Monthly Archives: Sierpień 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Ayon CD-10
artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Właśnie dotarł do nas Ayon CD-10 – jeszcze pachnący fabryką następca ostatnich wersji  odtwarzaczy CD-07s i CD-1sx.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

SAT PICKUP ARM

Jak doskonale wszystkim zainteresowanym wiadomo, wielkimi krokami zbliża się nasze święto, czyli kolejna edycja jesiennej wystawy AVS 2017. To zaś powoduje, że mimo co prawda będącego już na ukończeniu, ale nadal obowiązującego tak zwanego okresu ogórkowego, większość z rodzimych dystrybutorów dwoi się i troi, by idąc za oczekiwaniami stałych bywalców tej imprezy przygotować przyciągającą uwagę, na miarę własnych możliwości, spektakularną nowość. Owszem, w zdecydowanej większości będą to otrzymujące przydomki typu MkII wcielenia znanych z wcześniejszych inkarnacji konstrukcje, jednak jak to zwykle bywa, część najbardziej zaradnych na naszym rynku podmiotów dystrybucyjnych chcąc wyjąć pewnego rodzaju asa z rękawa z dużym zaangażowaniem wzbogaca swoje portfolio całkowicie nową marką. Do czego piję? Do znanego szerokiemu gronu analogowych akolitów katowickiego RCM-u, który po wstępnych odsłuchowych przymiarkach i kilku miesiącach oczekiwań w ostatnim tygodniu oficjalnie pochwalił się, że sklepowe półki zasili nowa propozycja z działu ramion gramofonowych.

Niestety, owa propozycja nie jest skierowana dla zwykłego Kowalskiego, gdyż będące tematem tego tekstu ramię SAT Pickup Arm szwedzkiego producenta Swedish Analog Technologies dość znacznie przekracza kwotę stu tysięcy złotych, co z automatu sytuuje ją w panteonie osiągalnym jedynie dla wybrańców. Ale uwiercie mi, wbrew pozorom nie to jest jej największym atutem, gdyż z pełną konsekwencją swoich słów mogę Was zapewnić, iż nawet dwugodzinny odsłuch u dystrybutora jasno dał mi do zrozumienia, że żądana cena ma swoje spektakularne reperkusje w efekcie sonicznym obdarowanego naszym bohaterem seta analogowego.

Jakaś krótka konkluzja? Proszę bardzo. Powiem tak, aplikacja SAT Pickup Arm nie sprowadza się jedynie do oceny poprawy brzmienia poszczególnych zakresów częstotliwościowych jako takich, tylko w brutalny sposób przewartościowuje odbiór nawet najbardziej znanych nam pozycji płytowych tak w domenie sposobu zawieszenia dźwięku w eterze między-kolumnowym, jak również samym oddaniem realizmu słuchanej muzyki. Niestety, to nie jest relacja z typowego testu, dlatego na dokładniejsze rozłożenie każdego aspektu dźwięku nie posiadam wiarygodnego mandatu, ale zapewniam, to co przed momentem skreśliłem, bez problemu daje się zauważyć już po kilku utworach. Co ciekawe, cała zabawa w poprawę jakości dźwięku nie jest wynikiem zaprzęgnięcia do pracy pozaziemskiej materii, tylko nieco innego spojrzenia na proces tworzenia konstrukcji z bardzo znanego wielu producentom kompozytu z włókna węglowego. O co chodzi? Tak z grubsza o kierunek i sposób ułożenia włókien powstałego laminatu, ilość położonych warstw, ale również punktowe, wynikające z symulacji komputerowej CAD i CAE zwiększanie sztywności belki ramienia. Nie będę przedrukowywał odezwy producenta, do zapoznania się z którą zapraszam na jego oficjalną stronę, ale biorąc pod uwagę wspomniane przez niego aspekty, aż dziw bierze, jak wiele nieodkrytych zalet tkwi w przecież bardzo popularnym w przemyśle jachtowym surowcu.

Powoli zbliżając się do końca tej krótkiej relacji z pola walki o klienta przez katowickiego dystrybutora i kierując Wasze zmysły wzroku na załączoną serię zdjęć mam nadzieję, że gołym okiem widać, iż oprócz wypunktowanych wartości brzmieniowych mamy do czynienia z pełną maestrii sztuką budowania tego typu komponentów audio. Nawet największe zbliżenia nie są w stanie złapać SAT Pickup Arm na jakimkolwiek wizualnym potknięciu, a to idąc za maksymą potwierdzającą duży udział wzroku w procesie pochłaniania muzyki pozwala sądzić, że ewentualny zakup i montaż tego ramienia na odpowiednim jakościowo napędzie skazuje potencjalnego nabywcę na wieloletnie pławienie się w nirwanie dźwiękowej, czego Wam i sobie serdecznie życzę.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Dereneville-Magic-Mat

Sądzę, że znakomita większość z Was zdaje sobie sprawę, jak trudno jest skonfigurować fantastycznie grający, oparty o gramofon w roli źródła tor analogowy. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o stosunkowo łatwe do wykonania nabycie zaproponowanego przez mających pojęcie w temacie fachowców kompletnej konfiguracji, tylko o samodzielny dobór poszczególnych komponentów począwszy od napędu, przez ramię, wkładkę, a na phonostage’u kończąc. Powiem szczerze, nawet dla obytego ze wszystkimi meandrami takich kompilacji osobnika finalny dźwięk planowanego zestawienia zawsze niesie ze sobą drobną nutkę niepewności. Ale wbrew pozorom nie stanowi to dla niego żadnego problemu, a bywa, że jest wręcz pewnego rodzaju bodźcem do działania, mimo czasem nieplanowanych, bo generowanych nie do końca udanymi wyborami kosztów. Jednak nie o ewentualnych porażkach chcę rozprawiać. Dla delikatnego wprowadzenia w dzisiejszy temat załóżmy, że planowany ożenek współpracujących ze sobą komponentów zakończył się sukcesem. I co? Na tym koniec? Bynajmniej. Z punktu widzenia dbającego o każdy niuans melomana dopiero w tym momencie zaczynają się przysłowiowe schody pod tytułem „dobór akcesoriów”. Bredzę? Proszę bardzo. Spójrzcie choćby na mój set. Sam gramofon to pikuś. Aby spełnić moje wymagania sonicznie teoretycznie skończony produkt został uzbrojony dodatkowo w docisk płyty (co prawda marka SME daje go w komplecie, ale nie jest to standardem), z tyłu stoi coś w rodzaju włochatej flagi zbierającej z czarnego placka ładunki elektryczne, a bardzo często meloman pozbawiony stabilnego podłoża dla drapaka implementuje pod niego dedykowaną platformę. I gdy komuś wydaje się, że to koniec możliwej listy biżuterii analogowej, jest w całkowitym błędzie, gdyż dzisiejszym tematem jest kolejny, mający niebagatelny wpływ na dźwięk element układanki. Jaki? Może niektórzy się uśmiechną, ale chodzi o wydawałoby się zwykłą, kładzioną na talerzu pod płytę winylową matę eliminującą niewygaszone dotychczasowymi zabiegami konstrukcyjnymi gramofonu, szkodliwe dla wiernego odtworzenia zapisu przez wkładkę wibracje. Banał? Nie sądzę. Dlatego aby się o tym przekonać, zapraszam na dosłownie kilka zdań o zmianach dźwięku mojej układanki po zastosowaniu produktu marki AV Design Haus w postaci „Derenville-Magic-Mat”, który do weryfikacji testowej dostarczył katowicki RCM.

