Monthly Archives: kwiecień 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Wellfloat Delta & Delta Extreme

Opinia 1

Niczym bumerang wraca do nas temat walki z wibracjami i tak po prawdzie trudno się temu dziwić, gdyż po pierwsze co i rusz na rodzimym rynku pojawiają się intrygujące nowości mające aspiracje stać się swoistym panaceum na wiadome bolączki złotouchej braci, a po drugie i świadomość ważkości tematu wśród zainteresowanych rośnie. Świadomość o tyle kluczowa, że niby praktycznie każdy „sprzęt audio” mniej bądź bardziej solidne nóżki posiada, wyjątkiem potwierdzającym regułę jest beznogi Brinkmann Audio Nyquist mk2, który dociera do odbiorcy wraz z dedykowanym granitowym cokołem, więc na zdrowy rozsądek temat powinien być zamknięty. Jednak bardzo szybko okazuje się, iż poza kilkoma, iście klinicznymi przypadkami, nóżki, w jakie wyposażono nasze drogocenne zabawki wypadałoby traktować podobnie do dołączanych w komplecie „komputerowych” przewodów zasilających. Odnotować fakt ich obecności i … zostawić w kartonie. Przesadzam? Niekoniecznie, wystarczy bowiem sięgnąć po powszechnie dostępną ofertę specjalistycznych producentów i na własne uszy przekonać się o słuszności powyższej tezy. O ile jednak odpowiedzi na pytanie, co z pośród owego bogactwa wybrać, muszą Państwo udzielić sobie sami, to my, w ramach nieśmiałej podpowiedzi postanowiliśmy przyjrzeć się japońskim stopom / podstawkom antywibracyjnym Wellfloat Delta i Delta Extreme, których to pojawienie się w naszych systemach zawdzięczmy katowickiemu RCM-owi.

Każda z tytułowych mini platform, bo prawdę powiedziawszy określenie stopka ze względu na rozmiary Delt niespecjalnie koreluje z rzeczywistością, pakowana jest osobno w niepozorne, kartonowe pudełko (vide unboxing). Trudno się temu zdziwić, skoro każda ma kształt inspirowany spłaszczonym graniastosłupem prawidłowym trójkątnym o boku podstawy długości 15cm, wysokości 3,6cm i wadze blisko 800 g. Delty mogą pochwalić się trzema narożnymi kapturkami z czarnego plastiku i ustawianymi w ich centrum aluminiowymi walcami a Delty Extreme solidnym, tym razem pełnym korpusem ze szczotkowanego aluminium. Za oboma projektami stoi były (w 2017 r. przeszedł na emeryturę) główny projektant, dyrektor wykonawczy i dyrektor kreatywny Nissan Motor, co., Infiniti i Datsun Pan Shiro Nakamura. Jeśli komuś to nazwisko nic nie mówi, to pozwolę sobie jedynie wspomnieć, iż to właśnie m.in. „na jego desce” zrodziły się takie modele jak przepiękny Nissan Fairlady Z, kultowy GT-R, typowo „japoński” Cube, czy cieszący oko Juke. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż o ile w większości konkurencyjnych rozwiązań antywibracyjnych wykorzystywane są idee dążące do minimalizacji punktu styku, czyli de facto układy pracujące na zgniatanie, to w Deltach zdecydowano się na diametralnie inne podejście. Jakie? Pływające wahadło, czyli odsprzęgnięcie platformy nośnej od podstawy za pomocą stalowej linki – cięgna, a dokładnie trzech takich modułów – po jednym w każdym narożniku. W efekcie cała konstrukcja pozostaje sztywna w osi pionowej, za to pływa w poziomie wykazując imponujący udźwig 250 kg. W Deltach obie platformy wykonano ze szczotkowanej stali nierdzewnej a krążki/cylindry (o wysokości 20mm pod kolce i 28mm bez ww. nawiercenia) z aluminium. Z kolei w Deltach Extreme podstawa jest bliźniacza do modelu podstawowego, lecz zamiast trzech plastikowych kapturków chroniących wahadła i lądowiska dla krążków zastosowano masywne aluminiowe chassis dostępne w dwóch wersjach – z i bez centralnie umieszczonego nawiercenia umożliwiającego aplikację tamże kolca kolumny, bądź dowolnego urządzenia.

