Jak doskonale wszystkim zainteresowanym wiadomo, wielkimi krokami zbliża się nasze święto, czyli kolejna edycja jesiennej wystawy AVS 2017. To zaś powoduje, że mimo co prawda będącego już na ukończeniu, ale nadal obowiązującego tak zwanego okresu ogórkowego, większość z rodzimych dystrybutorów dwoi się i troi, by idąc za oczekiwaniami stałych bywalców tej imprezy przygotować przyciągającą uwagę, na miarę własnych możliwości, spektakularną nowość. Owszem, w zdecydowanej większości będą to otrzymujące przydomki typu MkII wcielenia znanych z wcześniejszych inkarnacji konstrukcje, jednak jak to zwykle bywa, część najbardziej zaradnych na naszym rynku podmiotów dystrybucyjnych chcąc wyjąć pewnego rodzaju asa z rękawa z dużym zaangażowaniem wzbogaca swoje portfolio całkowicie nową marką. Do czego piję? Do znanego szerokiemu gronu analogowych akolitów katowickiego RCM-u, który po wstępnych odsłuchowych przymiarkach i kilku miesiącach oczekiwań w ostatnim tygodniu oficjalnie pochwalił się, że sklepowe półki zasili nowa propozycja z działu ramion gramofonowych.
Niestety, owa propozycja nie jest skierowana dla zwykłego Kowalskiego, gdyż będące tematem tego tekstu ramię SAT Pickup Arm szwedzkiego producenta Swedish Analog Technologies dość znacznie przekracza kwotę stu tysięcy złotych, co z automatu sytuuje ją w panteonie osiągalnym jedynie dla wybrańców. Ale uwiercie mi, wbrew pozorom nie to jest jej największym atutem, gdyż z pełną konsekwencją swoich słów mogę Was zapewnić, iż nawet dwugodzinny odsłuch u dystrybutora jasno dał mi do zrozumienia, że żądana cena ma swoje spektakularne reperkusje w efekcie sonicznym obdarowanego naszym bohaterem seta analogowego.
Jakaś krótka konkluzja? Proszę bardzo. Powiem tak, aplikacja SAT Pickup Arm nie sprowadza się jedynie do oceny poprawy brzmienia poszczególnych zakresów częstotliwościowych jako takich, tylko w brutalny sposób przewartościowuje odbiór nawet najbardziej znanych nam pozycji płytowych tak w domenie sposobu zawieszenia dźwięku w eterze między-kolumnowym, jak również samym oddaniem realizmu słuchanej muzyki. Niestety, to nie jest relacja z typowego testu, dlatego na dokładniejsze rozłożenie każdego aspektu dźwięku nie posiadam wiarygodnego mandatu, ale zapewniam, to co przed momentem skreśliłem, bez problemu daje się zauważyć już po kilku utworach. Co ciekawe, cała zabawa w poprawę jakości dźwięku nie jest wynikiem zaprzęgnięcia do pracy pozaziemskiej materii, tylko nieco innego spojrzenia na proces tworzenia konstrukcji z bardzo znanego wielu producentom kompozytu z włókna węglowego. O co chodzi? Tak z grubsza o kierunek i sposób ułożenia włókien powstałego laminatu, ilość położonych warstw, ale również punktowe, wynikające z symulacji komputerowej CAD i CAE zwiększanie sztywności belki ramienia. Nie będę przedrukowywał odezwy producenta, do zapoznania się z którą zapraszam na jego oficjalną stronę, ale biorąc pod uwagę wspomniane przez niego aspekty, aż dziw bierze, jak wiele nieodkrytych zalet tkwi w przecież bardzo popularnym w przemyśle jachtowym surowcu.
