Monthly Archives: Lipiec 2019


  1. Soundrebels.com
  2. >

Thrax Audio Trajan

Link do zapowiedzi: Thrax Trajan

Myślę, że bez względu na kilkuletni gramofonowy bum zdecydowana większość użytkowników, nawet jeśli ma nieco większe, aniżeli zwyczajowe położenie płyty na talerzu i opuszczenie ramienia, pojęcie o związanych z ich użytkowaniem peryferiach, to ich wiedza ogranicza się do znajomości jedynie dwóch rodzajów wkładek gramofonowych MM i MC. Skąd takie przekonanie? Oczywiście z autopsji, czyli wielu kontaktów z miłośnikami czarnego krążka, którzy co prawda kochają analog, ale nie zagłębiają się w meandry jego perfekcyjnej aplikacji. Po prostu wytypowali cel, zaskarbił ich duszę i raz postawiony na szafce gra do momentu wymiany wkładki na nową. Czy to źle? Naturalnie, że nie. Jednak czasem nie zaszkodzi spróbować nieco poeksperymentować. Co mam na myśli? Nic specjalnego. Otóż w dzisiejszym odcinku spróbuję namówić Was na zaskakująco okazjonalnie stosowany i to nawet przez zaawansowanych audiofilów, sposób wykorzystania niskopoziomowej wkładki MC. Jaki? Otóż clou programu będzie dopasowujący niski, a przez to trudny do obróbki, sygnał wkładki MC do standardu MM Step-Up, eliminujący swoją obecnością konieczność posiadania współpracującego z delikatnymi prądami, wyspecjalizowanego, a przez to często bardzo drogiego phonostage’a. Jakiego producenta? I tutaj Was zaskoczę, bowiem nie będzie to żaden z wieloletnich światowych tuzów tego segmentu audio, tylko stosunkowo młoda, jednak od kilku lat, dzięki świetnym występom testowym produktów z zakresu wzmacniania sygnału audio, znakomicie rozpoznawalna bułgarska marka Thrax Audio ze swoim najnowszym dzieckiem, czyli debiutującym na tegorocznej wystawie w Monachium Step-up’em Trajan, której ofertą w naszym kraju zajmuje się katowicki RCM.

Analiza aparycji tytułowego „adaptera” sygnałów MC do poziomu MM nie będzie specjalnie rozbudowana, bowiem trzewia konstrukcji najzwyczajniej w swiecie objęte są tajemnicą, co z automatu sprawia, że o dokładnych technikaliach będzie niewiele. Jednak bez odkrywania tajemnicy poliszynela wiadomym jest, iż będące sercem konstrukcji trafa schowano w ciekawie prezentującym się, bo ozdobionym wklęsłymi podfrezowaniami, ciężkim nie tylko z racji sporej ilości drutu w uzwojeniach owych transformatorów, ale również użycia grubego bloku aluminium do wykonania korpusu dla przywołanej elektroniki, sporej średnicy walcem. Tak spakowane trzewia w ramach dbałości o jak najwyższą jakość dźwięku, czyli w celu wygaszania szkodliwych drgań od podłoża posadowiono na okrągłym, gumowym ringu. Ale to nie jedyne ważne informacje na temat Trajana. Co mam na myśli? Otóż tytułowy Bułgar nad sporą grupą konkurencji ma jedną bardzo dużą przewagę. Jaką? Mianowicie, gdy zdecydowana większość światowej oferty proponuje jedno, czyli bardzo spersonalizowane przełożenie wzmacniania sygnału pod konkretny rylec MC, to nasz punkt zapalny spotkania idzie w sukurs melomanom dysponującym większą paletą narzędzi skrawających czarną płytę i poprzez umieszczone na górnej płaszczyźnie dwa wejścia RCA (10-cio i 20-to krotne wzmocnienie) wraz z kilkupozycyjnym przełącznikiem oferuje kilka nastaw swojej pracy. Tak więc, kupując jedno urządzenie jesteśmy wstanie sprostać wyzwaniu całej kolekcji wkładek, a nawet kompletnych gramofonów, co w moim odczuciu, w momencie chęci nabycia takiego komponentu jest nie do przecenienia.

Jakie opcje i w jakich konfiguracjach są dostępne, z racji serii załączonych do testu dokładnych fotografii nie będę wyliczał, jednak po tych kilkunastu tygodniach zabawy twierdzę jednoznacznie, iż nie spotkałem wkładki, której nie byłby w stanie obsłużyć Trajan. Oczywiści, gdy się uprzemy, z pewnością w zasobach szeroko rozumianego analogowego świata znajdziemy model poza możliwościami Bułgara, ale jak wiadomo, jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził i nic z tym nie zrobimy. Ważne, że nasz bohater stara się choć trochę temu sprostać. Jak mu to wychodzi sonicznie? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w kolejnym akapicie.

Aby unaocznić Wam wynik obróbki sygnału z wkładki przez testowany Step-up, najpierw opiszę w kilku słowach sposób grania mojego rylca. Ten wykorzystując jako wspornik drzazgę chronionego prawem, bo występującego na obszarze parku narodowego jednego z wulkanicznych wzgórz Japonii bambusa, przy fantastycznej rozdzielczości w swej estetyce mocno stawia na wysycenie i barwę. To na tle podobnej cenowo konkurencji można określić, jako granie lekkimi plamami. Naturalnie na potrzeby zrozumienia o co mi chodzi nieco przerysowuję obraz, ale mniej więcej tak można go interpretować. To oczywiście jest zamierzonym działaniem, bowiem spełnia oczekiwania podobnej do mnie w kwestii odbioru muzyki grupy docelowej. Lubię, gdy dźwięk z kolumn prawie kapie i szlus. Oczywistym jest, że w wyniku zmian gustu z czasem tę prezentację zapragnąłem nieco zebrać w sobie, jednak ewentualne próby po ciekawej odmianie w kwestii oddechu zazwyczaj wiązały się z korektą drogiego okablowania. Czyli typowe coś za coś. Tymczasem po wpięciu w tor Trajana, dotychczasowe malowanie świata muzyki grubszą kreską zmieniło się na zdecydowanie precyzyjniejszy kontur, ale o dziwo nie skutkując przy tym odchudzeniem przekazu, tylko transformacją owej, nie do końca zdefiniowanej plamy w niezbędny do nadania wigoru muzyce zastrzyk nasyconej energii. Jak to możliwe, nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, jednak fakt jest faktem, że przy pomocy przybysza z Bałkanów zamierzony cel osiągnąłem nawet nie w 100, ale 110 procentach. Muzyka nie tylko przyspieszyła, ale wybrzmiewała z większą swobodą, rysując przy tym znacznie czytelniejszą i dobrze poukładaną we wszystkich wymiarach wirtualną scenę. Nagle w mój system ktoś tchnął szczyptę świeżości, ale jak wspominałem, bez majstrowania przy poziomie jej punktu ciężkości, co zazwyczaj niestety ma miejsce. Jak to wypadło w zderzeniu z muzyką? Teraz będzie najlepsze. Bez względu na repertuar, czyli obojętnie, czy na talerzu gramofonu położyłem królową popu Madonnę z jej tłoczonym z cyfry czarnym krążkiem „Ray Of Light”, czy bardzo wymagającego od systemu audio, wydanego w czasach świetności analogu Gary Burtona z Chickiem Corea ze wspaniałym wibrafonem tego pierwszego („Crystal Silence 73r.), czy choćby również zapisanego na winylu w epoce rozkwitu drapaków szaleństwo Ornette’a Colemana „Live At Prince Street”, zestaw zadziwiał mnie uderzeniem świetnie wyciętego z tła, nadal hołdującego barwności, ale również gdy wymagał tego materiał, pełnego eufonii dźwięku. To zawsze była feeria wyrafinowanie podanych, z jednaj strony wielobarwnych, a z drugiej ostrych jak żyletka, jednak zdecydowanie bliższych prawdzie (nie twierdzę oczywiście, że złapałem króliczka, bo to niemożliwe ) niż kiedykolwiek informacji, o której od jakiegoś czasu gdzieś podprogowo myślałem. I co najciekawsze, a zarazem potwierdzające klasę tytułowego produktu, mimo, że od momentu pierwszego kontaktu z omawianym „dopasowywaczem” poziomu sygnału do standardu MM minęło już dwa i pół miesiąca, nie wiem, w którym momencie rzuciłem na kościelną tacę odpowiednią sumę, bowiem przez ten czas ani na moment nie przyszła mi do głowy refleksja, iż usłyszane zmiany były tylko typowym efektem „łał”, który na początku mamiąc nasze zmysły, po kilku dniach swoim wszędobylstwem nie daje nam spokoju. Niemożliwe? Bynajmniej, czego przykładem jest zdecydowanie częstsze słuchanie gramofonu niż jeszcze kilka miesięcy temu – oczywiście w przerwach sesji testowych źródeł cyfrowych.

Zdaję sobie sprawę z faktu, iż powyższy tekst jest swoistą lurką. Jednak na potwierdzenie mojej, w pełni udokumentowanej, fascynacji wprowadzonymi zmianami niech będzie fakt zwrotnej informacji do dystrybutora, iż testowanej sztuki Trajana marki Thrax Audio już nie ma, gdyż nie jestem emocjonalnie przygotowany na ponowne zderzenie z jeszcze niedawno posiadanym, wydawałoby się równie wyśmienitym, jednak obecnie zbyt mało angażującym dźwiękiem. Czy konstrukcja Rumena Artarskiego – konstruktora i właściciela marki Thrax – jest dla wszystkich? Może ręki nie dam sobie obciąć, jednak sposób w jaki ewaluował mój system jestem w stanie postawić skrzynkę bananów przeciw skrzynce jabłek, że trudno będzie o tak źle skonfigurowany analogowy konglomerat, by nie znaleźć w omawianej konstrukcji nic ciekawego. Naturalnie, dopuszczam wersję zbyt małych zmian w stosunku do oczekiwań. Jednak zrzuciłbym to na karb zbyt mało rozdzielczego docelowego zestawu, a nie braku ciekawej oferty sonicznej ze strony przybysza z Bałkanów. Zatem jeśli swój analogowy zestaw uważacie za co najmniej ciekawy, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmierzyć się z tym, jak wspominałem we wstępniaku, stosunkowo rzadkim sposobem obróbki, z założenia delikatnych prądów wkładki MC. Naprawdę zachęcam.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy DCS VIVALDI DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: RCM
Cena: 3 600 €

Dane techniczne
Wejścia: dwie niezależne pary RCA
Pasmo przenoszenia: 15Hz-80kHz (-1db)
Wzmocnienie (gain):20/26dB
Impedancja wejściowa: 15Ω/30Ω/60Ω/120Ω /240Ω/470Ω
Obciążenie:> 47KΩ
Wymiary (W x Średnica):65 x 125 mm
Waga: 2kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Boulder 1110 & 1160

Link do zapowiedzi: Boulder 1110 & 1160

Opinia 1

Nie wiem, jakie doświadczenia macie Wy, ale osobiście przekonałem się już dość dawno, że wszystko, co amerykańskie, przynajmniej w teorii, powinno być jeśli nie największe, to co najmniej duże. I wiecie co? Tak właśnie zazwyczaj bywa. Owszem, rozmiar jest wprost proporcjonalny do zajmowanej pozycji w cenniku danego brandu zza wielkiej wody, jednak fakt jest faktem, że im wyżej w hierarchii marki, tym gabaryty bardziej pęcznieją. Jakiś przykład? Proszę bardzo. Weźmy na tapet wystawiającą do dzisiejszego opiniotwórczego boju markę Boulder Amplifiers. Ta już na pozycji wzmacniacza zintegrowanego wymaganą dla spakowania elektroniki sporą skrzynką jest w stanie przestraszyć niejednego audiofila. A to jedynie przedsmak zmagań z jej wzmacniającymi sygnał audio potworami, bowiem im dalej w las, tym więcej drzew, czyli znacznie więcej kilogramów do targania, co na szczycie oferty testowanego dzisiaj Bouldera oznacza logistyczną ekwilibrystykę z drobnymi 261-kilogramami. Przesada? Według mnie, jeśli to niesie za sobą pozytywne przełożenie na dźwięk systemu, z pewnością nie. Na szczęście w dzisiejszym podejściu testowym zajmiemy się pierwszym od dołu dzielonym zestawem pre-power 1110 & 1160 wspomnianego producenta. Jednak aby zdmuchnąć z Waszych twarzy wścibski uśmieszek oznajmiam, iż nie oznacza to wakacyjnego spacerku przez park w Łazienkach Królewskich, tylko targanie dwóch opakowań o wadze 22 kg (przedwzmacniacz liniowy) i 97.5 kg ( stereofoniczna końcówka mocy). Obleciał kogoś strach? Jeśli tak, to pragnę wszystkich uspokoić, bowiem tak podczas instalacji przed testem, jak również w momencie zakupu procesem logistycznym przywołanych do tablicy urządzeń zajmują się pracownicy dystrybutora – warszawskiego SoundClubu.

Jak ujawniają załączone do testu fotografie, w przypadku tego amerykańskiego producenta nie ma mowy o szukaniu poklasku w dziale krytyków aparycji. Owszem, obie skrzynki są bardzo dobrze przyswajalne przez nasze narządy wzroku, jednak odbywa się to przy pomocy delikatnie zdobionych, w przypadku testowych urządzeń, szaro-srebrnych, jak cała obudowa, frontów czymś na kształt wariacji kilkunastu nadmorskich fal (mapa topograficzna góry Flagstaff) i serii podłużnych przefrezowań na bokach korpusów, a nie udawaniem kontynuowania trendów budowli okresu Baroku. Przybliżając temat przedwzmacniacza liniowego na początek uspokajam potencjalnych zainteresowanych, gdyż w porównaniu z końcówką mocy ten jest stosunkowo lekki (16.5 kg). Jeśli chodzi sprawy obsługi, w centrum pofalowanego na obydwu flankach frontu znajdziemy jasnoniebieski, dość duży, czytelny wielofunkcyjny wyświetlacz, pod nim serię ośmiu chromowanych guzików i na prawo od niego również chromowaną sporą gałkę wzmocnienia. Tylny panel przyłączeniowy, jak przystało na przedstawiciela ekstremalnego segmentu High End, 1110 może pochwalić się jedynie wejściami i wyjściami w standardzie XLR. I tak mamy do dyspozycji 5 wejść liniowych, jedną przelotkę i dwa wyjścia. Listę gniazd uzupełnia zasilanie IEC i po dwa Ethernet (dla ewentualnych upgrade’ów) i mały Jack. Jeśli chodzi o drugą część opisywanego dzisiaj wzmocnienia – końcówki mocy, pierwszym niebywale ważnym, natychmiast sprawiającym na nas spore wrażenie aspektem jest słuszna waga 61 kg. Drugim są umożliwiające spakowanie elektroniki może jeszcze nie monstrualne ale z pewnością jej spore gabaryty. Zaś trzecim jest ciekawe połączenie kilku ozdobionych podłużnymi otworami, nakładających się na siebie, a przez to tworzących efekt trójwymiarowości płaszczyzn bocznych ścianek. Z racji spełniania jednego tylko zadania – wzmacniania otrzymanego sygnału audio, Boulder 1160 na zdobionym podobnie do swojego sterownika – przedwzmacniacza, przednim panelu jest w stanie pochwalić się guzikiem inicjującym jego działanie i mieniącą się bielą i czerwienią diodą, a na plecach podwójnymi terminalami głośnikowymi, wejściami sygnału w standardzie XLR, umożliwiającymi upgrade wewnętrznych układów sterujących gniazdami LAN i mały Jack i dość ekstrawagancko wyglądającą, bo przypominającą gniazdo od urządzeń budowlanych, okrągłą złączkę prądową.

Zastanawiając się nad sposobem prezentacji fonii przez fuzję 1110/1160 Bouldera z moim zestawem bez zbędnego deliberowania zdecydowałem, iż nie będę owijał w bawełnę, tylko prosto z mostu wyłożę kawę na ławę. Zatem co wydarzyło się podczas tych kilkunastu dni zabawy w ocenianie Amerykanów? Zapewniam, że efekt był zaskakujący nie w domenie zdziwienia, tylko faktycznego kroku w stronę moich oczekiwań w momencie ewentualnych roszad w dziale wzmacniania sygnału audio. Mianowicie po przejściu na zaoceaniczny set przekaz jak gdyby delikatnie się napowietrzył. Po prostu muzyka nabrała oddechu. Jednak nie było to majstrowanie przy punkcie ciężkości środka pasma – tutaj było bardzo podobnie do mojego Japończyka, tylko znacznie większa neutralna w swej estetyce moc, a raczej zabezpieczenie jej równego przebiegu w momencie zapotrzebowania. Gdy KAP777 stawiał na barwę na przełomie środka z basem odpuszczając przy tym bezwarunkową kontrolę i zejście najniższych rejestrów, 1160-ka będąc bardziej liniową może lżej w aspekcie wysycenia traktowała średnicę, ale za to oferowała twardy, a do tego znacznie niżej schodzący bas. Jednak nie oznacza to jakiegokolwiek problemu posiadanej na dzień dzisiejszy końcówki z kontrolowanym prowadzeniem dźwięku, tylko moja ewaluująca potrzeba utożsamiania się ze słuchaną muzą gdzieś w podświadomości mówiła mi, że owo inne, czyli oferowane przez Bouldera spojrzenie na nasze hobby, tak jak w przypadku Reimyo, również jest fantastyczne i gdybym miał coś zmieniać, spokojnie mógłbym pójść tą drogą. Zaskoczeni? Ja może nie, gdyż patrząc na parametry pieca liczyłem na takie efekty, ale jak to często bywa, realia i wyczytane w tabelkach instrukcji obsługi potencjalne opowieści producentów mają się nijak do końcowego wyniku. Na szczęście w tym przypadku Jankesi stanęli na wysokości zadania i bez względu na rodzaj słuchanej muzyki, pozwolili mi cieszyć się z przesunięcia dotychczasowych granic w rysowaniu spektaklu muzycznego w stronę wyraźniejszej kreski, jednak bez utraty tak uwielbianej, bardzo istotnej w oddaniu estetyki brzmienia instrumentów dawnych barwy. Reasumując, dostałem nieco inne oblicze od zawsze poszukiwanego sposobu odtworzenia muzyki przez system audio. Jakie? Rozpocznijmy od ciężkiego brzmienia w wydaniu Kena Vandermarka z płyty „Four Sides To The Story”. To jest czyste szaleństwo. Jednak barwa jako taka bez podparcia zwartym i do tego energetycznym basem, oprócz świetnego brzmienia stroików saksofonów, nie będzie w stanie pokazać tryskającej z tego typu muzy ochoty do natychmiastowych zmian rytmu. Naturalnie nad wszystkim można przejść do porządku dziennego, ale gdy na równi z poziomem kolorystyki dobiegających do nas dźwięków mamy znakomity atak i energię fal dźwiękowych, to taki przekaz zazwyczaj jest bardziej angażujący. I nie ma znaczenia, czy kochamy wysycenie ponad wszystko. Jeśli wspomniane aspekty brzmienia mamy dobrze zrównoważone, a z takim stanem miałem do czynienia w przypadku użycia zabawek Bouldera, nawet najbardziej zatwardziali miłośnicy milusiego grania jeśli się w nim nie zakochają, to co najmniej mu przyklasną.
Idźmy dalej – Barok. Cóż. Nie mogę napisać nic innego, jak pełne zadowolenie z po raz kolejny rysowanych teraz bardziej krawędzią niż plamą wszelkiego rodzaju interpretacji czy to twórczości kościelnych, operowych, czy symfonicznych. Co mnie w tej muzie uwiodło? To samo co przy wykorzystaniu Reimyo, tylko jak wspominałem z minimalnie inaczej postawionym akcentem w kwestii kolorystyki środka i sporą poprawą twardości dołu pasma akustycznego. Na koniec przywołam serię płyt z wydawałoby się nudną, bo raniącą wszechobecnymi świstami i przesterami, a także wywołującymi arytmię serca subsonicznymi pomrukami elektroniczną muzą spod znaku Massive Attack i Acid. Tutaj chyba nie muszę tłumaczyć atutów przemawiających za umiejętnościami testowej konfiguracji. Kiedy miałem dostać strzał w ucho wysokotonowym pikiem, aż mrużyłem oczy. Zaś gdy moje bębenki miały wygiąć się do wewnątrz niczym ściany w kultowym filmie „Matrix”, zamierzenia były natychmiast realizowane. Ale zaznaczam, wszystkie przywołane artefakty są chlebem powszednim takiej twórczości i przywołałem je jako zalety, a nie problemy w procesie testowym. To w odróżnieniu od tego co mam na chwilę obecną było zamierzonym kierunkiem ku zbliżeniu się do neutralności. Na szczęście nie siłowym pokazywaniem palcem, co jest dla nas najlepsze, tylko zaakcentowaniem, że przy nadal muzykalnym przekazie można otrzymać nieco więcej zazwyczaj dobrze robiącego muzie wigoru.