Jak widać na załączonych fotografiach, rzeczony upgrade toru analogowego nie jest pomysłem zaczerpniętym z projektów Amerykańskiej Agencji Kosmicznej (NASA), tylko jak zdążyłem zaanonsować, propozycją swego rodzaju podkładki pod płytę winylową. Naturalnie, każdy z nas może sobie wystrugać coś podobnego choćby z tapety ściennej lub filcu, jednak jak to zwykle w dbałości o dobry dźwięk bywa, diabeł tkwi w szczegółach, czyli materiale z jakiego dany element wykonano. Zatem co mówi nam na ten temat zajmująca całe plecy okładki informacja producenta? Idąc za zawartym tam pakietem danych mamy do czynienia z obustronnie pokrytą silikonem cienką plecionką z włókna szklanego, której finalna grubość nie przekracza wartości 0,38 mm. To zaś po ewentualnej aplikacji nie wymusza na użytkowniku często dość skomplikowanej regulacji wysokości ramienia (VTA). Ale to nie koniec dobrych wieści, gdyż dzięki wykorzystaniu wspomnianego silikonu na powierzchni styku podkładki z płytą znacznie maleje efekt elektryzowania się obydwu płaszczyzn, co jest bardzo częstą zmorą podobnych naszemu bohaterowi ustrojstw. Kolejnym, mającym przekonać nas do DMM czynnikiem jest łatwość utrzymania go w czystości, gdyż mogące pojawić się na powierzchni eksploatowanej maty drobne zanieczyszczenia z łatwością eliminujemy myciem pod delikatnym strumieniem ciepłej wody (to działa, sam próbowałem). Przyznacie, że jak na gadżet analogowy jest on dość przyjazny użytkwnikowi. Oczywistym zabiegiem transportowo-handlowym Derenville-Magic-Mat jest spakowanie jej w podobną do stosowanych z płytami winylowymi papierowej koszulki i okraszonej litanią informacji kartonowej koperty.

Aplikacja podobnych dodatków w mój tor zawsze rodzi szereg pytań, z których najczęstszym jest „Co zmieni się w domenie świeżości i równowagi tonalnej dźwięku?”. Obecna układanka sama w sobie nastawiona jest na barwę i masę z dobrze trafionym (według mnie) w punkt napowietrzeniem wirtualnej sceny muzycznej, dlatego też każde wprowadzone podobnymi dodatkami zmiany wychwytuję już od pierwszej wydanej przez zestaw nuty. Niestety, najczęstszym finałem aplikacji dodatkowego elementu pomiędzy talerz i płytę jest ogólne zbyt duże ugładzenie przekazu, co oprócz redukcji najwyższych rejestrów dodatkowo skutkuje lekką utratą energii ataku i skracaniem czasu wybrzmiewania każdej nuty. Owszem, wielu zestrojonym z nadmierną ochotą do forsowania wysokich tonów konfiguracjom może być to na rękę i bytu podobnych “kół ratunkowych” wcale nie neguję, jednak wolałbym, aby eliminacja rozedrgania wirtualnej sceny muzycznej, a co za tym idzie uzyskanie określanego przez audiofilów czarnego tła, nie ingerowało zbytnio w jej witalność. I co, znalazłem złoty środek? Nie wiem, czy dla wszystkich, ale wydaje mi się, że nasza dzisiejsza bohaterka zza zachodniej granicy ma bardzo wiele cech, za które spragniony spokojnego, ale nie “wykastrowanego” z chęci oddania entuzjazmu do grania występujących na scenie muzyków dałoby się pokroić. Co mam na myśli? Powiem tak. Owszem, cała praca Derenville-Magic-Mat ma swoje reperkusje w pewnych aspektach (o tym za moment), ale co wydaje się najważniejsze, raczej aplikuje dodatkowy, pozwalający bardziej namacalnie odebrać wiele gatunków muzycznych pakiet energii średnich tonów. Co zaskakujące, tak skonfigurowany zestaw testowy pokazał mi, ile fajnego drive’u w graniu przecież ciężkiego do oddania przez system wibrafonu da się uzyskać z wykorzystaniem tytułowej maty. Osobiście jestem lekko skrzywiony na punkcie tego instrumentu, dlatego też, gdy Gary Burton zagrał na swoim klepkowym instrumencie w sferze pięknie doświetlonych krągłości jak nigdy dotąd, może nie wszystkie, ale przesłuchałem większość posiadanych pozycji z jego udziałem. Tylko żebym został dobrze zrozumiany. Nie chodzi mi o zagęszczenie często po takim działaniu wpadającego w otyłość i przysłowiową “bułę” środka pasma, tylko podkreślenie jego fantastycznej soczystości. Muzyka aż tętniła życiem, co mimowolnie z uśmiechem na twarzy zmuszało mnie do aplikacji kolejnych czarnych krążków. Zatem o jakich skutkach typu coś za coś wspominałem? Sprawa co prawda bez większej szkody, ale rozbijała się o delikatne złagodzenie krawędzi dźwięku. Muzyka nie gasła, ale postawienie na wybrzmienia spowodowało minimalną utratę ataku strun gitary i ociepliło generowane perkusjonaliami bębniarza iskierki w wysokich rejestrach. Ale jak wspominałem, to przesunięcie nastawienia muzyki na faworyzowanie wybrzmień i energii zawieszonych na wirtualnej scenie instrumentów zmienia jedynie punkt widzenia na dany projekt nutowy, a nie poprawiając jedno degraduje coś innego. I gdyby wydawałoby się Wam, że pozoru nie ma w tym nic nadzwyczajnego, to proszę wziąć pod uwagę fakt teoretycznej zbyteczności podobnych artefaktów w moim systemie, a mimo to zaskakująco ciekawego finału. Ciekawego dlatego, że przywołanym zmniejszeniem udziału w grze krawędzi każdego z dźwięków nie popsułem odbioru ogólnych proporcji poszczególnych zakresów, tylko tchnąłem w najbardziej przyjazny dla melomana zakres pasma akustycznego dodatkowa nutę wysycenia bez uczucia jego ociężałości, a to nie jest takie proste. I co, mamy do czynienia z produktem godnym nagrody Nobla? Niestety, temat wyciśnięcia podobnych do moich obserwacji z niemieckiej maty może rozbić się o tak banalną sprawę jak rozdzielczość systemu. Każdy kto ma jasny, ale cierpiący na niedostatek informacji – nie mylić z rozjaśnieniem – zestaw, musi liczyć się, że owszem opisywany przyrost jak to nazwałem soczystości będzie miał miejsce, ale z braku bogatego w alikwoty pakietu danych po drodze może zamordować resztki światła na podtrzymywanej zniekształceniami wirtualnej scenie. Zatem zanim zdecydujecie się na ożenek z Niemką, zalecam skonfrontować swoją opinię z wynikiem osobistej próbnej aplikacji. Sądzę, że powinno być co najmniej dobrze, ale nie żebym Was podejrzewał, jednak bardzo często “rasowy” audiofil ma bardzo wygórowane mniemanie o swoim zestawie i ewentualne problemy zwali na wszystko, tylko nie swój wkład w budowę muzycznego ołtarzyka.

Bardzo często zdarza się, że wstępna rozmowa z dystrybutorem czy producentem na temat dostarczanego do testu komponentu mija się z uzyskanymi na własnym podwórku efektami sonicznymi. Przecież każdy z nich mówi: “moje jest najmojsze”, a życie owe lobbowanie brutalnie spycha do działu bajek rodem z mchu i paproci. Na szczęście w tym przypadku większość wyartykułowanych pochwał jest zbieżna z odebranym podczas telefonicznej rozmowy kwiecistym opisem. Dodatkowo należy mieć świadomość, iż występy testowe są skażone odwieczną przypadkowością, a mimo to skonfigurowana pod kątem nastawienia na gęstość i soczystość muzyki moja układanka nie popadła w otyłość, tylko podkreśliła zawarte dobro w tak uwielbianym wibrafonie. Tak, przekaz w domenie ostrości krawędzi dźwięków nieco się przewartościował, ale w racjonalnych dla dobrego oddania czytelności poszczególnych instrumentów granicach. Zatem jeśli ktoś z Was słuchając gramofonu odczuwa jakiekolwiek braki muzykalności, albo chce sprawdzić, czy na tle tego co posiada, można jeszcze lepiej, powinien skontaktować się z dystrybutorem, gdyż muzyka swoim pięknem wybrzmiewania ma nas zniewalać, a nie zbyt szczodrym w wysycenie przekazem notorycznie męczyć.