Powoli zbliżając się do końca tej krótkiej relacji z pola walki o klienta przez katowickiego dystrybutora i kierując Wasze zmysły wzroku na załączoną serię zdjęć mam nadzieję, że gołym okiem widać, iż oprócz wypunktowanych wartości brzmieniowych mamy do czynienia z pełną maestrii sztuką budowania tego typu komponentów audio. Nawet największe zbliżenia nie są w stanie złapać SAT Pickup Arm na jakimkolwiek wizualnym potknięciu, a to idąc za maksymą potwierdzającą duży udział wzroku w procesie pochłaniania muzyki pozwala sądzić, że ewentualny zakup i montaż tego ramienia na odpowiednim jakościowo napędzie skazuje potencjalnego nabywcę na wieloletnie pławienie się w nirwanie dźwiękowej, czego Wam i sobie serdecznie życzę.
Jacek Pazio
Sądzę, że znakomita większość z Was zdaje sobie sprawę, jak trudno jest skonfigurować fantastycznie grający, oparty o gramofon w roli źródła tor analogowy. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o stosunkowo łatwe do wykonania nabycie zaproponowanego przez mających pojęcie w temacie fachowców kompletnej konfiguracji, tylko o samodzielny dobór poszczególnych komponentów począwszy od napędu, przez ramię, wkładkę, a na phonostage’u kończąc. Powiem szczerze, nawet dla obytego ze wszystkimi meandrami takich kompilacji osobnika finalny dźwięk planowanego zestawienia zawsze niesie ze sobą drobną nutkę niepewności. Ale wbrew pozorom nie stanowi to dla niego żadnego problemu, a bywa, że jest wręcz pewnego rodzaju bodźcem do działania, mimo czasem nieplanowanych, bo generowanych nie do końca udanymi wyborami kosztów. Jednak nie o ewentualnych porażkach chcę rozprawiać. Dla delikatnego wprowadzenia w dzisiejszy temat załóżmy, że planowany ożenek współpracujących ze sobą komponentów zakończył się sukcesem. I co? Na tym koniec? Bynajmniej. Z punktu widzenia dbającego o każdy niuans melomana dopiero w tym momencie zaczynają się przysłowiowe schody pod tytułem „dobór akcesoriów”. Bredzę? Proszę bardzo. Spójrzcie choćby na mój set. Sam gramofon to pikuś. Aby spełnić moje wymagania sonicznie teoretycznie skończony produkt został uzbrojony dodatkowo w docisk płyty (co prawda marka SME daje go w komplecie, ale nie jest to standardem), z tyłu stoi coś w rodzaju włochatej flagi zbierającej z czarnego placka ładunki elektryczne, a bardzo często meloman pozbawiony stabilnego podłoża dla drapaka implementuje pod niego dedykowaną platformę. I gdy komuś wydaje się, że to koniec możliwej listy biżuterii analogowej, jest w całkowitym błędzie, gdyż dzisiejszym tematem jest kolejny, mający niebagatelny wpływ na dźwięk element układanki. Jaki? Może niektórzy się uśmiechną, ale chodzi o wydawałoby się zwykłą, kładzioną na talerzu pod płytę winylową matę eliminującą niewygaszone dotychczasowymi zabiegami konstrukcyjnymi gramofonu, szkodliwe dla wiernego odtworzenia zapisu przez wkładkę wibracje. Banał? Nie sądzę. Dlatego aby się o tym przekonać, zapraszam na dosłownie kilka zdań o zmianach dźwięku mojej układanki po zastosowaniu produktu marki AV Design Haus w postaci „Derenville-Magic-Mat”, który do weryfikacji testowej dostarczył katowicki RCM.
