Monthly Archives: Styczeń 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Octave V 110 SE

Popularność topowego wzmacniacza zintegrowanego V 80 SE na światowych rynkach audio sprowokowała Octave do wprowadzenia unowocześnionej wersji tańszego modelu V 110. Zastosowano w nim rozwiązania sygnowane skrótem ODT, czyli Octave Dynamic Technologies, z którymi po raz pierwszy można było się zetknąć w monumentalnych topowych monoblokach Jubilee Mono SE, a także w nieporównywalnie mniejszych i tańszych, choć ciągle ekstremalnie high-endowych monofonicznych końcówkach MRE 220.

Kolejnym etapem dla ODT był wspomniany V 80 SE, a w końcu przyszła pora na najnowszą wersję 110-ki. Od strony praktycznej ODT polega przede wszystkim na zapewnieniu odpowiedniego zapasu mocy i rezerwy prądowej wzmacniacza. Zapewnia to konfiguracja push-pull z wykorzystaniem lamp KT120 lub KT150, zaopatrzona w nowe transformatory wyjściowe oraz przeprojektowany stopień sterujący. Ten ostatni wyposażony jest także w układy monitorujące pracę i stan lamp i wg producenta jego konstrukcja jest „bliska ideału”. Zastosowano tu głębokie ujemne sprzężenie zwrotne, które nie ma wpływu na jakość brzmienia, a jednocześnie drastycznie poprawia parametry wyjściowe i stabilność całego układu – rezultatem jest dwukrotnie wyższa moc w porównaniu do innych konstrukcji tego typu. A teraz absolutna nowość: V 110 SE jest  pierwszym wzmacniaczem Octave, dysponującym nowatorską funkcją dopasowania parametrów pracy do impedancji i rodzaju głośników. Jest to możliwe na zasadzie zmiany współczynnika tłumienia (trzy tryby: niski, średni i wysoki), dokonywanej w bardzo prosty sposób: przez wymianę jednej z lamp sterujących.
Cena Octave V 110 SE na rynku polskim wynosi 29 900 zł.

Dystrybucja: Nautilus

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audiovector SR6 Avantgarde Arrete
artykuł opublikowany / article published in Polish

Po filigranowych SR3 Signature przyszła pora na zdecydowanie cięższy kaliber w postaci … Audiovectorów SR6 Avantgarde Arreté

cdn…

  1. Soundrebels.com
  2. >

Paradigm Persona 3F

Link do zapowiedzi: Paradigm Persona 3F

Opinia 1

Każdy z nas, bez względu na stopień osłuchania z ofertą rynkową sprzętu audio w swoich prywatnych bojach z pewnością spotkał się z nie do końca potrafiącymi obronić się przed szkodliwym zaszufladkowaniem konstrukcjami. I nie ważne jest, z jakiego pułapu cenowego się wywodzą, gdyż każdorazowe podejście do danego urządzenia, czy brandu kończy się bardzo podobnym w odbiorze wynikiem. Nie mówię, że to jest porażka, nic z tych rzeczy. Powiem więcej, to w wartościach bezwzględnych jest bardzo dobre granie, ale albo mało uniwersalne, albo całkowicie nie mieszczące się w naszych kanonach piękna. I wiecie co? Przyznam się szczerze, że mimo swojego sporego otwarcia na częstą „inność” słuchanych produktów tytułowa marka Paradigm podczas wielu prób do niedawna za nic nie umiała przebić się do pokładów mojego romantyzmu. Ktoś zada pytanie: „To w takim razie po jaką cholerę pchasz się w dotychczas nigdy niemające szans powodzenia kolejne starcie?”  Tymczasem odpowiedź jest zaskakująco prosta. Może to wydać się Wam nierozsądne, ale temat tego zbliżenia nabrał rumieńców podczas ostatniej jesiennej wystawy AVS 2016. Mało tego, zapalna iskra tej recenzji miała miejsce podczas bezpośredniego starcia Kanadyjczyków z elektrostatami Martina Logana. Co takiego wówczas się stało? Ano na tle lubianych przeze mnie, ale mających swoje maniery przesadzania z przestrzennością dźwięku Amerykanów dotychczas uważane za zbyt ofensywne kolumny z ojczyzny klonowego liścia ze swej strony pokazały dużą dawkę ogłady i bardzo intrygującego sonicznego spokoju. Pierwsza myśl przynosiła informacje, iż to starcie przynajmniej w teorii powinno wypaść inaczej, ale właśnie ów brak potwierdzenia starych prawd sprawił, że coś między nami zaiskrzyło. To była na tyle mocno wbita w serce audiofila szpada, że wespół z Marcinem postanowiliśmy drążyć temat testu aż do skutku. Czas na szczęście mijał szybko i gdy wreszcie nadszedł dzień prawdy, mam przyjemność zaprosić Was na kilka akapitów o wspomnianej, w moim mniemaniu dotychczas stawiającej jedynie na ilość decybeli w ostrej muzyce marce Paradigm z jej najnowszą propozycją kolumn Persona 3F. Kończąc rozbiegówkę dodam, iż produkt do celów testowych dostarczył podwarszawski dystrybutor Polpak.

Najnowsza linia Pradigmów swoje kształty oparła o zwężające się łagodnym łukiem ku tyłowi profile ścianek bocznych. Aby nie łamać wizji krągłości, tylny panel spajając oba boki również jest wycinkiem łuku, na którym w dolnej jego części usytuowano podwójne terminale przyłączeniowe, a pod nimi emblemat z logo marki i nazwą modelu. Obudowy posadowiono na wyposażonych w regulowane stopy cokołach (w komplecie otrzymujemy dodatkowo zestaw wkręcanych kolców), a opadającą ku przodowi płaszczyznę ściany górnej delikatnie ścięto. Niby proste zabiegi, ale: raz – skośne cięcie wspomaga wygaszanie szkodliwych rezonansów wewnętrznych, a dwa – możliwość wyboru pomiędzy miękkimi stopkami, a kolcami pozwala użytkownikowi na strojenie konstrukcji na podłożu już podczas ich aplikacji. I aby nie być gołosłownym co do ważności wspomnianego pakietu stabilizacji kolumn dodam, iż w tym przypadku jest to podwójnie ważne, gdyż właśnie w podłogę skierowano wylot otworu bas-refleksu. Nie będę się nad tym rozwodził, ale jeśli ktoś miał już z podobnym przypadkiem do czynienia wie, iż każda, nawet najdrobniejsza możliwość zwiększenia prześwitu pomiędzy kolumną a parkietem często jest na wagę złota. Gdy przyjrzymy się panelowi przedniemu, zauważymy, iż zespół przetworników osadzony jest na czymś w rodzaju przełamującej monotonię koloru i bryły kolumn nakładki. Ale clou programu opisywanych produktów są głośniki. Dlaczego? To dla wielbicieli papierowego lub trącającego przesadnym mięchem na środku pasma grania może być nie do zaakceptowania, ale górę i średnicę obsługują emanujące bezdyskusyjną ochotą do oddania założonego przez konstruktora pakietu informacji berylowce, które w celach ochronnych ubrano w stosowne, spiralnie ażurowe dekielki. Nie wiem, na ile ich obecność wpływa na całość prezentacji, ale to co Persony oferują w obydwu zakresach częstotliwościowych, według mnie jest ich bardzo mocną stroną. I takim odsłaniającym nieco dalsze wydarzenia stwierdzeniem, po informacje jak spisują się przedstawicielki Kanady w konfrontacji z Austriakami, zapraszam do dalszej lektury testu.

Tak się złożyło, że rzeczone kolumny miały szczęście wystąpić w towarzystwie dwóch japońskich systemów: posiadanego Reimyo i wizytującego moje progi topowego Accuphase. I muszę Wam powiedzieć, że gdy podczas oceny tylko z moim setem miałem lekki niedosyt w temacie wypełnienia prezentowanego dźwięku, to po zasileniu Person układanką Accu., temat osadzenia w barwie i masie może nie trafił idealnie w punkt, ale byłą bardzo bliski mojemu sercu. A co to oznacza? Nic innego, jak dużą elastyczność testowanych emiterów dźwięku w dostosowaniu się do potrzeb klienta w zależności od towarzyszącej im elektroniki. To zaś mogło tak dobrze wypaść tylko w oparciu o bardzo rozdzielcze, unikające zniekształceń przetworniki, które podczas procesu dopieszczania w homogeniczność nie traciły na oddechu, co niestety jest bardzo częstym negatywnym skutkiem. Owszem, takie siłowe kolorowanie z boku wygląda na leczenie dżumy cholerą, ale należy założyć, iż potencjalny nabywca wie czego potrzebuje i nie kupi bezmyślnie paczek, które z założenia nie są w jego typie. Na szczęście ten obszar cenowy wymaga nieco przygotowania w osłuchaniu i gdy tylko Paradigmy trafią w ręce wytrawnego melomana, ich niepodważalna ochota do grania pełną piersią wyniesie dany system poza zasięg większości konkurencji.

Ja w swoich bojach w większości oprę się o set codzienny, ale wszystkie wyartykułowane wnioski proszę przepuścić również przez filtr połączenia z Accuphase. A jak kompilacja wypadła z moimi zabawkami? Oddech, szybkość, brak zahamowań w oddaniu energii podczas największych spiętrzeń nutowych są tylko krótką listą możliwości „trójek”. I gdy dorzucę do tego bardzo dobre oddanie realiów budowania sceny dźwiękowej, można by pomyśleć, że są to kolumny bez wad. I choć dla wielu z pewnością tak będzie, dla mnie, miłośnika magii dźwięku i cyzelowania każdej, nawet najcichszej nuty, nie było aż tak kolorowo. Ale, ale, żebym nie wyszedł na zblazowanego tetryka dodam, iż z tej plumkającej melancholii dość często wybudza mnie energetyczny free-jazz, ale nawet ten oprócz szaleństwa powinien epatować sporymi pokładami homogeniczności, czego w połączeniu z moim Japończykiem często, a z Accu tylko czasem brakowało. Stop, tylko bez nerwowych ruchów, nie był to jazgot, a jedynie bliższa niż mam na co dzień oferta neutralności przekazu muzycznego. Prezentując kilka obrazujących mój punkt widzenia przykładów rozpocznę od balladowej płyty Cassandry Wilson „Glamoured”. Ten materiał jest dość mocno podciągnięty w domenie energii i masy niskich rejestrów, co czasem przejawia się rozmyciem konturu basu. Jednak dzięki żywotności Pradigmów dostałem w pełni kontrolowany, rysowany bardzo ostrą kreską pełnopasmowy obraz sesji nagraniowej. Żadnego rozmycia, czy spowolnienia. Po prostu uderzenie perkusisty i natychmiastowe oddanie jego zamierzeń. Nie przychodzi mi do głowy nic innego niż słowo bajka. Ale nie samym basem człowiek żyje i gdy kontynuując podróż ku wyższym rejestrom dojdziemy do średnicy, sprawy zaczynają się komplikować. Dzięki bardzo dobrym przetwornikom nie odczuwałem najmniejszych zniekształceń, ale ta ostrość rysowania zdarzeń nieco zmniejszała poczucie intymności dysponującej przecież czarującym głosem artystki. To ma być pełen emocji ciemny, krągły i gęsty wokal, a nie wycięty skalpelem, zwarty w alikwotach wzorzec z Sevres pod Paryżem. Jednak w szczerej rozmowie nie nazwałbym tego wadą, tylko zbyt dosłownym oddaniem zamierzeń realizatora w zderzeniu z moimi dotychczasowymi doświadczeniami z tym krążkiem. Dla uspokojenia atmosfery powiem, iż wysokie tony choć kontynuowały drogę wręcz wojskowej dokładności, ani razu nie zraniły moich wyczulonych na ich nadmiar narządów słuchu. Nieco inaczej zaprezentowała się muzyka stricte jazzowa spod znaku Tomasza Stańki. Płyta „Lontano” jest tym, co w słuchaniu muzyki lubię najbardziej, czyli granie ciszą. Śmieszne? Bynajmniej. Ten jazzowy materiał w dużej części jest przerywaną sporadycznymi frazami nutowymi mroczną opowieścią, a to wbrew pozorom nie jest takim łatwym do odtworzenia materiałem. Owszem, wielu powie: „cisza, to cisza, więc o co biega”. Niestety, bez bezpośredniej prezentacji ciężko jest mi to wyjaśnić, ale uwierzcie mi, że bez fantastycznej rozdzielczości i pełnej kontroli nad sprężystością dźwięku nie uzyskamy prezentacji muzyki rodem z oglądanego podczas wakacji na Mazurach nocnego nieba, tylko zadymioną zimowym smogiem, pokazującą jedynie wyrywek nieboskłonu warszawską rzeczywistość. Trochę pojechałem, ale mniej więcej taki, wolny od jakiegokolwiek zachmurzenia przekaz zaoferowały Paradigmy. Jakieś wady? Brak wokalu w tym materiale dawał kolumnom lekkie fory, ale tak szczerze mówiąc chyba tylko trąbka Pana Tomasza była zbyt metalowa i chłodna, choć daleki jestem od stawiania tej tezy jako ostrzeżenia przed zakupem. To jest bardzo wyraźna specyfika kanadyjskich kolumn i trudno mieć o to pretensję. Na koniec przykład całkowicie in plus dla naszych bohaterek, czyli muzyka zespołu YELLO z płyty „Touch”. To była w dobrym tego słowa znaczeniu orgia przez duże „O” w najczystszej postaci. Energia sztucznie generowanych na każdym pułapie częstotliwościowym dźwięków nie pozostawiała złudzeń. Dostałem do zaopiniowania idealne do mocnego grania produkty. Żadnych uśrednień, czy kompromisów, tylko pełna prawda o zawartości płyty. I tutaj małe zaskoczenie, gdyż na tym krążku jest kilka wykorzystujących damski wokal  balladowych kawałków i mimo osobistych oczekiwań oddania czaru ludzkiego głosu, nakarmione gigantyczną dawką adrenaliny dźwiękowej ośrodki słuchowe ów nieco chłodniejszy sposób ich prezentacji potraktowały jako coś naturalnego. Dla podkręcenia atmosfery muszę powiedzieć, że słucham tej kompilacji dość często i wiem, jak potrafi zabrzmieć, tymczasem za sprawą nieprzeciętnej charyzmy w tworzeniu spektaklu wyświetlony przez Persony 3 świat w tym podejściu bezproblemowo się obronił.