Jacek Pazio

Dystrybucja: RCM
Cena: 600 PLN

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Orchestral Manoeuvres in the Dark w Studiu U22

Jeśli komuś nazwa Orchestral Manoeuvres in the Dark nic nie mówi a i skrót OMD jest równie obcy jak skojarzenia z handlową nazwą Poli(tetrafluoroetylen)u, to … znaczy, iż lata 80te i 90te albo Państwo przespali, spędzili w amazońskiej dziczy, lub urodzili się już w XXI wieku i tzw. „muzyka dawna” nie leży w kręgu Waszych zainteresowań. Wszystkim pozostałym osoby Andy’ego McCluskey’a i Paula Humphreysa nie powinny być obce, gdyż przy utworach ich autorstwa i dźwiękach przez nich zagranych spędzili z pewnością niejeden wieczór, niejedną prywatkę, lub nawet jakąś większą imprezę masową. Cały czas mówimy jednak o czysto umownym, wirtualnym kontakcie i poza uczestnictwem w koncercie, gdzie i tak od artystów oddziela nas ładnych kilkadziesiąt metrów to takie powszechne podziwianie świata przez takie metaforyczne samochodowe okno. Czasem jednak przewrotny los potrafi spłatać nam niezłego figla i sprawić, że ów dystans bądź to drastycznie maleje, bądź wręcz całkowicie znika. O czym mówię? O sytuacji, gdy z artystami można spotkać się w niewielkim, praktycznie rodzinnym gronie, uścisnąć dłoń i po prostu normalnie porozmawiać. I właśnie taka sytuacja miała miejsce w przedostatni piątek wakacji w ramach inauguracji kolejnego sezonu muzycznych spotkań w ramach projektu ZPAV „Piątki z nową muzyką” w zaprzyjaźnionym Studiu U22.

Andy McCluskey i Paul Humphreysa pojawili się bowiem w Alejach Ujazdowskich by w nad wyraz wąskim gronie przedpremierowo zaprezentować kilka utworów ze swojego najnowszego albumu „The Punishment of Luxury”, który na rynku powinien pojawić się już pierwszego września. Muzycy na całkowitym luzie i z ogromnym dystansem zarówno do siebie, jak i własnych dokonań z niezwykłą swadą i zaraźliwym humorem opowiadali o kulisach powstania, genezie i własnych przemyśleniach dotyczących tak albumu, jak i poszczególnych utworów z przygotowanej na piątek playlisty. A wyglądała ona następująco:
– The Punishment Of Luxury
– Isotype
– Robot Man
– La Mitralleuse
– As We Open, So We Close
– What Have We Done
– Ghost Star

Nie chcąc psuć niespodzianki i obniżać poziomu ekscytacji wszystkim fanom formacji pozwolę sobie jedynie nadmienić, że jeśli dotychczasowe albumy OMD przypadły Wam do gustu to i „The Punishment of Luxury” będziecie jeśli nie zachwyceni to z pewnością usatysfakcjonowani. To dokładnie taka sama estetyka, takie same klimaty i syntetyczne granie w najlepszym wydaniu.

A jeśli już chodzi o samo granie, to w U22 mogliśmy dzięki uprzejmości warszawskiego Horna cieszyć uszy i oczy setem złożonym z uhonorowanych przez stowarzyszenie EISA tytułem high-endowego systemu stereo 2017-2018 odtwarzacza Marantz SA-10 i wzmacniacza Marantz PM-10, oraz kolumn Sonus faber Elipsa Red. Za oczyszczanie i dystrybucję życiodajnego prądu odpowiadała rodzima listwa Acoustic Dream Cu-2. Istniała również możliwość konfrontacji współczesnego Hi-Fi z urządzeniami z „epoki”, gdyż w sąsiednim pokoiku umieszczono zestaw słuchawkowy w skład którego weszły gramofon Denon DP2000, wzmacniacz zintegrowany Denon PMA-1560 i … niedawno recenzowane przez nas słuchawki Denon AH-D7200.

Nie wypada również zapominać iż nie tylko strawą duchową człowiek żyje, więc z myślą o strudzonych wędrowcach Organizatorzy zapewnili odpowiednio wykwintny poczęstunek, oraz niezaprzeczalnie poprawiające percepcję, o nastroju nawet nie wspominając, mikstury oparte o zacne destylaty sygnowane przez Ballantine’sa.

Jak sami Państwo widzicie sezon 2017-2018 w Studiu U22 zapowiada się nad wyraz ciekawie, gdyż jeśli na jego inaugurację przygotowano tak niespodziankę, to kolejne spotkania z pewnością nie będą mniej ekscytujące. Warto więc trzymać rękę na pulsie. Do zobaczenia.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

AudioQuest Niagara 1000 i NRG-1000
artykuł opublikowany / article published in Polish

Jeszcze pachnące fabryką cudeńka od AudioQuesta – listwa Niagara 1000 i przewód zasilający NRG-1000. Jak widać wyglądają obłędnie a co robią z prądem … ocenimy jak się „ułożą” w naszych systemach.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Goldring 2500

Opinia 1

Chyba nie zdradzę tajemniczy poliszynela, gdy powiem, że dla laika temat toru analogowego z poczciwym gramofonem w roli głównej jest stosunkowo prostym zagadnieniem. Wystarczy postawić na szafce ze sprzętem obecnie bardzo modny w ofercie wielu punktów handlowych swoisty „kombajn” (napęd, ramię, wkładka i przedwzmacniacz w jednym kicie startowym), płożyć na nim czarny placek i delektować się przypominającą młodzieńcze lata, pełną trzasków muzyką. Niestety, kierujący wydarzeniami mojego życia nieprzewidywalny w swoich decyzjach los chciał, abym na przestrzeni wielu lat zabawy w kochającego muzykę osobnika nieco bardziej zgłębił ten dział audio i z autopsji wiem, iż temat nie jest taki prosty, na jaki wygląda. Dlaczego? To oczywiste. Przecież w kręgach bardziej zaawansowanych melomanów nawet samo określenie podmiotu mającego największy wpływ na końcowy efekt soniczny całej układanki (napęd, ramię, wkładka, czy phonostage) zdaje się być jednoznacznie nierozstrzygalnym, a co dopiero mówić o konkretnych modelach wspomnianych podzespołów. Tak tak, znam osoby, które położą rękę na stół tylko po to, by udowodnić swoją rację co do jasnego określenia numeru jeden gramofonowego konglomeratu. Jednak w dzisiejszym odcinku nie mam zamiaru wywoływać żadnej wojenki pomiędzy ścierającymi się obozami, gdyż będziemy zajmować się tylko jednym elementem, a to oznacza, mimowolne obciążenie testu zgraniem się pretendenta do laurów z niezbędną do pełnej konfiguracji resztą zestawienia. Niestety wartość soniczna gramofonu jest wypadkową wielu składowych bardzo skomplikowanego układu, dlatego też podczas wyciągania wniosków o pojedynczym produkcie zobligowani jesteśmy do przyłożenia odpowiednio zoptymalizowanego filtra, co mam nadzieję zrobicie również Wy. Ok. koniec lawirowania. Przyszedł czas na konkrety, czyli informację zdradzającą tożsamość głównego celu naszego spotkania w osobie wkładki gramofonowej brytyjskiej marki Goldring o symbolu 2500, czyli mowa o egzemplarzu wyprodukowanym w Japonii, o której wizytę w naszej redakcji zadbał białostocki dystrybutor RAFKO.