Jak widać na załączonych fotografiach, rzeczony upgrade toru analogowego nie jest pomysłem zaczerpniętym z projektów Amerykańskiej Agencji Kosmicznej (NASA), tylko jak zdążyłem zaanonsować, propozycją swego rodzaju podkładki pod płytę winylową. Naturalnie, każdy z nas może sobie wystrugać coś podobnego choćby z tapety ściennej lub filcu, jednak jak to zwykle w dbałości o dobry dźwięk bywa, diabeł tkwi w szczegółach, czyli materiale z jakiego dany element wykonano. Zatem co mówi nam na ten temat zajmująca całe plecy okładki informacja producenta? Idąc za zawartym tam pakietem danych mamy do czynienia z obustronnie pokrytą silikonem cienką plecionką z włókna szklanego, której finalna grubość nie przekracza wartości 0,38 mm. To zaś po ewentualnej aplikacji nie wymusza na użytkowniku często dość skomplikowanej regulacji wysokości ramienia (VTA). Ale to nie koniec dobrych wieści, gdyż dzięki wykorzystaniu wspomnianego silikonu na powierzchni styku podkładki z płytą znacznie maleje efekt elektryzowania się obydwu płaszczyzn, co jest bardzo częstą zmorą podobnych naszemu bohaterowi ustrojstw. Kolejnym, mającym przekonać nas do DMM czynnikiem jest łatwość utrzymania go w czystości, gdyż mogące pojawić się na powierzchni eksploatowanej maty drobne zanieczyszczenia z łatwością eliminujemy myciem pod delikatnym strumieniem ciepłej wody (to działa, sam próbowałem). Przyznacie, że jak na gadżet analogowy jest on dość przyjazny użytkwnikowi. Oczywistym zabiegiem transportowo-handlowym Derenville-Magic-Mat jest spakowanie jej w podobną do stosowanych z płytami winylowymi papierowej koszulki i okraszonej litanią informacji kartonowej koperty.
Aplikacja podobnych dodatków w mój tor zawsze rodzi szereg pytań, z których najczęstszym jest „Co zmieni się w domenie świeżości i równowagi tonalnej dźwięku?”. Obecna układanka sama w sobie nastawiona jest na barwę i masę z dobrze trafionym (według mnie) w punkt napowietrzeniem wirtualnej sceny muzycznej, dlatego też każde wprowadzone podobnymi dodatkami zmiany wychwytuję już od pierwszej wydanej przez zestaw nuty. Niestety, najczęstszym finałem aplikacji dodatkowego elementu pomiędzy talerz i płytę jest ogólne zbyt duże ugładzenie przekazu, co oprócz redukcji najwyższych rejestrów dodatkowo skutkuje lekką utratą energii ataku i skracaniem czasu wybrzmiewania każdej nuty. Owszem, wielu zestrojonym z nadmierną ochotą do forsowania wysokich tonów konfiguracjom może być to na rękę i bytu podobnych “kół ratunkowych” wcale nie neguję, jednak wolałbym, aby eliminacja rozedrgania wirtualnej sceny muzycznej, a co za tym idzie uzyskanie określanego przez audiofilów czarnego tła, nie ingerowało zbytnio w jej witalność. I co, znalazłem złoty środek? Nie wiem, czy dla wszystkich, ale wydaje mi się, że nasza dzisiejsza bohaterka zza zachodniej granicy ma bardzo wiele cech, za które spragniony spokojnego, ale nie “wykastrowanego” z chęci oddania entuzjazmu do grania występujących na scenie muzyków dałoby się pokroić. Co mam na myśli? Powiem tak. Owszem, cała praca Derenville-Magic-Mat ma swoje reperkusje w pewnych aspektach (o tym za moment), ale co wydaje się najważniejsze, raczej aplikuje dodatkowy, pozwalający bardziej namacalnie odebrać wiele gatunków muzycznych pakiet energii średnich tonów. Co zaskakujące, tak skonfigurowany zestaw testowy pokazał mi, ile fajnego drive’u w graniu przecież ciężkiego do oddania przez system wibrafonu da się uzyskać z wykorzystaniem tytułowej maty. Osobiście jestem lekko skrzywiony na punkcie tego instrumentu, dlatego też, gdy Gary Burton zagrał na swoim klepkowym instrumencie w sferze pięknie doświetlonych krągłości jak