Tak tak, nie będę ukrywał, iż zestaw 1110/1160 amerykańskiego Bouldera bardzo przypadł mi do gustu. To było bardzo bliskie mej duszy, ale znacznie prawdziwsze dla większej grupy melomanów granie. Umiejętnie, bo nadal z ciekawym dla podobnych do mnie osobników punktem ciężkości średnicy, ale przy tym znakomicie oddające zawarty w muzyce aspekt niezbędnego dla uniknięcia znudzenia się lubianą muzyką pazura. Czy jest to propozycja dla wszystkich? Naturalnie. Dlaczego? Spójrzcie na moją układankę. Sama w sobie jest celowo bardzo nasycona, a mimo wprowadzanego przez tytułowy brand sznytu brzmienia bez problemu dałem się ponieść nowemu spojrzeniu na świat dźwięków. Dlatego też, gdy opisany tandem wepniecie w nawet najbardziej neutralny konglomerat, ze stoickim spokojem jestem w stanie snuć przypuszczenia podobnego do mojego, czyli pozytywnego odbioru nowo skonfigurowanego, bez wahania powiem, systemu na lata.

Jacek Pazio

Opinia 2

Obserwując otaczającą nas rzeczywistość coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, iż gdzieś tam, na drodze ewolucji, wykształciła się w ludziach konieczność swoistego, wspomagającego naszą coraz bardziej ułomną pamięć, zbieractwa. Powszechność wszelakiej maści przypominajek, schedulerów i swoistego szumu informacyjnego sprawia bowiem, że już dawno przestaliśmy nadążać nie tylko z segregacją informacji na przydatne i takie, jakie spokojnie możemy zignorować, ale przede wszystkim przyswajaniem tych z pierwszej grupy – przydatnych do codziennej egzystencji. Dlatego też, o ile jeszcze jakiś czas temu, odwiedzając interesujące nas miejsca odruchowo nabywaliśmy jakieś drobne gadżety w stylu breloczka, pocztówek, czy magnesów na lodówkę, to obecnie prawdziwą plagą jest … „meldowanie się” w mediach społecznościowych i robienie sobie mniej, bądź bardziej poważnych selfie na tle interesującego nas w danym momencie wydarzenia, miejsca, czy też atrakcji turystycznej. Czy to źle? Pozwolę sobie w tym momencie na komfort powstrzymania się przed oceną tegoż zjawiska, gdyż z jednej strony wygląda to dość groteskowo i irracjonalnie, gdy zamiast chłonąć wszystkimi zmysłami klimat miejsca i urok chwili zatrważająco wysoki odsetek populacji woli wpatrywać się w ekran smartfonu i „robić dziubek”, a z drugiej jest to zdecydowanie mniej uciążliwy sposób owej chwili uwieczniania, aniżeli zaprezentowany w skądinąd świetnym filmie „Memento”, gdzie główny bohater, ze względu utratę pamięci krótkotrwałej, najważniejsze postaci i informacje „kolekcjonuje” właśnie w postaci zdjęć, notatek i … tatuaży. Jeśli zastanawiacie się Państwo co to wszystko ma wspólnego z interesującą nas – czysto audiofilską tematyką, to już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że część z producentów audio odrobiła pracę domową z psychologii behawioralnej i właśnie bazując na naszych, czysto atawistycznych instynktach, próbuje przyciągnąć naszą uwagę a tym samym zbliżyć się do naszych portfeli. Nie wierzycie? No to w ramach zawężenia obszaru badawczego skupmy się na obszarze Stanów Zjednoczonych. Kojarzycie Państwo markę AudioQuest? Zakładam, że tak. No to popatrzmy cóż tam pyszni się w katalogu. I? Mamy tam listwy i kondycjonery z serii … Niagara, przewody Tower (od londyńskiego Tower Bridge), Evergreen (od mostu łączącego Seattle z Bellevue), Golden Gate (tu chyba podpowiedź jest zbędna), Victoria (Mostu Wiktorii biegnącego tuż przy 111 metrowym Wodospadzie Victorii), czy Angel (zainspirowanego najwyższym – 979 metrowym wodospadem świata – wenezuelskim Angel Falls). Całkiem niezłe pamiątki z podróży (nawet tych li tylko palcem po mapie), nie sądzicie?
Jednak okazuje się, że wcale nie trzeba odpowiednich emocji, czy wręcz bardzo często samych wyobrażeń, uaktywniać w sposób tak jednoznaczny i oczywisty. Można bowiem zrobić to subtelniej, niemalże podprogowo, jak dajmy na to Boulder. Niby powyższy przykład wydaje się cokolwiek dziwny, gdyż Boulder to jakby nie patrzeć miasto w Kolorado, jednak dla większości nabywców spoza USA, owa nazwa marki (oznaczająca po angielsku po prostu głaz) jest równie przypisana do określonej miejscowości, jak dajmy na to dla mieszkańca Kuala Lumpur nasza rodzima „Gęsia Szyja” (szczyt i masyw w Tatrach Wysokich). Dlatego też ów podprogowy przekaz pozornie ukryty jest, choć zarazem cały czas świetnie widoczny zupełnie gdzie indziej – na frontach amerykańskich urządzeń, które zdobią wykonane na obrabiarkach CNC … topograficzne mapy znajdującej się dosłownie rzut beretem (raptem 6 km) od Boulder lokalnej atrakcji turystycznej – góry Flagstaff. No dobrze, dość już jednak krążenia nad tematem jak nie przymierzając sęp nad słaniającym się nosorożcem. Krótko mówiąc z niemałym logistycznym zaangażowaniem ekipy dystrybutora marki – stołeczno – katowickiego SoundClubu udało nam się pozyskać na testy tak naprawdę dopiero otwierający katalog Bouldera (integra 865 wydaje się być jeśli nie wypadkiem przy pracy to niemalże sypialnianym bibelotem, choć sytuację lada moment może zmienić czający się tuż za rogiem model 866) „niewielki” i zarazem „budżetowy” zestaw dzielony pod postacią przedwzmacniacza liniowego 1100 i stereofonicznej końcówki mocy 1160.

Cudzysłowy przy „niewielkim” i „budżetowym” pojawiły się nie bez powodu, gdyż po pierwsze o ile przedwzmacniacz jeszcze nie wywołuje swą posturą większych emocji (raptem 16 kg i całkiem „normalne” gabaryty), to już ponad sześćdziesięciokilogramowa (97,5 kg wraz ze skrzynią transportową) końcówka niespecjalnie nadaje się do samodzielnych działań natury spedycyjnej. Podobnie jest z cenami, które krążą wokół okrągłej 100-ki (oczywiście mowa o tysiącach PLN). Czemu zatem używam obu określeń? Cóż. Powód jest tyleż prozaiczny, co dla wiernych akolitów wręcz oczywisty, bowiem znajdujemy się w kręgu ekstremalnego High-Endu, gdzie jeśli chodzi o ceny obowiązuje zasada „sky is the limit” a wertując portfolio Bouldera, dość wyraźnie widać, że kto jak kto, ale ekipa z Kolorado głęboko do serca wzięła sobie ideę „amerykańskiej rozmiarówki, co udowadnia topowy model 3060 o wadze bagatela 161 kg (256 kg brutto!).
Część poświęconą zagadnieniom natury organoleptycznej rozpocznę, zgodnie z drogą sygnału od przedwzmacniacza. Choć korpus 1110 zdołałem określić mianem niedużego, to warto mieć świadomość, iż bez najmniejszego problemu zdołałby w sobie pomieścić trzewia niejednej stricte high-endowej integry. Jego „topograficzny”, wykonany z grubego płata satynowego aluminium front zdobi pokaźnych rozmiarów 6,2” kolorowy wyświetlacz LCD o rozdzielczości 640x240px. Co prawda jego czytelność jest wprost rewelacyjna, jednak pozwolę sobie mieć pewne, acz w pełni uzasadnione, obawy, iż większość z użytkowników przez większość czasu może mieć odmienne zdanie co do owej „kolorowości”, gdyż paletę barw jakie serwuje przez 99,9% czasu spokojnie można określić mianem szarości, bądź granatów. Niby czerń i biel to też kolory, ale stosując obowiązującą nomenklaturę wyświetlacze operujące w owej estetyce zwykło się określać mianem monochromatycznych. Niemniej jednak, zarówno informacje o wybranym źródle i ustawionej głośności z powodzeniem odczytać można nawet z kilku metrów. W celu zapoznania się z balansem, polaryzacją, czy poszczególnymi pozycjami menu warto jednak podejść nieco bliżej. Jeśli jednak wykażemy się cierpliwością, to już informacja o dostępnym updacie firmware’u wyświetli się na zielono a gdy odwrócimy fazę, to ikona o tym fakcie informująca zawierać będzie czerwone akcenty. Tuż pod displayem w równym rządku ustawiono osiem przycisków nawigacyjno-funkcyjnych (przyjmują rolę zależną od poziomu menu – fabrycznie pierwszych pięć przypisano do kolejnych wejść) a po prawej idealnie spasowane z frontem pokrętło regulacji głośności. Za dodatkowy element komunikacyjny można uznać umieszczoną w prawym górnym narożniku niewielką białą diodę informująca o statusie urządzenia.
Ściana tylna gości za to zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC, podwójne wyjścia analogowe, przelotkę (Auxilary) dla miłośników kina domowego i pięć wejść. Jak sami Państwo widzicie – Boulder jasno daje do zrozumienia, że nie po to buduje w pełni zbalansowane urządzenia, by ktoś to potem ignorował, dlatego też wszelkie wejścia i wyjścia dostępne są w jedynie słusznej formie – gniazd XLR. Z elementów niestandardowych warto wspomnieć o złączach Ethernet umożliwiających wpięcie preampu w domową sieć a tym samym zapewnienie jej dostępu do Internetu w celu automatycznego pobierania publikowanych przez producenta uaktualnień oprogramowania, oraz dostępu do ustawień urządzenia poprzez przeglądarkę www. Ponieważ jednak omówienie wszystkich nastaw i funkcji przedmiotowego przedwzmacniacza dalece wykracza poza sensowną objętość niniejszej recenzji wszystkim zainteresowanym polecę lekturę szczegółowej i nad wyraz obszernej, 83-stronicowej, instrukcji obsługi.
Front wzmacniacza 1160 powiela motyw góry Flagstaff, lecz z oczywistych względów prezentuję go na zdecydowanie większej powierzchni. W jego centrum odnajdziemy jedynie firmowy logotyp oraz włącznik a w prawym rogu bliźniaczą do tej z preampu diodę. Uwagę zwracają misternie wyfrezowane radiatory pełniące rolę ścian bocznych, które automatycznie przypominają nam równie atrakcyjny zabieg stosowany w jakiś czas temu recenzowanej na naszych łamach końcówce Constellation Taurus. Nie mniej intrygująco przedstawia się ściana tylna ze zdublowanymi, solidnymi, acz akceptującymi jedynie przewody zakonfekcjonowane widłami, terminalami głośnikowymi z motylkowymi nakrętkami, wejściami liniowymi (oczywiście to XLRy) i monstrualnym, przypominającym to od „betoniarki”, gniazdem zasilającym 32A IEC Big Blue. Nie zabrakło też znanych z 1110 interfejsów Ethernet, co w bądź co bądź, w pełni analogowej końcówce może dziwić. Okazuje się jednak, iż oprócz oczywistych ze względu na oddawaną (pobieraną również) moc dwóch monstrualnych i zamkniętych w szczelnych kapsułach traf, oraz 56 (po 28 na kanał) tranzystorów bipolarnych, czy też porównywalnej, bo liczącej 48 szt. (po 24 na kanał) baterii kondensatorów na wykonanych w technologii SMD płytkach drukowanych można odnaleźć pełniący rolę kontrolną zaawansowany procesor ARM. Wszystko zatem wskazuje na to, że Amerykanie małymi kroczkami wprowadzają audiofilów w świat Internetu Rzeczy, za co grzecznie, acz stanowczo podziękowaliśmy, gdyż w OPOS-ie mamy problem z podstawowym zasięgiem GSM a przesył danych możliwy jest co najwyżej piętro wyżej, więc z ewentualną „spowiedzią” w centrali oba urządzenia automatycznie musiały poczekać na powrót do siedziby dystrybutora.

