Myślę, że bez względu na kilkuletni gramofonowy bum zdecydowana większość użytkowników, nawet jeśli ma nieco większe, aniżeli zwyczajowe położenie płyty na talerzu i opuszczenie ramienia, pojęcie o związanych z ich użytkowaniem peryferiach, to ich wiedza ogranicza się do znajomości jedynie dwóch rodzajów wkładek gramofonowych MM i MC. Skąd takie przekonanie? Oczywiście z autopsji, czyli wielu kontaktów z miłośnikami czarnego krążka, którzy co prawda kochają analog, ale nie zagłębiają się w meandry jego perfekcyjnej aplikacji. Po prostu wytypowali cel, zaskarbił ich duszę i raz postawiony na szafce gra do momentu wymiany wkładki na nową. Czy to źle? Naturalnie, że nie. Jednak czasem nie zaszkodzi spróbować nieco poeksperymentować. Co mam na myśli? Nic specjalnego. Otóż w dzisiejszym odcinku spróbuję namówić Was na zaskakująco okazjonalnie stosowany i to nawet przez zaawansowanych audiofilów, sposób wykorzystania niskopoziomowej wkładki MC. Jaki? Otóż clou programu będzie dopasowujący niski, a przez to trudny do obróbki, sygnał wkładki MC do standardu MM Step-Up, eliminujący swoją obecnością konieczność posiadania współpracującego z delikatnymi prądami, wyspecjalizowanego, a przez to często bardzo drogiego phonostage’a. Jakiego producenta? I tutaj Was zaskoczę, bowiem nie będzie to żaden z wieloletnich światowych tuzów tego segmentu audio, tylko stosunkowo młoda, jednak od kilku lat, dzięki świetnym występom testowym produktów z zakresu wzmacniania sygnału audio, znakomicie rozpoznawalna bułgarska marka Thrax Audio ze swoim najnowszym dzieckiem, czyli debiutującym na tegorocznej wystawie w Monachium Step-up’em Trajan, której ofertą w naszym kraju zajmuje się katowicki RCM.
Analiza aparycji tytułowego „adaptera” sygnałów MC do poziomu MM nie będzie specjalnie rozbudowana, bowiem trzewia konstrukcji najzwyczajniej w swiecie objęte są tajemnicą, co z automatu sprawia, że o dokładnych technikaliach będzie niewiele. Jednak bez odkrywania tajemnicy poliszynela wiadomym jest, iż będące sercem konstrukcji trafa schowano w ciekawie prezentującym się, bo ozdobionym wklęsłymi podfrezowaniami, ciężkim nie tylko z racji sporej ilości drutu w uzwojeniach owych transformatorów, ale również użycia grubego bloku aluminium do wykonania korpusu dla przywołanej elektroniki, sporej średnicy walcem. Tak spakowane trzewia w ramach dbałości o jak najwyższą jakość dźwięku, czyli w celu wygaszania szkodliwych drgań od podłoża posadowiono na okrągłym, gumowym ringu. Ale to nie jedyne ważne informacje na temat Trajana. Co mam na myśli? Otóż tytułowy Bułgar nad sporą grupą konkurencji ma jedną bardzo dużą przewagę. Jaką? Mianowicie, gdy zdecydowana większość światowej oferty proponuje jedno, czyli bardzo spersonalizowane przełożenie wzmacniania sygnału pod konkretny rylec MC, to nasz punkt zapalny spotkania idzie w sukurs melomanom dysponującym większą paletą narzędzi skrawających czarną płytę i poprzez umieszczone na górnej płaszczyźnie dwa wejścia RCA (10-cio i 20-to krotne wzmocnienie) wraz z kilkupozycyjnym przełącznikiem oferuje kilka nastaw swojej pracy. Tak więc, kupując jedno urządzenie jesteśmy wstanie sprostać wyzwaniu całej kolekcji wkładek, a nawet kompletnych gramofonów, co w moim odczuciu, w momencie chęci nabycia takiego komponentu jest nie do przecenienia.
Jakie opcje i w jakich konfiguracjach są dostępne, z racji serii załączonych do testu dokładnych fotografii nie będę wyliczał, jednak po tych kilkunastu tygodniach zabawy twierdzę jednoznacznie, iż nie spotkałem wkładki, której nie byłby w stanie obsłużyć Trajan. Oczywiści, gdy się uprzemy, z pewnością w zasobach szeroko rozumianego analogowego świata znajdziemy model poza możliwościami Bułgara, ale jak wiadomo, jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził i nic z tym nie zrobimy. Ważne, że nasz bohater stara się choć trochę temu sprostać. Jak mu to wychodzi sonicznie? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w kolejnym akapicie.
