Monthly Archives: Marzec 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Electrocompaniet ECG 1 & ECP 2

Link do zapowiedzi: Electrocompaniet ECG 1 i ECP 2

Opinia 1

Nie wiem jak dla Was, ale określenie, iż coś gra jak typowy Electrocompaniet, dla mnie osobiście jawi się jako muzykalny, nastawiony na przyjemność podczas słuchania zestaw audio. I nie mówcie mi, że tak nie jest, gdyż mimo sporego bagażu doświadczeń, kuluarowych rozmów, wielu prezentacji i wystaw nigdy nie spotkałem się z innym niż przed momentem wypowiedzianym jak mantra ciągiem literowym. Naturalnym jest, iż owe pewnego rodzaju zaszufladkowanie dla większości potencjalnych klientów w momencie decyzji zakupowej jest swoistą gwarancją fantastycznej inwestycji w przyjemnie spędzony czas z muzyką, ale nie wiem, czy wiecie, iż tak postawiony akcent soniczny nie jest jedyną zaletą tego brandu. O co chodzi? Po sondażu rynku audio i jego panującego tamże szaleństwa związanego z żądanymi kwotami odpowiedź wydaje się być bardzo prosta. Popatrzcie na cennik tej norweskiej manufaktury, a okaże się, że za jej topowe monobloki zapłacimy kwotę, od której wielu jej konkurentów dopiero zaczyna penetrować nasze kieszenie. To spora rzadkość w tych czasach, ale jasno daje nam do zrozumienia, iż Skandynawowie nie nastawiają się na zysk ponad wszystko, tylko dozują stopień korelacji ceny z jakością soniczna danego komponentu w strawnych dla sporej rzeszy potencjalnych zainteresowanych zakresach. Dlatego też z niekłamaną przyjemnością zapraszam wszystkich na garść informacji testowych o bardzo ciekawym dla mnie temacie oferty analogowej tytułowego producenta, w którego skład wchodzą: uzbrojony w japońską wkładkę Lyra Delos gramofon ECG 1 i firmowy phonostage ECP 2. Nie zdradzę tajemnicy poliszynela, gdy powiem, iż wspomniany zestaw do oceny w swoich okowach zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi Hi-Fi Club.

Opis wizualny dzisiejszego zestawienia rozpocznę od gramofonu. Ten idąc za wypracowanym przez lata designem, będąc połączeniem trzech prostokątnych blatów jako górny, czyli będący w bezpośrednim kontakcie z przenikliwym okiem nabywcy wykorzystuje fantastycznie prezentujący się  od strony pozycjonowania w zakresie WAF, czerniony akryl, następnie płat aluminium i kolejną warstwę akrylu. Ważną informacją z punktu widzenia izolacji plinty (czytaj platformy nośnej dla ramienia i talerza) od potencjalnych drgań silnika napędowego jest brak fizycznego kontaktu pomiędzy nimi. To zaś oznacza, że sam motorek stoi na stoliku ze sprzętem w specjalnie przygotowanym, nieco większym od jego średnicy, zlokalizowanym w lewym tylnym narożniku otworze plinty. Jedyny punkt oddziaływania wspomnianych podzespołów konstrukcji odbywa się poprzez łagodzący ewentualne wibracje gumowy pasek. To, jest bardzo rozpowszechnione rozwiązanie, jednak szukając na jego temat opinii za i przeciw znajdziemy tyle samo zwolenników, co przeciwników. Dlatego unikając tematów prowadzących do niepotrzebnego zwarcia obu obozów kwestię końcowej oceny zasadności takiego pomysłu na napędzanie talerza pozostawię docelowemu klientowi. Kontynuując proces opisu wyposażenia naszego ECG 1 nie będę zbytnio odkrywczy, gdy zeznam, iż ramię – w tym przypadku tłumione olejowo japońskie Jelco – znajdziemy na prawej tylnej flance. Kończąc przechadzkę po platformie nośnej całej konstrukcji tuż przy lewym przednim narożniku zauważymy jeszcze uformowany w kształcie krzyża zestaw czterech guzików sterujących naszym drapakiem i na prawo od niego zajmujące prawie połowę szerokości gramofonu utrwalone złotą czcionką logo marki. Przerzucenie wzroku na przedwzmacniacz gramofonowy skutkuje ukazaniem się dość niskiego, ale za to standardowej szerokości i głębokości korpusu. Konsekwencja dbania o wizerunek marki powiela użycie na część frontową urządzenia płatu czernionego akrylu, jednak w tym przypadku pojedynczy złoty włącznik i logo marki umieszczono w jego centrum. Krótki research tylnego panelu pokazuje nam, iż pakiet przyłączeniowo-zdawczy sygnału wkładki gramofonowej opiewa na pojedynczy portal RCA, zacisk uziemienia, zestaw przełączników dopasowania wartości elektrycznych phono do posiadanego „rylca”, pakiet wyjść wzmocnionego sygnału w domenie RCA/XLR i gniazdo zasilające.  Jak widać na załączonych fotografiach, obie konstrukcje wydają się być dość proste, jednak wieloletnie doświadczenie z tym brandem pozwala na rokowanie ciekawych efektów sonicznych, a na relację czy tak się faktycznie stało, zapraszam do dalszej lektury tekstu.

Jako preludium części testowej chciałbym przywołać pierwszych kilka zdań ze wstępniaka, które nie bez kozery mówiąc o gęstym, ciepłym, a przez to bardzo przyjemnym graniu produktów tej marki w pewnym sensie podczas tego sparingu staną w opozycji do tego, co zaszło podczas mitingu gramofonowego. Spokojnie, nic strasznego nie miało miejsca, a nawet powiedziałbym, iż owa kontra jest według mnie ważnym, bo idącym w stronę utrzymania może nadal trochę podkręconej barwowo, ale jednak pewnej równowagi tonalnej firmowego zestawienia.  O co chodzi? Sądzę, że sprytniejsi czytelnicy od pierwszego zdania tego akapitu doskonale wiedzą, ale dla pełnego nakreślenia sposobu prezentacji dźwięku przez dostarczoną do redakcji kompilację gramofonu, wkładki i phonostage’a powiem, że w tym przypadku mamy do czynienia wyraźnym zebraniem się w sobie generowanego dźwięku. To ni mniej nie więcej oznacza jedno. Zaproponowano nam patrząc na metkę marki z jednej strony zaskakujący, a z drugiej ciekawy, bo dobrze wykonturowany sposób na prezentację muzyki. Oczywiście to z mojej strony w najmniejszym stopniu nie jest żaden przytyk, tylko dający pewien pogląd na zastaną sytuację bardzo ważny podczas kreślenia listy odsłuchowej potencjalnych produktów pakiet informacji. Dźwięk rysowany jest ostrą kreską, co natychmiast odwdzięcza się zastrzykiem oddechu w międzykolumnowym eterze i przyspieszeniem dźwięku, co gdy nie jest przerysowane, a zapewniam, że w tym przypadku tak nie jest, dostarcza podczas obcowania z wydarzeniami na materializującej się przed naszymi oczami wirtualnej scenie muzycznej bardzo dużo przyjemności. Co ważne, przekaz mimo swoistego liftingu masowego i prędkościowego nadal był bardzo plastyczny, jednak w starciu ze starymi, pochodzącym ze złotej epoki winylu wydaniami czasem zdarzało się być nieco zbyt szczupło. Ale zaznaczam, raz -ja jestem zboczony na punkcie koloru, dwa – docelowym, z założenia idealnym systemem dla testowej układanki jest komplet firmowy, a trzy – wiele zależeć będzie od założonej na ramię wkładki gramofonowej, co już na starcie może pokazać całkowicie inną twarz Norwegów. Zatem, gdy kości zostały rzucone i wszyscy zdajemy sobie sprawę, iż gra całe zestawienie, a nie główne patrząc na gabaryty komponenty (przypominam o wkładce), postaram się przybliżyć Wam, jak pomysł na fonię w wydaniu Electrocompanieta z japońskim cartridgem wypadł na losowo wybranych pozycjach płytowych. Przygodę z poszczególnymi czarnymi krążkami rozpoczniemy od solisty gitarowego Billa Connorsa i jego materiału zatytułowanego „Swimming with a Hole in My Body”. To w znakomitej większości są wolne kawałki, ale położyłem tę płytę na talerzu gramofonu z premedytacją. Trochę złośliwie, ale zapragnąłem sprawdzić, jak wypadnie ten, przecież bazujący na graniu pudłem rezonansowym instrument w przypadku jego bardzo konturowej prezentacji. I co? I nic. Muszę przyznać, że może wspomnianego pudła było nieco mniej niż u mnie, ale nie robiło to krzywdy w odbiorze tego instrumentu, ale w zamian za to otrzymałem fantastyczny wgląd w atak i niekończące się wybrzmiewanie każdej ze strun. W tym przypadku ważną rolę odgrywała również wspomniana wcześniej homogeniczność i plastyka dźwięku w wydaniu ECI, gdyż przy całym szaleństwie informacyjnym o początku każdej nuty nie odbywało się na zasadzie przejaskrawienia. To był nieco inny niż mam na co dzień pokaz estetyki grania gramofonu, a nie obniżająca jakość oceny wada. Rzekłbym, co kto lubi, nic więcej. Kolejnym plackiem na tytułowym ECG-1 była chóralna muzyka sakralna XV wieku wytwórni Harmonia Mundi. Owe czterdziestoletnie tłoczenie swoimi walorami realizacyjnymi grało w sposób powodujący powstawanie ciarek na plecach. W tym przypadku nieocenionym okazał się wgląd w wielkość kubatury kościelnej z bardzo dobrym oddaniem generowanego przez nią echa i niezbędnym do jego usłyszenia od momentu opuszczenia frazy ust wokalisty do odbicia się od sklepienia czasem reakcji. Z drobnych niedociągnięć wspomniałbym tylko o nieco zbyt oszczędnym wysyceniu głosów artystów, ale jak to w życiu bywa, zawsze jest coś za coś i gdy pewien aspekt nie przeradza się w trudny do zaakceptowania szkopuł, radujmy się z tych wyśmienicie wypadających artefaktów. Kończąc miting po walorach tego krążka muszę pochwalić Norwegów za jeszcze jedną rzecz. Chodzi mianowicie o budowanie szerokiej i bardzo głębokiej sceny muzycznej, co trochę piętnując moje marudzenie z czystym sumieniem pozwala zapomnieć o przesunięciu tonacji o oczko w górę. Jak wspomniałem, inny system i inny oczekiwania melomana mogą całkowicie przewartościować sposób postrzegania tej kompilacji sprzętowej. Na koniec postawiłem na szaleńczy free-jazz spod znaku Petera Brotzmanna z tytułem „Last Exit” z 87 roku. Szybkość i klarowność każdego z instrumentów były tym, czego oczekuje się od tego nurtu muzycznego, a co idealnie zaspokoił drapak z północy. Mało tego. Zwarty bas podczas wyżywania się perkusisty na bębnach nie powodował rozlewania się po podłodze przysłowiowej magmy, tylko punktowo oświadczał, kiedy wyposażony w dwa „kijki” pan użył stopy, czy werbla. To była jazda bez trzymanki. Minusy? Jeden i to mały. Wspomniany Peter przez cały czas pastwi się nad różnymi tonacyjnie saksofonami, a niestety proponowane przez tytułową układankę testową przyspieszenie i lifting ciężaru zatracały nieco informacji o budulcu stroika tychże instrumentów. Brakowało mi trochę nosowości generującego dźwięki saksofonów drewna. Ale jak powiedziałem, to jest mój punkt widzenia i proszę nie traktować go jako wyrok, tylko oczekiwania wypaczonego codziennym słuchaniem muzyki na papierowych głośnikach tetryka.

Jak doskonale zdajecie sobie sprawę, do podobnych testów należy podchodzić z zarezerwowanym przez mającą wiele do powiedzenia w końcowym rozrachunku dźwięku wkładkę gramofonową dużym marginesem oczekiwań. Idealne dopasowanie sekcji analogowej do danej układanki jest sztuką samą w sobie. Owszem, czasem nawet ślepej kurze trafi się ziarno, ale zazwyczaj tak kolorowo nie jest. Dlatego też zastanawiając się nad jakąś propozycją warto jest to, co udało mi się wyartykułować skonfrontować z oczekiwaniami tak własnymi, jak i posiadanego zestawienia. Dlatego też podczas ustalania procesu wypożyczenia danego gramofonu ze sprzedawcą najlepiej przygarnąć cały testowany set – napęd, ramię, wkładkę, przedwzmacniacz, gdyż tylko to pozwoli na w miarę dokładne przekonanie się, czy po drodze Wam z tym co napisał dany recenzent, czy należy szukać gdzie indziej. W innym przypadku nawet nieco tańsza lub droższa wkładka całkowicie zaburzy wszelkie skreślone podczas każdej relacji z testu wnioski. Zatem jeśli uda się Wam doprowadzić do posłuchania opisywanego dzisiaj zestawu analogowego, pamiętajcie, iż Electrocompaniet proponuje bardzo wyrafinowany pod względem czytelności rysunku sceny muzycznej świat. To ma kilka drobnych konsekwencji w zakresie głęboko rozumianej muzykalności za wszelką cenę. Ale pamiętajcie, gdy dla jednego coś jest muzykalne, dla innego jest przesłodzonym ulepkiem. Dlatego też, tylko Wy możecie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to jest świat, w którym się zakochacie. Ja osobiście po wprowadzających nieco więcej koloru do muzyki bez utraty jej konturu drobnych korektach kablowych z kompletem analogowym testowanego dzisiaj Electrocompanieta spokojnie mógłbym żyć. A Wy?

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

Zanim się zorientowaliśmy z chwilowej mody, która w iście lawinowym tempie przerodziła się w prawdziwy boom analog na stałe wpisał się w audiofilski krajobraz. Sprzedaż płyt winylowych ciągle rośnie a wyroby gramofonopodobne pojawiają się nawet w dyskontach. Istne szaleństwo. Trudno zatem się dziwić, że nawet marki nie do końca kojarzone z czarną płytą prędzej czy później dochodzą do wniosku, że jednak lepiej mieć niż nie mieć choćby pojedynczą „szlifierkę” w portfolio i albo same zabierają się do pracy, albo wolą zaufać fachowcom i zgłaszają się do wyspecjalizowanych manufaktur, które na analogu zjadły zęby. Drugą, zdecydowanie bardziej popularną, bo bezpieczniejszą opcję wybrał m.in. Marantz i McIntosh zamawiając projekty w  Clearaudio, czy Mark Levinson zacieśniając stosunki z VPI. Nieco inną drogę obrał natomiast nasz dzisiejszy bohater, jednak zanim przejdę do konkretów pozwolę sobie na małą dygresję i skupię się na zdaniu, które można przeczytać w materiałach udostępnianych przez dystrybutora owej marki – „W przeciwieństwie do większości naszej konkurencji, nie zdecydowaliśmy się na powierzenie zaprojektowania i wytwarzania naszego gramofonu firmie zewnętrznej lecz sami opracowaliśmy oraz wdrożyliśmy do produkcji ECG 1”.  I choć niby wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku, to dziwnym zbiegiem okoliczności nie znajdziemy go w oryginalnych materiałach producenta, co z resztą nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, iż podczas monachijskiego High Endu w 2014 r. mieliśmy okazję nie tylko posłuchać ECG 1, oraz zbalansowanego phonostage’a ECP-2 , lecz również porozmawiać z ich konstruktorem (imienia i nazwiska niestety nie pomnę), który otwarcie mówił, że jest specjalnie zatrudnionym w celu stworzenia obu urządzeń … konsultantem zewnętrznym. Krótko mówiąc ECG 1 i ECP 2, na których w skupimy tym razem swoją uwagę, powstają na terenie skandynawskich zakładów i są przez ekipę Electrocompanieta wykonywane, jednak do ich powstania przyczyniło się pozyskanie kogoś z zewnątrz. Dzięki temu Norwegowie nie tylko nie musieli wyważać już otwartych drzwi i na nowo wynajdywać koła, ale i mieli, nadal mają pełną kontrole nad procesem wytwórczym, co jak wiadomo przy dostawcach OEM nie jest takie proste.