Gdybym nie miał okazji posłuchania kanadyjskiego produktu w dwóch systemowych odsłonach, akapit końcowy prawdopodobnie obfitowałby w delikatne ostrzeżenia. Tymczasem wiedząc, że mam do czynienia z doświadczonymi odbiorcami, spokojnie mogę zachęcić Was do posłuchania Person 3 na własnym podwórku. Dlaczego? Przecież jasno napisałem, że wszystkie niuanse brzmieniowe z zestawem redakcyjnym były tylko nieco inne, niż mam na co dzień i żaden nie powodował obniżenia wartości sonicznych dźwięku. To najczęściej był nieco mniej pokolorowany przekaz, ale zauważmy, że raz – w całkowicie przypadkowym połączeniu, a dwa – musiał przekonać wielbiciela muzykalności. Jednak bez względu na wszystkie z mojego punktu widzenia za i przeciw mogę powiedzieć tylko jedno, jeśli kochacie szybkość, energię i mocne granie, kolumny marki Paradigm Persona 3F są tym, czego Wam potrzeba. Tutaj nie ma prób oszukiwania, jeśli materiał zrealizował potomek diabła, dostajemy piekło, a gdy mamy ożywioną iskierkami ciemną noc, lądujemy na Mazurach. Czegóż chcieć więcej?

Jacek Pazio

Opinia 2

Dawno, dawno temu, czyli lekko licząc dwie dekady, gdy polski rynek Hi-Fi tak naprawdę dopiero się kształtował i ewoluował z poziomu zakupów w Pewexach, Baltonach a potem EURO i na wszelakiej maści targowiskach (m.in. stołecznym Wolumenie) na tyłach Domów Towarowych Centrum powstał niewielki sklepik. Sklepik nazywał się Kocio, lecz zamiast zgodnie z nazwą oferować dobra wszelakie dla czteronożnych „braci mniejszych” miał w swojej ofercie cudeńka na widok których niejednemu miłośnikowi dobrego brzmienia świeciły się oczy a serce biło szybciej. Może nie był to jakiś High-End, ale niezbyt rujnując rodzinny budżet można było zawsze coś tam dla siebie znaleźć. Oczywiście w dobie boomu na kino domowe i wielokanałowość największym powodzeniem cieszyły się możliwie potężne i nieraz  nieprzyzwoicie rozsądnie wycenione azjatyckie zestawy 5.0 i 5.1, lecz tuż obok znaleźć można było klastyczne stereo i to właśnie tam pierwszy raz natrafiłem na debiutującą w Polsce kanadyjską markę Paradigm. Kraj pochodzenia jak na produkt audio wydawał się dość egzotyczny a choć prawdę powiedziawszy po zdjęciu maskownic kolumny urodą nie grzeszyły, to ich brzmienie przysłowiowo wysadzało z butów. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa z szybkością błyskawicy po mieście rozniosła się plotka, że wreszcie są „paczki” które zachwycają nie tylko na audiofilskich smętach, ale właśnie na „łomocie” czyli ciężkich klimatach pokazują swój prawdziwy potencjał i iście rockowe oblicze. I tak też było w istocie. Potężny bas, dynamika wywołująca uśmiech możliwy do usunięcia  jedynie na drodze chirurgicznego zabiegu i bezpośredniość przekazu okazały się pomysłem na sukces i brzmienie, które pokochała spora rzesza nabywców. Paradigmy nie udawały że są grzeczne, nie próbowały czarować i oszukiwać słuchaczy, lecz grały na setkę i nie brały jeńców. Taka przekorność i łobuzerskość była czymś zupełnie przeciwnym do nasyconej, krągłej estetyki angielskiego Spendora, włoskiego Sonus fabera, czy rodzimych manufaktur w stylu QBA, czy Audiowave. Ale to właśnie było piękne, że poprzez swoją jednoznaczność nie było z Kanadyjczykami problemu, gdyż albo się je brało z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo omijało szerokim łukiem. A w ramach ciekawostki nadmienię tylko, że do grona fanów i posiadaczy Paradigmów należał śp. Pan Marek Perepeczko, którego wielokrotnie dane mi było w ww. salonie spotkać. Czasy się jednak zmieniają, wszystko idzie do przodu, więc i na giganta z Mississauga przyszła pora.
Niby pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale gdy w 2015 r., podczas monachijskiego High-Endu Paradigm zaprezentował swój prototypowy projekt Concept 4F jasnym stało się, że idzie nowe. I tak też było w rzeczywistości, czego namacalny dowód dzisiaj Państwu mamy przyjemność przedstawić w postaci pary podłogowych kolumn Persona 3F.

Trójki są najmniejszymi modelami podłogowymi należącymi do królewskiej serii Persona. Poniżej nich znajdziemy jeden monitor oznaczony jako „B”, pojedynczy głośnik centralny „C” i równie samotny subwoofer „Sub”. Za to powyżej 3F ścisk jest nieco większy, gdyż do wyboru mamy 5F, 7F i flagowe 9H, oczywiście wszystkie z przedrostkiem Persona. O ekskluzywności linii świadczą same ceny, które zaczynają się na poziomie 35 900 PLN za parę Person B a kończą na 179 000 PLN za półaktywne i wyposażone w układy DSP 9-ki. Niby na tle high-endowej konkurencji tego typu kwoty nie powinny na nikim robić specjalnego wrażenia, ale mając na uwadze, że Paradigmy praktycznie od zawsze charakteryzowała nad wyraz korzystna relacja jakości do ceny warto i tym razem mieć to z tyłu głowy.

Już przy unboxingu mieliście Państwo okazję na własne oczy przekonać się, że najnowsza generacja flagowej linii kanadyjskiego producenta otwiera zupełnie nowy rozdział, przynajmniej jeśli chodzi o estetykę, w portfolio marki. Persony bowiem wyglądają obłędnie, olśniewająco i generalnie wydają się o wiele droższe niż są w rzeczywistości a to w czasach morderczej wręcz konkurencji jest nie do przecenienia. Zanim jednak przejdziemy do opisu detali pozwolę sobie na małą dygresję.
Choć doskonale zdaję sobie sprawę, że żaden, ale to absolutnie żaden samiec alfa nie zhańbi się lekturą czegoś tak niepoważnego jak instrukcja obsługi, to niemniej jednak z recenzenckiego obowiązku chciałbym nadmienić, że takowy dokument znajduje się na wyposażeniu Paradigmów. Niby kolumny jakie są każdy widzi, jednak jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach i jak już wydaje się „drobne” pięćdziesiąt tysięcy (z niewielkim ogonkiem), to dobrze byłoby nie uszkodzić nowego nabytku już na etapie wypakowywania. Dlatego też Kanadyjczycy, chcąc cały proces maksymalnie uprościć i sprawić, byśmy już na starcie nie byli zmuszeni raczyć się kroplami nasercowymi, albo innymi destylatami z Islay na uspokojenie, podeszli do sprawy z odpowiednią atencją i opracowali obrazkowe instrukcje unboxingu dla każdego z modeli tytułowej serii. Dzięki temu nie tylko nie trzeba wertować zapisanej maczkiem broszury, co w dodatku nie zhańbić samczego plemienia lekturą owej instrukcji – w końcu ograniczyliśmy się li tylko do … obejrzenia kilku obrazków.
No dobrze, wróćmy do walorów estetycznych dzisiejszych bohaterek, bo ewidentnie jest na czym oko zawiesić. Tytanowo – grafitowe wykończenie oznaczone przez Kanadyjczyków jako Sonic Silver zachwyca zarówno perfekcją powłok lakierniczych, jak i dopracowaniem najmniejszych detali. Bryły kolumn o przekroju lutni poprzez opadającą ku przodowi ściankom górnym sprawiają wrażenie jakby miały skoczyć ku słuchaczowi, lecz dzięki solidności zamontowanych na stałe cokołów nie czujemy się przez nie bynajmniej osaczeni a jedynie możemy podziwiać dynamikę samego projektu. Przyozdobiony satynowym szyldem front przykuwa uwagę misternymi rozetami maskownic skrywających berylowe przetworniki wysko i średniotonowe poniżej których pysznią się zdublowane srebrzyste basówce o membranach z materiału C-Pal. Jeśli chodzi o niuanse to kopułki są calowe a średniotonowce i basowce posiadają średnicę 178 mm. Śladowej szerokości, obła ściana tylna niczym nie zaskakuje a jedynie podkreśla ekskluzywność wyrobu, gdyż tuż nad platformą cokołu mieści stosowny panel z iście biżuteryjnymi, podwójnymi, masywnymi i pokrytymi carbonową plecionką terminalami głośnikowymi zdolnymi przyjąć dowolnej rozmiaru konfekcję kablową. Same cokoły wyposażono w satynowe nóżki, w które, w razie konieczności, można zaimplementować znajdujące się w komplecie kolce. Jeśli chodzi o same skrzynie, to wykonano je z wielowarstwowego sandwicza HDF a jakby tego było mało całość wzmocniono licznymi przegrodami dodatkowo podnoszącymi sztywność konstrukcji.

Pomimo solennych zapewnień producenta, że Persony brzmią bosko od razu po wyjęciu z kartonów a stan oscylujący gdzieś pomiędzy orgazmem a nirwaną z ich udziałem osiągnąć można raptem po kilkunastu godzinach, nauczeni doświadczeniem i generalnie nieufni do tego typu deklaracji swoim zwyczajem zafundowaliśmy im kilkudniową rozgrzewkę. Ponadto o ile Jacek przećwiczył je przy pomocy swojej dyżurnej maszynerii ja, korzystając z nadarzającej się okazji i równolegle prowadzonej procedury testowej użyłem kompletnego systemu Accuphase’a w skład którego wchodziło referencyjne, źródło DP-950 + DC-950, oraz dzielona amplifikacja C-3850 & P-7300 wzbogacone o topowe interkonekty Siltech Triple Crown i zasilające Acrolinki. Krótko mówiąc odsłuchy zaczynałem w iście szampańskim nastroju. Żeby jednak nie zapeszyć i nie uprzedzać faktów na początek w odtwarzaczu wylądowała hybrydowa płyta CD/SACD „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna. Od razu zaznaczę, że to dość specyficzny album, w dodatku zdecydowanie bardziej w Jacka klimatach, aniżeli moich, lecz pech chciał, że akurat wpadł mi w ucho i wyjść z niego nie chce. Owa specyficzność wynika bowiem z tego, iż jest to premierowe wydanie nieznanego dotąd a w dodatku całkowicie unikatowego repertuaru powstałego na przełomie siedemnastego i osiemnastego stulecia, odkrytego w opactwie benedyktynów w Kremsmünster w Górnej Austrii. Te stworzone przez ojca Ferdinando Fischera kompozycje na lutnię opracował i nagrał w uchodzącym za jedno z najcichszych w Europie, belgijskim studiu Galaxy w Mol Hubert Hoffmann. W rezultacie mamy ponad godzinne misterium, w którym bierzemy udział wyłącznie my i lutnista a wokół nas panuje nieprzenikniona, atłasowa czerń. Dostępne do niedawna modele Paradigma w takich klimatach czułyby się równie komfortowo, co zmuszony do jazdy przez zakorkowane w komunikacyjnym szczycie warszawskie centrum 455-konny Chevrolet Camaro SS. Niby mamy 8-biegowy automat, ale każde, nawet najlżejsze muśnięcie pedału gazu powoduje niemalże zwierzęcą chęć wyskoczenia do przodu 6.2 l silnika a tymczasem wszystko ma być delikatne, zwiewne, eteryczne. Prawdziwa męczarnia. Tymczasem Persony w ów narzucony kanon wpisują się z wdziękiem i naturalnością godną kameleona. Porażają przy tym rozdzielczością i umiejętnością oddania nawet najdelikatniejszego trącenia strun, czy pracy ręki muzyka na gryfie. W dodatku bez trudu jesteśmy w stanie dostrzec aurę otaczającą solistę. Nie ma w  tym nawet śladu zawoalowania, czy pogrubienia, bądź też prób faworyzowania któregoś z podzakresów. Ot wzorcowa liniowość i techniczna perfekcja a w dodatku daleka od zabijającego muzykalność osuszenia. Co prawda cudów nie ma i do soczystości i nasycenia Trennerów Paradigmom „nieco” brakuje, ale z drugiej strony Persony przy Isisach wypadają tak, jak bolid F1 przy rodzinnym Volvo. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć – tu nie chodzi o jakieś wyścigi, czy udowodnienie kto ma … mniejsza z tym co i jakiej wielkości, ale o różnicę w punkcie widzenia i perspektywie z jakiej parzymy na to samo, czyli na muzykę. Paradigmy to szybkość, kontrola, precyzja, rozdzielczość, ale i gładkość zapewniająca brak ofensywności i uczucia klinicznego chłodu. Można wręcz stwierdzić, że to uosobienie perfekcji o ludzkiej twarzy. Dowiodły tego próby z mniej referencyjnym, aniżeli powyższy materiałem. Przykładowo obfitująca w zadziorne, szorstkie i nieraz nad wyraz surowe – garażowe brzmienia ścieżka dźwiękowa „Songs of Anarchy: Music from Sons of Anarchy Seasons 1–4”  poczynając od lirycznych ballad z Katey Sagal po brudnego i prostego rocka Forest Rangers pokazała pełną rozpiętość barw i nastrojów. To nie była polukrowana i cukierkowa papka jaką serwują ostatnimi czasy komercyjne rozgłośnie, tylko album pełen emocji i wyrażania własnej osobowości. Pomijam fakt, że cały „czteropak” najlepiej wchodzi równolegle z, lub tuż po obejrzeniu całej siedmiosezonowej serii, ale i bez tego zinterpretowane na nowo standardy zyskują może nie drugie życie, ale na pewno drugą młodość. Paradigmy w takiej „składankowej” rzeczywistości odnajdywały się bez najmniejszego problemu płynnie przechodząc od intymnym głosem snującej opowieść Katey po wyrykujących swoje frazy przy wtórze przesterowanych gitar Rangersów. Trudno w tym momencie powiedzieć w której odsłonie Persony były bliższe ideałowi, za to z pewnością warto podkreślić, że nawet „Bird on the Wire” wypadło wręcz studyjnie – z holograficzną precyzją i bez najmniejszych oznak zmiękczenia, czy też prób „zrobienia” dźwięku. To tak, jakbyśmy stali tuż za wypolerowaną na kryształ szybą reżyserki i znad stołu obserwowali charyzmatyczną Gemmę (a dla większości TV-oglądaczy …  Peggy Bundy) przy mikrofonie.
Niejako na deser zostawiłem wielką symfonikę w iście hollywoodzkim stylu, czyli dwupłytową składankę największych przebojów ze wszystkich filmów z Agentem 007 w roli głównej – “The Best Of Bond… James Bond (50th Anniversary Edition)”. Może nie są to typowe orkiestracje, ale aparat wykonawczy w większości przypadków, przy odpowiednim poziomie głośności potrafi zmusić kolumny do rzucenia ręcznika na ring. Tymczasem im było gęściej, głośniej i teoretycznie trudniej, tym Paradigmy bardziej rozwijały skrzydła i coraz szczelniej wypełniały naszego blisko czterdziestometrowego OPOSa nieskompresowanym i czystym niczym woda Perrier (lub jeśli ktoś woli Crystal Head Vodka) dźwiękiem. W dodatku podając niemalże na srebrnej (berylowej?) tacy pełen pakiet informacji o konkretnym nagraniu, więc i epoce w jakiej ono powstawało,  potrafiły zachować pełną ciągłość i spójność pomiędzy tak różnymi klimatami jak „We Have All The Time In The World” Louisa Armstronga a „Die Another Day” Madonny, czy „You Know My Name” Chrisa Cornella. Uczciwie trzeba przyznać, że to nie lada sztuka, by z tak zróżnicowanego materiału stworzyć homogeniczną całość. Oczywiście starsze nagrania miały zauważalną nutkę patyny i anachroniczności, ale pokazanie przez Persony właśnie takiego – nieupudrowanego, prawdziwego ich oblicza zjednywało sobie moją sympatię.