Przechodząc do opisu brzmienia tytułowego duetu aż ciśnie mi się na usta, znaczy się klawiaturę, słowo „wreszcie”. Wreszcie, gdyż wokół Boulderów krążyliśmy z Jackiem od … grudnia 2015 r., gdy mieliśmy szaloną przyjemność uczestniczyć w „powitaniu” ww. marki w portfolio SoundClubu i nieco mniejszą w noszeniu 2110/2100. Co prawda w tzw. międzyczasie 1160 przewijała się w tle prezentacji kolumn DeVore Fidelity oraz podczas spotkań z Jackiem Gawłowskim i Adamem Czerwińskim, jednak chyba nikomu z Państwa nie muszę tłumaczyć, iż wyjazdowe odsłuchy rządzą się nieco innymi prawami aniżeli krytyczne sesje we własnym, znanym na wylot, systemie. Dlatego też z niekłamaną satysfakcją powitaliśmy 1110 wraz z 1160 w naszych skromnych progach, a satysfakcja była tym większa, gdyż ich przybycie szczęśliwym zrządzeniem losu zbiegło się z prowadzonymi równolegle testami … YG Acoustics Sonja 2.2. Ot taka audiofilska kumulacja.
Nie ukrywam, że po troskliwym wygrzaniu Boulderów przez Jacka już od pierwszych taktów „The Ecstasy Of Gold” z „S&M” Metallici czułem w kościach, że nie tyle coś jest na rzeczy, co będę miał nie lada problem. Otóż z każdym kolejnym akordem jasnym stawało się dla mnie, że jest to ewidentnie moje granie – z nieskrępowaną dynamiką, holograficzną trójwymiarowością sceny i rozdzielczością, której inaczej aniżeli mianem referencyjnej określić nie sposób. Było to o tyle dziwne, że jakby nie patrzeć, kontakt z High-Endem i to również z tym w odmianie topowo – ekstremalnej mam nader regularnie i pomimo oczywistego szacunku dla poszczególnych urządzeń w większości przypadków bez najmniejszego problemu zachowuję zimną krew i przynajmniej pozory obiektywizmu. Ot hobby jak każde inne i tylko losowi, oraz Dystrybutorom, dziękować, że możemy z Jackiem cieszyć oczy i uszy niedostępnymi dla większości śmiertelników urządzeniami. Jednak za (prawie) każdym razem scenariusz jest ten sam – umawiamy się na dostawę, urządzenie „przyjeżdża”, jeśli tylko stan opakowań na to pozwala, robimy szybką sesję unboxingową, rozpoczynamy kilkudniową rozgrzewkę, przeprowadzamy krytyczne odsłuchy w jednym, bądź dwóch systemach, adekwatne do powyższego sesje fotograficzne, w tzw. międzyczasie robiąc oczywiście stosowne notatki i przygotowując finalną wersję artykułu, wszystko grzecznie pakujemy i kierujemy do dalszych działań natury logistycznej, czyli odsyłamy. Są jednak przypadki gdy cały ten misterny plan cytując klasyka „idzie w …” no wiadomo gdzie i zamiast dokonywać konstruktywnej oceny człowiek siedzi jak przykuty do fotela i wstaje tylko po to by zmienić płytę (w OPOS-ie streaming gości nad wyraz okazjonalnie). Skoro bowiem wszystko, ale dosłownie wszystko, nam pasuje, to jedynie przejawiając wybitnie masochistyczne skłonności musiałbym szukać dziury w całym nerwowo dłubiąc to tu, to tam paluchem. Jednak Bouldery nawet i na taką ewentualność były przygotowane, gdyż chcąc jednak coś, znaczy się jakiegoś haka, na nie znaleźć, z iście koncertowych poziomów głośności, „S&M” to album live, zacząłem schodzić do dawek decybeli bliższych wieczorno-nocnym nasiadówkom, ani myślały spuszczać z tonu jeśli chodzi o ww. poziom rozdzielczości. Jedynie spadała intensywność doznań, ale akurat fizyki nie da się w żaden sposób oszukać, więc jeśli ciśnienie akustyczne maleje trudno oczekiwać, że będziemy czuć w trzewiach takie same uderzenia podwójnej stopy, czy orkiestrowych tutti. Jednak wgląd w nagranie, w wydarzenia rozgrywające się na dalszych planach pozostawał niezachwianie zachwycający. Z aksamitnie czarnego tła bez najmniejszego problemu można było wyłuskać dowolnego muzyka i z uporem godnym fanatycznego stalkera śledzić jego poczynania. Dla pewności, że to nie jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności i zupełnie przypadkowa synergia, sięgnąłem jeszcze po utrzymany w podobnej estetyce „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalypticy, gdzie dodatkowym utrudnieniem było posadzenie przed symfonikami MDR Symphony Orchestra, nie operujących diametralnie innym instrumentarium legend metalu, lecz m.in. … trzech wiolonczelistów. Czyli precyzja w kreowaniu poszczególnych źródeł pozornych musiała być jeszcze większa i … była. Co istotne zarówno namacalność, jak i odmieniana chyba przez wszystkie przypadki rozdzielczość osiągnięta w Boulderach została przy jednoczesnym zachowaniu całkowitej neutralności temperatury reprodukowanych barw. Bez lampowego dosaturowania i sterylnej – prosektoryjnej analityczności 1110 wespół z 1160 robiły swoje, czyli wzmacniały dostarczane im sygnały niemalże całkowicie znikając z toru, co przy ich gabarytach było nie lada wyczynem.
Co ciekawe, pomimo nie tylko deklarowanej, co faktycznej – realnej mocy zdolnej bez najmniejszego problemu sprawić, by nawet stoły bilardowe grały ze swobodą „dużych Loganów” Bouldery bynajmniej nie epatowały swą muskulaturą, nie przytłaczały wolumenem i nie huczały basem za każdym razem, gdy perkusista uderzał w werbel. O nie, tego typu atrakcje zarezerwowane były dla bębna wielkiego, bądź elektronicznych infradźwięków serwowanych na „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdzie skala i potęga szły w parze ze zróżnicowaniem i kontrolą.
Jednak aby poczuć nieskrępowaną swobodę i brak jakichkolwiek ograniczeń dynamicznych tak w skali mikro, jak i makro wcale nie trzeba było uciekać się do wielkiej symfoniki, czy też wgniatającej w fotel ściany dźwięku generowanej przez wydzierganych szarpidrutów, bowiem nawet sędziwa Mercedes Sosa na „Misa Criolla / Navidad Nuestra” dostarczała taki ładunek emocji, że równie dobrze Boulderów można byłoby używać jako aparatury podczas sesji zapobiegających depresji. Oprócz arii samej solistki warto było również zwrócić uwagę na partie chóralne ze szczególnym uwzględnieniem propagacji ich głosów w domenie wysokości, jak i pogłos, oraz czas jego wygasania.
A jak z przysłowiową grą ciszą? Cóż, z przykrością muszę stwierdzić, że niezwykle oszczędnie, jak na Milesa, zagrany album „Sketches Of Spain 50th Anniversary (Legacy Edition)” nawet w najmniejszym stopniu nie wykazywał oznak sztucznego napompowania, czy efektów kuracji sterydowej. Zero. Pełna delikatność zawieszonych w tle dęciaków, pulsujące i zarazem kruche kastaniety, prowadząc całość trąbka Czarnego Księcia, czy otwierający melizmatyczną frazą „Saeta” fagot.
Porównując Bouldery do podobnie wycenionej konkurencji, czyli Pictora i Taurusa można dojść do nader ciekawych wniosków. Otóż duet ze stajni Constellation grał zdecydowanie bardziej miękkim, wręcz pluszowym i nieco impresjonistycznym dźwiękiem. W dodatku jego motoryka na tle tytułowego setu wydaje się spowolniona o jakieś pół obrotu, co swojego czasu można było zauważyć w źródłach japońskiego C.E.C-a. Oczywiście to tylko metaforyczne hiperbole, lecz dokonując swoistego, czysto wirtualnego sparringu, to właśnie 1110 z 1160 jawią się jako bardziej zwarte, szybsze i rozdzielcze, co automatycznie predestynuje je do nieco innej, aniżeli Constellation, grupy odbiorców.

Nieuchronnie zbliżając się ku końcowi tej niezwykle uzależniającej przygody i zgodnie z naszą redakcyjną tradycją wypadałoby zadać fundamentalne pytanie – czy Bouldery 1110 & 1160 są amplifikacją idealną i zarazem dla każdego. Nieco przewrotnie odpowiem, że … to zależy. Osobiście, po kilkutygodniowym kontakcie z nimi wpadłem jak przysłowiowa śliwka w kompot i abstrahując od trudnego do zaakceptowania w 1160 gniazda zasilającego Big Blue, nader skutecznie uniemożliwiającego zabawy kablami zasilającymi i zupełnie nieosiągalnego (przynajmniej na razie) dla mnie pułapu cenowego wpisuję je na sam szczyt upragnionych prezentów od Świętego Mikołaja. Zdaję sobie jednak sprawę, iż dla niektórych, mogących sobie na nie pozwolić szczęśliwców Bouldery będą zbyt mało ostentacyjne w swej ultra-highendowości, zbyt równe i zbyt mało czarujące. Przez co mogą przegrać rywalizację ze spełniającą powyższe kryteria konkurencją, lecz niespecjalnie bym nad tym rozpaczał, gdyż na tym poziomie czasem nawet pozornie pomijalny niuans, czy wręcz zwykła duperelka decyduje o być, albo nie być w konkretnym „systemie marzeń” a finalną decyzję i tak i tak podejmiecie Państwo sami.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, YG Acoustics Sonja 2.2
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan

Dystrybucja: SoundClub
Ceny
Boulder 1110: 90 000 PLN
Boulder 1160: 120 000 PLN

Dane techniczne
Boulder 1110
Wejścia: Zbalansowane: 5 par (3-pin XLR)
Wyjścia: Zbalansowane 2 pary (3-pin XLR); Wyjście AUX zbalansowane: 3-pin XLR
Maksymalne napięcie wejściowe: 6 Vrms
Maksymalne napięcie wyjściowe: 14 Vrms
Zniekształcenia, THD+N: 2 V, 20Hz – 5 kHz, 0,0015% [-96,5dB]
Zniekształcenia wyjścia przy obciążeniu 150 Ω: < 1dB, 20Hz – 10kHz
Wzmocnienie: 20 dB
Zakres zmiany głośności: 100 dB
Regulacja głośności w krokach: 0.5 dB; 1,0dB +/- 0.01dB
Wzmocnienie dodatkowej ścieżki: +8.5dB
Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz +0,00/-0,03dB -3 dB 0,02 Hz i 250 kHz
Zakres dynamiki: 118 dB
Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Impedancja wyjściowa: 100 Ω
Maksymalnie zużycie energii: 75 W
Wymiary (W x S x G): 14.5 x 38.9 x 45.7 cm
Waga: 16.3 kg

Boulder 1160
Moc ciągła: 300 W/ 8-4-2 Ω; szczytowa: 300W (8 Ω), 600W (4 Ω), 1200W (2 Ω)
Zniekształcenia THD:
8 Ω, 300 W: 20-2 kHz – 0.0009%, 20 kHz – 0.0048%
4 Ω, 300W: 20-2 kHz – 0.0016%, 20 kHz – 0.0071%
2 Ω, 300W: 20-2 kHz – 0.002%, 20 kHz – 0.0130%
Poziom szumów (EIN), 20 kHz BW: 1.5 μV
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 KHZ: +0.00, -0.04 dB
Pasmo przenoszenia: -3 dB: 0.015 Hz, 200 kHz
Sygnał wejściowy: 26 dB
Stosunek S/N 300 W, 8 Ω: -127 dB, nieważone, 20 Hz – 22 kHz
Impedancja wejściowa (XLR): 100 kΩ
Przesłuch L-R oraz R-L: > 120 dB
Wejścia: para 3-pin XLR
Wyjściowa głośnikowe: 2 komplety głośnikowych zacisków motylkowych
Pobór mocy: 15 W (stand by), 240 W (w trybie pracy), 3.600 W (max)
Wymiary (W x S x G): 23,6 x 45,7 x 56,5 cm
Waga: 61.2 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Vitus Audio SIA-30

Biorąc pod uwagę obecny czas, czyli dla wielu zapracowanych osobników homo sapiens, będący okresem ogórkowym w naszej szerokości geograficznej praktycznie półmetek wakacji, wydaje się, iż jakakolwiek działalność biznesowa jest swoistym łamaniem ogólnie przyjętych przez zdecydowaną większość europejskich społeczeństw egzystencjalnych zasad moralnych. Jednak w myśl delikatnie sparafrazowanego powiedzenia: „Ktoś musi pracować, aby odpoczywać (przy muzyce) mógł ktoś”, mimo pozornego spowolnienia gospodarki wiele w interesującym nas segmencie dóbr kulturalnych się dzieje. Zaciekawieni, kto odpuścił sobie pobyt na piaszczystych plażach Egiptu na rzecz umilania nam potencjalnego wolnego czasu przy dźwiękach ulubionych pozycji płytowych? Otóż wchodząc na naszą stronę z pewnością już jesteście po pierwszym rzucie okiem na głównego bohatera niniejszej relacji, czyli swoistej nowalijki ze stajni Ole Vitusa – wzmacniacza zintegrowanego SIA-30, którego pierwszy egzemplarz można było podziwiać na wiosennej wystawie w Monachium, a po dwóch miesiącach nareszcie trafił na półkę rodzimego dystrybutora – katowickiego RCM-u.

Kreśląc kilka zdań o rzeczonym duńskim wzmacniaczu zintegrowanym nie da się pominąć potwierdzenia, iż ogólna aparycja 30-ki nie różni się od firmowego designu, czyli ubranej w nad wyraz zwartą, jednak ze względu na bardzo bogaty wsad rozwiązań technicznych sporą skrzynkę z rozpoznawalnym od pierwszego kontaktu wzrokowego frontem w postaci okalających z obydwu flanek przez grube płaty aluminium, centralnie umieszczoną, czernioną i dodatkowo oferującą wielofunkcyjny wyświetlacz, akrylową wstawkę. Jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach, bowiem oprócz wspomnianego, pomocnego w codziennym życiu informatora na przednim panelu, dotychczas nigdy nie praktykowaną, a przez to swoistą nowością jest możliwość uzbrojenia tej zintegrowanej konstrukcji, w moduł przetwornika cyfrowo-analogowego i phonostage’a. Zaskoczeni? Biorąc pod uwagę bardzo ortodoksyjne od strony audiofilizmu, uosabiające się w dedykowaniu poszczególnych funkcji toru audio osobnym urządzeniom, podejście Ole Vitusa do zagadnienia audio … osobiście jestem w ciężkim szoku. Jednak patrząc na – z jednej strony pewnego rodzaju zapotrzebowanie rynku na wszystkomające zabawki, a z drugiej ewidentny brak takowych w ofercie marki, z powstaniem ww. wielofunkcyjnego konglomeratu, oczywiście z małym „ale”, całkowicie się zgadzam. Co oznacza wzięta w nawias sugestia? Nic nadzwyczajnego. Po prostu, z autopsji wiem, że upychanie wielu elektronicznych bytów do jednego pudełka, często kończy się dla dźwięku bardzo różnie, a przecież w naszym hobby fonia jest celem nadrzędnym. Jednak wszystkich stawiających podobne do mojego pytania, na podstawie co prawda krótkiego, bo jedynie kilkugodzinnego odsłuchu, na ile to możliwe, już teraz pragnę uspokoić. Co mam na jego dość prewencyjną obronę? Powiem tak. Widniejący na fotografiach, często słuchany podczas poprzednich wizyt, włącznie z testowanymi u siebie kolumnami zestaw znam bardzo dobrze. A to w oparciu o zastany tego dnia, bardzo dobrze napowietrzony, pełen energii, nie tylko w nasyconej średnicy, ale również w mocnym basie, z rozmachem pokazujący wszelkiego rodzaju materiał muzyczny przekaz, pozwala snuć pełne pozytywnych odczuć przypuszczenia sprawdzenia się SIA 30-ki w wielu potencjalnych zestawach. Naturalnie na odpowiedź, czy zasygnalizowane aspekty potwierdzi pełnoprawny test w moim środowisku sprzętowym, jako czytelnicy niestety z racji bycia opisywanego wzmacniacza światową nowością musicie trochę poczekać. Jednak prawdopodobnie nic nie stoi na przeszkodzie, aby w momencie poszukiwań tego typu konstrukcji już teraz skontaktować się z dystrybutorem i w ten sposób w przypadku pozytywnego wyniku zderzenia własnych oczekiwań z ofertą najmłodszego dziecka ze stajni Vitus Audio zmusić recenzencką brać do oczekiwania na kolejną sztukę. Ze swojej strony obiecuję, że w takim przypadku nie będę nikomu źle życzył. Powiem więcej, będę rad z potwierdzenia moich wstępnej diagnozy.

Wieńcząc tę relację nie mogę przemilczeć kilku ważnych dla nas, czyli miłośników dobrej jakości dźwięku, informacji. Pierwszą jest niekwestionowana, udokumentowana przeze mnie kilkoma fotografiami pozycja RCM-u jako lidera świata analogu. To chyba najlepiej zaopatrzony w tego typu akcesoria od gramofonów, przez ramiona, wkładki, po wszelkiego rodzaju dodatki, salon. Mało tego. RCM jeśli już ma coś w swojej ofercie, to stara się, aby od ręki zaproponować klientowi pełną paletę każdego producenta od modelu podstawowego po szczyt oferty. Co więcej. Tego typu podejście do tematu jest myślą przewodnią każdej posiadanej marki, bez względu na zajmowaną pozycję w zestawie audio (źródła, wzmocnienie, kolumny, okablowanie). Nie wierzycie? Spójrzcie na powyższą serię zdjęć. Każda marka reprezentowana jest przez co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście produktów. Owszem, patrząc na całość z perspektywy kilku innych dystrybutorów nie znajdziecie tu przysłowiowego, z pozoru dającego większy wybór klientowi, przysłowiowego miszmaszu brandowego. Tutaj mamy w pełni przemyślany, a przez to strategicznie ograniczony do ciekawych propozycji, ale w pełnej ofercie każdego z zaproszonych do współpracy producentów, pomysł na fonię. I właśnie takie podejście pozwala na spełnienie nawet najbardziej wyszukanych potrzeb klienta. A przecież o to w nam, miłośnikom muzyki chodzi. Nie sądzicie, bo ja tak.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

DearWolf Roe Deer English ver.

Link do zapowiedzi (en): P&D Acoustic Roe Deer

Opinion 1

Based on the more or less aggressive advertisement campaigns, you might have an impression, that the Polish audio manufacturers offer mostly cables. However things are quite different. When you check on the actual offerings, you can notice, that the scales are tipping towards loudspeakers. Besides the “dinosaurs” like ESA or RLS, or well known brands like Audio Academy or Pylon, there are a lot of other companies in the liking of Audioform, Ciarry or Zeta Zero. Today we will have a look at such a newcomer, a brand so fresh, that when it arrived for testing it was to be called P&D Acoustic, while one day before publication the name changed, I hope to a final version, DearWolf. Additionally the official introduction of the company is planned for the November Audio Video Show in Warsaw, so this test is a kind of advance action. Ladies and gentlemen, behold the Roe Deer.

As you can see for yourself the Roe Deer is a very rare case among Polish manufacturers, as it is based on porcelain drivers from the German Accuton. This is the reason, that instead of local competition we should compare the Deer to brands like Gauder Akustik, Marten, Neo or the Italian Albedo and Nime Audiodesign. Of course there are more manufacturers reaching for the Accuton drivers, but creating this list I recalled only the brands that moved through our pages.
Yet the Roe Deer are going further in their originality, as not only the drivers are standing out, but also the way those were applied is. They do not use the popular bass-reflex vented cabinet, or the less popular closed cabinet setting, but passive radiators, also ceramic ones. The cabinets themselves are made as a sandwich (two layers of plywood and a layer of MDF), and are painstakingly perfectly painted with white, high-gloss varnish. The whole is placed on massive, 30mm plinths, cut from aluminum slabs, then glass-blasted and anodized. What is important, the structure of the cabinets did not appear by chance, it is a result of precision measurements with an accelerometer, optimizing proportions and the positioning of the individual layers against the double, 173mm mid-woofers and 30mm, unprotected, tweeter. The passive radiators have the same diameter as the mid-woofers and are placed on the back, just above the single wire terminals. You can judge the sturdiness of the construction by their weight – each loudspeaker weighs 50kg. Also the cabinet has an internal skeleton, but also the walls are 25.7mm thick, while the diamond shaped front is even 34mm. According to Mr. Krzysztof Dudek and Mr. Jan Przybył, the creators of the speakers, this kind of cabinet makes them not adding anything to the bass, and the only known and controlled excitation is at 620Hz. Talking about frequencies it is worth mentioning, that due to a proprietary modification of the tweeter, with amongst others dampening of the chamber behind the diaphragm, the resonance of the membrane was moved to around 610Hz. The mid-woofers were also modified to minimize reflections from the magnetic drive.
The DSC (Dynamic Slope Control) crossovers are also very rich, they create an acoustic first order regardless of the electric slope, and are made based on wax impregnated coils and Mundorf Supre evo Silger Gold Oil, Munddorf evo Silver/Gold/Oil i Mundorf Supreme Silver/Gold/Oil capacitors.