Akapit wizualizacyjny z racji opisywania maleństwa rozmiarowego i zajmowania przez nie niezbyt wysokich rejonów cennika podobnych produktów nie będzie zbyt długi. W założeniach producenta jest to propozycja dla zwykłego Kowalskiego, dlatego też w opisie nie znajdziemy wzmianek o egzotycznym drewnie, czy wymyślnych rodem z pierścionków zaręczynowych puzdereczkach. Korpus jest prostym, ale solidnym, bo wykorzystującym w swej konstrukcji pokryte materiałem ekranującym „Super Permalloy” aluminium i sztuczne tworzywo obłą skorupą dla poruszającej się w polu magnetycznym zwieńczonej magnesem igły. Idąc za danymi producenta jestem zobligowany poinformować, iż sama igła może pochwalić się szlifem typu 2SD, a swej budowie wykorzystuje zmniejszające bezwładność wspornika unikalne połączenie niklu i stali. Jeśli chodzi zaś o rodzaj ważnego dla tej konstrukcji, generującego finalny sygnał elektryczny dla phonostage’a magnesu, według danych producenta mamy do czynienia z zapewniająca wysokość czułości wkładki konstrukcją smarowo-kobaltową typu MI (moving iron). Na czas transportu rzeczona wkładka gramofonowa stabilizowana jest w wyściełanej gąbką akrylowej kuwecie, a po wyposażeniu w niezbędne do montażu śrubki i kluczyk imbusowy zostaje wsunięta w okalający całość aluminiowy kołnierz. Finalnie tak przygotowany zestaw wraz ze stosowną instrukcją pakowany jest schludne kartonowe pudełko. Jak widać, producent unika zbędnych ekwilibrystyk wizualnych, co przy stosunkowo niedużym budżecie cenowym sugeruje skierowanie wszystkich sił na walory dźwiękowe, które w przysłowiowych kilku zdaniach w poniższym tekście postaram się w miarę rzetelnie przybliżyć.

Przyznam szczerze, moment aplikacji tytułowej wkładki w testowy napęd Dr. Feickert Woodpecker z racji braku wcześniejszych doświadczeń z tą marką na swoim podwórku rodził wiele niepewności. Raz, od zawsze używałem wkładek MC, a dwa najczęściej przyglądałem się zdecydowanie droższym konstrukcjom. I wiecie co? Takie pozbawione punktów odniesienia do dawnych przeżyć spotkanie testowe jest zdecydowanie łatwiejsze do zredagowania, a co za tym idzie przelania na klawiaturę. Dlatego z przyjemnością oświadczam, iż te spędzone z Goldringiem 2500 dwa tygodnie były bardzo ciekawie wypełnionym muzyką czasem. Czasem, który co prawda pokazał mi nieco inne spojrzenie na te same pozycje płytowe, ale na tyle konsekwentne w domenie spójności prezentacji, że bez względu na obecny poziom wtajemniczenia gratuluję producentowi uzyskanego wyniku sonicznego. Jak zatem odebrałem tę szkołę grania? Przygoda z naszym bohaterem obfitowała w bardzo żywiołowe oddanie prezentowanych na wirtualnej scenie projektów muzycznych. Wszystko podane było jak na tacy, ale bez szkodliwych dla odbioru przerysowań, owocując naciskiem na krawędzie poszczególnych fraz nutowych z mocnym doświetleniem przestrzeni międzykolumnowej. W prostych żołnierskich słowach powiedziałbym, że nasza bohaterka stawiała na bezpośredniość, ale bez mogących zniweczyć zabieg swobody grania samowolnych wyskoków najwyższych rejestrów. Owszem, w porównaniu do dziesięciokrotnie droższego punktu odniesienia (Miyajima Madake) czasem bywało zbyt dosadnie, ale nie oszukujmy się, dwu i pół tysiączka stawia na inną grupę docelową, dlatego też w swojej pracy z wytłoczonym na czarnym krążku rowkiem ma prawo do wyraźniejszego pokazania własnego „ja”. Ale bez paniki. Ta informacja jest jedynie przedstawieniem pewnego wzoru dźwięku, a nie deprecjonowaniem wartości „brytyjskiej Japonki”, gdyż wbrew pozorom owa swoboda przy wielu pozytywnych aspektach typu witalność i oddech dźwięku jak wspominałem potrafi uniknąć natarczywości. Przykład? Proszę bardzo. Choćby koncertowa kompilacja twórczości Kena Vandermarka „Four Sides To The Story” z krakowskiego klubu Alchemia. To właśnie dzięki wydawałoby się nieposkromionej, a w praktyce w pełni kontrolowanej ochocie do pokazania bardzo istotnych dla tego typu muzyki niuansów (szybkość i energia) wspomniane klubowe free jazzowe szaleństwo jestem w stanie zaliczyć do kanonu bardzo dobrze oddanych. Nie było żadnych niedomówień, tylko pełna moc i idealnie pokazana współpraca całego składu muzyków nawet w najbardziej zwariowanych pasażach. Powiem szczerze, to był wulkan emocji. Ale czy zawsze było tak fantastycznie? Jak to w życiu bywa, niestety nie. Naturalnie aby to wychwycić, musiałem sięgnąć po bardzo dobre, stawiające na wysmakowanie soniczne realizacje, a i tak nie nazwałbym tego jakąkolwiek porażką, tylko konsekwencją takiego, a nie innego wyboru końcowego sznytu dźwiękowego. Gdzie zatem widziałem wspomniane niepożądane reperkusje? Oczywiście wszelka wokalistyka i stawiająca na pełne eufonii wybrzmienia muzyka z wibrafonem w roli głównej. W takich produkcjach trochę brakowało mi mistyki, ale natychmiast przyznaję, po uwzględnieniu marginesu dla pułapu cenowego tej wkładki wszystko okazywało się być na swoim miejscu. Mało tego. Bardzo prostym okiełznaniem przytoczonych aspektów jest według mnie aplikacja tytułowego Goldringa w oferujący swoim graniem sporą nutę wysycenia zestaw. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że zabawa w konfigurację przyjemnie brzmiącego zestawu audio jest sztuką, w której dobór odpowiedniego towarzystwa dla drapaka jest tak samo ważny jak dla źródła cyfrowego. Nasza bohaterka od pierwszych chwil zdradza swoje upodobania i choćby zdawkowa wiedza gdzie ją zaaplikować bez problemu odsunie nas od stanu emocjonalnego typu: albo ją kocham, albo nienawidzę. Jeśli jednak jakimś trafem Wam się to nie uda, opcje będą dwie. Albo nie macie pojęcia w temacie, albo docelowy system sam w sobie jest już bliski analityczności. Innej opcji nie wiedzę. Ale mimo wszystko, ja na co dzień stawiając na mocną pracę w środku pasma owymi odstępstwami od wypracowanego przez lata zabawy z drogimi produktami wzorca przez cały czas byłem bardzo pozytywnie zaskakiwany. To było na tyle przekonujące, że jeśli kiedyś zdecyduję się zbudować system w oparciu o wkładkę MM/MI, 2500-ka Goldringa z pewnością zaliczy drugie podejście.

To był trochę zaskakujący w ilość pozytywnych wrażeń test. Przecież bawiłem się stawiającą na całkowicie inną sferę przeżyć i daleką od okupowanych przeze mnie przez lata standardów cenowych wkładką MI, a każdym czarnym krążkiem potrafiła na tyle mnie zaskoczyć, że nawet pokazujące pewne niedostatki pozycje bez problemów broniły się swoim zapałem do oddania ducha nagrania. Co ciekawe, cały czas czekałem na jej ewidentną wpadkę, gdy tymczasem, żeby ją na czymś ewidentnie złapać, musiałem posunąć się do swoistego ciosu poniżej pasa (wyrafinowane realizacje). Co prawda całkowicie uprawnionego, ale w założeniach przed-testowych z racji nonszalanckiej pewności siebie w ogóle nie branego pod uwagę. Gdzie widziałbym recenzowanego Goldringa 2500? Jak wspominałem. Zielone światło mają wszyscy mogący pochwalić się gęsto gającymi systemami. Jednak nie skreślałbym również tych oscylujących ze swoimi układankami wokół neutralności, gdyż oferta soniczna Brytyjczyków owszem jest żywa, ale tak doskonale podana, że potrafiła pozytywnie zauroczyć nawet tak zagorzałego zwolennika barwy ponad wszystko jak ja. A to o czymś świadczy.