Paradigmy Persona 3F to konstrukcje ultra nowoczesne i jednoznacznie udawadniające konkurencji potencjał jakim dysponują Kanadyjczycy. W dodatku korzystając z technologii rodem z bolidów F1 nie zapomniano o istocie High-Endu, czyli dążeniu do jak najbliższego prawdzie brzmienia. Czyli z jednej strony mamy do czynienia z laserową precyzją a z drugiej cały czas towarzyszy nam wrażenie uczestnictwa w spektaklu muzycznym. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że taki realizm nie sprzyja muzykalności, lecz proszę mi wierzyć – sprzyja i to zdecydowanie bardziej aniżeli stereotypowe – romantyczne rozmemłanie, gdzie wśród pogrubionych krągłości umyka nam większość niuansów i drugoplanowych zdarzeń, które niejako kreują trójwymiarowość przekazu. Krótko mówiąc niezwykle intrygująca propozycja wprowadzająca Paradigma do high-endowej czołówki a to przecież dopiero początek, niejako wstęp do królewskiej serii Persona. Aż strach pomyśleć co potrafi starsze rodzeństwo. Chociaż nie, nie strach  – raczej ciekawość, którą prędzej, czy później trzeba będzie zaspokoić.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Polpak
Cena: 51 900 PLN (para)

Dane techniczne:
Konstrukcja: 3-drożna
Moc: 200W
Zalecana moc wzmacniacza: 15-400W
Pasmo przenoszenia:48Hz – 45kHz (+/- 2 dB) w osi; 48Hz – 20kHz (+/- 2dB) 30° poza osią
Impedancja: 8Ω
Efektywność: 92dB (w pomieszczeniu);  >89dB (w komorze bezechowej)
Przetwornik wysokotonowy: 25 mm (1″) Truextent®, kopułka berylowa, chłodzony/tłumiony ferrofluidem, soczewka wysokotonowa z FEA (Finite Element Analysis) optymalizująca rozpraszanie
Przetwornik średniotonowy: 178 mm (7″) Truextent®, membrana berylowa, neodymowa struktura napędu z perforowaną soczewką odwróconego dyferencjalnego wyrównania fazy
Przetwornik niskotonowy: 2 x 178 mm (7″) C-Pal, Technologia Active Ridge (ART™),1.5″ cewka odporna na wysokie temperatury
Punkty odcięcia zwrotnicy: 2.4kHz – 3 stopnia @ 400Hz
Wymiary (W x S x G): 112.6 x 24.1 x 42.7 cm
Waga: 34 kg / szt.
Dostępne wersje i kolory: Aria Blue (MG), Harmony White (HG), Sonic Silver (MG), Vanta Black (HG)

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited, Accuphase DP-950 + DC-950
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15,  Accuphase C-3850
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Accuphase P-7300
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio Analogue Maestro Anniversary
artykuł opublikowany / article published in Polish

Majestatyczny, potężny i budzący respekt Audio Analogue Maestro Anniversary powoli się aklimatyzuje.

cdn …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Auralic Polaris

W październiku 2016 roku Auralic zapowiedział swój najnowszy produkt ujawniając też jego nazwę – Polaris. Nazwa oznacza Gwiazdę Polarną, mamy nadzieję że produkt ten będzie prawdziwą gwiazdą w naszej ofercie.

Auralic Polaris to system wszystko w jednym (all-in-one) czyli oprócz urządzenia streamingującego mamy wbudowany wzmacniacz zintegrowany do podłączenia zewnętrznych głośników. Wystarczy podpiąć Auralic Polaris do internetu, podłączyć głośniki i już możemy cieszyć się muzyką najwyższej jakości.

Do urządzenia możemy podłączyć aż 17 różnych źródeł dźwięku, w tym strumieniowych, cyfrowych i analogowych. POLARIS może działać jako centrum domowej muzyki przyjmując sygnał praktycznie z każdego możliwego źródła. Potrafi odczytywać pliki zawarte na dysku twardym, pamięci przenośnej, udostępnionych folderów sieciowych czy serwerów muzycznych opartych na DLNA / UPnP.
Jest też wyposażony w dwie pary wielofunkcyjnych złącz RCA. Działają one w trybie przedwzmacniacza gramofonowego, wejścia liniowego albo wyjścia przedwzmacniacza. Wszystkie tryby pracy można skonfigurować w menu urządzenia. Wejścia cyfrowe jak AES/EBU, Coaxial, Tosling oraz złącze USB dają możliwość pracy Auralic’a jako samodzielny DAC’a bezpośrednio z komputera.

AplikacjaLighting DS pozwala słuchać muzyki z serwisów strumieniowych jak Tidal, Quobuz w jakości bezstratnej. Nie zabrakło oczywiście możliwości słuchania radia internetowego. Dodatkowo dzięki funkcji AirPlay, Songcast ,Wifi oraz Bluetooth można w alternatywny sposób przesyłać muzykę do POLARIS  z Apple Music, Spotify i innych dostawców za pośrednictwem smartphone czy komputera.

Urządzenie potrafi pracować również jako końcowy element systemu Roon Ready. Wraz z oprogramowaniem Roon jest to zupełnie nowy sposób na odkrywanie muzyki.

Przy zamawianiu Polaris istnieje możliwość zamontowania wewnątrz dysku twardego (2,5 cala) HDD lub SSD pełniącą rolę pamięci wewnętrznej. W ten sposób Polaris przekształca się w serwer muzyczny ze wszystkimi możliwościami. Nie istnieje żadne ograniczenie pojemności zamontowanego dysku. Można we własnym zakresie zakupić taki dysk i zamontować w urządzeniu.

Polaris oparty jest na platformie sprzętowej Tesla i posiada procesor Quad – Core Coretex – A9 1 GHz, 1 GB pamięci DDR3, oraz 4GB pamięci systemowej. AURALiC wybrał tę platformę dzięki jej elastyczności i długoterminowego wsparcia technicznego. W planach są funkcje, które będą oferowały DSD upsampling , Room Accoustic Treatment i wsparcie MQA . Wszystkie te funkcje mogą być dostarczone poprzez automatyczne aktualizacje online bez konieczności ingerencji użytkownika.

Moc wyjściowa ciągła jaką uzyskuje Polaris to aż 180W. Powinna ona z powodzeniem wystarczyć do cieszenia się najwyższej klasy dźwiękiem z zaawansowanych konstrukcji głośnikowych.

AURALiC wprowadza w tym modelu kolejną innowacyjną technologię: Hybrid Analog Volume Control technology. Wykorzystuje ona zarówno cyfrową jak i analogową regulację głośności, aby dostarczyć jak najlepszą jakość dźwięku. Analogowa regulacja głośności uruchamiana jest co 12dB cyfrowego wzmocnienia, aby osiągnąć lepszy stosunek sygnału do szumu (SNR), lepszą harmonię i kontrolę zniekształceń sygnału (THD+N) oraz poprawniejszą charakterystykę liniową.
Wykorzystanie tej technologii, zapewnia, iż DAC pracuje zawsze w najlepszym zakresie wydajności. Przekłada się to na mniejsze zniekształcenia, lepszy zakres dynamiki oraz wysoką jakość dźwięku już od najmniejszego poziomu głośności.
To wszystko dostajemy w eleganckiej obudowie w pojedynczym urządzeniu, które dzięki tak dużej wszechstronności i wielkich możliwościach z powodzeniem może zastąpić zestawy składające się z wielu elementów. Do tego prostota obsługi oraz wygoda są na najwyższym poziomie.

Auralic POLARIS, można kupić wybranych sklepach, a także odsłuchać w sklepach Audiokracja w Polsce. Sugerowana cena detaliczna wynosi 17 000 PLN brutto.

Specyfikacja techniczna
● Moc urządzenia: 120W/180W (8 Ohm/4 Ohm)
● Pasmo przenoszenia: 20 – 20KHz, +/- 0.5dB*
● THD+N: <0.01%, 20Hz-20KHz@1W
● IMD: <0.01%, 20Hz-20KHz@1W
Możliwości streamingu
● Network shared folder
● USB Drive
● Internal Music Storage**
● uPnP/DLNA Media Server
● TIDAL and Qobuz streaming
● Internet Radio
● AirPlay
● Bluetooth
● Songcast
● RoonReady

Wejścia cyfrowe
● 1*AES/EBU
● 1*Coaxial
● 1*Toslink
● 1*USB device to computer
● 2*USB host to storage and DAC
● 1*RJ45 Gigabit Ethernet
● 1*802.11b/g/n/ac Tri-Band WiFi

Wejścia analogowe
● Line Stage (Input Sensitivity: 2Vrms)
● MM Phono Stage (Gain: 36dB, 65mV at maximum)

Wyjścia analogowe
● Single-Ended RCA (6Vrms @ 0dBFS)
● Loudspeaker Binding Post
Obsługiwane pliki
AAC, AIFF, ALAC, APE, DIFF, DSF, FLAC,MP3, OGG, WAV, WV and WMA
Obsługiwane cyfrowe formaty
All PCM from 44.1KS/s to 384KS/s in 32Bit*** , DSD64, DSD128, DSD256***

Oprogramowanie do kontroli
● AURALiC Lightning DS for iOS
● AURALiC RC-1 remote control
● OpenHome compatible control software
● uPnP compatible control software
● Roon

Zużycie energii
● Sleep: <10W
● Playback:  450W at max.

Wymiary
● 13”W x 10.2”D x 2.6”H (33cm x 26cm x 6.5cm)

Waga
● 10.0 pounds (4.5kg)

Dostępne wykończenie
● Matte Black / Matte Silver

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audia Flight FL Phono

Link do zapowiedzi: Audia Flight FL Phono

Opinia 1

Co prawda świat komponentów audio często chadza swoimi, nie do końca dającymi zaszufladkować się drogami, jednak jakoś tak się utarło, że większość produktów pochodzących z gorącej Italii w swym dążeniu do oddania świata muzyki najczęściej jawi się domenie pięknej barwy. Oczywiście ów pożądany przez wielu melomanów sznyt grania nie powinien przekroczyć magicznej granicy ociężałej tłustości, dlatego kierując swoje kroki ku południowoeuropejskim brandom podczas kompilacji swojego zestawu należy zwrócić na ten aspekt szczególną uwagę. I nie chodzi mi o to, że brutalne forsowanie granicy rozsądku w wysyceniu na półwyspie Apenińskim jest na porządku dziennym, ale nawet delikatnie pokolorowany w specyfice prezentacji dźwięku nowy produkt, w już mocno ociężałej docelowej układance może sprawić Wam pewien nie do końca spodziewany zawód. Mam jednak bardzo uspokajającą informację, gdyż jeśli nawet coś nie zaskoczy, a zastana układanka oferuje dobrą rozdzielczość, wszelkie manewry barwowe nie muszą odbić się przysłowiową mulącą przekaz czkawką. Owszem, może być mięsiście, z tą tylko różnicą, że dzięki dobrej rozdzielczości odbierzecie to bardziej w domenie niekoniecznie swojego wzorca, aniżeli typowej porażki. Przykład? Choćby testowany jakiś czas temu na naszych łamach topowy zestaw pre-power marki Audia Flight. Włosi generowali gęsty, a co za tym idzie bardzo zbliżony do mojej estetyki przekazu dźwięk, a mimo już startowego pakietu barwy w produktach Reimyo testowa kompilacja wypadła znakomicie. Dlaczego? Słowem kluczem jest wspomniana już „rozdzielczość” systemu. Ok., a czy specjaliści od Pizzy mają tak zawsze? I tutaj dochodzimy do głównego tematu dzisiejszego testu, czyli oceny brzmienia urządzenia pochodzącego z działu audio będącego moim konikiem, czyli phonostage’a przywołanej przed momentem włoskiej marki Audia Flight, której opieką na naszym rynku zajmuje się krakowski dystrybutor Audio Anatomy.

Tytułowy phonostage w swych całkowitych rozmiarach, czyli postawionych obok siebie dwóch modułach oscyluje w gabarytach posiadanej przeze mnie Therii. Dlaczego w dwóch? Odpowiedź jest prosta. Na pewnym pułapie jakościowym wydzielenie zasilania z głównej, skrywającej czułe na wszelkie prądy wirowe układy elektryczne obudowy od dawna jest standardem. Ja wiem, że nawet w ekstremalnym High Endzie znajdziemy produkty „jednopudełkowe”, ale przyznacie, że zalatuje to trochę szukaniem oszczędności, a nie udowadnianiem, iż wszystko da się skutecznie ekranować. Jak wspominałem, Włosi dla uzyskania pełnej synergii linii frontu samego phono obligują użytkownika do postawienia obydwu skrzynek obok siebie. Naturalnie, gdy pacjent się uprze, zasilacz wyląduje gdziekolwiek, ale spełniając założenia zespołu projektowego opcja jest jedna. Zdając relację o zasobach manualno – przyłączeniowych serca produktu pragnę poinformować, iż jego podzielony na dwie płaszczyzny przedni panel w swej górnej części jest delikatnie zapadnięty i dość symbolicznie ożywiony: z lewej strony mieniącym się błękitem exlibrisowego logo marki, a z prawej jego wyfrezowaną wersją pisaną. Dolne partie zaś bez specjalnych designerskich szaleństw umiejscawiają jedynie pięć okrągłych przycisków funkcyjnych. Tył urządzenia uzbrojono bardzo rzetelnie proponując podwojone wejścia w standardzie RCA, po jednym wyjściu RCA i XLR, zaślepiony portal dla zworek regulujących obciążenie dla posiadanej wkładki, zacisk masy, i zakończone wielopinowym wtykiem złącze z życiodajnym zasilaczem. Gdy przejdziemy do źródła prądu, okaże się, iż front zdobi jedynie wykonana białą czcionką nazwa produktu, a plecy dzierżą zespolone z włącznikiem głównym gniazdo zasilania, komputerowy terminal przyłączeniowy dla przekazania energii do głównego modułu przedwzmacniacza, Ethernetowe złącze diagnostyczne AU-LINK i hebelkowy przełącznik MASTER/SLAVE. Jak na Włochów, powiedziałbym, że szału wizualnego nie ma, ale na szczęście w przypadku komponentów audio nie to jest najważniejsze. A czy clou programu warte jest żądanej za produkt sumy banknotów NBP, postaram się przekazać w dalszej części tekstu.