You may now be wondering how the Roe Deer sound. Frankly speaking, before we placed them in our listening room and attached to our reference system, we had not the slightest idea what to expect. However life has taught us, that used drivers or type of their application are only elements from which something outstanding can be brewed, or not, depending on the skills and knowledge of the constructor. Because in Hi-Fi and High-End you come quite close to the popular “cooking contests”, where the participants might cook something heavenly tasty, or an abomination you would not like to put in your mouth, using the same ingredients. Staying in this consumption based aesthetics, just after a few notes played from “Possibilities” by Herbie Hancock, I knew, that in case of the Roe Deer, I am in for a treat at a two Michelin stars awarded restaurant. The Deer sounded in a way, one could not expect based on their price range as well as the used drivers. Maximally simplifying things I could say, that the effect reached by the Poznan dream-team did not resemble, in at least 2/3, what you usually associate the Accuton drivers with, and what causes the audiophile environment to be polarized. It cannot be hidden, that the ceramic drivers have a different sound aesthetics to paper, silk or polypropylene. Of course this is something that bases on individual taste and habits, however in most cases you cannot expect the Accuton to have silk smoothness or paper euphony. Yet in the Deer the treble is not only incredibly resolved and hellishly quick, but also undeniably shiny and sweet. I do not know if this due to the removal of the factory installed protective mesh, or other modifications ordered by DearWolf, but this sound comes shockingly close to the diamond diaphragm based brethren. One thing are the bells and cymbals and Miss Christina with Herbie, but the brass parties and lisping vocals from “A un Paso Lento Pero Firme” by Pepe Rios y Orquestra la Mancha, is something completely different, as there we will earlier have blood flowing out of our ears than catch any timbre on ceramic drivers. Yet the Roe Deer put an accent on the timbre. Of course there was no such saturation of the midrange, like with our Isis, but it was the level of the Estelon. And that is a feat, even today.
Now when we talk about the lower part of the sound spectrum, I did not give the tested speakers and chance and reached for an album, which scares not only all kinds of presenters on audio shows, but also many listeners, “Supernaturals Record One” a kind of cooperation between the formations Ufomammut and Lento, and that was it. I have not heard such power, a wall of sound which really pinned me to my listening chair, for a long time. This multiplane marriage of extreme doom metal, reaching speeds, which were seemingly reserved only for funeral, stoner and psychedelic versions, is a true obstacle course, as on one hand we have unending amounts of lower octaves, but the obvious goal is to keep its clear structure and the individual planes, where the unison even is being staged. In short, this is a very complicated form of somehow ordered chaos, which can be tamed only by the best. Clearly Krzysztof Dudek and Jan Przybył, who occupied one of the listening rooms of a High-End shop in Poznan in their early years, absorbed so much good sound, that when they started to design their own product, they were able to avoid errors made by others and created something really exceptional.
But to assess the dynamic capabilities and the volume of the generated sound you do not need to reach such extremes, as commercial, Hollywood superproduction soundtracks in the liking of “Jurassic Park – 20th Anniversary” of John Williams or “Alladin” will suffice. Big symphonic orchestra and equally big budgets mean a crowd of musicians able to fill even the biggest orchestrion, so you get so many planes, that you assume compromise from the start. Now I need to sadden you, even with big symphonics I could not catch the Deer on any attempts of simplifying or flattening things. And I am not talking about the ability of placing the individual sections in space, but full insight into their composition. Of course I want to remind you, that we are here at a very decent price point, especially for High-End, so please do not think it cannot be done better, as it can (we tried to articulate that during the test of the YG Acoustics Sonja). What I mean here, is that even with more expensive electronics the Roe Deer will not limit its potential, they do not filter supplied information and do not impoverish the sound. If someone thinks this is nothing special, then this means, that person did not deal with the dCS Vivaldi DAC2, it is in our sound patch since some time, and it placed the threshold so high, that we can immediately find out, if there is something lost from the signal along the way.

So we have a not so small sensation here, and a Polish one (after the headphone amplifier Fulianty Audio ST-18). It comes out of nowhere, a new and unknown entity, which presents its debut product, which, without any restraint, no even mentioning respect for the elders, jumps into the top class. Additionally, in case of the DearWolf, the tested model Roe Deer is meant to be only the introduction to the main offering, what tunes us very positive to the future, as if this is the entry point, then the products planned to be introduced during the Audio Video Show may shatter the foundation of the High-End Olympus. And we sincerely wish this to the DearWolf team.

Marcin Olszewski

Opinion 2

Nobody will even try to counter the fact, that the German company Accuton is one of the pioneers of supplying ceramic drivers to loudspeaker manufacturers. Why? The biggest players in the market use their products, and this is a fact speaking for itself. An obvious result of this approach is, that seeing the business success of loudspeakers based on those drivers, smaller companies start to get interested in using them, what results in a vast increase of ceramic based loudspeakers even on lower price ranges, being a very interesting proposition for the average music lover. And everything would be OK, if not for one issue. Which one? This is probably clear – the ceramic drivers are very sensitive to bad applications, so you need to be really aware of that before trying to construct a speaker using them. Unfortunately not everybody takes this into account, or, they think they can get away with any sound result, as long as they show the white membranes on the baffle. But why am I talking about that? There is a very clear reason for that, as lately we had a chance to meet some very good speakers equipped with Accuton drivers. What is most interesting, the brand comes from Poland, is named DearWolf, and it supplied is first construction, using passive radiators to tune the bass, carrying the name Roe Deer. Are you becoming interested? I can tell you, that even if you are not to happy seeing white diaphragms, you can only gain something from reading the text below. Did I convince anybody yet? Yes, no? OK. Regardless of the answer I invite you to read some information about the surprisingly friendly, even for paper color lovers like myself, ceramic driver using Deer.

Looking at photos of the tested speakers, you can clearly see from the very beginning, that those are very lean constructions. The Roe Deer are not very high, yet very slender towers, with the front nicely broken into a few planes, varnished in glossy white and able to fit in any listening, and living, room. From the information supplied by the manufacturer it seems, that those are three-way speakers, with a sensitivity of 87dB and frequency response of 38Hz to 38kHz. The used drivers, although they seem identical to the series version, are modified during production, as the constructors decided to make some adjustments to them based on their tests and research. Looking at the baffle of the MDF/plywood sandwich cabinet we see three dynamic drivers – one tweeter and two mid-woofers. On the back you can find the mentioned already, passive radiators, located on the lower part of the cabinet. There is also a single set of wire terminals, but of very high quality. The speakers are placed on black plinths, made from one slab of aluminum for each speaker, cut by CNC, which make the base support wider. As you can see, there is no unnecessary extravaganza, just plain, timeless design.

So what must have happened, for a die hard paper loudspeaker endorser, started to praise constructions with drivers, which are regarded by many as too offensive, often wrongly, as shown by the tested loudspeakers. In fact it was nothing special, it was sufficient, that with a given way of sounding, the tested speaker had traces of musicality. Of course this must not mean copying the dense sound of BBC monitors, or stuntmen of resolution like the Magico M3 with graphene and diamond diaphragms. It is enough, that listening to them for hours, in any musical genre, did not bring any anxiety to the music lovers hear. And that was the case with our tested speakers. No offensiveness, no ringing or dryness. Starting with the treble loaded with a significant amount of vital information, through a quite smooth midrange, which avoided to heat up too much, and, combined with my amplifier, quite energetic and very pointy bass, the Roe Deer were enchanting with a very good balance between speed and weight of the sound, something, that is not very common in such speakers. But this is not the end of surprising findings. Due to the narrow baffle, the beautiful Polish speakers were able to create a very wide and also very deep sound stage, something you attribute mostly to stand mount speakers. Also the artists were very clearly located on the virtual stage. Are you surprised with so many positive aspects? I must confess, I was. A lot. Not from mischief, but being very positively surprised, that you can use ceramic drivers for very emotionally loaded music. So how did those all aspects fare when listening to music? Taking into account the speed, at first I used the disc “S&M” by Metallica. Do you think it was too laid back? Absolutely not, especially in some pieces from the second disc. Were those the strong guitar riffs, or the base drum supporting the rest of the drums and percussions, or even the not so well shown, albeit clear, vocals of the frontman, the whole was very convincing, not only satisfying my expectations regarding the clarity of the sounds reaching my ears, but also by filling a quite large (when compared with the size of the speakers) listening room with sound. There was drive and energy, something, without which this kind of music would not be able to lift at appropriate quality level. The subsequent title was meant to be a true “finger of God” of this test. What was this killer? The newest compilation of Adam Bałdych in the quartet “Sacrum Profanum”. And the effect? Easy on, there was no defeat, but I must recall my words about “way of sounding”. In general everything was in order. But I know this disc very well, and I know, that in some aspects (read: how the violin is reproduced) the ceramic drivers are not able to compete with cellulose ones, so I missed some saturation of the strings and wood in the sound of this instrument. But I ensure you, this was not a degradation of the sound, just another interpretation of its timbre. And I would like to remind you, that we are talking about a ceramic membrane, so that what the constructors were able to achieve may be regarded as well deserved success, as I listened to this disc from the beginning to the end. The last quest was the music created by computers, sonic knots of borrowed pieces and all kinds of overdrives from the disc “Liminal” by Acid. Here the overall presentation was similar to the one of Metallica, with the difference, that sometimes you could feel lack of foundation for the lowest sounds, which were not able to shake my room in this version. This was of course out of reach for the tested speakers, but I recalled this to remind you about not biting more than you can chew, while planning potential listening sessions. In general, also in this case the finale was on a level rarely achieved by speakers utilizing ceramic drivers.

I am not sure how you did receive the text above, but coming close to its end, I support my initial claim, that the tested Roe Deer are very well tuned set of Accuton drivers. Maybe not usually, but quite often, similar constructions put emphasis on clarity above everything else, and in music, it is not always about that. Of course, when it is meant to be a race, then shavings should fall, but most of music is just harmonious notes, one following another, and in that case the goals should be different, and the potential speakers should differentiate those and show them in appropriate way. And the tested speakers acted like that, in my opinion. Of course with all their aspects, but wherever possible they are far from being put in a drawer with a label “screamers”. And this is the realm only the best can reach.

Jacek Pazio

System used in this test:
– CD: CEC TL 0 3.0 + Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU, VIVALDI DAC 2.0
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: Trenner & Friedl “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
– IC RCA: Hijri „Million”,
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

Manufacturer: DearWolf
Price: 15 000 €

Technical specifications

Frequency response: 38 Hz-32 kHz
Impedance: 4 Ω (3.4 Ω Min @40 Hz)
Sensitivity: 87 dB
Type: 3-way, sealed
Drivers: Al2O3.
Mid-woofers diameter: 173 mm
Passive drivers diameter: 173 mm Alu cone
Tweeter diameter: 30 mm
crossover : DSC – acoustical 1st order
Weight: ~50 kg
Dimensions without platform (HxWxD): 102 x 20 x 34 cm

  1. Soundrebels.com
  2. >

Gryphon Audio Antileon EVO Stereo
artykuł opublikowany / article published in Polish

No i się doigraliśmy, czyli jak się kończą ambicje odsłuchiwania high-endowych końcówek mocy … Krótko mówiąc lada moment, czyli jak tylko zmienimy taryfę u dostawcy energii elektrycznej,  zaczniemy szukać dobrego kręgarza, jednak na razie nie możemy wyjść z podziwu co potrafi ten duński potwór. Panie i Panowie oto Gryphon Audio Antileon EVO Stereo w pełnej krasie.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Ambient Festival 2019

W dniach 12-13 lipca br. w leżących na północnej granicy Beskidu Niskiego malowniczych Gorlicach odbyła się kolejna XXI edycja Międzynarodowych Prezentacji Multimedialnych Ambient Festival – event dobrze znany dla melomanów i fanów brzmienia High End.
Ceniona za swój niesamowity klimat impreza już dawno zyskała miano kultowego święta wśród fanów ambient/elektro, które skupia miłośników muzyki eksperymentalnej zarówno z kraju jak i z zagranicy. Organizatorzy imprezy przyzwyczaili uczestników „Ambient Festival” do wspaniałej, jedynej w swoim rodzaju atmosfery, którą rok w rok przesiąka budynek Gorlickiego Centrum Kultury. To wszystko za sprawą obsady i doboru artystów oraz prezentowanego przez nich przekroju muzycznego, który od dawna jest gwarantem unikalnych, zapadających w pamięć koncertów. Ponadto jest jeszcze jedna rzecz, która wyróżnia to wydarzenie – event od kilku lat niesie ze sobą utrwalony w tradycji program atrakcji, który posiada audiofilski charakter.

Tegoroczne high-endowe atrakcje dla miłośników najwyższej klasy dźwięku zostały przygotowane przez przez polsko-włoski tercet: Audiomica Laboratory / Andrea Pivetta / Zeta Zero, który zapewnił wyjątkowe prezentacje wspólnego systemu audio (trio opisywane w reportażu zapowiadającym przedsmak Electronics Show 2019). Uczestnicy prezentacji podziwiali system w którego skład wchodził najnowszy wzmacniacz Oltre zaprojektowany przez włoskiego inżyniera Andrea Pivetta (znanego audiofilom z budowy najdroższego na świecie wzmacniacza audio „Opera Only” kosztującego 1,6 mln Euro), pierwsze na świecie wszechkierunkowe kolumny wstęgowe Zeta Zero Orbital360 oraz kompletny, dedykowany zestaw okablowania Audiomica Laboratory Excellence Oltre Special Edition.
Skład tego unikalnego i rewolucyjnego systemu definiują rozwiązania konstrukcyjno-technologiczne projektantów sprzętu, dzięki którym pokaz muzyki elektronicznej był emitowany w nowatorski sposób: kolumny Zeta Zero ORBITAL360 generują dźwięk dookólnie i wszechkierunkowo w 3 płaszczyznach. Konstrukcja kolumn to skomplikowany budową (złożony z około 1000 komponentów) omni polarny wstęgowy 4 drożny emiter dźwięku o niespotykanych w żadnych innych zestawach parametrach i osiągach oraz sposobie działania. W czasie prezentacji zestaw kolumn zagrał w innowacyjnym trybie Bi-Stereo, gdzie każda jedna kolumna tworzy w przypadku pracy w tym trybie swoje własne w pełni dookolne pole stereofoniczne.
Interesującym szczegółem jaki można było dostrzec wśród towarzyszącej ekspozycji kabli były małe czarne szkatułki skrywające wtyki Audiomica Laboratory. Premierowa wystawa to nowość, która prawdopodobnie trafi do oferty producenta przewodów audio. Zaprezentowano 5 różnych modeli, a wśród nich znane już z najwyższych serii wtyki XLR: AML-XLR 20 Ag (Pearl Consequence), AML-XLR 10 Ag (Europa Ultra Reference), wtyki widełkowe dla kabli głośnikowych: AML-ACP20 Rh oraz AML-ACP10 Rh oraz AML-ACP/RCA10 Rh jako złącze typu RCA. Ostatnie trzy modele wtyczek to zupełna nowość, która w najbliższym czasie może pojawić się w kolejnych modyfikacjach lub aktualizacjach przewodów z najwyższych serii. Prawdziwym novum jest wykorzystanie antystatycznego materiału POM-C AP50TM dla budowy korpusów wtyczek.
Prezentacje były dostępna przez dwa dni. Godzinę przed oraz godzinę po zakończeniu koncertów Ambient Festival 2019. W przerwach pomiędzy występami artystów Pan Tomasz Rogula (konstruktor kolumn) oraz Pan Łukasz Mika (konstruktor przewodów) byli dostępni do wspólnych rozmów, odpowiadając na wszelkie pytania dotyczące sprzętu, technologii, oraz wspólnego międzynarodowego projektu. Rarytasem pośród show była giełda płyt winylowych / cd. wśród, której można było znaleźć unikalne pozycje płytowe – między innymi za sprawą obecności wydawnictw takich jak Warszawskie Requiem Records.
Prezentacje przygotowane przez wyżej wymieniony tercet podczas tegorocznej edycji Ambient Festival stanowiły wyjątkową pozycje w programie dwudniowego eventu, która zapewniła uczestnikom mnóstwo niesamowitych doznań i nowych doświadczeń muzycznych. Warto wspomnieć o samej współpracy firm: Po wystawie w Warszawie (Electronics Show 2019) oraz we Włoszech (Vicenza), Ambient Festival był już 3 zapowiedziany pokazem, a wspólny projekt i kooperacja jest już na tyle oficjalna, że dla potrzeb wystawienniczych powstał specjalny katalog, który załączamy w poniższym linku.
‘United with passion – Audiomica, Andrea Pivetta, Zeta Zero’

Za organizację Festiwalu odpowiada Gorlickie Centrum Kultury oraz Wydział Oświaty, Kultury i Spraw Społecznych Urzędu Miejskiego w Gorlicach. Dyrektorem Artystycznym wydarzenia jest Tadeusz Łuczejko.
Poniżej prezentujemy listę artystów, którzy wystąpili na scenie GCK podczas XXI edycji Ambient Festival:
12 lipca /piątek/
• MACIEJ STANIECKI
• ZENIAL
• JACHNA/CHOJNACKI

13 lipca /sobota/
• WOJTEK SZCZEPANIK
• FEDKOWICZ DUO
• KARAŁOW/PRZEŹDZIECKI
• PIETER NOOTEN

  1. Soundrebels.com
  2. >

Cardas Parsec headphone cable

Firma Voice, polski dystrybutor produktów marki Cardas, informuje o wprowadzeniu do sprzedaży nowego modelu kabla słuchawkowego. Zasila on wysoko ocenianą serię Parsec, wykorzystującą rozwiązania pochodzące z flagowych kabli amerykańskiego producenta.
Mowa tu między innymi o wysokiej klasy podwójnym ekranowaniu (które przeciwdziała szkodliwym dla jakości dźwięku zakłóceniom) czy udoskonalonej geometrii star-quad. Producent zdecydował się na wykorzystanie czterech przewodów wykonanych z czystej miedzi (99,9999%) właśnie w tej geometrii, a także na gumową otulinę wykonaną z niezwykle elastycznego materiału o nazwie Alcryn.
Nowy słuchawkowiec Parsec oferuje bogate, ciepłe i pełne detali brzmienie, które po prostu pozwala zrelaksować się przy muzyce, zapominając o sprzęcie. Co więcej, scena dźwiękowa charakteryzuje się godną podziwu holograficznością, która nie ma sobie równych wśród kabli słuchawkowych w tym przedziale cenowym.