nigdy dotąd, może nie wszystkie, ale przesłuchałem większość posiadanych pozycji z jego udziałem. Tylko żebym został dobrze zrozumiany. Nie chodzi mi o zagęszczenie często po takim działaniu wpadającego w otyłość i przysłowiową “bułę” środka pasma, tylko podkreślenie jego fantastycznej soczystości. Muzyka aż tętniła życiem, co mimowolnie z uśmiechem na twarzy zmuszało mnie do aplikacji kolejnych czarnych krążków. Zatem o jakich skutkach typu coś za coś wspominałem? Sprawa co prawda bez większej szkody, ale rozbijała się o delikatne złagodzenie krawędzi dźwięku. Muzyka nie gasła, ale postawienie na wybrzmienia spowodowało minimalną utratę ataku strun gitary i ociepliło generowane perkusjonaliami bębniarza iskierki w wysokich rejestrach. Ale jak wspominałem, to przesunięcie nastawienia muzyki na faworyzowanie wybrzmień i energii zawieszonych na wirtualnej scenie instrumentów zmienia jedynie punkt widzenia na dany projekt nutowy, a nie poprawiając jedno degraduje coś innego. I gdyby wydawałoby się Wam, że pozoru nie ma w tym nic nadzwyczajnego, to proszę wziąć pod uwagę fakt teoretycznej zbyteczności podobnych artefaktów w moim systemie, a mimo to zaskakująco ciekawego finału. Ciekawego dlatego, że przywołanym zmniejszeniem udziału w grze krawędzi każdego z dźwięków nie popsułem odbioru ogólnych proporcji poszczególnych zakresów, tylko tchnąłem w najbardziej przyjazny dla melomana zakres pasma akustycznego dodatkowa nutę wysycenia bez uczucia jego ociężałości, a to nie jest takie proste. I co, mamy do czynienia z produktem godnym nagrody Nobla? Niestety, temat wyciśnięcia podobnych do moich obserwacji z niemieckiej maty może rozbić się o tak banalną sprawę jak rozdzielczość systemu. Każdy kto ma jasny, ale cierpiący na niedostatek informacji – nie mylić z rozjaśnieniem – zestaw, musi liczyć się, że owszem opisywany przyrost jak to nazwałem soczystości będzie miał miejsce, ale z braku bogatego w alikwoty pakietu danych po drodze może zamordować resztki światła na podtrzymywanej zniekształceniami wirtualnej scenie. Zatem zanim zdecydujecie się na ożenek z Niemką, zalecam skonfrontować swoją opinię z wynikiem osobistej próbnej aplikacji. Sądzę, że powinno być co najmniej dobrze, ale nie żebym Was podejrzewał, jednak bardzo często “rasowy” audiofil ma bardzo wygórowane mniemanie o swoim zestawie i ewentualne problemy zwali na wszystko, tylko nie swój wkład w budowę muzycznego ołtarzyka.
Bardzo często zdarza się, że wstępna rozmowa z dystrybutorem czy producentem na temat dostarczanego do testu komponentu mija się z uzyskanymi na własnym podwórku efektami sonicznymi. Przecież każdy z nich mówi: “moje jest najmojsze”, a życie owe lobbowanie brutalnie spycha do działu bajek rodem z mchu i paproci. Na szczęście w tym przypadku większość wyartykułowanych pochwał jest zbieżna z odebranym podczas telefonicznej rozmowy kwiecistym opisem. Dodatkowo należy mieć świadomość, iż występy testowe są skażone odwieczną przypadkowością, a mimo to skonfigurowana pod kątem nastawienia na gęstość i soczystość muzyki moja układanka nie popadła w otyłość, tylko podkreśliła zawarte dobro w tak uwielbianym wibrafonie. Tak, przekaz w domenie ostrości krawędzi dźwięków nieco się przewartościował, ale w racjonalnych dla dobrego oddania czytelności poszczególnych instrumentów granicach. Zatem jeśli ktoś z Was słuchając gramofonu odczuwa jakiekolwiek braki muzykalności, albo chce sprawdzić, czy na tle tego co posiada, można jeszcze lepiej, powinien skontaktować się z dystrybutorem, gdyż muzyka swoim pięknem wybrzmiewania ma nas zniewalać, a nie zbyt szczodrym w wysycenie przekazem notorycznie męczyć.
