne, lecz nieprzejaskrawione a tkankę je wypełniającą cechowała naturalna faktura i soczystość barw. Słyszalne pasmo prowadzone było równo, bez faworyzowania któregokolwiek z podzakresów, bez zbytniej euforii, lecz również bez chłodnej zachowawczości. Emocje zawarte w materiale źródłowym oddawane były ze zaskakującą swobodą i transparentnością, o jaką trudno byłoby podejrzewać tak niedrogi przewód. Głos Xaviera Sabaty na „Georg Friedrich Händel – Bad Guys” był czytelny i absorbujący na tyle, by przykuć słuchacza na czas trwania albumu do fotela. Tak nieodzowna w muzyce rockowej motoryka również nie dawała powodów do grymaszenia i prawdę powiedziawszy patrząc na A2050III nie tylko poprzez pryzmat ceny, ale głównie poprzez jego wpływ na brzmienie można uznać, że jest to bardzo ciekawa propozycja dla osób poszukujących solidnych, niedrogich a przy tym markowych i uniwersalnych łączówek nie tylko do systemów stricte budżetowych, ale i pełnoprawnie aspirujących do miana Hi-Fi.
W przeciwieństwie do swojego tańszego kuzyna, stojący w cenniku dwa oczka wyżej model 7N-A2200III, dostępny jest również w wersji zbalansowanej. Jest to możliwe dzięki dodaniu drugiej, bliźniaczej żyły składającej się z 34 drucików D.U.C.C. Stressfree 7N. Zmiany dotknęły również wykorzystanego dieelektryka, którym tym razem zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz jest poliolefin o dużych molekułach. Zwiększenie ilości przewodnika nieznacznie wpłynęło zarówno na przekrój przewodu, jak i jego sztywność. Zmiany są zauważalne, choć nie określiłbym ich jako absorbujące. Powagi całości dodaje dostojna czerń kontrastująca z satynowym srebrem wtyków, które z resztą zdążyłem już poznać przy okazji odsłuchów 7N-A2050III.
Brzmienie 7N-A2200III jest ewidentnym rozwinięciem tego, do czego zdążył przyzwyczaić mnie niższy model. Mainstreamowa „akuratność” dostała zauważalnej ogłady połączonej z bardziej stabilną i głębszą sceną. Dodatkowych kilka oktanów trafiło też na dół pasma, gdzie niższe i bardziej energetyczne zejście zdecydowanie pozytywnie wpłynęło na tzw. „foot-tapping” podczas odsłuchów ZZ-Top, czy AC/DC. Na gęstszym i bardziej wymagającym repertuarze, za jaki niewątpliwie można uznać „Diabolus in Musica – Accardo interpreta Paganini” Nicolo’ Paganiniego selektywność dalszych planów oscylowała między dobra i bardzo dobrą. Konstruktorom udało się znaleźć wysoce satysfakcjonujący i bynajmniej nie, jak to się zwykło mawiać, zgniły kompromis pomiędzy analitycznością a spójnością i homogenicznością. Na tych pułapach cenowych większa konturowość z reguły kończy się karykaturalną kanciastością a idąca choćby krok dalej elegancka gładkość przeradza się w impresjonistyczne plamy, skutecznie uniemożliwiające śledzenie poszczególnych partii grup instrumentów, o dalej siedzących solistach nawet nie wspominając.
Dostarczone przez krakowski Eter Audio niemalże budżetowe przewody Acrolinka sprawiły mi bardzo miłą niespodziankę. Nie dość, że podczas ich testowania nie musiałem zbyt długo akomodować się do oferowanej przez nie „firmowej” estetyki dźwięku, to w dodatku wreszcie można było właśnie o firmowym brzmieniu zacząć mówić. Widać, że „promocja” obu modeli do kategorii 7N, czyli zastosowanie czystszego, a więc wyższej klasy przewodnika, w sposób bezapelacyjnie pozytywny wpłynęła na ich brzmienie. Ponadto analogie brzmieniowe oparte są na przesłankach na wskroś technicznych, gdzie podwojenie przewodników daje wymierne, soniczne efekty i to po prostu ma sens. Jeśli posiadają Państwo starsze modele Acrolinków z serii 6N i szukają dowodu na to, jak zaawansowana technologia potrafi odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym, proszę umówić się tylko na odsłuch, a najlepiej wypożyczyć tytułowe przewody na weekend. Podejrzewam, że pojęcie ewolucji nabierze zdecydowanie szerszego spektrum i nie będzie się odnosiło jedynie do skoku technologicznego, jaki dokonał się w domenie cyfrowej. Japończycy z Acrolinka znają się narzeczy i w tym co robią nie ma nawet śladu voodoo, są za to lata ciężkiej pracy i to po prostu słychać.
Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski
Dystrybutor: Nautilus / Acrolink
Ceny:
Acrolink 7N-A2050III: 0.6m – 890 zł; 1m – 1190 zł
Acrolink 7N-A2200III
– RCA : 0.6m – 1190 zł; 1m – 1490 zł
– XLR: 0.6m – 1290 zł; 1m – 1590 zł
System wykorzystany w teście:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– DAC: Eximus DP1
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; YBA Heritage Media Streamer MP100
Przedwzmacniacz: Restek Editor
Monobloki: Restek Extract
– Wzmacniacze zintegrowane: Electrocompaniet ECI 5; Accuphase E-260
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Acrolink 7N-A2050 III; Acrolink 7N-A2200 III; Neyton Nuernberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2
– Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
Zauważalny wzrost zainteresowania analogiem sprawił, że duża część braci audiofilskiej posiada w swoich systemach co najmniej jedno źródło, nie przebierając w słowach, drapiące płytę. Jedni dla przyjemności obcowania i związanej z obsługą celebry, inni jako coś nietuzinkowego, mogącego zaskoczyć znajomych wizytujących ich progi, a jeszcze inni tylko dlatego, że wypada mieć. Do której grupy się zaliczamy jest nieistotne, jednak jako wspólny mianownik jawi się phonostage, umożliwiający jakąkolwiek współpracę z resztą systemu. Ten drobny problem można rozwiązać na kilka sposobów: posiadamy takowe pre w postaci płytki zaimplementowanej we wzmacniaczu, dłubiemy coś samemu w oparciu o sporą ilość projektów w sieci (często bardzo dobrych), lub nabywamy, jako osobne urządzenie uznanego producenta, podnosząc prestiż naszego zestawu audio. Wszystko zależy od zasobności kieszeni i potrzeb. Naprzeciw oczekiwaniom osób wybierających trzecią opcję wychodzi wiele znanych i dopiero wschodzących firm. Oczywiście każdy rynek ma swoich faworytów rozdających karty i przebicie się nowej manufakturze przez otaczający znanych graczy mur, jest ciężkim zadaniem. Nie da się pójść na skróty, mamiąc byle czym, byle jak i byle dużo, tylko trzeba rozważnie celować w odpowiedni sektor, proponując przy tym coś zaskakująco dobrze grającego. Skończyły się czasy kupowania co popadnie bo tanie, ponieważ wyedukowana i wymagająca klientela swoimi portfelami szybko zweryfikuje próbę nabicia ich w butelkę.