Skoro samo ustawienie urządzenia na konkretnym materiale jak drewno, materiały drewnopochodne, kamień, szkło, etc., przekłada się na jego finalne brzmienie oczywistym jest, że i aplikacja wszelakiej maści akcesoriów od owej bazy/podłoża odsprzęgające również wpływ mieć będzie. Pytanie tylko w którą takowe zmiany iść będą, gdyż chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, że materia w jakiej się poruszamy jest niezwykle delikatnej natury. Warto bowiem mieć świadomość, iż wraz z każdą zmianą powinna iść poprawa a nie li tylko zmiana jako taka. Krótko mówiąc stereotypowa, umowna „muzykalność” niekoniecznie powinna oznaczać utraty konturów i panowania nad najniższymi składowymi a rozdzielczość odchudzenia dźwięku. Tyle teorii, a jak ma się do niej praktyka? Cóż, w przypadku tytułowych mini-platform na swój sposób zaskakująco, gdyż o ile znaczna część konkurencyjnych rozwiązań operuje w domenie równowagi tonalnej i nieco rzadziej energetyczności przekazu Wellfloat poszedł własną, niezwykle intrygującą ścieżką. Ścieżką prowadzącą przez nasycenie i kremową konsystencję generowanych przez ustawione na nich urządzenia dźwięków. Krótko mówiąc balans tonalny, podobnie jak rozdzielczość pozostają praktycznie bez zmian a to, co ulega poprawie to właśnie świadomość soczystości tkanki bryły instrumentów i muzyków tworzących. Dotyka zatem sfery ich organiczności i namacalności a więc realizmu.
Mało? Cóż, de gustibus … Wszystko jednak rozbija się o to, czy przy użyciu tytułowych akcesoriów brzmienie naszego systemu, konkretnego komponentu, próbujemy naprawić, czy dopieścić. Jeśli to pierwsze, to bardzo mi przykro, ale trafiliście Państwo pod zły adres. Jeśli natomiast to drugie, to … lepiej trafić nie mogliście. W ramach weryfikacji powyższych rekomendacji polecę, jak to mam w zwyczaju, dość nieoczywistą, muzyczną propozycję, czyli „Reise, Reise” Rammstein, gdzie wydawać by się mogło kanciastości partii wokalnych i brutalnej – industrialno metalowej warstwie muzycznej niewiele jest w stanie pomóc. Tymczasem podłożenie zarówno pod pełniącego rolę odtwarzacza, DACa i preampa lampowego Ayona, jak i wydawać by się mogło mało wrażliwy i przy tym lekki transport Lumina nader wyraźnie pokazało, że jak tylko się chce, to się da wycisnąć nawet z takiego materiału zaskakująco bogate pokłady wyrafinowania. Co ciekawe dynamika i niepokojąca mroczność przekazu pozostały bez zmian a jedynie „konsystencja” – ukrwienie źródeł pozornych sprawiło, że ekspresja prezentacji wzrosła a wraz z nią również realizm. Jakby muzycy sięgnęli po wyższej klasy osprzęt – dostali wyższej klasy mikrofony, gdyż z jednej strony zrobiło się nieco ciemniej, lecz nie tylko bez utraty detali, co przy wzroście ich wolumenu. Weźmy na ten przykład zazwyczaj nieśmiało egzystującą w tle „Ohne dich” orkiestrację, która tym razem, choć nadal obecna na dalszym planie jest zaskakująco wielowątkowa, złożona i fenomenalnie czytelna. Zniknęła bowiem semi-transparentna woalka ją spowijająca, obniżono szum tła a tym samym słychać było i więcej i lepiej.
Dokonując porównania pomiędzy obiema wersjami Wellfloatów okazało się, iż przynajmniej w moim systemie, klasyczne Delty dorzucają od siebie nieco miękkości, której intensywność w stosunkowo niewielkim stopniu możemy regulować poprzez dobór znajdujących się na wyposażeniu walców. Z kolei opcja Extreme oferując bardziej zwarte i sprężyste brzmienie skupia się oprócz wspomnianego ukrwienia tkanek również na podkreśleniu głębi nagrań takową dysponujących. Wystarczy bowiem wzbogacić playlistę o nagrany w średniowiecznym Church of the Holy Rude w Stirling w Szkocji „Tavener Conducts Tavener” Alana Tavenera i Cappelli Nova, by doświadczyć niezwykle sugestywnej sakralnej kubatury o bogatym wolno wygasającym pogłosie, gdzie Delty swym działaniem obejmą śpiewaków a Extreme zaakcentują aurę pogłosową. Może i są to drobiazgi i niuanse, jednak właśnie na nich opiera się idea High-Endu, gdzie nader często właśnie takie pozornie drugo, bądź trzecio-rzędne na dłuższą metę okazują się kluczowe i to właśnie one decydują o finale, czyli zakupie, bądź dalszym gonieniu upragnionego ideału.

W ramach pozakonkursowej ciekawostki jeszcze tylko wspomnę, iż z racji mało absorbujących gabarytów U1 Mini oraz Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp i z kolei całkiem pokaźnej powierzchni nośnej Delta Extreme stosując standardowy ok. kilogramowy docisk (alternatywny do „cegły” Thixara) wysoce satysfakcjonujące efekty uzyskałem już z pojedynczymi japońskimi mini-platformami centralnie podłożonymi pod cyfrowym transportem i phonostagem. Jest to o tyle istotne, iż dysponując kilkoma urządzeniami operującymi w podobnej rozmiarówce, czyli daleko nie szukając np. Cyrusami, Mytekami, czy też Auralicami nabywając set Wellfloat Delta Extreme jesteśmy w stanie zapewnić komfortowe warunki pracy praktycznie całemu systemowi.