Jacek Pazio
Dystrybucja: RCM
Cena: 600 PLN
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Jeśli komuś nazwa Orchestral Manoeuvres in the Dark nic nie mówi a i skrót OMD jest równie obcy jak skojarzenia z handlową nazwą Poli(tetrafluoroetylen)u, to … znaczy, iż lata 80te i 90te albo Państwo przespali, spędzili w amazońskiej dziczy, lub urodzili się już w XXI wieku i tzw. „muzyka dawna” nie leży w kręgu Waszych zainteresowań. Wszystkim pozostałym osoby Andy’ego McCluskey’a i Paula Humphreysa nie powinny być obce, gdyż przy utworach ich autorstwa i dźwiękach przez nich zagranych spędzili z pewnością niejeden wieczór, niejedną prywatkę, lub nawet jakąś większą imprezę masową. Cały czas mówimy jednak o czysto umownym, wirtualnym kontakcie i poza uczestnictwem w koncercie, gdzie i tak od artystów oddziela nas ładnych kilkadziesiąt metrów to takie powszechne podziwianie świata przez takie metaforyczne samochodowe okno. Czasem jednak przewrotny los potrafi spłatać nam niezłego figla i sprawić, że ów dystans bądź to drastycznie maleje, bądź wręcz całkowicie znika. O czym mówię? O sytuacji, gdy z artystami można spotkać się w niewielkim, praktycznie rodzinnym gronie, uścisnąć dłoń i po prostu normalnie porozmawiać. I właśnie taka sytuacja miała miejsce w przedostatni piątek wakacji w ramach inauguracji kolejnego sezonu muzycznych spotkań w ramach projektu ZPAV „Piątki z nową muzyką” w zaprzyjaźnionym Studiu U22.
Andy McCluskey i Paul Humphreysa pojawili się bowiem w Alejach Ujazdowskich by w nad wyraz wąskim gronie przedpremierowo zaprezentować kilka utworów ze swojego najnowszego albumu „The Punishment of Luxury”, który na rynku powinien pojawić się już pierwszego września. Muzycy na całkowitym luzie i z ogromnym dystansem zarówno do siebie, jak i własnych dokonań z niezwykłą swadą i zaraźliwym humorem opowiadali o kulisach powstania, genezie i własnych przemyśleniach dotyczących tak albumu, jak i poszczególnych utworów z przygotowanej na piątek playlisty. A wyglądała ona następująco:
– The Punishment Of Luxury
– Isotype
– Robot Man
– La Mitralleuse
– As We Open, So We Close
– What Have We Done
– Ghost Star
Nie chcąc psuć niespodzianki i obniżać poziomu ekscytacji wszystkim fanom formacji pozwolę sobie jedynie nadmienić, że jeśli dotychczasowe albumy OMD przypadły Wam do gustu to i „The Punishment of Luxury” będziecie jeśli nie zachwyceni to z pewnością usatysfakcjonowani. To dokładnie taka sama estetyka, takie same klimaty i syntetyczne granie w najlepszym wydaniu.
A jeśli już chodzi o samo granie, to w U22 mogliśmy dzięki uprzejmości warszawskiego Horna cieszyć uszy i oczy setem złożonym z uhonorowanych przez stowarzyszenie EISA tytułem high-endowego systemu stereo 2017-2018 odtwarzacza Marantz SA-10 i wzmacniacza Marantz PM-10, oraz kolumn Sonus faber Elipsa Red. Za oczyszczanie i dystrybucję życiodajnego prądu odpowiadała rodzima listwa Acoustic Dream Cu-2. Istniała również możliwość konfrontacji współczesnego Hi-Fi z urządzeniami z „epoki”, gdyż w sąsiednim pokoiku umieszczono zestaw słuchawkowy w skład którego weszły gramofon Denon DP2000, wzmacniacz zintegrowany Denon PMA-1560 i … niedawno recenzowane przez nas słuchawki Denon AH-D7200.
Nie wypada również zapominać iż nie tylko strawą duchową człowiek żyje, więc z myślą o strudzonych wędrowcach Organizatorzy zapewnili odpowiednio wykwintny poczęstunek, oraz niezaprzeczalnie poprawiające percepcję, o nastroju nawet nie wspominając, mikstury oparte o zacne destylaty sygnowane przez Ballantine’sa.