Produkt z Włoch w portfolio marki stoi już na tyle wysoko, że bez najmniejszych problemów mogłem pokusić się o porównanie go z codziennym punktem odniesienia. Owszem, obydwu kontrpartnerów w cenie detalicznej dzieliło jeszcze kilkadziesiąt drobnych tysięcy, ale efekt, jaki uzyskałem po wpięciu Audii Flight w tor, pozwalał na bezpośrednie odwoływanie się w opisach do tego co posiadam. Rozpoczynając proces wyłuskiwania pozytywów i negatywów ocenianego phono muszę przyznać, mimo oczekiwań czarowania mnie bezkresnymi pokładami barwy dostałem bardzo zwiewny, a przez to fantastycznie napowietrzony przekaz. To nie był przywołany we wstępniaku, wpadający w ognistą czerwień toskański zachód słońca, tylko jej fantastycznie napawający mnie witalnością rozpoczynającego się dnia lipcowy poranek. Fakt, trochę pojechałem, dlatego w harcerskich słowach powiem tak, przekaz był tak swobodny, a zarazem muzykalny, że sporo musiałem się natrudzić, by złapać tytułowe phono na potknięciu. Ale, ale, tak prawdę mówiąc to nie było żadne potknięcie, tylko konsekwencja sznytu grania, który w zderzeniu ze starymi tłoczeniami czasem odbijał się minimalnym uczuciem zbytniej lekkości muzyki. Jednak dla pełnoprawnego usprawiedliwienia „delikwenta” natychmiast dodam, iż były w tym i pewne plusy. Jakie? Choć w wartościach bezwzględnych jawiło się to jako lekkie przeniesienie ciężaru grania o pół tonu w górę, bez najmniejszych oznak nerwowości z wielką przyjemnością chłonąłem nieco bardziej wyeksponowany pakiet mikro-informacji. Jednak wystarczało dosłownie kilka taktów muzycznej akomodacji, by ów sposób grania przestał rodzić jakiekolwiek pretensje w konsekwencji pozwalając całkowicie o sobie zapomnieć. I gdy powiem, że usłyszaną różnicę wychwytywałem jedynie po przełączeniu jednej konstrukcji na drugą, będzie to oznaczać, że brak adekwatnego jakościowo punktu odniesienia pozbawi Was wyartykułowania w swoim odsłuchu wspomnianej maniery. Dlaczego wiec to poruszam? Mam zdać rzetelną relację z tego co usłyszałem, a znając potrzeby wielu audiofilów – chcę raczej gęściej, niż szczuplej – dla wszelkiego spokoju ducha zdecydowałem się o tym wspomnieć. Jednak powtarzam, bez osłuchania na tym poziomie jakościowym temat nie jest taki oczywisty, a sądzę, że może być nawet niezauważalny. Dla poprawienia humoru potencjalnych nabywców dodam, iż takie postawienie sprawy napowietrzenia spektaklu muzycznego przez cały okres testu zwiększało jego fantastyczną dźwięczność i co ważne, odbywało się bez najmniejszego odejścia od jego analogowości. Jednym zdaniem mogę powiedzieć, Audia Flight Phono pokazała się z bardzo żywej sonicznie, ale nie popadającej w szkodliwe odchudzenie strony. To co prawda dla mylnie kojarzących dźwięk z gramofonu z przekraczającą normy strawności melasą soniczną w pierwszym kontakcie może być lekko dezorientujące, jednak w końcowym efekcie przy założeniu otwarcia się melomana na prawdę o analogu powinno  okazać się przeskoczeniem kolejnego szczebelka w górę. Dobrze zestawiony tor gramofonowy nie oferuje zamulonej, ociekającej lukrem papki, tylko podany w estetyce analogowej plastyki pełen mikro-detali przekaz muzyczny. I właśnie na taki tor Waszą układankę skieruje tytułowy bohater. A jak wyglądało to na przykładach płytowych? Na dobry początek zafundowałem sobie czarny placek Ralpha Townera z Garym Burtonem „Matchbook”. To na pierwszy rzut ucha wydaje się być bardzo prostym do oddania zamierzeń artystów propozycja sesyjna, gdyż mamy jedynie dwa instrumenty. Żadnych spiętrzeń sonicznych, czyli mówiąc kolokwialnie najprawdziwsze plumkanie. I wiecie co? Po pełnej aklimatyzacji z Audią podczas słuchania tej, przecież bardzo dobrze mi znanej płyty do momentu skonfrontowania tego co pokazali Włosi z tym co potrafią idealnie zespoleni z moim setem Polacy (pamiętajmy, że każdy występ testowy jest połączeniem przypadkowym), nic mi nie brakowało. Dopiero kilka taktów z punktem odniesienia pokazało, jak dźwięczny, a zarazem gęsty w brzmieniu może być wibrafon i korzystająca z dobrego wysyceniu przekazu gitara. Według mnie idealnym połączeniem dla AF jawi się nieco masywniejsza w graniu wkładka i teoretycznie wszystko wróciłoby do normy, dlatego nie traktuję tego, jako zła, a jedynie innych potrzeb konfiguracyjnych. Jedynym nieco różniącym pod względem budowania wirtualnej sceny muzycznej niuansem było delikatne przybliżenie jej do słuchacza. Nie brutalna przesiadka z dziesiątego do pierwszego rzędu, tylko pól małego kroczku do przodu występujących artystów z zachowaniem pełnego spektrum ich scenicznego rozlokowania. Innym, bardzo dobrze oddającym umiejętności dzisiejszego bohatera krążkiem była seria płyt free-jazzowych z pozycją Petera Brotzmana „Last Exit” na czele. W tym gatunku muzycznym nie ma drogi na skróty. Jeśli nie masz problemów z oddaniem szybkości, a w tym Włosi byli fantastyczni, czas „wyżywania” się artystów na posiadanych instrumentach mija zaskakująco szybko. Oczywiście mówię o czerpaniu z tej muzyki przyjemności, a nie zatkaniu uszu na początku i odetkaniu ich na końcu rowka każdej ze stron. Jednak w starciu recenzenckim na jedno musiałem się przygotować. Chodzi mianowicie o spowodowany szczuplejszym przekazem trochę żywszy udział dęciaków i blach w spektaklu muzycznym. To nie był odbiór natury „dostałem krzyk”, tylko bardziej rażący energią wymienionych emiterów dźwięku przekaz, który bez względu na inność od tego co posiadam na co dzień bezdyskusyjnie oferował High End-owy dźwięk w każdym jego aspekcie od rozdzielczości, przez ogniskowanie źródeł pozornych, po budowanie sceny 3D włącznie. Puentując występy bohatera przywołam jeszcze wydaną przez oficynę Harmonia Mundi muzykę sakralną. Fantastyczne oddanie różnorodności tembru głosu poszczególnych wokalistów, realiów goszczącej muzyków majestatycznej budowli i wprowadzenie do muzyki tak ważnego dla pełnego zatopienia się w jej brzmieniu pierwiastka naturalności sprawiło, iż kilka utworów na płycie drapałem kilkukrotnie. Jeśli chodzi o wypełnienie, było nieco lżej, ale bez względu na to, postrzegam to odtworzenie jako jedno z lepszych, co wyartykułowane przez wielbiciela takiej muzyki powinno być co najmniej minimalną rekomendacją.

Idąc za wstępniakiem nie sądziłem, że gorący włoski naród potrafi zaproponować coś tak świeżego, a zarazem homogenicznego. Bez popadania w nadmierne rozjaśnienie, a przy tym z pełną paletą mikro-informacji. Tutaj należy przypomnieć, iż był to występ trochę przypadkowy, a i tak wypadł fantastycznie. To zaś prawie gwarantuje, że przy dokładniejszym doborze reszty toru, system z Audią Flight Phono na pokładzie będzie bardzo trudnym do pobicia przez wielu następców. Jedynym problemem dla zainteresowanych może być jedynie żądana za włoskie phono kwota. Biorąc jednak pod uwagę cenę mojej Therii nawet przy przywołanych niuansach stawiania bardziej na otwarcie się dźwięku kosztem jego wypełnienia i energii w środku pasma jest to bardzo dobrze skalkulowana propozycja. Dlatego jeśli jesteście w stanie wyasygnować odpowiednią ilość środków płatniczych, nie zwlekajcie, gdyż dawno w tym dziele audio nie słyszałem tak ciekawej propozycji.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”,Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

Kontynuując wątek analogowy uznaliśmy z Jackiem, że po nad wyraz rozsądnie wycenionym, szczególnie w relacji do oferowanego brzmienia, Tellurium Q Iridium Phono warto przyjrzeć się nieco wyżej usytuowanym  w cennikach przedstawicielom grupy urządzeń odpowiedzialnych za wzmacnianie słabowitych, pochodzących z wkładek gramofonowych sygnałów. Czarna płyta nieustająco przeżywa renesans, co i rusz dochodzą do nas zapowiedzi kolejnych smakowitych reedycji (m.in. mający trafić już marcu na sklepowe półki monofoniczny (!!!) mix debiutanckiego album The Doors  „The Doors: 50th Anniversary Deluxe Edition”), więc i tzw. audiofilska świadomość w słyszącym odsetku populacji wzrasta a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc i oczekiwania konsumentów nieuchronnie szybują ku górze. Pytanie jednak, czy warto od razu jechać po bandzie i szastać kwotami za jakie spokojnie można wyjechać z salonu fabrycznie nowym i całkiem nieźle wyposażonym turladełkiem segmentu A lub B, czy jednak postarać się znaleźć coś możliwie ambitnego a jednocześnie nieco bardziej łaskawego dla rodzinnego budżetu. Próbując osiągnąć jako taką równowagę umowną granicę pomiędzy rozsądkiem a stratosferycznym obłędem, na który może pozwolić sobie jedynie garstka szczęśliwców, ustaliliśmy na poziomie 20 000 PLN i tym oto sposobem, po niespiesznym i wnikliwym researchu w oko wpadł nam jedyny w ofercie dystrybuowanej przez krakowskie Audio Anatomy włoskiej Audii Flight przedwzmacniacz gramofonowy FL Phono.

Nie ukrywam, że FL Phono nie miał początkowo zbyt łatwego życia. Nie dość, że w systemie Jacka musiał zmierzyć się z ponad dwukrotnie droższą konkurencją, to w dodatku cały czas patrzyliśmy na niego (phono, nie Jacka) z perspektywy topowego duetu Strumento N°1 & N°4 . Niby niezaprzeczalnie pozytywne i po prostu miłe wspomnienia dzielonej amplifikacji wystawiły marce całkiem solidną rekomendację, ale bądźmy szczerzy – pomiędzy 140 000 PLN a 20 000 PLN jest pewne pole do manewru (również dla księgowych) i praktycznie wszystko może się zdarzyć. Nie uprzedzając jednak faktów i nie tworząc własnych teorii spiskowych, od których mamy w końcu Antoniego a jak wiadomo żadna władza konkurencji nie lubi, skupmy się lepiej na bohaterze niniejszego testu.
Już od progu widać, że FL Phono zajmuje w rodzimej hierarchii nieco niższą pozycję od linii Strumento, gdyż zamiast niemalże pancernych – wyściełanych grubymi płatami pianki, drewnianych skrzyń phonostage otrzymał standardowy, acz podwójny i solidny karton. Nie powiem, żeby akurat ten drobiazg jakoś specjalnie spędzał mi sen z powiek, gdyż po pierwsze mamy mniej do noszenia a i sam proces rozpakowywania trwa zauważalnie krócej. Jednak po wysmyknięciu zawartości wartość postrzegana gwałtownie wzrasta. Jednostka centralna i odrębny moduł zasilania prezentują się bowiem nad wyraz korzystnie. Grube aluminiowe płaty szczotkowanego i anodowanego na czarno (dostępne jest też srebrne wykończenie) aluminium na frontach budzą zaufanie. Podobnie z resztą do gustu może przypaść umieszczone w lewym górnym rogu podświetlone na niebiesko (całe szczęście mało jaskrawo) firmowe logo i rządek pięciu masywnych przycisków umożliwiających obsługę urządzenia. Do wyboru, patrząc od lewej mamy włącznik główny, selektor źródeł, podbicie o +10dB, uaktywnienie trybu mono (zsumowanie obu kanałów przy odsłuchu płyt monofonicznych z użyciem wkładki stereo), oraz IEC – włącznik filtra subsonicznego. Włączenie którejkolwiek z powyższych funkcjonalności skutkuje również obudzeniem stosownej – błękitnej diody. Posadowionego na dwóch masywnych nóżkach modułu zasilacza tym razem nie trzeba wstydliwie chować gdzieś w drugim rzędzie, gdyż nie dość że otrzymał taki sam front, co jednostka centralna, to w dodatku przewidziano go jako optyczne prawe „domknięcie” bryły urządzenia i przyozdobiono nazwą modelu.
Ściany tylne również nie  dają powodu do rozczarowania, ale i nie zabrakło niespodzianek. Otóż w przeciwieństwie do większości znanych mi konstrukcji zamontowany na stałe solidny przewód zasilający zakończony wielopinową, przykręcaną wtyczką znajdziemy bowiem nie w zasilaczu a jednostce głównej. Na plecach zasilacza jest za to stosowna szyna przyłączeniowa, zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo IEC i terminal firmowej magistrali AU-Link z hebelkowym przełącznikiem trybu pracy. Moduł sygnałowy może się za to pochwalić dostępnymi zarówno w standardzie XLR i RCA gniazdami wyjściowymi, oraz dwiema parami wejść RCA umożliwiającymi ustawie ich w tryb współpracy z wkładkami MM i MC. Fakt ten z pewnością ucieszy wszystkich miłośników bądź to dwóch gramofonów, bądź konstrukcji dwuramiennych. Oczywiście nie zabrakło stosownego, zakręcanego zacisku uziemienia.
Zaglądając w głąb korpusów okazuje się, że i tutaj księgowi najwidoczniej nie mieli zbyt dużo do powiedzenia. W zasilaczu znajdziemy bowiem  dwa (!!) klasyczne toroidy, z których mniejszy (15 VA) odpowiada za układy logiczne a większy – 50 VA domenę analogową. Równie ciekawie jest w części odpowiedzialnej za pracę z sygnałami audio. Dbałość o detale widać już przy obsłudze przycisków, których wybór nie dość, że jest zapamiętywany w odpowiedniej kości, to w dodatku same przyciski nie są bezpośrednio podłączone pod układy elektryczne a poprzez moduły opto-izolatorów. Układy dedykowane obciążeniom MM/MC również zostały rozdzielone na odrębne płytki a same selektory nastaw umiejscowiono możliwie najbliżej wejść. A skoro przy tym jesteśmy, to o ile wybór odpowiedniej oporności i pojemności z użyciem złoconych zworek jest całkiem intuicyjne i bezproblemowy, to ergonomia takiego rozwiązania w sytuacji, gdy zmiana wkładki wymusza wyciąganie z szafki całego urządzenia by tylko przepiąć zworkę bynajmniej nie zachwyca. Chociaż z drugiej strony i tak nie jest gorzej niż w przypadku standardowych microswitchy umieszczanych na tylnych, bądź spodnich ściankach u konkurencji a na pewno lepiej niż np. w Octave Phono Module, które wymagało rozkręcania. Proszę zatem powyższe zdanie traktować jedynie w kategoriach marudzenia rozleniwionego bezobsługowością Tellurium Q i Phasemation tetryka.