Cardas umożliwia nabycie swojego najnowszego kabla z wtykami dostosowanymi do konkretnych modeli słuchawek od takich producentów, jak Meze, HiFiMAN, Sennheiser, czy Audeze. Nabywając kabel słuchawkowy Parsec od Cardasa, można zdecydować się na różne długości, których cena została ustalona na 1450zł za 2,5m, a wersja 3 metrowa kosztuje 1 600 zł

Model ten jest już dostępny w sprzedaży na terenie Polski. Dystrybucja: Voice

  1. Soundrebels.com
  2. >

Ayon S-10 II

Opinia 1

Od zarania dziejów, czyli od samego początku istnienia SoundRebels, wielokrotnie w naszych relacjach i recenzjach podkreślaliśmy fakt, iż wychodziliśmy, wychodzimy i mam cichą nadzieję, jeszcze przez długie lata wychodzić będziemy z założenia, że tak naprawdę dany produkt najlepiej i najłatwiej zrozumieć znając punkt widzenia osoby, która za nim stoi. Zupełnie inaczej bowiem podchodzi się do dyskusji o podstawowych aspektach dźwięku, czy też nawet samej jego estetyce, dysponując takową wiedzą i przedstawiając własne (kontr)argumenty konstruktorowi prosto w oczy, a nie pisząc na przysłowiowy Berdyczów, czy też mając świadomość, że tak naprawdę decydujący wpływ na efekt finalny, czyli brzmienie konkretnej konstrukcji, miał nie konkretny „Ktoś”, lecz grupa zupełnie nam obcych i anonimowych księgowych. To zupełnie inny poziom wzajemnych relacji, gdzie dyskusja z twórcą dotyczy naszych własnych – osobistych obserwacji, interpretacji tego, co tak naprawdę „poeta chciał wyrazić”. Na taki komfort możemy pozwolić sobie m.in. z Anssim Hyvönenem (Amphion), Madsem Klifothem (Audiovector), Rumenem Artarskim (Thrax), Timo Engströmem (Engström), Chrisem Feickertem (Dr.Feickert), Dr.Rolandem Gauderem (Gauder Akustik), Oliverem Göbelem (Göbel), Louisem Desjardins (Kronos), Francem Kuzmą (Kuzma), Hans Ole Vitusem (Vitus), i oczywiście Gerhardem Hirtem (Ayon).
I właśnie nad nowością, która wyszła spod rąk Gerharda, przyszło nam dzisiaj się pochylić, gdyż choć od Jego ostatniej wizyty w Warszawskim salonie Nautilusa nie minęły nawet dwa miesiące to my, od kilkunastu dni możemy cieszyć nie tylko oczy, co przede wszystkim uszy, już w pełni komercyjnym, czyli produkcyjnym egzemplarzem najnowszej odsłony austriackiego streamera Ayon S-10 II. Co prawda zarówno w Monachium, jak i na Kolejowej dane nam było rzucić tak okiem, jak i uchem na najnowsze, dedykowane plikom dziecko Gerharda, ale jak to zwykle bywa nie dość, że była to „obwoźna” sztuka wystawowa i to w najwyższej specyfikacji, to jak to przy tego typu wystawowo – salonowych odsłuchach bywa, warstwa dźwiękowa jest jedynie dodatkiem do celu nadrzędnego, za jaki uznajemy kontakty interpersonalne, czyli mówiąc prosto z mostu przyjacielskie pogaduchy.

Zarówno na pierwszy, jak i każdy kolejny, rzut oka Ayon S-10 II pozornie niczym nie różni się od swojego poprzednika. Podkreślam jednak, że jedynie „pozornie”, gdyż diabeł tkwi w szczegółach. Nie da się jednak ukryć, iż sama bryła odtwarzacza pozostała bez zmian, co nie powinno dziwić, gdyż trudno byłoby logicznie wytłumaczyć, gdyby po osiągnięciu obecnego poziomu rozpoznawalności i unifikacji portfolio, Ayon nagle postanowił zerwać z dotychczasowym designem. Mamy zatem masywny, pancerny wręcz, korpus ze szczotkowanych aluminiowych płyt, którego front zdobi jedynie centralnie umieszczony czytelny i oczywiście dający się przyciemnić 5” ekran QVGA TFT z wydzielonym przy jego lewej krawędzi wąskim polem mieszczącym czujnik IR, gniazdo USB i przycisk stand-by. Firmowe logo skromnie przycupnęło przy lewej, a symbol modelu przy prawej flance. Zgodnie z wieloletnią tradycją włącznik główny umiejscowiono na spodzie urządzenia w okolicach lewej przedniej nóżki a za jedyny akcent dekoracyjny można uznać dwie chromowane kratki wentylacyjne na płycie górnej. Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, która do zaoferowania ma praktycznie wszystko, czego dusza zapragnie, o ile tylko zdecydujemy się na wersję full-wypas, czyli zawierającą wszystkie dostępne opcjonalnie, a co za tym idzie wymagające dodatkowych nakładów finansowych, udoskonalenia i funkcjonalności. W przeciwnym wypadku część iście biżuteryjnych terminali pełnić będzie rolę li tylko ozdobną, co wcale nie jest takie złe, gdyż prezentuje się zdecydowanie lepiej niż wszelakiej maści mniej, bądź bardziej prowizoryczne zaślepki, bądź co gorsza zionące pustką „oczodoły”. Lećmy jednak po kolei. Patrząc od lewej mamy wyjścia analogowe i to zarówno RCA, jak i XLR, dwie pary wejść liniowych (RCA) i nad wyraz rozbudowaną sekcję cyfrową obejmującą wyjście coaxialne i blok wejść w składzie – coaxial, optyczne, USB – dwa typu B (dedykowane bezpośrednio podpiętym dyskom i interfejs USB DACa dla komputerów) i typu A dla pozostałych pamięci masowych (m.in. pendrivy), Ethernet i dwa gniazda antenowe.
Zgodnie z tym, o czym podczas naszego ostatniego spotkania mówił sam Gerhard, jak i dostępnych na stronie producenta materiałów jasno wynika, iż obecna, druga inkarnacja austriackiego plikograja przeszła nader gruntowną metamorfozę trzewi obejmującą m.in. nową sekcję dual-mono DAC-a (kości AKM 4490), oraz konwertera PCM-DSD a także kompletnie nową platformę streamingową pochodzącą oczywiście od StreamUnlimited. Warto podkreślić, że Ayon S-10 II jest pierwszym streamerem na rynku ją wykorzystującą. Ponadto dzięki sprawdzonej w poprzedniej wersji, modułowej topologii S-10 mkII można niejako „uszyć na miarę” a co najważniejsze, przynajmniej dla posiadaczy poprzedniej inkarnacji, starsze wersje S-10 bezproblemowo upgrade’ować do aktualnej specyfikacji (z wyłączeniem wersji server). A właśnie, już od jesieni powinna być dostępna opcja rozbudowy 10-ki o wewnętrzny moduł serwera opracowany we współpracy z JRiverem. Zanim jednak to nastąpi bez najmniejszych problemów możemy już teraz pławić się w nieprzebranych zasobach HRA (HIGHRESAUDIO), Tidala, czy szczęśliwcy, którym udało się zarejestrować poza granicami Polski również z Qobuz-a, a implementacja popularnego głównie dzięki przystępnym planom cenowym Spotify planowana jest na wczesną zimą, podobnie zresztą jak cieszącego się dużym szacunkiem wyrafinowanych melomanów serwisu Primephonic . Szalenie miłą niespodzianką jest nad wyraz obszerna (31 stron!) instrukcja, obejmująca pełną – krok po kroku – instalację i optymalną konfigurację dwóch najlepszych wg. ekipy Ayona (naszej redakcji również) programów do obsługi i odtwarzania plików na zapowiadanej wersji BlackBox-Server, jak i własnych komputerach użytkowników, czyli wspomnianego przed dosłownie chwilą JRiver Media Server i Audirvany. Wracając do technikaliów dodam tylko, że w stopniu wyjściowym pracuje para triod 6H30 a zasilanie oparto na niskoszumowym transformatorze R-Core.

No i jeszcze dwa słowa o firmowej – dostępnej już zarówno na iOS-a, jak i Androida appce, którą spokojnie można uznać za jedną z najbardziej intuicyjnych a zarazem estetycznych na rynku. Działa przy ty stabilnie i szybko zapewniając całkowicie bezproblemowy dostęp nawet w przypadku bardziej rozbudowanych zasobów lokalnych i serwisów streamingowych.
Pół żartem, pół serio czy to w opcji serwer, czy to z zewnętrznym dyskiem (niezależnie czy sieciowym, czy USB) S-10-ka wydaje się zatem idealnym rozwiązaniem dla wszystkich tych, którzy zarówno z dobrodziejstw ww. serwisów muzycznych, jak i nawet internetu korzystają nad wyraz okazjonalnie, bądź poza miejscem zamieszkania, gdyż Ayona da się obsłużyć całkiem bezboleśnie nawet z dedykowanego pilota a „stawiając” nawet odrębną – lokalną sieć spokojnie można czerpać pełnymi garściami z dobrodziejstw dedykowanej appki i długimi godzinami odsłuchiwać zapisane na dyskach pliki. Wystarczy bowiem albo zakupić interesujące nas albumy, albo nawet zripować i otagować posiadaną płytotekę i potem korzystać z jej wersji zdigitalizowanej bez konieczności podnoszenia się z fotela.

A jak wspomniane upgrade’y wpłynęły na brzmienie tytułowego austriackiego plikograja w porównaniu do jego protoplasty? Siląc się na maksymalną zachowawczość i wręcz wymuszoną nieufność, mógłbym asekuracyjnie stwierdzić, że odświeżająco, co byłoby teoretycznie zgodne z prawdą, a zarazem krzywdzące i to nie tylko dla samego urządzenia, co przede wszystkim dla posiadaczy jego wcześniejszej wersji. Poprawie uległo bowiem kompletnie wszystko! W dodatku proszę mieć na uwadze, iż do naszej redakcji trafiła wersja bazowa – podstawowa, którą można przecież dodatkowo uszlachetnić m.in. do poziomu Signature, co również przyniesie kolejną poprawę. Skupiając się jednak na konkretach uczciwie trzeba przyznać, że do znanej z pierwszej wersji gęstości i nasycenia doszła obecnie nieporównywalnie lepsza rozdzielczość i precyzja w ogniskowaniu, definiowaniu źródeł pozornych. Krawędzie są zauważalnie cieńsze i prowadzone pewniejszą kreską, choć nadal akcent postawiony jest na ich bliskość i namacalność. To takie charakterystycznie dosaturowane i intymne kreowanie spektaklu dla jednego słuchacza. Nie oznacza to bynajmniej, że dźwiękowi brakuje rozmachu, czy dynamiki, bo nic takiego nie zaobserwowałem, a jedynie zwracam uwagę na jego skupianiu się na odbiorcy. Z reguły bowiem przyjęło się uważać, że mechanizm ten działa jedynie w drugą stronę, czyli, że to widz/słuchacz chcąc się zaangażować w reprodukowany spektakl musi wykonać przysłowiowy pierwszy krok i skupić na nim swoją uwagę. Tymczasem w niniejszym przypadku to Ayon jest inicjatorem wzajemnych interakcji, jednak nie poprzez ordynarne zaczepianie, czy też rozpaczliwe próby zwrócenia naszej uwagi (pamiętacie Państwo scenkę ze „Shreka” z Osłem i jego „wybierz mnie, mnie wybierz”?) a jedynie właśnie przez tą swoją lampową eufonię. Nie da się bowiem ukryć, iż obecne w trzewiach S-10-ki lampy słychać i słychać w dodatku bardzo dobrze. I dobrze, że je słychać, bo dzięki temu otrzymujemy dźwięk dojrzały, wysycony, niezwykle gładki z zarazem rozdzielczy, co z kolei pozwala na wielogodzinne sesje z nie zawsze referencyjnym materiałem źródłowym. Proszę tylko mnie źle nie zrozumieć, 10-ka niczego nie uśrednia co udowadnia np. porównanie „Distance Over Time” Dream Theater, czy równie wirtuozerskiego „Psychotic Symphony” Sons of Apollo z „Keeper of the Seven Keys” Helloween, gdzie pierwsze dwa albumy zachwycają zarówno potęgą, jak i trójwymiarowością, a z kolei Helloween wypada na ich tle dwuwymiarowo i płasko jak kiepska fototapeta, więc lepiej pewnej cienkiej granicy nie przekraczać, bo tego typu realizatorskim koszmarkom nawet Ayon nie pomoże. Za to rozmach i iście hollywoodzka spektakularność jasno dają do zrozumienia, że nowa odsłona 10ki nie ma najmniejszych oporów by, gdy tylko wymaga tego sytuacja nie bać się przyłoić i iść na całość niemalże burząc przysłowiowe mury. Atak potrafi być iście apokaliptyczny i pomimo delikatnego zaokrąglenia skrajów nic się nie zlewa w bezkształtną masę.
Zamiast jednak szukać dziury w całym i wertować posiadaną plikotekę w poszukiwaniu podobnych wypadków przy pracy, zdecydowanie bardziej rozsądnym zajęciem wydaje się delektowanie dźwiękami niekoniecznie już na starcie upośledzonymi, dlatego też z niekłamaną przyjemnością sięgałem np. po muzykę dawną w stylu klimatycznego „Sacrum Mysterium” Apollo’s Fire gdzie widać, znaczy się słychać, nawet kurz unoszący się nad posadzką, na której od czasu do czasu żwawo przytupują soliści. Dodatkowo właśnie na takim materiale Ayon ma szansę rozwinąć skrzydła i czarować firmową szkołą dźwięku z dopaloną średnicą i mieniącą się ciepłym złotem zachodzącego słońca górą. Robi się dystyngowanie i wykwintnie, jednak nawet bez śladu sztucznego usztywnienia, czy osłabienia ładunku emocjonalnego. O nie. Śmiem wręcz twierdzić, iż w większości przypadków Ayon stara się właśnie ów aspekt emocjonalny intensyfikować i podkreślać, by nawet w takich jak powyższe, sięgających zamierzchłych – XIII i XIV w. czasów pieśniach wyciągnąć na światło dzienne, nie zawsze mile widziane przez kościelnych patriarchów, uczucia.
Nie mniej intrygująco wypadł nasz dyżurny „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdzie naturalne instrumentarium przeplata się z iście infradźwiękowymi komputerowymi samplami, które dzięki lampowej sygnaturze streamera zyskały zaskakująco analogowe i wręcz organiczne oblicze. Warto bowiem zaznaczyć, iż najnowsza odsłona 10-ki nie próbuje zniknąć w torze i udawać, że jej nie ma. Zamiast jednak ostentacyjnie oznajmiać wszem i wobec swą obecność, tytułowy plikograj pełni rolę swoistego antydepresanta sprawiającego, że nawet znane niemalże na pamięć nagrania stają się bardziej atrakcyjne i angażujące.

Ayon S-10 II, czyli druga odsłona obecnego już niemalże trzy lata na rynku austriackiego streamera jest niezaprzeczalnie dojrzalsza, czyli de facto lepsza od swojego protoplasty. Korzystając z najnowszych osiągnięć współczesnych technologii ma w sobie wszystko to, co mogło się podobać i podobało nabywcom w poprzedniku, lecz nie dość, że winduje owe cechy, czyli muzykalność i soczystość okraszone lampowym ciepłem, na zdecydowanie wyższy pułap wyrafinowania, to dodatkowo okrasza je niezaprzeczalnie lepszą rozdzielczością. Nie oznacza to bynajmniej, że starsze wersje nagle miałyby przestać grać, jednak ich posiadaczom gorąco polecam porównanie obu wersji 1:1 we własnych systemach a jeśli zauważone różnice okażą się dalekie od kosmetycznych, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by upgrade’ować posiadane egzemplarze do obowiązującej specyfikacji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Pewnie mi nie uwierzycie, ale bywające w otaczającym mój dom zagajniku wszelkiego rodzaju ptactwo od dłuższego już czasu przeraźliwie kracze, skrzeczy i ćwierka, iż pliki audio może jeszcze nie doszły do ściany zwanej najwyższą jakością dźwięku, ale z pewnością są na tyle dobre, że stały się nieodzownym źródłem uciech nausznych niemal każdego współczesnego melomana. To zaś sprawia, że mimo mojego ambiwalentnego stosunku do korzystania w swoich okowach z tego typu sposobu słuchania muzyki, nie mogę przejść nad owym zagadnieniem do porządku dziennego, udając, że nic się nie dzieje. Dlatego też chcąc być na bieżąco, gdy nadarza się taka, jak w dzisiejszym odcinku okazja zmierzenia się z jakąś plikową konstrukcją, bez namysłu mówiąc kolokwialnie, biorę ją na recenzencki warsztat. Zainteresowani, co ostatnio trafiło do mej samotni? Zapewniam, że znacie, bowiem krakowsko-warszawski dystrybutor Nautilus tym razem dostarczył do redakcji drugą wersję występującego jakiś czas temu jako uzupełnienie pełnego systemu marzeń austriackiego odtwarzacza sieciowego Ayon S-10 II. Zaskoczeni takim stosunkowo szybkim rozwojem sprawy? Ja nie, gdyż urządzenia dążąc do poprawy jakości dźwięku z rozdzielnika ewaluują, a na podstawie rozmów z producentem wnioskuję, iż wprowadzone zmiany mocno podnoszą poprzeczkę finalnego soundu. Jak to się skończyło? Po odpowiedź zapraszam do lektury poniższego tekstu. A jako dodatkowy smaczek zdradzę, iż pamiętając niezobowiązującą odsłonę odsłuchową poprzednika było mi bardzo łatwo zorientować się, w którą stronę – jeśli takowe nastąpiły – poszły ewentualne zmiany.

Elektronika spod znaku austriackiego Ayona jak jeden mąż korzysta z bardzo podobnego w kwestii designu pomysłu na obudowę urządzeń. To mimo zwyczajowego wykorzystania lamp elektronowych w układach elektrycznych zawsze jest prostopadłościenna, raz niższa, a raz wyższa, posiadająca zaokrąglone narożniki, czarna skrzynka ze szczotkowanego aluminium. Co ciekawe, wspomniana obudowa nie jest zarezerwowana li tylko dla elektroniki z przymusową ekspozycją szklanych baniek na zewnątrz, gdyż w zależności od projektu owe pojemniki próżniowe znajdziemy również wewnątrz korpusu. To naturalnie wymusza na producencie zastosowanie tuż nad nimi odpowiedniej wentylacji, jednak po kilkuletnich recenzenckich bojach zapewniam potencjalnych malkontentów, iż Gerhard Hirt robi to na tyle estetycznie, że te zazwyczaj prostokątne ażurowe kratownice śmiało można traktować jako bardzo ważny wizualny smaczek jego produktów. Kreśląc kilka słów o bohaterze tego mitingu w temacie frontu nie ma specjalnego pola do popisu, bowiem jest ostoją jedynie umieszczonego centralnie bardzo dużego, znacznie lepszego od strony jakości wyświetlanych danych, a przez to czytelnego, kolorowego wyświetlacza, tuż obok niego z lewej strony ułatwiającego granie z pendrive’a wejścia USB i zaraz pod nim guzika inicjującego stan spoczynku lub pracy urządzenia. Patrząc na S-10 -kę z lotu ptaka w tylnej części górnej płaszczyzny obudowy znajdziemy mieniące się połyskującym srebrem wspomniane sekcje chłodzenia wnętrza urządzenia. Zaś kierując wzrok na plecy omawianego strumieniowca bardzo kontentującym potencjalnego użytkownika jest widok wejść i wyjść analogowych RCA/XLR, jednego wyjścia i całej baterii wejść wszelkiego rodzaju protokołów przesyłu danych cyfrowych od LAN, przez USB, OPTICAL i SPDIF, a także wieńczącym pakiet gniazd terminalem sieciowym IEC. Ostatnią ważną informacją tego akapitu jest usadowienie głównego włącznika pod spodem bryły S-dziesiątki z przodu, tuż przy lewej stopie stabilizującej całość konstrukcji na docelowym stoliku.