Aspekt wizualny w przypadku tytułowych urządzeń Electrocompanieta można potraktować w dwójnasób. W wersji skrótowej, bazującej na ponad czterdziestoletniej historii marki w pełni zrozumiałym wydaje się fakt ścisłego trzymania się określonych standardów i kanonów piękna, czyli krótko mówiąc zarówno gramofon, jak i pre już z daleka i na pierwszy rzut oka otwarcie manifestują swoją przynależność do serii Classic Line Electrocompanieta. Po prostu zaoblonych rogów i czernionego akrylu przetykanego mosiężnymi guzikami i utrzymanymi w tej samej kolorystyce napisami z niczym innym pomylić się nie da a jeśli taki wypadek przy pracy komuś by się przydarzył,  to znaczy, że jakiś nowicjusz po prostu „zerżnął” pomysł Pera Abrahamsena. Nie można jednak wykluczyć sytuacji, że wśród populacji homo sapiens egzystują jakieś nieliczne, bo nieliczne, ale jednak obecne jednostki nie mające świadomości istnienia norweskiej marki i z myślą o nich wypadałoby co nieco o parce ECI napisać.
ECG 1 prezentuje się niezwykle elegancko, czyli typowo dla serii Classic Line. Jego trójwarstwowa plinta została wykonana z naprzemiennie ułożonych płatów akrylu i aluminium a całość tego sandwicza zwieńczono również akrylowym, tym razem mlecznobiałym talerzem. 24 V silnik AC umieszcza się w dedykowanym, umieszczonym w lewym górnym rogu wycięciu a następnie spina z korpusem gramofonu z pomocą krótkiego przewodu zakończonego wtykiem RJ45. Dzięki temu zyskujemy kontrolę nad jego obrotami, którymi sterujemy za pomocą zlokalizowanych w lewym przednim rogu czterema mosiężnymi przyciskami. Dostarczony na testy egzemplarz wyposażony został w klasyczne ramię Jelco SA-750EB, które zostało uzbrojone, tym razem już nie w ramach pakietu firmowego, we wkładkę Lyrę Delos. Niestety wraz z gramofonem nie otrzymujemy żadnej pokrywy, więc biorąc pod uwagę tendencję akrylu do mikro zarysowań lepiej zaopatrzyć się w stosowny ”klosz” we własnym zakresie.
Przedwzmacniacz prezentuje się w sposób jeszcze bardziej minimalistyczny. Czerniony, akrylowy front zdobią jedynie złote napisy z nazwą marki, modelu i centralnie umieszczony mosiężny włącznik główny, nad którym zgrabnie wkomponowano dyskretnie podświetlony logotyp Norwegów. Podobnie jak gramofon, tak i pre wyposażono jedynie w trzy nóżki, więc lepiej nie przesadzać z przewodami zasilającymi. Zaszaleć można za to z interkonektami, gdyż ECI jest konstrukcją zbalansowaną i oczywiście wyposażoną nie tylko w wyjścia RCA, ale i XLR-y. Wejścia są za to pojedyncze i tylko w standardzie RCA, więc nici z jednoczesnego wpięcia obciążeń MM i MC. Odpowiednich nastaw dokonujemy dedykowanymi mikro switchami, które umieszczono tuż obok zacisku uziemienia.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu tytułowego seta w pierwszej kolejności przyjrzałem/przysłuchałem się całości a następnie rozkompletowałem zestaw i sprawdziłem jak Norwegowie radzą sobie solo. Na pierwszy ogień poszedł zatem dostarczony przez warszawski Hi-Fi Club duet, który zamiast kurtuazyjnej rozgrzewki od razu został rzucony na głęboką wodę, gdyż korzystając z nieobecności domowników postanowiłem nieco połomotać i na mlecznobiałym talerzu ECG-1 wylądowały , oczywiście nie naraz, lecz po kolei dwie burgundowe płyty albumu „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy. Bynajmniej moja decyzja nie była podyktowana, czy to złośliwością o którą jestem przez co poniektórych posądzany, czy też chęcią najzwyklejszego znokautowania bohaterów niniejszego testu już w pierwszej rundzie a jedynie zwykłą ludzką ciekawością. Po prostu konfigurując swój tor analogowy aspektem nadrzędnym, na który zwracałem szczególną uwagę była dynamika możliwie synergicznie zespolona z szerokorozumianą muzykalnością. Po prostu znaczną część mojej płytoteki stanowią pozycje zbliżone repertuarowo właśnie do ww. Metallicy, czy też idące w nieco bardziej niejednoznaczne, ale niezaprzeczalnie ciężkie klimaty jak „Das Seelenbrechen” Ihsahn. Dlatego też uznałem że skoro pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, to niech ECI zagrają materiał, który nader często ląduje na talerzu mojej Kuzmy. Pierwsze takty i … było inaczej niż z mojego źródła, nieco lżej, ale jak to mówią „był potencjał”. Po pierwsze dźwięk z nico wyżej umieszczonym środkiem ciężkości sprawił, że „Meta” zabrzmiała jeszcze surowiej, bardziej garażowo i zajadle, choć nie przekraczała umownej bariery za którą heavy-metalowo-thrashowa wściekłość i napastliwość przeradza się w ból pękającego szkliwa i krwawiących uszu. Bas uległ słyszalnemu wykonturowaniu i pierwsze skrzypce zaczęło grać opętańcze tempo. Gdzieniegdzie, szczególnie pod koniec drugiego krążka zaczęło mi nieco doskwierać lekkie zmatowienie przełomu średnicy i góry, więc zanotowałem sobie małe co nieco na marginesie i igła odtworzyła ostatni „rowek” sięgnąłem po zdecydowanie bardziej romantyczną propozycję – „You Want It Darker” Leonarda Cohena, gdzie jakiekolwiek odstępstwa o melancholijno-elegijnego klimatu ewidentnie mszczą się na zaburzającym porządek rzeczy profanie. Norweski zestaw do tematu podszedł z wrodzoną elegancją tylko w niewielkim stopniu desaturując przekaz i sprawiając, że żegnający się z tym ziemskim łez padołem bard wypadł nieco bardziej szeleszcząco aniżeli zazwyczaj. Jednak tknięty przeczuciem w dosłownie kilka minut zastąpiłem ECP-2 angielskim Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp i to było to. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki uzbrojony w Lyrę Delos ECG 1 złapał wiatr w żagle i odzyskawszy wigor zaczął czarować iście impresjonistycznymi barwami i soczystością sułtańskich winogron. Porównanie do tych bezpestkowych smakołyków jest jak najbardziej świadome i zamierzone, gdyż zmiana phonostage’a po pierwsze pokazała potencjał drzemiący w testowanym napędzie i jasno dała do zrozumienia, że warto uzbroić go we wkładkę przynajmniej klasy sugerowanego przez Hi-Fi Club Delosa. Dzięki temu zdołamy osiągnąć wyśmienitą równowagę pomiędzy nasyceniem, barwą i rozdzielczością, wystarczy tylko zadbać o odpowiednio „muzykalne” towarzystwo w stylu ww. Tellurium, Trilogy Audio 907, czy nawet lampowego Audiona.
Czyżby zatem ECP-2 okazał się wąskim gardłem? Na pierwszy rzut oka można byłoby tak sądzić, jednak podpięcie do niego mojej uzbrojonej w Sheltera 201 Kuzmy Stabi S i oczywiste zmiany parametrów jego pracy pokazało, że takie a nie inne podejście do tematu saturacji, a dokładnie zachowawczości w jej dozowaniu i kurczowe trzymanie się precyzji w kreśleniu konturów kreślonych źródeł pozornych nie jest przysłowiowym wypadkiem przy pracy a świadomym działaniem mającym za zadanie tonizowanie i równoważenie pozostałego, obecnego w torze rodzeństwa pozwalającego sobie na zdecydowanie większą dobroduszność pod tym względem. Z gęsto a zarazem całkiem rozdzielczo grającą wkładką i równie mocno osadzonym w dole pasma transportem ECP 2 stanowił wyśmienite towarzystwo czujnie kontrolując najniższe składowe, dzięki czemu nawet klubowe „Rarities” Selah Sue nie były wstanie utkać zwyczajowego basowego kobierca snującego się tuż przy podłodze.

Patrząc z perspektywy czasu uważam, że tytułowy system w udany sposób łączy przysłowiowy ogień z wodą, gdyż oferując niepodważalnie analogową dawkę emocji daleki jest od popadania w zbytnią euforię epatowania przesyconą i zagęszczoną średnicą niejako pozostawiając skraje pasma samym sobie. W przypadku Electrocompanietów słychać bowiem dążenie do liniowości i neutralności przekazu z naciskiem położonym na muzykalność i przyjemność odbioru. O ile jednak sam gramofon pozwala pójść o krok, czy nawet dwa dalej zarówno jeśli chodzi o rozdzielczość, jak i soczystość dźwięku, tak phonostage pełni w tym duecie niewdzięczną rolę cerbera stojącego na straży porządku.
Czy taki podział obowiązków sprawdzi się w Państwa systemach wolałbym nie zgadywać, dlatego też po raz enty powtórzę, że aby się o tym przekonać trzeba dane urządzenie po prostu wpiąć w posiadany ołtarzyk Hi-Fi i na spokojnie, bez ciśnienia posłuchać. Po kilku dniach wszystko powinno być jasne a naszą radosną twórczość epistolarną proszę jedynie traktować jako zbiór subiektywnych wskazówek, sugestii i impresji, które powinni Państwo interpretować na swój własny użytek.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Ceny:
Electrocompaniet ECG 1: 13 800 PLN
Electrocompaniet ECP 2: 7 200 PLN
Lyra Delos: 4 900 PLN

Dane techniczne:
Electrocompaniet ECG 1:
Prędkości obrotowe: 33 i 1/3 / 45 / 78 obr./min
Ramię: Jelco SA-750EB
Długość ramienia: 258 mm
Waga gramofonu: 13 kg
Waga silnika: 1,3 kg
Waga talerza: 2,8 kg
Wymiary /S x W x G/: 46,5 cm x 15,3 cm x 36,0 cm
Masa wkładki: 4-12 g

Electrocompaniet ECP-2:
Wzmocnienie @ 1 kHz RCA:39,8 – 71,4 dB
Wzmocnienie @ 1 kHz XLR: 45,8 – 76,4 dB
Impedancja wyjściowa: RCA – 100Ω, XLR – 200Ω
Maksymalny poziom wyjściowy: 17,5V rms (+ 25 dB V)
Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz +/-0,2dB
Separacja kanałów: > 85dB, 20Hz-20kHz
Filtr subsoniczny: -3dB @ 11 Hz, 24 dB/okt.
THD + szum: < 0.003 % @ 1 kHz
S/N-R 96 dB: 1 kHz, A-ważone, ref. 10 dB V na wyjściu
S/N-R 91 dB: 1 kHz, A-ważone, ref. 5mV na wejściu
S/N-R 67,4 dB: 1 kHz, A-ważone, ref. 500μV na wejściu
Wymiary /SxWxG/: 465x78x371 mm
Waga: 9kg

Lyra Delos:
Wkładka o średniej masie, średniej podatności, niskiej impedancji i ruchomej cewce.
Pasmo przenoszenia: 10Hz-50 kHz
Separacja kanałów: ≥ 30 dB przy 1 kHz
Masa wkładki (bez osłony igły): 7,3 g
Zalecana siła nacisku: 1,7-1,8 g (preferowana 1,75 g)
Podatność: około 12 x 10 cm/dyna na 100 Hz
VTA: 20 stopni
Cewka: miedź 6-N (impedancja wewnętrzna: 8,2 Ω, Indukcyjność: 9,5 μH)
Napięcie wyjściowe: 0,6 mV na 5 cm/s (nagranie testowe CBS)

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audio Analogue Maestro Anniversary; Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

Dwie premiery, jedno miejsce

Opinia 1

Wraz z nastaniem wiosny oprócz intensywnego świergotu ptactwa nadrabiającego zimowe zaległości można również zauważyć wzmożoną aktywność na rynku audio. Większość dystrybutorów po podsumowaniu minionego roku, zapoznaniu się z sukcesywnie spływającymi prognozami i zapowiedziami monachijskich premier powoli wyrusza na łowy mające na celu pozyskanie kolejnych pozwalających zyskać dodatkowe grono klientów nowości. Jednym z pierwszych wiosennych zdobywców okazał się krakowsko – warszawski Nautilus, który w miniony weekend w swojej stołecznej siedzibie przygotował premierę brytyjskich, sygnowanych marką Plato streamerów Convert Technologies.

Portfolio tego nieobecnego do tej pory w Polsce producenta w chwili obecnej obejmuje cztery może nie tyle modele, co zdecydowanie bliższe prawdzie byłoby określenie „odmian” opartych na własnych – autorskich rozwiązaniach streamerów. Do wyboru, patrząc od dołu, mamy zatem podstawową wersję Plato Lite będącą typowym streamerem, wzbogaconą o moduł przedwzmacniacza Pre, rozszerzoną o pracujący w klasie B wzmacniacz Plato B i topowy (jak na razie), mogący się pochwalić pracującym w klasie A , 25 W (przy 8 Ω) stopniem wyjściowym Plato A. Jak będą kształtowały się ceny na naszym rynku jeszcze nie wiemy, jednak podczas rozmów z przybyłą ekipą Convert Technologies przewijały się kwoty od 3000 € za model podstawowy, po 6000 € za topowe Plato A. A właśnie – wraz z dwoma streamerami – Plato Lite i Plato A przybyła z UK trzyosobowa ekipa w składzie Ian Grostate (Commercial Director), Aleksander Celewicz (Senior Technician) i Peter Eason (Customer Experience Manager) udzielająca wszelkich informacji i rozwiewająca ewentualne wątpliwości licznie przybyłych gości.

Nie chcąc na razie zdradzać zbyt wielu szczegółów, pozwolę sobie jedynie na kilka interesujących faktów. Po pierwsze warto zaznaczyć, że Plato działają pod kontrolą Androida, więc wreszcie mamy do czynienia z urządzeniami, którymi da się w pełni sterować z poziomu nawet najtańszych tabletów i smartfonów opartych na tejże platformie. Chociaż tym akurat nie ma co sobie zawracać głowy, gdyż wraz ze zamplifikowanymi egzemplarzami odpowiednio skonfigurowany tablet jest na wyposażeniu. Po drugie angielskie streamery mają konstrukcję modułową, mocno „przewymiarowane” trzewia pozwalające spokojnie patrzeć w przyszłość a po trzecie funkcję, w której część użytkowników z pewnością się zakocha.  Chodzi mianowicie nie tylko o zdolność zgrywania winyli do formatu FLAC, dzięki wbudowanemu phonostage’owi, lecz również o automatyczne rozpoznawanie nagrań. Dzięki zaimplementowaniu dostępu do bazy Gracenote otrzymujemy bowiem możliwość automatycznego tagowania, pobierania okładek i całej, typowo plikowej obsługi. Jeśli zaś chodzi o same pliki to jedną z ciekawych funkcji jest wyświetlanie tekstów odtwarzanych w danym momencie utworów. Dodatkowo zarówno sekcja przedwzmacnicza, jak i phonostage’a, choć sterowane i konfigurowane cyfrowo są w pełni analogowe, więc odpada problem utraty rozdzielczości przy niskich poziomach głośności i obecność mało przez nas – audiofilów poważanego DSP.

Podczas weekendowych prezentacji można było nie tylko zapoznać się z intuicyjnością wspomnianych urządzeń, ale i rzucić uchem na ich możliwości soniczne. I tak w mniejszym pomieszczeniu grał z kolumnami Avantgarde Acoustic 1 XD Teil Aktiv topowy all in one – Plato A  a w sali głównej wspomagany Accuphasem A47 streamer Plato Lite i przepiękne Avantgarde’y Duo XD.

Jeśli jednak ktoś spragniony był nieco innej estetyki mógł udać się do trzeciej salki, gdzie swe uroki roztaczał system Ayona podpięty pod śnieżnobiałe kolumny Dynaudio.

Serdecznie dziękując organizatorom za gościnę szczerze przyznam, że już nie możemy się doczekać chwili, gdy jeden z przedstawicieli rodziny Plato zagości w naszych systemach na testach. Ponadto jesteśmy szalenie wdzięczni, że mieliśmy okazję poznać kolejną markę i jej produkty nie tylko w formie standardowej recenzji, lecz poprzez ludzi za nią stojących.

 

Marcin Olszewski

Opinia 2

Gdy według oficjalnych doniesień meteorologów będąca pierwszą w okresie wiosennym akurat tego poranka słoneczna sobota (25.03.2017r.) budziła mieszkańców stolicy do przysłowiowego życia, razem z Marcinem skorzystaliśmy z zaproszenia znanego wszystkim Nautilusa na prezentację dwóch zacnych nowości. Jedną z nich była odsłona odświeżonego modelu półaktywnych kolumn tubowych Avangarde Acoustic 1XD Teil Activ, drugą zaś najnowsze dziecko w szerokim port folio wspomnianego opiekuna wielu znakomitych marek w postaci spełniającego oczekiwania coraz bardziej wymagającego rynku grania z plików brytyjska marka Plato.