Jako że większość osób ze mną zaprzyjaźnionych zna moją słabość do gramofonu co jakiś czas dystrybutorzy proponują mi do testu swoje propozycje właśnie z tego obszaru tematycznego i jeśli tylko jest cień szansy usłyszenia czegoś ciekawego i intrygującego, to chętnie wpinam taką nowinkę w swój system. Mając obiecane kilka pozycji znanych marek, spokojnie przygotowywałem się na tegoroczną wystawę Audio Show, będącą świętem miłośników dobrego brzmienia, gdy doszły mnie słuchy, iż na krajowym rynku, za sprawą wrocławskiego dystrybutora Moje Audio pojawił się nowy gracz – Bakoon Products International z Korei Południowej. Ta „jesienna nowalijka” na naszym polskim, audiofilskim stole, posiada w swojej ofercie różne produkty jak: wzmacniacz zintegrowany, zasilacz akumulatorowy, dwa phonostage gramofonowe, wzmacniacz słuchawkowy, oraz akcesoria w postaci platform antywibracyjnych. Nie czekając na odzew rynku i pierwsze opinie mogące wpłynąć na moje pierwsze spostrzeżenia, postanowiłem czym prędzej przetestować jedno z oferowanych przez nią urządzeń we własnym systemie. Koreański producent proponuje klientom dwie wersje przedwzmacniacza gramofonowego, z których do mnie trafiła wersja oznaczona jako „Reference”.
SATRI Phono Preamplifier EQA-12R to niewielkich rozmiarów, lecz dosyć ciężka (4 kg) wykonana z aluminium kwadratowa „skrzynka” z zaokrąglonymi narożnikami, której design dość luśno nawiązuje do MiniMaców. Całość polakierowano na czarno techniką proszkową a górną i dolną płaszczyznę obudowy lekko wydłużono, sprytnie ukrywając w tak powstałej wnęce zestaw niezbędnych przyłączy. Jako dodatek podkreślający ekskluzywność i bezkompromisowość wersji „Reference”, dołączono w komplecie równie masywną, uzbrojoną w wysokie kolce platformę antywibracyjną. Zestaw przedwzmacniacza z platformą tworzy na tyle zgrabną kompozycję wizualną, że większości nabywców z marszu powinien przypaść do gustu, a i główna instancja weryfikująca pod postacią płci przeciwnej, spojrzy na to przychylnym okiem. I proszę nie mówić, że „nie ważne jak wygląda…. bla,bla,bla”, ponieważ znam kilka osób, które dla świętego spokoju musiały odpuścić wiele wysmakowanych brzmieniowo komponentów audio.
Wracając do naszego bohatera, jeśli nawet pojawi się drobna niepewność co do projektu plastycznego, to po kilkudniowym kontakcie i próbach wpasowania się w system, odchodzi ona w niepamięć i zaczynamy dostrzegać plusy tej niedużej, ale jakże zgrabnej konstrukcji. Nie zaburzając spokojnego wyglądu, phono EQA-12R zostało wyposażone tylko w niezbędne, znajdujące się na tylnym panelu przyłacza wejściowe i wyjściowe RCA, śrubę uziemienia, gniazdo zasilania i terminale BNC – dedykowane wyjście sygnału z SATRI do wzmacniacza zintegrowanego znajdującego się w ofercie marki Bakoon – coś w rodzaju firmowej magistrali, zapewniającej najlepsze wartości soniczne. Na lewej ściance usytuowano mały włącznik hebelkowy, który w pozycji ON automatycznie odcina urządzenie od zasilania z sieci, pozwalając jedynie na pracę z wbudowanego wewnątrz akumulatora. Proszę się nie obawiać, bowiem inżynierowie pomyśleli o analogowych długodystansowcach i trwające 5 godzin naładowanie, pozwala na 25–cio godzinne granie bez przerwy. Osobiście potrafię słuchać nawet pół nocy, ale cała doba jest wyczynem ocierającym się o Księgę Guinessa i nie sądzę, że by osoba o zdrowym podejściu do życia, miała zamiar bić rekordy w tej dyscyplinie. Płyta czołowa podobnie do całości jest oazą spokoju, na której po lewej stronie nadrukowano pomarańczowe logo, pod którym znajdują się dwie diody: bursztynowa i czerwona. Pierwsza informuje nas o gotowości do działania, a druga zawiadamia o potrzebie nakarmienia urządzenia życiodajnym prądem, ładującym wewnętrzny akumulator. Jak wspomniałem, nie da się używać phonostage’a na zasilaczu sieciowym, co pokazuje ortodoksyjne podejście konstruktora do tematu. Sam zasilacz nie jest zbyt okazały, ale jego rola ograniczona tylko do postojowego ładowania baterii, zwalnia go od zastosowania rozbudowanej konstrukcji. Aby górna płyta nie była monotonna, w jej lewym tylnym rogu wygrawerowano logo firmy. Mimo że EQA-12R jest przedwzmacniaczem przystosowanym do wkładek MM i MC, na zewnątrz nie znajdziemy żadnych przełączników. Wszystkie możliwe zmiany ustawień, którymi są dopasowanie do odpowiedniego typu wkładki i trzy wartości wzmocnienia, wykonuje się dopiero po uprzednim odkręceniu dolnej płyty i zmianie położenia odpowiednich zworek. Trochę uciążliwe, ale robimy to raz i zapominamy o temacie, a przy okazji nic nie szpeci ogólnego wyglądu zewnętrznego. Tak się złożyło, że ustawienia fabryczne idealnie wpasowały się w oczekiwania mojego toru gramofonowego i z miejsca zacząłem niezobowiązujące granie w tle w ramach niezbędnej akomodacji.
Byłem bardzo ciekaw, czym Bakoon zauroczył dystrybutora z Wrocławia, że zdecydował się wprowadzić na nasz rynek niemalże całkowicie nieznaną markę i w dodatku startując z wysokiego pułapu. Wiedziałem jednak, że właściciel Moje Audio zna świat analogu od podszewki i zwykłe „hokus pokus”, nawet jeśli autorem projektu jest Japończyk nie wystarczy. Tak, tak, phonostage’a ma potrzeby producenta z Korei Południowej zaprojektował mieszkaniec kraju Samurajów. Oczywiście to nic nie znaczy, jednak cały świat patrzy na Japonię i znając ich zamiłowanie do pięknego brzmienia, prawie każdy ich pomysł należy z „rozdzielnika” sprawdzić, gdyż jeśli już coś robią, to wkładają w to całą swoją dusze i serce. Wstępne rozmowy z dystrybutorem o bateryjnym zasilaniu i izolującej od wibracji podłoża platformie, napawały optymizmem, ale nauczony, że „Każda pliszka swój ogonek chwali” zostawiłem sobie margines na przefiltrowanie usłyszanych superlatyw przez mój, nad wyraz subiektywny, punkt widzenia. Już wiele razy nauszna weryfikacja gloryfikujących jakieś urządzenie opisów, kończyła się w najlepszym wypadku stwierdzeniem „jest potencjał” i to tylko z czystej sympatii do dostawcy, lub uniknięcia oziębienia stosunków międzyludzkich. Z nadzieją, że nie będę musiał robić kurtuazyjnych uników, przystąpiłem do głębszego przyjrzenia się koreańskiemu EQA-12R.