Jak sami Państwo widzicie sezon 2017-2018 w Studiu U22 zapowiada się nad wyraz ciekawie, gdyż jeśli na jego inaugurację przygotowano tak niespodziankę, to kolejne spotkania z pewnością nie będą mniej ekscytujące. Warto więc trzymać rękę na pulsie. Do zobaczenia.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Chyba nie zdradzę tajemniczy poliszynela, gdy powiem, że dla laika temat toru analogowego z poczciwym gramofonem w roli głównej jest stosunkowo prostym zagadnieniem. Wystarczy postawić na szafce ze sprzętem obecnie bardzo modny w ofercie wielu punktów handlowych swoisty „kombajn” (napęd, ramię, wkładka i przedwzmacniacz w jednym kicie startowym), płożyć na nim czarny placek i delektować się przypominającą młodzieńcze lata, pełną trzasków muzyką. Niestety, kierujący wydarzeniami mojego życia nieprzewidywalny w swoich decyzjach los chciał, abym na przestrzeni wielu lat zabawy w kochającego muzykę osobnika nieco bardziej zgłębił ten dział audio i z autopsji wiem, iż temat nie jest taki prosty, na jaki wygląda. Dlaczego? To oczywiste. Przecież w kręgach bardziej zaawansowanych melomanów nawet samo określenie podmiotu mającego największy wpływ na końcowy efekt soniczny całej układanki (napęd, ramię, wkładka, czy phonostage) zdaje się być jednoznacznie nierozstrzygalnym, a co dopiero mówić o konkretnych modelach wspomnianych podzespołów. Tak tak, znam osoby, które położą rękę na stół tylko po to, by udowodnić swoją rację co do jasnego określenia numeru jeden gramofonowego konglomeratu. Jednak w dzisiejszym odcinku nie mam zamiaru wywoływać żadnej wojenki pomiędzy ścierającymi się obozami, gdyż będziemy zajmować się tylko jednym elementem, a to oznacza, mimowolne obciążenie testu zgraniem się pretendenta do laurów z niezbędną do pełnej konfiguracji resztą zestawienia. Niestety wartość soniczna gramofonu jest wypadkową wielu składowych bardzo skomplikowanego układu, dlatego też podczas wyciągania wniosków o pojedynczym produkcie zobligowani jesteśmy do przyłożenia odpowiednio zoptymalizowanego filtra, co mam nadzieję zrobicie również Wy. Ok. koniec lawirowania. Przyszedł czas na konkrety, czyli informację zdradzającą tożsamość głównego celu naszego spotkania w osobie wkładki gramofonowej brytyjskiej marki Goldring o symbolu 2500, czyli mowa o egzemplarzu wyprodukowanym w Japonii, o której wizytę w naszej redakcji zadbał białostocki dystrybutor RAFKO.
Akapit wizualizacyjny z racji opisywania maleństwa rozmiarowego i zajmowania przez nie niezbyt wysokich rejonów cennika podobnych produktów nie będzie zbyt długi. W założeniach producenta jest to propozycja dla zwykłego Kowalskiego, dlatego też w opisie nie znajdziemy wzmianek o egzotycznym drewnie, czy wymyślnych rodem z pierścionków zaręczynowych puzdereczkach. Korpus jest prostym, ale solidnym, bo wykorzystującym w swej konstrukcji pokryte materiałem ekranującym „Super Permalloy” aluminium i sztuczne tworzywo obłą skorupą dla poruszającej się w polu magnetycznym zwieńczonej magnesem igły. Idąc za danymi producenta jestem zobligowany poinformować, iż sama igła może pochwalić się szlifem typu 2SD, a swej budowie wykorzystuje zmniejszające bezwładność wspornika unikalne połączenie niklu i stali. Jeśli chodzi zaś o rodzaj ważnego dla tej konstrukcji, generującego finalny sygnał elektryczny dla phonostage’a magnesu, według danych producenta mamy do czynienia z zapewniająca wysokość czułości wkładki konstrukcją smarowo-kobaltową typu MI (moving iron). Na czas transportu rzeczona wkładka gramofonowa stabilizowana jest w wyściełanej gąbką akrylowej kuwecie, a po wyposażeniu w niezbędne do montażu śrubki i kluczyk imbusowy zostaje wsunięta w okalający cało