Z racji czysto lifestyle’owego charakteru dzisiejszej relacji po dokładne dane w zakresie zmian konstrukcyjno – wyposażeniowo – obsługowych przywołanych zespołów głośnikowych zapraszam na stronę internetową lub do któregoś z salonów wspomnianego dystrybutora. Jeśli jednak chodzi o temat sygnalizowanego we wstępniaku, pochodzącego z wysp brytyjskich odtwarzacza plików marki Plato, sprawa może nie bardzo dogłębnie, ale z pewnością zasługuje na kilka choćby zdawkowych, w konsekwencji zachęcających Was do bliższego poznania tego jeszcze przed-brexit’owego producenta. Nie mam zamiaru specjalnie słodzić konstruktorom, jednak  w dobie cyfryzowania wszystkiego co się da (w formie ciekawostki wspomnę, iż najnowszy phonostage McIntosha oprócz standardowych funkcji oferuje również umożliwiające zgranie na twardy dysk wyjście przetworzonego na zera i jedynki sygnału z wkładki gramofonowej – jestem bliski przekonania, iż świat oszalał) chylę głowę przed konstruktorami za odstąpienie od pomysłu wbudowania cyfrowego pre gramofonowego w tym przecież typowym zero-jedynkowym produkcie. Ja wiem, że to znacznie ułatwiłoby sprawę konstrukcyjnej kompatybilności obydwu światów w jednym pudełku, ale dla mnie osobiście byt gramofonu w torze z cyfrową korekcją sygnału wkładki zatraciłby jakikolwiek sens. Oczywiście to są jedynie moje osobiste wynurzenia i nie traktujcie ich jako wyroczni, tylko bawcie się analogiem według własnych przekonań. Każdy ma swoja rację i niech przy niej pozostanie. Po tej spływającej na barki osobiście prezentujących walory dźwiękowe i manualne opisywanego serwera pomysłodawców produktu z Anglii dawce lukru uzupełniając pakiet informacyjny o rzeczonym „plikograju” należy dodać, iż określenie serwer nie jest w pełni oddającym faktyczny zakres jego możliwości stwierdzeniem. Konstruktorzy myśląc o bardzo zróżnicowanych potrzebach potencjalnej klienteli proponują kilka opcji. Idąc za tymi słowami należy powiedzieć, że produkt Plato może być streamerem, rekorderem, serwerem, phonostage’m, przedwzmacniaczem liniowym i pracującym w klasie „A” lub „B” wzmacniaczem zintegrowanym w jednym lub okrojonym w procesie ustalania czego akurat potrzebujemy zbiorem wybranych z przywołanej listy funkcji. Przyznacie, że w czasach pełnej personalizacji potrzeb jest to bardzo dobre posunięcie biznesowe. Każdy meloman ma inne potrzeby sprzętowe i panowie z wysp brytyjskich zauważyli, iż lepiej w pełnym zadowoleniu obydwu stron układać się klientem, niż ryzykując stanie swojego produktu na półkach forsować nieomylność tezy, iż nasze wyposażone po zęby wielozadaniowe „combo” jest najlepsze. Oczywiście nie mówię, że tak nie jest, ale przykładowo po co mam płacić za phonostage, gdy jestem zatwardziałym fanem plików. Obecne realia w dużym stopniu określa klient i dobrze jest, gdy producenci to rozumieją. Tym optymistycznym akcentem w oczekiwaniu na wizytę mającego swoją premierę tego sobotniego poranka steramero-serwero-rekordera w mojej samotni pragnę zakończyć dzisiejsze sprawozdanie. Mam nadzieję, że nasz wspólny czas z ofertą Plato przy muzyce w niedługim czasie się ziści, o czym nie omieszkamy z Marcinem skreślić stosowny artykuł.

Wieńcząc ten ciekawie spędzony sobotni poranek chciałbym podziękować organizatorowi za zaproszenie i wizualno-degustacyjną oprawę wydarzenia, a konstruktorom za pełne zaangażowanie w wyjaśnianiu wszelkich niuansów technicznych swojego produktu. Jak ich pomysł na ciekawy sonicznie przekaz muzyczny sprawdzi się w warunkach bojowych okaże się w niedługiej przyszłości. Jednak już teraz wiem, że obcowanie z klasycznym, czytaj opartym o układy tranzystorowe phonostage, bez względu na wynik sesji porównawczej będzie dla mnie czystą przyjemnością. Zatem w oczekiwaniu na wizytę u siebie obydwu będących tego dnia głównymi bohaterkami nowości – nie zapominajmy o najnowszej odsłonie kolumn Avantgarde’a – życzę opisywanym konstrukcjom pełnej akceptacji potencjalnych klientów. Jeśli tak się stanie, jest duże prawdopodobieństwo, że rozbrzmiewająca w naszych domach muzyka choćby w minimalnym stopniu zmieni ten nastawiony na myślenie jedynie o sobie świat na lepsze. Utopia? Mam nadzieję, że nie.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Devialet Expert 220 Pro
artykuł opublikowany / article published in Polish

Teoretycznie Devialet Expert 220 Pro spokojnie może pracować solo, jednak skoro można spiąć dwie 220-ki i stworzyć konfigurację dual-mono, to czemu mielibyśmy tego nie spróbować …

cdn…

  1. Soundrebels.com
  2. >

McIntosh MP1100
artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Właśnie dotarł – jeszcze pachnący fabryką przedwzmacniacz gramofonowy McIntosh MP1100.

cdn…

  1. Soundrebels.com
  2. >

‚Songs Of Love And Death’

W ramach cyklu „Piątków z nową  muzyką” wczoraj, czyli w środę w Studiu U22 dobył się połączony z mini koncertem przedpremierowy odsłuch pierwszego albumu grupy Me and That Man – ‚Songs Of Love And Death’. Dla osób niewtajemniczonych i nie śledzących zbyt uważnie polskiej sceny rockowej nadmienię, że tytułowy projekt to dzieło Nergala (Adama Darskiego) i Johna Portera, którym towarzyszą jednoznacznie kojarzony z jazzem Wojciech Mazolewski (kontrabas), oraz Łukasz Kumański (perkusja). Na płycie pojawiają się również goście i tak w „Better The Devil I Know” słychać fenomenalne partie Hammonda, które mistrzowsko zagrał Michał Łapaj z Riverside a na „Cross My Heart And Hope To Die” akordeon … Czesława Mozila. Album w Polce wydany został przez Agorę, a na Zachodzie przez Coo­king Vinyl.

Podpytywani przez Piotra Metza frontmani zdradzili, że pomysł  zrodził się w głowie Nergala przy okazji nagrań płyty „Psychocountry” Maleńczuka a poszczególne utwory powstawały nie tylko w iście ekspresowym tempie, lecz również były nagrywane niemalże na setkę. Bowiem zamiast kombinować i w nieskończoność dopieszczać każdy dźwięk muzykom zależało na uchwyceniu autentyczności i spontaniczności towarzyszącej całej sesji.
W efekcie połączenia tych dwóch wielkich indywidualności powstał album wyjątkowy, mroczny i piękny. Surowe brzmienia, oszczędna instrumentacja i niebanalne, mroczne teksty idealnie wpisują się w życiorysy obu Panów. W estetyce zbliżonej do klimatów, w których niepodzielnie króluje Nick Cave & Bad Seeds tytułowy duet można byłoby porównać do połączenia sił przez Johnny’ego Casha i  Toma Aray’i (Slayer). To twarde, męskie granie bez curkowania, puszczania oka ku zmanierowanej publice, czy silenia się na sztuczną przebojowość. Sięga do korzeni bluesa, country, czy właśnie cave’owskiej odmiany rocka i czerpie z niego pełnymi garściami, jednak nie stawia na oczywistość i bezrefleksyjna kalkę a pokazanie całości poprzez własny „gotycki” pryzmat. Dlatego też choć z łatwością powinniśmy odnaleźć piętno Doorsów, Toma Waitsa, czy właśnie Casha, szczególnie z okresu powstawania serii „American” a jedną z najbardziej oczywistych inspiracji usłyszymy w utworze „Voodoo Queen” bazującym na riffie jednoznacznie kojarzącym się z  „Runaway” Dela Shannona, to trudno zarzucić temu wydawnictwu nawet śladową wtórność.  Mówił z resztą o tym sam Nergal – kiedy w Stanach, czy UK trwał w najlepsze blues-rockowy boom w Polsce społeczeństwo było „gwałcone Mazowszem”, więc oczywistym wydaje się, że mamy jeszcze sporo do nadrobienia i właśnie ten projekt takim celom między innymi służy.


Sześciotrackowa playlista stworzona przez Nergala na potrzeby wczorajszego spotkania nie dość, że została odtworzona , dzięki uprzejmości Gości, ze studyjnych plików, to w dodatku na świetnym, skomponowanym przez warszawskiego Horna (dystrybutora obu marek) systemie Audio Researcha (odtwarzacz CD6, , przetwornik cyfrowo analogowy DC 9, wzmacniacz zintegrowany VSi75) napędzającego kolumny Sonus faber Elipsa Red a o komfort energetyczny powyższej elektroniki dbała rodzimej produkcji listwa Acoustic Dream.

Jednak najlepsze czekało na nas na końcu i choć dzięki operatywności TIDALa już od ubiegłego piątku znajdowałem się w gronie szczęśliwców mogących zapoznać się z zawartością ‚Songs Of Love And Death’ uczciwie powiem, że nie przypuszczałem, że dane mi będzie usłyszeć ten materiał nie tylko na żywo, co w wybitnie kameralnym otoczeniu. A tak właśnie się stało. Nergal i John Porter złapali za gitary i po prostu dali czadu. Na totalnym luzie, bez cienia pozerki po prostu zagrali kilka „kawałków” ku szalonej uciesze stłoczonych w U22 gości.

Serdecznie dziękując Organizatorom za zaproszenie uczciwie musimy stwierdzić, że tak wysoko ustawioną, jak wczorajszego wieczora poprzeczkę trudno będzie przeskoczyć, ale … mam nadzieję, że ekipa U22 jeszcze nie raz i nie dwa nas zaskoczy. Zatem do zobaczenia.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Ayon Crossfire Evo

Link do zapowiedzi: Ayon Crossfire Evo

Opinia 1

Sądzę, że większość z Was zgodzi się ze mną, iż mająca swoje korzenie w Austrii marka AYON od kilku lat swą rozpoznawalnością bardzo mocno wtopiła się w bardzo wymagający świat audiofilów i rasowego High Endu. Ja wiem, że wpleciony w instrukcję obsługi magiczny zwrot przynależności do elity jako słowo do użytkowników jeszcze o niczym nie świadczy, ale moje częste wypady do ubranych w tę markę zaprzyjaźnionych fanatyków dobrego dźwięku wyraźnie pokazują, iż potwierdzone w naszych testach słowa konstruktora mają spore poparcie w praktyce. A najciekawszy jest fakt bytu we wspomnianych samotniach oferty ze średniej lub wyższej półki cenowej, który skłania do natychmiastowych przypuszczeń, jaki byłby wynik, gdyby na odwiedzanych szafkach znalazły się perełki ze szczytu cennika. I wiecie co? Właśnie po to powstał projekt Soundrebels a nie jak co poniektórym mogłoby się zdawać w celu ogólnie pojętego  lansu. Osiągnąwszy z poparciem drugiej połówki dobrych kilka lat temu pewien pułap jakościowy swojej układanki, dawno zdążyłem z tego wyrosnąć. Głównym motorem naszej działalności jest pełne zaangażowanie emocjonalne w opisywane hobby i nieco łatwiejszy dostęp do szczytowych osiągnięć poszczególnych brandów. I właśnie wykorzystanie przywołanego przed momentem związku przyczynowo-skutkowego spowodowało, iż mam przyjemności zaprosić wszystkich na relację z kilkutygodniowego obcowania z najnowszym dzieckiem właściciela marki Gerharda Hirta, czyli niebezpiecznie zbliżającymi się do  szczytu portfolio Ayon’a, monofonicznymi końcówkami mocy AYON CROSSFIRE EVO. Jednak to nie koniec ciekawostek, gdyż w trosce o pełną synergię opisywanego zestawienia dystrybutor (NAUTILUS) dostarczył kilka kolejnych perełek sprzętowych w postaci firmowego przedwzmacniacza liniowego Spheris, okablowania kolumnowego i sygnałowego marki Siltech, a także sieciowego Acrolinka. Jak wskazuje powyższa wyliczanka, dystrybutor wie, iż na tym poziomie zaangażowania w wartości soniczne żartów nie ma i nie omieszkał potwierdzić tego solidnym przygotowaniem produktowym.


Sprawa opisywania aparycji tytułowego Austriaka jest o tyle trudna, że chcąc przelać na klawiaturę coś wyszukanego, z racji daleko posuniętej unifikacji całości oferty musimy się nieco natrudzić, a i tak zawsze wpadamy w pułapkę przymusowego powtarzania utartych zwrotów. Jednak co by nie mówić, projekty plastyczne wzmacniaczy zintegrowanych, monobloków, źródeł, czy przedwzmacniaczy są na tyle wysmakowane wizualnie, że bez względu na wielokrotne powielania tych samych zwrotów nie jesteśmy w stanie zburzyć pozytywnego postrzegania marki w oczach klientów. Ale ad rem. Unikając sztucznego rozwadniania tekstu skupię się jedynie na clue programu, czyli monstrualnie głębokich na tle konkurencji monoblokach. Jak zdradzają fotografie, końcówki EVO są dość wąskie, dlatego chcąc umieścić na tych swoistych platformach wielkie, skryte pod połyskującymi srebrem kubkami transformatory konstruktor postanowił mocno je wydłużyć. To oczywiście natychmiast rodzi spore wymagania stolikowe, ale nikt przecież nie powiedział, że w dziale High End będzie łatwo. Sprawa jest prosta. Jeśli ma się środki pieniężne na przysłowiowego konia, ma się również zasoby na uprząż i wóz do niego. Zatem rozwiązawszy potencjalny problem natury lokalizacyjnej, idźmy dalej z tematem przywołanych piecyków. Gdy doszliśmy do najważniejszych w tych konstrukcjach, umieszczonych w przedniej części obudowy lamp elektronowych, dla laików może nie, ale dla obeznanych w tej materii wyjadaczy jest jasne, iż użyte w tytułowych końcówkach mocy szklane bańki w znakomitej większości są indywidualnym projektem marki Ayon, co na starcie nieco ogranicza tak uwielbianą przez nałogowych lampiarzy żonglerkę. Jednak  według mnie nie liczy się możliwość zmian dla samej zasady, tylko końcowy efekt soniczny danej konstrukcji, a jakość akurat tego zestawienia postaram się w miarę zwięzłym tekstem wyłożyć w kolejnym akapicie. Wieńcząc część opisową bohaterów testu należy jeszcze dodać, iż na górnej płaszczyźnie przed dumnie prężącymi swe walory wizualne podczas pracy lampami znajdziemy wychyłowy wskaźnik kontroli ich biasu, na froncie urządzenia bordowe logo marki, a na panelu tylnym zestaw gniazd kolumnowych dla obciążenia 4 i 8 Ohm, hebelki masy i inicjacji regulacji prądów dla optymalizacji zasilania lamp i wejścia liniowe w standardzie RCA i XLR. Oczywistym faktem jest zatrważająca waga konstrukcji, co już podczas planowania ich implementacji w system skłania do głębszego zastanowienia się nad ich docelowym miejscem. Ostatnim, bardzo ważnym z punktu użytkowania detalem jest umieszczenie włączników głównych pod spodem obudowy tuż za lewą przednią stopą.

Tytułowy zestaw wzmacniający jest, idąc za opiniami ortodoksyjnych lampiarzy, najszlachetniejszą ich odmianą, a to z automatu przywołuje konstrukcje w klasie A” i układzie SE. Niestety, patrząc na takie oświadczenie producenta natychmiast rodzi się drobny problem zaspokojenia tak znamienitej konstrukcji odpowiednio łatwymi do napędzenia, czyli skutecznymi kolumnami. Na szczęście stacjonujące u mnie austriackie potomkinie szaf gdańskich (T&F ISIS) są do podobnych Ayonowi piecyków wręcz dedykowane, dlatego już w rozważaniach przed-testowych zdawaliśmy sobie sprawę z zerowego problemu synergii wzmacniacza i zespołu przetworników. I gdy teoretycznie mógłbym rozpocząć proces przelewania swoich spostrzeżeń na klawiaturę, po kilku podejściach płytowych na przemian z przełączaniem na zestaw dyżurny doszedłem do trochę niewpisujących się w moją estetykę grania wniosków. O co chodzi? Już wyjaśniam. Jak wspominałem na wstępie, do redakcji wraz z elektroniką dotarło zaproponowane przez dystrybutora okablowanie. I owszem, wszystko wypadało w najlepszym porządku, jednak znając swój system, a w szczególności kolumny, przez cały czas odczuwałem coś na kształt niedociągnięć na przełomie średnicy i basu. Nie był to bardzo doskwierający nawet nie problem, tylko niuans, ale wiedząc z czym mam do czynienia (klasa „A” SE) czułem, iż w tym aspekcie da się lepiej. Jak z tego wybrnąłem?  Po prostu przybyłe sygnałowe Siltechy zastąpiłem drutami Hijiri i nagle przekaz muzyczny nabrał adekwatnych do oczekiwań brzmieniowych testowanego produktu rumieńców, a to pozwoliło mi zatopić się w bezkresnym chłonięciu tego, co proponował świat spod znaku austriackich szklanych baniek, czyli tytułowy Crossfire Evo.