Kładąc pierwszą rygorystycznie traktowaną w odsłuchu płytę na talerz, często nachodzi mnie obawa totalnej porażki. Po doświadczeniach z kilkoma świetnie grającymi preampami, zastanawiam się z jakiej strony pokaże się testowane urządzenie. Zawsze utożsamiam się z konstruktorem i bardzo mu kibicuję, jednak, jeśli coś idzie nie tak, staram się pokazać gdzie tkwi problem. Czasem efekt końcowy podporządkowany jest jakiejś myśli przewodniej, jakiemuś konkretnemu rozwiązaniu technicznemu, co często ma swoje uzasadnienie w docelowych systemach i wtedy takie uwagi należy traktować jako informacje o odstępstwach od głównego nurtu dźwięku analogowego. Innymi słowy – konstruktor tendencyjnie nadaje wyraźny sznyt swoim produktom, celując w odpowiednie upodobania lub potrzeby określonej grupy miłośników takiej, a nie innej estetyki brzmieniowej. Wiadomo, że co system to inne warunki i sposoby na uzyskanie synergii, która i tak jest wypadkową wrażliwości samego audiofila. W przypadku japońsko – koreańskiego pomysłu na wydobycie z czarnej płyty wszystkiego co najlepsze, nie usłyszałem żadnych, odstających od kanonu zabiegów umilających słuchanie, co bardzo mnie ucieszyło. W ramach wstępnych taktów muzyki, z posiadanych zasobów wybrałem koncertową dwu-krążkową nowo tłoczoną płytę Enrico Ravy ze Stefano Bollanim, Markiem Turnerem, Larrym Grenadierem, Paulem Motianem zatytułowaną „New York Days”. Pomyślałem, że tak dobrze zrealizowany materiał, pozwoli nam nawiązać nić przyjaźni na dalsze odsłuchy i nie myliłem się, gdyż zostałem zaproszony do pierwszego rzędu niczym rasowy VIP. Przekaz muzyczny zaczynał się na linii kolumn, zwiększając tym namacalność i realizm instrumentów napędzanych zawartością płuc artystów. Nie odczuwamy przy tym zagęszczenia głębokości sceny, która oferuje sporo miejsca dla formacji z drugiego rzędu. Czuć wyraźną gradację planów, umiejętnie rysowanych przez czującego o co w tej całej zabawie chodzi realizatora. Testowany, filigranowo wyglądający preampik, gra bardzo dojrzałym, otwartym i namacalnym dźwiękiem, a przy tym na tyle wciągającym, że już pierwsza płyta zmusiła mnie do konfrontacji, z nadal nieodesłaną dystrybutorowi dwa razy droższą Therią RCMu (o tym później). Swoboda i otwartość EQA-12R w górnym zakresie, daje dość rzadko spotykany efekt napowietrzenia obrazu muzycznego, nie popadając przy tym w męczącą natarczywość, mogącą w skrajnych przypadkach wprowadzać zniekształcenia. Środek, równie wyczynowy jak góra, to świat informacji na tle niesamowicie smoliście czarnego tła. Nasycenie (nie mylić z dociążeniem) instrumentów daje trójwymiarowy obraz, w którym uczestniczymy tu i teraz, gdzie bez żadnych półśrodków dostajemy na wyłączność spacerujących podczas koncertu artystów. Dopełnieniem całości jest zaskakująco twardy i niski bas, który swoje walory odkrywa na płytach z frontmanami uzbrojonymi w kontrabas. Nie omieszkałem zaznać tej uczty i położyłem na talerzu „December Poems” znanego chyba wszystkim Garego Peacocka, którego w kilku kompozycjach na saksofonie wspomaga Jan Grabarek. Niedostępne dla wielu kontrabasistów karkołomne linie melodyczne wybrzmiewały z dużą czytelnością, gdzie nawet najdelikatniejsze szarpnięcia, czy otarcia strun o gryf, były pełnoprawnym elementem realizacji, a każdy akord był rysowany twardą i ostrą kreską. Koreańczyk nie gra plamami, ale nie jest też sztucznie wyostrzony. Wszystkie wymienione aspekty podaje odbiorcy w zarezerwowany dla analogu gładki i barwny sposób. Czy to płyty z nagraniami wokalnymi, składy jazzowe, czy klasyka, wszystko zostało odtworzone na bardzo wyśrubowanym, prezentowanym przez nieliczne urządzenia poziomie dźwięku. Obecne na scenie źródła pozorne, są w perfekcyjny sposób zawieszone pomiędzy kolumnami, a każde z nich idealnie obrysowane i nasączone ciepłem formatu analogowego. Nie złapałem phonostage’a EQA-12R na wpadce zapiaszczenia górnego pasma – jako konsekwencję ponadprzeciętnej czytelności, czy zlewania się niskich składowych w utworach z podkręconym basem. Wszystko brzmiało tak, jak zaplanował gość od suwaków przy stole masteringowym. Jak mają być głośne blachy w solówkach free jazzowych, to takie są, ale bez krztyny ziarnistości, a gdy do głosu dochodzi rozjuszony feelingiem Gary Peacock , to oprócz pudła wyraźnie słyszymy metalowe struny strzelające po mocnych szarpnięciach o progi na gryfie. Środkowe pasmo nie odstając od reszty, mimo nasycenia, również ani przez chwilę nie dało odczuć pogorszenia czytelności przekazu. Żeby to zweryfikować zaprosiłem na krótki recital panią Medeleine Peyroux z „Careles Love”. Ten nosowo zarejestrowany materiał, jest dobrym testem rozdzielczości środka pasma. Dla świętego spokoju do współpracy zatrudniłem jeszcze inną wokalistkę – Jacinthę, która swym dwupłytowym audiofilsko wytłoczonym albumem zatytułowanym „Here’s To Ben”, pozwala skontrolować stan górnych dróg oddechowych, wydając przy tym nieskończoną masę odgłosów, które przy przeciętnej rozdzielczości przedwzmacniacza, pozostają nienaruszone w rowku płyty winylowej. Każda taka nieudana próba złapania Koreańczyka na błędzie zbliżała mnie do napisania słów: „To jest bardzo dobry, wysoko zawieszający poprzeczkę przedwzmacniacz gramofonowy”.