Jacek Pazio

Opinia 2

Kontynuując wątek analogowy i niejako wychodząc naprzeciw słabościom Jacka, dla którego każde spotkanie może nie tylko z winylowymi krążkami, co z całą maszynerią konieczną do ich reprodukcji jest przysłowiowym dniem dużego dziecka tym razem, po świetnym phonostage’u VTL TP-2.5 SERIES II pod redakcyjną lupę wzięliśmy kolejny element okołogramofonowej układanki, czyli … wkładkę. Niby w samym fakcie testowania odczytującego zapisane w płytowych rowkach rylca nie ma nic dziwnego, lecz jak dotąd, na naszych łamach gościły z wyjątkiem AEC London C-91E POD jedynie przetworniki typu MC (moving coil – nieruchomy magnes, ruchoma cewka) to tym razem do naszej redakcji trafił ciekawy przypadek stanowiący rozwinięcie klasycznej MM-ki (moving magnet – stacjonarna cewka, ruchomy magnes), czyli MI (moving iron – nieruchomy magnes, ruchom rdzeń). Dzięki temu zbiegowi okoliczności a tak po prawdzie dzięki dystrybutorowi marki – białostockiemu Rafko możemy wreszcie zaproponować małe co nieco wszystkim tym, którzy nie widzą większego sensu przesiadania się na konstrukcje MC a będąc w pełni szczęśliwymi z posiadanych przedwzmacniaczy, bądź to stacjonarnych, bądź wbudowanych w przedwzmacniacze liniowe i integry chcą do maksimum wykorzystać potencjał własnych systemów. Dlatego też nie chcąc niepotrzebnie rozwlekać wstępniaka serdecznie zapraszam na kilka refleksji o dzisiejszym bohaterze, czyli Goldringu 2500.

Goldring 2500 już przy wypakowaniu prezentuje się nad wyraz dostojnie. To nie jest żadna plastikowa wydmuszka, lecz kawał porządnej wkładki a jej masywny, obły korpus zarówno kształtem, jak i masą jasno daje do zrozumienia, że wkraczamy na ring wagi ciężkiej i chociaż mamy do czynienia „tylko” z MM-ką, to lepiej darować sobie drwiące uśmieszki. Jakby bowiem na 2500 nie patrzyć, jest to flagowy model wśród wkładek MM/MI tego producenta a to, mając na uwadze ponad stuletnią historię Goldringa zobowiązuje. Z drugiej strony nie ma jednak co zbytnio zapatrywać się na historię i minione dzieje, gdyż współczesny świat audio już dawno pozbył się sentymentów i wiedząc, że klienci może i czasem kierują się pobudkami czysto sentymentalnymi, to i tak i tak 99% zysków generują ci, którzy głosują własnymi portfelami a ich przekonuje, bądź przynajmniej przekonywać powinno, brzmienie i jakość danego wyrobu. A jak jest w przypadku tytułowego przetwornika?
Jak już zdążyłem nadmienić 2500 wygląda wybornie. Jest uroczo „tłuściutka” a zarazem nie popada w zbytni przepych i czysto bizantyjską ornamentykę. Srebrno-czarny korpus nadaje wkładce niezobowiązująco – eleganckiego charakteru i nie przykuwa niepotrzebnie uwagi, nie absorbuje podczas codziennego użytkowania. To po prostu przykład solidności i precyzji. Konstrukcję oparto na igle o szlifie 2SD zamontowanym na lekkim i zarazem cienkim wsporniku z żelaza i niklu. Samarowo – kobaltowy układ magnetyczny charakteryzuje się wysokim poziomem wyjściowym (6.5mV) i dodatkowo, jak podkreśla sam producent, „dla zapewnienia najwyższej czułości oraz redukcji niechcianych pogłosów w momencie opuszczania i podnoszenia ramienia” obudowę pokryto materiałem ekranującym „Super Permalloy”. To jednak nie wszystko. Miłym i ułatwiającym życie drobiazgiem są gwintowane otwory sprawiające, że montaż wkładki w headshellu powinien przebiegać szybko i sprawnie. I jeszcze jedno – oczywiście istnieje możliwość wymiany samej igły, więc koszty eksploatacji ww. konstrukcji nie powinny być zbyt stresujące.

Podchodząc do tematu brzmienia na zasadzie stereotypów można byłoby uznać, że wkładki MC to rozdzielczość za to MM są oazą muzykalności. Niestety jednostki bazujące na tego typu legendach z mchu i paproci strzelają sobie nie tyle w kolano, co w ucho. Bez trudu przecież można wymienić wkładki MC grające ciemno i gęsto a w rezultacie oszałamiająco muzykalnie w stylu używanej przez Jacka Miyajimy Madake a jednocześnie brzydko mówiąc jeśli nie drące paszczę, to wyciągające oprócz całego audiofilskiego planktonu również nawet najmniejsze trzaski MM-ki (vide AEC London C-91E POD). Dlatego też nie ma co zwracać uwagi na niuanse konstrukcyjne, tylko skupić się na dźwięku przez ową wkładkę reprodukowanym i właśnie ów dźwięk oceniać. A jak prezentuje się tytułowy Goldring? Idąc na łatwiznę i posiłkując się ww. stereotypami można byłoby uznać, że przysłowiowo łączy zalety obu konstrukcji i zakończyć temat. Eksplorując jednak soniczne meandry warto byłoby wspomnieć o tym, że 2500 jest niezwykle rozdzielczym przetwornikiem, który nie dość, że już od pierwszych dźwięków potrafi zaskoczyć fenomenalną przestrzenią, daleko wykraczającą zarówno poza szerokość rozstawu kolumn, ale i śmiało poczynającym sobie w domenie głębokości to i z umiejscawianiem precyzyjnie kreślonych źródeł pozornych nie ma najmniejszych problemów. Aspekty te świetnie podkreśliła dopiero co recenzowana ścieżka dźwiękowa do gry „Kholat”. Nie ukrywam, iż to mocno klimatyczny, żeby nie powiedzieć depresyjny repertuar, ale właśnie detaliczność i rozdzielczość Goldringa dodatkowo podkręciły już i tak mroczny przekaz. Fortepian zabrzmiał jeszcze szkliściej a potępieńcze dźwięki przetworzonych smyczków wywoływały gęsią skórkę. Pasmo jest świetnie rozciągnięte i nie sposób zarzucić mu jakiekolwiek zaokrąglenie, czy wycofanie na skrajach a i średnica pilnuje szyku nie wyrywając się zbytnio przed szereg. Krótko mówiąc słychać potencjał i jeśli lubicie Państwo tego typu repertuar a soundtrack z „Blade Runnera” ląduje na talerzu waszego gramofonu z częstotliwością zbliżoną do namolności bloków reklamowych w komercyjnych rozgłośniach radiowych i telewizyjnych, to spokojnie możecie sobie darować dalszą lekturę, tylko logować się do internetowego sklepu dystrybutora. Żeby jednak przypadkiem ktoś nie uznał, że 2500-ka jest wkładką tylko do elektroniki i skierowaną do miłośników cold-wave’u dla równowago sięgnąłem po najnowsze wydawnictwo Diany Krall – „Turn Up The Quiet” , gdzie jak na tacy podane sybilanty niby były nieodłącznym elementem prezentacji a jednocześnie ani nie przeszkadzały, ani nie absorbowały niepotrzebnie uwagi. Ot wokalistka została zarejestrowana tak a nie inaczej i tyle, a wkładka tylko to pokazała bynajmniej nie próbując zrobić z tej bądź co bądź komercyjnej produkcji przejaskrawionego samplera. W zamian za to mamy dużo, naprawdę dużo powietrza otaczającego muzyków towarzyszących Kanadyjce, czarne tło i suma summarum wielce udaną namiastkę prywatnego koncertu. Jeśli ktoś po moich uwagach dotyczących reprodukcji „Kholata” obawiał się zbytniego chłodu i analityczności od razu spieszę z wyjaśnieniami, iż nic takiego nie ma miejsca. Temperatura barwowa Goldringa oscyluje bowiem wokół neutralności, ze wskazaniem na „+”, aniżeli „-” i o tym jaki efekt finalny osiągniemy decydować będą w tym momencie pozostałe elementy toru, choć ze swojej strony zalecałbym daleko idącą ostrożność z aplikacją ww. wkładki do gramofonów ze szklanymi talerzami, gdyż może się okazać, że niepostrzeżenie wkroczyliśmy do krainy Królowej Śniegu.
Zmieniając nieco repertuar i chcąc sprawdzić jak wygląda sytuacja na dole pasma nie odmówiłem sobie przyjemności sięgnięcia po „Collected” Massive Attack. I tutaj też nie znalazłem powodów do marudzenia. Bas schodził piekielnie nisko, był sprężysty, zróżnicowany i co najważniejsze świetnie „się zbierał” a w dodatku pomimo swojej niewątpliwej syntetyczności nie wiało od niego „plastikiem”. Nie miał też zapędów zawłaszczania pozostałych podzakresów, więc zarówno warstwa wokalna, jak i wydarzenia rozgrywające się w górze pasma nie musiały walczyć o zaistnienie w przestrzeni miedzykolumnowej. Sprawę nieco ułatwiała sugestywna gradacja planów i precyzyjne umiejscowienie na nich poszczególnych warstw/ścieżek więc zamiast dwuwymiarowej pocztówki mieliśmy do czynienia z w pełni trójwymiarowym spektaklem. Wokale były więc świetnie naświetlone i podane bliżej aniżeli komputerowo wygenerowane sample i co nie powinno dziwić charakteryzowała je daleko bardziej „ludzka” natura aniżeli syntetycznego tła.