Próba rzucenia ogólnego światła na wyniki trzytygodniowej zabawy z produktem Ayona nie może nie zawierać kilku bardzo ciekawych z punktu widzenia przyszłego nabywcy informacji. Pierwsza sygnalizuje, iż rzeczony EVO gra przyjemnym dla ucha, w pierwszym kontakcie ciemnym, ale po dokładnym przyjrzeniu się w jaki sposób to robi bardzo napowietrzonym dźwiękiem. To nie jest siłowe stawianie na kolor i masę przekazu muzycznego, tylko prezentacja wirtualnej sceny na fantastycznie wypadającym w kontakcie werbalnym czarnym tle. Dostajemy w dobrym ciężarze i rozdzielczości pełny przekrój całego pasma akustycznego, co przekłada się na, oczywiście na ile to możliwe z 30-to watowego SETa w klasie „A” zwarty bas i gęstą średnicę. Co ciekawe, przy takim postawieniu sprawy w pierwszym momencie przy wykorzystaniu zaproponowanego przez salon Nautilus okablowania wydawało mi się, iż górny zakres czasem pozwala sobie na nieco więcej niż w przypadku mojego tranzystora i osobiście bym tego oczekiwał, ale to był tylko efekt dobrej rozdzielczości środkowego pasma, a nie podkreślenie wysokich tonów jako takie. I chyba właśnie owa prezentacja najwyższych rejestrów skłoniła mnie do roszady kablami, gdyż przy całej pozytywności zachowywania się przewodów z Holandii – jestem pewien, iż wielu zostawiłoby je w swoim systemie na stałe, ale ja przecież mam skrzywienie na punkcie podkolorowującego brzmienie systemu  umuzykalnienia każdej układanki audio – odczytywałem ten mariaż za zbyt ochoczy do pokazywania swojego punktu widzenia. Kolejny fantastycznie wypadający punkt programu zatytułowanego Crossfire Evo to sposób budowania sceny dźwiękowej. Pokazanie wszelkich jej wymiarów włącznie z budowaniem spektaklu 3D były potwierdzeniem przynależności do elity tego działu gospodarki. Ja wiem, iż każdy u siebie ma wspomniane przed chwilą atrybuty dźwięku, ale będąc świadomym brutalności życia audiofila, nie radzę kosztować nausznie możliwości testowanego kompletu końcówek mocy, gdyż w konsekwencji nonszalanckiej próby dotychczasowy świat na dłuższą metę może okazać się nie do zaakceptowania. Trzecim, wiążącym wyartykułowane pozytywy lampowych smoków w jedną całość tematem jest ich specyfika dodawania do dźwięku pierwiastka plastyczności, której mogą sprostać jedynie gramofon, magnetofon szpulowy i właśnie układ wzmocnienia oparty o lampy elektronowe. I gdy zbierzemy wszelkie na chwilę obecną wskazane punkty dodatnie, mogłoby okazać się że mamy do czynienia z absolutem. I wiecie co? Biorąc pod uwagę większościowy wycinek tego co słuchałem, prawie tak było. Jednak prawie, nie oznacza całości. A co w takim razie poddałbym pewnym przytykom. Niestety, tak jak zawsze, wbrew piewcom niepodważalnych doskonałości swoich układanek nie ma rzeczy do wszystkiego. Walka o możliwie wierne wycyzelowanie piękna w muzyce stawiającej na spokój przekazu prawie zawsze skutkuje niespełnieniem założeń sonicznego buntu z jego ekspresyjnym przecinaniem eteru naszych samotni. Jeśli się ze mną nie zgadzacie, możecie wyłączyć komputer i nie będę miał do nikogo pretensji, a Wy będziecie mieli więcej czasu dla siebie. Jeśli jednak sądzicie, iż nie plotę bzdur, zapraszam zapoznania się z moimi spostrzeżeniami. Zanim przejdę do obrony swoich racji, chcę uzmysłowić Wam, iż to są trochę na siłę szukane problemy, gdyż spotkanie się z nimi możliwe jest tylko przy pewnym przekraczaniu granic możliwości danej konstrukcji, czego potencjalny, wiedzący na co się decyduje meloman nie będzie forsował. Gdy sprawa dlaczego się czepiam została wyjaśniona powiem tak. Większość słuchanej przeze mnie muzyki przez cały okres testu za sprawą kilku przytoczonych punktów wypadała nader fantastycznie. Czy to muzyka barokowa z jej kochającym gładkość, kolor, iskrę w górze pasma i niekończącą się feerię wybrzmień instrumentarium, czy ograniczone do minimum trio jazzowe, a nawet multi instrumentalne formacje free-jazzowe sprawiały, że tylko koniec słuchanej płyty brutalnie zmuszał  mnie do ruszenia czterech liter z wygodnego fotela. Tak prezentowana muzyka, mimo podania w nieco innej niż mam na co dzień estetyce wydawała się nie mieć najmniejszych wad. To był miting, jaki zdarza się niezwykle rzadko. Nie będę robił wyliczanki podobnie działających przeszłości na mnie komponentów, ale Ayon spokojnie dołączył do najlepszych. I nie ma znaczenia, że podobny odbiór w mojej historii pisania o sprzęcie audio czasem potrafiły wywołać produkty półprzewodnikowe, ważne jest raczej, że rzeczony Ayon bez problemu zabrał się ze wspomnianym nurtem. I tutaj mały kontrapunkt. Niestety otaczający nas świat to nie jest bajka i gdy w pewnym zakresie prezentujemy się wyczynowo, w innym może nie wypadamy blado, ale z pewnością da się zaprezentować lepiej. I wiecie co? Tak do końca nie wiem, czy całą winę za stan rzeczy, który mam zamiar przywołać, ponosi austriacki zestaw, gdyż mimo wszystko 30W wzmocnienia ma swoje mocowe ograniczenia, a moje kolumny mimo przynależności do łatwych nie są przecież szczytem skuteczności. To tylko 90, a nie na przykład 95, czy 100 dB. Ok. Wystarczy tego tłumaczenia. Jesteście rozsądni, to zdajecie sobie sprawę, że ostra rockowa jazda ma swoje wymagania energetyczne. I właśnie w podobnych klimatach metalu, folk-metalu, czy starego hard-rocka grupy AC/DC czasem odczuwałem, że mój 200W piec Reimyo radził sobie z tymi stylami nieco lepiej.  Co prawda nie było już tego czaru homogenicznego grania lampy, ale drive, energia oddania rytmu, czy szybkość narastania spiętrzeń muzycznych pokazywały, iż albo w konfiguracji z EVO musimy zadbać o łatwiejsze kolumny, albo nie słuchajmy tego typu wyżywania się na swoich narządach słuchu. Ja już dawno określiłem się jako zwolennik spokojnej twórczości i zapewniam Was, gdybym stawiał na set lampowy, produkt Gerharda Hirta całkowicie spełniłby moje oczekiwania. Jednak chcąc być na ile to możliwe sumiennym w stosunku do czytelników zawsze  muszę zapuszczać się w ocierające się w konsekwencji o utratę słuchu rejony muzyczne, a te w zastanym zestawieniu pokazały, że to co udało się skompletować, może nie oddać atmosfery koncertów rockowych w sensie głośności i napompowanej energią perkusji i ciężkich gitar ściany dźwięku. Ale powtarzam, to jest ekstremum, a do takich doznań nie szuka się wyrafinowanego wzmocnienia lampowego, tylko monstrualnego pieca tranzystorowego. Koniec kropka.

Stawiając tytułowe monobloki naprzeciw posiadanego Japończyka i mając gdzieś w pamięci czasem pojawiającą się w sieci łatkę jasności grania Ayona mimo bytu na pokładzie szklanych baniek obawiałem się, że to czego udało mi się dokonać sonicznie  z gęsto grającym tranzystorem, będzie nie do doścignięcia przez Austriaka. I owszem, w pewnych aspektach wyszło na moje (sławetne szaleństwo nurtów muzycznego buntu), jednak biorąc pod uwagę będący moim konikiem repertuar barokowy i jazzowy te dwie szkoły budowania urządzeń audio praktycznie szły łeb w łeb. Oczywiście, lampa to lampa i szlus, ale bez względu na fakt słuchania końcówki czy to tranzystorowej, czy lampowej, wiele aspektów poziomu High End było identyczne. Co by jednak nie pisać, jeśli jesteście sfokusowani na szklane bańki w torze i chcecie zaznać ich czaru na poziomie zarezerwowanych tylko dla najlepszych, recenzowany podczas dzisiejszego spotkania tandem monofonicznych końcówek mocy CROSSFIRE EVO ze stajni Ayon’a powinien być pierwszym przystankiem osobistej konfrontacji. Jeśli jakimś trafem je odpuścicie, wiele stracicie. Naprawdę warto bliżej je poznać.

Jacek Pazio

Opinia 2

Wśród nieprzebranego mnóstwa dostępnych na naszym rynku marek jest taki jeden rodzynek, który pomimo ugruntowanej opinii, wieloletniego stażu i świetnej rozpoznawalności u niewielkiej części rodzimych audiofilów nieustająco budzi zastanawiąjąco gwałtowne reakcje alergiczne.  Nie czas i nie miejsce jednak aby dochodzić teraz kto komu i jak mocno nadepnął na odcisk krzyżując sekretne plany, ale fakt pozostaje faktem, że każdorazowe pojawienie się czy to w recenzjach, czy wyjazdowo – wystawowych relacjach jakiejkolwiek wzmianki o Ayonie powoduje falę mało wyszukanego hejtu. Pomijając dość wstydliwy drobiazg, iż większość ogarniętych ayonofobią jednostek recenzowane urządzenia widziała li tylko na zdjęciach a o odsłuchach we własnych systemach, bądź choćby znanych warunkach lokalowo – konfiguracyjnych mogłaby co najwyżej pomarzyć, oczywistością jest, że to właśnie „Oni” mają rację a wszyscy Ci, którzy ważą się przyznać, że owe ulampione cuda techniki jednak się im podobają i wyrażają chęć ich nabycia są głusi, obłąkani i nabijani w przysłowiową butelkę. Jednak patrząc na powyższe zjawisko z nieco szerszej perspektywy warto zaznaczyć, że ma ono charakter wybitnie lokalny i ogranicza się li tyko do naszego kraju a śledząc najprzeróżniejsze europejskie, oraz amerykańskie fora i portale audio z niczym podobnym się nie spotkałem. Najwidoczniej zachodnie cywilizacje z nieco większym, aniżeli nasi rodzimi „mesjasze”, dystansem podchodzą do mającego z założenia być relaksem hobby i zamiast czarnego PR-u wolą dzielić się własnym doświadczeniem, bądź cieszyć się szczęściem innych.
Z podobnego założenia wychodzimy i my a skoro krakowsko-warszawski Nautilus co i rusz podsuwa nam smakowite z audiofilskiego punktu widzenia kąski nietaktem byłoby zrezygnować z ich testowania tylko z tego powodu, że gdzieś, komuś lada moment komputerowa klawiatura rozgrzeje się do czerwoności a do sieci popłynie kolejny strumień kalumnii. Dlatego też po  towarzyszącej kolumnom Lumen White White Light Anniversary amplifikacji Ayon Conquistador / Ayon Vulcan Evo przyszła pora na dalszą eksplorację austriackich specjałów.  Nie chcąc jednak przyprawiać co słabszych nerwowo jednostek o stany lękowo – depresyjne postanowiliśmy choćby na chwilkę zrezygnować ze zwyczajowej wspinaczki w górę cennika i zamiast wziąć na warsztat topowe monosy Titan Evo zadowoliliśmy się nieco skromniejszymi Crossfire Evo. Dzięki temu nie tylko zamiast 130 kg musieliśmy przenieść zaledwie 80 kg, za co nasze plecy były nam dozgonnie wdzięczne, lecz i jedynie ociupinkę przekroczyliśmy psychologiczną barierę 100 000 PLN.

Myliliby się jednak ci, którzy sięgając po tytułowe Ayony spodziewaliby się skromnego designu i równie nieabsorbujących gabarytów. Bardzo mi przykro, lecz tym razem przyjdzie im srodze się rozczarować. Po pierwsze jakość i solidność wykonania, jak to zwykle w wyrobach sygnowanych przez Gerharda Hirta, nie dają nawet najmniejszych powodów do zastrzeżeń, tym bardziej, że czerpiąc z dobrodziejstwa unifikacji są niezaprzeczalnym dowodem, że nawet z „pancerności”  można zrobić sztandarowy element rozpoznawalności marki. Zaokrąglone narożniki i korpusy wykonane z centymetrowej grubości aluminiowych sztab szczotkowanego, anodowanego na czarno aluminium zdobią usytuowane w tyle masywne polerowane rondle skrywające trafa a od przodu dumnie pręży się firmowa szklarnia. Skoro już jesteśmy przy rozżarzonych bańkach wypadałoby wspomnieć o pracujących w zasilaniu prostowniczych 5U4G, sterujących, ukrytych w metalowych płaszczach 6SJ7 i oczywiście pyszniących się w stopniu wyjściowym wykonywanych przez czeską Teslę, zgodnie z wytycznymi Ayona AA82B. Na chwilę uwagi zasługuje ponadto fakt, że stopień sterujący dla monosów został całkowicie przeprojektowany i w chwili obecnej oprócz maksymalnego skrócenia ścieżki sygnału i zwiększenia efektywności w jego sercu umieszczono bezpośrednio żarzona triodę (DHT) AA20B.
Z detali niejako na stałe wpisanych w austriacki nurt wzornictwa przemysłowego nie zabrakło firmowego, podświetlonego logo w centrum frontu i oczka ze wskaźnikiem biasu na płycie górnej.
Ściana tylna również  nie pozostawia niedosytu. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem wysokiej klasy pojedyncze terminale głośnikowe WBT NextGen z oddzielnymi przyłączami dla obciążenia 4 i 8 Ω, wejścia liniowe w standardzie RCA (WBT NextGen) i XLR, przełączniki biasu i uziemienia, stosowne okienko informacyjne i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające. Standardowo włącznik główny ukryto na spodzie końcówek i należy go szukać w okolicach przedniego lewego narożnika. Dodatkowo warto chociażby wspomnieć o trosce dotyczącej żywotności lamp i skrupulatnej procedurze automatycznego soft-startu, która w ciągu 60 sekund od włączenia sukcesywnie testuje wszystkie lampy powili budząc je do życia.
Z uwag natury czysto użytkowej o konieczności zapewnienia stosownej wentylacji  wspomnę jedynie mimochodem, za to potencjalnych nabywców uczulę na dość kłopotliwą przy standardowych meblach głębokość Crossfire’ów. Dlatego też jeżeli przymierzacie się Państwo do tych austriackich  lepiej zapobiegliwie zaopatrzyć się w odpowiednie, czyli co najmniej sześćdziesięciocentymetrowej głębokości podstawy, bądź zamówić dedykowane im standy.

Pomimo dość niewielkiej, przynajmniej teoretycznie i na papierze mocy (30-35W) testowanych wzmacniaczy postanowiłem darować sobie konwenanse, oraz niezobowiązujące przystawki i od razu przejść do konkretów a pozostając w estetyce kulinarnej do dania głównego. W odtwarzaczu wylądował zatem składankowy „The Ozzman Cometh – The Best Of Ozzy Osbourne” Ozzy’ego Osbourne’a, który od pierwszych taktów zaskoczył nie tylko niezwykłą mięsistością i iście karmelową barwą, co typowym dla potężnych końcówek mocy wolumenem reprodukowanego dźwięku. W dodatku wraz z potęgą szła w parze wzorcowa kontrola i brak utraty rozdzielczości nawet przy zbliżonych do koncertowych poziomach głośności. Ozzy’ego po prostu nie da się słuchać cicho, więc i tym razem, korzystając z nadarzającej się okazji – brak sąsiadów i związanych z tym limitów puszczanych w eter decybeli, mogłem łomotać do woli, co też z dziką rozkoszą czyniłem. Pomijając fakt, że „thebeściak” nie miał nawet najmniejszych szans na załapanie się do panteonu audiofilskich klasyków bez najmniejszych problemów był w stanie porwać słuchaczy. Kończyny same podrygiwały do rytmu a i wyleniały czerep zatęsknił za czasami, gdy mógł pochwalić się opadającą na ramiona sierścią. To było rasowe, rockowe granie z odpowiednim wykopem i nieposkromioną energią, które dziwnym zbiegiem okoliczności zbliżało się do estetyki oferowanej m.in. przez monstrualny zestaw Octave Jubilee. Oczywiście do niemieckich „hightowerów” jeszcze nieco brakowało, ale i tak skojarzenie z topową Octavą dla Ayona wypada niewątpliwie nobilitująco.
Pozostając w typowo rockowej estetyce, lecz wzbogacając ją o pierwiastek kobiecy sięgnąłem po soundtrack “Songs of Anarchy, Vol. 4” , na którym udziela się m.in. Katey Sagal. Obecność płci pięknej skierowała moją uwagę na przepiękną barwę, nieco powiększone wokale i przybliżony pierwszy plan, lecz bez przesadnej gigantomanii i nachalności. Chodziło raczej o uatrakcyjnienie przekazu a nie jego zakłamanie. Nie sposób było doszukać się również nieraz błędnie utożsamianą z technika lampową przyciemnienie i pewnej lepkości dźwięku, choć akurat Ayon niemalże od zarania swoich dziejów starał się popadania w zbytnią karmelowość wystrzegać. Wspominam o tym nie tylko z oczywistych – recenzenckich względów, lecz również przez wzgląd na pewien pokutujący w kuluarach audiofilskich spotkań stereotyp, jakoby austriacka elektronika grała nazbyt analitycznie, czy wręcz klinicznie i w pejoratywnym znaczeniu tego słowa „tranzystorowo”. Otóż nic z tego i powyższe „prawdy objawione” można zaliczyć do klasyki baśni z mchu i paproci. Rzeczywistość jest bowiem dramatycznie inna. To wzorcowa muzykalność oparta z jednej strony na niezwykle dystyngowanie podanej rozdzielczości a z drugiej nad wyraz sugestywnej dynamice. Gradacja planów, napowietrzenie sceny i holograficzna precyzja rozmieszczenia na niej źródeł pozornych były typowe dla topowych konstrukcji SET, jednak wspomniana dynamika i to zarówno w skali mikro, jak i makro deklasowała wszystkie konwencjonalne, bazujące na klasycznych lampach 2A3 i 300B rozwiązania.
Proszę się jednak nie obawiać, że Crossfire’y Ewo to nieposkromione bestie zdolne zdominować i podporządkować każde nagranie robiąc z niego koncert Rammsteina.
Wystarczyło bowiem sięgnąć po „Afro Bossa” Duke’a Ellingtona (& His Orchestra), czy „Wallflower (The Complete Sessions)” Diany Krall, by dać się ukołysać latynoskim rytmom i leniwym melodiom jazzowych standardów. Dwa powyższe przykłady pozwoliły jeszcze odhaczyć kolejny punkt w recenzenckiej tabelce – zdolność testowanej elektroniki do rozróżniania i pokazywania różnic natury estetyczno-realizacyjnej owych nagrań. Nie ma, a przynajmniej być nie powinno wątpliwości, że  pochodząca z 1963 „Afro Bossa” nagrywana była w diametralnie innych realiach technicznych aniżeli „Wallflower” z 2014/2015 r., jednak znane są nam przypadki, że elektronika, bądź kolumny na tyle silnie odciskają własne piętno na finalnym brzmieniu systemu, w którym się znajdują, że pewnemu osłabieniu a w ekstremalnych przypadkach wręcz całkowitemu zanikowi ulegają cechy natywne reprodukowanego materiału. Całe szczęście tym razem nic takiego nie nastąpiło, więc można było do woli delektować się wyłapywaniem niuansów obecnych w tych oddalonych od siebie o ponad pół wieku albumach i samemu ocenić, czy kierunek obrany w studiach nagraniowych okazał się słuszny i czy wykorzystywana obecnie niemalże kosmiczna technologia pomaga, czy jednak przeszkadza w kontakcie artysty ze słuchaczami. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć – nie mam nic do Diany Krall i bardzo lubię jej twórczość, jednak w porównaniu z Ellingtonem Kanadyjka wypada nieco zbyt sztucznie, jakby zbyt mocno starano się wymuskać każdy, nawet najdrobniejszy detal gdzieś po drodze gubiąc spontaniczność i interakcje zachodzące pomiędzy muzykami. Niby wszystko jest na tip-top, jednaj to u Ellingtona czuć bardziej naturalny feeling.