Nawiązując do wspominanego pierwszego występu S-10-ki nowa odsłona jest znacznie lepsza. Dlaczego? Choćby dlatego, że sporej zmianie uległa sekcja przedwzmacniacza, oprócz tego poprawiono moduł streamera, stopnia wyjściowego i co dla wielu najważniejsze solidnie przyłożono się do kwestię zasilania. Jak to przekłada się na dźwięk? Określając zmiany jednym słowem spokojnie mogę stwierdzić, że przekaz jest bardziej rozdzielczy, co dla wiedzących o czym piszę jest chyba najistotniejszą, zazwyczaj bardzo pożądaną od nowszych wersji danego urządzenia cechą. A co to oznacza w przypadku starcia się drugiej odsłony dziesiątki z konkretną muzyką? Same dobre rzeczy, bowiem po zmianach konstrukcyjnych nadal oferująca lampowy posmak fonii plastyka dźwięku teraz zyskała na witalności. To oczywiście nadal jest granie na emocjach słuchacza brylującymi w środku pasma, fajnie pokolorowanymi instrumentami i uwielbianą przeze mnie wokalizą, jednak dodana szczypta swobody zwiększa przyjemność odbioru zawieszonego znacznie czytelniej w eterze międzykolumnowym przekazu muzycznego. Co ważne. Tak jak poprzednio, tak i teraz nowy Ayon konsekwentnie stawia na bliskość pierwszego planu, pozwalając w ten sposób niemal zaprosić słuchanych artystów do swojego pokoju. Owszem, zdaję sobie sprawę, iż taka prezentacja jest obciążona specyfiką oczekiwań melomana, jednak zapewniam, w tym przypadku nie jest to siłowe sadzanie naszych idoli na kolanach, tylko zasygnalizowanie, że frontman ma swoje prawa i ktoś zaproszony na daną sesję nagraniową, a przez to posadzony nieco dalej na wirtualnej scenie muzycznej ma być raczej tłem, a nie pierwszymi skrzypcami zapisanych danej kompilacji wydarzeń sonicznych. A gdy do przywołanej estetyki bliskiego obcowania z artystami dodamy dobre nasycenie i energię tak środka, jak i dołu pasma, przy ciekawym uzbrojeniu całości w słodkie, acz dające pełen pakiet informacji wysokie rejestry, mamy rasowego przedstawiciela łamaczy serc kochających muzykalność osobników homo sapiens. A uwierzcie mi, jest ich spora grupa. Kto do niej należy? Na przykład ja, wręcz uwielbiający szeroko rozumianą muzykę Baroku. Powiem tak. Podczas słuchania tego typu materiału, ani razu nie zanotowałem poczucia przegrzania przekazu. Owszem, było gęsto, jednak czytelnie, co sugeruje, że Ayon bez problemu poradził sobie już na starcie z soczystą manierą grania mojego zestawu. Wszelkie arie, recytatywy i co ważne, instrumenty z epoki wydawały się wręcz dziękować za postawienie punktu wysycenia i gładkości w proponowanym przez testowaną konstrukcję punkcie. Dlatego też, chyba w nikim nie wzbudzę zdziwienia, gdy przyznam się, iż każda – na potrzeby testu zazwyczaj słuchana tylko częściowo – płyta kręciła się na talerzu CEC-a od dechy do dechy.
Po serii płyt będących wodą na młyn superlatyw postanowiłem sprawdzić, jak opisany sznyt gęstego grania wpłynie na nieco ostrzejsze rytmy spod znaku Pink Floyd i ich kultowego „The Wall”. To dość spokojna płyta i dlatego bez problemu zaliczam ten punkt opiniowania do udanych. Jest na niej dużo popisów wokalnych i gitarowych, co Ayon ze swym pakietem muzykalności pokazywał z bardzo dobrej strony. Po raz kolejny było na tyle ciekawie, że przyszedł czas na jazdę bez trzymanki. W tej roli wystąpiła grupa YELLO z płytą „Touch”. I? Spokojnie. Nie określiłbym, a nawet nie mam prawa napisać, że to była wpadka (O tym za moment), tylko przewartościowanie sztucznie generowanych, wszechobecnych przesterów na swoją – lampową – modłę. Było bardziej złoto i słodko, ale nie mogę powiedzieć, że źle. Ot prawdopodobnie inaczej, aniżeli życzyliby sobie wielbiciele tego typu muzy, ale nie źle w kojarzonym z tym słowem znaczeniu. Ale jako ciekawostkę dodam, że gdy przy wspomnianych piskach i wszelkiego rodzaju celowych zniekształceniach, będąc złośliwym, można było nieco pokręcić nosem, to już wokale, a w szczególności żeński wypadły fantastycznie. Zatem jak zakwalifikujecie wynik soniczny Ayona w tym rodzaju muzyki zależeć będzie od Waszych oczekiwań. Ale zastrzegam. Będąc sprawiedliwym nie można mieć pretensji do urządzenia lampowego za unikanie niszczenia narządów słuchu szkodliwym skrzeczeniem generowanej muzyki. To zwyczajnie nie fair. Dla mnie po wzięciu wspomnianej zależności pod uwagę również w tym przypadku było dobrze. Z firmowym sznytem, ale dobrze.

Stawiając rzeczony odtwarzacz strumieniowy na miejscu kaźni, z jednej strony niesiony opinią konstruktora – Gerharda Hirta, wiedziałem czego powinienem się spodziewać, zaś z drugiej nauczony doświadczeniem, iż wiele podobnych rozmów z producentami jest ich pobożnymi życzeniami, trochę w napięciu czekałem, co się wydarzy. Na szczęście wszystko zakończyło się happy end-em. I co ważne, następca był lepszy od protoplasty. Owszem nadal z przypisaną manierą szklanych baniek, ale za to w dobrym stylu. Komu poleciłbym zapoznanie się z S-10-ką we własnym systemie? Wręcz wszystkim, którzy kochają muzykalny sposób prezentacji. Co to oznacza? Nic szczególnego. Wystarczy hołdować plastycznej i dobrze wysyconej stronie zapisów nutowych, a takie jak dzisiaj oceniany produkty są wręcz idealnymi partnerami na całe życie. Czy tak się stanie w przypadku Waszego zderzenia z Ayon’em, S-10 II? Niestety, teraz pałeczka jest po Waszej stronie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up: Thrax Trajan

Dystrybucja: Nautilus / Ayon
Cena: 26 900 PLN; + 7 490 PLN S-10 II Signature; + 3 290 PLN S-10 II Preamp

Dane techniczne:
• Przetwornik D/A: 764kHz / 32 bit & DSD256
• Dynamika: > 120 dB
• Impedancja wyjściowa RCA/XLR: ~ 700 Ω
• Wyjścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA)
• Wejścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA), USB-PC, TOSLINK, 2 x USB type A
• Łącza sieciowe: Ethernet, Wi-Fi
• Stosunek S/N: > 115 dB
• Pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz (+/- 0,3 dB)
• Zniekształcenia THD (1 kHz): < 0,002 %
• Wejścia analogowe: 2 x RCA
• Wyjścia analogowe: RCA, XLR
• Wymiary (SxGxW): 480 x 360 x 120 mm
• Waga: 12 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

YG Acoustics Sonja 2.2

Link do zapowiedzi: YG Acoustics™ Sonja™ 2.2

Opinia 1

Chyba nikt nie zarzuci mi szerzenia herezji, gdy wygłoszę tezę, iż w branży producentów kolumn głośnikowych, podobnie do całego okalającego nas świata, mamy ewidentny wyścig zbrojeń. Jednak proszę o spokój, bowiem ów proces w odróżnieniu od zapędów wielu współczesnych ustrojów totalitarnych nie jest skierowany na pozyskanie artefaktów naszej zagłady, tylko stojąc na przeciwległym biegunie działań dla ludzkości, kolumna głośnikowa, będąc ostatnim elementem toru audio, ma umilić nam byt na tym naszpikowanym egzystencjalnymi problemami ziemskim łez padole. Co mam na myśli pisząc o wyścigu zbrojeń? Nic szczególnego. Chodzi o brak odgórnie przyjętych przez branżę ustaleń dotyczących m.in. tego, jaki materiał na obudowy kolumn jest najlepszy. Proste? Bynajmniej. Spójrzcie na rynek, a okaże się, że do wykonania poczciwych skrzynek używa się: szkła, betonu, drewna, kamiennych konglomeratów, MDF-u, włókien węglowych, ogólnie pojętego plastiku …. i aluminium. Po co ta wyliczanka? Jako wprowadzenie do testu już trzeciego goszczącego na naszych łamach modelu kolumn głośnikowych zza wielkiej wody YG Acoustics Sonja 2.2, których pomysłodawca jako swoją biznesową karmę przyjął postanowienie wykorzystywania do ich budowy jedynie dla niego słusznego półproduktu w postaci aluminium, a których pojawienie się w naszych okowach zawdzięczamy sporemu wysiłkowi logistycznemu łódzkiego dystrybutora CORE trends.

Pisząc już trzecią relację z testów konstrukcji spod szyldu YG i dogłębnie analizując aparycję Sonji 2.2, z racji jedynie zwiększania się zastosowanego w najmniejszym modelu Carmel 2 monolitu, sporo informacji będzie się powtarzać. Jakie to dane? Otóż tak jak w poprzednich kolumnach, tak i w tym przypadku oprócz bardzo ważnej dla wielu potencjalnych nabywców informacji, iż są to konstrukcje zamknięte, w temacie obudowy mamy do czynienia z pomysłem zapożyczenia wyglądu będącej chlubą Paryża Wieży Eiffla, czyli zwężającej się ku górze płynnym łukiem (z wyjątkiem pleców) czworobocznej w podstawie smukłej aluminiowej bryły. Co istotne, gdy wspomniany startowy model podłogowy w kwestii nośnika dla przetworników był zwartą całością, to tytułowe czarne panny 2.2 są jak gdyby konglomeratem modułu wysoko-średniotonowego z basowym, czyli mówiąc wprost obudowa tuż pod sekcją środka z wysokimi tonami została odcięta od niskotonowca. Myślicie, że to źle? Zapewniam, że nie, gdyż konsolidacja obydwu połówek za sprawą kilku stożkowych prowadnic jest bardzo zwarta, co praktycznie eliminuje problem szkodliwego oddziaływania na siebie poszczególnych boxów. Jeśli chodzi o tematykę zastosowanych przetworników, to z wyjątkiem wysokotonówki (najnowsza hybryda membrany tekstylnej i aluminiowego szkieletu) są rozwiązaniem firmowym, czyli idąc za myślą przewodnią marki YG ich membrany są aluminiowe. Ale nie pod postacią mającego spore problemy z przeciwdziałaniem wyginania się podczas tłokowej pracy odlewu, tylko zwiększającej sztywność całej płaszczyzny, wytoczonej z jednego puca stożkowej niecki. Ciekawe? Naturalnie, że tak. I powiem Wam, że to słychać w fenomenalnej szybkości oddania impulsu w wymagających pasażach nutowych, a o to przecież zazwyczaj toczy się jedna z walk podczas budowania tego typu konstrukcji. Jeśli jesteśmy już przy głośnikach jestem zobligowany nadmienić, iż w przypadku modelu Sonja 2.2 mamy do czynienia z usytuowanym tuż przy podstawie jednym basowcu (10.25”) i zlokalizowanym w górnej skrzynce układzie D’Appolito, czyli okalaną od góry i dołu przez średniaki (6”) wysokotonówką (1”). Sprawę podwojonych przyłączy dla kabli głośnikowych dość zmyślnie zrealizowano w stosownym zagłębieniu na wysokości łączenia się pleców obydwu połówek kolumny. Zaś stabilizację całości konstrukcji powierzono trzem dość wysokim, wkręcanym w podstawę kolcom i wykonanym ze sztucznego tworzywa podkładkom.

Aplikacja tytułowych kolumn w doposażonym na czas ich testu w set pre-power 1110+ 1160 amerykańskiej marki Boulder zestawie potwierdziła jedno. Model Sonja 2.2 nie wywraca do góry nogami wypracowanego przez niżej pozycjonowane w portfolio marki konstrukcje pomysłu na dźwięk. To nadal jest bardzo neutralne, ale bardzo interesujące, nawet dla takiego wielbiciela podwyższonego poziomu muzykalności systemu jak ja granie. Co to oznacza w moim przypadku? Nic nadzwyczajnego. Wystarczy aby owa neutralność nie nosiła znamion dążenia do wyczynowości w prezentacji krańcowych zakresów pasma przenoszenia. Co mam na myśli? Osobiście nie lubię, gdy po pierwsze – najniższe rejestry nie oferują nic poza, co prawda spektakularnym, jednak na dłuższą metę męczącym, bo wypranym z pakietu masy, kopaniem moich trzewi basem. A po drugie – gdy w pierwszym kontakcie wydające się rewelacyjnymi wysokie tony już po kilku minutach zdają się przecinać w moim ośrodku zarządzania ciałem delikatne połączenia nerwowe.
Naturalnie zdaję sobie sprawę z bytu lubującej się w przywołanej estetyce dźwięku sporej grupy audiofilów – niestety taka prezentacja przez melomanów jest nie do zaakceptowania, jednak z racji sporej odległości takiego pomysłu na dźwięk od natury nie tylko, że natychmiast to odrzucam, to jeszcze bez uprawiania wszechwiedzy, ale staram się o tym wspomnieć w swoich tekstach. Na szczęście Amerykanie w tej materii wiedzą, gdzie znajduje się punkt „g” dobrej, bo neutralnej fonii i bez problemu wpompowali swoje wieloletnie doświadczenia w model Sonja 2.2. Jak owa karma wygląda w starciu z różnorodną muzyką? Jak to jak, podobnie do tańszego rodzeństwa, czyli swobodnie w górze, dobrze w domenie wysycenia i świetnie w dole pasma, tylko lepiej. Czyli? Weźmy na początek na tapet muzykę elektroniczną czasem słuchanego przeze mnie zespołu Acid. To jest komputerowe szaleństwo w najczystszej postaci. Nisko schodzące, trwające po kilka minut podczas jednego kawałka sejsmiczne pomruki, preparowana wokaliza i wszechobecne przeraźliwe przestery są tutaj na porządku dziennym, a mimo to nasze bohaterki bez problemu potrafiły sprostać wszelkim wspomnianym wymaganiom. Gdy miałem dostać strzał w ucho nagłym przesterem, kolumny strzelały nim jak z broni maszynowej. Zaś w momencie zapotrzebowania na lejący się po podłodze mojego pokoju najniższy ciągły pomruk, stojąca na stoliku obok mnie napełniona szlachetnym trunkiem szklaneczka Whisky przypominała mi efekt wizyty w kinie 5D. Interesujące, nie sądzicie? Dla mnie jak najbardziej. Naturalnie biorąc pod uwagę możliwości 10-calowego basowca w stosunku do mojej 15-calowej miski w ISIS-ach da się odtworzyć ten zakres nieco lepiej. Jednak będąc sprawiedliwym należy mierzyć siły na zamiary, dlatego też w oparciu o tę tezę, pisząc o fantastyczności wspomnianych artefaktów w wykonaniu dwóch dwójek czuję się w pełni usprawiedliwiony. Weźmy inny materiał. Tym razem nadal coś z wykopem, jednak z instrumentami naturalnymi, czyli tętniący energią free-jazz spod znaku Johna Zorna i jego koncertowego materiału MASADA First Live 1993. Nagłe zmiany akcji w postaci żonglerki szybkością rytmu i spierających się sonicznie instrumentów nie zrobiły na smukłych Amerykankach żadnego wrażenia. A co w tym wszystkim było najciekawsze, te wydawałoby się że bezduszne, bo metalowe (aluminium) głośniki średniotonowe, zaskakująco dobrze potrafiły tchnąć w przekaz sporą dawkę barwy, a przez to fantastycznie różnicować dźwięk saksofonu i trąbki. Co w tym takiego trudnego? Otóż z doświadczenia wiem, iż bywa z tym różnie. To znaczy? Tak, tak, to jest podstawówka, jednak dla spokoju ducha przypomnę, iż mimo wykorzystania do zbudowania obydwu instrumentów arkusza blachy, saksofon w konsekwencji użycia stroika do wydania drgań powietrza jest klasyfikowany jako instrument drewniany, z wychwyceniem czego kilkukrotnie w swej zabawie w opiniowanie sprzętu audio miałem drobny problem. Na szczęście, amerykańskie konstrukcje tym razem bez najmniejszego trudu sobie z owym różnicowaniem poradziły.
Na koniec tego trochę ocierającego się o laurkę tekstu i na dobicie potencjalnego interlokutora, wspomnę o moim koniku, czyli muzyce okresu Baroku. To w prawie każdym aspekcie była uczta dla uszu. Rozmach na fenomenalnie napowietrzonej posadce kubatur kościelnych, świetnie oddanie pracy echa w służbie realizatora nagrań, ciekawa wielobarwność wokalizy i idealnie współbrzmiących z nią instrumentów dawnych, referencyjne pozycjonowanie źródeł pozornych i dobre oddanie ducha tamtych czasów było wodą na młyn moich duchowych doznań. Czegóż chcieć więcej? Właśnie. Ale spokojnie. To nie jest przysłowiowa łyżka dziegciu, gdyż w najmniejszym stopniu nie uważam tego za mankament, tylko zakorzenioną gdzieś w moich oczekiwaniach potrzebę większej dawki słodyczy w tego rodzaju repertuarze. Ale zaznaczam, trochę szukam usprawiedliwienia swoich ochów i achów, dlatego też zanim weźmiecie ten punkt na poważnie, musicie zderzyć oceniane kolumny w swoim zestawie, który ów punkt może całkowicie wyeliminować. Dlatego też w pełni świadomie biorąc ostatnie wyznanie pod uwagę podpisuję się pod bardzo dobrą oceną amerykańskich kolumn obydwoma rękami.