Aby unaocznić Wam wynik obróbki sygnału z wkładki przez testowany Step-up, najpierw opiszę w kilku słowach sposób grania mojego rylca. Ten wykorzystując jako wspornik drzazgę chronionego prawem, bo występującego na obszarze parku narodowego jednego z wulkanicznych wzgórz Japonii bambusa, przy fantastycznej rozdzielczości w swej estetyce mocno stawia na wysycenie i barwę. To na tle podobnej cenowo konkurencji można określić, jako granie lekkimi plamami. Naturalnie na potrzeby zrozumienia o co mi chodzi nieco przerysowuję obraz, ale mniej więcej tak można go interpretować. To oczywiście jest zamierzonym działaniem, bowiem spełnia oczekiwania podobnej do mnie w kwestii odbioru muzyki grupy docelowej. Lubię, gdy dźwięk z kolumn prawie kapie i szlus. Oczywistym jest, że w wyniku zmian gustu z czasem tę prezentację zapragnąłem nieco zebrać w sobie, jednak ewentualne próby po ciekawej odmianie w kwestii oddechu zazwyczaj wiązały się z korektą drogiego okablowania. Czyli typowe coś za coś. Tymczasem po wpięciu w tor Trajana, dotychczasowe malowanie świata muzyki grubszą kreską zmieniło się na zdecydowanie precyzyjniejszy kontur, ale o dziwo nie skutkując przy tym odchudzeniem przekazu, tylko transformacją owej, nie do końca zdefiniowanej plamy w niezbędny do nadania wigoru muzyce zastrzyk nasyconej energii. Jak to możliwe, nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, jednak fakt jest faktem, że przy pomocy przybysza z Bałkanów zamierzony cel osiągnąłem nawet nie w 100, ale 110 procentach. Muzyka nie tylko przyspieszyła, ale wybrzmiewała z większą swobodą, rysując przy tym znacznie czytelniejszą i dobrze poukładaną we wszystkich wymiarach wirtualną scenę. Nagle w mój system ktoś tchnął szczyptę świeżości, ale jak wspominałem, bez majstrowania przy poziomie jej punktu ciężkości, co zazwyczaj niestety ma miejsce. Jak to wypadło w zderzeniu z muzyką? Teraz będzie najlepsze. Bez względu na repertuar, czyli obojętnie, czy na talerzu gramofonu położyłem królową popu Madonnę z jej tłoczonym z cyfry czarnym krążkiem „Ray Of Light”, czy bardzo wymagającego od systemu audio, wydanego w czasach świetności analogu Gary Burtona z Chickiem Corea ze wspaniałym wibrafonem tego pierwszego („Crystal Silence 73r.), czy choćby również zapisanego na winylu w epoce rozkwitu drapaków szaleństwo Ornette’a Colemana „Live At Prince Street”, zestaw zadziwiał mnie uderzeniem świetnie wyciętego z tła, nadal hołdującego barwności, ale również gdy wymagał tego materiał, pełnego eufonii dźwięku. To zawsze była feeria wyrafinowanie podanych, z jednaj strony wielobarwnych, a z drugiej ostrych jak żyletka, jednak zdecydowanie bliższych prawdzie (nie twierdzę oczywiście, że złapałem króliczka, bo to niemożliwe ) niż kiedykolwiek informacji, o której od jakiegoś czasu gdzieś podprogowo myślałem. I co najciekawsze, a zarazem potwierdzające klasę tytułowego produktu, mimo, że od momentu pierwszego kontaktu z omawianym „dopasowywaczem” poziomu sygnału do standardu MM minęło już dwa i pół miesiąca, nie wiem, w którym momencie rzuciłem na kościelną tacę odpowiednią sumę, bowiem przez ten czas ani na moment nie przyszła mi do głowy refleksja, iż usłyszane zmiany były tylko typowym efektem „łał”, który na początku mamiąc nasze zmysły, po kilku dniach swoim wszędobylstwem nie daje nam spokoju. Niemożliwe? Bynajmniej, czego przykładem jest zdecydowanie częstsze słuchanie gramofonu niż jeszcze kilka miesięcy temu – oczywiście w przerwach sesji testowych źródeł cyfrowych.
Zdaję sobie sprawę z faktu, iż powyższy tekst jest swoistą lurką. Jednak na potwierdzenie mojej, w pełni udokumentowanej, fascynacji wprowadzonymi zmianami niech będzie fakt zwrotnej informacji do dystrybutora, iż testowanej sztuki Trajana marki Thrax Audio już nie ma, gdyż nie jestem emocjonalnie przygotowany na ponowne zderzenie z jeszcze niedawno posiadanym, wydawałoby się równie wyśmienitym, jednak obecnie zbyt mało angażującym dźwiękiem. Czy konstrukcja Rumena Artarskiego – konstruktora i właściciela marki Thrax – jest dla wszystkich? Może ręki nie dam sobie obciąć, jednak sposób w jaki ewaluował mój system jestem w stanie postawić skrzynkę bananów przeciw skrzynce jabłek, że trudno będzie o tak źle skonfigurowany analogowy konglomerat, by nie znaleźć w omawianej konstrukcji nic ciekawego. Naturalnie, dopuszczam wersję zbyt małych zmian w stosunku do oczekiwań. Jednak zrzuciłbym to na karb zbyt mało rozdzielczego docelowego zestawu, a nie braku ciekawej oferty sonicznej ze strony przybysza z Bałkanów. Zatem jeśli swój analogowy zestaw uważacie za co najmniej ciekawy, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmierzyć się z tym, jak wspominałem we wstępniaku, stosunkowo rzadkim sposobem obróbki, z założenia delikatnych prądów wkładki MC. Naprawdę zachęcam.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy DCS VIVALDI DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: RCM
Cena: 3 600 €
Dane techniczne
Wejścia: dwie niezależne pary RCA
Pasmo przenoszenia: 15Hz-80kHz (-1db)
Wzmocnienie (gain):20/26dB
Impedancja wejściowa: 15Ω/30Ω/60Ω/120Ω /240Ω/470Ω
Obciążenie:> 47KΩ
Wymiary (W x Średnica):65 x 125 mm
Waga: 2kg
Opinia 1
Nie wiem, jakie doświadczenia macie Wy, ale osobiście przekonałem się już dość dawno, że wszystko, co amerykańskie, przynajmniej w teorii, powinno być jeśli nie największe, to co najmniej duże. I wiecie co? Tak właśnie zazwyczaj bywa. Owszem, rozmiar jest wprost proporcjonalny do zajmowanej pozycji w cenniku danego brandu zza wielkiej wody, jednak fakt jest faktem, że im wyżej w hierarchii marki, tym gabaryty bardziej pęcznieją. Jakiś przykład? Proszę bardzo. Weźmy na tapet wystawiającą do dzisiejszego opiniotwórczego boju markę Boulder Amplifiers. Ta już na pozycji wzmacniacza zintegrowanego wymaganą dla spakowania elektroniki sporą skrzynką jest w stanie przestraszyć niejednego audiofila. A to jedynie przedsmak zmagań z jej wzmacniającymi sygnał audio potworami, bowiem im dalej w las, tym więcej drzew, czyli znacznie więcej kilogramów do targania, co na szczycie oferty testowanego dzisiaj Bouldera oznacza logistyczną ekwilibrystykę z drobnymi 261-kilogramami. Przesada? Według mnie, jeśli to niesie za sobą pozytywne przełożenie na dźwięk systemu, z pewnością nie. Na szczęście w dzisiejszym podejściu testowym zajmiemy się pierwszym od dołu dzielonym zestawem pre-power 1110 & 1160 wspomnianego producenta. Jednak aby zdmuchnąć z Waszych twarzy wścibski uśmieszek oznajmiam, iż nie oznacza to wakacyjnego spacerku przez park w Łazienkach Królewskich, tylko targanie dwóch opakowań o wadze 22 kg (przedwzmacniacz liniowy) i 97.5 kg ( stereofoniczna końcówka mocy). Obleciał kogoś strach? Jeśli tak, to pragnę wszystkich uspokoić, bowiem tak podczas instalacji przed testem, jak również w momencie zakupu procesem logistycznym przywołanych do tablicy urządzeń zajmują się pracownicy dystrybutora – warszawskiego SoundClubu.