Jak wspominałem, EQA-12R na tyle mnie zaintrygował, że postanowiłem skonfrontować go z urządzeniami z innej ligi – stacjonującą jeszcze u mnie THERIĄ RCMu i tkwiącym w pamięci phonostagem Phasemation, na co w pełni zasługiwał. Teoretycznie Koreańczyk stał na straconej pozycji, ale to nie była porażka jako taka. On robił swoje tak dobrze, jak tylko mógł, biorąc pod uwagę na ile go wyceniono. Wszystkie atuty droższych przeciwników nie deprymowały go a jedynie wskazywały gdzie tkwią jeszcze pokłady niewykorzystanego potencjału. Jeśli miałbym określić sposób obróbki sygnału poprzez bohatera niniejszego spotkania, to otwartością grania plasuje się pomiędzy Japonią (Phasemation) i rodzimym RCM-em. Niestety obaj konkurenci pokazują jak można jeszcze „napompować” dźwięk, prezentując materiał muzyczny ze zdecydowanie większym rozmachem i swobodą na przepastnie rozciągniętej w głąb scenie, która zdaje się być ograniczona jedynie ścianami za kolumnami. Japończyk swą rozdzielczością bardzo zbliża się do cyfry, oczywiście zachowując przy tym przez cały czas gładkość i ciepło. Katowicka THERIA gra bardziej dociążonym, ciemniejszym dźwiękiem, wprowadzając pożądany efekt analogowej faktury, którą docenimy, zapewniając jej odpowiednio wyrafinowany set towarzyszący. Dodatkowo Phasemation i Theriaa w swojej prezentacji mają jakąś rzadko spotykaną eteryczność, która pozwala nas zaczarować, zwiększając trójwymiarowość źródeł pozornych. Coś takiego rzadko się zdarza, ale jak już wystąpi, jedynym argumentem do rezygnacji z takiego ”faktora X” jest zasobność portfela.
Dla wielu odbiorców powyższe uwagi mogą uchodzić za drobnostki, ale za takie właśnie drobnostki słono się płaci. Jednak biorąc pod uwagę wyznacznik relacji ceny, do jakości oferowanego dźwięku, firma Bakoon Products International ma przewagę nad konkurentami. Gra otwarcie, bez owijania w bawełnę, nasyconymi kolorami, fundując nam miejscówkę w najlepszym miejscu – czyli pierwszym rzędzie sali koncertowej i kosztuje o połowę mniej. W High-Endzie nawet małe kroczki w kierunku poprawy generują spore wydatki i posiadając środki na koncie, nabywamy to co najlepsze. Jednak dysponując kwotą 19 500 złotych, widzę bardzo mocnego, ciężkiego do pokonania w bezpośrednim odsłuchu dla wielu znanych w konstrukcji konkurenta. Zdobywający nasz rynek bohater niniejszego testu, może zakończyć poszukiwania już na pierwszym urządzeniu, i audiofilom poszukującym czegoś ciekawego, radziłbym skontaktować się z wrocławskim dystrybutorem Moje Audio w sprawie SATRI Phono Preamplifier EQA-12R.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 19 500 zł
Dane techniczne:
Obsługiwane typy wkładek: MC (EQA-12) / MC lub MM (EQA-12R)
Impedancja wejściowa: 10 Ω (MC) / 47 kΩ (MM)
Wyjścia: 1 SATRI-LINK (BNC), 1 Voltage (RCA)
Gain: High / Medium / Low (przełączany jumperami )
Typ baterii: Li-ion
Orientacyjny czas pracy: 25 hours approx.
Orientacyjny czas pełnego naładowania baterii: 5 h.
Wymiary: 195 mm (W) x 195 mm (D) x 40.5 mm (H)
Waga: 4.0 kg
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Opinia 1
Choć dla pokolenia mp3 takie skamieliny, jak lampy elektronowe są całkowicie zamkniętym rozdziałem, to dla każdego, kto przywiązuje choćby odrobinę uwagi do jakości dźwięku nadal mogą stać się jedną z dróg do osiągnięcia pełni satysfakcji. Urządzenia o nie oparte mają zarówno swoich zagorzałych zwolenników jak i przeciwników, a jedni i drudzy swoje osądy często formułują po kontakcie z nie do końca synergicznie dobranymi systemami. Przeciwnicy wytykają takie rzeczy jak: ekonomia – lampy nie są wieczne, możliwości mocowe – łatwiej zbudować mocnego „trana”, zniekształcenia dźwięku i problem z ustawieniem – spore nagrzewanie się urządzenia, wymusza zapewnienie odpowiednich warunków ułatwiających wentylację, itp. Zwolennicy promują natomiast gładkość, mikrodynamikę, barwę i aurę roztaczaną przez świecące bańki. Jeśli ktoś jest ortodoksem skierowanym na tranzystor, nie da się przekonać, ale osoby otwarte może mile zaskoczyć wyrafinowane brzmienie, jakie oferuje świat wzmacniaczy lampowych. Niestety, aby osiągnąć przysłowiową synergię trzeba poświęcić trochę czasu, a jak już się uda, świat staje się piękniejszy.
Za świadomy początek swojej audiofilskiej drogi uznaję właśnie zakup wzmacniacza lampowego z za wschodniej granicy, opartego o lampy 6c33c firmy „Petrus”. Marka ta nie zrobiła oszałamiającego sukcesu na naszym rynku, ale starzy lampiarze na pewno kojarzą tę manufakturę. Zastosowane w „Petrusie” lampy mocy, potocznie zwane „diabełkami”, są najładniej świecącymi ze wszystkich, jakich używa się w konstrukcjach audio, czym oprócz wartości sonicznych mocno wpływają na decyzję zakupu. Później były już wzmacniacze tranzystorowe, ale niewiele brakowało, abym ponownie powrócił do przygody z bańkami. Zaledwie dwa lata przed skompletowaniem systemu Reimyo, z produkcji japońskiej marki wycofano konstrukcje, wykorzystujące kultowe lampy 300B, swoją decyzję tłumacząc zakończeniem produkcji tychże lamp przez firmę Western Electric. Próby z zamiennikami innych producentów nie spełniły oczekiwań ortodoksyjnego konstruktora, wykluczając tym nowe projekty. Męczyło mnie to trochę i zawsze pragnąłem posłuchać tej legendarnej, sygnowanej przez pana Kazuo Kiuchi, końcówki PAT-777. Na szczęście życie czasem zaskakuje i z nieoczekiwaną pomocą przyszedł dystrybutor, gdyż mając takową przypadkiem na stanie, spełnił moje marzenia, dostarczając to dzieło sztuki mistrza Kendo w moje skromne progi. Te kilka tygodni pozostanie na długo w mojej pamięci na tyle mocno, że jeśli zanotuję na koncie wolne środki, postaram się ją nabyć, choćby po to, żeby posłuchać raz w tygodniu jako celebra wespół ze źródłem analogowym. Biorąc pod uwagę kultowość konstrukcji, poszukiwania nie będą łatwe, gdyż niezwykle rzadko pojawiają się na rynku wtórnym. Kreślę te słowa nie, jako list polecający dla Japończyka, tylko próbując uzmysłowić czytelnikom, że dane mi było obcować we własnym systemie z kwintesencją takiego sposobu wzmacniania sygnału i wszelkie uwagi w teście poparte są doświadczeniem z ekstremalnym Hi Endem.