Czy możemy zatem uznać Goldringa 2500 za wkładkę może nie tyle idealną, co przynajmniej dla każdego? Cóż. Jak w przypadku każdej audiofilskiej kwestii, tak i tutaj zdania będą zapewne podzielone, lecz przewrotnie twierdzę, że … nie i nie. Idealną nie jest, bo i do będącej punktem odniesienia Miyajimy brakuje jej nieco więcej niż trochę, co patrząc na różnicę w cenie obu wkładek nikogo dziwić nie powinno a po drugie nie jest dla każdego, gdyż każdy powinien wyboru dokonać samodzielnie i przede wszystkim świadomie. W ramach niezobowiązującej podpowiedzi chciałbym jedynie nadmienić, iż podczas testu z premedytacją posiłkowałem się albumami nie dość, że dobrze wydanymi to jeszcze świetnie zachowanymi, gdyż tak, jak już zdążyłem wspomnieć Goldring nie czuje się w obowiązku maskować jakiekolwiek skazy i ryski informując nas o nich bezpardonowymi cyknięciami i trzaskami. Czyli w im lepszym stanie posiadamy własną płytotekę tym szanse na to, że polubimy się z tytułową wkładką rosną. Podobnie sprawy się mają z urządzeniami towarzyszącymi – im wyższej klasy będą i im większą finezją brzmienia będą się odznaczały, tym większy potencjał drzemiący w 2500-ce uwolnimy. Dokonajcie więc Państwo swoistego rachunku sumienia i …

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Rafko
Cena: 2 359 PLN

Dane techniczne:
Mocowanie wkładki: 1/2 cala
Szlif: 2SD
Wymienność igły: TAK
Kąt nachylenia igły: 24stopnie
Siła nacisku: 1.5 – 2 g (15 – 20 mN)
Separacja kanałów: 20 dB
Balans kanałów: 2dB
Pojemność wejściowa MM: 100 – 200 pF
Napięcie wyjściowe MM: 6.5mV
Rezystancja: 47 kΩ
Rezystancja wewnętrzna: 550 Ω
Indukcyjność wewnętrzna: 720 mH
Waga: 8.2 g
Gwarancja: 12 miesięcy

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Ayon CD-10

Entuzjastyczne przyjęcie wprowadzonego kilka miesięcy temu flagowego odtwarzacza SACD Ayon Audio CD-35 sprowokowało austriacką firmę do opracowania dużo przystępniejszego cenowo modelu, oferującego praktycznie te same cechy użytkowe – czyli odczyt płyt CD i SACD oraz sygnałów PCM i DSD z zewnętrznych urządzeń cyfrowych. Nowy model CD-10 zastępuje więc zarówno znane od lat podstawowe źródła Ayona oznaczone cyfrą „1”, jak i najtańszego CD-07s.

Jako że CD-10 bazuje na gruntownie przeprojektowanym ostatnim wcieleniu CD-1sx, wzornictwo nowego modelu kultywuje sprawdzone patenty: pancerna obudowa z czarnego, szczotkowanego aluminium ma identyczne gabaryty jak w starszym modelu, a mechanizm ładowania płyty niezmiennie przyjmuje postać masywnej akrylowej pokrywy z dociskiem magnetycznym. Różnicę sygnalizują tylko: powiększony wyświetlacz pokazujący większą ilość informacji, no i oczywiście dyskretne oznaczenie modelu na przedniej ściance. Pod maską znajdziemy m. in. pojedynczy 32-bitowy przetwornik AKM o częstotliwości próbkowania 768 kHz (obrabia on również sygnały DSD 256) oraz triodę 6H30 w stopniu wyjściowym.

Szef Ayon Audio podkreśla z dumą, że nowy odtwarzacz prześciga wszystkich poprzedników w swojej kategorii cenowej, i to nie tylko pod względem parametrów i walorów użytkowych, ale przede wszystkim klasy brzmienia. Ba – twierdzi on nawet, że dwa nowe modele są ukoronowaniem 35-letniej historii płyty cyfrowej i jednymi z najnaturalniej brzmiących odtwarzaczy cyfrowych w historii. Kto wie – może właśnie stąd wzięła się nazwa obecnego flagowego modelu CD-35? W każdym razie ekipa Ayona jest spokojna o swoje odtwarzacze – twierdzą oni, że nawet jeśli fizyczne nośniki przestaną się sprzedawać, liczba słuchaczy i ilość płyt w ich kolekcjach gwarantują stałe – a nawet rosnące – zapotrzebowanie na zaawansowane jakościowo odtwarzacze, zwłaszcza te z lampowym stopniem wyjściowym.

Podobnie jak droższy model, CD-10 ma budowę modułową, co umożliwia przyszłościowy upgrade, a także zakup w jednej z dwóch wersji: standardowej lub podrasowanej Signature. Ta ostatnia wyposażona jest w najnowszy procesor DSP umożliwiający konwersję sygnałów PCM w rozdzielczości do 24/192 na DSD (128x lub 256x) oraz w topowe kondensatory sprzęgające Mundorf z serii Supreme. Wersja standardowa kosztuje 16 900 zł, a Signature jest o 4 190 zł droższa.

Dystrybucja: Nautilus

  1. Soundrebels.com
  2. >

McIntosh MA8900

McIntosh MA8900 – wzmacniacz zintegrowany z wymiennym modułem przetwornika cyfrowo-analogowego i wbudowanym przedwzmacniaczem gramofonowym MM/MC.

Marzenia wielu miłośników sprzętu audio, o posiadaniu świetnie brzmiącego oraz bogato wyposażonego wzmacniacza zintegrowanego, spełnią się podczas słuchania swojej ulubionej muzyki przy wykorzystaniu wzmacniacza McIntosh MA8900. Oferujące 200 Watów urządzenie pochodzi z najnowszej linii produktów firmy McIntosh posiadających supernowoczesny, cyfrowy moduł Digital Audio DA1.

Wzmacniacz dysponuje dostateczną mocą aby poprawnie wysterować praktycznie każde kolumny. Zastosowanie światowej sławy technologii McIntosh Output Autoformer®, zapewnia głośnikom pełne 200W mocy, niezależnie od ich impedancji.

Wszystkie wejścia cyfrowe umieszczono w osobnym module DA1. Moduł ten będzie można w przyszłości wymienić na nowszą wersję. Konwersję cyfrowo-analogową wykonuje 8-kanałowy, 32-bitowy układ zaaplikowany w konfiguracji Quad Balanced (poczwórny-symetryczny). Łącznie jest 6 wejść cyfrowych. Są to 2 wejścia koncentryczne, 2 optyczne, jedno USB i jedno firmowe MCT do połączenia z transportem SACD/CD MCT450. Wejścia koncentryczne i optyczne obsługują sygnały do 24-bitów/192kHz. Natomiast asynchroniczne wejście USB przyjmuje sygnał PCM do 32-bitów/384kHz, DXD 384kHz oraz DSD aż do DSD256.