Niejako na koniec zostawiłem odpowiedź na nurtujące nie tylko mnie, ale i zapewne część  posiadaczy zintegrowanych Crossfire’ów pytanie, czy, a jeśli tak, to o ile monobloki grają lepiej. Cóż … starając się zachować możliwie wyważony ton wypowiedzi i nie popadając w zbytnią euforię śmiem twierdzić, że monosy Crossfire Evo od Crossfire’a 3 dzieli prawdziwa przepaść i to wprost proporcjonalna do różnic w ich cenie. Prawdę bowiem powiedział Gerhard Hirt podczas swojej krakowskiej wizyty twierdząc, że Cross 3 jest maksimum, tego co z tej platformy w ujęciu zintegrowanym da się wycisnąć. Dlatego też dalszy przyrost jakości możliwy jest tylko poprzez przejście na wersje dzielone, co mam nadzieję powyższy tekst  potwierdza.  Można co prawda kombinować i próbować półśrodków w stylu stereofonicznej końcówki mocy Crossfire PA i np. przedwzmacniacza Auris, bądź Polaris, tylko zanim pójdziemy w tę stronę warto chociażby przez chwilę się zastanowić  jak długo będziemy cieszyli się z dokonanej roszady i po jakim czasie zaczniemy się zadręczać, że może jednak lepiej było pojechać po przysłowiowej „bandzie” i rzutem na taśmę osiągnąć audiofilską metę. Za to nie podlega wątpliwości, że posiadając już wysokiej klasy preamp, bądź równie wysublimowane źródło z regulowanym stopniem wyjściowym Cross PA wydaje się zdecydowanie wartą rozważenia propozycją, o czym mieliśmy okazję się przekonać na przykładzie Spirita i Spirita PA.

Prezentując monobloki Crossfire Evo Gerhard Hirt po raz kolejny udowadnia, że Ayon nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w dziedzinie dynamiki i rozdzielczości możliwej do osiągnięcia z pozornie minimalistycznej konfiguracji SET a wykorzystanie sterowanej 20B triody 82B okazało się prawdziwym strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Jeśli zatem gdzieś tam w zakamarkach waszej audiofilskiej duszy tli się ogień pożądania do klasycznego, triodowego SETa  a jednocześnie uzależnieni jesteście Państwo od typowej i nieodłącznej zarówno w wielkiej symfonice, jak i ciężkim rocku dynamiki, to chociażby z ciekawości rzućcie uchem na tytułowe monobloki. Crossfire’y Evo łączą bowiem w sobie oba te pierwiastki sprawiając, że wreszcie jesteśmy w stanie dokonać rzeczy teoretycznie nieosiągalnej – zjeść ciastko i dalej mieć ciastko. Niemożliwe? Jeśli tak uważacie to po prostu tytułowych Ayonów posłuchajcie i to najlepiej w połączeniu z przedwzmacniaczem klasy Spherisa, z jakim dzięki uprzejmości dystrybutora mogliśmy monobloki testować.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Nautilus / Ayon
Cena: 94 900 PLN/para; Opcja z lampami AA82B + 9 900 PLN

Dane techniczne:
• Typ układu: SE trioda, czysta klasa A
• Lampy: AA62B lub AA82B (opcja)
• Impedancja obciążenia: 4-8 Ω
• Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 50 kHz (+/- 3 dB)
• Moc wyjściowa: 30 lub 35 W
• Impedancja wejściowa (1 kHz): 47 kΩ
• Stosunek sygnał/szum (pełna moc): 92 dB
• Czułość wejściowa (pełna moc): 600 mV
• NFB: 0 dB
• Wejścia: RCA, XLR
• Wymiary (SxGxW): 320 x 600 x 250 mm/szt.
• Waga: 40 kg/szt.

 

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Bike Expo 2017

Opinia 1

Nieuchronnie zmierzający ku swojemu końcowi irytująco wietrzny i deszczowy weekend był okazją do zapoznania się z najnowsza ofertą cieszących się od kilku lat szaloną popularnością napędzanych siłą naszych mięśni jednośladów, czyli … rowerów. W ramach zorganizowanych na błoniach i przestronnych wnętrzach PGE Narodowego Bike Expo 2017 można było na spokojnie nie tylko pooglądać, pomacać, ale także przetestować wybrane typy, rozmiary i pomysły na aktywne spędzanie wolnego czasu. Wśród setek, jeśli nie tysięcy, uczciwie się przyznam, że nie liczyłem, rowerów jak w ulęgałkach można było przebierać w szosówkach, fat-bikach, „full-ach”, czy spacerowych „mieszczuchach”.

Tutaj nie było równych i równiejszych, lepszych i gorszych. Każdy przychodził po to, czego potrzebował, bądź jeśli jeszcze nie wiedział, czego tak naprawdę chce po fachową poradę. Zero spinki, pośpiechu i ciśnienia, że już i natychmiast coś trzeba kupić, bo zaraz zamkną i druga taka okazja się nie trafi. Chociaż z tą okazją to wcale bym nie bagatelizował, gdyż trudno znaleźć miejsce mogące w mijający weekend konkurować z Bike Expo zarówno pod względem różnorodności oferty, jak i okazji do jej sprawdzenia w iście poligonowych warunkach. Oprócz stoisk wyspecjalizowanych dystrybutorów były obecne również popularne sieciówki w stylu Go Sportu i ekspozycje z wszelakiej maści mniej, bądź bardziej niezbędnymi akcesoriami. O kaskach nawet nie wspominam, bo tutaj żartów nie ma i siadając na rower czerep bezdyskusyjnie chronić trzeba, jednak tęczowe trykoty i innego rodzaju wdzianka stanowiły nie lada wyzwanie dla wszystkich tych, którzy za punk honoru postanowili podążać za światowymi trendami mody. Nie zabrakło również najprzeróżniejszych specyfików do konserwacji i czyszczenia drogocennych turladełek, co wydaje się dość oczywiste a zarazem jasno dające do zrozumienia, że czasy, gdy wszystko dało się „opędzić” poczciwym WD-40 minęły bezpowrotnie. Trudno się jednak temu dziwić, gdy uświadomimy sobie, że na wcale niespecjalnie „wybajerzony” rower można wydać lekką ręką dziesięć, czy dwadzieścia tysięcy a do jego regulacji zamiast kwadransa w ogródku, czy na balkonie najrozsądniej będzie zaprzyjaźnić się z wykwalifikowanym serwisantem i zarówno przed, jak i po sezonie.
Oprócz samych rowerów największą powierzchnię wystawienniczą zajmowały stanowiska z kołami i rowerowym ogumieniem, co doskonale rozumiem, szczególnie po jednym z sezonów, gdy łapiąc praktycznie weekend w weekend kapcia w końcu postanowiłem zainwestować w odpowiednio „uzbrojone” opony wydając na nie … kwoty porównywalne z tymi znanymi z katalogów motoryzacyjnych.

Jak widać na powyższych zdjęciach nawet zacinający deszcz i zrywający czapki z głów wiatr nie był w stanie odstraszyć licznie przybyłych miłośników dwóch kółek, którzy nie tylko tłoczyli się podczas cyklu barwnych opowieści legendy polskiego kolarstwa – Pana Czesława Langa, ale i z zapałem pedałowali po przygotowanym przez organizatorów torze. Jeśli jednak dla kogoś panująca na zewnątrz aura okazała się zbyt dużym wyzwaniem bez problemu mógł zweryfikować swoją kondycję na kilku porozstawianych w różnych miejscach wystawy stanowiskach treningowych.

Jedną z największych atrakcji i to zarówno dla  tych dużych, jak i małych miłośników jednośladów okazały się jednak niezwykle widowiskowe pokazy skoków rowerowych na specjalnie przygotowanej do tego celu rampie. I tak potężną dawkę adrenaliny intensyfikował dodatkowo fakt, iż tuż za zeskokiem znajdowała się … ściana, więc ekipa dokonująca podniebnych akrobacji musiała naprawdę bardzo uważać, by po prostu się w nią nie wbić. Może „na papierze” nie wygląda to zbyt poważnie, ale proszę mi uwierzyć na słowo, że kilka razy, gdyby nie gąbkowe kostki zawodnicy byliby w niezłych tarapatach.

Choć tytułowa impreza nijak ma się do tematyki naszego portalu uznaliśmy z Jackiem, że każdy przejaw pozytywnego zakręcenia warto promować a przy okazji jedno hobby nie wyklucza drugiego. Dlatego też serdecznie dziękując Organizatorom za zaproszenie gorąco zachęcamy naszych czytelników do oderwania się od komputera/telewizora i choćby okazjonalną aktywność fizyczną. W końcu sport (byleby nie wyczynowy) to samo zdrowie.

Marcin Olszewski

 

Opinia 2

Szybki przegląd naszych ostatnich poczynań wyraźnie pokazuje, że minione dwa-trzy tygodnie obfitowały w kilka niezwiązanych ściśle z procesem testowym artykułów muzyczno-sprzętowo-lokalowych. Wierni czytelnicy zapewne orientują się w tematyce owych relacji, jednak dla przypomnienia dodam, iż pakiet lifestyle’owych wrzutek obejmuje: przedpremierowe prezentacje płyt w Studiu U22, inaugurację wprowadzenia na światowy rynek oznaczonej cyfrą 10  najnowszej linii urządzeń audio japońskiej marki Marantz i relację z wprowadzającej nas w niedaleką przyszłość myślących za nas domów wystawy „Dom Inteligentny”. I nie wiem, jak Wam to powiedzieć, ale nawet się nie zorientowaliśmy, gdy wespół z Marcinem wzięliśmy udział w stosunkowo nowym, bo inaugurującym cykl, oznaczonym numerem jeden projekcie zatytułowanym BIKE EXPO z roboczym podtytułem Narodowy test rowerowy, który w dniach 18-19 marca 2017 roku odbywał się na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Powiem szczerze, może pogoda nie była iście rowerowa, ale zapał cyklistów okazał się na tyle duży, że nawet dochodzące do prędkości 70 km/h podmuchy wiatru nie przeszkodziły im w wypróbowaniu bezpłatnie przygotowanych dla potencjalnych zwiedzających kilkuset rowerów wielu znakomitych światowych stajni. Naprawdę było w czym wybierać, a i z osobistych obserwacji tego wydarzenia wynika, iż frekwencja tego usytuowanego na koronie stadionu działu była duża. Jednak dla pokazania rozmachu przedsięwzięcia mam ciekawą wiadomość, iż było to jedynie preludium całego pomysłu na targi. Prawdziwe oblicze wystawa ukazywała dopiero po przekroczeniu progu korytarzy ekspozycyjnych. I wiecie co? Nie trzeba być wyśmiewanym przez większość osobników rodzaju ludzkiego audiofilem, by według szukających wszędzie teorii spiskowych strażników naszych portfeli zbędnie wydać grube pieniądze. Tak tak, każde hobby generuje obszar, w którym ci najbardziej zakręceni mogą wyżyć się na beztroskim plądrowaniu swoich zasobów pieniężnych dla hedonistycznego poczucia przyjemności. Nie wierzycie? Przechadzając się po stoiskach bez najmniejszego problemu natykałem się na rowery za kwoty dobrze przekraczające dziesięć tysięcy złotych, a przecież w wielu przypadkach były to jedynie standardowe propozycje dla zwykłego Kowalskiego bez wkraczania w świat profesjonalny. Ale ale, to nie wszystko, gdyż tak prawdę mówiąc cała zabawa zaczynała się dopiero na stoiskach z akcesoriami do nich, a tam, jak to zwykle bywa, miała miejsce rasowa, cenowa wolna amerykanka, z tą tylko różnicą, że w przeciwieństwie do piaskownicy zwanej „audio” nikt nikomu tego nie wymawiał, ani wrogo nie zazdrościł. Nie wiem, dlaczego w naszym hobby jest tyle nienawiści, jednak mimo tego, jakoś trzeba z tym żyć. Gdy zapoznacie się z załączonymi fotografiami, z pewnością zobaczycie, iż mimo pierwszej odsłony relacjonowanego dzisiaj wydarzenia organizator Arkadiusz Walus postarał się o kilka znanych szerokiej publiczności osób propagujących sport. Tak, w głównej mierze piję do zaszczycającego swoją obecnością i pewnego rodzaju wizerunkowym firmowaniem tego przedsięwzięcia Czesława Langa. Jak to zwykle bywa, wspomniany gość bez najmniejszych oporów na przemian z akrobatycznymi skokami szalonych, pozbawionych poczucia niebezpieczeństwa rowerzystów spędzał z licznie zgromadzoną publicznością przyjemne, streszczające jego przygodę z dawniej zwanym bicyklem, opisane w książce tak amatorskim, jak i zawodowym życiu dłuższe prelekcje.
Niestety nie będę wdawał się w skróty tego przekrojowego  wywiadu – w celu zgłębiania ciekawych faktów zachęcam do zakupienia książki, tylko dodam, że owe opowiedziane kilka epizodów, mimo wydawałoby się typowych, bo życiowych przygód, dla mojego pokroju dinozaurów miało spory ładunek wspomnieniowo-emocjonalny, gdyż przytaczane problemy brutalnie zaliczyłem na własnej skórze.
Puentując dzisiejszą relację z przyjemnością chcę powiedzieć, iż oprócz naszego czołowego kolarza szosowego po korytarzach Stadionu Narodowego przez cały czas przewijało się kilka znanych z ekranów telewizji wiernych sportowym trendom gości. Jednak podobnie do Pana Czesława raczej starali się propagować będący najważniejszym tego wystawowego mitingu temat niż siebie samych. Szacun. Powoli zbliżając się ku końcowi naszego spotkania w formie spinającej całość tekstu klamry myślowej jestem zdeterminowany powiedzieć, iż moja młodość w znakomitej większości opierała się o sport, jednak w obecnych, jawiących się jako wyścig szczurów czasach prawie nie mam na będący dawką zdrowia wysiłek fizyczny przysłowiowych pięciu minut. I wiecie co? Do tej pory chęć posiadania przyzwoitego roweru przez cały czas gdzieś w zakamarkach szarych tylko się tliła, a po osobistym zderzeniu ze sprawiającymi wiele frajdy łatwo dostępnymi nowinkami technicznymi w tematyce rowerowej z maleńkiej iskierki zrobił się prawdziwy, pozwalający upiec pieczeń zwaną „solidny rower dla mnie i małżonki” żar.