W ramach finalnego podsumowania wypadałoby choćby orientacyjnie wskazać docelową grupę odbiorców, którzy mogliby mini-platformami Wellfloat Delta & Delta Extreme się zainteresować. I w tym momencie nie napiszę nic, czego nie można wywnioskować z powyższej epistoły, czyli o ile w zbyt ciemnych, czy wręcz ospałych systemach japońskie akcesoria raczej sytuacji nie poprawią, to wszędzie tam, gdzie króluje neutralność, bądź wskazówka uwagi nieopatrznie nieco za daleko powędrowała w kierunku analityczności aplikacja dowolnej wersji Delt ma szansę nie tyle przywrócić, co zintensyfikować zarówno muzykalność, jak i przede wszystkim przyjemność obcowania z ulubioną muzyką.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Wzmacniacz zintegrowany: Luxman L-595ASE
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Próbując wprowadzić Was w temat dzisiejszego spotkania posłużę się trzema bardzo banalnymi – oczywiście dla zaangażowanego w dążeniu do maksymalizacji jakości dźwięku melomana, jednak czasem trudnymi do udzielenia jednoznacznej odpowiedzi pytaniami. Pierwsze – czy nasza elektronika odczuwa szkodliwe wibracje podłoża, na którym stoi? Oczywiście tak. Drugie – czy zatem należy z tym walczyć? Bez dwóch zdań tak. Trzecie – jak? I tutaj zaczynają się przysłowiowe schody. Powód? wszystko zależy od reakcji naszych zabawek na zastosowany w danym absorberze sposób ich wygaszania. Producenci dwoją się i troją aplikując różnego rodzaju materiały tak jako pojedyncze komponenty – drewno, stal, aluminium, teflon, guma i wiele innych, jak i ich mariaż typu kanapki na bazie rzeczonej stali, drewna, teflonu, gumy i często aplikowanych w środku takiego konglomeratu kulek. Niestety każdy układ rezonansowy finalnie działa nieco inaczej, dlatego jesteśmy zmuszeni do eksperymentowania. A jeśli tak, to choćby wstępnie dobrze byłoby wiedzieć, co dany produkt w tej materii oferuje. I w tym momencie pojawiamy się my, testujący podobne ustrojstwa. I tak po ostatnio opiniowanych na naszych łamach stopkach Synergistic Research serii MIG, a wcześniej IsoAcoustics, czy Graphite Audio, tym razem przyjrzymy się ofercie z kraju kwitnącej wiśni w postaci dystrybuowanych przez katowicki RCM japońskich podstaw antywibracyjnych Wellfloat Delta & Delta Extreme.

Jak obrazują fotografie, w tym przypadku w kwestii materiałowej w głównej mierze mamy do czynienia z nierdzewną stalą. Jednak nie do końca, bowiem model Delta Extreme wykorzystuje również aluminiową pokrywę, to w przypadku wersji Delta mamy do czynienia z również aluminiowymi krążkami. Chodzi mianowicie o centralnie umieszczane dostępne w wysokości 20 i 28mm walce  pełniące rolę podstaw-nóżek dla elektroniki. Powód? Niższy przystosowano do podłożenia pod kolce, z kolei wyższy – wypolerowany lepiej przylega do płaskich powierzchni. Przyznacie, że to bardzo ciekawe podejście do tematu nie tylko od strony technicznej, ale dodatkowo uniwersalności produktu. Ale, ale. Bez względu jak ważny jest materiał, z którego wszystko zostało zbudowane i w obydwu przypadkach w jakim kształcie wykonane – mamy do czynienia ze sporej wielkości zaoblonymi na rogach trójkątami – najważniejszą informacją jest sposób przeniesienia siły z górnej na dolną część podstawki. I tutaj pewnie Was zaskoczę, gdyż mimo dość niskiej wartości w domenie wysokości pomysł na odseparowanie obydwu płaszczyzn opiera się na zawieszeniu konstrukcji nośnej – czytaj górnej części konstrukcji – na stalowych linkach. Nie da się? Spokojnie, rozprawiamy o Japończykach, tam wszystko się da. To nawet można zobaczyć. Wystarczy z modelu Delta zdjąć jedną z trzech narożnych plastikowych osłonek. Patent jest dość skomplikowany, ale za sprawą znajomości zagadnień z działu techniki bez problemu wykonalny. Tak prezentujące się stopy spakowano w estetyczne, w celach ochrony na czas logistyki wyściełane gąbką, osobne dla każdej sztuki kartonowe pudełka.