W raz z postępem technologii cyfrowej modułowa konstrukcja DA1 umożliwia w przyszłości jego wymianę na kolejną generację. Dzięki takiej opcji, zakup MA8900 to doskonała inwestycja na wiele lat, ponieważ nowy wzmacniacz McIntosha to tak naprawdę połączone w jednym urządzeniu najwyższej jakości układy końcówki mocy, przedwzmacniacza, modułowego przetwornika cyfrowo-analogowego i przedwzmacniacza gramofonowego dla wkładek MM i MC. Sekcja przedwzmacniacza umożliwia w sumie podłączenie aż 14 urządzeń.

Dla obsługi sygnałów analogowych przeznaczono jedno wejście symetryczne XLR i 6 wejść niesymetrycznych RCA. Wzmacniacz wyposażono w niesymetryczne gniazda umożliwiające podłączenie zewnętrznej końcówki mocy. Zastosowano dwie pary wyjść liniowych, jedno ze stałym poziomem i drugie z regulacją natężenia sygnału.

MA8900 oferuje na tyle wystarczającą ilość połączeń i nowoczesnej technologii, aby cała posiadana muzyka oraz źródła dźwięku mogły być jednocześnie podłączone, zapewniając doskonałe brzmienie. Użytkownik może nadawać nazwy wszystkim wejściom. Każde wejście jest niezależne i wszystkie wejścia są zawsze dostępne niezależnie od sposobu podłączenia źródeł.

Dyskretna, pięciozakresowa regulacja barwy tonów jest zapamiętywana oddzielnie dla każdego z wejść i pozwala ulubionym nagraniom brzmieć lepiej niż kiedykolwiek dotychczas. Istnieje oczywiście możliwość całkowitego wyłączenia układu regulacji tonów.

Dwa dedykowane przedwzmacniacze gramofonowe dla wkładek MM i MC mogą być idealnie dostrojone do konkretnej wkładki, umożliwiając odkrycie na nowo posiadanej kolekcji płyt winylowych.

Nowy, wbudowany wzmacniacz słuchawkowy High Drive, oferuje wyższy poziom wzmocnienia. Został on zoptymalizowany do pracy z praktycznie wszystkimi dostępnymi na rynku słuchawkami, czego efektem stało się uzyskanie najwyższej jakości wrażeń odsłuchowych. Posiada on na wyposażeniu układ HXD® (Headphone Crossfeed Director), który ma na celu stworzenie iluzji odsłuchu z wykorzystaniem konwencjonalnych kolumn głośnikowych. Zastosowany wzmacniacz słuchawkowy umożliwia optymalne wysterowanie większości dostępnych na rynku słuchawek. Wyjście słuchawkowe posiada gniazdo jack 6,3 mm i jest przystosowane do słuchawek o impedancji 20Ω-600Ω.

Funkcja Home Theater Pass Thru oznacza tryb pracy wzmacniacza, w którym regulacja głośności przestaje działać, a wzmacniacz staje się wówczas końcówką mocy. Dzięki temu istnieje możliwość idealnego zintegrowania MA8900 z posiadanym systemem kina domowego. Zestaw dodatkowych terminali pozwala na przesyłanie sygnałów sterujących i sygnałów wyzwalaczy.

Zastosowano zaawansowane, wysokoprądowe tranzystory wyjściowe które zapewniają eliminację opóźnienia w uzyskaniu równowagi termicznej, czyli wzmacniacz brzmi dobrze zaraz po uruchomieniu, bez konieczności dłuższego rozgrzewania.

MA8900 wyposażono w nowe mikroprocesory odpowiedzialne za kluczowe funkcje sterujące pracą urządzenia. Dokonano również wielu innych ulepszeń mających na celu uzyskanie jak najlepszego brzmienia.

MA8900 ma układy zabezpieczeń i monitorowania. Power Guard monitoruje i dopasowuje przebieg sygnału aby uniknąć wyraźnych zniekształceń i obcinania sygnału. Sentry Monitor to działający bez bezpieczników układ odłączający stopień wyjściowy w przypadku zwarcia – automatycznie przestawia się ona do normalnej pracy gdy problem zostanie usunięty.

Kolejną nowością jest zastosowanie radiatorów McIntosh Monogrammed Heatsinks™ charakteryzujących się umieszczonym na nich monogramem ,,Mc”. Dzięki zastosowaniu w nich materiałów o najwyższej jakości, zwiększono efektywność odprowadzania ciepła ze wzmacniacza.

Część obudowy MA8900 wykonano z pięknie wypolerowanej stali nierdzewnej, która idealnie współgra z klasycznym szklanym panel przednim McIntosha, niebieskimi wskaźnikami wychyłowymi i podświetlanymi na zielono napisami. Dzięki temu MA8900 stanowi ozdobę każdego salonu lub pokoju odsłuchowego.

Urządzenie jest już dostępne, cena det. 35 500 PLN

Dane techniczne:
• 200 Watów przy 8/4/2 Ohma.
• Autoformery – najsłynniejsze transformatory firmy McIntosh.
• Układ Power Guard® – chroni przed przesterowaniem.
• Podświetlane wskaźniki mocy wyjściowej.
• Przetwornik cyfrowo-analogowy (DAC) obsługujący na wejściu USB sygnał PCM do 32 Bit/384 kHz i DXD 384kHz oraz sygnał DSD aż do DSD256.
• Przetwornik cyfrowo-analogowy (DAC) obsługujący częstotliwość próbkowania do 24 Bit/192 kHz na wejściach cyfrowych: koncentrycznym i optycznym.
• Firmowe wejście MCT (DIN) umożliwiające podłączenie transportu CD/SACD MCT-450.
• Liczne wejścia cyfrowe: asynchroniczne USB, 2 koaksjalne, 2 optyczne i MCT (DIN).
• Wzmacniacz gramofonowy MC/MM z regulacją ustawień
• Wzmacniacz słuchawkowy z układem HXD® (Headphone Crossfeed Director).
• Pięciozakresowa regulacja barwy dźwięku.
• Poziom zniekształceń harmonicznych: 0.005%
Wymiary: (WxSxG) 194 x 445 x 559 mm (łącznie z wystającymi elementami)
Waga: 34,1 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Arkadiusz Reikowski „Kholat”

Kiedy od warszawskiej ekipy salonu Nautilus otrzymaliśmy zaproszenie na winylową premierę ścieżki dźwiękowej do horroru „Kholat”  bez głębszej refleksji uznaliśmy, że będziemy mieli do czynienia z najnormalniejszym w świecie soundtrackiem. Okazało się jednak, że skupiając się dotychczas na mniej, bądź bardziej mainstreamowych nurtach muzycznych, gdzieś po drodze umknęła nam zaskakująco dynamicznie rozwijająca się i zrzeszająca całkiem pokaźne grono fanów nisza związana z muzyką towarzyszącą … grom komputerowym. Nie chcę w tym momencie wyjść na jakiegoś stetryczałego zgreda i wapniaka, ale gdzieś tam w zakamarkach mojej świadomości obszar ów kojarzył się z zapamiętanymi z wczesnej młodości dźwiękami midi, które nijak nie wpisywały się w moje obecne zainteresowania. Dopiero po chwili, już na spokojnie analizując docierające z zewnątrz sygnały przypomniałem sobie, że przecież recenzowany przez nas jakiś czas temu folk-metalowy Percival Schuttenbach też brał udział w tworzeniu czegoś podobnego, czyli ścieżki dźwiękowej do rodzimego hitu „Wiedźmin” („The Witcher 3: Wild Hunt”) a i podczas naszej wizyty w panowie z Wiktorów Studio mieli na tzw. tapecie udźwiękowienie gry „The Purgatory”. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie nadmienić, iż szeroko rozumiana tematyka gier komputerowych jest mi kompletnie obca, fakt ich istnienia przyjmuję ze stoickim spokojem i przechodzę nad nim do porządku dziennego nie czując najmniejszej potrzeby jego zgłębiania.
Całe szczęście w Nautilusie na Kolejowej nikt nikogo w nic grać nie nakłaniał, więc zamiast wyrywać sobie pady, joysticki, czy czego się teraz przy konsolach i komputerach używa, mogliśmy w wielce sympatycznej atmosferze, przy lampce wina oddawać się kontemplacji przy dźwiękach tzw. muzyki ilustracyjnej. W dodatku czerwcowe spotkanie było wyśmienitą okazją do poznania i porozmawiania z autorem muzyki – Arkadiuszem Reikowskim, oraz przedstawicielem wydawcy – Mariuszem Borkowskim.