Przyznam szczerze, iż dawno w starciu z kolumnami nie zaznałem tylu pozytywnych doznań. To było nieco inne niż mam na co dzień, jednak nadal będące niedaleko moich oczekiwań, granie. Po prostu Amerykanie w innym miejscu postawili punkt ciężkości generowanego dźwięku. A że reszta aspektów typu: fenomenalna rozdzielczość, holografia, szybkość narastania sygnału, budowanie głębi, ciekawa jak na metalowe głośniki barwa, były na poziomie szczytowych konstrukcji segmentu High End, w momencie rezygnacji z posiadanych Trennerów YG Acoustics Sonja 2.2 byłby pierwszą konstrukcją na liście do długoterminowego ożenku. Czy to jest dźwięk dla wszystkich? Niestety nie. Jak to możliwe? Otóż widzę jeden przypadek ewentualnej porażki. Chodzi mianowicie o optowanie za szkodliwą dla oddania wszelkich zapisanych na płytach informacji, zazwyczaj monotematyczną, czyli uśredniającą przekaz zbyt gęstą od nadmiernego wysycenia przekazu, eufonię systemu. Zatem jeśli lejąca się z kolumn gęsta lawa nie jest w waszej estetyce, biorąc za dobrą kartę moje zauroczenie tymi konstrukcjami, w przypadku nawet niezobowiązującej próby sił z niestety sporą ceną kolumn, będziecie mieli problem z oddaniem ich do dystrybutora. Lojalnie ostrzegam.

Jacek Pazio

Opinia 2

Po zaskakująco budżetowym, przynajmniej jak na nasze standardy, lecz w swojej kategorii wręcz wybitnym przewodzie zasilającym Tellurium Q Silver Power w ramach nie tyle rekompensaty, dla wszystkich tych z Państwa, którzy (nie mając z ww. kablem do czynienia i nie doświadczywszy na własne uszy jego potencjału) mogli się poczuć urażeni takim pozornym obniżeniem lotów, co dla zwykłego zachowania równowagi w dzisiejszej odsłonie zajmiemy się swoistym ekstremum z przeciwległego krańca skali. Tak się bowiem złożyło, iż pomimo wakacji, czyli pełni sezonu ogórkowego, bynajmniej nie dość, że nie narzekamy na brak „materiału badawczego”, to co i rusz udaje nam się wyłuskać wielce smakowite okazy. I właśnie w rezultacie jednego z takich połowów możemy obwieścić, iż dzięki uprzejmości i nieocenionemu zaangażowaniu logistycznemu (proszę tylko spojrzeć na unboxing) ekipy łódzkiego CORE trends mieliśmy szaloną przyjemność gościć u siebie ultra high-endowe amerykańskie kolumny YG Acoustics Sonja 2.2, na test których niniejszym zapraszamy.

Jak z pewnością nasi wierni Czytelnicy kojarzą, to już trzecie spotkanie z kolumnami wychodzącymi spod rąk Yoava Gevy na łamach SoundRebels. Przygodę z YG Acoustics rozpoczęliśmy od filigranowych Carmeli 2, które niejako naginając prawa fizyki, zaskoczyły nas skalą i wyrafinowaniem reprodukowanego dźwięku, by już z odpowiednim bagażem oczekiwań, dać się uwieść usytuowanym oczko wyżej w firmowym cenniku, nieco większym Hailey 1.2. Dziś po raz kolejny niemalże podwajamy stawkę i z pułapu mniej więcej ćwierci okrągłego miliona dość swobodnie przekraczamy czterysta tysięcy. W dodatku awansujemy też pokoleniowo, gdyż o ile zarówno Carmel, jak i Hailey swą nomenklaturę zawdzięczają progeniturze Yoava (Carmel otrzymał imię syna a Hailey córki), to już Sonja to imię Małżonki, więc zarówno świadomy wybór życiowej partnerki, jak i Najwyższa Izba Kontroli konstruktora. Krótko mówiąc żarty się skończyły. Widać to z resztą już od progu, gdyż o ile „dziatwa” przychodzi w jednym kawałku, to już tytułowe kolumny, poniekąd z racji swojej, zupełnie nieadekwatnej do wiotkiej postury, wagi wynoszącej bolesne (dla kręgosłupów dostarczycieli) 130 kg / szt. całe szczęście są podzielone na moduły średnio-wysokotonowe i basowe, i tak też – w osobne skrzynie pakowane. Warto mieć również świadomość, iż do zespolenia ww. segmentów przyda się co najmniej trzech chłopa, gdyż oprócz nad wyraz precyzyjnego nasadzenia sekcji średnio-wysokotonowej na basowy postument trzeba jeszcze je zabezpieczyć dwiema (na kolumnę) blisko półmetrowymi nagwintowanymi szpilami. Do tego dochodzi montaż kolców, z którym samemu raczej nie sposób sobie poradzić. Za to efekt finalny powyższych działań zapiera dech w piersiach, gdyż Sonje prezentują się wprost obłędnie. Smolisto-czarne, wykonane wręcz z mikrochirurgiczną (miejscami do 20 μm) precyzją z lotniczego aluminium (6061-T651) korpusy robią piorunujące wrażenie, a jednocześnie reprezentują ponadczasową, skromną elegancję stojąc w oczywistej opozycji do np. kapiących iście bizantyjskim przepychem konkurencyjnych modeli Kharmy. Patrząc jednak tak na gabaryty, jak i na wykorzystane w Hailey (122 x 33 x 54 cm) oraz w Sonjach (129 x 33 x 63 cm) przetworniki dość trudno logicznie wytłumaczyć blisko 70% przyrost wagi. I rzeczywiście – nie bierze się on znikąd, lecz jest pochodną zastosowania … podwójnych obudów. Tak, tak – dokładnie, jak napisałem – podwójnych. I nie chodzi mi o dwuwarstwowe ścianki, lecz o faktyczne umieszczenie w zewnętrznych obudowach drugich – odpowiednio przeskalowanych, wewnętrznych obudów. Taką „matrioszko-podobną” budową pochwalić się jeszcze mogą flagowe Sonje XV. Ponadto, zgodnie z wyznawaną przez konstruktora ideologią wnętrza korpusów pozbawione są jakiegokolwiek miękkiego wytłumienia, które jedynie degraduje potencjał użytych drajwerów.
Fronty Sonji 2.2 zdobią wielce intrygujące – firmowe zestawy przetworników. Zbiegającym się zarówno ku górze, jak i tyłowi modułem basowym włada ultra-sztywny, wycinany z jednego bloku aluminium 10.25″ woofer BilletCore™ zabezpieczony jedynie ażurową barierką. O ile jednak wystawiona na widok publiczny powierzchnia membrany jest idealnie gładka, to warto mieć świadomość, iż od strony układu magnetycznego posiada ona szereg wyfrezowanych wzmocnień. Podobną, dość iluzoryczną ochronę, otrzymały grające w układzie D’Appolito, wykonane w takiej samej technologii jak basowiec, 6” przetworniki średniotonowe, pomiędzy którymi usadowił się własnej produkcji 1” wysokotonowiec. Wspominam o tym, gdyż w Hailey mieliśmy do czynienia ze swoistą formą pośrednią pomiędzy dostępnymi na rynku drajwerami a konstrukcją własną, czyli jedwabiem dostarczanym przez niemieckie przedsiębiorstwo Kurt Müller i gruntownie modyfikowanym układem magnetycznym z serii Illuminator skandynawskiego ScanSpeaka. Tymczasem w Sonjach mamy całkowicie autorskie rozwiązanie stanowiące połączenie zalet miękkiej, tekstylnej kopułki i twardych a zarazem ultra-sztywnych przetworników metalowych. W telegraficznym skrócie wygląda to tak, że na trójramiennym i ultra lekkim (30 mg) aluminiowym profilu rozpięta została tekstylna – jedwabna membrana a całość napędza zaawansowany układ magnetyczny. W rezultacie osiągnięto, pod względem wytrzymałości, efekt lepszy aniżeli jakikolwiek dostępny „metalowy” tweeter, lecz bez charakterystycznego „dzwonienia”. Jednak ponieważ jeden obraz jest wart więcej aniżeli tysiąc słów, tym razem nasze zwyczajowe bajanie wzbogacę materiałem filmowym przedstawiającym tak technologię, jak i zalety zaimplementowanego w Sonjach autorskiego tweetera BilletDome:

I jeszcze miły drobiazg. Otóż nawet znajdujące się w komplecie zwory wykonywane są na miejscu – przez YG i składają się z umieszczonego pomiędzy dwoma aluminiowymi profilami, pokrywanego złotem płata miedzi o wysokiej czystości. Aha – podwójne terminale też są oczywiście produkcji YG ;-)

Iście aptekarska precyzja wykonania, własne przetworniki i obsesyjna wręcz dbałość tak o aspekt techniczny, jak i pozornie nieistotne detale mogłyby wskazywać na dążenie do laboratoryjnej antyseptyczności, brak własnego charakteru, czy obojętną neutralność. Tymczasem niższe modele dość wyraźnie wszystkim powyższym dywagacjom przeczą. Podobnie jest z Sonjami 2.2, którym można zarzucić wszystko, tylko nie nadmierną analityczność i prosektoryjny chłód. O nie. Bowiem to, co tytułowe kolumny sobą reprezentują, z jednej strony wywodzi się z potencjału, jaki udało nam się odkryć w Carmelach i Hailey’ach a z drugiej wynosi owe cechy na zdecydowanie wyższy pułap. I to pułap iście stratosferyczny, gdyż nawet abstrahując od niewątpliwie ultra high-endowej ceny już od pierwszych taktów wiadomo, że Sonje to jedne z najbardziej ekstremalnych a zarazem niepozornych konstrukcji, jakich dane mi było słuchać. Jednak, aby owe pierwsze takty były w stanie trącić odpowiednie struny naszej wrażliwości odpowiedzialne za poczucie doświadczania absolutu trzeba się nieco postarać i zapewnić amerykańskim ślicznotkom odpowiednie warunki egzystencji. O ile jednak nasz dyżurny OPOS okazał się tak pod względem kubatury, jak i akustyki (spora w tym zasługa ustrojów Artnovion) wręcz idealny, to znając apetyt na prąd niższych modeli zapobiegliwie postaraliśmy się o również pochodzącą ze Stanów amplifikację pod postacią, dostarczonych przez stołeczną ekipę SoundClubu, „małych” Boulderów – przedwzmacniacza 1110 i stereofonicznej końcówki mocy 1160 (test wkrótce). I to było to.
Zacznijmy jednak od początku, czyli postarajmy się możliwie na spokojnie przeanalizować walory brzmieniowe tytułowych kolumn. Wielogłośnikowe (po 4 drajwery na stronę), modułowe, w dodatku w ¾ (i pół) na twardych, aluminiowych przetwornikach i również aluminiowych obudowach YG zachwycają nie tylko zjawiskową koherencją, ale i dojrzałą, soczystą barwą, którą w pierwszej chwili można byłoby nazwać wręcz słodką. Jednak nie jest to słodycz lepka i ciężka, lecz szukając kulinarnych analogii rzekłbym, że cytrusowa, chociaż nie, zdecydowanie bardziej do Sonji pasuje mi porównanie do dobrze zbudowanego a zarazem niebanalnego i niestety z tego co mi wiadomo od dłuższego czasu niedostępnego chilijskiego Botalcura Chardonnay La Porfia Grand Reserve 2003, gdzie przy niezaprzeczalnej wytrawności i swoistej wręcz maślaności można było wyczuć brzoskwiniowo – grapefruitowe przebłyski. I tutaj mamy dokładnie bliźniaczy przypadek. Dół pasma jest bowiem na swój sposób krągły i właśnie „dobrze zbudowany”, lecz jednocześnie niezwykle zwinny, zróżnicowany i kontrolowany, o ile tylko dostanie odpowiednią dawkę prądu a współpracujący z kolumnami wzmacniacz charakteryzować będzie wysoki współczynnik tłumienia. Weźmy na ten przykład ścieżkę dźwiękową „Batman v Superman: Dawn Of Justice” autorstwa duetu Hans Zimmer / Junkie XL, gdzie basu nie dość, że jest dużo, to idzie on w parze z wielką, iście hollywoodzką symfoniką, więc basowce przez 99 % nagrania po prostu mają co robić a jednocześnie muszą się pilnować, by nie zawłaszczać w kulminacyjnych momentach reszty pasma. I to właśnie w Sonjach robią – uderzają z impetem, jakiego po takich, bądź co bądź, relatywnie niewielkich kolumnach raczej się nie powinniśmy spodziewać, a jednocześnie potrafią z równie zaskakującą natychmiastowością z owego ataku się wycofać i z iście apokaliptycznego ryku, oraz ściany dźwięku przejść do pojedynczych akordów, czy też onirycznych, zawieszonych w oddali impresjonistycznych plam dźwięku.
Równie zjawiskowo wypada gęsta i niesamowicie soczysta średnica, której nie tylko nie brakuje rozdzielczości, lecz i niezwykle sugestywnego oddechu, dzięki czemu z jednej strony wokaliści – soliści materializują się tuż przed nami a z drugiej dalsze plany, jak i ich gradacja, kreują wielce sugestywną, trójwymiarową przestrzeń. Efekt ten nie jest jednak permanentny i globalny, tzn. nie uszlachetnia każdego nagrania jak leci, grając wszystko na jedno kopyto, tylko jeśli materiał źródłowy na to pozwala, to wtedy owa przestrzenność i namacalność rozwijają skrzydła. Jednak w przypadku, gdy takowych informacji u źródła nie ma, to nawet YG nie są w stanie same z siebie ich wyczarować. Weźmy na ten przykład nasz dyżurny krążek testowy, czyli „Ariel Ramirez: Misa Criolla / Navidad Nuestra” Mercedes Sosy, gdzie dystans dzielący solistkę od usytuowanego za nią chóru można odmierzać z centymetrem w dłoni, oraz również firmowany przez nieodżałowaną wokalistkę album „Cantora” z niesamowitym, wzruszającym duetem z Shakirą w „La Maza”, gdzie owej zjawiskowej przestrzeni niestety nie było z czego wyczarować, gdyż obie panie nagrywały w standardowych studyjnych „budkach”. I Sonje tę różnicę podały niemalże na srebrnej (aluminiowej?) tacy, jednak nie deprecjonując żadnego z projektów realizacyjnych, osąd pozostawiły odbiorcy.
No i niejako na deser zostawiłem najwyższe składowe, które prawdę powiedziawszy są klasą same dla siebie. Łączą bowiem w sobie niezwykłą gładkość i jedwabistość z nieosiągalną dla większości znanych mi, w dodatku nie tylko tekstylnych, przetworników rozdzielczością i precyzją. Kontury poszczególnych instrumentów kreślone są tak pewną ręką i tak „ostrą” kreską, że trudno oderwać od nich wzrok. Jest w tym coś hipnotyzującego – coś w stylu fascynacji ostrzem katany zdolnej rozciąć zwiewną, położoną na niej jedwabną chustę. Jednak efekt ten YG osiągają nie poprzez sztuczne podbicie, wyostrzenie krawędzi, czy też metody znane z fotograficznych technik HDR, lecz jedynie na drodze czerpania z natywnych – dla nich całkowicie naturalnych „zasobów własnych”. Proszę tylko posłuchać przeplatanego ciszą, niezwykle nastrojowego wydawnictwa „Tribute to Tomasz Stańko” Piotr Schmidt Quartet, gdzie fortepian, trąbka i perkusja odzywają się nad wyraz oszczędnie, a wspomniana cisza jest równie istotna, co pozostałe instrumentarium. W dodatku „szemrzącą” w tle perkusję utkano niczym najdelikatniejsze koronki z Koniakowa i zawieszono w aksamitnej czerni tła, przez co brzmi ona zdecydowanie delikatniej i subtelniej aniżeli operujący na bliższym planie fortepian, czy też grająca „pierwsze skrzypce” trąbka.
I tu właśnie dochodzimy do sedna, gdyż ów spektakl, dzięki Sonjom, obserwujemy oczywiście z punktu widzenia widza, lecz nie wegetującego przed ekranem wysokiej rozdzielczości a siedzącego w pierwszym rzędzie kameralnego jazzowego klubu. Mamy zatem do czynienia z niezwykle bliską wrażeniu „live” intensywnością doznań i praktycznie całkowitym brakiem własnych preferencji amerykańskich kolumn, przez co nie musimy czuć się w jakikolwiek sposób ograniczeni ich ewentualną „manierą”.