Kończąc ten krótki przegląd opisywanej imprezy chciałbym podziękować organizatorowi i zaproszonym gościom za jej bardzo ciekawą tak sportową, jak i merytoryczną oprawę. O co chodzi? Nic nadzwyczajnego. Po prostu fajnie jest, gdy po spędzonych podczas zwiedzania i zgłębiania oferty danego producenta kilkudziesięciu minutach znajdzie się miejsce na wytchnienia przy kawie lub wywiadzie z przywołaną kilka linijek wcześniej legendą interesującego nas działu życia codziennego. A gdyby tego było mało, w pakiecie tegorocznej imprezy znalazł się jeszcze podnoszący poziom adrenaliny pokaz powietrznej akrobacji rowerowej. Nadal mało? Proszę bardzo. Przecież już o tym  wspominałem. Kwintesencją wszystkiego co wyartykułowałem, za sprawą rozstawionych przy wejściu na targi kilku wiodących na naszym rynku marek udostępniających wysokiej klasy rowery była możliwość osobistego przymierzenia się do bicykla dla wielu z przyczyn cenowych będącego jedynie  w sferze marzeń. I za tę ofertę jeszcze raz składam pomysłodawcy szczere gratulacje.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

THIXAR Silent Feet Basic

Opinia 1

Po emocjach jakie wzbudziła recenzja Eliminatora uznaliśmy, że do tematu walki ze szkodliwymi, pasożytniczymi wibracjami warto co jakiś wracać. Nie chodzi bynajmniej o to, że mamy na tym punkcie jakąś niezdrową obsesję, czy też inną fobię, lecz wystarczająco długo zajmujemy się tematyką audio, żeby powyższe zagadnienia ignorować. Ponadto okazuje się, że coraz częściej z pomocą czasem nawet niemal niezauważalnych akcesoriów jesteśmy w stanie nie tylko znacząco poprawić brzmienie naszych systemów, co i pójść na pewne ustępstwa na rzecz płci pięknej dotyczące aranżacji naszej wspólnej przestrzeni życiowej. Doskonale bowiem zdajemy sobie z Jackiem sprawę jakimi szczęściarzami jesteśmy i jak tolerancyjne, wyrozumiałe są nasze „Piękniejsze Połowy” ze stoickim spokojem obserwujące przejawy naszego hobby z obecnością specjalistycznych mebli włącznie. Niestety część zakażonej audiophilią nervosą populacji musi godzić się na mniej, bądź bardziej bolesne kompromisy skutkujące ustawianiem posiadanych systemów na stolikach, komodach i szafkach niekoniecznie do tego celu przeznaczonych. Z resztą bądźmy szczerzy – niezależnie od tego na którym etapie naszej podróży do audio-nirwany się znajdujemy zawsze można co nieco w brzmieniu naszego systemu poprawić, dopieścić i wymuskać. Żeby jednak przy okazji nie wydawać na tego typu „kosmetykę” fortuny warto rozejrzeć się za … wspomnianymi akcesoriami. Jak sami Państwo widzą jakby do tematu nie podchodzić prędzej czy później i tak i tak z tematyką wszelakiej maści antywibracyjnych ustrojstw trzeba stanąć oko w oko.  Aby jednak takie spotkania nie przypominały randki w ciemno, bądź szukania przysłowiowej igły w stogu siana i mówiąc wprost przy okazji nie wtopić przedstawiamy kolejną propozycję z ww. obszaru, czyli  stopy antywibracyjne THIXAR Silent Feet Basic.

THIXAR Silent Feet Basic to dość ciężkie i perfekcyjnie wykonane okrągłe nóżki dostarczane w kompletach po cztery sztuki w eleganckich, wyściełanych miękka gąbką drewnianych puzdereczkach ozdobionych firmowym logotypem. Dokonując ich analizy organoleptycznej gołym okiem można dostrzec iż składają się dwóch współosiowo zespolonych walców, z których jeden, z przyklejonym na spodzie oringiem stanowi podstawę, a drugi – górny, wchodzi w niego niczym tłok w cylinder. W płaszczyźnie roboczej owych tłoków wykonano nagwintowane otwory umożliwiające wkręcenie Thixarów w miejsce standardowo zamontowanych w naszych urządzeniach nóżek, bądź w wersji mniej inwazyjnej dokręcenie ich bezpośrednio do tych fabrycznych, co jednakże pozwolę sobie odradzić. Jak widać na powyższych zdjęciach do testów otrzymaliśmy dwie, z dostępnych trzech, wersji kolorystycznych, czyli TSFB-y wykończone na satynowy mat i polerowane a do kompletu zabrakło jeszcze czarnego matu, który w ofercie niemieckiego producenta też jest osiągalny. O ile jednak szata wzornicza na brzmienie wpływu nie ma, to podczas podejmowania decyzji związanej z nabyciem jednego, bądź nawet kilku kompletów TSFB-sów warto zwrócić uwagę z jakimi obciążeniami będą finalnie pracowały. Jest to o tyle istotne, że do wyboru mamy dwie opcje – „-20” i „ 20+”, z czego pierwsza oferuje udźwig do 20 kg na stopę a druga od 20 do 60 kg, co oznacza że nawet z niemalże ćwierćtonowymi monstrami powinny dać sobie radę.

Jeśli chodzi o budowę wewnętrzną trudno cokolwiek konkretnego powiedzieć, oprócz tego czym dzieli się sam producent a jest tego naprawdę niewiele. Jedyne bowiem, co można z lakonicznych materiałów wyłowić, to to, że konstrukcja jest wielowarstwowa a proporcje pomiędzy poszczególnymi materiały dobierane są nie tylko z uwzględnieniem częstotliwości jakie mają „wygaszać”, ale i obciążeń z jakimi przyjdzie im pracować. Jeśli jednak poświęcimy dosłownie chwilkę na małe internetowe śledztwo kilku rzeczy można się domyślić. Otóż jeszcze gdzieniegdzie  (m.in. nawet na niedostępnej z menu głównego, lecz nadal aktywnej podstronie producenta) można natrafić na projekt o diametralnie innej postaci. Zamiast eleganckich, metalowych walców wygląd TSF-sów (bez dopisku Basic) budził nieodparte skojarzenia z …  błękitnymi „sadzonymi jajkami” (GMO? ;-)) serwowanymi na drewnianych, adekwatnych kształtem spodeczkach, z tym tylko zastrzeżeniem, że zamiast biało-żółtego wsadu białkowego stosowano błękitno-niebieskie żelowe plastry asymetrycznie wklejone w drewniane łupiny. Zgodnie z ówczesnymi zapewnieniami właśnie takie nieregularne kształty miały zapewniać eliminację fal stojących a sama struktura żelowych plasterków tłumić wibracje. Jak to wygląda obecnie nie mam niestety bladego pojęcia a nie czując chęci dokonywania destruktywnego procesu wiwisekcji mogłem jedynie domniemywać, że coś z wcześniejszych pomysłów się ostało a zmianie uległ jedynie projekt plastyczny i użyte do budowy korpusów materiały. Za potwierdzenie powyższych domniemywań można uznać fakt, iż dostarczone przez CORE Trends – dystrybutora marki, stopki charakteryzowały się pewną sprężystością, co wskazywało, że pomiędzy współosiowo zespolonymi walcami znalazło się miejsce na jakiś elastomer, bądź inny żelowy czynnik tłumiący.

O ile jednak zagadnienia natury technicznej spowija mgła tajemniczości o tyle aspekt wpływu THIXAR Silent Feet Basic na brzmienie urządzeń na nich ustawianych był całkowicie i bezdyskusyjnie słyszalny oraz oczywisty. Nawet biorąc poprawkę na fakt, iż na potrzeby praktycznie każdej recenzji obserwowane podczas odsłuchów opisywanych urządzeń i akcesoriów zmiany są w oczywisty sposób przez nas wyolbrzymiane i przejaskrawiane, to  w tym wypadku trzeba byłoby mieć poważny ubytek słuchu, żeby Thixarów w torze nie zauważyć. Korzystając ponadto z faktu, iż otrzymaliśmy dwa komplety stópek mogliśmy nie tylko zweryfikować jak TSFB-sy sprawdzają się pod źródłami a następnie pod amplifikacją, lecz również stosować kompletną kurację aplikując je w obu miejscach jednocześnie. Od razu rozwieję ewentualne obawy dotyczące tego, czy przypadkiem takie pełne „othixarowanie” nie objawi się zbyt dużym stężeniem „cukru w cukrze”. Nic z tych rzeczy, gdyż zasadą działania niemieckich stopek jest nie poprawianie ideału/wzorca a usuwanie jego zaburzeń i zniekształceń poprzez możliwie skuteczną eliminację czynników je wywołujących, czyli w tym przypadku drgań. W telegraficznym skrócie można powiedzieć, że mamy do czynienia z efektem znanym już z Eliminatora, lecz w dość wyraźny sposób zintensyfikowanym. O ile bowiem w przypadku „Cegły” pierwsze wrażenie dotyczące wolumenu generowanego przez nasz system dźwięku ze szczególnym uwzględnieniem jego najniższych składowych mogło sprowadzać, się do stwierdzenia, że wraz z poprawą kontroli idzie pewna kumulacja, kondensacja objętości poprzez wzrost jej gęstości, to tym razem wolumen pozostaje nietknięty. Zarówno rozmiary sceny, jak i gabaryty źródeł pozornych nie ulegają bowiem zmianom a modyfikacji, czytaj poprawie, ulega jedynie ich wyrazistość i stabilność. Wyeliminowaniu, dalszemu jeśli równolegle używamy cegły a dramatycznemu, jeśli dopiero zaczynamy przygodę z ofertą Thixara, poddawane zostaje pewne rozedrganie – migotanie rozgrywającej się przed naszymi uszami prezentacji. Posługując się semantyczną hiperbolą można byłoby odwołać się do zwiększenia częstotliwości odświeżania w ekranach, dzięki czemu całość jest bardziej klarowna i nawet wielogodzinne sesje nie męczą oczu … znaczy się uszu. W efekcie największą poprawę zauważymy w domenie rozdzielczości – oprócz wspominanej stabilności konturów i wyrazistości faktury wypełniającej jej tkanki bardziej namacalne stają się wydarzenia drugo i trzecioplanowe, lecz nie poprzez ich ordynarne wypchnięcie i spłycenie sceny, lecz poprzez zdecydowanie łatwiejszy wgląd w głąb samego nagrania i swobodną, niczym nieograniczoną eksplorację dalszych planów. Weźmy na ten przykład album „Afro Bossa” Duke’a Ellingtona, gdzie m.in. w utworach „Absinthe” i „Sempre Amore” brzydko mówiąc perkusjonalia „robią klimat” i choć wcale nie wyrywają się na pierwszy plan im wyraźniej jesteśmy w stanie je dostrzec, tym obraz wydaje się pełniejszy. Delikatna praca palców na bongosach, szelest przeszkadzajek to wszystko widać jak na dłoni, lecz nienachalnie a ze smakiem, idealnie wkomponowane w całość i ową całość współtworzące. Po prostu wybornie.
Jednak aby poczuć zbawienny wpływ Thixarów wcale nie trzeba ograniczać się do wymuskanego jazzu, czy audiofilskich samplerów, gdyż nawet w cięższym repertuarze, do którego spokojnie możemy zaliczyć „13”-kę Black Sabbath gdzie dostojne, monumentalne i wgniatające w fotel intro „God Is Dead?” brzmi jeszcze brutalniej i bardziej apokaliptycznie. Z resztą na z TSFB w torze cały powyższy krążek brzmi jakby Rick Rubin podczas jego realizacji podpisał pakt z samym Panem Piekieł, bo głos Ozzyego zachwyca niesamowitą i dawno niesłyszaną siłą i świeżością, Tonny Iommi szyje na swym wiośle jakby znów miał dwadzieścia parę lat i wespół z grzmiącym na basie Geezerem Butlerem tworzą przecudnej urody piekielny spektakl. Spektakl, w którym nawet człowiek z zewnątrz, czyli Brad Wilk na perkusji idealnie wpasował się w klimat. Tutaj, czysto teoretycznie nie powinno być miejsca na cyzelowanie dźwięków, delektowanie się niuansami i zachwyt nad iście audiofilskim planktonem, lecz jeśli tylko uda się Państwu zaimplementować tytułowe stopki w waszych systemach włączcie sobie „Zeitgeist” a potem, kiedy zachwyt nieco zelżeje możecie złapać oddech, zadzwonić do dystrybutora, poprosić o finalizację transakcji i wystawienie faktury.

THIXAR Silent Feet Basic nie dość, że nie kosztują majątku, wyglądają nienachalnie ( szczególnie w macie) i w wersji 20+ podołają nawet prawdziwym monstrom, to w dodatku działają w sposób jednoznacznie pozytywny. Jednak w przeciwieństwie do lwiej części dostępnej na rynku konkurencji one nie modelują, nie podkręcają dźwięku a jedynie sprawiają, że to co słyszymy zbliża nas do tego, co zostało w materiale źródłowym zapisane. Bardzo możliwe, że w czasach, gdy króluje cukierkowa sztuczność, silikony, kolageny i inne botoksy takie podejście może wydawać się nieco anachroniczne, ale nie wiem jak Państwo, lecz osobiście wolę na co dzień obcować z piękną kobietą o urodzie „au naturel” aniżeli z chodzącą reklamą chirurgii kosmetycznej. Z tego samego powodu mając komuś polecić akcesoria, które po prostu leczyć będą przyczyny, źródła problemów a nie maskować objawy w pierwszej kolejności skierowałbym Waszą uwagę właśnie na Silent Feet Basic Thixara.

Ps. Jeśli poruszony w powyższym tekście temat Państwa zainteresował proszę zbytnio nie oddalać się „od odbiorników”, gdyż już niedługo będziemy mieli przyjemność podzielić się z Wami obserwacjami zebranymi podczas użytkowania platformy Thixar Silence Plus Platform .

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audio Analogue Maestro Anniversary; Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Z osobistego, zdobytego podczas niezliczonych wizyt u znajomych audiofilów doświadczenia jestem skłonny stwierdzić jednoznacznie, iż sprawa odseparowania naszych zestawów audio od szkodliwych wibracji otoczenia dla większości populacji miłośników dobrej jakości dźwięku jest czymś bardzo ważnym. Owszem, każdy ze wspomnianych gospodarzy przeciwdziała wibracjom na miarę swoich możliwości czy to finansowych, czy negocjacyjnych w kwestii wyglądu gdy sprzęt jest ozdobą salonu, ale jedno jest pewne, mamy co najmniej dwa sposoby okiełznania mikro trzęsień ziemi otaczającego nas świata. Oczywiście, gdy się dobrze wgryźć w temat, znajdziemy pełen wachlarz swoistych myków rozwiązujących wspomniany problem, ale wydaje mi się, że odprzęganie i dociążanie (wliczyłbym w to również zwiększanie masy urządzeń) są głównymi nurtami tej odwiecznej walki. Zatem reasumując przytoczone słowa mam przyjemność zaprosić wszystkich na kilka strof o produktach niemieckiej marki Thixar, która w trosce o nasz dobry odbiór muzyki postanowiła przygotować do swojego portfolio kilka związanych z zadanym tematem rozwiązań. Z racji tego, że nasi zachodni sąsiedzi stosunkowo niedawno zaproponowali nam ciekawie wypadający w końcowych wnioskach test zwiększającej masę urządzenia w odpowiednio wyselekcjonowanym miejscu kolokwialnie mówiąc ubranej w polerowaną stal „cegły” Thixar Eliminator , tym razem padło na ustrój  izolujący sprzęt audio od stolika w postaci podstawek antywibracyjnych dumnie nazwanych „Thixar Silent Basic”. Wieńcząc wstępniak chciałbym dodać, iż owe magiczne krążki dostarczył do redakcji łódzki CORE trends.

Idąc za określeniem rozbiegówki tytułowy zestaw anty-drganiowy podchodząc do tematu konstrukcji jedynie od strony wizualnej jest banalnym, w praktyce elastycznym  połączeniem dwóch różnych gabarytowo płaskich walców. Jednak próba zagłębienia się w konstrukcję z punktu widzenia użytych komponentów pokazuje, iż temat nie jest taki prosty, jak się wydaje. Mamy bowiem do rozwiązania kilka kwestii. Jedna, to odpowiedni dobór grubości poszczególnych, współpracujących z podłożem i separowanymi urządzeniami metalowych płaskich krążków powierzchni nośnych. Druga, użyty do ich wykonania materiał. Trzecia zaś, stawia nam chyba największy problem, czyli decyzję w sprawie skuteczności izolacji, za którą idzie dobór zastosowanych do jej realizacji półproduktów elastycznych . Proste? Proste. Ale zapewniam Was, diabeł tkwi w szczegółach. Gdy podczas lektury tekstu rzucicie okiem na załączone fotografie, okaże się, iż producent idąc za potrzebami wizualnymi potencjalnych klientów (przecież to są nasze ołtarzyki) proponuje trzy wykończenia rzeczonych SFB w postaci spokoju szarej matowości, chwytającego za oko błysku polerowanej stali i matowej czerni (której akurat nie otrzymaliśmy). Do wyboru, do koloru. Ostatnim znakiem pewnej ekskluzywności jest  – pamiętajmy, że dziwnym trafem temat wibracji rozstrzygamy po dojściu do zadowalających nas efektów sonicznych często traktując realizujące tę sprawę dodatki  jako biżuteria – będąca punktem zbiorczym tytułowych stopek wyściełana gąbką drewniana skrzyneczka.

A co takiego majstrują w temacie dźwięku tytułowe bohaterki? Na wstępie zaznaczę, że swoje obserwacje przekazuję osobnikom zgłębiającym temat wygaszania wibracji, a nie zatwardziałym przeciwnikom – niestety brak decyzji próby na własnym organizmie powoduje, że jest ich spora liczba. Po aplikacji w zestaw audio testowane podstawki Thixar’a ciekawie dociążają przekaz muzyczny. Jednak robią to w stylu pokolorowania świata, a nie jego duszenia. Dlaczego tak twierdzę? Takie przekonanie wynika z jedynie symbolicznego dotknięcia i tonizacji wysokich tonów, a nie ich degradacji potocznie zwanej muzykalnością. W tym przypadku przy wyważonej dodatkowej dawce wypełnienia na środku i w dole pasma akustycznego górne rejestry spinając dźwięk w jeden spójny pomysł soniczny ograniczając się jedynie do wprowadzenia w nim spokoju. Wydarzenia na wirtualnej scenie muzycznej nadal tryskają pakietem witalności, ale w lekko osłodzonej estetyce odbioru. To zawsze odbierane jest jako coś przyjemnego i gdy nawet u mnie, czyli teoretycznie niepotrzebującego takich dodatkowych artefaktów osobnika prezentacja wypadała nader ciekawie (mam to w pakiecie startowym), to z autopsji wiem, iż wiele zestawień wręcz na to czeka. I nie mówcie mi, że tak  nie jest, bo aby negować takie postawienie sprawy prezentacji świata naprawdę trzeba być mocno sfokusowanym na szybkości graniczącej z analitycznością dźwięku. Z racji bycia Silent Feet Basic ostatnim ogniwem układanki nie będę zagłębiał się w pokazywanie palcem, jak wypadają na konkretnych propozycjach płytowych, tylko skrótowo zaznaczę, iż bez względu na rodzaj słuchanej muzyki zawsze wnosiły coś ciekawego do rozgrywanego w moim salonie wirtualnego przedstawienia. A co oznacza magiczne „coś”? To proste. Raz pomagało cierpiącym na anoreksję tworom nutowym przybrać barwowej dostojności. Innym razem teoretycznie zrównoważony świat pokazać w przecież uwielbianych przez nas barwach złotej polskiej jesieni. Ale jedno mogę powiedzieć na pewno, w mojej, już  bardzo gęstej sonicznie układance ani razu nie odnotowałem uczucia zamulenia dźwięku. To było bardzo wyważone przesunięcie jego estetyki wysycenia o oczko niżej i nic poza tym. Tak więc, jedynie osobista konfrontacja jest w stanie powiedzieć, czy swoje kroki powinniście skierować właśnie w stronę tytułowych podstawek marki Thixar. Innej drogi nie ma.