Niezapomniane wrażenia z japońskim wzmacniaczem PAT- 777 powróciły wraz z propozycją przetestowania urządzenia, znanej i świetnie rozpoznawalnej oferującej wyłącznie konstrukcje lampowe marki Ayon Audio, będącej w dystrybucji Eter Audio. Na rozpoznawalność swoich produktów Gerhard Hirt (właściciel Ayona) zapracował nie tylko jakością oferowanego dźwięku, ale również dzięki charakterystycznemu projektowi wizualnemu. Ponadto austriacka oferta jest na tyle rozbudowana, ze każdy na swoim pułapie cenowym znajdzie coś dla siebie. Będąc jakiś czas temu w krakowskim salonie Nautilus, natknąłem się na salę wystawową wspomnianego producenta i stojąc u jej progu, mym oczom ukazał się las urządzeń, będący przekrojem propozycji Austriakow. To trzeba zobaczyć, bo ciężko jest słowami oddać widok niemalże nieskończonych ciągów czarno-srebrno-szkalanych propozycji na odtworzenie i wzmocnienie sygnału audio. Takie podejście dystrybutora, jest godne polecenia – wchodzisz do salonu i nausznie weryfikujesz docelowy zakup. Konsekwencją poważnego podejścia dystrybutora do promocji marki Ayon Audio, jest również dostarczenie do naszej redakcji na testy, jeszcze cieplutkiego a zarazem topowego wzmacniacza Crossfire III.
Dostarczony model to trzecie wcielenie tejże integry, dla której zaprojektowano specjalną triodę – 62B, oddającą w tej 30W mocy w czystej klasie A. Sprawy logistyczne przy takich urządzeniach zawsze są problemem, ale jakoś uporałem się ze wszystkim, ustawiając bohatera w stosownym miejscu bez żadnych strat materialnych i zdrowotnych. Do transportu wszystkie lampy spakowane są w pudelka z opisami i nawet laik z łatwością poradzi sobie z montażem. Wystarczy opisane bańki wetknąć w docelowe, wyraźnie zaznaczone na schemacie miejsca i po problemie. Projekt bryły Ayon-a jest rozpoznawalny już na pierwszy rzut oka. Niezbyt wysoka obudowa, wykonana z grubych, anodowanych na czarno płatów szczotkowanego aluminium o zaokrąglonych narożnikach, kryje wnętrzności urządzenia, dźwigając w swej tylnej części pięć rożnej wielkości chromowanych garnków osłaniających transformatory, a przed nimi dość symetrycznie rozstawiony zestaw lamp, pomiędzy którymi w przedniej części ulokowano wychyłowy wskaźnik. Płyta czołowa otrzymała dwa pokrętła: z lewej strony głośności, a prawej selektor wejść, wyświetlacz poziomu wysterowania i centralnie wycięte, podświetlone na czerwono logo firmy. Na tylnej ściance jakimś cudem zmieszczono: cztery wejścia liniowe – jedno w formacie XLR, wejścia „Pre Out” i „Direct In”, trzy przełączniki hebelkowe: Bias 1-2, Ground i Normal-Direct, sześć terminali głośnikowych dedykowanych kolumnom 4-ro i 8-mio Ohm-owym, wyświetlacz pokazujący czas opóźnienia załączenia prądu anodowego i gniazdo sieciowe IEC. Jak widać po tej wyliczance, cale „plecy” są w przemyślany sposób skrupulatnie wykorzystane. Po uzbrojeniu w dostarczone lampy, całość nabiera elegancji i naprawdę trzeba być złośliwym, żeby nie pogratulować projektantowi, tak smakowitego zestawienia czerni blach obudowy z błyszczącymi chromowanymi kubkami „traf” i lekko rozświetlającymi to wszystko lampami. Tak skonstruowany i kolorystycznie zestawiony wzmacniacz Crossfire III, perfidnie ukrywa swoją niebezpieczną dla pojedynczego człowieka wagę, czyniąc go dość zwiewnym wizualnie. Mnie ten design przypadł do gustu, mimo, że nie ma tutaj fanaberii w postaci wstawek z drzewa egzotycznego rodem z Italii, czy satynowych odcieni złota z kraju Samurajów, proponując jedynie wysublimowaną technikę lampową w solidnej, ale lekkiej optycznie obudowie.
Na przestrzeni kilkunastu lat miałem okazję słuchać wielu podobnych konstrukcji i przekonałem się, że slogan „tor lampowy” wcale nie oznacza stereotypowego dźwięku przypisywanego szklanym bańkom. Tak jak w technice tranzystorowej, tak i tutaj mamy różne propozycje finalnego efektu sonicznego, gdyż lampa również może zagrać ostro i chłodno. Wszystko zależy od aplikacji, jednak sięgając po takie „trącające myszką” podzespoły, konstruktorzy w swoich zabawkach najczęściej szukają ciepła, jakie daje obcowanie z blaskiem żarzącej się elektrody. I w przypadku austriackiego wzmacniacza Crossfire III, mamy podobne podejście do tematu, czyli jak umilić życie przez kontakt z muzyką. Nie słuchałem wcześniejszych wcieleń tego projektu, ale dostarczony egzemplarz jawi się, jako przedstawiciel mainstreamu lampowego świata audio. Wszystko, co może zaoferować lampa elektronowa, czyli: gładkość, barwa i pastelowość dźwięku, dostajemy w pełnym wymiarze. Każda włożona do napędu płyta, zaprasza na fotel, celem odetchnięcia po trudach dnia pracy, pozwalając bez znużenia przesłuchać kilka krążków od dechy do dechy z rzędu. Nie cyzelujemy poszczególnych dźwięków, tylko chłoniemy cały koherentny przekaz, jaki miał w zamysłach realizator przy stole mikserskim. Oczywiście, jeśli ktoś ma na taką analizę chęć, to bez większych problemów może podziwiać wyczyny artystów na wzorowo wykreowanej w głąb i szerz scenie. Źródła pozorne są czytelne, ale rysowane trochę grubszą kreską. Przyglądając się poszczególnym pasmom, zwróciłbym uwagę na gładko wypadającą gorę, która swą stonowaną fakturą kontroluje wszystkie nieprzyjemne w odbiorze i niechciane sybilanty. Jest otwarta i czytelna, ale nigdy nie natarczywa, co w połączeniu z priorytetowo potraktowanym środkiem pasma, daje niesamowicie łatwy wgląd w materiał zarejestrowany na płycie. Głównym aktorem spektaklu w wykonaniu Crossfire III jest wspomniana średnica. To ona wiedzie prym w tej konstrukcji, podporządkowując sobie resztę pasma, gdzie góra nie wychodzi przed szereg, a dół trochę lżejszy niż bym oczekiwał, ale punktowy, dopełnia całości pomysłu na dźwięk.