Jak ujawniają załączone do testu fotografie, w przypadku tego amerykańskiego producenta nie ma mowy o szukaniu poklasku w dziale krytyków aparycji. Owszem, obie skrzynki są bardzo dobrze przyswajalne przez nasze narządy wzroku, jednak odbywa się to przy pomocy delikatnie zdobionych, w przypadku testowych urządzeń, szaro-srebrnych, jak cała obudowa, frontów czymś na kształt wariacji kilkunastu nadmorskich fal (mapa topograficzna góry Flagstaff) i serii podłużnych przefrezowań na bokach korpusów, a nie udawaniem kontynuowania trendów budowli okresu Baroku. Przybliżając temat przedwzmacniacza liniowego na początek uspokajam potencjalnych zainteresowanych, gdyż w porównaniu z końcówką mocy ten jest stosunkowo lekki (16.5 kg). Jeśli chodzi sprawy obsługi, w centrum pofalowanego na obydwu flankach frontu znajdziemy jasnoniebieski, dość duży, czytelny wielofunkcyjny wyświetlacz, pod nim serię ośmiu chromowanych guzików i na prawo od niego również chromowaną sporą gałkę wzmocnienia. Tylny panel przyłączeniowy, jak przystało na przedstawiciela ekstremalnego segmentu High End, 1110 może pochwalić się jedynie wejściami i wyjściami w standardzie XLR. I tak mamy do dyspozycji 5 wejść liniowych, jedną przelotkę i dwa wyjścia. Listę gniazd uzupełnia zasilanie IEC i po dwa Ethernet (dla ewentualnych upgrade’ów) i mały Jack. Jeśli chodzi o drugą część opisywanego dzisiaj wzmocnienia – końcówki mocy, pierwszym niebywale ważnym, natychmiast sprawiającym na nas spore wrażenie aspektem jest słuszna waga 61 kg. Drugim są umożliwiające spakowanie elektroniki może jeszcze nie monstrualne ale z pewnością jej spore gabaryty. Zaś trzecim jest ciekawe połączenie kilku ozdobionych podłużnymi otworami, nakładających się na siebie, a przez to tworzących efekt trójwymiarowości płaszczyzn bocznych ścianek. Z racji spełniania jednego tylko zadania – wzmacniania otrzymanego sygnału audio, Boulder 1160 na zdobionym podobnie do swojego sterownika – przedwzmacniacza, przednim panelu jest w stanie pochwalić się guzikiem inicjującym jego działanie i mieniącą się bielą i czerwienią diodą, a na plecach podwójnymi terminalami głośnikowymi, wejściami sygnału w standardzie XLR, umożliwiającymi upgrade wewnętrznych układów sterujących gniazdami LAN i mały Jack i dość ekstrawagancko wyglądającą, bo przypominającą gniazdo od urządzeń budowlanych, okrągłą złączkę prądową.
Zastanawiając się nad sposobem prezentacji fonii przez fuzję 1110/1160 Bouldera z moim zestawem bez zbędnego deliberowania zdecydowałem, iż nie będę owijał w bawełnę, tylko prosto z mostu wyłożę kawę na ławę. Zatem co wydarzyło się podczas tych kilkunastu dni zabawy w ocenianie Amerykanów? Zapewniam, że efekt był zaskakujący nie w domenie zdziwienia, tylko faktycznego kroku w stronę moich oczekiwań w momencie ewentualnych roszad w dziale wzmacniania sygnału audio. Mianowicie po przejściu na zaoceaniczny set przekaz jak gdyby delikatnie się napowietrzył. Po prostu muzyka nabrała oddechu. Jednak nie było to majstrowanie przy punkcie ciężkości środka pasma – tutaj było bardzo podobnie do mojego Japończyka, tylko znacznie większa neutralna w swej estetyce moc, a raczej zabezpieczenie jej równego przebiegu w momencie zapotrzebowania. Gdy KAP777 stawiał na barwę na przełomie środka z basem odpuszczając przy tym bezwarunkową kontrolę i zejście najniższych rejestrów, 1160-ka będąc bardziej liniową może lżej w aspekcie wysycenia traktowała średnicę, ale za to oferowała twardy, a do tego znacznie niżej schodzący bas. Jednak nie oznacza to jakiegokolwiek problemu posiadanej na dzień dzisiejszy końcówki z kontrolowanym prowadzeniem dźwięku, tylko moja ewaluująca potrzeba utożsamiania się ze słuchaną muzą gdzieś w podświadomości mówiła mi, że owo inne, czyli oferowane przez Bouldera spojrzenie na nasze hobby, tak jak w przypadku Reimyo, również jest fantastyczne i gdybym miał coś zmieniać, spokojnie mógłbym pójść tą drogą. Zaskoczeni? Ja może nie, gdyż patrząc na parametry pieca liczyłem na takie efekty, ale jak to często bywa, realia i wyczytane w tabelkach instrukcji obsługi potencjalne opowieści producentów mają się nijak do końcowego wyniku. Na szczęście w tym przypadku Jankesi stanęli na wysokości zadania i bez względu na rodzaj słuchanej muzyki, pozwolili mi cieszyć się z przesunięcia dotychczasowych granic w rysowaniu spektaklu muzycznego w stronę wyraźniejszej kreski, jednak bez utraty tak uwielbianej, bardzo istotnej w oddaniu estetyki brzmienia instrumentów dawnych barwy. Reasumując, dostałem nieco inne oblicze od zawsze poszukiwanego sposobu odtworzenia muzyki przez system audio. Jakie? Rozpocznijmy od ciężkiego brzmienia w wydaniu Kena Vandermarka z płyty „Four Sides To The Story”. To jest czyste szaleństwo. Jednak barwa jako taka bez podparcia zwartym i do tego energetycznym basem, oprócz świetnego brzmienia stroików saksofonów, nie będzie w stanie pokazać tryskającej z tego typu muzy ochoty do natychmiastowych zmian rytmu. Naturalnie nad wszystkim można przejść do porządku dziennego, ale gdy na równi z poziomem kolorystyki dobiegających do nas dźwięków mamy znakomity atak i energię fal dźwiękowych, to taki przekaz zazwyczaj jest bardziej angażujący. I nie ma znaczenia, czy kochamy wysycenie ponad wszystko. Jeśli wspomniane aspekty brzmienia mamy dobrze zrównoważone, a z takim stanem miałem do czynienia w przypadku użycia zabawek Bouldera, nawet najbardziej zatwardziali miłośnicy milusiego grania jeśli się w nim nie zakochają, to co najmniej mu przyklasną.