Ponieważ Jacek zdążył już  przećwiczyć Audię pod względem kompatybilności z wkładką MC w moim systemie podpiąłem do niej Kuzmę uzbrojoną z MM-kę – świetnie sprawdzającego się w Rocku Sheltera 201. Odkręcenie klapki na plecach, szybka zabawa zworkami (bez tabelki z instrukcji raczej się nie uda), założenie klapki  i jedziemy.
Dźwięk Audii jest niezwykle udanym połączeniem niesamowitej wręcz rozdzielczości z równie zjawiskową muzykalnością. Mamy bowiem do czynienia z fenomenalnym wglądem w strukturę nagrania, z wiernym oddaniem akustyki pomieszczeń w których dokonywano nagrań, gradacją planów, rozmieszczeniem poszczególnych muzyków na scenie i  możliwości swobodnego śledzenia ich solowych poczynań przy jednoczesnym zapewnieniu spójności, homogeniczności całości i niemalże zarezerwowanej dla konstrukcji lampowych tej niepodrabialnej gładkości. Jest jedno „ale”. Próżno bowiem doszukiwać się tutaj jakiegoś zaokrąglenia skrajów, właściwego próżniowym bańkom „dopalenia” średnicy i ulotnej „magiczności”. Jeśli zatem szukacie dźwięku „zrobionego” to tutaj go nie znajdziecie. W  zamian za to dostaniecie precyzję, krystaliczną czystość i spektakularną, wyrywającą z butów dynamikę  a zarazem aksamitną gładkość i atłasową czerń tła, której próżno szukać nawet w droższych konstrukcjach. I właśnie owa nieprzeniknioność sprawia, że wszystko nie tylko wydaje się, ale właśnie takie jest, bardziej namacalne, wyraźniejsze i po prostu bardziej realne. Owa transparentność i niebywała umiejętność zniknięcia w torze sprawiają, że na bardzo wysokim poziomie utrzymuje się również różnicowania nagrań, co jest szczególnie słyszalne na wszelakiej maści składankach w stylu „Nothing Has Changed (The Best Of David Bowie)” Davida Bowie, czy „Kill Bill Vol. 1”. Z jednej bowiem strony mamy wizję autora – kompilatora stojącego za zachowaniem spójności albumu a z drugiej multum utworów pochodzących z najprzeróżniejszych, epok i stylów muzycznych, plus co niejako najistotniejsze nieraz dramatyczną różnicę w jakości poszczególnych tracków. Audia do powyższego, niezbyt łatwego tematu podchodzi jednak ze stoickim spokojem od pierwszego do ostatniego utworu z wrodzonym wdziękiem wyłuskując wspólny mianownik i dopiero na jego bazie budując cały spektakl. Nie uśrednia i nie spłaszcza przy tym przekazu idąc na łatwiznę i równając w dół, lecz jedynie prezentuje poszczególne ścieżki właśnie poprzez pryzmat wyekstrahowanego mianownika. Oczywiście nie jest to jednak sposób na osiągniecie, bądź chociażby zbliżenie się do poziomu jakościowego „Standards” Kellye Gray firmowanej przez Sheltera a jedynie nader skuteczny zabieg na utrzymanie całości w ryzach. Dzięki temu nie mamy wrażenia przypadkowości i niechlujności wydania, gdyż w obrębie albumu wartością nadrzędną jest część wspólna a nie szatkujące kompozycję na czynniki pierwsze różnice.
Choć głównym beneficjentem wspominanych rozdzielczości i rześkości przekazu jest szeroko rozumiana muzyka jazzowa, co bardzo łatwo uchwycić na minimalistycznym „Vägen” Tingvall Trio i klasycznym „Sketches of Spain” Milesa Davisa to również i cięższe brzmienia nic na owym sznycie grania nie cierpią. O ile Jacek wspominał o pewnym przeniesieniu punktu ciężkości  górę, to ja, na wkładce MC takiej tendencji nie zauważyłem. Jedyne co, można było o charakterze Audii napisać, to to, że po pierwsze preferuje liniowy sposób prezentacji i niespecjalnie wykazuje ochotę do faworyzowania jakiegoś ulubionego podzakresu częstotliwości a po drugie daleka jest od zaokrąglania, bądź wycofywania skrajów pasma. Dlatego też zarówno dęciaki wybrzmiewają do samo końca, jak i basowe pomruki schodzą na tyle nisko, że diabelskiej braci tynk na rogate łby ze sklepienia piekieł się sypie. Ponadto ów bas nie jest w żaden sposób limitowany a jedynie, poprzez usunięcie wszelakiej maści zniekształceń i artefaktów traci gdzieś swoje wcześniejsze rozedrganie i niezdefiniowanie na rzecz stalowej kontroli i obsesyjnego wręcz pilnowania tempa. Anglojęzyczna część ludzkiej populacji taki bas charakteryzuje mianem „crispy”, czyli „chrupki” i w tym przypadku śmiało można uznać powyższe stwierdzenie za najbardziej adekwatne. Dzięki tej kuracji nawet mało audiofilskie i spokojne krążki w stylu „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy i „Das Seelenbrechen” Ihsahn potrafiły porwać słuchaczy w wir wydarzeń bez zbytniego epatowania nieco kanciastą – o garażowej proweniencji górą, czy suchym i trzeszczącym basem. Były dynamiczne, brutalne i surowe, lecz zarazem dalekie od siermiężności, czy krzykliwości pojawiającej się w momencie zbytniego odchudzenia i pozbawienia przekazu właściwego fundamentu basowego.

Przedwzmacniacz gramofonowy Audia Flight FL Phono jest kolejnym przykładem na to, że w ciągu ostatnich paru lat Massimiliano Marzi i Andrea Nardini, czyli osobom stojącym za wizerunkiem i ofertą marki udało się wypracować niezwykle dojrzałą i zarazem uniwersalną własną, unikalną szkołę brzmienia. Jest to też kolejny dowód na to, że w chwili obecnej większość stereotypów można co najwyżej w buty sobie wsadzić. O czym mowa? O niemożliwej wręcz do wyplenienia pozornie nierozerwalnej więzi pomiędzy słonecznymi Włochami, a więc krajem pochodzenia Audii, a finalnym brzmieniem. Powiem nawet więcej – w FL Phono zdecydowanie bardziej słyszalny jest wyczynowo rozdzielczy i noszący znamiona perfekcjonizmu pierwiastek japoński aniżeli włoski, więc jeśli tylko nie jesteście pewni swojego czysto internetowego wyboru gorąco zachęcam was do posłuchania Audii we własnych czterech katach i to nawet wtedy, gdy rozglądacie się za konstrukcjami o 5-10 tys. droższymi. Zaoszczędzone w ten sposób środki warto spożytkować bądź to na adekwatne brzmieniowo okablowanie, bądź akcesoria antywibracyjne, gdyż również z ich pomocą z powodzeniem możemy modelować końcowy efekt brzmieniowy tytułowego phonostage’a.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audio Anatomy
Cena: 19 750 PLN

Dane techniczne:
Wzmocnienie (Gain): MC 64 dB + 10 dB (74 dB) / MM 44 dB + 10 dB (54 dB)
Pasmo przenoszenia (1Wrsm, -3db): 5Hz – 120KHz
Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): <0,05%
Odstęp S/N: >90dB “A” ważony
Zgodność z krzywą RIAA: +/- 0,1 dB
Niezbalansowanie kanałów: <0,04 dB
Separacja kanałów >95 dB @ 10 kHz
Impedancja wejściowa MC: 7 Ω to 980 Ω w ośmiu krokach plus własne (z użyciem rezystorów)
Pojemność wejściowa MM: 47pF to 600 pF dwunastu krokach plus własne (z użyciem kondensatorów)
Impedancja wyjściowa: 500 Ω
Maksymalny pobór mocy: 65W
Wymiary (SxWxG): 420 x 92 x 330 mm
Waga: 10,5 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz: Accuphase C-3850
– Końcówka mocy: Accuphase P-7300
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Thixar Eliminator; Thixar Silent Feet Basic

  1. Soundrebels.com
  2. >

Rockport Technologies – LYRA

Lyra to najnowszy zestaw głośnikowy firmy Rockport Technologies. Sytuując się pomiędzy modelem Cygnus i flagowym Arrakis, Lyra staje się jedną z najlepszych konstrukcji na świecie.

Trzy lata projektowania i 30 lat historii.
Lyra jest kulminacją trzech dekad projektowania i wytwarzania zestawów głośnikowych. Stanowi najlepszy przykład jakości produktów spod znaku Rockport Technologies. Ucieleśnia sobą wyjątkowe połączenie wyrafinowania i kompetencji, które charakteryzują jej twórców. Obudowa Lyry to najbardziej zaawansowana technicznie konstrukcja jaką kiedykolwiek wyprodukowano dla kolumny głośnikowej.

Nadzwyczajnie skomplikowana i jednocześnie przepięknie prosta.
Lyra to doskonały mariaż eleganckiego wzornictwa przemysłowego i zoptymalizowanych proporcji akustycznych. Cała obudowa modelu składa się zaledwie z dwóch kluczowych komponentów. Zewnętrznego modułu i wewnętrznej części, która zintegrowana jest z panelem przednim. Każdy z tych komponentów to pojedynczy aluminiowy odlew montowany jeden w drugim celem stworzenia wewnętrznej i zewnętrznej ,,skorupy” obudowy kompozytowej. Wszystkie typowe elementy konstrukcyjne kolumny, takie jak: wzmocnienia, miejsca montażu przetworników, usztywnienia, komory akustyczne są integralną częścią wewnętrznego aluminiowego odlewu. Zewnętrzny odlew posiada natomiast specjalne usztywniające wręgi wkomponowane w eliptyczny kształt tej części obudowy.

Forma podążająca za funkcjonalnością.
Po zakończeniu niezwykle skomplikowanego procesu odlewu aluminiowych sekcji obudowy, wszystkie widoczne na zewnątrz jej elementy są finalnie poddawane obróbce dokonywanej przez sterowane numerycznie obrabiarki (CNC). Dzięki zastosowaniu firmowego procesu produkcji, wygląd Lyry nie jest ograniczony kształtami typowymi dla większości zestawów głośnikowych. Dlatego też obudowy mogą być w pełni zoptymalizowane, celem  uzyskania jak najlepszego rozmieszczenia przetworników elektroakustycznych, redukcji wewnętrznych fal stojących i ograniczenia anomalii dyfrakcji występujących na krawędziach elementów konstrukcyjnych. To wszystko zapewnia niezakłócony przepływ fal akustycznych co skutkuje uzyskaniem jak najlepszej spójności brzmienia.

Ekstremalne tłumienie połączone z ekstremalną sztywnością – Rockport przedstawia obudowę typu DAMSTIF™.
Obie aluminiowe części obudowy modelu Lyra spaja ze sobą, wtłaczana pomiędzy nie, firmowa substancja tłumiąca, której waga wynosi prawie 70 kg. Po zaschnięciu, idealnie łączy ze sobą oba główne elementy konstrukcyjne, tworząc nieprawdopodobnie sztywny monolit, charakteryzujący się wyjątkowo wysokim stopniem tłumienia niepożądanych wibracji.
Dzięki temu rozwiązaniu nie występuje w Lyrze efekt ,,grającej obudowy” co przekłada się na jakość dźwięku. Nowa kolumna firmy Rockport może pochwalić się najniższym poziomem szumów (noise floor), wśród wszystkich produkowanych aktualnie zestawów głośnikowych. Dwuczęściowa obudowa DAMSTIF™ jest całkowicie unikalnym rozwiązaniem, gdyż nie posiada jakichkolwiek elementów mechanicznych łączących ze sobą obie jej części. Dzięki temu posiada wszystkie zalety konstrukcji typu monocoque (jednoelementowej) zachowując jednocześnie maksymalną sztywność, wagę i doskonałe tłumienie.

Wyjątkowe głośniki.
W Lyrze zastosowaliśmy najnowszą generację głośników średniotonowych, które wykonano zgodnie z firmową technologią polegającą na zróżnicowaniu grubości poszczególnych sekcji membrany. Membrany wykonane z kompozytu ,,kanapkowego” (,,sandwich”) włókien węglowych idealnie pasują do naszych nadzwyczaj potężnych napędów charakteryzujących się ultra niskimi zniekształceniami. Obsługiwane przez nie pasmo częstotliwości obejmuje prawie sześć oktaw, a poziom zniekształceń jest niższy niż w niektórych wzmacniaczach (-60dB!).
Lyra to kolumna 3 ½ drożna, której oba średniotonowce współpracują ze sobą podczas odtwarzania najniższego obsługiwanego pasma częstotliwości. W miarę posuwania się w górę pasma, jeden z przetworników, dedykowany niższemu zakresowi, zaprzestaje swojej pracy przy około 500 Hz. Drugi zaś kontynuuje odtwarzanie dźwięków z wyższego zakresu, aż do momentu osiągnięcia poziomu przy którym włącza się berylowy tweeter. Dzięki skutecznemu zdublowaniu powierzchni membran odtwarzających średnie tony (równej 8 calowemu wooferowi) w zakresie niższej średnicy, a następnie poprzez stosowanie pojedynczego przetwornika 6 calowego, celem uzyskania jak najlepszej spójności brzmienia, Lyra oferuje bezkonkurencyjną kombinację wspaniale kontrolowanej średnicy, przejrzystości i obecności dźwięku.