Jak to zwykle bywa, temat wibracji i ich eliminacji ma za zadanie delikatnie uspokoić, a nie kolokwialnie mówiąc zamulić generowany przez nasze zestawienia dźwięk. Chcąc nie chcąc, właśnie tą drogą w założeniach produkcyjnych pragnęli pójść producenci z Niemiec. I po tym spotkaniu muszę przyznać, ze przy całym zalewie rynku przez pozornie pomagające, a w efekcie mordujące dźwięk komponenty pomysłodawcy z tytułowej stajni zrobili dobrą robotę. Owszem, podkręcają gałkę koloru, masy i słodyczy, ale na szczęście bardzo szlachetnie, co pokazała bardzo czuła na nadmiar podobnych, w efekcie często szkodliwych poczynań redakcyjna układanka.

Jacek Pazio

Dystrybucja: CORE trends
Ceny:
Silent Feet Basic P (stal polerowana): 2 015 PLN
Silent Feet Basic M (stal mat): 1 603 PLN
Silent Feet Basic M Bl (czarny mat): 1 832 PLN

Dostępne kolory: stal nierdzewna mat, stal nierdzewna polerowana, czarny matowy
Średnica: 50 mm
Wysokość: 24 mm
Wersje wg. obciążenia: -20 (0-20 kg), 20+ (2-60 kg)

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audiovector SR6 Avantgarde Arreté

Link do zapowiedzi: Audiovector SR6 Avantgarde Arrete

Opinia 1

Gdy stosunkowo niedawno gościłem u siebie nieco mniejszy gabarytowo, a co za tym idzie oferujący nie do końca spełniający zapotrzebowanie na wolumen dźwięku mojego pomieszczenia zestaw kolumn Audiovector Signature SR3 , już wówczas słychać było drzemiący w konstrukcjach tej stajni potencjał. To oczywiście był nieco inny zbiór przetworników, ale po obecnie relacjonowanym okresie testowym zdecydowanie większych rozmiarowo i bardziej zaawansowanych technicznie produktów stwierdzam, iż pomysłodawca bez względu na linię w swoim portfolio konsekwentnie kroczy drogą  swobodnego, pełnego chęci do życia, a przez to energetycznego grania. Ok. nie będę dalej owijał w bawełnę, tylko zaproszę Was do lektury w miarę treściwego opisu opiniowanych w ostatnim czasie kolumn duńskiej marki Audiovector, która tym razem postanowiła wystawić do walki zdecydowanie większe konstrukcje w postaci modelu SR6 Avantgarde Arrete. Co prawda kończącym wstępniak, ale z punktu widzenia zainteresowanego testowanymi bohaterkami konsumenta ważnym tematem wydaje się być informacja, iż wizytę przywołanych przed momentem duńskich modelek w mojej samotni zawdzięczamy cieszyńskiemu Voice’owi.

Tytułowe Dunki będąc przedstawicielkami półki premium, są ostoją piękności. Wykończone w połyskującym lakierze, dość wysokie (ok. 120 cm), za sprawą wąskiego frontu przyjemnie smukłe i ubrane w biżuteryjną oprawę zaaplikowanych przetworników znacząco podnoszą tak ważny w projekcie małżeńskim współczynnik WAF. Całości emanacji ekskluzywnością dopełniają: umożliwiająca odprowadzenie tłoczonego w podłogę przez głośnik niskotonowy, przypominająca rybie skrzela podstawa, bogato wyglądające, usadowione na  srebrnej platformie z tabliczką znamionową potrójne terminale przyłączeniowe i usytuowane na szczycie przedniej ścianki logo marki. I gdy spojrzycie na załączone fotografie, okaże się, iż w pierwszych dwóch zdaniach udało mi się oddać prawie całość niezbędnych organoleptycznych informacji. Jednak słowo „prawe” nie oznacza pełnego pakietu danych. Oprócz wrodzonego zewnętrznego piękna SR6-ek bardzo ważnym dla unikania szkodliwych rezonansów w ich wnętrzu jest kształt obudowy. Ta ze wspomnianej wąskiej płaszczyzny frontu płynną kreską podążając ku tyłowi najpierw delikatnie nabiera gabarytów, by potocznie zwane plecy wykończyć łukiem o małej średnicy. Ostatnim designersko – konstruktorskim szlifem jest aplikacja zespołu przetworników z dwoma portami bas refleksu na swoistej, zajmującej dwie trzecie górnej części frontu, wykończonej w nieco innym odcieniu szarości platformie i wykonana w podobnej kolorystyce, spinająca tył kolumny obła kształtka. Dla uzupełnienia czysto testowych informacji dodam, iż widoczne na zdjęciach platformy pod kolumnami nie są ich integralnymi częściami, tylko ofertą innego, w tym wypadku bardzo dobrze współpracującego sonicznie producenta (Townshend Audio Seismic Podium).

Rozpoczynając część merytoryczną i obrazując natychmiastowe skutki przesiadki z głośników papierowych posiadanych na co dzień austriackich kolumn T&F na zaaplikowane w testowanych Duńczykach jestem zobligowany powiedzieć, iż to co osobiście lubię, a niestety wielu uważa za szkodliwe podkolorowanie, czyli tak zwane lekko nosowe granie celulozy odchodzi w niebyt. Dźwięk nabiera wyrazistości i ogromnej witalności w każdym zakresie, co już podczas planowania ewentualnego ożenku z produktem Audiovector’a wymusza umiejętny dobór okablowania. Dlaczego? To proste. Każda pozostawiona sobie, a przez to niekontrolowana frywolność jakiegokolwiek podzakresu z marszu obróci się przeciwko nam w postaci nienaturalnej nadpobudliwości. Owszem, w początkowej fazie słuchania będziemy zaskoczeni otwartością dźwięku, ale po kilku dniach okaże się to męczące. Dlatego też podczas konfiguracji testowej naszych bohaterek z Półwyspu Skandynawskiego mimo posiadania pełnej oferty kabli Harmonix i Tellurium Q, podczas sesji oceniania postawiłem na fantastycznie brzmiące głośnikowe druty amerykańskiego Transparenta model OPUS. Po tym ruchu dźwięk sie wyrównał, nabrał łagodności i fajnego koloru, a to pozwoliło mi, z dużą przyjemnością przyjrzeć się, jak z trudnym materiałem muzycznym radzą sobie oczekujące na werdykt szare eminencje ze stajni Audiovectora. Efekt? To nadal był pełen wigoru przekaz, z tą tylko różnicą, że całość pracowała w delikatnie uformowanej na moją modłę firmowej estetyce. Oczywiście to nie było już tak ciemne, jak potrafią moje kolumny granie, ale otrzymałem dobrze osadzoną w barwie średnicę, nieco bardziej niż bym oczekiwał tego na co dzień doświetlone górne pasmo (nie chciałem zabijać ważnego dla świeżości dźwięku oddechu, dlatego postawiłem na nieco więcej swobody) i  solidną podstawę basową (to zasługa bijącego w podłogę niskotonowca. Naturalnym jest, że takie usytuowanie przetwornika basowego spowodowało delikatne zaokrąglenie krawędzi tego zakresu, ale nie przejmowałem się tym specjalnie, gdyż przesiadałem się z prawie 40-to centymetrowej miednicy i  realnie patrząc nie było innej możliwości, jak taki mój odbiór szukania ilości basu przy pomocą współpracy membrany z podłogą. To są ściśle związane z szerokością przedniej ścianki kompromisy i jeśli chcemy – gdy będzie tego wymagał materiał muzyczny – zanotować w pokoju małe trzęsienie ziemi, a żona nie pozwoli nam wstawić do salony wielkich szaf gdańskich typu T&F ISIS, nie mamy innego wyboru. Koniec kropka. Wieńcząc ten skrótowy research dźwięku SR6-ek powiem tak, to jest bardzo równa, odważnie idąca w stronę neutralności, ale nie zapominająca przy tym o wysyceniu średnicy, bardzo angażująca nas podczas mitingów muzycznych firmowa propozycja soniczna. I według mnie tylko będący podstawowym repertuar muzyczny w postaci muzyki dawnej (o tym w dalszej części tekstu) może skierować nabywcę na inną drogę. Reszta, nawet będący dla wielu wyznacznikiem jakości nagrywania muzyki jazz spod bandery ECM, jeśli ktoś w odróżnieniu ode mnie nie jest sfiksowany na barwę niemalże ponad wszystko, nie powinien odczuwać braku magii podczas użytkowania Audiovectorów SR6. Ok, wystarczy tych osobistych wynurzeń i przybliżmy sposób prezentacji szóstek na kilku przykładach płytowych. Na początek do napędu cedeka powędrowała muzyka rockowa grupy Coldplay z płyty „X&Y”. Wspomniani panowie podczas tego wydarzenia muzycznego wyraźnie pokazali, że owa pozostawiona w lekkiej swawoli góra pasma w takim gatunku muzycznym potrafi nadać nie do końca idealnym realizacjom coś na kształt pożądanej dawki życia poszczególnych instrumentów. Może bez papierowej magii, ale nadal gęsty środek pozwalał front menowi na odgrywanie zaplanowanej roli, co oznacza, że nie ginął w natłoku instrumentarium, tylko stał na straży wyraźnego artykułowania swoich partii nutowych. Dochodząc do dolnego zakresu wspomniana gdzieś wcześniej jego grubsza kreska nie zgłaszała w tym przypadku żadnych problemów, a skłaniałbym się nawet do stwierdzenia, że dostawałem więcej muzyki w muzyce. Nie wiem, jak to odbierzecie, ale chyba przyznacie, iż czasem coś teoretycznie nie do końca poprawnego od strony technicznej potrafi tchnąć w dany projekt trochę ducha i tak stało się w tym przypadku. Kolejnym przykładem będzie Jon Balke z płytą „Batagraf”. To mimo oferowania sporej dawki elektronicznych sampli jest ciężki do odtworzenia materiał i gdy przyjrzeć się całościowo, swoboda wysokich tonów oraz zakres środka wypadły nader dobrze, jednak w tym przypadku za sprawą obfitego zakresu basu, niskie pomruki trochę rozlewały się po podłodze. Nie było to może bardzo doskwierające doświadczenie, gdyż jest to przecież sztucznie generowana muzyka, ale słyszałem tę płytę z lepszą kontrolą tego zakresu. Ale jak powiedziałem, mamy do czynienia z elektroniką, a ta rządzi się swoimi prawami realizacyjnymi od strony artysty i odbiorczymi od strony słuchacza, dlatego zanim podejmiecie ostateczną decyzję, musicie sprawdzić ten aspekt sami. Na koniec zostawiłem sobie mojego konika, czyli nikogo innego, tylko John’a Pottera i jego krążek „Romaria”. Powolne frazy muzyczno wokalne pozwalały mi wyłapać nawet najdrobniejszą, inną niż słyszałem dotychczas manierę grania. I wiecie co? Patrząc na to z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że coś było źle. W wartościach bezwzględnych zgrało dobrze, ale z kilkoma według  mnie, nie do końca oczekiwanymi niuansami sonicznymi. Zanim jednak dojdę do opisu niedociągnięć, jako kontrapunkt tego wycinka tekstu powiem tylko, że wąski front duńskich SR szóstek ewidentnie pokazywał, jak łatwo dzięki takiej konstrukcji osiągnąć wzorową przestrzeń międzykolumnową z jej idealnymi parametrami szerokości, głębokości i swobody lokalizacji źródeł pozornych. To był ewidentny pokaz swoich najlepszych walorów. A co w takim razie doskwierało mi podczas zderzenia tytułowych kolumn z muzyką barokową? Głownie chodzi o utratę realiów brzmienia klarnetu basowego, który z moich opartych o celulozę przetworników nie tylko pokazywał z czego wykonano jego stroik, ale również dość ciemną, mocno nosową naturę jego wybrzmiewania. A tego z racji żywiołowości góry i braku celulozowej naleciałości membran głośników bohaterki testu nie miały szans oddać. Jeśli chodzi o dół pasma, fakt, pogrubienie rysunku tego instrumentu było odczuwalne, ale nie tak jak w elektronice, ale w zamian dawka masy w dźwięku ciekawie wzmacniała wokal firmującego ten krążek artysty. Tak więc tutaj remis ze wskazaniem na moje. Wiem, wiem, jestem sfiksowany, ale muszę pokazać, że nie ma rzeczy do wszystkiego i gdy w jednym coś jest bardzo dobre, zawsze znajdziemy materiał muzyczny, który obnaży może nie niedociągnięcia, ale na pewno odstępstwo od ogólnej prawdy. Tutaj małe usprawiedliwienie. To co napisałem, jest jedynie pokazywaniem pewnego stanu rzeczy, a nie złośliwym punktowaniem bezbronnego aplikanta do oceny i czynione tylko dlatego, aby w pewien sposób Was zaintrygować, a nie zniechęcić. Jeśli pisałbym o czymś w samych superlatywach, zalatywało by nudą, a tak różne w zależności od repertuaru wnioski są w stanie zmotywować nawet najbardziej zatwardziałego malkontenta.

To co się stało się podczas zabawy recenzenckiej, czyli w pełni wystarczający dla mojego pomieszczenia wolumen dźwięku kolumn  SR6 Avantgarde Arrete  był grubymi zgłoskami wpisany w oczekiwania przed-testowe. Nie sądziłem tylko, że trochę pozwalająca sobie dzięki przetwornikowi AMT na nieco więcej niż mam na ogół góra pasma gdy tego wymagał materiał, w większości przypadków będzie umiała się dostosować. Owszem, znalazłem pogromcę jej poczynań, ale weźcie pod rozwagę, mój całkowicie inny pakiet oczekiwań od kolumn i fakt słuchania muzyki dla tetryków. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, iż analiza powyższego testu prowadzi do jednego, bardzo prostego wniosku – „To są kolumny do żywiołowego grania, a nie wsłuchiwania się w wypełniający swoim dźwiękiem pusty kościół pojedynczy instrument”. Ale i tutaj wszystkich chciałbym uspokoić, gdyż taką muzykę Dunki również dobrze zagrają, ale trzeba być świadomym, że jak to zwykle bywa, czasem da się lepiej.

Jacek Pazio

Opinia 2

W branży audio, czyli w obszarze, którego przejawami działalności żywo się interesujemy można zauważyć dwa modele biznesowe dotyczące rozwoju oferty. Pierwszy – szczególnie popularny w segmencie budżetowej elektroniki użytkowej i kina domowego, opierający się na dość wyraźnym akcentowaniu wprowadzanych poprawek i udoskonaleń poprzez zmianę numeracji, bądź nawet nazw poszczególnych modeli w interwałach rocznych, oraz drugi, nieco mniej dynamiczny – oparty na sukcesywnej ewolucji i jeśli zmiany są poważniejsze, lecz mieszczące się w ramach danego projektu, to jedynie sygnalizowanie ich poprzez stosowne przypisy w stylu Mk.II, etc. Oba modele biznesowe mają oczywiste zalety, lecz nie pozbawione są również pewnych niedogodności, gdyż każdorazowo, przy chęci przesiadki o oczko, bądź dwa wyżej trzeba się nieco nagimnastykować z „utylizacją” posiadanego egzemplarza. Najwidoczniej stres związany z poszukiwaniem nowego domu dla swoich ukochanych zabawek dosięgł również Duńczyków, którzy będąc narodem niezwykle twórczym i pomysłowym (vide klocki Lego) postanowili coś z tym faktem zrobić i po zapewne niezwykle intensywnym procesie „tentegowania w głowie” wymyślili Koncepcję Indywidualnej Rozbudowy, czyli IUC (INDIVIDUAL UPGRADE CONCEPT). Cały myk tego rozwiązania polega na tym, że kupując nawet najniższy model z danej serii bez problemu możemy z biegom czasu rozbudować go do wersji najwyższej. O kim mowa? Oczywiście o duńskim Audiovectorze, który właśnie w ten sposób od 1996 r. uszczęśliwia i dopieszcza rzeszę swoich klientów. Tym razem jednak nie będziemy przechodzili produktowej ścieżki zdrowia i prowokowali bratobójczych sparringów pomiędzy poszczególnymi inkarnacjami skandynawskich kolumn, tylko od razu sięgniemy na niemalże sam szczyt i na warsztat weźmiemy  parkę SR6 Avantgarde Arreté. Czemu „tylko” niemalże? Cóż, może to nieco dziwne, ale po testowanych nie tak dawno, bo … w lutym ubiegłego roku (ależ ten czas gna),  filigranowych SR3 Signature , które ledwo zbliżały się do progu 20 000 PLN uznaliśmy, że przeskok na pułap niemalże 90 000 PLN, będzie wystarczający. Poza tym wychodzimy z założenia, iż warto mieć jakiś merytoryczny podkład, przygotowanie, osłuchanie w firmowych rozwiązaniach, by startować do flagowych R 11 Arreté, które producent łaskaw był wycenić na onieśmielające 760 000 PLN. Oczywiście nic nie mamy przeciwko temu, by koniec końców i 11-ki zawitały w naszym OPOSie, ale audio to nie wyścigi i tego typu przyjemności warto sobie z umiarem i rozsądkiem dozować.

Jak z pewnością nasi wierni Czytelnicy pamiętają z szóstkami mieliśmy już okazję się spotkać, lecz kontakt ów był natury wyjazdowej i miał miejsce, niemalże dwa lata temu podczas wrocławskiego Audiofila. O ile jednak wtenczas dystrybutor marki – cieszyński Voice zaprezentował parę wykończoną klasycznym fornirem African Rosewood Piano, to tym razem w nasze redakcyjne progi zawitały kolumny w zdecydowanie bardziej nowoczesnym malowaniu – Piano Italian Grey. Nie będę w tym momencie silił się na udawadnianie wyższości jednej opcji wykończenia nad drugą a jedynie pozwolę sobie zauważyć, że najwidoczniej w tym sezonie na salonach królują połyskliwe szarości, gdyż zaledwie na przestrzeni miesiąca to już druga para kolumn, po Paradigmach Persona 3F, która właśnie w takim lakierze u nas zawitała. Mamy zatem stonowaną i z łatwością wkomponowującą się w praktycznie dowolne wnętrze elegancję, którą dodatkowo podkreślają montowane na magnesy maskownice. Oczywiście my z nich od razu zrezygnowaliśmy, co jak co, ale nie po to producent w pocie czoła pracował nad finezją i rozdzielczością tweetera, żeby później go (tweeter, nie producenta) przykrywać jakąś zasłonką ;-)

Zanim przejdziemy do bardziej szczegółowego opisu szaty wzorniczej pozwolę sobie zwrócić uwagę, iż w firmowej, szalenie ułatwiającej porównanie poszczególnych modeli i odmian tabeli jak na dłoni widać, że przydomek Avantgarde Arreté nadawany jest wyłącznie, posługując się młodzieżowym językiem, najbardziej „wypasionym” wersjom i o ile jeszcze w serii 3 mieliśmy do wyboru cztery stopnie wtajemniczenia – począwszy od Super, poprzez Signature i Avantgarde po właśnie Avantgarde Arreté, to już 6-ki są jedynie w trzech opcjach – rozpoczynających się od Signature a szczytowe R11-ki występują wyłącznie w wydaniu AA. Wracając jednak do zaimplementowanych w naszej parze autorskich rozwiązań nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły pozwolę sobie wymienić jedynie kilka z nich. W pierwszej kolejnością pewno warto zwrócić uwagę na schowany za precyzyjnie ponacinanym szyldem przetwornik AMT o ośmiokrotnie (!!!) większej powierzchni od klasycznej 25 mm kopułki przy jedynie 75% jej wagi. Dodając do tego zdolność pracy w zakresie częstotliwości 2 kHz-50 kHz robi się naprawdę ciekawie, a to przecież dopiero początek. Pozostałe, średnio i nisko-tonowe przetworniki powstają w kooperacji z Peerlesem i Scan-Speakiem w trosce o możliwie zerową kompresję wynikającą z magazynowania energii – technologia NES (No Energy Storage). Również sam kształt obudów nie jest przypadkowy, gdyż zbliżenie jego przekroju do kropli wody zapobiega powstawaniu szkodliwych wibracji, w czym pomaga obecność wewnętrznych absorberów, również same kosze przetworników mocowane są trzypunktowo. Nie zapomniano też o takich „drobiazgach”, jak wymrażanie w -238 °Celsjusza wszystkich miedzianych elementów.

Na pierwszy rzut oka można byłoby uznać 6-ki za zupełnie zwykłe dwu – dwu i pół drożne podłogówki. Na to właśnie wskazywałaby przecież inspekcja  frontów mogących pochwalić się jedynie dwoma 6,5” mid-wooferami i ukrytym za eleganckim, chromowanym szyldem wysokotonowcem AMT o wymiarach 35 x 27 mm. To tylko jednak pozory, gdyż oprócz wspomnianej trójki w trzewiach obudowy znajdziemy jeszcze jeden 6,5” basowiec, tym razem pełniący rolę dekompresyjną i skierowany ku podłodze, zamontowany w dolnej podstawie i otoczony ażurowym cokołem 8” woofer. W sumie mamy do czynienia z konstrukcjami czterodrożnymi z podziałem częstotliwości ustawionym odpowiednio na 80/350/2800 Hz.
Kroplopodobny kształt obudów, wąskie fronty i łukowato ponacinane cokoły sprawiają, że 6-ki prezentują się nie tylko elegancko, co całkiem niepozornie, więc nie ma obaw, aby przytłaczyły swoją obecnością nawet w niewielkich, oczywiście jak na nie, czyli ok. dwudziestometrowych pomieszczeniach. Ponadto, czego na zdjęciach może za bardzo nie widać jakość ich wykonania wręcz onieśmiela. One po prostu są swoistą wizytówką i zarazem potwierdzeniem stolarskiego mistrzostwa z jakiego od lat słyną Duńczycy. Równie imponująco przedstawia się zaokrąglony plastikowy profil stanowiący śladową ścianę tylną, na którym umieszczono wraz z dedykowanym płatem szczotkowanego aluminium iście biżuteryjne … potrójne terminale głośnikowe. W komplecie znajdują się oczywiście kolce, choć w ramach eksperymentu część odsłuchów prowadziliśmy również z użyciem platform Townshend Audio Seismic Podium.
Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że 6-ki Avantgarde Arreté zostały pomierzone i umieszczone w bazie Devialeta, więc jeśli tylko jesteśmy z posiadaniu którejś z tych ekskluzywnych „wag łazienkowych”, to wystarczy uaktywnić technologię SAM, by na własne uszy przekonać się co tak naprawdę w 6 AA drzemie. Na zachętę tylko dodam, że producent (Devialet) deklaruje, iż tytułowe kolumny są w stanie z pomocą SAMa zejść do 18Hz, co w porównaniu ze zmierzonymi „bez wspomagania” 34 Hz wygląda wielce obiecująco.

No dobrze, dość już tej techniczno-estetycznej beletrystyki. Przecież nie od dziś wiadomo, że dla rasowego audiofila wygląd jego „ołtarzyka” ma znaczenie co najwyżej drugorzędne i jedynie ze względu na zachowanie jako – takiej atmosfery w domu od czasu do czasu godzi się na pewne ustępstwa natury designerskiej. Całe szczęście w  przypadku Audiovectorów jedynie prehistoryczne, pochodzące z 1979r. Trapezy mogłyby budzić gwałtowny sprzeciw płci pięknej a obecną linię duńskich produktów naszym Paniom możemy pokazywać bez obaw, tym bardziej, że plik z cenami znajduje się w zupełnie innym miejscu.
Żarty jednak na bok, bo SR 6-kom daleko do braku powagi, czy naigrywania się ze słuchaczy. To kolumny cechujące się potężnym i masywnym dźwiękiem, jednak pozbawionym bezwładności maszyny do wyburzania lecz przy zapewnieniu im odpowiednio wydajnej amplifikacji karnie chodzącym przy nodze. Warto w tym momencie podkreślić, że mając zgrabnie rozdzielone sekcje basową, średniotonową i wysokotonową wielce kuszącą opcją wydaje się zaprzęgnięcie do pracy na dole pasma jakiejś mocarnej D-klasowej końcówki a średnicę i górę powierzyć konwencjonalnej – tranzystorowej, bądź nawet lampowej amplifikacji. W powyższych wnioskach utwierdził mnie odsłuch trip hopowego i naszpikowanego syntetycznymi pomrukami albumu „Collected” Massive Attack. Niby na Reimyo wszystko było OK, ale nie miałbym nic przeciwko gdyby japońskie wyrafinowanie i nasycenie ograniczyły się li tylko do górnych 2/3 pasma a najniższymi oktawami zajął się jakiś D-klasowy, ekologiczny atleta. Nie ma jednak co marudzić, bo całe moje powyższe utyskiwanie nie jest niczym innym jak li tylko szukaniem dziury w całym, żeby niniejsza recenzja nie wypadła zbyt cukierkowo a i sam dystrybutor czuł na karku presję związaną z nieuchronnie zbliżającym się momentem, gdy zasygnalizujemy chęć posłuchania 11-ek.
Za to już bez kręcenia nosem i szukania haków przebiegł odsłuch również niepozbawionego elementów elektronicznych „Tutu” Milesa Davisa, gdzie pulsujące partie basu wygrywane przez Marcusa Millera idealnie kontrastowały z rozdzielczą i lśniącą trąbką Czarnego Księcia, która dzięki zaimplementowanym przetwornikom AMT oscylowała na zupełnie innym, aniżeli z wyposażonych w klasyczne kopułki tekstylne konstrukcje poziomie. Na pochwałę zasługiwała też całkiem sugestywna przestrzeń i zdolność precyzyjnego zawieszenia w niej pozornych źródeł dźwięku. Co prawda w bezpośrednim porównaniu poprzeczkę jeszcze wyżej pod tym względem ustawiły „nieco” droższe Carmele YG Acoustics, ale tak jak już zdążyłem nadmienić chęć ich nabycia wiąże się z jeszcze poważniejszymi, aniżeli w przypadku Audiovectorów wydatkami a po drugie amerykańskie podłogówki są filigranowymi konstrukcjami dwudrożnymi a nie pięciogłośnikowymi duńskimi smokami, gdzie sklejenie takiego przetwornikowego galimatiasu w jedną całość jest nie lada wyzwaniem. Jednak niekoniecznie o dziwo, bądź jakimś cudem, lecz ciężko  pracując, wszystko skrupulatnie licząc a potem krytycznie przesłuchując Ole Klifoth i jego syn Mads osiągnęli upragniony efekt. Pasmo SR6 Avantgarde Arreté jest bowiem spójne, liniowe i homogeniczne, bez słyszalnych szyć pomiędzy poszczególnymi sekcjami, czy wyraźnego faworyzowania któregoś z podzakresów. Wyraźnego, gdyż w naszym systemie i przy użyciu naszej dyżurnej elektroniki można było podczas prowadzonych sesji ze znanymi niemalże na pamięć nagraniami odnieść wrażenie, że skraje pasma mają nieco więcej do powiedzenia aniżeli neutralna i niepodbarwiona średnica. Tylko proszę nie traktować tego jako zarzut, bo trudno mieć do kogokolwiek pretensję o to, że stara się, i to z powodzeniem, zbliżyć do maksymalnej wierności oryginałowi a jedynie jako próbę nagięcia czyjegoś pomysłu na dźwięk do własnych upodobań i przyzwyczajeń. Po prostu nic na to nie poradzę, że lubię jak kolumny nieco „czarują”, lub mówiąc całkiem szczerze oszukują na średnicy a Audiovectory niczego takiego nie robią stawiając na prawdę i tylko prawdę. Dzięki temu różnicowanie nagrań, czyli jakości materiału źródłowego nie nastręczało najmniejszych problemów i z  zamkniętymi oczami, jakby akurat ten narząd był niezbędny przy odsłuchach, można było wskazać podczas których sesji realizatorzy przyszli do pracy a podczas których pracować. Różnica może i niewielka, ale w niektórych przypadkach nad wyraz bolesna. Tutaj taryfy ulgowej nie było i jeśli tylko płyta została nagrano płasko, bez dynamiki i krzykliwie, to tak właśnie na Audiovectorach brzmiała, co raczej nie dawało jej zbyt dużych szans na kręcenie się w odtwarzaczu dłużej aniżeli byłoby to konieczne.

Audiovectory SR6 Avantgarde Arreté to kolumny które nie pozwalają słuchaczowi ani na obojętność, ani tym bardziej na nudę. Nie są również typowymi „przytulasami”, które sprawdzą się zawsze i wszędzie, bo tak po prostu nie jest. Mając jednak świadomość powyższych cech bez problemu można je nie tylko okiełznać, ale i sprawić, że zagoszczą w naszym systemie na długie lata. Ot do pełni szczęścia wystarczy mocny piec (bądź dwa), chwila uwagi przy ustawianiu i kilka odsłuchów weryfikujących faktyczny stan naszej płytoteki. Czy to dużo? Nie sądzę, w końcu wydając blisko 90 000 PLN dobrze byłoby wiedzieć czego się chce, a z SR6-kami chcieć można naprawdę sporo.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Voice / Audovector
Cena: 89 000 PLN ( +4 800 PLN za lakier fortepianowy)

Dane techniczne:
– Konstrukcja: bassreflex
– Wykorzystane przetworniki: 8”, 6.5” (bass), 6.5” (mid-bass), 6,5” (mid), 35 x 27 mm AMT (treb.)
– Impedancja: 8 Ω
– Skuteczność: 92,5 dB
– Moc maksymalna: 450 W
– Podział częstotliwości: 80/350/2800 Hz
– Pasmo przenoszenia: 24Hz-52kHz
– Wymiary : 1250 x 240 x 360 mm
– Waga: 36 kg

 

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ, Transparent OPUS
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH, Townshend Audio Seismic Podium
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

SuperSub™ XXL i SuperSub™ X

GoldenEar – renomowany amerykański producent zestawów głośnikowych dla systemów stereo i kina domowego poszerzył właśnie swoją ofertę o dwa szczególnie innowacyjne modele subwooferów.

SuperSub™ XXL i SuperSub™ X to urządzenia o wyjątkowych osiągach, a jednocześnie o optymalnej, kompaktowej budowie, w których wykorzystano najnowsze technologie i głośniki GoldenEar. Celem firmy było stworzenie pięknych, stylowych, wykończonych klasycznym lakierem fortepianowym subwooferów, które byłyby w stanie wygenerować dźwięki bardzo niskiej częstotliwości o wyjątkowo wysokiej amplitudzie. Dzięki temu subwoofery z linii SuperSub zapewniają bardzo precyzyjne, efektowne i muzykalne brzmienie.
Żeby to osiągnąć zastosowano unikalną, opatentowaną, 360-stopniową, dwupłaszczyznową, wewnętrznie zbalansowaną topologię przetwornika i radiatora sub-basowego, połączoną z najbardziej zaawansowaną elektroniką.


SuperSub’y wyposażone są w 2 ustawione poziomo, przeciwstawne, aktywne przetworniki o bardzo dużym wychyleniu membrany, oraz 2 ustawione pionowo, przeciwstawne, płaskie radiatory infradźwiękowe. Układ taki sprawia, że projekcja basu jest wyjątkowo równomierna, i wypełnia pomieszczenie w stopniu niemożliwym do osiągnięcia dla typowych subwooferów z pojedynczym przetwornikiem.

Elektronika, która steruje tą w pełni zbalansowaną konstrukcją SuperSub’ów to 1600-watowe (XXL) i 1400-watowe (model X) wzmacniacze klasy D, których projekt bazuje na technologii stworzonej na potrzeby flagowego modelu firmy – kolumn GoldenEar Triton One. Najważniejsze funkcje to m.in. dyskretne filtry ograniczające pasmo, wyrównanie charakterystyki fazowej, w pełni zbalansowane i zaawansowane filtry rekonstruujące, oraz mocny nacisk na utrzymanie opóźnienia na poziomie absolutnego minimum.

Stopień wejściowy wykorzystuje bezpośrednio sprzężone, niefiltrowane wejście LFE dla amplitunerów i źródeł kina domowego, lub niskopoziomowe wejście stereo z filtrem dolnoprzepustowym dla systemów dwukanałowych.

Efektem tej technologii jest bardzo solidne przenoszenie basu, który jest wyjątkowo szybki i melodyjny w przypadku muzyki, a jednocześnie nadzwyczajnie głęboki i mocny, by móc bezproblemowo odtworzyć najbardziej ekstremalne efekty dźwiękowe w filmach.

Wymiary
SuperSub™ XXL:  50,16 cm (sz.) x 44,77 cm (wys.) x 40,32 cm (gł.)
SuperSub™ X: 35,56 cm (sz.) x 32,38 cm (wys.) x 33,65 cm (gł.)

Pasmo przenoszenia
SuperSub™ XXL: 10 Hz – 250 Hz
SuperSub™ X: 12 Hz – 250 Hz

Przetworniki
SuperSub™ XXL: 2 x 12-calowy o bardzo dużym wychyleniu membrany, 2 x płaski radiator infradźwiękowy (15 x 13 cali)SuperSub™ X: 2 x 8-calowy o bardzo dużym wychyleniu membrany, 2 x płaski radiator infradźwiękowy (10,5 x 9,5 cali)

Wzmacniacz
SuperSub™ XXL: 1600 W, klasy D
SuperSub™ X: 1400 W, klasy D

Cena detaliczna
SuperSub™ XXL: 10 580 zł
SuperSub™ X: 6 610 zł

Dystrybucja: Audiofast.pl