Idźmy dalej – Barok. Cóż. Nie mogę napisać nic innego, jak pełne zadowolenie z po raz kolejny rysowanych teraz bardziej krawędzią niż plamą wszelkiego rodzaju interpretacji czy to twórczości kościelnych, operowych, czy symfonicznych. Co mnie w tej muzie uwiodło? To samo co przy wykorzystaniu Reimyo, tylko jak wspominałem z minimalnie inaczej postawionym akcentem w kwestii kolorystyki środka i sporą poprawą twardości dołu pasma akustycznego. Na koniec przywołam serię płyt z wydawałoby się nudną, bo raniącą wszechobecnymi świstami i przesterami, a także wywołującymi arytmię serca subsonicznymi pomrukami elektroniczną muzą spod znaku Massive Attack i Acid. Tutaj chyba nie muszę tłumaczyć atutów przemawiających za umiejętnościami testowej konfiguracji. Kiedy miałem dostać strzał w ucho wysokotonowym pikiem, aż mrużyłem oczy. Zaś gdy moje bębenki miały wygiąć się do wewnątrz niczym ściany w kultowym filmie „Matrix”, zamierzenia były natychmiast realizowane. Ale zaznaczam, wszystkie przywołane artefakty są chlebem powszednim takiej twórczości i przywołałem je jako zalety, a nie problemy w procesie testowym. To w odróżnieniu od tego co mam na chwilę obecną było zamierzonym kierunkiem ku zbliżeniu się do neutralności. Na szczęście nie siłowym pokazywaniem palcem, co jest dla nas najlepsze, tylko zaakcentowaniem, że przy nadal muzykalnym przekazie można otrzymać nieco więcej zazwyczaj dobrze robiącego muzie wigoru.
Tak tak, nie będę ukrywał, iż zestaw 1110/1160 amerykańskiego Bouldera bardzo przypadł mi do gustu. To było bardzo bliskie mej duszy, ale znacznie prawdziwsze dla większej grupy melomanów granie. Umiejętnie, bo nadal z ciekawym dla podobnych do mnie osobników punktem ciężkości średnicy, ale przy tym znakomicie oddające zawarty w muzyce aspekt niezbędnego dla uniknięcia znudzenia się lubianą muzyką pazura. Czy jest to propozycja dla wszystkich? Naturalnie. Dlaczego? Spójrzcie na moją układankę. Sama w sobie jest celowo bardzo nasycona, a mimo wprowadzanego przez tytułowy brand sznytu brzmienia bez problemu dałem się ponieść nowemu spojrzeniu na świat dźwięków. Dlatego też, gdy opisany tandem wepniecie w nawet najbardziej neutralny konglomerat, ze stoickim spokojem jestem w stanie snuć przypuszczenia podobnego do mojego, czyli pozytywnego odbioru nowo skonfigurowanego, bez wahania powiem, systemu na lata.