Pierwsze minuty po rozgrzewce były wielce niesatysfakcjonujące, gdyż dostarczony egzemplarz nie był do końca wygrzany, pomimo ok. tygodnia grania od wyjęcia z kartonu. Współpracując u dystrybutora z łatwymi do wysterowania Avangaradami, nie wiedział, jaki brutalny potrafi być świat konwencjonalnych kolumn. Dlatego po pierwszych problemach kompatybilności z resztą systemu, do słuchania podszedłem dopiero po trzech pełnych dobach tzw. plumkania w tle. Sukces w drugim podejściu, potwierdził słuszność zaaplikowania dodatkowych kilowatogodzin z obciążeniem docelowymi kolumnami i wszystko zaczęło układać się w zwięzłą opowieść inżynierów z Austrii. Zwróciwszy uwagę na znakomitą prezentację wokali obdarzonych nadpobudliwymi „sykami” głosu ludzkiego, do napędu powędrowała pani Youn Sun Nah. Jej krążek zatytułowany „Same Girl” nagrany dla wyczynowo podchodzącej do masteringu wytworni ACT, jest jednym dużym zbiorem takich efektów, będących konsekwencją dość bliskiego ustawienia mikrofonu od ust artystki, podczas sesji nagraniowej. Takie realizacje wypadają fenomenalnie, pozwalając na laryngologiczne warsztaty podczas słuchania solowych ballad. Każdy najdrobniejszy dobiegający z jamy ustnej odgłos, jest tak czytelny, że czasem ma się chęć przełknąć ślinę nagromadzoną w przełyku piosenkarki. W nader rozdzielczych systemach, ten efekt wypada czasem karykaturalnie, a wspomniane, będące konsekwencją połykania mikrofonu sybilanty, ranią bezlitośnie bębenki uszu słuchacza. Materiał Koreanki wzmocniony austriackim Crossfire III, brzmi jak przyjemny dla ucha pełen mikroinforrmacji, wolny od zniekształceń zestaw coverów i kilku własnych kompozycji. Idąc tropem gładkości, postanowiłem posłuchać dęciaków w wykonaniu Enrico Rav’y z Quintetem z płyty „TRIBE”. Nie będę zbytnio rozpisywał się nad wszystkimi instrumentami, gdyż brzmiały bardzo namacalnie i czytelnie, a każdy miał wokół siebie odpowiednią ilość miejsca na scenie, co skutkowało swobodnym śledzeniem poszczególnych artystów w ich solowych partiach. Nawet talerze „bębniarza” mile mnie zaskakując, były nad wyraz dźwięczne, podkreślając tym klasę wzmacniacza. Może nie jawiły się tak iskrząco jak lubię, ale nadal oceniam je wysoko. Najwięcej w konfiguracji z Ayonem zyskują: trąbka i puzon, które nareszcie nie „jadą” za bardzo blaszanym przydźwiękiem. Kto był na koncercie bez prądu, słyszał przyjemną matowość tych instrumentów, którą teraz funduje nam tytułowy lampowy piecyk. Chciałem posłuchać tylko jednego, może dwóch kawałków, ale tak skonfigurowany set, nie daje podejść przedwcześnie do odtwarzacza i trzeba połknąć płytę od początku do końca.
Zbliżając się do zakończenia, pragnę skrótowo przedstawić inne wcielenie (niestety z tylko kilkugodzinnego wyjazdowego odsłuchu) wzmacniacza Crossfire III z kolumnami Avangarde. Te zestawy głośnikowe znane są z bardzo otwartego, spektakularnego, mogącego zauroczyć dźwięku. Dla mnie na dłuższą metę trochę za „żywe”, jednak połączeniu z dzieckiem Gerharda Hirta, nabierają dostojności i angielskiej dystynkcji, a dostając dawkę kremu, nie tracąc przy tym nic ze swojej rozdzielczości, zniewalają nawet niechętnie nastawionego słuchacza. Taki set nie posiada prawie żadnych mankamentów, prezentując muzykę od szlachetnie otwartej góry po namacalną średnicę, na mocnym konturowym basie kończąc. Austriacy tak wspaniale dogadują się z Niemcami, że jako zwolennik gęstej nasyconej i naszpikowanej iskrami górnego pasma prezentacji, podbudowanej twardym mięsistym dołem, kiwałem głową z niedowierzaniem, jaką osiągnęli synergię. Dla mnie efekt był piorunujący, ale znając sporo ludzi podobnie do mnie sfokusowanych na zapomnienie o Bożym świecie podczas słuchania, wybraliby zestawienie z głównego opisu, czyli raczej spokojnie, bez wyczynowości, która po dłuższym czasie może zmęczyć. Zaznaczam jednak, że coś, co dla mnie jest zbyt otwarte, dla fana analizy dźwięku może być dopiero neutralne. Jest tyle definicji neutralności ilu potencjalnych słuchaczy, mimo że wszyscy słyszeli poszczególne instrumenty na żywo.
Testowany wzmacniacz spokojnie radzi sobie z konstrukcjami konwencjonalnymi, a z tubami pokazuje swoje pazury, wydobywając z nich to, co najlepsze. Moim zdaniem bardzo udane wcielenie Crossfire’a, który udowodnił swoją wszechstronność, prezentując się z dobrej strony w dwóch diametralnie różnych światach. Próbując skonfrontować bohatera testu ze swoją referencją czyli końcówką PAT-777, Ayon mimo że jest zdecydowanie tańszy nie poległ z kretesem. Oczywistym jest, że można lepiej, jednak to niestety kosztuje, a trzeba dodatkowo wziąć pod uwagę, że PAT konstruowany był do współpracy posiadanymi przeze mnie kolumnami, co ułatwia mu kompatybilność. Niemniej bardziej otwarta i swobodna góra pasma, gorętszy środek i barwniejszy dolny zakres, wymaga podwojenia nakładów pieniężnych, stawiając niewiele ustępującego w tych aspektach Crossfire’a III w uprzywilejowanej pozycji. Jeśli ktoś szuka nietuzinkowo wyglądającej integry lampowej z dużymi możliwościami synergii z posiadanym systemem, powinien wciągnąć Austriaka na listę odsłuchową, gdyż oprócz wyglądu potrafi swoimi możliwościami udowodnić swój byt w naszych progach.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilajace: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable glośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcowkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Opinia 2
Kiedy ładnych parę lat temu (pod koniec 2008 r.) miałem okazję w dobrze znanym sobie systemie posłuchać pierwszej wersji Ayona Crossfire okazało się, że z pojedynczej triody spokojnie da się w domowych warunkach i z akceptowalnymi gabarytowo kolumnami rozpętać prawdziwe heavymetalowe piekło. Niemalże nieskrępowana dynamika, konturowy, nisko schodzący i piekielnie szybki bas przy niezwykłej gładkości i czystości pozostałej części słyszalnego pasma spowodowały dramatyczne zredefiniowanie tzw. „lampowego dźwięku”, do jakiego byłem przyzwyczajony. Austriacką konstrukcję uznaliśmy po prostu za świetny wzmacniacz i to niezależnie czy patrzyło się przez pryzmat jego lampowej proweniencji, czy „zaledwie” 30W mocy wyjściowej. Zarówno technologia na jakiej bazowała odsłuchiwana konstrukcja, jak i jej parametry techniczne okazały się całkowicie nieistotne, liczyła się tylko muzyka i to muzyka, która była tuż przed nami, na wyciągnięcie ręki. Dwa lata później światło dzienne ujrzała poprawiona, w stosunku do protoplasty inkarnacja z dopiskiem „2”, w której moc pozostała bez zmian, lecz poważnym modyfikacjom poddano trzewia potężnej integry. Skrócono ścieżki sygnału, zwiększono wydajność sekcji zasilającej i przeprojektowano sekcję stopnia sterującego, gdzie rosyjskie lampy 6H30 zastąpiły Tungsole 6SL7.