Jak reagowała na nasze bohaterki zaprzęgnięta do testu również japońska elektronika Accuphase? Powiem szczerze, że zaskakująco fajnie. Co to oznacza, już zdradzam. Po pierwsze każdy z modeli ciekawie dodawał body muzyce. Jednak samo dodawanie można uzyskać aplikacją pod stopy urządzenia zwykłych gumowych krążków, co zazwyczaj kończy się mniejszym lub większym zgaszeniem dźwięku. Dlatego radzę unikać takich z pozoru banalnych, a w konsekwencji szkodliwych „tweaków” jak ognia i wykorzystać coś w stylu naszego dzisiejszego punktu zainteresowania. Stopy marki Wellfloat owszem przy tchnięciu w muzykę przyjemnego w odbiorze body minimalnie spowalniały dźwięk, jednak nadal było to pełne oddechu i odpowiedniego pakietu informacji granie. Dodanie masy i koloru było na tyle mało inwazyjne, że nic a nic nie ucierpiał już sam w sobie gęsto i soczyście grający, wykorzystujący wzmocnienie pracujące w klasie A zestaw Accuphase. Powiem więcej. Czasem teoretycznie zbyt mocna dawka barwy w sobie tylko znany sposób pokazywała spektakl w z jednej strony w nieco innym, a z drugiej bardzo pożądanym świetle. I nie były to sporadyczne wyjątki, tylko bardzo częste wydarzenia. Naturalnie na takim obrocie sprawy zyskiwała nie tylko muzyka kontemplacyjna typu jazz i kościelna, ale często również mocne granie. Co prawda ostatni nurt raczej tylko w momencie słabej realizacji, jednak nie oszukujmy się, nie od dzisiaj wiadomo, że rock i jemu pochodne produkcje są piętą Achillesową wszelkiej maści masteringowców, dlatego w tym przypadku zastosowanie tytułowych stóp antywibracyjnych było wodą na młyn pokazania słabych krążków z lepszej, często bliższej prawdzie strony. A bliższej prawdzie, bowiem zyskiwała przy tym nie tylko kolorystyka i energia instrumentów, ale dodatkowo namacalność wydarzeń scenicznych. Co ważne, wykorzystanie obydwu rodzajów podstawek Delta nie zawężało, a i nie spłycało wirtualnej sceny, dzięki czemu słuchałem tego samego materiału z drobną korektą barwową. Naturalnie bez szkodliwych wycieczek w kierunku przykrywania muzyki kotarą lub nadmiernie szybkiego wygaszania wybrzmień instrumentów. No dobrze, jeśli tak, to nasuwa się zasadnicze pytanie odnośnie konkretnych działań w zależności o modelu, czyli tłumacząc z polskiego na nasze, czy wszystko działało tak samo, czy nieco inaczej?
Oczywiście inaczej. Różnice nie były diametralne, ale natychmiast wyczuwalne. Jakie? Delta Extreme – całe ze stali – w swej ingerencji były najmniej ingerujące. Nadawały brzmieniu systemu kolorystyki i soczystości, jednak na tle zwykłych stopek Delta, dość oszczędnie. Wyraźnie, jednak bez zapędów w kierunku zbliżania się do nazbyt mocnego podkręcenia i wagi temperatury przekazu. Było gęściej, a mimo to nadal lotnie.
Jeśli chodzi zaś o model Delta, ten miał dwie odsłony. Obydwie znacznie gęstsze i rzekłbym „mokre” w środku pasma, ale nadal umiejętnie stroniące od przegrzania przekazu. Co do odsłon, wszystko zależało od użytego walca. Jak można się domyślić, wykorzystanie niższego owocowało bardziej sprężystym, zaś wyższego nieco bardziej krągłym graniem. Jak to możliwe? Nic nadzwyczajnego, to wynik zasad fizyki i innych wartości rezonansowych. Dlatego też w akapicie o budowie tak podkreślałem kwestię pozwalającej w pewien sposób stroić brzmienie swojego systemu, sporej uniwersalności tego modelu podstawek. Dla mnie to bardzo dobry ruch producenta.

Czy opisane powyżej akcesoria antywibracyjne są dla każdego? Jak najbardziej. Po pierwsze – nawet podczas dociążania robią to w umiarkowany sposób. Po drugie – mamy do wyboru kilka opcji intensywności ich działania. Po trzecie – z pełną odpowiedzialnością tego twierdzenia zapewniam Was, że uzyskany przez potencjalnego nabywcę wynik soniczny czasem może być diametralnie inny. Wystarczy mieć półki z innego materiału. Ja mam z okleinowanego drewnopochodnego sandwicha i uzyskałem efekty opisane powyżej. Natomiast słyszałem nasze bohaterki stawiane na granicie i okazało się, że finał był zgoła inny. Fakt, różnice pomiędzy modelami szły w tę samą stronę, jednak nie z minimalnie inną intensywnością. Dlatego jeśli będziecie brać je na potencjalne odsłuchy – w dzisiejszych czasach innej opcji nie widzę, weźcie obie konstrukcje, gdyż wówczas macie szansę na idealne dobranie zestawu pod swoje potrzeby. Jednym setem możecie się zniechęcić, co skaże Was na konsekwentne słuchanie zniekształceń powodowanych szkodliwymi dla elektroniki wibracjami podłoża.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0, Accuphase DP-1000
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0; Accuphase DC-1000
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora; Accuphase C-3900
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo, 2 x Accuphase A-250
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: RCM
Producent: WELLFLOAT

Wellfloat Delta: 485€ / 3 szt.
Wellfloat Delta Extreme: 1 045€ / 3 szt.