Jak to zwykle przy tego typu eventach bywa przeprowadzany w dość niezobowiązujących okolicznościach odsłuch pozwala jedynie stwierdzić istnienie tzw. „potencjału” dobrze rokującego na przyszłość, czyli sesje prowadzone już w domowym zaciszu. Tak też było i tym razem a mając do wyboru dwie wersje limitowanego pierwszego nakładu (300 szt.) tytułowego albumu – tzw. „krew na śniegu” i klasyczną czerń po chwili wahania sięgnąłem po biało-czerwony krążek. Niby obie wersje wydano na 180g „plackach”, więc wsad materiałowy był niemalże taki sam, lecz w bezpośrednim porównaniu konwencjonalna wersja grała nieco lepiej – z lepszą rozdzielczością i niższym szumem własnym. Jednak aby to zauważyć trzeba dysponować obiema wersjami i mieć na uwadze system testowy, w którym honory pana domu pełnił … uzbrojony we wkładkę My Sonic Lab Hyper Eminent gramofon Transrotor Tourbillon FMD. Dlatego też ani myślę rozpaczać i zadręczać się z tego powodu, iż mą płytotekę wzbogaciła wersja kolorowa, lecz nieco gorzej grająca, tym bardziej że jej okładkę zdobi autograf samego kompozytora.

Wróćmy jednak do meritum i skupmy się na samym wydawnictwie. Abstrahując od mechaniki, czy też samej fabuły gry, która niejako stanowi szkielet dla oplatającej go tkanki muzycznej warto mieć świadomość chociażby kontekstu samych wydarzeń, na których kanwie ów projekt powstał. A wydarzenia te nie dość, że naprawdę miały miejsce i były nad wyraz tragiczne, to otaczająca je aura tajemniczości po dziś dzień stwarza pole do popisu nie tylko kryminologom, lecz i wszystkim miłośnikom „Archiwum X”. O co chodzi? O tragiczną wyprawę dziewięciu alpinistów, którzy zimą 1959 r. wyruszyli na Przełęcz Diałtowa (północny Ural) a ich ciała odnaleziono na zboczu Cholat Sjakl (z języka mansyjskiego „Martwa Góra”). Jak sami Państwo widzicie tematyka nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych a więc i muzyka stanowiąca tło do rozgrywającej się akcji taka być nie może. Jest zatem mroczna, patetyczna i budząca niepokój. Słowem idealna do horroru. Mamy zatem mocno przetworzone ponure, lodowate, spowolnione smyczki (Airis Quartet), szkliste dźwięki fortepianu, potępieńcze jęki i eteryczne, dobiegające niemalże z zaświatów partie wokalne Penelopy Willmann-Szynalik i prawdziwej gwiazdy sceny gamingowej (gratka dla miłośników serii „Silent Hill”) Mary Elizabeth McGlynn. Szukając analogii można odwoływać się do estetyki hollywoodzkich superprodukcji w stylu mrocznego „The Dark Knight Rises” Hansa Zimmera a zarazem eksplorować strefę mroku współczesnej symfoniki. Z jednej strony mamy bowiem spowolnienia przywodzące na myśl mozolną wspinaczkę w iście ekstremalnych warunkach pogodowych a z drugiej dynamiczne chwile brutalnego ataku i spiętrzenia dźwięków obrazujące rozgrywającą się tragedię. Od razu zaznaczę, że nie jest to repertuar ani pozytywnie nastrajający, ani nazwijmy to lapidarnie „rozrywkowy”. „Kholat” wymaga bowiem od słuchacza najpierw wyciszenia a potem skupienia na rozgrywających się na wirtualnej scenie wydarzeniach. Nie ma sensu podchodzić do niego na szybko, z doskoku, czy traktować jako tło do codziennej krzątaniny. Jako materiał na tzw. highlighty też się średnio nadaje. „Kholata” należy traktować jako koncept album i delektować się nim w całości, gdyż dzieląc go na „porcje” gubimy jego klimat i sens, a przecież nie o to w świadomym odbiorze muzyki chodzi.

No właśnie, my tu gadu gadu o muzyce jako takiej a jak z jakością jej realizacji? Powiem tak. Niestety nie mając możliwości porównania „Kholat” z jakimkolwiek innym soundtrackiem do gry potraktowałem ww. wydawnictwo jak każdy inny, wydany na winylu album i … muszę stwierdzić, że jest dobrze, wręcz bardzo dobrze. Znaczy się bardzo dobrze jest na czarnym nośniku a na kolorowym odrobinkę słabiej, o czym już wspominałem, ale to i tak prawdziwy światowy poziom. Kiedy trzeba dynamika wgniata w fotel, efekty przestrzenne sprawiają, że zasadność inwestowania w systemy wielokanałowe wydaje się najdelikatniej mówiąc poronionym pomysłem a wielkie brawa należą się realizatorom za oddanie niezwykle sugestywnej swobody i przestrzenności dźwięku przywodzących na myśl górską, surową scenerię. Jedynie w końcowej fazie „Farewell” głos Mary Elizabeth McGlynn zbliża się do słuchacza, by chwilę później zamilknąć. Warto podkreślić, iż mastering do wydania analogowego został przeprowadzony na nowo i zamiast bazować na półprodukcie dedykowanym nośnikom cyfrowym wykonano go jeszcze raz, za stołem zasiadł Matthias Adloff a pierwsza wersja … poszła do kosza. Tak, tak. Pierwsze – próbne tłoczenie okazało się niesatysfakcjonujące dla złotouchych krakowskich beta testerów, bo trzeba nadmienić, iż kompozytor i wydawca efekty swojej pracy konsultowali m.in. z ekipą Nautilusa pod wodzą Roberta Szklarza i mając do dyspozycji najwyższej klasy systemy audio od razu udało wychwycić się błędy tłoczenia.

Jeśli zatem lubią Państwo od czasu do czasu posłuchać czegoś niebanalnego z obszaru, który do tej pory z ambitnym repertuarem niespecjalnie się Wam kojarzył to gorąco zachęcam do sięgnięcia po wydany na winylu album „Kholat”. Gwarantuję, iż nawet nie będąc nie tyle zapalonym, co niedzielnym graczem, jak m.in. piszący niniejsze słowa, będziecie mieli okazję poznać wielce intrygujące oblicze tzw. rodzimej muzyki ilustracyjnej. Nie zaszkodzi też mieć na oku samego Arkadiusza Reikowskiego, bo coś czuję w kościach, że jeszcze będzie o nim głośno.

Marcin Olszewski

Wydawca: Gamemusic records

Lista utworów:

Strona A:

1. Intro (feat. Penelopa Willmann-Szynalik)
2. The Beginning (feat. Penelopa Willmann-Szynalik)
3. Descent
4. Awakening
5. Echoes
6. Main Theme (feat. Airis Quartet)
7. The Mist
8. Caves
9. Ghost Run

Strona B:

1. Kogato (feat. Penelopa Willmann-Szynalik)
2. Movement (feat. Airis Quartet)
3. The Cold
4. Throne Run
5. Notes
6. Burned Forest (feat. Penelopa Willmann-Szynalik)
7. Farewell (feat. Mary Elizabeth McGlynn)
8. Movement (strings only)

  1. Soundrebels.com
  2. >

T+A PA 2500 R
artykuł opublikowany / article published in Polish

Niemalże laboratoryjna surowość frontu, wzorowa ergonomia i zaskakująca potęga brzmienia, to tylko kilka pierwszych refleksji towarzyszących wpięciu integry T+A PA 2500 R w nasz redakcyjny system.

cdn. …