Jacek Pazio
Opinia 2
Obserwując otaczającą nas rzeczywistość coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, iż gdzieś tam, na drodze ewolucji, wykształciła się w ludziach konieczność swoistego, wspomagającego naszą coraz bardziej ułomną pamięć, zbieractwa. Powszechność wszelakiej maści przypominajek, schedulerów i swoistego szumu informacyjnego sprawia bowiem, że już dawno przestaliśmy nadążać nie tylko z segregacją informacji na przydatne i takie, jakie spokojnie możemy zignorować, ale przede wszystkim przyswajaniem tych z pierwszej grupy – przydatnych do codziennej egzystencji. Dlatego też, o ile jeszcze jakiś czas temu, odwiedzając interesujące nas miejsca odruchowo nabywaliśmy jakieś drobne gadżety w stylu breloczka, pocztówek, czy magnesów na lodówkę, to obecnie prawdziwą plagą jest … „meldowanie się” w mediach społecznościowych i robienie sobie mniej, bądź bardziej poważnych selfie na tle interesującego nas w danym momencie wydarzenia, miejsca, czy też atrakcji turystycznej. Czy to źle? Pozwolę sobie w tym momencie na komfort powstrzymania się przed oceną tegoż zjawiska, gdyż z jednej strony wygląda to dość groteskowo i irracjonalnie, gdy zamiast chłonąć wszystkimi zmysłami klimat miejsca i urok chwili zatrważająco wysoki odsetek populacji woli wpatrywać się w ekran smartfonu i „robić dziubek”, a z drugiej jest to zdecydowanie mniej uciążliwy sposób owej chwili uwieczniania, aniżeli zaprezentowany w skądinąd świetnym filmie „Memento”, gdzie główny bohater, ze względu utratę pamięci krótkotrwałej, najważniejsze postaci i informacje „kolekcjonuje” właśnie w postaci zdjęć, notatek i … tatuaży. Jeśli zastanawiacie się Państwo co to wszystko ma wspólnego z interesującą nas – czysto audiofilską tematyką, to już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że część z producentów audio odrobiła pracę domową z psychologii behawioralnej i właśnie bazując na naszych, czysto atawistycznych instynktach, próbuje przyciągnąć naszą uwagę a tym samym zbliżyć się do naszych portfeli. Nie wierzycie? No to w ramach zawężenia obszaru badawczego skupmy się na obszarze Stanów Zjednoczonych. Kojarzycie Państwo markę AudioQuest? Zakładam, że tak. No to popatrzmy cóż tam pyszni się w katalogu. I? Mamy tam listwy i kondycjonery z serii … Niagara, przewody Tower (od londyńskiego Tower Bridge), Evergreen (od mostu łączącego Seattle z Bellevue), Golden Gate (tu chyba podpowiedź jest zbędna), Victoria (Mostu Wiktorii biegnącego tuż przy 111 metrowym Wodospadzie Victorii), czy Angel (zainspirowanego najwyższym – 979 metrowym wodospadem świata – wenezuelskim Angel Falls). Całkiem niezłe pamiątki z podróży (nawet tych li tylko palcem po mapie), nie sądzicie?
Jednak okazuje się, że wcale nie trzeba odpowiednich emocji, czy wręcz bardzo często samych wyobrażeń, uaktywniać w sposób tak jednoznaczny i oczywisty. Można bowiem zrobić to subtelniej, niemalże podprogowo, jak dajmy na to Boulder. Niby powyższy przykład wydaje się cokolwiek dziwny, gdyż Boulder to jakby nie patrzeć miasto w Kolorado, jednak dla większości nabywców spoza USA, owa nazwa marki (oznaczająca po angielsku po prostu głaz) jest równie przypisana do określonej miejscowości, jak dajmy na to dla mieszkańca Kuala Lumpur nasza rodzima „Gęsia Szyja” (szczyt i masyw w Tatrach Wysokich). Dlatego też ów podprogowy przekaz pozornie ukryty jest, choć zarazem cały czas świetnie widoczny zupełnie gdzie indziej – na frontach amerykańskich urządzeń, które zdobią wykonane na obrabiarkach CNC … topograficzne mapy znajdującej się dosłownie rzut beretem (raptem 6 km) od Boulder lokalnej atrakcji turystycznej – góry Flagstaff. No dobrze, dość już jednak krążenia nad tematem jak nie przymierzając sęp nad słaniającym się nosorożcem. Krótko mówiąc z niemałym logistycznym zaangażowaniem ekipy dystrybutora marki – stołeczno – katowickiego SoundClubu udało nam się pozyskać na testy tak naprawdę dopiero otwierający katalog Bouldera (integra 865 wydaje się być jeśli nie wypadkiem przy pracy to niemalże sypialnianym bibelotem, choć sytuację lada moment może zmienić czający się tuż za rogiem model 866) „niewielki” i zarazem „budżetowy” zestaw dzielony pod postacią przedwzmacniacza liniowego 1100 i stereofonicznej końcówki mocy 1160.
Cudzysłowy przy „niewielkim” i „budżetowym” pojawiły się nie bez powodu, gdyż po pierwsze o ile przedwzmacniacz jeszcze nie wywołuje swą posturą większych emocji (raptem 16 kg i całkiem „normalne” gabaryty), to już ponad sześćdziesięciokilogramowa (97,5 kg wraz ze skrzynią transportową) końcówka niespecjalnie nadaje się do samodzielnych działań natury spedycyjnej. Podobnie jest z cenami, które krążą wokół okrągłej 100-ki (oczywiście mowa o tysiącach PLN). Czemu zatem używam obu określeń? Cóż. Powód jest tyleż prozaiczny, co dla wiernych akolitów wręcz oczywisty, bowiem znajdujemy się w kręgu ekstremalnego High-Endu, gdzie jeśli chodzi o ceny obowiązuje zasada „sky is the limit” a wertując portfolio Bouldera, dość wyraźnie widać, że kto jak kto, ale ekipa z Kolorado głęboko do serca wzięła sobie ideę „amerykańskiej rozmiarówki, co udowadnia topowy model 3060 o wadze bagatela 161 kg (256 kg brutto!).
Część poświęconą zagadnieniom natury organoleptycznej rozpocznę, zgodnie z drogą sygnału od przedwzmacniacza. Choć korpus 1110 zdołałem określić mianem niedużego, to warto mieć świadomość, iż bez najmniejszego problemu zdołałby w sobie pomieścić trzewia niejednej stricte high-endowej integry. Jego „topograficzny”, wykonany z grubego płata satynowego aluminium front zdobi pokaźnych rozmiarów 6,2” kolorowy wyświetlacz LCD o rozdzielczości 640x240px. Co prawda jego czytelność jest wprost rewelacyjna, jednak pozwolę sobie mieć pewne, acz w pełni uzasadnione, obawy, iż większość z użytkowników przez większość czasu może mieć odmienne zdanie co do owej „kolorowości”, gdyż paletę barw jakie serwuje przez 99,9% czasu spokojnie można określić mianem szarości, bądź granatów. Niby czerń i biel to też kolory, ale stosując obowiązującą nomenklaturę wyświetlacze operujące w owej estetyce zwykło się określać mianem monochromatycznych. Niemniej jednak, zarówno informacje o wybranym źródle i ustawionej głośności z powodzeniem odczytać można nawet z kilku metrów. W celu zapoznania się z balansem, polaryzacją, czy poszczególnymi pozycjami menu warto jednak podejść nieco bliżej. Jeśli jednak wykażemy się cierpliwością, to już informacja o dostępnym updacie firmware’u wyświetli się na zielono a gdy odwrócimy fazę, to ikona o tym fakcie informująca zawierać będzie czerwone akcenty. Tuż pod displayem w równym rządku ustawiono osiem przycisków nawigacyjno-funkcyjnych (przyjmują rolę zależną od poziomu menu – fabrycznie pierwszych pięć przypisano do kolejnych wejść) a po prawej idealnie spasowane z frontem pokrętło regulacji głośności. Za dodatkowy element komunikacyjny można uznać umieszczoną w prawym górnym narożniku niewielką białą diodę informująca o statusie urządzenia.