Dane techniczne
Wymiary (S x W x G): 150 x 36 x 150 mm
Udźwig: max. 250 kg/szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jeśli katalog zaczyna się od poziomu Reference, to znak, że High End nie jest celem samym w sobie a jedynie początkiem drogi. Drogi, która prowadzi do Masterpiece Series. Panie i Panowie, oto ucieleśnienie duńskiego absolutu, czyli Vitus Audio MP-L201 mkII & MP-S201.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Gdybyśmy niezobowiązująco zatrudnili naszą przeglądarkę, okazałoby się, że od dość dawna – około 6 miesięcy temu bawiliśmy się setem duńskiego Gryphona – nie mieliśmy nie tylko okazji, ale oczywiście również przyjemności przyjrzeć się tak zwanemu systemowi marzeń. To co prawda jest sporym wyzwaniem nie tylko logistycznym – nie dość, że jest wiele komponentów na raz, to jeszcze każdy z osobna swoje waży, ale również redaktorskim – rozbudowany system podaniem niezbędnej ilości informacji znacząco rozbudowuje tekst w domenie objętości, jeśli jednak podobnie do nas z tej zabawy ma się wiele fun-u, temat nie jest taki straszny, jakby się wydawało. Powodem jest oczywiście zderzenie się z czymś w założeniu synergicznym, czyli sonicznie kompletnym, co dla nas, jako odbiorców jest pewnego rodzaju spełnieniem oczekiwań. Tym większym, im z bardziej rozpoznawalną marką się mierzymy. A jak wynika z tytułu recenzji, dzisiaj wdrapujemy się na high end-owy Olimp, co stawia nasze spotkanie na poziomie bliskim złapania przysłowiowego króliczka. O kim mowa? Chyba nikogo nie zaskoczę, gdy stwierdzę, że o swoistej ikonie japońskiego audio, czyli kompletnym flagowym zestawie od źródła, po wzmocnienie marki Accuphase, w skład którego wchodzi dzielony odtwarzacz CD/SACD DC-1000 / DP-1000, przedwzmacniacz liniowy C-3900 i dwie testowane u nas jakiś czas temu monofoniczne końcówki mocy A-250. Zainteresowani? Jeśli tak, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was na kilka akapitów o zorganizowanej dla nas przez ekipę Nautilusa kilkutygodniowej przygodzie z japońskim pomysłem na muzykę.