Wysokie tony są odtwarzane są przez berylową kopułkę, którą zamocowano w otaczającym ją firmowym falowodzie umożliwiającym uzyskanie odpowiednich charakterystyk odbić fal dźwiękowych, co skutkuje poprawą impedancji akustycznej niższego zakresu pasma częstotliwości.

Zastosowane rozwiązanie znacząco redukuje zniekształcenia oraz poprawia dynamikę dźwięku, Udało się także uzyskać lepszą koherencję brzmienia i łagodniejsze przejścia pomiędzy średnicą a wysokimi tonami, skutkujące większą naturalnością odtwarzanego dźwięku. Metalowy falowód tweetera jest anodyzowany, dzięki czemu uzyskujemy ciekawy wizualnie efekt 3D. Poza doskonałą prezencją stanowi on perfekcyjną oprawę dla montażu najwyższej klasy kopułki berylowej.

Najniższe częstotliwości są odtwarzane za pomocą dwóch firmowych 10 calowych wooferów, których membrany stanowią „kanapkowy” („sandwich”) kompozyt włókien węglowych. Potężny, 3 calowy system napędowy tych wooferów, gwarantuje taki sam niski poziom niskich zniekształceń jaki ma miejsce w przypadku przetworników średniotonowych (-60dB!).

W porównaniu z modelem Cygnus, zastosowano około 20% większy litraż obudowy co poskutkowało uzyskaniem jakości odtwarzania basu niespotykanej wśród kolumn o podobnych do Lyry wymiarach.
Jeśli odsłuch modelu Atria, Avior lub Cygnus zrobił na Was wrażenie, ale w głębi duszy pragnęliście czegoś więcej to zarezerwujcie sobie czas na posłuchanie najnowszej kolumny firmy Rockport. Obiecujemy, iż Lyra przeniesie Was w zupełnie nowe miejsce w świecie High-Endu ustanawiając wyjątkowo wysoki standard jakości w dziedzinie reprodukcji muzyki.

Specyfikacja techniczna:
• Bas: dwa głośniki – kompozyt przekładkowy z włókna węglowego –  10″ /25,4 cm/
• Średnica: dwa głośniki – kompozyt przekładkowy z włókna węglowego – 6″ /15.24 cm/
• Wysokie tony: jeden głośnik – berylowy – 1″ /2.54 cm/
• Skuteczność: 90 dB SPL/2.83v
• Impedancja nominalna: 4 Ω
• Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 30 kHz, -3 dB
• Minimalna moc wzmacniacza: 30 W
• Wewnętrzne okablowanie: Transparent Audio Reference
• Wymiary całkowite (WxSxG):  136x36x67 cm
• Waga: 254 kg/szt

  1. Soundrebels.com
  2. >

Accuphase C-3850 & P-7300

Link do zapowiedzi: Accuphase C-3850 + P-7300

Opinia 1

No i stało się. To, z czym do tej pory, nomen omen słusznie, kojarzone było Accuphase odeszło na zasłużoną emeryturę i nadeszło nowe – lepsze oblicze japońskiej legendy. O wyczuwalnej, słyszalnej ewolucji zachodzącej w szampańskich urządzeniach ozdobionych zielono-błękitnym logotypem wspominałem m.in. przy okazji recenzji „najmniejszej” końcówki A-36 a następnie plasującej się oczko wyżej A-47. Już wtedy jasnym dla mnie stało się, że firma sonduje reakcję rynku i oczywiście swoich wiernych fanów, na ewolucyjne a nie rewolucyjne zmiany zmierzające ku zwiększeniu zarówno dynamiki, jak i rozdzielczości dźwięku a zarazem powolne odchodzenie od iście karmelowej słodyczy i lepkości. Dlatego też zmiany zostały zapoczątkowane w królewskiej serii wzmacniaczy A-klasowych nie od szczytu a od najniższych modeli, by następnie swą ekspansją objąć stanowiące trzon oferty popularne integry. Tutaj już nie było wątpliwości, gdyż E-470 i E-370 grały tak jakby jutra miało nie być. Podwojenie wartości współczynnika tłumienia i udoskonalenie topologii wewnętrznej zaowocowało dźwiękiem witalnym, sprężystym i niesamowicie angażującym a zarazem na tyle wyraźnie kontrastującym ze „starą gwardią” reprezentowaną przez E-600, że porównując ww. konstrukcje czasem trudno było jednoznacznie uznać, która powinna znajdować się na najwyższym stopniu podium, a która poziom, bądź nawet dwa niżej. Mając jednak na uwadze, że apetyt rośnie w miarę jedzenia krakowsko-warszawski Nautilus postanowił tym razem nas odpowiednio rozpieścić i zamiast spodziewanej – najnowszej, a zarazem otwierającej zintegrowaną ofertę E-270 dostarczył do nas topową, pracującą w klasie AB stereofoniczną końcówkę mocy P-7300 wraz z równie szczytowym modelem przedwzmacniacza liniowego C-3850. Jeśli zatem jesteście Państwo ciekawi jak może zagrać amplifikacja za blisko ćwierć miliona PLN serdecznie zapraszamy do lektury.

Rozpoczynając przegląd aparycji dostarczonych przez ekipę Nautilusa kosztowności zgodnie z drogą sygnału od przedwzmacniacza C-3850 uczciwie trzeba przyznać, że porównując go z jego poprzednikiem, czyli C-3800 trudno dostrzec jakąkolwiek różnicę. Po prostu wyglądają jak przysłowiowe dwie krople wody a zmiany pomiędzy obiema generacjami ograniczają się jedyni do trzewi i jak mniemam brzmienia, o cenie nawet nie wspominając. Nadal mamy zatem do czynienia z centralnie umieszczonym za prostokątną szybką interfejsem informującym o aktywnym wejściu i sile wzmocnienia plus ewentualnych uaktywnionych „wodotryskach” obsługiwanych za pomocą pokręteł i przycisków znajdujących się na ukrytym na tuż pod displayem uchylnym panelu sterowania. Jednak tak po prawdzie do pełni szczęścia w 99,9% przypadków wystarczają gałki wyboru źródeł (lewa) i siły wzmocnienia (prawa). Włącznik główny ulokowano  pod lewą gałką a gniazdo słuchawkowe i „ściszacz” pod prawą.
Płytę górną pokrytego ekskluzywnym fornirem i wypolerowanego na wysoki połysk korpusu zdobią dwie kratki wentylacyjne ale prawdziwe atrakcje czekają na nas dopiero na ścianie tylnej. Sześć wejść w standardzie RCA, cztery pary XLRów, pętla magnetofonowa, zdublowane (po dwie pary) wyjścia RCA i XLR plus po parze RCA i XLRów dedykowanych dla zewnętrznego przedwzmacniacza / procesora sprawiają, że trudno wyobrazić sobie sytuację, kiedy zabrakło by nam „dziurek” do wpięcia jakiegoś analogowego źródła. Po prostu pełna rozpusta.
Jednak wygląd wyglądem ale clue wyjątkowości C-3800 tkwi w jego trzewiach a dokładnie w samej idei działania. Chodzi bowiem o to, że o ile większość znanych ludzkości konstrukcji działa na zasadzie tłumienia sygnału źródłowego, co niejako automatycznie wiąże się ze zmianą impedancji, to Accuphse stosuje autorski, w pełni analogowy układ AVAA (Accuphase Analog Vari-gain Amplifier) zamieniający sygnał wejściowy na prądowy a wyjściowy na napięciowy. Dzięki czemu eliminuje się zmiany impedancji, ogranicza do niemalże niemierzalnych wartości podatność na szumy i zniekształcenia a co za tym idzie winduje stosunek sygnału do szumu i co najważniejsze nie manipuluje się przy paśmie przenoszenia. W C-3850 zastosowano najnowszą wersję układu AAVA o nazwie „Balanced AAVA”, z dwoma układami AAVA pracującymi równolegle w układzie zbalansowanym, co zapewnia w pełni zbalansowaną ścieżkę sygnału od wejść począwszy na wyjściach skończywszy.
W przypadku P-7300 producent stawia sprawę jasno. Otóż choć mamy do czynienia z klasą AB u genezy powstania ww. końcówki stoją zarówno, co z resztą oczywiste, monobloki M-600, jak i legendarne konstrukcje A-200. Takie pochodzenie nieuchronnie znajduje przełożenie zarówno w wielce imponujących gabarytach, oscylującej w granicach 50 kg wadze, cenie (niestety) ale co najważniejsze parametrach.
P-7300 jest bowiem kolejnym przedstawicielem „pokolenia 1000”, czyli konstrukcji mogących pochwalić się wynoszącą właśnie okrąglutki tysiąc wartością współczynnika tłumienia (damping factor) odpowiedzialnego za kontrolę nad napędzanymi kolumnami. Po starszym rodzeństwie tytułowa końcówka odziedziczyła również klasyczny i niezmienny od dekad szampańsko-złoty front z przepięknymi, klasycznymi wskaźnikami wychyłowymi, niezaprzeczalnie lepiej prezentującymi się aniżeli LEDowe bargrafy A-200, masywne uchwyty na przedniej i tylnej ściance, oraz monstrualne radiatory zastępujące konwencjonalne ściany boczne. Warto podkreślić, że stanowią one nie tylko niewątpliwą ozdobę co podyktowane względami konstrukcyjnymi rozwiązanie umożliwiające pozbycie się energii cieplnej pochodzącej od zdolnych oddać 800 W/1 Ω w trybie stereo i 1600 W/2 Ω po zmostkowaniu, pracujących w stopniu wyjściowym tranzystorów. Dla zobrazowania skali przedsięwzięcia wspomnę tylko, że na kanał przypada po 10 pracujących w trybie push-pull tranów Toshiby (A1943+C5200) a o odpowiedni rezerwuar energii dba przypominające wielki odlew toroidalne trafo i dwa równie imponujące Nichicony o pojemności 56 000 μF każdy.
Tylna ściana tylko potwierdza solidność konstrukcji. Zdublowane terminale głośnikowe swą masywnością są w stanie wprowadzić w onieśmielenie większość amerykańskiej, a więc wykazującej zamiłowanie do gigantomanii konkurencji a przy tym przyjąć dowolnego rozmiaru widły. Wejścia liniowe dostępne są oczywiście zarówno w standardzie RCA, jak i XLR, choć na tym poziomie wybór wydaje się oczywisty – połączenie zbalansowane górą. Dodatkowo nie zabrakło stosownego przełącznika zmieniającego układ pinów w gniazdach XLR i pokrętła do ustawiania trybu pracy wzmacniacza.