Ściana tylna gości za to zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC, podwójne wyjścia analogowe, przelotkę (Auxilary) dla miłośników kina domowego i pięć wejść. Jak sami Państwo widzicie – Boulder jasno daje do zrozumienia, że nie po to buduje w pełni zbalansowane urządzenia, by ktoś to potem ignorował, dlatego też wszelkie wejścia i wyjścia dostępne są w jedynie słusznej formie – gniazd XLR. Z elementów niestandardowych warto wspomnieć o złączach Ethernet umożliwiających wpięcie preampu w domową sieć a tym samym zapewnienie jej dostępu do Internetu w celu automatycznego pobierania publikowanych przez producenta uaktualnień oprogramowania, oraz dostępu do ustawień urządzenia poprzez przeglądarkę www. Ponieważ jednak omówienie wszystkich nastaw i funkcji przedmiotowego przedwzmacniacza dalece wykracza poza sensowną objętość niniejszej recenzji wszystkim zainteresowanym polecę lekturę szczegółowej i nad wyraz obszernej, 83-stronicowej, instrukcji obsługi.
Front wzmacniacza 1160 powiela motyw góry Flagstaff, lecz z oczywistych względów prezentuję go na zdecydowanie większej powierzchni. W jego centrum odnajdziemy jedynie firmowy logotyp oraz włącznik a w prawym rogu bliźniaczą do tej z preampu diodę. Uwagę zwracają misternie wyfrezowane radiatory pełniące rolę ścian bocznych, które automatycznie przypominają nam równie atrakcyjny zabieg stosowany w jakiś czas temu recenzowanej na naszych łamach końcówce Constellation Taurus. Nie mniej intrygująco przedstawia się ściana tylna ze zdublowanymi, solidnymi, acz akceptującymi jedynie przewody zakonfekcjonowane widłami, terminalami głośnikowymi z motylkowymi nakrętkami, wejściami liniowymi (oczywiście to XLRy) i monstrualnym, przypominającym to od „betoniarki”, gniazdem zasilającym 32A IEC Big Blue. Nie zabrakło też znanych z 1110 interfejsów Ethernet, co w bądź co bądź, w pełni analogowej końcówce może dziwić. Okazuje się jednak, iż oprócz oczywistych ze względu na oddawaną (pobieraną również) moc dwóch monstrualnych i zamkniętych w szczelnych kapsułach traf, oraz 56 (po 28 na kanał) tranzystorów bipolarnych, czy też porównywalnej, bo liczącej 48 szt. (po 24 na kanał) baterii kondensatorów na wykonanych w technologii SMD płytkach drukowanych można odnaleźć pełniący rolę kontrolną zaawansowany procesor ARM. Wszystko zatem wskazuje na to, że Amerykanie małymi kroczkami wprowadzają audiofilów w świat Internetu Rzeczy, za co grzecznie, acz stanowczo podziękowaliśmy, gdyż w OPOS-ie mamy problem z podstawowym zasięgiem GSM a przesył danych możliwy jest co najwyżej piętro wyżej, więc z ewentualną „spowiedzią” w centrali oba urządzenia automatycznie musiały poczekać na powrót do siedziby dystrybutora.
Przechodząc do opisu brzmienia tytułowego duetu aż ciśnie mi się na usta, znaczy się klawiaturę, słowo „wreszcie”. Wreszcie, gdyż wokół Boulderów krążyliśmy z Jackiem od … grudnia 2015 r., gdy mieliśmy szaloną przyjemność uczestniczyć w „powitaniu” ww. marki w portfolio SoundClubu i nieco mniejszą w noszeniu 2110/2100. Co prawda w tzw. międzyczasie 1160 przewijała się w tle prezentacji kolumn DeVore Fidelity oraz podczas spotkań z Jackiem Gawłowskim i Adamem Czerwińskim, jednak chyba nikomu z Państwa nie muszę tłumaczyć, iż wyjazdowe odsłuchy rządzą się nieco innymi prawami aniżeli krytyczne sesje we własnym, znanym na wylot, systemie. Dlatego też z niekłamaną satysfakcją powitaliśmy 1110 wraz z 1160 w naszych skromnych progach, a satysfakcja była tym większa, gdyż ich przybycie szczęśliwym zrządzeniem losu zbiegło się z prowadzonymi równolegle testami … YG Acoustics Sonja 2.2. Ot taka audiofilska kumulacja.