Gdy podchodzę do przybliżania wyglądu i wyposażenia komponentów spod znaku Accuphase, w duchu mam nieodparte wrażenie, że trochę Was lekceważę. Oczywiście mam na myśli pisaninę o wszystkim znanej, bo od lat kontynuowanej, a przez to od pierwszego kontaktu wzrokowego rozpoznawanej, mało tego, wręcz uwielbianej szacie wzorniczej opartej o kolor szampańskiego złota frontów, tak jak w dzisiejszych produktach – odtwarzacz CD i przedwzmacniacz liniowy – wykończenie w politurze wykonanych z egzotycznego drewna korpusów okalających układy elektroniczne oraz satynowy oraz połyskujący brąz – końcówka mocy – potężnych bocznych radiatorów i wyposażonych w 8 otworów wentylujących trzewia górnych połaci obudów. To jest swoisty elementarz tego producenta, dlatego pełen szacunku dla Waszego rozeznania w temacie nie tylko w kwestii aparycji, ale również wiedzy, iż mamy do czynienia z topem topów jakości wykonania każdego z produktów, na ile to możliwe minimalizując długość opisu – wszelkiego rodzaju technikalia znajdziecie w tabelce pod testem – po wygłoszonym przed momentem symbolicznym opisie zewnętrznych walorów skupię się na wyposażeniu poszczególnych komponentów.
Jeśli chodzi o czytające formaty CD i SACD źródło, jak to w flagowych konstrukcjach bywa, zostało podzielone na transport i przetwornik D/A. To oczywiście w zależności od zadań przy bliźniaczej obudowie zaowocowało nieco innym uzbrojeniem jej awersów i rewersów. Transport na froncie może pochwalić się centralnie umieszczonym okienkiem z dwoma wyświetlaczami – numer i czas słuchanych utworów, kilkoma diodami sygnalizującymi wybrane funkcje oraz turkusowym logo marki. Poniżej znajdziemy otuloną dwoma przyciskami – lewy wybór warstwy CD/SACD, a po prawej wysuwanie tacy z płytą – majestatycznie i bezgłośnie wysuwającą się szufladę dla srebrnych krążków. Zaś na zewnętrznych flankach producent postanowił zlokalizować kilka pozwalających na sterowanie urządzeniem bez pilota estetycznych przycisków – z lewej strony mam główny włącznik, a z prawej typowe dla odtwarzaczy funkcje: Play, Pause, Back, Next, Stop. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, ten w swej ascezie proponuje użytkownikowi jedynie dwa wyjścia sygnału cyfrowego w postaci SPDiF oraz firmowego HS-Link-a pozwalającego przesłać sygnał SACD oraz standardowe gniazdo zasilania.
Jak można się domyślić, w przypadku przetwornika mamy bardzo podobne podejście do tematu, a jedyną różniącą je kwestią jest znacznie większe bogactwo manipulatorów i przyłączy. I tak z przodu oprócz podobnego, tym razem oferującego wyświetlacze z innymi danymi – lewy częstotliwości próbkowania sygnału, a prawy poziom głośności w momencie wykorzystania regulowanego wyjścia sygnału – centralnie wkomponowanego okienka informacyjnego DAC oferuje 8 guzików wyboru wejścia i znajdujących się nad nimi diod sygnalizujących wykorzystanie jednego z nich, a na bokach trzy dodatkowe przyciski – na lewej flance główny włącznik, zaś na prawej zwiększanie i zmniejszanie analogowego sygnału wyjściowego bezpośrednio na końcówki mocy w momencie rezygnacji z przedwzmacniacza liniowego. Tył przetwornika w opozycji do transportu jest znacznie bogatszy, co przekłada się na trzy pogrupowane bloki wejść wyjść. Wejścia cyfrowe opiewają na HS-Link, AES/EBU, 3 x SPDiF, 2 x Optical oraz USB. Wyjścia cyfrowe to pojedyncze SPDiF i Optical. Zaś wyjścia. analogowe realizują terminale RCA i XLR. Uzbrojenie pleców wieńczy gniazdo zasilania IEC. Istotną informacją jest również występowanie pilota zdalnego sterowania w przypadku każdego produktu z osobna.
Co do przedwzmacniacza liniowego C-3900 mogę powiedzieć tylko jedno – przy identycznym wyglądzie i wykonaniu obudowy jest istną aplikacyjną bestią. Oczywiście ów fakt zdradza już wyposażenie przedniego panelu, na którym oprócz usadowionych w centralnym oknie diod informujących o wykonywanych przezeń działaniach, pod stosowną klapką znajdziemy pozwalającą dopasować jego pracę do naszych potrzeb, baterię guzików i pokręteł od ilości basu, wysokich tonów i balansu począwszy, przez wybór pracy STEREO/MONO, na wygaszaniu wyświetlacza skończywszy. Ale to dopiero przygrywka, bowiem poza wspomnianą ruchoma zaślepką na froncie znajdziemy jeszcze dwie dużej średnicy gałki – lewa wybór wejść, prawa głośność, z lewej strony główny włącznik, zaś z prawej przycisk funkcji Attenuator-a, zgrabny guziczek otwierania przywołanej przed momentem klapki oraz gniazdo słuchawkowe. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że w kwestii pleców mamy podobną wyposażeniową sytuację. To oznacza, że zajmując prawie całą dostępną powierzchnię producent zaproponował użytkownikowi: serię 6 wejść liniowych RCA, dwa XLR, jedną parkę RCA do nagrywania, po dwa wyjścia liniowe RCA/XLR, po jednym EXT PRE INPUTS RCA/XLR i nieodzowne w przypadku urządzeń czerpiących z sieci energię elektryczną gniazdo zasilania. Naturalnie w komplecie startowym dostajemy również pilota zdalnego sterowania.
Gdy dotarliśmy do końcówek mocy i wydawałoby się Wam, że wszystko co najlepsze już było, jesteście w wielkim błędzie. Chodzi oczywiście o zorientowane na awersie wielkie wyświetlacze oddawanej mocy – tym razem jak we wszystkich wzmacniaczach klasy „A” w wersji diodowej, a nie wskazówkowej, które co jak co, ale potrafią zahipnotyzować nawet najbardziej zatwardziałego przeciwnika tego typu akcesoriów. Nie wiem jak, ale taki stan hipnozy osiągam zawsze i jedynym ratunkiem jest ich wyłączenie, czego z racji oczywistej profanacji znaku rozpoznawczego tej marki zrobić nie mogę. Ale wbrew pozorom to nie są wszystkie ciekawostki, gdyż pod podobną do przedwzmacniacza klapą zostały usytuowane manipulatory do doboru sposobu pracy owych wskaźników, przełączniki wejścia RCA lub XLR i przycisk wyboru jednego z trzech trybów wzmocnienia sygnału wejściowego. Niebanalność estetyki frontu dopełniają dwie solidne, ułatwiające proces logistyki, zorientowane pionowo na bokach rączki, a także niebanalnie, bo umieszczony w centrum klapy, w ciekawy wizualnie sposób wyłaniający się z niej nawet podczas stanu zamknięcia główny włącznik. Jeśli chodzi o tył, ten oprócz powielenia w innej formie wzorniczej ważnych podczas aplikacji wzmacniaczy w tor atrybutów nośnych – czytaj rączek, oferuje nam dwa komplety zacisków kolumnowych, po jednym wejściu RCA i XLR, wybór realizacji gorącego pinu XLR w odniesieniu do posiadanego zestawu audio oraz gniazdo zasilania.