No dobrze, design designem, ale podejrzewam, że Państwa interesuje przede wszystkim brzmienie. I słusznie, bo w przypadku Accuphase’ów sprawa wyglądu jest równie oczywista, co dla przysłowiowego konia, który jaki jest każdy widzi. Dlatego już czym prędzej spieszę donieść, że tytułowemu duetowi dynamiką, szybkością, holografią i spektakularnością zdecydowanie bliżej do estetyki PASSów, czy wręcz Gryphona aniżeli gabinetowego dostojeństwa A-200. W pierwszej chwili można nawet dać zwieść się pozorom, że Accu grają o zgrozo … chłodno i analitycznie. To jednak, jak zdążyłem nadmienić, jedynie pozory, gdyż japońskie specjały chłoną w pierwszych nawet nie tyle godzinach, co dniach prąd łapczywiej aniżeli przywieziona z Grecji naturalna gąbka wodę. Dlatego też, jeśli jest ku temu sposobność najlepiej ich nie wyłączać a jeśli komuś przeszkadza firmowa iluminacja (w co szczerze wątpię) zawsze można ją wygasić i tyle a sprzęt dalej trzymać pod prądem. Proszę mi uwierzyć na słowo a po dokonaniu zakupu przeprowadzić stosowne doświadczenie we własnym systemie i wszystko powinno stać się jasne, koniec kropka. Nie sposób jednak nie odnieść się do dziedzictwa Accu i pewnej szkoły brzmienia, którą japońska marka jakby nie było nie tylko wspierała, co wręcz tworzyła. Chodzi bowiem o swoistą słodką i nieco przyciemnioną łagodność określaną nieraz mianem „gabinetowości”. Nie chodzi bynajmniej o znaczenie pejoratywne, lecz o pewien umowny synonim ekskluzywności, statusu i świadomości własnej wartości, gdy nic nikomu już nie trzeba udowadniać a większość czynności wykonuje się może nie od niechcenia, co bez nawet najmniejszych oznak pośpiechu. Tym razem mamy bowiem do czynienia z iście wybuchową mieszanką władczej potęgi sprawowanej nad głośnikami, zapasu mocy zdolnego sprawić by stół bilardowy grał niczym Tannoye M1 i adekwatnej do koloru frontów barwy, lecz podlane równie wysokooktanowym, co łatwopalnym sosem. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż po troskliwym wygrzaniu i pełnej akomodacji w moim systemie brzmieniu tytułowego seta bliżej było do zrywności i drapieżności czarnej pantery aniżeli „misiowatości” uroczej pandy. A właśnie, skoro przy ww. „koteczku” jesteśmy, to nie odmówiłem sobie przyjemności sięgnięcia w ramach rozgrzewki po „Vulgar Display Of Power” właśnie … Pantery. Niestety pomimo mojego całego sentymentu do tego krążka na japońskim systemie nad wyraz boleśnie przyszło mi się (po raz kolejny z resztą) przekonać jak koszmarnie został zrealizowany. Nie chodzi bynajmniej o to, że biżuteryjna amplifikacja potocznie mówiąc nie wyrabiała się z tempem i ofensywnością, lecz w sposób niezwykle bezpardonowy pokazywała dwuwymiarowy i płaski niczym anorektyczna modelka z paryskich pokazów haute couture spektakl. Niby potężny bas wgniatał w fotel, gitarowe riffy cięły powietrze niczym duszące siarkowym odorem piekielnie płomienie a „soczyste” i wyrykiwane przez Philipa Anselmo z autentyczną wściekłością teksty trafiały w sedno, ale całość jakoś nie przekonywała. Brakowało trójwymiarowości w stylu „my jesteśmy tam” lub „oni są tu”. Aby osiągnąć ten stopień realizmu trzeba było sięgnąć po nieco lepsze realizacje w stylu równie demonicznie szybkiego „Submission For Liberty” 4 Arm, zapowiadającego krążek „Gods of Violence” singla „Satan Is Real” Kreatora, „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy, czy nawet a może przede wszystkim dostępny w 24-bitowej jakości „Failed States” Propagandhi. Jeśli ktoś po takiej dawce ciekłego metalu nadal będzie uważać, że tego typu muzyki nie da się dobrze odtworzyć na „audiofilskich zabawkach”, to nie dość, że mało jeszcze w życiu słyszał, to w dodatku obok tytułowych Accuphase’ów nawet nie przechodził. Bowiem na nich, jak widać na powyższych przykładach, można naprawdę ostro przyłoić i tylko od kolumn, oraz wyrozumiałości współdomowników / sąsiadów zależeć będzie jakich poziomów głośności sięgniemy zanim zjawi się u nas patrol prewencji. Może brzmi to komicznie, ale brak zniekształceń i krystalicznie czysty dźwięk nawet przy iście koncertowych poziomach głośności gdzieś niepostrzeżenie wyłączają nasze samozabezpieczenie, że właśnie głośno odtwarzany album gra nie tyle głośno, co sporo za głośno i oprócz nas niezbyt cywilizowane dźwięki docierają również do mieszkańców najbliższych … dzielnic. No dobrze żarty na bok. W końcu nie po to wydaje się ćwierć miliona na amplifikację, by co wieczór przybijać piątkę z dzielnicowym. Jej uroki w pełni można przecież docenić na zdecydowanie bardziej wysublimowanym repertuarze. Aby się o tym przekonać wystarczyło bowiem sięgnąć po cudownie bujający i zagrany na totalnym luzie „lullaby and… The Ceaseless Roar” Roberta Planta, gdzie głos wokalisty podany został z iście studyjną wiernością – bez zbytnich zabiegów upiększających, podkręcenia saturacji, czy postawienia go w bursztynowym świetle nadającym całości rozleniwiającej miękkości. W końcu tego wypadałoby spodziewać się po Accu, tymczasem jesteśmy zdecydowanie bliżej neutralności aniżeli moglibyśmy się spodziewać, lecz co najważniejsze nie odczuwamy z tego powodu najmniejszego zawodu, czy rozczarowania. No bo jak można byłoby się boczyć o to, że ni stąd ni zowąd  otrzymujemy możliwość lepszego wniknięcia w nagranie i podejścia o krok, czy dwa bliżej prawdy. Prawdy nagrania, a więc również bliżej realiów i okoliczności w jakich owo  nagranie powstawało. Jest to o tyle istotne, że wraz z materiałem źródłowym w nasze uzy nie jest wtłaczany lukier i karmelowa polewa sprawiające, że wszystko jest „ładne” lecz zarazem niekoniecznie prawdziwe. Tutaj prawda jest naga, a przez to piękna w swej autentyczności. Orientalne perkusjonalia czarują głęboką barwą i miękkością, gitary są surowe a kiedy trzeba odpowiednio przesterowane a Plant nie udaje, że nadal ma dwadzieścia, czy trzydzieści lat i przez cały czas wiódł ascetyczny i zdrowy żywot niczym mnich weganin mieszkający w samotni u podnóża Himalajów.
A jak z wszelakiej maści audiofilskimi smaczkami? Uprzejmie donoszę, że wszystko jest na swoim miejscu. Różnice pomiędzy studyjnym i niezwykle intymnie zrealizowanym „Lento” Youn Sun Nah, gdzie wszystko rozgrywa się niejako na wyciągnięcie ręki a za drugim-trzecim planem mamy jedynie czarną otchłań i dodany na stole realizatora pogłos a nagrywanych w zdecydowanie większych – sakralnych kubaturach „Antiphone Blues”, czy rodzimym „Surge Propera” (nasza recenzja) są bezdyskusyjne i niepodważalne. Po pierwsze bezbłędnie jesteśmy w stanie nie tylko oszacować dystans dzielący nas od instrumentarium a po drugie nie ma mowy o tym, by ów spektakl przenieść do naszych czterech kątów. Nic z tych rzeczy. Tym razem to my się fatygujemy na koncert a nie muzycy przychodzą do nas. Powód wydaje się oczywisty, ale jeśli ktoś jeszcze go odkrył to dla ułatwienia podpowiem – proszę sprawdzić rozmiary kościelnych organów a potem rozejrzeć się po własnym lokum. Jeśli po takim rekonesansie nadal Państwo nie wiecie o co chodzi, to znaczy, że prawdopodobnie jesteście posiadaczami ekskluzywnego loftu będącego niegdyś jakąś niedużą fabryką, bądź … kaplicą (tak jak to miało miejsce w Utrechcie).

Mam cichą nadzieję, iż powyższy opis walorów brzmieniowych Accuphase C-3850 i P-7300 jasno wskazuje kierunek jaki obrali i jakim podążają japońscy konstruktorzy. Bazując na zdobytym przez dekady doświadczeniu i z szacunkiem dla wychowanych na swojej szkole dźwięku co najmniej dwóch generacji audiofilów, korzystając ze współczesnych zdobyczy techniki otwierają nowy rozdział w historii marki. Nie jest to jednak odcięcie się od korzeni, lecz budowanie nowej jakości na podwalinach tego, co dotychczas w brzmieniu Accuphase było najlepsze. Mamy zatem niesamowitą gładkość i plastyczność przekazu, mamy niepodrabialną kulturę i wysublimowanie, lecz wzbogacone ponadprzeciętną dynamiką i to zarówno w skali mikro, jak i makro, oraz równie wyżyłowaną, w pozytywnym słowa tego znaczeniu, rozdzielczością. Słychać zatem nie dość, że więcej, to w dodatku lepiej i prawdziwiej. Z jednym tylko wyjątkiem – C-3850, którego … nie słychać. Ale taki właśnie powinien być wzorcowy przedwzmacniacz i taki 3850 jest. A jeśli chodzi o końcówkę, to cóż mogę powiedzieć innego aniżeli to, że zapałałem do niej miłością wielką, acz na razie niestety platoniczną. P-7300 łączy bowiem w sobie gładkość i holografię przekazu A-klasowego, mniejszego rodzeństwa (A-36 i A-47) z dynamiką, natychmiastowością i niezwykle precyzyjną brutalnością … Gryphona Diablo 300 a to mieszanka genów na którą nie potrafię pozostać obojętny.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Transport+DAC: Accuphase DP-950 + DC-950
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica; Siltech Triple Crown
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister; Acrolink 7N-PC9500
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Thixar Eliminator; Thixar Silent Feet Basic

Opinia 2

Znakomicie zdajemy sobie sprawę, iż roszada pokoleniowa komponentów audio w ofercie każdego producenta mimo kilku mających całkowicie inne podłoża przyczyn jest czymś normalnym. Jednym z nie do końca racjonalnych dla mnie czynników jest czasem tylko kosmetyczny w sferze wizerunku, ale bez głębszej ingerencji w poprawiającą jakość dźwięku topologię układu, spełniający oczekiwania konsumentów trend częstych zmian. Innym zaś i na szczęście pośród dbających o reputację brandów najczęstszym bodźcem do zaproponowania czegoś nowego najczęściej okazuje się być faktyczny awans jakościowy, lub co najmniej znacząca zmiana sznytu dźwiękowego potencjalnego następcy. Nie chcąc kopać tych z teoretycznego punktu widzenia nierzetelnych konstruktorów, bez sztucznego rozpisywania się jako przykład „dobrej zmiany” szybkimi kliknięciami w klawiaturę przedstawiam wszystkim dzisiejszego bohatera, czyli japońską markę Accuphase. Tak, panowie co jakiś czas odświeżają swoje linie produktowe, ale zawsze idzie to w parze z nową propozycją jakościową efektu sonicznego. Owszem, dla jednych nie zawsze trafioną, ale chyba nie odkryję tajemnicy, gdy powiem, iż przywołany zespół projektowy mimo wypracowanej przez lata etykiety miłego grania ma chyba więcej zwolenników niż przeciwników. No dobrze, marka znana i lubiana, ale co stoi za obecnie wprowadzaną  linią produktową? Nie wiecie? Jeśli bywacie na naszym portalu, po lekturze testów niedrogich wzmacniaczy zintegrowanych znakomicie zdajecie sobie sprawę z faktu powolnego dryfowania popularnego Accu ku schładzaniu przekazu i zmniejszeniu pokładów syropu w dźwięku. Dla ortodoksyjnych fanów może to być oznaką narodowej zdrady, ale sądzę, że i oni po zapoznaniu się z nowym pomysłem na brzmienie swojego przewodnika po świecie muzyki stwierdzą, iż jest to co najmniej dobry ruch. Taki nurt udało się zaobserwować w sprzęcie dla tak zwanych „mas” (oczywiście bez wycieczek personalnych mam na myśli konstrukcje z poziomu cenowego 20-40 kPLN), ale chyba ciekawi Was, jak na tle początku oferty wypadają ocierające się o szaleństwo górne stany cenowe? Jeśli tak, to zapraszam na spotkanie z zestawem pre-power tytułowego przedstawiciela landu uważanego za kolebkę audiofilskiego podejścia do odtwarzanej muzyki, czyli japońskiego przedwzmacniacza liniowego Accuphase C-3850 (produkt z jeszcze starej linii) i końcówki mocy P-7300 (najnowsze wcielenie wzmocnienia sygnału audio). Ważną informacją tego spotkania jest również temat okablowania. To zadanie od strony sieci zabezpieczył ziomek bohatera testu japoński Acrolink, a sygnału holenderski Siltech. Puentując wstępniak dodam jeszcze, iż zestaw testowy zawdzięczamy krakowskiemu dystrybutorowi Nautlilus.

Produkty Accuphase są tak rozpoznawalne, że gdybym zapytał o ich design nawet przypadkowo napotkanego miłośnika dobrej jakości dźwięku, z pewnością, jak z rękawa sypałby frazami typu: wskaźniki wychyłowe, świetnie korelujące z ciepłym brązem radiatorów wzmacniaczy  i wykończonych politurą okleinowanych egzotycznym drewnem obudów reszty urządzeń szampańskie złoto, czy ocierająca się o magię barwa generowanych dźwięków. Zatem, jeśli tak jest, unikając powielania mających jednak pewne ograniczenia w ilości ciągów literowych na temat designu rzeczonego wytwórcy bardzo krótko przybliżę ich ogólne postrzeganie i funkcjonalność. Rozpoczynając od przedwzmacniacza muszę potwierdzić, że już jego połyskująca fortepianowym wykończeniem skrzynka skrywająca układy elektryczne jest ekstraklasą sztuki wzorniczej. Front będąc w pewnym sensie centrum obsługi całego zestawienia, pod zmyślną od strony wizualnej klapką serwuje nam zespół pokręteł regulacyjnych z podbiciem basu, balansem pomiędzy kanałami i regulacja głośności dla słuchawek włącznie. Nad wspomnianym terminalem obsługowym usytuowano wyświetlacz informujący nas o stanie urządzenia, oraz dla wielu co najmniej kontrowersyjnie wyglądające w domenie kolorystycznej spójności, wpadające w mydełkową zieleń logo marki. Na zewnętrznych rubieżach wkomponowano dwa sporej wielkości pokrętła (lewe wybór wejść, prawe głośność), a pod nimi  włącznik główny, gniazdo dla słuchawek i przycisk ATTENUATOR. Tylny panel C-3850-ki bez sztucznego uzbrajania się we wszelkiego rodzaju modne ostatnio dodatki obsługujące źródła plikowe oferuje jedynie pokaźną baterię wejść i wyjść w standardzie XLR/RCA i gniazdo zasilające.
Gdy doszliśmy do najważniejszej w tej odsłonie testowej końcówki mocy, dzięki spojrzeniu na fotografię widać jak na dłoni, że napotkany we wstępniaku sympatyk audio miał rację. Brąz radiatorów i teoretycznie drapany, ale z patrząc z perspektywy wpadający w połysk aluminium dach urządzenia w połączeniu z szampanem przedniego panelu są idealnie uzupełniającymi się motywami barwowymi. Jeśli chodzi o tematykę obsługową, sprawa wydaje się być bardzo prosta. Nasz awers zdobią jedynie dwa wielkie, ułatwiające logistykę uchwyty i wielkie clou programu, czyli zajmujący prawie całą szerokość frontu ekran z równie dużymi wskaźnikami chwilowego wysterowania. Celem umożliwienia dokładnego określenia się w jakim trybie chcemy wykorzystać opisywany piec, w dolnych parcelach znajdziemy jeszcze prostokątny włącznik, nieduże pokrętło ustalające sposób pracy UV-metrów, wybór wejścia XLR/RCA i takie samo jak w przypadku wskaźników pokrętło wyboru wzmocnienia. Rewers zdobią trochę ubożej wykończone, ale jakże przydatne uchwyty transportowe, podwojona seria terminali kolumnowych, pojedyncze przyłącza XLR/RCA, selektor wykorzystania masy, pokrętło umożliwiające zmiany trybu pracy końcówki ze stereofonicznej na monoblok i niezbędny dla uzyskanie życiodajnej energii gniazdo IEC. Tak po krótce z zewnątrz wyglądają nasi bohaterowie, natomiast po informacje, jak to wszystko przekłada się na możliwości soniczne, zapraszam do dalszej części moich zmagań.