Najnowsze dzieło Gerharda Hirta otrzymało oczywiście dopisek „3” i gdy tylko pojawiło się w Polsce razem z Jackiem nie omieszkaliśmy „najechać” krakowskiej siedziby EterAudio – salonu Nautilus i w wielce komfortowych warunkach na własne uszy przekonać się czy kolejna „poprawiona” wersja jest rzeczywiście lepsza, czy też zmiany katalogowe mają charakter czysto marketingowy. Kilkugodzinny odsłuch austriackiej elektroniki napędzającej Avantgardy Duo Grosso na tyle zapadł nam w pamięć, że w momencie, gdy tylko pojawiła się taka możliwość ściągnęliśmy „mroczny obiekt pożądania” na testy. Chęć posłuchania 3-ki była spowodowana również tym, że podczas rozmowy z konstruktorem miałem okazję uzyskać jego zapewnienie, że z tej platformy więcej wycisnąć się już nie da i Crossfire 3 jest ostateczną wersją wyznaczającą kres wspinaczki po stromej ścieżce konstrukcji zintegrowanych. Oczywiście można kilka rzeczy zrobić lepiej, ale do tego typu modyfikacji potrzeba zdecydowanie więcej miejsca, co narzuca konieczność przesiadki na konstrukcje dzielone.
Podobnie jak swoi poprzednicy 3-ka jest rasowym SET-em (Single Ended Triode) opartym na parze potężnych lamp 62B pracującym w czystej klasie A i oddającym równiuteńkie 30W na kanał. Skoro zatem sam producent uznał, że to jego ostatnie słowo jeśli chodzi o integry, to nie powinny nikogo dziwić kolejne modyfikacje. Regulację głośności powierzono precyzyjnej drabince rezystorowej sterowanej mikroprocesorowo ze skokiem 1,5dB. W sekcji przedwzmacniacza, sterujące Tungsole 6SL7 zastąpiły „mroczne”, ukryte pod chroniącymi je przed zakłóceniami elektromagnetycznymi płaszczami lampy 6SJ7. Dzięki temu wzmacniacz jest po prostu „cichszy” a dźwięk mniej zniekształcony. Kolejnemu tuningowi poddano również zasilanie a wszystkie połączenia sygnałowe wykonano srebrno-miedzianymi przewodami.
Warto wspomnieć, że tytułowy wzmacniacz po pierwsze jest naprawdę duży, a po drugie ciężki jak grzechy polityków. Jeśli dodamy do tego dość nierównomierny rozkład masy, której większość przypada na ulokowane z tyłu i zabezpieczone chromowanymi „rondlami” trafa, to zarówno do wypakowania, jak i ustawiania lepiej zaprosić zaprzyjaźnionego audiofila. Niby 45 kg to nie jest jakiś straszny ciężar (moja małżonka waży podobnie), to jednak podgumowane nóżki (wzmacniacza, nie małżonki) nader skutecznie uniemożliwiają przesuwanie raz ustawionej integry.
O samej aparycji Ayona trudno się bez końca rozpisywać, gdyż producentowi udało się już dawno temu osiągnąć rozpoznawalny i zunifikowany design swoich wyrobów. Od czasu do czasu pojawiają się jednak jakieś nowinki i tym razem właśnie tak jest. Oprócz uroczego i jakże charakterystycznego „oczka” biasu na płycie górnej front został ozdobiony małym, prostokątnym okienkiem z czerwonym wyswietlaczem dostarczającym informacji o sile wzmocnienia, które po kilku sekundach od dokonania zmiany automatycznie gaśnie. Nieustannie za to się żarzy krwistoczerwone logo producenta, które jedynie podczas włączania i wyłączania pulsuje informując o trwającej procedurze rozruchu/kończenia pracy. Oprócz dostarczonego pilota pełna obsługę zapewniają dwa masywne pokrętła – lewe odpowiedzialne za regulację głośności i prawe, będące selektorem wejść. Włącznik główny, co jest charakterystyczne dla Austriaków ukryto na płycie spodniej, tuż przy lewym narożniku.
Widok ściany tylnej powinien zadowolić nawet największych malkontentów. Oprócz trzech par wejść liniowych w standardzie RCA, nie zapomniano o miłośnikach transmisji zbalansowanej i zamontowano parę solidnych XLRów. Bezpośrednie wejście na końcówkę (z dedykowanym przełącznikiem) i wyjście z przedwzmacniacza zapewniają bezbolesną integrację z zestawami kina domowego, bądź rozbudowę o zewnętrzną, potężniejszą końcówkę mocy. W porównaniu do wcześniejszej wersji bardzo ucieszył mnie fakt zmiany terminali głośnikowych na zakręcane, solidne WBT-y, które wreszcie akceptują nawet najszersze widły. Całości dopełniają zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo sieciowe, wskaźnik poprawności fazy i przełączniki ground, biasu oraz niewielki wyświetlacz.
Zanim jednak przejdę do najistotniejszej części recenzji, czyli opisu brzmienia chciałbym tylko wspomnieć o jednym „ale” – wcześniejsze odsłuchy odbywały się z kolumnami o dość wysokiej impedancji i jeszcze wyższej skuteczności. W przypadkach odsłuchu pierwszej i drygiej wersji Crossfire’a były to Jerycho na Fostexie FE206E (100dB), przy czym za drugim razem jako „suportu” używaliśmy jeszcze Dynaudio Special 25. Za to „wyjazdowy” odsłuch 3-ki uświetniły Avantgardy Duo Grosso, czyli zestawy głośnikowe z aktywną sekcją basową. Ty razem miało nie być tak komfortowo, przynajmniej dla amplifikacji, gdyż zarówno u Jacka, jak i u mnie stoją konwencjonalne i wcale nie takie łatwe do napędzenia podłogowe konstrukcje. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, ze Crossfire pojawił się w moim systemie bezpośrednio po dzielonym zestawie Alluxity, który ze stoickim spokojem oferował blisko 400W przy 4Ω, czyli impedancji moich Gauderów. Nie uprzedzając jednak faktów i mając świadomość, że Jacek nie oszczędzał ani siebie, ani wzmacniacza okres akomodacyjny ograniczyłem do kilkunastogodzinnej rozgrzewki.