No dobrze, czas na clou spotkania. A jeśli tak, to w oparciu o ostatnio zdobytą wiedzę, iż brzmienie marki Accuphase naturalną koleją rzeczy lekko dryfuje, na początek pewnie interesuje Was fakt, w jakiej estetyce przebiegł ten recenzencki sparing? Czy pokazał solidny pazur? Był mocno dociążony? A może fajnie zbilansowany na bazie obydwu sposobów prezentacji? Cóż, dla jednych być może będzie to zaskoczenie, a dla innych jedynie potwierdzenie pewnego rodzaju oczekiwań, ale jedno jest pewne, tytułowy konglomerat znakomicie odnalazł się w trzeciej kreacji. To zaś oznacza, że emanował świetną, bo z wieloma aspektami z nowego rozdania, ale konsekwentnie fajnie słyszalną, starą dobrą szkołą poczciwego Accu. A świetną dlatego, że z jednej strony dzięki wykorzystaniu końcówek w klasie A dźwięk nadal był esencjonalny, a z drugiej za sprawą najnowszego źródła i również pachnącego rynkową nowością przedwzmacniacza, pełen informacji, czyli tłumacząc na nasze rozdzielczy. Naturalnie nie w stylu bolesnego rozdrabniania włosa na czworo lub z drugiego krańca estetyki nadmiernego przekraczania dobrego smaku w kwestii wagi, tylko jako ewidentne, dawniej ginące w natłoku zbytniego podejścia do gęstości wydarzeń muzycznych, wyraźne akcentowanie istotnych dla nich wykończeń pojedynczej nuty. To zaś skutkowało kilkoma znaczącymi niuansami typu: znakomity wgląd w nagranie, przekładający się w poczucie bycia tam i wtedy realizm wielkości wirtualnej sceny, a wszystko okraszone niesamowitą płynnością odgrywanego w moim pokoju wydarzenia scenicznego. Bez natychmiastowego cięcia fraz, a mimo to z ich bardzo wyraźnym akcentowaniem. Bez nadmiernie ostrych krawędzi dźwięków, jednak realnie, bo czytelnie zawieszonych w eterze. W estetyce mocnej podbudowy wagowej, a przez to barwowej, ale z umiejętnym unikiem przed ospałością i dźwięku. Jak wynika z powyższej wyliczanki, recenzowany japoński zestaw pełnymi garściami czerpał tak ze starej (dbałość o dobrą wagę i muzykalność prezentacji), jak i z nowej (zapewnienie muzyce niezbędnego pakietu danych i odpowiedniego oddechu do jej bezkresnych wybrzmień) szkoły grania. Czy w obliczu nieuniknionej ewolucji oczekiwań klientów w stronę bezkompromisowości ataku i otwartości dźwięku to źle? Nic z tych rzeczy, gdyż mimo nastawienia na poszukiwanie muzyki w muzyce opisywana konfiguracja znakomicie radziła sobie z dosłownie każdym jej rodzajem. Owszem konsekwentnie okraszając ją przywiązaniem do jej esencjonalności, jednak spokojnie wychodząc z tego z tak zwaną tarczą. Nawet w starciu z ostrym rockiem i elektroniką.
Na potwierdzenie walorów naszych bohaterów bułka z masłem w wydaniu Jana Garbarka z zespołem The Hillard Ensemble na płycie „Officium”. To był ewidentny młyn na wodę Accuphase, gdyż wyartykułowane przed momentem zalety systemu w dosłownym tego słowa znaczeniu przeniosły to wydarzenie do mnie do domu. A trzeba przy tym zaznaczyć, iż rozprawiamy o nagraniu czterech głosów męskich wspieranych zamaszystymi frazami saksofonu w kubaturze kościelnej, co nawet w pomieszczeniu nieco ponad 3 m wysokości nie jest prostym zadaniem. Tymczasem nie dość, że z dziecinną łatwością zaczarowała mnie dwukrotnie słuchana na żywo na koncertach w Warszawie, a przez to spokojnie będąca realnym punktem odniesienia do pokazania prawdy o nagraniu wokaliza starszych panów, to jako przysłowiowy, w pozytywnym znaczeniu gwóźdź do trumny dobiła mnie nie tylko wirtuozeria, ale również wspierany niezbędnym pakietem informacji o kubaturze goszczącego muzyków klasztoru, prezentacyjny rozmach kontrabasu. Szczerze? Zaraz po zamknięciu oczu mimowolnie przenosiłem się do wspomnianych wydarzeń na żywo, co oznaczało nie tylko fajnie pokazaną agresję dęciaka – na koncercie siedziałem w drugim rzędzie, ale zaraz po tym długie, oczywiście odpowiednio osłabione działaniem fizyki wybrzmienia pod sklepieniem. Nic tylko usiąść i słuchać, co naturalnie z premedytacją uczyniłem.
W podobnym tonie wypadała muzyka jazzowa spod znaku RGG w najnowszym materiale „Mysterious Monuments On The Moon”. Gdy wymagał tego materiał, system pokazywał znakomitą natychmiastowość zmian tempa i ostrość blach perkusisty. Natomiast w przypadku utworów mających dać słuchaczowi trochę oddechu pławiłem się esencją, swobodą zawieszenia w eterze i długością wybrzmiewania każdej nuty. Jednak nie jako osobne byty, tylko zazębiające się ze sobą kolejne wibracje wprawionego w ruch powietrza. Jednym słowem dostałem znakomitą monumentalność przekładaną zamierzoną wyczynowością. Co prawda konsekwentnie w duchu fajnej barwy, a nie czasem poszukiwanego przez „znerwicowanych” melomanów ostrego krawędziowania fraz, jednak zapewniam Was, całość została podana w estetyce dobrego bilansu pomiędzy wagą i atakiem.
Na koniec ostre granie panów elektryków, czyli AC/DC z płytą „The Razors Edge”. Tutaj najbardziej było słychać delikatne przywiązanie do dawnych czasów. Za sprawą fajnego wplatania w sygnał esencjonalnie grającej klasy „A” było przyjemnie tłusto, z minimalnie grubszą kreską, ale w kontrze jako feedback nowego dźwiękowego rozdania źródła – wspominałem o nieuniknionej ewolucji brzmienia urządzeń marki w stronę większej wyrazistości – przy okazji transparentnie i bez spowolnienia. To zaś powodowało, że ten niespecjalnie dobrze realizowany masteringowo materiał tylko zyskiwał. Nadal czuć było dobry atak i agresję, tylko wszystko zostało umiejętnie pokolorowane i dociążone. Na tyle dyskretnie, że naprawdę musiałbym być złośliwym, żeby się do czegoś przyczepić. Powiem więcej. Gdybym nie znał tego krążka, byłbym skłonny pomyśleć, że tak został zrealizowany. A dlatego, że jedynym ewidentnym aspektem jaki wyczuwałem, była nieco grubsza niż mam na co dzień kreska rysująca te wydarzenia. Resztę spokojnie mogłem zrzucić na karb potwierdzającego regułę przypadku dobrej pracy panów przy stole mikserskim. Na tyle dobrej, że cała płyta przeleciała niczym mrugnięcie okiem.