Głównym bohaterem dzisiejszego testu jest najnowsza odsłona końcówki z serii 7000, a dołączony do tandemu przedwzmacniacz jest jedynie uzupełniającym set dodatkiem. Jednak dla zogniskowania Waszego punktu odniesienia muszę przypomnieć, iż poprzednie, będące wynikiem połączeń z dzisiejszą liniówką (C-3850) recenzenckie zestawienia swoim sznytem grania zawsze oscylowały w głębokiej, często określanej płynącą miodem barwie. To dla jednych było pożądaną esencją marki, ale dla innych lekkim przekroczeniem ustawionego gdzieś w swoim postrzeganiu świata muzyki punktu „G”. Dlaczego o tym wspominam? Spokojnie, nie będę uprawiał krucjaty za dotychczasową dźwiękową karmą Accuphase, tylko przypominając pewne zapracowane kilkudziesięcioletnią konsekwencją trzymania się wzorca zaszufladkowanie w barwie chcę pokazać, że idzie nowe. Na ile obecnie kreowane spojrzenie na ten sam dźwięk wpisze się w oczekiwania potencjalnych nabywców pokaże czas, ale jestem zmuszony przyznać, iż ta sesja testowa bardzo mocno przewartościowała mój pogląd na możliwości brandu w dziedzinie fonii. O co robię tyle szumu? Przecież Accu to Accu. i szlus. O nie, nie tym razem. Może nie jest to zwrot o 180 stopni, ale jak na tak mocno osadzonego w tradycji przyjemnego brzmienia producenta zmiany są bardzo zauważalne. Ok., nie będę dłużej Was męczył i powiem tak: inżynierowie z Japonii postanowili zmienić dotychczasowy kurs i zdecydowanym ruchem steru obrali azymut ku neutralności. Oczywiście nie odczuwamy zakrawającego o pomstę do nieba drastycznego cięcia muzykalności, tylko tchnięcie w przekaz muzyczny dawki witalności, a to samoczynnie stabilizuje temperaturę grania na poziomie bardziej plastyki niż mięsistości. A co to konkretnie oznacza? Ano to, że japońska elektronika do obecnie trochę złagodzonego, ale nadal dobrego w odbiorze osadzenia w kolorze dorzuciła w pakiecie sporą dawkę informacji na skrajach pasma. Bas nabrał sprężystości, a górne rejestry zmieniając swoje zabarwienie z mocnego złota na zdecydowanie bliższe srebru pokazały ile mikro-informacji dotychczas traciliśmy. I gdy zsumujemy przywołane niuanse dźwiękowe, okaże się, że dzięki wyczuwalnemu odejściu od dawnych wzorców obecnie możemy napawać się całkowicie inną prezentacją tego samego materiału muzycznego. Jednak od razu zaznaczam, w pierwszym kontakcie możecie odczuć pewnego rodzaju uderzenie chłodu lub nawet braków w wypełnieniu, ale po kilkupłytowym resecie pamięci stwierdzicie, że to jest inny punkt widzenia, a nie ułomność zestawienia. Owszem, przy pomocy mocno podgrzanego przedwzmacniacza jesteśmy w stanie prawie wrócić do dawnych wyników, ale wplatając wyjazdowe fakty tego testu dodam, iż wykonując podobny ruch w klubie KAIM według mnie zbyt wiele straciliśmy na swobodzie przekazu i czytelności źródeł pozornych. Było miło i przyjemnie, jednak pozorny zysk przewyższały straty, dlatego gdy ktoś nie potrafi rozstać się z barwą przez duże „B”, lepiej niech szuka dla siebie produktu w poprzednich modelach, aniżeli miałby na siłę ugładzać 7300-kę. Przybliżając nowe możliwości elektroniki Accuphase wspomnę o kilku płytach, z których jedną z najbardziej pokazujących zmiany była koncertowa sesja Keith’a Jarrett’a z Garym Peackockiem i Jack’em Dejohnette’m „Inside Out”. Największymi beneficjentami takiej prezentacji były blachy perkusisty i kontrabas. Te pierwsze nabrały świeżości i rozdzielczości, jednak bez uczucia krzyku, czy powodowania zmęczenia, a kontrabas zaś, zwiększył udział strun w oddaniu swojego wolumenu zdecydowanie wyraźniej rysując się na tle trio podczas częstych solówek. Jeśli miałbym do czegoś na siłę się czepiać, powiedziałbym, że jedynym minimalnie tracącym na energii instrumentem był fortepian Keitha. Niestety, z racji wyraźnego odprężenia średnicy, jego struny nie niosły ze sobą takiego wypełnienia. Jednak przez wzgląd na pewnego rodzaju zakorzenione gdzieś w zakamarkach mózgu przyzwyczajenia proszę wziąć na tę obserwację lekką poprawkę i najlepiej samemu zweryfikować, co jest bliższe Waszej prawdy – to co było kiedyś, czy propozycja obecna. Ja nie chcę przesądzać, które jest lepsze, ale będąc fair swój odbiór musiałem wyartykułować. Kolejnym według mnie w całej rozciągłości pozytywnie przemawiającym przykładem płytowym jest John Potter ze swoimi aranżacjami muzyki Claudio Monteverdiego w kubaturach kościelnych. Nie mogę powiedzieć, że było gęsto, mroczno i soczyście, ale oświadczam, iż to pewnego rodzaju wyczuwalne odchudzenie dźwięku w moim odczuciu nie robiło wyraźniej krzywdy wokaliście i użytym w tej kompilacji instrumentarium. Tak, było, mniej organicznie, ale to przecież kościół z jego wszelkimi budowlanymi, a  co za tym idzie akustycznymi wadami i wystarczyło odcięcie się od tego co mam na co dzień – a Wiecie, że jest w domenie niestrawnego dla wielu mocnego wysycenia, by móc usłyszeć nieco inną narrację tego samego wydarzenia muzycznego. W teorii to samo, ale przy użyciu ostrzejszego rysika źródeł pozornych spektakl przeniósł się do lepiej oświetlonego i mniej nasączonego dymem świec zespołu klasztornego. Na koniec przywołam portfolio oficyny Eremite. To dla wtajemniczonych oznacza tylko jedno: rasowy free jazz. Dwa saksofony, dwa kontrabasy i perkusja w składzie” Marschall Allen, Hamid Drake, Kidd Jordan, William Parker, Alan Silva dzięki korzystającej z lekkiego odchudzenia przekazu szybkości wpiętego w mój tor seta Accu pokazali, o co w tym gatunku muzycznym naprawdę chodzi. Drive, energia i szaleństwo przeplatających się solowych występów pokazały, że C-3850 i P-7300 potrafią w pełni zabezpieczyć zapotrzebowanie na moc i natychmiastowość jej oddawania w nawet najbardziej nieprzewidywalnie szybkich zapisach nutowych. Oczywiście nie było nawet mowy o brakach magicznej barwy czy homogeniczności, gdyż to była orgia dźwięków i tylko nie przepadający na takim stylem muzyczny słuchacz powiedziałby, że czegoś mu brakuje.

Nowe wcielenie i jakże inne od poprzednich podejście do muzyki. To prawda, w całym teście należy wziąć pod uwagę, że to był mariaż dwóch urządzeń, ale jak wspominałem, wcześniejsze mariaże 3850-ki zawsze stawiały na masę i kolor, gdy tymczasem tutaj dostałem otarcie się o mocną neutralność. Czy to komuś wpisze się w zastany system lub oczekiwani a zależy od reszty toru, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, opisana układanka pokazała markę z całkowicie innej i co dla mnie jest małym zaskoczeniem bardzo ciekawej strony. Na tyle ciekawej, że kilka razy podczas słuchania znanych mi krążków mimowolnie wytykałem sobie w myślach wszelkie za i przeciw nie tylko pretendenta do laurów (czytaj zestawu Accuphase), ale również na jego tle posiadanego seta Reimyo/Robert Koda. To na przestrzeni kilku lat zaś zdarzyło mi się jedynie kilka razy, co dla wiernych czytelników powinno być może nie całkowitą, ale co najmniej drobną rekomendacją.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus / Accuphase
Ceny:
Accuphase C-3850: 134 900 PLN
Accuphase P-7300: 86 900 PLN

Dane techniczne:
Accuphase C-3850
Pasmo przenoszenia:RCA: 3 – 200 000 Hz (+0/-3 dB),XLR: 20 – 20 000 Hz (+0/-0.2 dB), wejście gramofonowe MM: 20 – 20 000 Hz (±0.2 dB), wejście gramofonowe MC: 20 – 20 000 Hz (±0.3 dB)
Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): 0,005 %
Stosunek sygnał / szum (ważony A): 115 dB
Czułość wejściowa: 252 mV/200 Ω
Napięcie wyjściowe: 2 V/50 Ω
Wzmocnienie: 18 dB
Maksymalny poziom wyjściowy: XLR/RCA 7 V, REC 6 V
Regulacja sygnału wyjściowego:1: +2 dB, 2: +4 dB, 3: +6.5 dB (100 Hz)
Tłumienie: -20 dB
Filtr subsoniczny: 10 Hz: -18 dB/octave
Wyjście słuchawkowe: 8 Ω lub więcej, 2 V/40 Ω
Zasilanie: AC 120 V, 220 V, 230 V, 50/60 Hz
Pobór mocy: 55 W
Wymiary (W x H x D): 477 x 156 x 412 mm
Waga: 25 kg

Accuphase P-7300
Moc wyjściowa ciągła (20-20 000 Hz): 125 W/8 Ω, 250 W/4 Ω, 500 W/2 Ω, 800 W/1 Ω,
tryb „bridge”: 500 W/8 Ω, 1000 W/4 Ω, 1600 W/2 Ω
Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD):
Ciągła: 0.05%/2 Ω, 0.03%/4-16 Ω,
Szczyt.: 0.05%/4-16 Ω
Zniekształcenia intermodulacyjne: 0,01%
Pasmo przenoszenia: 20-20 000 Hz (+0/–0.2 dB),0.5-160 000 Hz (+0/–3.0 dB) dla mocy 1 W
Wzmocnienie: 28 dB
Impedancja wyjściowa: Ciągła: 2-16 Ω, Szczyt.: 4-16 Ω
Współczynnik tłumienia (Damping factor): 1000
Napięcie wejściowe: Ciągła: 1.26 V, 0.11 V/1W, Szczyt.: 2.52 V, 0.11 V/1 W
Stosunek sygnał / szum (ważony A): 125 dB (MAX), 131 dB (-12 dB)
Zasilanie: AC 120 V, 220 V, 230 V, 50/60 Hz
Pobór mocy: 117 W, 820 W (IEC 60065)
Wymiary (W x H x D): 465 x 238 x 515 mm
Waga: 48.6 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

McIntosh D1100

D1100 to referencyjny przedwzmacniacz cyfrowy i jednocześnie najwyższej klasy przetwornik cyfrowo-analogowy.  Układy audio i zasilanie są osobne dla lewego i prawego kanału (konstrukcja dual-mono).

Zastosowano 8-kanałowy, 32-bitowy układ do konwersji CA. Jest on zaaplikowany w konfiguracji Quad Balanced, połowa obsługuje lewy kanał, a połowa prawy kanał. Jest to najbardziej zaawansowany DAC jaki kiedykolwiek został zastosowany w urządzeniach firmy McIntosh. Charakteryzuje się on szerokim zakresem dynamiki oraz ekstremalnie niskimi zniekształceniami co skutkuje muzyką odtwarzaną z doskonałą precyzją i naturalnością.
D1100 to także stereofoniczny przedwzmacniacz cyfrowy wyposażony łącznie w 9 wejść cyfrowych: 3 optyczne, 3 koncentryczne (dwa RCA oraz jedno BNC), jedno w firmowym standardzie MCT (gniazdo typu DIN), jedno AES/EBU i jedno USB typ B. Wejście USB obsługuje standardowe sygnały PCM do 32-bitów/384kHz, sygnały DXD 352.8kHz oraz DXD 384kHz, a także sygnały DSD64, DSD128, DSD256. Wszystkie pozostałe wejścia obsługują PCM do 24-bitów/192kHz. Firmowe wejście MCT służy do połączenia z transportem SACD/CD  McIntosh MCT450. Takie połączenie pozwala na przesłanie do przedwzmacniacza sygnału PCM lub DSD o najwyższej jakości dźwięku.
Do dyspozycji jest łącznie sześć stereofonicznych wyjść analogowych. Jedno RCA i jedno XLR mają stały poziom wyjściowy. Natomiast dwa RCA i dwa XLR mają poziom regulowany. Wyjścia z regulowanym poziomem mogą być włączane i wyłączane.

D1100 został zaprojektowany w celu zaoferowania jak największej funkcjonalności. Można nadać własne nazwy wszystkim wejściom. Na wyposażeniu są 4 gniazda dla przesyłu danych i 4 w pełni programowalne gniazda wyzwalaczy. Dla zewnętrznego sterowania jest wejście IR oraz wejście RS232. Jest też wyjście słuchawkowe z układem HXD (Headphone Crossfeed Director).
Wysokiej klasy wzmacniacz słuchawkowy, obsługuje słuchawki o impedancji od 20 do 600 Ω dzięki czemu umożliwia pełne wykorzystanie jakości dźwięku większości dostępnych na rynku słuchawek, zapewniając im idealne warunki pracy. Zastosowanie technologii HXD pozwala wysokiej jakości nagraniom na stworzenie iluzji odsłuchu z wykorzystaniem konwencjonalnych kolumn głośnikowych. Wystarczy więc podłączyć źródło cyfrowe, takie jak odtwarzacz CD/SACD, serwer muzyczny lub komputer, a w połączeniu ze słuchawkami powstanie nasze prywatne studio odsłuchowe.
D1100 to najwyższej klasy przedwzmacniacz cyfrowy, który oferuje możliwość rozbudowy i uzyskania absolutnie referencyjnej jakości dźwięku dzięki połączeniu go, za pomocą specjalnego przewodu, z referencyjnym przedwzmacniaczem C1100 który jest dołączany standardowo do wyposażenia tego lampowego przedwzmacniacza. Dzięki stworzeniu takiego tandemu otrzymujemy wybitną jakość sygnału cyfrowego i analogowego. Po dokonaniu odpowiedniego połączenia, C1100 przejmuje całkowitą kontrolę nad D1100, dzięki czemu obsługa obu urządzeń jest wyjątkowo prosta.
Obudowa D1100 nawiązuje swoim wyglądem do modelu C1100, co gwarantuje wizualne dopasowanie obu przedwzmacniaczy.

Specyfikacja techniczna:
• Zakres pasma częstotliwości: 4HZ-20kHZ +/-0.5dB , 4HZ-68kHZ +0.5/-3dB
• Stosunek sygnał/szum : 111dB
• Poziom zniekształceń harmonicznych : 0.0015%
• Napięcie wyjściowe stałe : 2V na RCA, 4V na XLR
• Napięcie wyjściowe regulowane : 0-8V na RCA, 0-16V na XLR
• Układy audio i zasilanie są osobne dla lewego i prawego kanału (konstrukcja dual-mono)
Gniazda wejściowe sygnału cyfrowego:
• USB: USB Typ B. Obsługa transferu asynchronicznego USB w formacie DSD/DXD. Obsługuje formaty DSD64, DSD128, DSD256, DXD (352.8KHz i 384KHz) i PCM do częstotliwości próbkowania 32-bitowy / 384 kHz
• Koaksjalne, optyczne i AES/EBU: częstotliwość próbkowania do 192KHz, 24Bit
• Gniazdo MCT umożliwiające przesyłanie sygnału PCM i DSD z zewnętrznego odtwarzacza cyfrowego transportu MCT450
• Wymiary (SxWxG):  445x 152×483 mm
• Waga:11,8 kg

Dystrybucja: HI-FI Club
Cena: 32 900 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

Electrocompaniet ECG 1 i ECP 2
artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak widać na załączonych obrazkach również Norwegowie z Electrocompanieta mają ochotę na kawałek analogowego tortu. Krótka sesja z unboxingu Electrocompanieta ECG 1 (z wkładką Lyra Delos) i ECP 2.

cdn…