Nie ukrywam, że po troskliwym wygrzaniu Boulderów przez Jacka już od pierwszych taktów „The Ecstasy Of Gold” z „S&M” Metallici czułem w kościach, że nie tyle coś jest na rzeczy, co będę miał nie lada problem. Otóż z każdym kolejnym akordem jasnym stawało się dla mnie, że jest to ewidentnie moje granie – z nieskrępowaną dynamiką, holograficzną trójwymiarowością sceny i rozdzielczością, której inaczej aniżeli mianem referencyjnej określić nie sposób. Było to o tyle dziwne, że jakby nie patrzeć, kontakt z High-Endem i to również z tym w odmianie topowo – ekstremalnej mam nader regularnie i pomimo oczywistego szacunku dla poszczególnych urządzeń w większości przypadków bez najmniejszego problemu zachowuję zimną krew i przynajmniej pozory obiektywizmu. Ot hobby jak każde inne i tylko losowi, oraz Dystrybutorom, dziękować, że możemy z Jackiem cieszyć oczy i uszy niedostępnymi dla większości śmiertelników urządzeniami. Jednak za (prawie) każdym razem scenariusz jest ten sam – umawiamy się na dostawę, urządzenie „przyjeżdża”, jeśli tylko stan opakowań na to pozwala, robimy szybką sesję unboxingową, rozpoczynamy kilkudniową rozgrzewkę, przeprowadzamy krytyczne odsłuchy w jednym, bądź dwóch systemach, adekwatne do powyższego sesje fotograficzne, w tzw. międzyczasie robiąc oczywiście stosowne notatki i przygotowując finalną wersję artykułu, wszystko grzecznie pakujemy i kierujemy do dalszych działań natury logistycznej, czyli odsyłamy. Są jednak przypadki gdy cały ten misterny plan cytując klasyka „idzie w …” no wiadomo gdzie i zamiast dokonywać konstruktywnej oceny człowiek siedzi jak przykuty do fotela i wstaje tylko po to by zmienić płytę (w OPOS-ie streaming gości nad wyraz okazjonalnie). Skoro bowiem wszystko, ale dosłownie wszystko, nam pasuje, to jedynie przejawiając wybitnie masochistyczne skłonności musiałbym szukać dziury w całym nerwowo dłubiąc to tu, to tam paluchem. Jednak Bouldery nawet i na taką ewentualność były przygotowane, gdyż chcąc jednak coś, znaczy się jakiegoś haka, na nie znaleźć, z iście koncertowych poziomów głośności, „S&M” to album live, zacząłem schodzić do dawek decybeli bliższych wieczorno-nocnym nasiadówkom, ani myślały spuszczać z tonu jeśli chodzi o ww. poziom rozdzielczości. Jedynie spadała intensywność doznań, ale akurat fizyki nie da się w żaden sposób oszukać, więc jeśli ciśnienie akustyczne maleje trudno oczekiwać, że będziemy czuć w trzewiach takie same uderzenia podwójnej stopy, czy orkiestrowych tutti. Jednak wgląd w nagranie, w wydarzenia rozgrywające się na dalszych planach pozostawał niezachwianie zachwycający. Z aksamitnie czarnego tła bez najmniejszego problemu można było wyłuskać dowolnego muzyka i z uporem godnym fanatycznego stalkera śledzić jego poczynania. Dla pewności, że to nie jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności i zupełnie przypadkowa synergia, sięgnąłem jeszcze po utrzymany w podobnej estetyce „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalypticy, gdzie dodatkowym utrudnieniem było posadzenie przed symfonikami MDR Symphony Orchestra, nie operujących diametralnie innym instrumentarium legend metalu, lecz m.in. … trzech wiolonczelistów. Czyli precyzja w kreowaniu poszczególnych źródeł pozornych musiała być jeszcze większa i … była. Co istotne zarówno namacalność, jak i odmieniana chyba przez wszystkie przypadki rozdzielczość osiągnięta w Boulderach została przy jednoczesnym zachowaniu całkowitej neutralności temperatury reprodukowanych barw. Bez lampowego dosaturowania i sterylnej – prosektoryjnej analityczności 1110 wespół z 1160 robiły swoje, czyli wzmacniały dostarczane im sygnały niemalże całkowicie znikając z toru, co przy ich gabarytach było nie lada wyczynem.
Co ciekawe, pomimo nie tylko deklarowanej, co faktycznej – realnej mocy zdolnej bez najmniejszego problemu sprawić, by nawet stoły bilardowe grały ze swobodą „dużych Loganów” Bouldery bynajmniej nie epatowały swą muskulaturą, nie przytłaczały wolumenem i nie huczały basem za każdym razem, gdy perkusista uderzał w werbel. O nie, tego typu atrakcje zarezerwowane były dla bębna wielkiego, bądź elektronicznych infradźwięków serwowanych na „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdzie skala i potęga szły w parze ze zróżnicowaniem i kontrolą.
Jednak aby poczuć nieskrępowaną swobodę i brak jakichkolwiek ograniczeń dynamicznych tak w skali mikro, jak i makro wcale nie trzeba było uciekać się do wielkiej symfoniki, czy też wgniatającej w fotel ściany dźwięku generowanej przez wydzierganych szarpidrutów, bowiem nawet sędziwa Mercedes Sosa na „Misa Criolla / Navidad Nuestra” dostarczała taki ładunek emocji, że równie dobrze Boulderów można byłoby używać jako aparatury podczas sesji zapobiegających depresji. Oprócz arii samej solistki warto było również zwrócić uwagę na partie chóralne ze szczególnym uwzględnieniem propagacji ich głosów w domenie wysokości, jak i pogłos, oraz czas jego wygasania.
A jak z przysłowiową grą ciszą? Cóż, z przykrością muszę stwierdzić, że niezwykle oszczędnie, jak na Milesa, zagrany album „Sketches Of Spain 50th Anniversary (Legacy Edition)” nawet w najmniejszym stopniu nie wykazywał oznak sztucznego napompowania, czy efektów kuracji sterydowej. Zero. Pełna delikatność zawieszonych w tle dęciaków, pulsujące i zarazem kruche kastaniety, prowadząc całość trąbka Czarnego Księcia, czy otwierający melizmatyczną frazą „Saeta” fagot.
Porównując Bouldery do podobnie wycenionej konkurencji, czyli Pictora i Taurusa można dojść do nader ciekawych wniosków. Otóż duet ze stajni Constellation grał zdecydowanie bardziej miękkim, wręcz pluszowym i nieco impresjonistycznym dźwiękiem. W dodatku jego motoryka na tle tytułowego setu wydaje się spowolniona o jakieś pół obrotu, co swojego czasu można było zauważyć w źródłach japońskiego C.E.C-a. Oczywiście to tylko metaforyczne hiperbole, lecz dokonując swoistego, czysto wirtualnego sparringu, to właśnie 1110 z 1160 jawią się jako bardziej zwarte, szybsze i rozdzielcze, co automatycznie predestynuje je do nieco innej, aniżeli Constellation, grupy odbiorców.
Nieuchronnie zbliżając się ku końcowi tej niezwykle uzależniającej przygody i zgodnie z naszą redakcyjną tradycją wypadałoby zadać fundamentalne pytanie – czy Bouldery 1110 & 1160 są amplifikacją idealną i zarazem dla każdego. Nieco przewrotnie odpowiem, że … to zależy. Osobiście, po kilkutygodniowym kontakcie z nimi wpadłem jak przysłowiowa śliwka w kompot i abstrahując od trudnego do zaakceptowania w 1160 gniazda zasilającego Big Blue, nader skutecznie uniemożliwiającego zabawy kablami zasilającymi i zupełnie nieosiągalnego (przynajmniej na razie) dla mnie pułapu cenowego wpisuję je na sam szczyt upragnionych prezentów od Świętego Mikołaja. Zdaję sobie jednak sprawę, iż dla niektórych, mogących sobie na nie pozwolić szczęśliwców Bouldery będą zbyt mało ostentacyjne w swej ultra-highendowości, zbyt równe i zbyt mało czarujące. Przez co mogą przegrać rywalizację ze spełniającą powyższe kryteria konkurencją, lecz niespecjalnie bym nad tym rozpaczał, gdyż na tym poziomie czasem nawet pozornie pomijalny niuans, czy wręcz zwykła duperelka decyduje o być, albo nie być w konkretnym „systemie marzeń” a finalną decyzję i tak i tak podejmiecie Państwo sami.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, YG Acoustics Sonja 2.2
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan
Dystrybucja: SoundClub
Ceny
Boulder 1110: 90 000 PLN
Boulder 1160: 120 000 PLN
Dane techniczne
Boulder 1110
Wejścia: Zbalansowane: 5 par (3-pin XLR)
Wyjścia: Zbalansowane 2 pary (3-pin XLR); Wyjście AUX zbalansowane: 3-pin XLR
Maksymalne napięcie wejściowe: 6 Vrms
Maksymalne napięcie wyjściowe: 14 Vrms
Zniekształcenia, THD+N: 2 V, 20Hz – 5 kHz, 0,0015% [-96,5dB]
Zniekształcenia wyjścia przy obciążeniu 150 Ω: < 1dB, 20Hz – 10kHz
Wzmocnienie: 20 dB
Zakres zmiany głośności: 100 dB
Regulacja głośności w krokach: 0.5 dB; 1,0dB +/- 0.01dB
Wzmocnienie dodatkowej ścieżki: +8.5dB
Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz +0,00/-0,03dB -3 dB 0,02 Hz i 250 kHz
Zakres dynamiki: 118 dB
Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Impedancja wyjściowa: 100 Ω
Maksymalnie zużycie energii: 75 W
Wymiary (W x S x G): 14.5 x 38.9 x 45.7 cm
Waga: 16.3 kg
Boulder 1160
Moc ciągła: 300 W/ 8-4-2 Ω; szczytowa: 300W (8 Ω), 600W (4 Ω), 1200W (2 Ω)
Zniekształcenia THD:
8 Ω, 300 W: 20-2 kHz – 0.0009%, 20 kHz – 0.0048%
4 Ω, 300W: 20-2 kHz – 0.0016%, 20 kHz – 0.0071%
2 Ω, 300W: 20-2 kHz – 0.002%, 20 kHz – 0.0130%
Poziom szumów (EIN), 20 kHz BW: 1.5 μV
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 KHZ: +0.00, -0.04 dB
Pasmo przenoszenia: -3 dB: 0.015 Hz, 200 kHz
Sygnał wejściowy: 26 dB
Stosunek S/N 300 W, 8 Ω: -127 dB, nieważone, 20 Hz – 22 kHz
Impedancja wejściowa (XLR): 100 kΩ
Przesłuch L-R oraz R-L: > 120 dB
Wejścia: para 3-pin XLR
Wyjściowa głośnikowe: 2 komplety głośnikowych zacisków motylkowych
Pobór mocy: 15 W (stand by), 240 W (w trybie pracy), 3.600 W (max)
Wymiary (W x S x G): 23,6 x 45,7 x 56,5 cm
Waga: 61.2 kg
Biorąc pod uwagę obecny czas, czyli dla wielu zapracowanych osobników homo sapiens, będący okresem ogórkowym w naszej szerokości geograficznej praktycznie półmetek wakacji, wydaje się, iż jakakolwiek działalność biznesowa jest swoistym łamaniem ogólnie przyjętych przez zdecydowaną większość europejskich społeczeństw egzystencjalnych zasad moralnych. Jednak w myśl delikatnie sparafrazowanego powiedzenia: „Ktoś musi pracować, aby odpoczywać (przy muzyce) mógł ktoś”, mimo pozornego spowolnienia gospodarki wiele w interesującym nas segmencie dóbr kulturalnych się dzieje. Zaciekawieni, kto odpuścił sobie pobyt na piaszczystych plażach Egiptu na rzecz umilania nam potencjalnego wolnego czasu przy dźwiękach ulubionych pozycji płytowych? Otóż wchodząc na naszą stronę z pewnością już jesteście po pierwszym rzucie okiem na głównego bohatera niniejszej relacji, czyli swoistej nowalijki ze stajni Ole Vitusa – wzmacniacza zintegrowanego SIA-30, którego pierwszy egzemplarz można było podziwiać na wiosennej wystawie w Monachium, a po dwóch miesiącach nareszcie trafił na półkę rodzimego dystrybutora – katowickiego RCM-u.