Jak obrazuje powyższy słowotok, tytułowy zestaw japońskiej myśli technicznej w pewien sposób łączył wodę z ogniem – czytaj muzykalność z transparentnością. Oczywiście taki stan rzeczy w pierwszej kolejności był skutkiem zaprzęgnięcia do pracy nie tylko przyjemnie grających, ale spokojnie radzących sobie z wymagającymi kolumnami pracujących w klasie „A” flagowych monobloków A-250. Teoretycznie jest to najnowsza odsłona tych konstrukcji, jednak wspomniana klasa pracy w pozytywnym tego słowa znaczeniu ewidentnie odcisnęła swoje piętno. Piętno dobrej kolorystyki i wagi przekazu, które umiejętnie uzupełniało nowe, stawiające na znakomitą rozdzielczość i swobodę prezentacji wcielenie źródła i przedwzmacniacza – DC-1000/DP-1000, C-3900. Naturalnie te ostatnie nie zostały nagle orędownikami bezkompromisowości przekazu ponad wszystko, jednak w odniesieniu do poprzedników ewidentnie czuć powiew większego otwarcia się dźwięku. Otwarcia, które w powyższym teście nie forsowało za wszelką cenę swojego punktu widzenia na muzykę, tylko poprawiało jej witalność. Dlatego też jeśli ktoś z Was nie jest jeszcze gotowy na akceptację obecnych producenckich trendów, czyli raczej wyraziście nawet minimalnym kosztem muzykalności, nie ma innej drogi niż posmakowanie dzisiaj opiniowanego seta. Gra gęsto i muzykalnie, a przy tym swobodnie, czym wielu z Was może przekonać do siebie na długie lata. I nie zdziwię się, gdy w wielu przypadkach tak się stanie.

Jacek Pazio

Opinia 2

Tak jak w każdej dziedzinie życia, tak i w audio nie brakuje pewnego rodzaju uniwersalnej symboliki i ikon, których obecność jest tyleż oczywista, co bezdyskusyjna. Można bowiem z mniej, bądź bardziej trafną gradacją ich ikoniczności dyskutować, lecz nikt przy zdrowych zmysłach nawet nie próbuje poddawać w wątpliwość ich obecności w owym panteonie sław. Do tego grona należy od dziesięcioleci japoński Accuphase, którego produkty wydają się być swoistym synonimem high-endowej klasyki. Dlatego też w ramach świętowania okrągłego jubileuszu 50-cia działalności ekipa z Yokohamy wzbogaciła swoje portfolio o trzy ekscytujące nowości – referencyjne źródło DP-1000 / DC-1000 i adekwatny klasą przedwzmacniacz liniowy C-3900 o których wizytę w naszych skromnych progach zadbała ekipa Nautilusa. Aby jednak do minimum ograniczyć ilość zmiennych wraz z jubileuszowym tercetem dotarły do nas również jakiś czas temu recenzowane na naszych łamach monobloki A-250.