W związku z powyższymi superlatywami zasadnym wydaje się pytanie, czy YG Acoustics Sonja 2.2 są kolumnami idealnymi. Cóż, patrząc na nie z czysto subiektywnej, znaczy się mojej własnej, perspektywy śmiem twierdzić, że tak. Oferują bowiem niezwykle miły memu sercu i osobistym preferencjom wachlarz umiejętności obejmujący fenomenalną rozdzielczość, soczystość średnicy i potęgę nisko schodzącego a zarazem świetnie zróżnicowanego i pozbawionego suchości basu. Jednak doskonale zdaję sobie sprawę, iż dla części audiofilskiej braci tytułowe YG wydawać się mogą nadto ucywilizowane i zbyt mało wyczynowe. Chodzi bowiem o to, że pomimo najszczerszych chęci i nieraz bezsprzecznie agresywnego repertuaru (vide „Countdown To Extinction” Megadeth) ani razu nie udało mi się nakłonić Sonji do ofensywności, czy też właśnie owej wyczynowości sprawiającej, iż po godzinnej sesji odsłuchowej czujemy się ewidentnie zmęczeni fizycznie. Dlatego też jeśli szukacie Państwo doznań ekstremalnych a dźwięk wymarzonego systemu ma Was każdorazowo poniewierać, to YG nie spełnią Waszych oczekiwań. W każdym innym przypadku kontakt z Sonjami 2.2 może oznaczać koniec poszukiwań.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl ISIS
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up: Thrax Trajan

Dystrybucja: CORE trends
Cena: 437 831 PLN

Dane techniczne:
Wykorzystane przetworniki: 10,25” BilletCore™ basowy, 2 x 6” BilletCore™ średniotonowe, 1” BilletDome™ tweeter z układem ForgeCore™
Budowa: trójdrożna, zamknięta
Częstotliwości podziału: 65 Hz, 1.75 kHz
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 40 kHz
Częstotliwość podziału: 65 Hz, 1.75 kHz
Skuteczność: 88dB
Impedancja: 4Ω nominalna, 3Ω minimum
Wymiary Sonja™ 2.2 (W x S x G): 129 x 33 x 63 cm
Waga: 130 kg szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Tellurium Q Silver Power

Opinia 1

Skoro jednym z najbardziej nośnych tematów ostatnich miesięcy stały się ceny energii elektrycznej a dokładnie planowane / prognozowane i oczywiście stanowiące element minionej kampanii wyborczej mniej, bądź bardziej nieuchronne jej podwyżki, niejako czując pismo nosem postanowiliśmy z większą aniżeli zazwyczaj uwagą śledzić sytuację na rynku audio. Skoro bowiem dla „gospodarstw domowych” ewentualne podwyżki przynajmniej do końca roku są zamrożone, to zrozumiałym jest, iż dostawcy w realiach drastycznego wzrostu kosztów własnych (wzrost cen uprawnień emisji CO2) muszą ratować się innymi metodami, czyli m.in. cenami przesyłu. I w tym momencie wkraczamy na nasze podwórko, a dokładnie na medium, którym ów przesył jest realizowany, czyli … dobrze się Państwo domyślacie – chodzi o okablowanie prąd do naszych drogocennych urządzeń dostarczające. Oczywiście na powyższy wywód proszę patrzeć jeśli nie z przymrużeniem oka, to chociaż przez palce, ale pół żartem, pół serio obserwując to, co dzieje się w High-Endzie można dojść do wniosku, że tanio to już niestety było. Wystarczy tylko wspomnieć Siltecha i jego flagowy model Triple Crown Power za bagatela 13 000 € za 1,5m. Szaleństwo? Bez wątpienia. Skoro jednak jest popyt na tego typu „biżuterię” to szczęśliwcom, którzy mogą sobie na nią pozwolić wypada tylko szczerze pogratulować a nam pozostają wyjazdowe, czy też redakcyjne odsłuchy i mając świadomość istnienia takich referencji dwoić się i troić, by znaleźć coś, co zdoła spełnić nasze coraz wyższe wymagania, zarazem nie rujnując domowego budżetu. Dlatego też w ramach wzmożonej eksploracji znajdującego się w kręgu naszych zainteresowań segmentu rynku, wzięliśmy pod lupę ofertę producenta, który choć w świadomości złotouchej braci ma ugruntowaną pozycję, to jednak niekoniecznie z przewodami zasilającymi jest kojarzony. Mowa o Tellurium Q, który niedawno, a dokładnie na początku maja, właśnie o takowy asortyment wzbogacił swoje portfolio a my, dzięki uprzejmości dystrybutora – Szymański Audio, mogliśmy przez ponad miesiąc znęcać się nad całkiem rozsądnie, jak na audiofilskie standardy, wycenionym modelem Silver Power.

O prowadzonej od lat przez Geoffa Merrigana walce ze zniekształceniami fazowymi pisaliśmy już wielokrotnie, więc zainteresowanych tematem odsyłam do naszych wcześniejszych wynurzeń. Tym razem zajmiemy się bowiem innym, poruszonym niejako przy okazji naszego ostatniego testu flagowych Statementów a dokładnie zasilającego Statement Power zagadnieniem, czyli konfekcją. Po prostu spokoju nie dawał nam fakt, iż na „sieciówkę” za drobne 22 kPLN założono li tylko podstawowe, rodowane 11-ki Furutecha. Okazało się jednak, że wcale nie chodziło o „optymalizację kosztów własnych”, lecz o fakt, iż Geoff do ww. tematu podchodzi, przynajmniej z naszego (niewątpliwie spaczonego) punktu widzenia zaskakująco … niekonwencjonalnie, uznając konfekcję za element istotny, acz niekoniecznie mający fundamentalny i krytyczny wpływ na finalne brzmienie danego przewodu. Ekipa Tellurium Q dąży do uzyskania jak największej synergii w konkretnym, układzie za jaki można uznać gotowy przewód, co nie zawsze oznacza konieczność stosowania topowych – „biżuteryjnych” wtyków. Zamiast bowiem przeznaczać środki na łapiące za oko kolokwialnie mówiąc „wtyczki” Brytyjczycy wolą kierować je do działu R&D. Dlatego też przyjmujemy do wiadomości taką argumentację i przestajemy marudzić na widok, tym razem złoconych, 11-ek ww. Furutecha.
Sam przewód dociera do użytkownika w eleganckim, acz nieprzesadzonym pod względem ornamentyki kartonowym, zunifikowanym w obrębie całego portfolio pudełku wyściełanym cienką bibułą. Skoro temat konfekcji możemy uznać za wyczerpany to pozostaje tylko dodać, iż przewód pokrywa czarny, estetyczny nylonowy peszel zakończony przy wtykach białymi termokurczkami z nazwą modelu i firmowym logotypem. W porównaniu z moim dyżurnym Furutechem Nanoflux NCF i Acoustic Zen Gargantua II angielski zawodnik reprezentuje zdecydowanie niższą kategorię wagową, co z jednej strony przekłada się na jego dość niepozorną średnicę i całkiem rozsądną ergonomię pozwalającą na bezproblemowe umieszczenie go za systemem audio.

No i najważniejsze, czyli brzmienie. W tym momencie pewnie narażę się zarówno dystrybutorowi, jak i ortodoksyjnym akolitom High-Endu wyznającym zasadę, że jakość „musi” kosztować (w domyśle krocie). Chodzi bowiem o to, że przynajmniej dla mnie, na moje ucho i w moim systemie Tellurium Q Silver Power wypadł relatywnie … może nie tyle lepiej od szlachetniej urodzonego Statementa, co w mojej subiektywnej ocenie ciekawiej. Bowiem Statement, choć niezaprzeczalnie bardziej wyrafinowany, rozdzielczy, muzykalny i nasycony, miał w sobie pewną dostojność, czy wręcz delikatną zachowawczość przed spontanicznym wyrażaniem emocji. Tymczasem Silver, nie musząc wbijać się w sztywny szablon królewskich konwenansów i etykiety, z wrodzoną beztroską może iść, i idzie, na przysłowiowy żywioł. Oferowana przez niego góra jest odważna, otwarta i lśniąca, acz całkowicie pozbawiona ofensywności i ziarnistości. Może nie jest to ten poziom rozdzielczości, co w „landrynce” Furutecha, ale to nadal zaskakująco wysoki, na tym pułapie cenowym poziom. W każdym bądź razie ilość powietrza, czy też zdolność odwzorowania akustyki pomieszczeń w jakich dokonano nagrań powinna usatysfakcjonować nawet najbardziej wybredne uszy. Wystarczy bowiem posłuchać monumentalnego wykonania „J.S. Bach: Organ Works” Masaaki’ego Suzuki, gdzie z jednej strony mamy w pełni kontrolowany pogłos i otwartość góry a z drugiej najniższe rejestry zdolne dotrzeć do najniższych kondygnacji piekieł. Jeszcze ciekawiej przedstawiała się sytuacja na „Śto-krzyska Epopeja” DesOrient i Józefa Skrzeka, gdzie niepozbawione sybilantów i nieco „kanciaste” deklamacje Marka Piekarczyka wypadły nad wyraz realistycznie. Nijakich kanciastości natomiast nie odnotowałem na baśniowej i eterycznej, wydanej przez stricte audiofilskie 2L, „Ljos” Fauna Vokalkvintett. Dopieszczone, iście referencyjne wokalizy uchwycone we wnętrzu norweskiego Bryn Church doskonale pokazywały zalety natywnych plików hi-res. Warto mieć bowiem świadomość, iż całą sesję zarejestrowano w DXD 352.8kHz/24bit i to po prostu słychać. Fenomenalnie zabrzmiał również nie mniej klimatyczny i nastrojowy, jednak utrzymany w diametralnie innej estetyce album „Sounds of Mirrors” Dhafera Youssefa. To swoista podróż po środkowo-wschodnio-jazzowych klimatach, gdzie nadrzędnymi wartościami jest wewnętrzny spokój i brak jakichkolwiek gwiazdorskich ciągot. To raczej przyjacielski dialog, w którym zamiast słów muzycy używają swoich instrumentów. Mamy rozmarzoną lutnię oud Dhafera Youssefa, niesamowicie plastyczną tablę Zakira Hussaina, klarnet Husnu Senlendirici i gitarę Eivinda Aarseta. W ramach ciekawostki jedynie wspomnę, iż choć nagrań dokonano w Bombaju i Istambule, to całość została zmiksowana w szwedzkim studiu Nilento Göteborg, więc mamy do czynienia z istnym tyglem estetyczno-kulturowym.
Opuszczając strefę wysublimowania i szeroko rozumianego komfortu sięgnąłem po krążek nad wyraz rzadko pojawiający się wśród recenzenckiego repertuaru, czyli „I Loved You at Your Darkest” Behemotha, gdzie agonalny growl Nergala wspiera pozornie kakofoniczna i siejąca totalną destrukcję w umysłach niewinnych małoletnich prawdziwa ściana dźwięku złożona z perkusyjnych blastów i ciężkich jak dowcip posła Suskiego, chłoszczących nasze zmysły gitarowych riffów. I to właśnie w tak ekstremalnych klimatach Tellurium Q pokazuje swój pełen potencjał, bowiem zamiast iść na skróty stwierdzając, że skoro klient chce łomotu to takowy, przypominający odgłosy wiadra śrub i gwoździ wsypanych do pralki i ustawionych na wirowanie przy 1200 obrotach dostanie, potrafi zachować nie tylko pełną kontrolę co wgląd w najdalsze plany. Co dzięki temu zyskujemy? Coś, czego śmiem twierdzić raczej się Państwo po takiej muzyce nie spodziewacie – złożoność, logikę i mroczne, bo mroczne, ale jednak piękno. Bowiem za tą klasyczną, odstręczająca co wrażliwsze jednostki, blackmetalową fasadą mamy przecież iście wagnerowskie, lub jak kto woli hollywoodzkie partie symfoniczne z udziałem 17-osobowej orkiestry pod batutą Jana Stokłosy, gregoriańskie zaśpiewy, czy nawet delikatne akustyczne gitarowe solo, o dziecięcym chórze nawet nie wspominając. Łącząc powyższe elementy w spójną całość z łatwością powinniśmy zauważyć analogię do wzorowanej, inspirowanej dziełami średniowiecznych mistrzów, nad wyraz bogatej poligrafii obfitującej w zdjęcia Sylwii Makris.

Nie da się ukryć, że w dobie tendencji do szaleńczego pędu ku cenowej stratosferze, gdzie „sky is the limit” Tellurium Q Silver Power jest nie lada zaskoczeniem. W dodatku zaskoczeniem w 100% miłym a więc tak naprawdę niespodzianką pozwalającą ziścić audiofilskie marzenia o wyrafinowanym, lecz niepozbawionym żywiołowości dźwięku w całkiem rozsądnej cenie. Nurtuje mnie tylko jedno pytanie – Co pocznie Geoff Merrigan z topowymi Statementami, skoro już Silvery niespecjalnie skłaniają do dalszych poszukiwań. Ale to już Jego problem, a konsumentom wypada mi tylko szczerze polecić tytułowe przewody.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Pochodząca z Wysp Brytyjskich kablarska marka Tellurium Q od jakiegoś czasu jest bardzo dobrze rozpoznawalnym bytem na naszym rynku audio. Co ważne, dla wielu miłośników dobrej jakości dźwięku, jej oferta jest dość mocno zróżnicowana. To zaś oznacza, że wspomniane portfolio jest w stanie zaoferować coś ciekawego dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego, jak i prawdziwego wyjadacza segmentu High End. Jednak bogata paleta produktowa bez względu na jej popularność pośród potencjalnych zainteresowanych nie może oznaczać spoczęcia na laurach, nie tylko będącego zarzewiem naszego spotkania przy ekranie komputera, ale żadnego innego producenta. Dlatego też bohater tego testowego mitingu Geoff Merigan nie odcina przysłowiowych kuponów od dotychczas dobrze sprzedających się komponentów, tylko konsekwentnie opracowuje nowe projekty. Jakie? Choćby dostarczony do testu najnowszy kabel sieciowy Tellurium Q Silver, którego wizytę w naszych systemach zawdzięczamy łódzkiemu dystrybutorowi Szymański Audio. Zainteresowani? Zatem zapraszam do lektury moich kilkunastodniowych przygód z ową nowością.

Jak to zazwyczaj bywa, kable zasilające Geoffa nie mamią klienta wymyślnymi koszulkami w stylu wężowych, lub wykorzystującymi bizantyjskie wzory, plecionek. W zdecydowanej większości przypadków mamy do czynienia ze stosunkowo cienkimi, a przez to dającymi łatwo się formować za szafkami ze sprzętem audio, ubranymi w opalizującą czarną otulinę „sznurówkami”. Jednak zalecam spokój. Te niepozorne druty dzięki odpowiednim splotom i różnym średnicom każdej z żył realizują konkretne cele dźwiękowe. Szkoda? Nic z tych rzeczy. Przecież nie o zewnętrzny blichtr współpracujących z naszymi zestawami akcesoriów, a o ich dobry wynik dźwiękowy w końcowym rozrachunku zabawy w audio chodzi. I tę teorię Tellurium Q z powodzeniem od lat realizuje. Coś o technikaliach opisywanego dostarczyciela życiodajnej energii? Niestety, oprócz informacji natury estetycznej, które właśnie Wam przekazałem, jak dokładnie wygląda wewnątrz, nie mam nawet śladowej wiedzy. Jednak po kontakcie organoleptycznym jedno jestem w stanie potwierdzić. Anglicy kontynuując decyzje w kwestii wcześniejszych modeli, również w tym przypadku wykorzystali wtyki znanego chyba wszystkim z niekwestionowanej jakości wykonania i świetnego wpływu na efekt dźwiękowy każdego konglomeratu audio Japońskiego Furutecha. Tak zakonfekcjonowane kable trafiają do nadającego wyjątkowości produktu, pokrytego połyskującą czarną folią i wyściełanego czarnym pergaminem, uzbrojonego w certyfikat o oryginalności produktu pudełka.

Co mogę powiedzieć o rzeczonym kablu? Znając nasz rynek audio z najbardziej wiarygodnych źródeł, jakimi są odbywające się podczas wszelkich prezentacji rozmowy kuluarowe, po zapoznaniu się z wpływem sieciówki TQ na dźwięk mojego zestawu w ciemno mogę stwierdzić, iż idzie bardzo poszukiwaną przez sporą popuklację audiofilów drogą. To znaczy? Nic nadzwyczajnego. Samo życie. Po prostu jest dobrze osadzony w barwie, a przy tym nie stawia tego jako celu samego w sobie szkodliwie zmieniając ten zakres w jedną zwartą lawę, tylko oferuje ciekawy zastrzyk wysycenia przekazu przy jednoczesnej dbałości o energię i zwarcie odnajdujących się w tym pasmie instrumentów muzycznych. Naturalnie aby całość miała sens, pozostałe podzakresy częstotliwościowe nie są oderwanymi od całości bytami typu zbyt mocno wykonturowany bas i skwiercząca nadmiarem częstotliwościowych pików góra. Otóż ku mojemu miłemu zaskoczeniu owszem na dole jest czytelnie, ale na potrzeby dobrego zespolenia ze środkiem również masywnie, zaś na górze bez zbędnych ekwilibrystyk, jednak z dobrym pakietem informacji. Ale to nie wszystko. W tej układance bardzo istotnym jest wyważenie dochodzących do głosu podczas aplikacji w tor wyartykułowanych akcentów brzmienia. To zaś sprawia, że bez względu na zastaną konfigurację TQ Sliver bez problemu powinien sobie z nią poradzić. Naciągam fakty? Bynajmniej. Przecież mój set sam w sobie jest orędownikiem kolorowania świata muzyki, a mimo to współpraca z Anglikiem nie skierowała wyniku sonicznego w stronę niebezpiecznego dla swobody wybrzmiewania słuchanej muzyki przegrzania prezentacji, tylko nieco bardziej soczystego, ale nadal pełnego wigoru spojrzenia na te same nuty. I nie było znaczenia, czy słuchałem free jazzu spod znaku Kena Vandenmarka – szaleńczo szybko rozmawiające ze sobą licznie zgromadzone na scenie dęciaki, czy wokalizy okresu Baroku, bowiem za każdym razem wspomniana, nienachalna praca naszego bohatera w domenie wysycenia powodowała, że muzyka raczej na tym zyskiwała niż traciła. To była feeria pozytywnych zastrzyków dla wszelkiego rodzaju partii wokalnych i instrumentów bazujących na energii średnicy. Tak, było nieco ciemniej i gęściej, niż mam na co dzień, ale w moim odczuciu nadal bardzo przyjemnie. A dodam, iż testowy gość lądował zamiennie z topowym kablem Furutech NanoFlux NCF, co powinno być Palcem Bożym dla pretendenta do laurów, a okazało się być nieco mniej wyrafinowaną – ponad trzykrotna różnica w cenie, jednak bardzo podobną drogą do serca audiofila. Jakieś potknięcia? Nie, na taką ocenę nie zasługuje nic. Jednak jeśli miałbym na siłę coś wskazać, to nieco zbyt spokojne blachy w repertuarze hard rockowego szaleństwa zespołu AC/DC. Ale zaznaczam, nie bierzecie tego jako problem, a jedynie będący konsekwencją realizacji planów skonstruowania energetycznego w środku, ale przy tym spójnego w całym pasmie kabla zasilającego, dźwiękowy niuans. Nic więcej. Ta kapela jest moją muzyczną podstawówką i wiem, kiedy coś ma problemy z oddaniem jej karmy. W tym przypadku niczego co zasługiwałoby na pokiwanie palcem, nie zanotowałem.

Jak wynika z powyższego słowotoku, wpinając TQ Silver w posiadany zestaw ani razu nie dostałem niechcianym rykoszetem sonicznym. Naturalnie muzyka nieco ewaluowała w stronę większego spokoju na skrajach pasma, ale przypominam, że naszego bohatera brutalnie zderzałem z kilkukrotnie droższą konkurencją. Myślicie, że złośliwie? Nic z tych rzeczy. Przecież musiałem sprawdzić wynik na podstawie porównania do lepszego produktu, a i tak w konsekwencji okazało się, że obydwaj sparingpartnerzy podążają podobna drogą. Drogą, która tylko w przypadku zbyt ociężałych docelowych systemów może sprawić potencjalnemu zainteresowanemu niemiłą niespodziankę. Wszelkie inne konfiguracje zaś, będą co najmniej dobre, jeśli nie docelowe. Jednak o tym możecie przekonać się jedynie wypożyczając opisywany kabel na prywatne odsłuchy. Innej drogi nie ma.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, dCS Vivaldi DAC 2.0
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Szymański Audio
Cena: 5790 PLN / 1,5m , + 1000 PLN za każde dodatkowe 0,5m