Pierwsze takty „Missa Dei Patris” Jana Dimasa Zelenki w wykonaniu Barockorchester & Kammerchor Stuttgart pod batutą Friedera Berniusa zabrzmiały z iście lampową, a nawet wypadałoby powiedzieć triodową, eteryczną zwiewnością i holograficzną przestrzenią. W porównaniu do stereotypowego, lampowego dźwięku, nie odnotowałem zbytniego, przesadnego faworyzowania i przesaturowania barw średnicy. W dodatku w porównaniu z poprzednimi wersjami Crossfire’a zauważalnej poprawie uległ aspekt emocjonalny. Do tej pory Cross’y grały dźwiękiem bardzo konturowym, energetycznym, lecz przynajmniej jak dla mnie ze zbytnim naciskiem na kontur i detal, na analityczność. Ostatnia wersja topowej integry pokazuje zdecydowanie bardziej humanitarne oblicze, w którym oprócz konturów, które uległy delikatnemu zaokrągleniu do głosu doszła również faktura i kolor tkanki je wypełniającej. Na zaaplikowanych w moich Gauderach przetwornikach AMT góra nadal pozostawała komunikatywna i otwarta, acz nie mogła w żaden sposób dorównać synergii zachodzącej pomiędzy Ayonem a Avantgardami. Zwiewność i lekka szorstkość smyczków została oddana z zaskakująca wiernością a wielogłosowy chór tworzył spójne, acz w pełni selektywne a przede wszystkim wieloplanowe tło. Całość brzmiała niezwykle homogenicznie, lecz nie było problemów ze śledzeniem partii poszczególnych instrumentów, czy też skupieniu się jedynie na wokalach męskich, bądź żeńskich. Jedyne, czego mi brakowało to dłuższego pogłosu, czasu wygaszania dźwięków, który zapamiętałem z odsłuchu z Avantgardami.
Zmiana repertuaru na zdecydowanie bardziej słoneczne i żywsze rytmy flamenco zapisane na albumie „Mujeres de agua” Javiera Limona były kolejnym dowodem delikatnej metamorfozy firmowego brzmienia urządzeń z krwistoczerwonym logo. Ogniste, południowe rytmy wsparte kobiecymi wokalami porywały słuchacza w wir śródziemnomorskich pieśni. Blisko podana gitara zachwycała feerią barw i niuansów nie rażąc przy tym przesadną detalicznością. W końcu słuchając tego instrumentu na żywo i to nawet z bliska, nie mamy możliwości obserwowania momentu, w którym kostka, bądź palce gitarzysty stykają się ze strunami. Co prawda technika cyfrowa poczyniła kolosalne postępy i jeśli tylko ktoś dysponuje odpowiednimi funduszami, o adekwatnym lokum nawet nie wspominając, to oczywiście może zafundować sobie kilkumetrowy ekran 4K, tylko my w tym momencie mówimy o możliwie jak najwierniejszym odtworzeniu tzw. brzmienia „live” a nie dokonywanie wiwisekcji. I właśnie takie zbliżenie do będących na wyciągnięcie ręki muzyków Ayon oferuje. Dźwiękowi zdecydowanie bliżej do naturalności niż neutralności i muzykalności niźli pozbawionej emocji analityczności. Choć w tym momencie mam małą wskazówkę dla miłośników cywilizowanych odmian bardziej technicznego podejścia do dźwięku – zmiana okablowania głośnikowego z warkoczy Hydr Signal Projects na taśmy Hamburg LS Neytona była krokiem w oczekiwanym przez nich kierunku. Efekt finalny w pewnym sensie przypominał starą „ayonowską” szkołę grania przemycając jednak od czasu do czasu delikatne przebłyski słodyczy i lampowego ciepełka. Osobiście, a więc zdecydowanie i bezapelacyjnie subiektywnie preferując jednak nowe oblicze austriackiej manufaktury podczas większości odsłuchów posługiwałem się okablowaniem Organica i Signal Projects, dzięki czemu nawet wielogodzinne odsłuchy nie powodowały znużenia a jedynie pozwalały odpocząć od trudów i stresu codziennego, wszechobecnego wyścigu korporacyjnych szczurów.
Brudnym, bluesowym brzmieniom zapisanym na „Made Up Mind” Tedeschi Trucks Band i „La Futura” ZZ Top nie zabrakło chropowatości i zadziorności. Przekaz potrafił zaangażować bez reszty słuchacza w rytm wydarzeń a pulsująca motoryka nie pozwalała spokojnie usiedzieć w miejscu. Do pełni szczęścia zabrakło mi jednak najniższego, mięsistego a zarazem potężnego i świetnie kontrolowanego basu, do jakiego potrafi przyzwyczaić odpowiednio zaaplikowana muskularna, tranzystorowa końcówka mocy. Powyższe uwagi nie są jednak zarzutem bezpośrednio skierowanym w kierunku testowanej lampowej integry, lecz wskazówką dla osób poszukujących audiofilskiej nirwany. Nirwany, w której nie ma miejsca na kompromisy i jeśli dokona się, miejmy nadzieję świadomego, wyboru podążania lampową ścieżką mocy, to i resztę toru podporządkują ww. decyzji. Co prawda można przez jakiś czas, na przeczekanie, grać na średnio skutecznych i niezbyt łatwych do napędzenia kolumnach, jednak świadomość, że można lepiej z pewnością nie wpłynie pozytywnie na spokój ducha.
Dla tego też wybór Ayona jest niejako równoznaczny z zakupem biletu w jedną stronę, biletu do high-endowego raju. Warto jednak pamiętać, iż droga, pomimo zdecydowanie wyższej niż w typowych konstrukcjach opartych na 300B, czy 2A3 mocy, nie będzie ani łatwa, ani usłana płatkami róż. Co prawda zakup zajmujących powierzchnię dwóch komórek lokatorskich kolumn tubowych nie staje się koniecznością, lecz niefrasobliwe podejście do tematu może nie tyle srodze się zemścić, co po prostu połowicznie, bądź nawet w jeszcze mniejszym stopniu wykorzystać potencjał drzemiący w tej skądinąd świetnej amplifikacji. Dla tego też warto na początku posłuchać Crossfire’a w firmowej konfiguracji, bądź to z kolumnami Ayona, bądź właśnie Avantgardami i dopiero potem kontynuować poszukiwania. Jednak osobom nie przepadającym za wielomiesięcznym gonieniem króliczka sugerowałbym umówienie się u dystrybutora na odsłuch polecanego „spécialité de la maison” – Crossfire III + dopasowane do kubatury docelowego pomieszczenia Avantgardy i … będą Państwo zadowoleni ;-)
Tekst i zdjęcia Marcin Olszewski
Dystrybucja: Nautilus
Cena: 43 900 PLN
Specyfikacja techniczna:
Typ układu: single-ended, czysta klasa A
Lampy wyjściowe: 2 x AA62B
Impedancja obciążenia: 4 & 8 Ω
Moc wyjściowa: 2 x 30 W
Pasmo przenoszenia (0 dB): 8 Hz-35 kHz
Impedancja wejściowa (1 kHz): 100 kΩ
Stosunek sygnał/szum (pełna moc): 98 dB
NFB: 0 dB
Regulacja siły głosu: drabinka rezystorowa o skoku 1,5dB
Pilot zdalnego sterowania: tak
Wejścia i wyjścia: 3x liniowe RCA, 1x liniowe XLR, 1x direct, 1x wyjście z przedwzmacniacza
Wymiary (WxDxH): 520 x 420 x 250 mm
Waga: 45 kg
System wykorzystany w teście:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin
– Wzmacniacze zintegrowane: Electrocompaniet ECI 5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II; Harmonix HS101-Improved-S; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Argento Serenity „Signature” XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2
– Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips