Monthly Archives: czerwiec 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Z w pełni świadomą przewrotnością pozwolę sobie na wstępie stwierdzić, iż abstrahując od tego, czy przewody do zastosowań audio grają, czy też nie, gdyż to akurat dyskusji na naszych łamach nie podlega, kluczową kwestią pozostaje fakt, czy i w jakich okolicznościach przyrody owe granie oznacza progres, a kiedy regres dźwięku okablowywanego systemu. Krótko mówiąc co wpływa na pozytywne bądź negatywne skutki naszych nader często spontanicznych, a więc i nie do końca przemyślanych roszad w audiofilskim krwioobiegu. Najogólniej rzecz ujmując problem leży w nieprzewidywalności i zarazem ilości zmiennych, z którymi musi zmierzyć się kandydat aspirujący do pozostania w naszej misternej układance. Dlatego też coraz odważniej wytwórcy dedykowanego złotouchej braci okablowania zachęcają do odsłuchów, testów a finalnie zakupów kompletnych zestawów efektów ich radosnej twórczości. Powód jest wbrew pozorom (nie)oczywisty i bynajmniej jego podłożem nie są aspekty natury ekonomicznej, co … logicznej. Chodzi bowiem o wyeliminowanie nieznanych danemu twórcy przewodu/ów współtowarzyszy i ich wpływu na nowe kilkadziesiąt/set centymetrów miedzi, bądź innych kruszców w systemie, gdyż z tego co mi wiadomo nikt z nich nie dysponuje szklaną kulą i nie posiadł tajemnej wiedzy rumpologicznej pozwalającej wróżyć nie z fusów, lecz tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, by niejako z góry założyć jak jego okablowanie zgra się z konkurencyjnym marki X, bądź Y. A tak, własnym sumptem dokonując pełnego zaspokojenia potrzeb danego systemu na druty maści wszelakiej zazwyczaj są w stanie ów wpływ z większą bądź mniejszą trafnością przewidzieć. Oczywiście finalną ocenę pozostawiając testującemu / nabywcy. Ponadto jest to jeden z najrozsądniejszych sposobów, by kompletując nowy system już na starcie możliwie efektywnie wypracować jakiś sensowny punkt wyjścia, a jeśli tylko po raz kolejny uaktywni się audiophilia nervosa, to dopiero wtedy żmudną metodą prób i błędów próbować pójść o krok, bądź dwa dalej, bądź czerpiąc z wcześniej zdobytych doświadczeń sięgnąć po kolejny zestaw firmowy.
Dlatego też, choć z należącym do tytułowej serii przewodem zasilającym mieliśmy już okazję spotkać się na przełomie 2022 i 2023 a w tzw. międzyczasie dokładnie przejrzeć i przesłuchać pozostałe plichtowskie rodzeństwo, to dziwnym zbiegiem okoliczności jeszcze nie dane nam było gościć w redakcyjnych systemach kompletnego zestawu tegoż wytwórcy. Całe szczęście owo niedopatrzenie możemy uznać za niebyłe, bowiem skoro czytają Państwo te słowa, to znak, iż właśnie takowy set do nas dotarł. W dodatku, Witek Kamiński – spirytus movens rodzimej manufaktury WK Audio, stawiając wszystkie żetony na jedną kartę i zgodnie z firmową hierarchią w szranki z naszymi dyżurnymi drutami wystawił forpocztę swojej radosnej twórczości w postaci pełnego zestawu WK Audio TheOne w skład którego weszły trzy przewody zasilające Power, łączówki XLR i głośnikowe Speakers.

Jak powyższe zdjęcia unaoczniają „Jedynki” na tle szlachetniej urodzonych przewodów z serii TheRay i TheRed prezentują się nad wyraz skromnie zarówno, jeśli chodzi o niezbyt zobowiązujące przekroje, jak i asekuracyjnie czarne umaszczenie zewnętrznych plecionek ochronnych. Niemniej jednak docenić należy zachowanie zgodności z rodzimym DNA i zastosowanie aluminiowych tulei splitterów w przewodach głośnikowych, które chociażby z racji „budżetowości” tytułowej linii z powodzeniem można byłoby zastąpić „portkami” z termokurczki i raczej nikt nie miałby o to do wytwórcy pretensji. A tu proszę, nie dość, że stosowne tuleje ozdobione firmowymi logotypami i oznaczeniami modeli są, to i konfekcja w postaci widełek FP-201 (R) Furutecha nie daje pretekstu do nawet najmniejszej krytyki. Podobnie jest z łączówkami XLR, gdzie użyto Furutechów FP-701M G / FP-702F G, oraz bazującymi na FI-E38R / FI-28R zasilającymi. Ot solidny standard bez udziwnień. Oczywiście można lepiej i … drożej, co z resztą udowadniają wyższe serie, jednak pamiętajmy, że TheOne-y to dopiero wstęp do plichtowskiego portfolio, więc wybór właśnie takiej a nie innej konfekcji śmiało można uznać za logiczny i zdroworozsądkowy zarazem. A właśnie, skoro o rozsądku mowa, to nie sposób nie wspomnieć o charakterystycznych skórzano-metalowych brelokach zdobiących przewody zasilające, natomiast w przypadku łączówek wykorzystanie skórzanej „szlufki” pozwoliło zespolić oba sygnałowe przebiegi. Proste, skuteczne i estetyczne. W dodatku ekologiczne, bo bez wszechobecnego plastiku.
Zgodnie z tradycją aspekt techniczny tytułowej gromadki w lwiej części stanowi słodką tajemnicę ich twórcy, który jedynie deklaruje długie lata mozolnych testów, autorskie zaploty, obsesyjną wręcz walkę z wibracjami, ręczną robotę i bazowanie na wysokiej czystości miedzi beztlenowej. Jednak czytając nie tyle między wierszami, co z nieco większą aniżeli zwyczajowe wodzenie błędnym wzrokiem, uwagą można wyłuskać chociażby to, że w głośnikowcach użyto przewodników o przekroju 2 mm², a w zasilających wszystkie żyły mają po 10AWG (6 mm²). Z kolei interkonekty kryją w sobie autorską kompozycję przewodników ze srebra, srebrzonej miedzi i miedzi wysokiej czystości.

Dysponując tytułową gromadką bez większych problemów (najsztywniejszy/najbardziej sprężysty jest Power, więc nieco trzeba się z jego ułożeniem nagimnastykować) zaaplikowałem ją w posiadany tor zapewniając pełne okablowanie obu Vitków (SCD-025 Mk.II + RI-101 MkII), w tym zasilanie – wzmacniacza bezpośrednio „ze ściany” a źródła poprzez „nic-niemającego” Furutecha e-TP60ER. W rezultacie powyższych działań dźwięk duńskiego duetu spiętego z AudioSolutions Figaro L2 uległ zauważalnej konkretyzacji i pewnemu utwardzeniu w zakresie najniższych składowych. Nie odbyło się to jednak na drodze standardowego odchudzenia i upuszczenia części dotychczas obecnej energii, lecz raczej zwarcia i ujędrnienia tkanki definiowanej precyzyjnie kreślonymi konturami. Śmiało można było zatem mówić o delikatnym przesunięciu akcentu z masy oraz wolumenu w stronę sprężystości i motoryki, timingu. Słychać było, że całość podąża w kierunku wyznaczonym przez moje dyżurne głośnikowe TheRay Speakers. Tylko żeby była jasność – kierunek był zgodny, jednak już serwowane przez TheOne’y niuanse i dostępna z ich pomocą rozdzielczość ustępowały wyżej pozycjonowanemu rodzeństwu. Nie oznacza to bynajmniej jakiejś wyraźnej limitacji, czy też przykręcenia kurka ze strumieniem danych a jedynie potwierdzenie faktu, że jeśli nie zawsze, to na pewno w tym przypadku da się jeszcze lepiej. Dlatego też nie szukając dziury w całym i nie robiąc tak sobie, jak i tytułowej gromadce przykrości darowałem sobie czy to bratobójcze, czy to międzykontynentalne (np. z Furutechem Nanoflux Power NCF) starcia skupiając się na TheOne’ach. A te, po kilkudniowej rozgrzewce i ułożeniu się w moim systemie zaprezentowały wysoce satysfakcjonujący poziom nausznych doznań. Wystarczyło bowiem umieścić w komorze odtwarzacza srebrny krążek „Ravel: Boléro – Tchaikovsky: 1812 Overture – Liszt: Les Préludes” w wykonaniu The Philadelphia Orchestra pod batutą Riccardo Mutiego, by na własne uszy przekonać się, że praktycznie żadne limitacje tak natury informacyjnej, jak i dynamicznej naszych bohaterów nie dotyczą. Skoki dynamiki wgniatały w fotel, scena dalece wykraczała poza ramy wyznaczane poprzez rozstaw kolumn a i góra pasma ani myślała asekuracyjnie popadać w przyprószoną złotem krągłość, lecz gdy tego wymagała partytura z odpowiednim impetem „strzelić w ucho” partią dęciaków, bądź smyczków. Spora w tym zasługa interkonektu, który oferuje niezwykłą otwartość i iście krystaliczną czystość najwyższych składowych, które idealnie korespondują z podobną charakterystyką przewodu głośnikowego. A co do impetu będącego oczkiem w głowie tak głośnikowców, jak i zasilających, to nieco zmieniając repertuar i sięgając po tegoroczne wydawnictwo „Rivers of Nihil” progresywnie deathmetalowej formacji Rivers of Nihil z pomocą rodzimego okablowania nader boleśnie, gdyż na własnej skórze i zmysłach, można przekonać się jak brutalną odmianą metalu ekipa z Pensylwanii się para. Jeśli bowiem co i rusz jesteśmy katowani dźwiękami przypominającymi sekcję zwłok prowadzoną w podejrzanym prosektorium za pomocą imitujących pracę diaksa gitarowych riffów i zastępujących młot pneumatyczny wystrzeliwanych z bezlitosną precyzją perkusyjnych blastów wspieranych podwójną stopą, to znak, że plichtowskie okablowanie ani myśli cokolwiek łagodzić i tonizować, lecz z rozbrajającą bezczelnością pokazuje miejsce w szeregu zdecydowanie bardziej utytułowanej konkurencji. Ot chociażby w bezpośrednim porównaniu na tle TheOne Power amerykańska Acoustic Zen Gargantua II zabrzmiała potężniej, co znających ten przewód raczej nie powinno dziwić, lecz zarazem z nieco pogrubionymi konturami i lekko spowolnioną motoryką, ustępując pod tym względem rodzimej sieciówce. Próżno jednak doszukiwać się w sygnaturze podstawowych WK Audio jakichkolwiek znamion sztucznego wyostrzenia, czy też potęgującej „brud” ww. kompozycji granulacji, gdyż w chwilach wytchnienia, gdy wściekły growl przechodzi w czysty wokal a z kakofonicznej młócki wyłania się słodki i niemalże żywcem wzięty z twórczości King Krimson karmelowy saksofon altowy (Patrick Corona), nieśmiało przypominająca o swoim istnieniu wiolonczela (Grant McFarland), bądź nawet li tylko czysty riff, wszystko jest podane z należytą kulturą i zachowaniem pełnej zgodności barwowo-strukturalnej. Jedyne, na co wypadałoby zwrócić uwagę, to fakt, że TheOne’y same z siebie niczego nie ocieplają, nie wysycają i nie dociążają, więc jeśli spinana nimi elektronika takowymi walorami nie dysponuje, to i z nimi w torze cudów nad urną spodziewać się nie należy. Całe szczęście nie sposób też przypisać im jakichkolwiek tendencji do nadawania reprodukowanemu materiałowi zbytniej chrupkości, czy też anemicznej eteryczności, więc jeśli tylko w poszukiwaniu zdroworozsądkowego kompromisu rozglądacie się Państwo za okablowaniem pozwalającym rozbudzić nieco ospały system zastrzykiem witalności i rozdzielczości, a zarazem sprawić, by nuda i apatyczna zaduma przeszły w stan w pełni zasłużonego spoczynku, to jest to właściwy kierunek.

Jak widać na powyższym przykładzie po kilku zestawach ze stajni ZenSati (m.in. Angel, #X, Razzmatazz), Van den Hul-a, czy nieco bardziej egzotycznych – balijskich Vlad-ach przyszła pora na WK Audio The One, które eliminując ewentualne najsłabsze (obce) ogniwo z toru biorą pełną odpowiedzialność za finalne brzmienie okablowanego przez siebie systemu. I z owego zadania wywiązują się naprawdę wzorowo. Dlatego też, jeśli tylko nie macie Państwo ochoty, czasu i nerwów komponować własnych „drucianych ikeban”, to spróbujcie plichtowskich specjałów, a gdy tylko powyżej zasygnalizowane nuty smakowe TheOne-ów okażą się godne Waszego podniebienia gorąco zachęcam do pięcia się po kolejnych szczeblach firmowego portfolio.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak z pewnością zauważyliście, testowanie okablowania zazwyczaj ogranicza się do jednego lub dwóch sztuk tudzież rodzajów (cyfra, analog) danej serii. To oczywiście jest całkowicie zrozumiałe, bowiem podyktowane chęcią producentów jak najszybszego pokazania światu powołanych do życia nowości w swoim portfolio. Niestety z uwagi na mnogość oferty od sieciowego, przez analogowy, kolumnowy, po cyfrowe uzupełnianie taki proces trwa i najbardziej optymalną opcją jest konsekwentne przedstawianie ich w kolejności powstawania. Na szczęście coraz częściej zdarza się też, że konstruktorzy po seriach pojedynczych występów proponują nam sparing z kompletnym pakietem kabli z jednej linii produktowej. Czy takie podejście do tematu ma sens? Ależ oczywiście, gdyż pewnie nie jeden z Was przekonał się, iż występ pojedynczej sztuki to jedno, a kolokwialnie mówiąc „całej bandy” to drugie. A co najciekawsze, nie zawsze druga opcja nosi znamiona pozytywnych, gdyż potrafi zbyt mocno przeciągnąć brzmienie systemu na swoją, całkowicie odmienną od oczekiwań potencjalnego nabywcy modłę. Dlatego też dobrze zdając sobie z tego faktu sprawę tak jak w przypadku dzisiejszego rozdania testowego zawsze chętnie bierzemy takie zestawy na tapet. A będzie nim komplet kabli sieciowych, sygnałowych i kolumnowych plichtowskiego producenta WK Audio z rozpoczynającej jego ofertę linii TheOne Power, XLR oraz Speaker.

Co wiemy na temat budowy naszych bohaterów? Niestety standardowo informacje są zdawkowe. Wiemy, że przewodnikiem w zasilającym i głośnikowym jest wysokiej jakości, kriogenizowana miedź a w interkonektach srebro, srebrzona miedź i miedź. Jej splot oprócz tego, że jest firmowym rozwiązaniem wielodrucikowych żył, to dodatkowo w każdym przypadku z dbałości o finalną i co bardzo istotne powtarzalną najwyższą jakość wykonywany ręcznie. Co prawda takie podejście do tematu wydłuża proces produkcyjny, jednak daje wymierne efekty w postaci powtarzalności produkcji i dzięki temu zachowaniu najwyższych parametrów sonicznych. Naturalnie w budowie tej serii przewodów znajdziemy jeszcze stosowne ekranowanie, system izolacji oraz system antywibracyjny, jednak te kwestie są firmową tajemnicą. Jedno co wiemy na pewno, to fakt użycia w każdym przypadku niekwestionowanych w kwestii jakości, co prawda nie topowych, a spełniających wymogi brzmienia dla tej serii okablowania wtyków japońskiego Furutecha. Na koniec fajnym ukłonem w stronę klienta jest pakowanie każdego produktu w estetyczne, wykonane ze sklejki, wyściełane profilowaną gąbką skrzynki.

Jak wypadły tytułowe „jedynki” w komplecie? Oczekiwanie z jednej strony oraz zaskakująco – w sensie pozytywnym – z drugiej. W pierwszym przypadku wpięcie zestawu zaowocowało akcentem wyraźnego konturowania źródeł pozornych, co jako feedback spowodowało zebranie się dźwięku w sobie. Ten zaś z uwagi na dobrą masę zaprezentował mocny impuls energetycznych pasaży słuchanej muzyki. Jednak co w tym wszystkim było bardzo ciekawe, to fakt, że mimo wyraźnego zaznaczania krawędzi przekaz nie przekroczył cienkiej linii przerysowania tego aspektu. Lubię ostrą kreskę wizualizującą wydarzenia sceniczne i jeśli nie jest jedynie bolesną pogonią za wyżyłowaniem szybkości narastania sygnału, a służy raczej wyraźnemu pokazaniu pełni informacji na temat danej sesji muzycznej, dla mnie to bardzo pożądana cecha. I w ten sposób odebrałem konstrukcje z Plichtowa. W dobrym tego słowa znaczeniu agresywne w domenie bezpośredniości podania najdrobniejszego sygnału, ale także oferujące odpowiednią masę, a przez to energię dolnych i środkowych rejestrów. A co z górnym zakresem? Na szczęście, tak na szczęście, bo konstruktorzy przy takim podaniu muzyki często go lekko temperują, są otwarte. Rozwibrowane i mieniące się milionem odcieni, ale cały czas mające na celu jedynie podkreślić działania niższych częstotliwości, a nie szkodliwie chadzać swoimi drogami. To oczywiście po osobistym zderzeniu przez wielu melomanów może być odebrane jako nazbyt wyrazisty występ, jednak w kontekście całości podania muzyki jest całkowicie zrozumiałe i dla mnie w momencie umiejętnego wymykania się przekazu męczącemu przerysowaniu nawet nie akceptowalne, ale wręcz pożądane. Ja najzwyczajniej w świecie to kupuję, bo jest i drive i masa, a wszystko podane z odpowiednią radością. Oczywiście wyższe modele tego podmiotu gospodarczego robią to z większą kulturą, jednak to już niesie za sobą dodatkowe koszty, ale zapewniam, oferta brzmieniowa testowanej dziś najtańszej linii produktowej wypada na ich tle tylko minimalnie mniej dojrzale, a nie źle. Jednak owo „mniej dojrzale” jest na tyle fajnie wyważone, że dając posmak żywego grania zestawu było to pokazywanie muzyki z pełnym pakietem jej wielobarwności tak w odniesieniu do esencjonalności, jak i oferowanego pakietu informacji. Bez wycieczek w stronę zbytniego zamulenia ani krzyku, tylko w służbie zapewnienia słuchaczowi muzyki w estetyce witalności. Dlatego też tak naprawdę bardzo dobrze wypadała każdego rodzaju muzyka. I jazzowa w wykonaniu rodzimego zespołu RGG na krążku „Szymanowski”, nastawiona na emocje związane z napawaniem się ciszą przerywaną pojedynczymi nutami różnych instrumentów i rockowa spod znaku ostatniej produkcji Metalliki „72 Seasons” serwująca słuchaczom ścianę artystycznego buntu od kopniaka stopą perkusji począwszy, przez popisy soczystych gitar, na wrzasku frontmena skończywszy. Oba nurty bez najmniejszego problemu pokazywały swoje najlepsze cechy, co sprawiało, że każda płyta leciała od początku do końca, a nie była li tylko udaną, bądź nieudaną próbą poszukiwania dobrych stron prezentacji. Gdybym miał w telegraficznym skrócie opisać obie płyty, w przypadku jazzu był to znakomity rysunek wydarzeń, zaś w rocku agresja prezentacji, czyli w jednym i w drugim to, o co tak naprawdę chodzi. Dla mnie przy wzięciu pod uwagę pozycją startową testowanej oferty WK Audio TheOne, to bardzo dobry wynik, który wielu z Was może przypaść do gustu.

Gdzie ulokowałbym nasz zestaw testowy? Bez jakichkolwiek problemów wszędzie tam, gdzie potencjalnemu nabywcy chodzi o drive i emocje związane z witalnością przekazu. Opisywany set to w dobrym znaczeniu tego słowa wcielony diabeł, który kiedy trzeba kopnie w pełni kontrolowaną ścianą dźwięku, a innym razem zaserwuje znakomitą czerń tła dla najcichszej, jednak dla danej interpretacji muzycznej najważniejszej nuty. Oczywiście wszystko w estetyce pełnej swobody. A jak z piewcami barwy i esencji ponad wszystko? Tutaj będzie różnie. Ale nie zdziwię się, gdy jakiś przedstawiciel tego typu prezentacji po zrozumieniu co tak naprawdę traci – piję do radości muzyki pokazanej przez kable WK Audio – jeśli od startu nie zmieni zdania, to przynajmniej gdzieś w duchu dostrzeże, że muzyka niejedno ma imię. Na ile skutecznie pokaże czas. Jeśli zaś chodzi o mnie, „imię” w wydaniu konstrukcji z Plichtowa bez problemu rozumiem, bo w podobnej estetyce brzmienia konfigurowałem swój system.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Producent / Dystrybucja: WK Audio
Ceny (wyłącznie dla Europy i USA)
WK Audio TheOne XLR: 1 800 € / 2 x 1,5m; + 360 € / 0,5m
WK Audio TheOne Speakers: 2 250 € / 2 x 2,5m; 850 € / 0,5m
WK Audio TheOne Power mkII: 2 000 € /1,5m; +400 € /0,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Z cyklu złoty a skromny, jeszcze pachnący fabryką najnowszy przewód zasilający – ZenSati #X Mezzo.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

O ile podczas ostatniego monachijskiego High Endu mogliśmy dzisiejszego gościa jedynie obejrzeć i „pomacać”, to dzisiaj, jak to mawiał klasyk „nadejszła wiekopomna chwila” i możemy wreszcie wpiąć go do naszego systemu. Panie i Panowie oto referencyjny przewód głośnikowy Furutech Project V1-S.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak się okazuje Audio Research oprócz potężnych  końcówek potrafi zrobić też coś w zaskakująco kompaktowej rozmiarówce, ot chociażby zintegrowany wzmacniacz I/50.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Marantz Link 10n

Opinia 1

Dawno, dawno temu, czyli w czasach gdy rynek High-End w „kraju nad Wisłą” praktycznie nie istniał, Hi-Fi dopiero nieporadnie raczkował, stanowiący jedno z głównych źródeł informacji „Magazyn hi-fi” ukazywał się tyleż nieregularnie, co w formie przypominającej szatą wzorniczą metalowe i punkowe undergroundowe zine’y a na dostępne „spod lady” numery trzeba było po prostu polować egzystowała marka, która za sprawą swego charyzmatycznego projektanta była niezwykle bliska polskim audiofilom, stanowiąc upragniony bilet do magicznego świata wyrafinowanych dźwięków. Mowa oczywiście o Marantzu i reprezentującym go nieodżałowanym Kenie Ishiwata, który nie tylko regularnie Warszawę, jak tylko wystartowało Audio (wtedy jeszcze bez Video) Show, odwiedzał, lecz również przyciągał na swoje pokazy prawdziwe tłumy wiernych akolitów mających zazwyczaj na swych ścianach zawieszone nie tylko podobizny JPII, lecz również certyfikat potwierdzający nabycie sygnowanej właśnie przez Kena którejś z „poprawionych” przez niego wersji odtwarzacza, bądź wzmacniacza. Jak to jednak mawiał niejaki Heraklit z Efezu „panta rhei”, więc nie dość, że Ken stroi systemy po drugiej stronie tęczy, to przynajmniej jeszcze do niedawna wydawać się mogło, że i sam Marant nieco spuścił z tonu, po 12-kach SE za bardzo nie mając pomysłu jak ponownie skupić na sobie atencję złotouchej braci. Całe szczęście stan owej „flauty” możemy niniejszym uznać za niebyły, bowiem latem zeszłego roku światło dzienne ujrzała flagowa 10-Series na którą przelotnie tak okiem, jak i uchem można było rzucić w trakcie minionego AVS-u. Dość jednak rzewnych retrospekcji i wspominek czasów słusznie, bądź nie, minionych, bowiem jak to już zdążyliśmy zaanonsować w formie tradycyjnego unboxingu do naszej redakcji zawitał topowy kombajn multimedialny, czyli oferujący funkcje zarówno streamera, DAC-a, jak i przedwzmacniacza liniowego oraz phonostage’a Marantz Link 10n, na test którego serdecznie zapraszamy.

Choć dotychczasowe, jak już pozwoliłem sobie zauważyć, mocno niezobowiązujące, spotkania z naszym dzisiejszym gościem dawały pewne wyobrażenie o „powadze” dzisiejszego bohatera, to dopiero konieczność działań natury logistycznej, czyli ww. unboxing i aplikacja w naszych systemach bezpardonowo pokazałyy, że tak żarty, jak i brak high-endowych ambicji ekipy z Shirakawa Audio Works śmiało możemy uznać za niebyłe. Pomijając bowiem pełnowymiarową, bliższą dużym integrom i końcówkom mocy posturę urządzenia szczęśliwy nabywca zmierzyć się musi z jego ponad 33 kg wagą. A to już nie przelewki a zarazem niezbity dowód na to, że wreszcie wszechobecny plastik ustąpił miejsca szlachetnemu aluminium, z którego wykonano anodowany na czarno, jak to ma miejsce w testowym egzemplarzu, bądź na szampańskie złoto (Marantz Champagne) korpus.
Zgodnie z ostatnio lansowanymi przez Marantza kanonami piękna i unifikacją wzornictwa jego wypustów front 10-ki jest dwuwarstwowy, czyli składa się ze spodniej płyty nośnej i lekko wysuniętej „łuskowatej” przedniej z umożliwiającą regulację natężenia iluminacji LED-ową obwódką. Centrum owej wyspy zajmuje pokaźnych rozmiarów wysokorozdzielczy wyświetlacz dostarczający informacji nie tylko odnośnie pozycji menu, głośności i konkretnych nastaw, lecz i parametrów odtwarzanego materiału. Po obu bokach jego tafli wkomponowano wielopozycyjny wybierak /play/pause (po lewej) i przycisk potwierdzenia wyboru (po prawej). Z kolei na pozaakrylowych rubieżach wygospodarowano miejsce na obrotowy selektor źródeł i włącznik główny a po przeciwległej stronie gałkę wzmocnienia i wyjście słuchawkowe 6,3mm.
Z racji niezwykle rozbudowanego wachlarza zaimplementowanych funkcjonalności plecy 10-ki onieśmielają bogactwem wszelakiej maści przyłączy. I tak, oba górne narożniki okupują nagwintowane trzpienie anten Bluetooth/Wi-Fi pomiędzy którymi umieszczono, patrząc od lewej, wyjścia liniowe w standardzie RCA i XLR, port USB-A do podpięcia pamięci masowych(FAT32 lub NTFS), gniazdo Ethernet, cyfrowe wyjścia (koaksjalne, optyczne) i wejścia (USB, HDMI ARC, koaksjalne i dwa optyczne). Piętro niżej wygospodarowano przestrzeń dla sekcji phonostage’a z wejściami RCA i zaciskiem uziemienia, parą wejść liniowych RCA i XLR, oraz podobnym zestawem wyjść o regulowanym poziomie uzupełnionych o wyjście RCA na subwoofer. Litanię zamyka interfejs czujnika IR, firmowej magistrali sterującej i terminal RS-232 do komunikacji z „domową inteligencją” plus dwubolcowe gniazdo zasilające IEC C17. Na wyposażeniu nie zabrakło również eleganckiego sterownika, choć z powodzeniem większość jego funkcji dubluje firmowa aplikacja Heos na smartfony i tablety. Warto również zwrócić uwagę na fakt obsługi sygnałów PCM do 352.8 kHz/384 kHz i DSD po USB, ponadto dla sygnałów PCM można wybrać jedną z dwóch opcji filtracji i taki sam zestaw dla Dithera, który również da się wyłączyć, oraz cztery nastawy „reduktora szumów” (Noise Shaper). Jakby tego było mało również miłośnicy słuchawek w przepastnym menu Marantza znajdą coś dla siebie, gdyż specjalnie dla nich pomyślano o optymalnym dopasowaniu parametrów wyjściowych pod względem impedancji obciążenia (High, Mid, Low). Nie zapomniano też o fanach czarnych krążków, gdyż 10-ka obsługuje nie tylko wkładki MM, lecz i MC (Low, Mid, High).

I właśnie od phonostage’a pozwolę sobie rozpocząć omawianie walorów sonicznych naszego dzisiejszego gościa, gdyż nie jest to li tylko zazwyczaj po macoszemu traktowany, w dodatku przewidziany jedynie dla wkładek MM, dodatek pozwalający odhaczyć stosowną pozycję w tabelce funkcjonalności, lecz pełnoprawny „walor” tytułowego kombajnu. Za jego pośrednictwem otrzymujemy dźwięk zaskakująco rozdzielczy i energetyczny, jasno dający do zrozumienia, że mając 10-kę na stanie warto również pomyśleć o torze analogowym i niespecjalnie oszczędzać na samej wkładce, bo różnice tak in plus, jak i minus słychać bardzo wyraźnie. Równie wyraźne różnicowanie dotyczy również jakości samego wsadu materiałowego, więc czystą formalnością było jedynie utwierdzenie się w przekonaniu, że Metallica na „Hardwired…To Self-Destruct” stawia przede wszystkim na ilość a Tingvall Trio na „Vägen” na jakość generowanych dźwięków. Jednak kluczowym w powyższym sparingu był fakt, iż nawet w najbardziej dynamicznych i „gęstych” fragmentach Marantz ani nie tracił wrodzonej witalności ani tym bardziej nie dostawał objawiającej się kompresją i utratą rozdzielczości zadyszki śmiało mogąc stawać w szranki z wolnostojącą konkurencją z przedziału 3-5 kPLN. Wyżej może być już różnie, choć śmiem twierdzić, że z powodzeniem możecie sobie Państwo odpuścić porównawcze nasiadówki z urządzeniami z pułapu zbliżonego do półki na jakiej Link rezyduje, gdyż nawet niewinny sparring z naszym rodzimym Circle Labs V1000 sprawia, że nader boleśnie przekonujemy się o tym, iż od pewnego pułapu, przynajmniej jeśli mówimy o jakości dźwięku, kluczowa staje się możliwie wąska specjalizacja i separacja a nie integracja poszczególnych sekcji.
Jeśli zaś chodzi o stanowiącą serce 10-ki sekcję cyfrową, to nie owijając w bawełnę niejako z automatu wspinamy się na pułap adekwatny widniejącej w cenniku, przekraczającej 50 kPLN kwoty. Co ciekawe wnioski te bynajmniej nie wynikają z jakiejś ponadnormatywnej hiper-rozdzielczości, czy też obezwładniająco lepkiej muzykalności, lecz pozornie oczywistej i zarazem pożądanej naturalności prezentacji. Z jednej strony otrzymujemy pełen wolumen bogactwa informacji, gdzie wszystko ma swoje jasno określone tak przestrzennie, jak i czasowo miejsce a z drugiej słuchaczowi przypisana zostaje rola delektującego się owymi dźwiękami odbiorcy. W dodatku poziom i zasady odbioru są jasno zdefiniowane i opierają się na w pełni komfortowej absorpcji serwowanych składowych a nie ich usilnej laboratoryjnej analizie, bądź wręcz konieczności wzmożonej eksploracji nieco schowanych przed naszymi zmysłami niuansów. Tu wszystko dostajemy podane na złotej tacy i tylko od nas zależeć będzie, czy skupimy się na detalach, pojedynczych pralinkach, czy też kontemplować będziemy całość – misterną złożoność muzycznej bombonierki. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Otóż powyższe, cukiernicze metafory bynajmniej nie oznaczają nudnego na dłuższą metę przesłodzenia i polukrowania przekazu, lecz jego koherentność i jedwabistość zupełnie niekolidującą, oczywiście gdy tylko wymagają tego okoliczności przyrody, czyli daleko nie szukając np. podczas odsłuchu mrocznych i ciężkich jak dowcip prowadzącego jeden z popularnych teleturniejów „Children of Eve” greckiego Nightfall, bądź „Endtime Signals” Szwedów z Dark Tranquillity, z niemalże pierwotną agresją i bestialska brutalnością. Dostajemy zatem potężną dawkę metalowego łomotu, który pomimo szaleńczych temp, ekstatycznych blastów, ognistych riffów i zdzierania gardeł do żywego ani na moment nie traci selektywności i komunikatywności. Tutaj nic się nie zlewa, nikt nie próbuje ratować się upraszczaniem nazbyt połamanych i zagmatwanych aranżacji i jeśli tylko do głosu dochodzą jakiekolwiek znamiona granulacji i ofensywności, to nie wynikają one z niemożności oddania czystych fraz przez tytułowy kombajn a z zamysłu artystycznego artystów, bądź działań ekipy ów materiał masteringującej. Co prawda pod względem przestrzenności i rozdzielczości prezentacji na bardziej referencyjnym wsadzie („Anima Aeterna” Jakuba Józefa Orlińskiego) nasz dzisiejszy gość ustępował pola Aurenderowi A15, to uczciwie trzeba przyznać, że jednak nadrabiał wspomnianą koherencją i organiczną mięsistością, przez co w systemach, gdzie na drodze kolejnych udoskonaleń akcent z muzykalności całości został przeniesiony na dźwiękowy detal może okazać się bardziej pożądanym elementem i zwieńczeniem rozbudowy toru cyfrowego. Dostajemy zatem coś za coś – mniej rozwibrowania, blasku i oddechu, czy też otwarcia górnych rejestrów, za to bardziej sugestywną średnicę i osadzenie w niej głównej narracji.

Jak mam cicha nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika zakup Marantza Link 10n może dla większości, nawet wymagających, odbiorców stanowić bardzo ciekawe rozwiązanie dylematów związanych z wysokiej klasy torem cyfrowym, lecz jednocześnie uproszczenie całego toru audio jako takiego. Mówiąc wprost 10-ka oprócz li tylko funkcji streamera z równym powodzeniem sprawdza się w roli DAC-a, przedwzmacniacza a nawet phonostage’a, więc pozwala zaoszczędzić nie tylko dość poważne kwoty, co miejsce, czas i nerwy związane dzieleniem przysłowiowego włosa na czworo i z ciągłym gonieniem upragnionego króliczka.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Tytułowego Marantz-a nawet nie na 100, a na 200 procent zna każdy osobnik kochający muzykę. Powodem takiego stanu rzeczy jest oczywiście solidność oferty za stosunkowo niewygórowaną cenę, co sprawia, że Japończyk jest producentem z listy tak zwanego pierwszego wyboru. Z tego też powodu nie chcąc stracić przez lata wypracowanej pozycji pośród szerokiej rzeszy melomanów, konsekwentnie rozwija i udoskonala swoje portfolio. Skąd to wiem? Oczywiście z co jakiś czas przeprowadzanych testów. Może nie jest to bardzo długa lista, ale kilka ciekawych propozycji typu zestaw źródła z sekcją wzmocnienia SA-12 SE & PM-12 SE tudzież flagowy odtwarzacz CD SA-10 udało się przeprowadzić. Za każdym razem brzmienie bez najmniejszych problemów na tyle dobrze się broniło, że gdy odebraliśmy telefon z warszawskiego Horna w sprawie przyjrzenia się kolejnej konstrukcji spod tego znaku towarowego, bez jakiegokolwiek ociągania podnieśliśmy rzuconą rękawicę. Co trafiło w nasze progi? Zapewniam, to jest już bardzo poważne rozwiązanie. Mało tego, spokojnie można powiedzieć, iż to istne centrum sterowania mocno rozbudowanym systemem audio dla najbardziej wymagającego audiofila. A jest nim wielofunkcyjny streamer z funkcją przedwzmacniacza liniowego. A wielofunkcyjny dlatego, że tak przyjmuje, jak i oddaje sygnały cyfrowe, analogowe, a oprócz tego na jego pokładzie znajdziemy także phonostage oraz wyjścia sterujące subwooferami. Przyznacie, że tytułowy Marantz Link 10N to bez jakiegokolwiek naciągania faktów poważna maszyna. A jak się spisała podczas kilkunastodniowych testów, znajdziecie w poniższym opisie.

Jedno jest pewne, tak wielkiej konstrukcji z segmentu źródeł w portfolio tej marki dotychczas próżno było szukać. Chodzi o to, że przy typowych wymiarach szerokości i głębokości skrzynki jej pokaźną wysokość. Powód takiego stanu rzeczy jest oczywisty, a rozbija się o zmieszczenie trzewiach baterii spełniających najwyższe standardy jakości podzespołów. To naturalnie jest także bardzo odczuwalnie podczas logistyki, bo wprost przekłada się na wagę 10N-ki. Ale zawczasu uspokajam, z małym wysiłkiem jedna osoba spokojnie poradzi sobie z ostatnią kwestią, a przy wiedzy, iż to pochodna wysokiej jakości produktu nawet z uśmiechem na twarzy. Jak od strony manualnej wygląda nasz bohater? Pierwszą istotną informacją jest rezygnacja z wykorzystania w konstrukcji obudowy sztucznego tworzywa. A zdradza to na pierwszy rzut oka idący tropem aparycji ostatnich konstrukcji Marantz-a front z wysuniętą lekko ku przodowi, podczas pracy urządzenia przyjemnie dla oka podświetloną od tyłu jego centralną nakładką. Do tej pory znajdowaliśmy w tym miejscu naturalnie estetycznie wykończoną, ale jednaj formę plastiku, tymczasem obecnie mamy do czynienia z nadającym urządzeniu solidności aluminium. Co znajdziemy na wyeksponowanej połaci? Na zewnętrznych rubieżach dwie wielofunkcyjne gałki regulacyjne, pod nimi z lewej strony okrągły włącznik, z prawej gniazdo słuchawkowe, zaś w centrum skryty pod czarnym akrylem kolorowy wyświetlacz oraz po obu stronach okrągłe, działające niczym joystick dwa manipulatory. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, mamy do czynienia z pełnym szaleństwem. Naturalnie to odpowiedź na wspominaną wielofunkcyjność, dlatego znajdziemy na nim kilka modułów z sekcjami wszelkiej maści wejść i wyjść tak w standardzie cyfrowym, jak i analogowym. Jest tego tak dużo i dodatkowo wszystko możecie znaleźć u nas na zdjęciach z unboxingu, dlatego nie będę się na ten temat rozpisywał, tylko odeślę Was do wspomnianej sesji zdjęciowej. Na koniec dodam jedynie, iż w komplecie startowym naszego bohatera znajdziemy nie tylko pilota zdalnego sterowania, ale także może nie jakiś audiofilski, jednakże pełen komplet okablowania do połączenia go na tak zwane szybko z zastanym systemem audio u szczęśliwego nabywcy. Drobna rzecz, a mimo, że nie jakaś wyszukana, z pewnością wielu użytkowników ucieszy.

Jak wypadł tytułowy japoński streamer z funkcją zarządzania rozbudowanym systemem audio? Jak to u Marantz-a jest w standardzie bardzo płynnie i gładko. Jednak nie nudno ani w sposób rozmyty, tylko z bardzo dobrą energią. A, że nie sypał nadmiernie ostrymi wysokimi tonami to dobrze, gdyż przy unikającej używania zbyt ostrej kreski w malowaniu ogólnej prezentacji wydarzeń scenicznych zaburzałoby to spójność podania materiału. A tak dostałem dobrze dociążony w dolnym i środkowym paśmie spektakl, który doświetlały pełne informacji, ale brzmiące w estetyce fajnej miękkości wysokie tony. Jednak w całej tej prezentacji najbardziej podobał mi się inny aspekt. Nie, wróć, sformułuję to inaczej. Przy ciekawym odbiorze przed momentem wypisanych niuansów sonicznych 10N-ki, w pakiecie jako feedback ciężkiej pracy inżynierów powołujących ten produkt do życia dostałem znacznie lepszą niż we wcześniej testowanych konstrukcjach czystość dźwięku. Chodzi o coś w rodzaju kotarki, która dawniej tłumaczona jako pochodna kierowania przekazu ku analogowości, mniej lub bardziej, ale zawsze mi przeszkadzała. Tymczasem tutaj to tak naprawdę było pierwsza fajna cecha, jaka rzuciła mi się w ucho. I nie dlatego, że wypadła jakoś nadzwyczajnie, czyniąc przekaz krystalicznie czystym, co finalnie na dłuższą metą mogłoby być męczące. Chodzi raczej o zwiększenie uczucia obecności muzyków w moim pokoju. Zawsze coś niewidzialnego mnie od nich dzieliło, a teraz byli bardziej na wyciągniecie ręki. A gdy do tego doszło fajne operowanie pierwszym planem – nie jakoś nachalnie, ale soczysty środek swoje robi – wszystko to, co zapisane było w materiale muzycznym nosiło znamiona większej namacalności.
Weźmy na tapet choćby Dianę Krall z krążkiem „The Girl In The Other Room”. To teoretycznie muzyka łatwa, lekka i przyjemna, jednak nadmiernie podkręcona w kwestii wyrazistości, przy już mocno przepracowana masteringowo byłaby nie do przyjęcia. A w wydaniu naszego punktu zapalnego pewnego rodzaju gładkość i plastyka prezentacji wespół ze zdjęciem poczucia mgiełki na wirtualne scenie sprawiły, że Dianę mogłem prawie dotknąć. Płyta brzmiała z jednej strony czarująco, ale także dzięki dobrej realizacji umiarkowanie wyraziście, co pozwalało na pełne wejście w proponowany przez wokalistkę świat. Świat jaki mimo hołubienia ciężkiemu brzmieniu i free-jazowi, czasem lubię sobie wykreować.
Co do ciężkiej muzyki przykładowego Megadeth „The Sick, The Dying … The Dead!” sprawy wypadły nie to, że źle, tylko minimalnie inaczej. A powodem było lekkie ugładzenie tego szaleństwa, co suma summarum mnie akurat finalnie się podobało, ale słychać było potraktowanie diabelsko szybko grającej stopy perkusji bardziej zaokrągloną kreską oraz większą masą, aniżeli mam w swoim zestawieniu. Jednak co istotne, nie stracił na tym drive muzyki, co biorąc pod uwagę nadal sporą drapieżność brzmienia materiału, tak naprawdę nie miałem wielkich powodów do narzekania. Ot inne spojrzenie na ten sam materiał. A, że bardziej cywilizowane, czyli przyswajalne przez większą części populacji audiomaniaków, to tym bardziej uważam, że Marantz z tego starcia także wyszedł z tarczą.

Jak widać z powyższego opisu, streamowanie muzyki przy pomocy najnowszego, dodajmy, że jak rzadko to bywa u konkurencji, produktu z Kraju Kwitnącej Wiśni wypadło bardzo dobrze. Co prawda Link 10N pokazywał muzykę raczej od strony przyjemnej dla ucha gładkości, ale najważniejsze, że gdy w lekkiej muzie był to dla niej ewidentny wiatr w żagle, to w ciężkiej, mimo zastrzyku ludzkich cech nie powodował spowolnienia rozgrywania wydarzeń scenicznych. Owszem, była mniej brutalna, jednak przy tym nadal zaskakująco nieprzewidywalna, co mimo moich osobistych preferencji w pełni wyrazistego pokazania tego rodzaju twórczości w sobie tylko znany sposób bez problemu gwarantowało moje pełne zadowolenie. Czy to jest opcja dla każdego melomana? Powiem tak. Moim zdaniem od strony sonicznej dla wielu. Jednak bez względu na fakt jak to zabrzmi, wbrew pozorom największym „ale” dla niektórych potencjalnych nabywców będzie jego wielofunkcyjność. To jednak rozbudowane centrum zarządzania, co nie każdemu na co dzień jest potrzebne. Jednak myślę, że gdy się w jego brzmieniu się zakochacie, nawet jeśli większości opcji nie wykorzystacie, wszelkie „ale” staną się nieistotne. A nie zapominajcie, że oprócz fajnej estetyki grania, nasz bohater na swoją reputację bardzo mocno pracuje także aparycją. Zdjęcia tego nie oddają, ale to naprawdę podczas użytkowania dająca wiele pozytywnych tak muzycznych, jak i wizualnych emocji konstrukcja. Po prostu rasowy Japończyk i kropka.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Horn
Producent: Marantz (D&M Holdings Inc.)
Cena: 52 999 PLN

Dane techniczne
– Pasmo przenoszenia: 2Hz–50kHz (PCM; -3dB); 5 Hz–100 kHz (wejścia analogowe; +0dB/-3 dB)
– Zniekształcenia harmoniczne: PCM 0.0004%; 0.001% (wejścia analogowe 20Hz–20kHz)
– Odstęp sygnał/szum: 0.0004% (PCM); 76dB (MC); 88dB (MM); 122dB (line XLR, RCA)
– Zakres dynamiki: 0.0004% (PCM)
– Napięcie wyjściowe: 2.0Vrms (RCA); 4.0Vrms (XLR); 130mW / 32 Ω (słuchawkowe)
– Czułość wejścia phono: 8mV (MM); 80mV (MC)
– Impedancja wejściowa wejścia phono: 32 Ω (MC Low); 100 Ω (MC Mid); 390 Ω (MC High); 39 kΩ (MM)
– Wejścia analogowe: para RCA, para XLR, para RCA (phono MM/MC)
– Wejścia cyfrowe: USB; koaksjalne, 2 x optyczne (max. 44.1 – 192 kHz)
– Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR (regulowane); para RCA, para XLR (liniowe)
– Wyjścia cyfrowe: koaksjalne, optyczne (max. 44.1 – 192 kHz); HDMI (ARC), USB-A (5W/1A)
– Łączność: Bluetooth, Wi-Fi, Ethernet
– Obsługiwane formaty: WMA, MP3, aac, m4a; WAV, FLAC, Apple Lossless (max. 384 kHz); DSD (max. 11.2 MHz)
– Pobór mocy: 7W; < 0.3W (Standby)
– Wymiary (S × W × G): 440 × 192 × 472 mm (z antenami); 440 × 192 × 422 mm (bez anten)
– Waga: 33.3 kg
– Dostępne kolory: Black / Marantz Champagne

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Najwyższa pora na kolejną markę, którą do teraz znaliśmy praktycznie jedynie z widzenia, czyli amerykańską manufakturę Ayre Acoustics i sygnowany przez nią duet pre/power  KX-8 & VX-8.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Destination Audio GM70

Opinia 1

Jak wszyscy znakomicie się orientujecie, Polska ze swoimi konstrukcjami z działu audio od lat bez najmniejszych problemów konkuruje ze światowym mainstreamem. Owszem, może nie jest to liczba idąca w tysiące, ale nie oszukujmy się, biorąc pod uwagę pełne spectrum naszego hobby od elektroniki, przez kolumny, wszelkiej maści akcesoria, po okablowanie mamy naprawdę sporą grupę przedstawicieli rozpoznawalnych w szerokim świecie. A pierwszą z brzegu, notabene od lat odnoszącą duże sukcesy za wielką wodą jest choćby podwarszawska manufaktura Destination Audio. Manufaktura, z portfolio której mieliśmy okazję bliżej poznać przedwzmacniacz gramofonowy WE417A i stosunkowo niedawno kolumny Nika. Jak wspomniane produkty wypadły sonicznie, możecie sprawdzić przy pomocy portalowej wyszukiwarki. Ja jednak chcąc zachęcić Was do zapoznania się z jej kolejną konstrukcją wspomnę jedynie, że to brand od zawsze parający się powoływaniem do życia pomysłów czerpiących z czasów świetności lampy elektronowej i wysokoskutecznych kolumn. Co prawda nigdzie nie ma dokładnych danych, ale jestem święcie przekonany, iż tego typu zabawki to clou konfiguracji co najmniej 30 procent – jeśli nie więcej – całej populacji audiomaniaków. Przyznacie, to spora grupa. A jeśli tak, moim daniem warto poczytać, jak wspominane przed momentem kolumny o wysokiej skuteczności (Nika) w przeciwieństwie do występu z bardzo mocnym tranzystorowym piecem w klasie A, zaprezentują się z dedykowaną i skonstruowaną przez mocodawcę marki lampową sekcją wzmocnienia Destination Audio GM70. To teoretycznie jest ich świat, zatem powinny wypaść nie jak poprzednio bardzo dobrze, ale wręcz znakomicie. Zatem jeśli kogoś interesuje, co pokazał teoretycznie idealnie stworzony dla siebie podwarszawski tandem, zapraszam do lektury kilku poniższych akapitów.

Jak przystało na produkt będący przedstawicielem segmentu High End, nasz bohater składa się z dwóch dużych i ciężkich modułów. Naturalnie jednym jest zasilacz, a drugim serce wzmacniacza z układami sterującymi procesem przetwarzania sygnału. Jeśli chodzi o obudowy, w obu przypadkach wykorzystano znakomicie sprawdzającą się w takich rozwiązaniach platformę nośną ze skrytą wewnątrz elektroniką i wyeksponowanymi na górnej połaci trafami, kondensatorami oraz lampami elektronowymi. Jednak nie jest to zabieg mający na celu jedynie złapać za oko potencjalnego kupującego, tylko z racji rozbudowania urządzenia wymóg konstrukcyjny. Nie wierzycie? Spójrzcie na serię zdjęć, która unaoczni maksymalne zabudowanie kolokwialnie mówiąc dachu obydwu członów wzmacniacza. To natomiast wespół z rozmiarami, aby nie były to wielkie i nudne kloce, zmusiło pomysłodawcę urządzenia do zastosowania fajnego zabiegu designerskiego. A jest nim wykonanie skrzynek z jakby dwóch cieńszych, wykończonych w czerni plastrów, przykrycie takiego pojemnika platformą mieniącą się kolorem miedzi i usadowienie na niej świecących w kolorze bursztynu lamp oraz czarnych prostopadłościennych i walcowatych kubków kryjących resztę niezbędnych do pracy wzmacniacza podzespołów. Uwierzcie mi, bez względu na rozmiar i nie oszukujmy się wiekowy pomysł na skrzynki urządzenia, nasz bohater od strony wizualnej prezentuje się znakomicie. Kreśląc kilka zdań o funkcjonalności wiadomym jest, iż każdy człon integry wyposażony jest w stosowne dla danego modułu akcesoria. I tak zasilacz na froncie został wyposażony jedynie w hebelkowy włącznik, a na tylnym panelu w gniazdo zasilające IEC oraz wielopinowy terminal pozwalający oddać stosownie przygotowaną energię elektryczną do serca wzmacniacza. W kwestii najważniejszego elementu GM70 na awersie znajdziemy dwie wykończone w kolorze górnej płaszczyzny gałki regulacyjne – lewa odpowiedzialna za poziom wzmocnienia, a prawa za wybór wejścia liniowego, a na rewersie identyczne do zasilacza gniazdo przyjmujące energię elektryczną, 3 wejścia liniowe w standardzie RCA, jedno XLR, wyjście liniowe XLR oraz dedykowane dla dwóch obciążeń 4 i 8 Ohm terminale kolumnowe. Niestety, a dla wielu ekstremalnych audiofreaków w tym segmencie i do tego stawiających na maksymalną jakość brzmienia urządzeń to naturalna kolej rzeczy, tytułowy piecyk nie oferuje pilota zdalnego sterowania. Myślicie, że to poważny problem? Otóż z autopsji wiem – przez kilka lat używałem podobnie podchodzącego do sposobu obsługi topowego przedwzmacniacza liniowego Robert Koda, że bez problemu da się z tym żyć. Po kilku dniach nauczyłem się standardowo użytkowanej głośności i problem nagle przestał istnieć. A jeśli to przynosiło korzyści jakościowe oferowanego dźwięku, to tym bardziej temat jakiegokolwiek problemu umierał. Na koniec dla wielu najważniejsza informacja, a jest nią oferowana moc wzmacniacza na poziomie 20W, co w przypadku współpracujących z nim w teście kolumn Nika jest wynikiem w pełni wystarczającym do ich komfortowego wysterowania.

Co wydarzyło się po nakarmieniu stosunkowo łatwych do wysterowania kolumn niezbyt mocnym, ale teoretycznie im dedykowanym tytułowym lampowym wzmacniaczem? Naturalnie to, czego od samego początku się spodziewałem. Oczywiście bazując na wieloletnich doświadczeniach z tego typu konstrukcjami. Otóż duża moc oraz tranzystorowy sposób sterowania zespołów głośnikowych typu Nika nie zawsze pozwala im się wznieść na wyżyny swoich możliwości. Owszem, jest pełna kontrola, mocne uderzenie i szybkość narastania sygnału, co daje pełen wgląd w nagranie od strony motoryki, jednak zazwyczaj tracimy nieco pierwiastka muzykalności. Wszystko niby jest ok., ale … O co chodzi? Otóż podczas testu kolumn z moją tranzystorową, skądinąd bardzo mocną końcówką mocy w klasie A wydawało się, że pokazały swoje maksimum. Swobodne prowadzenie pozwalało na znakomite różnicowanie energii poszczególnych źródeł dźwięku, a do tego fajne dawka oddechu sugerowały, że w nie ma o co więcej kruszyć kopii. Jednak tylko do momentu, aż w systemie pojawił się on, teoretycznie słabszy pod każdym względem Destination Audio GM70 – chodzi o moc oraz bardzo lubiane przez melomanów, ale jednak będące dawcą przyjemnych zniekształceń lamp elektronowych. Natychmiast okazało się, że kolumny najzwyczajniej w świecie dostawały wszystkiego zbyt dużo. Po prostu przy całej fajnej aurze dźwięku z tranzystorem przekaz po był w pewien sposób ściśnięty. Chodzi o to, że wspominana wielobarwność energii poprzez nadmierną kontrolę była nieco uśredniona i nie oferowała zawartych w muzyce na przemian następujących po sobie, twardych i miękkich jej odcieni. A gdy do tego doszła nieobliczalność lampy elektronowej w serwowaniu dźwiękowi naturalnego rozwibrowania, muzyka ewidentnie tętniła większym życiem. Nie pod aż tak bardzo przysłowiową linijkę, jak w teście samych kolumn z Gryphonem, tylko z naturalnymi potknięciami typu: przyjemne dla ucha rozmycie ostrości rysowania dolnych rejestrów, a innym razem nieoczekiwane doświetlenie średnicy. I gdy wielu z Was może wydawać się to niedorzeczne, bez najmniejszych problemów oświadczam, iż dopiero dzisiejsza konfiguracja testowa pokazała, jak powinny grać kolumny Nika. Oczywiście w głównej mierze chodzi o dopasowanie systemu. Jednak to tylko ogólnik, bowiem jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. A te w przypadku opiniowanej GM-ki opiewają na będącą wynikiem stosownego rozbudowania sekcji zasilającej kontrolę dolnych rejestrów z zachowaniem mocnego i soczystego uderzenia, pozwalającą uzyskać odpowiednie wyniki soniczne topologię układów elektrycznych oraz zastosowanie w nich najlepszych komponentów z lampami typu NOS włącznie. I zapewniam, to nie są wnioski wyssane z palca, tylko zdobyte podczas testu phonostage’a, a teraz potwierdzone przy okazji wzmacniacza zintegrowanego nauszne dowody. Już raz w przypadku tego producenta to pisałem, ale teraz kolejny raz powtórzę. Tak dobrze operujących dolnym zakresem i kontrolowaną esencjonalnością całości przekazu urządzeń lampowych na całym światowym rynku naprawdę jest jak na lekarstwo. I nie chodzi o proste kopanie słuchacza tymi aspektami, bo jest wiele mocnych lampiaków, które starają się nawet w tym prześcignąć solidne tranzystory, tylko uzyskanie konsensusu pomiędzy ilością esencji, a odpowiednim dozowaniem jej raz w estetyce twardości, a raz miękkości, przy ciężkim do osiągnięcia przez tego typu konstrukcje zejściu basu. To w wydaniu naszego bohatera było na tyle znakomite, że tak naprawdę dopiero z nim w torze przekonałem się, co potrafią będące częścią konfiguracji kolumny.
Biorąc na tapet repertuar z testu samych kolumn w całkowicie innym świetle wypadło dosłownie wszystko. I wiodąca prym w wielu utworach płynna, soczysta, mieniąca się niskim tonem gitara basowa i wokaliza i wszelkiego rodzaju reszta instrumentarium. Niby wszystko brzmiało w podobnej estetyce, jednak teraz z większą dawką emocji spowodowanych tak odpowiednią aplikacją szklanych baniek, jak i zapewnieniem jedynie niezbędnej, a nie nadmiarowej mocy przez wzmacniacz. Wiadomym jest, że co za dużo, to niezdrowo i te dwa przeprowadzone w niedługim czasie testy z tymi samymi zespołami głośnikowymi pokazały to dobitnie. I gdy w pierwszej odsłonie nawet nie zająknąłem się w duchu na temat chęci skonfigurowania sobie takiej układanki w przypływie chęci zmian, to podczas tej sesji ilość całkowicie niedostępnych wcześniej emocji całkowicie odmieniła te wizję. Naturalnie z wszelkimi jakościowymi ustępstwami w stosunku do obecnej konfiguracji. Jednak ustępstwami dającymi tyle radości ze słuchania muzyki, że bardzo łatwo akceptowalnymi.
I gdy wydawałoby się, że w ten sposób wyrażana pozytywna zmiana raczej nie będzie sprawdzać się w przypadku ostrego grania, ku mojemu zaskoczeniu bardzo zyskał na takim posunięciu także krążek „Highway To Hell” grupy AC/DC. Sytuacja była podobna. Dawka kontrolowanej różnobarwności energii pozwoliła muzyce bardziej płynąć, a nie być bezdusznie w punkt odtwarzana, co w tym przypadku w najmniejszym stopniu nie powodowało zmniejszenia jej ekspresji, tylko wstrzykiwało w nią dodatkową nutkę muzykalności. Jak to się stało, nie mam pojęcia, ale bezapelacyjnie się stało i to w rozumieniu nader pozytywnym.

Wieńcząc opiniowanie wzmacniacza zintegrowanego Destination Audio GM70, a tak naprawdę także dwuczęściowy test kolumn Nika mam nadzieję, że jasno z niego wynikają dwie rzeczy. Pierwszą jest zarezerwowane dla najlepszych konstrukcji pełne magii lampy, z mocnym udziałem kontrolowanej masy i gęstości podania muzyki brzmienie integry. Jak wspominałem, konstrukcje tego producenta w sobie tylko znany sposób wymykają się typowym wynikom konkurencji. Chodzi o to, że oprócz typowych dla lampowych urządzeń aspektów kolokwialnie mówiąc uczłowieczania muzyki, ich podstawową zaletą jest zjawiskowe operowanie dolnym zakresem. Zapewniam, nie jest to takie łatwe, a do momentu starcia z zabawkami Destination Audio myślałem, że prawie niemożliwe. Natomiast drugą kwestią tego rozdania testowego jest pewnego rodzaju uniwersalność kolumn. Już w starciu z moim tranzystorem co prawda w estetyce lekkiego vintage’u, ale zagrały bardzo wciągająco. Jednak to, co pokazały po podłączeniu dedykowanego, czyli zapewniającego niezbędną, a nie zbyt mocno przewymiarowaną dawkę energii wzmacniacza na bazie lamp elektronowych, całkowicie zmieniło ich wizerunek. I nie były to drobne niuanse, tylko inny w rozumieniu pozytywnym świat. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, świat realizowany na bazie konstrukcji tej samej wizji producenckiej, czyli od początku do końca mający zapewnić pełną synergię nie tylko pomiędzy urządzeniami, ale także słuchaczem i muzyką, co moim zdaniem świetnie się udało.

Jacek Pazio

Opinia 2

Kontynuując eksplorację radosnych przejawów rodzimej myśli technicznej po tubowych Nikach i dopiero co opisanym krakowskim przedwzmacniaczu gramofonowym Circle Labs V1000 przyszła pora na … , nie na przewody, choć i takowe cierpliwie czekają na swoje pięć minut, lecz roztaczającą wokół siebie dyskretną bursztynową poświatę lampową integrę. Jednak akurat w tym przypadku integralność bynajmniej nie dotyczy jej fizyczności, gdyż mamy do czynienia z dwoma, i to dość pokaźnych rozmiarów korpusami, a anatomii i zasady działania. O kim, a raczej o czym mowa? O wzmacniaczu zintegrowanym Destination Audio GM70, na którego test serdecznie zapraszamy.

Już na samym wstępie pragnę wyjaśnić, iż wspomniana we wstępniaku dezintegracja tytułowej integry wynika jedynie z faktu wyodrębnienia z konstrukcji głównej – sygnałowej, sekcji zasilającej. Czyli tak na dobrą sprawę mamy do czynienia z pokłosiem wykonania zabiegu eliminacji źródła ewentualnych zakłóceń z bezpośredniego sąsiedztwa wrażliwych na tego typu anomalie ścieżek przepływu użytecznych sygnałów audio, znanego chociażby z niedawno u nas goszczącego phonostage’a, jak i preampu Van den Hul The Emerald. O ile jednak ww. Niderlandczyk dysponował z racji swych dość wątpliwych walorów estetycznych, jak i rozmiarów jednostką zasilającą niejako predystynowaną do ukrycia gdzieś za pierwszą linią sprzętu (przykrycia serwetka i postawienia kwiatka nie polecam), o tyle w GM70 taka opcja raczej w grę nie wchodzi. Jak bowiem doskonale widać zarówno moduł sygnałowy, jak i zasilający nie dość, że prezentują się nad wyraz dostojnie i zarazem elegancko, to z racji obecności na swych płytach górnych zarówno lamp, baterii kondensatorów, jak i imponujących katafalków skrywających trafa i dławiki lepiej mieć je na podorędziu, chociażby w celu usuwania gromadzącego w się w najprzeróżniejszych zakamarkach kurzu. A jest o co dbać, gdyż 70-ka na swym grzbiecie dumnie prezentuje aż osiem lamp, w tym usytuowane tuż przy tylnej krawędzi, adekwatne zastosowanej przez producenta nomenklaturze oddające po 20W na kanał GM70. Jednostka sygnałowa na płycie czołowej może pochwalić się dwiema gałkami – lewą odpowiedzialną za głośność i prawą selektora wejść, za to zasilacz dysponuje jedynie hebelkowym włącznikiem.
Zdecydowanie więcej dzieje się od zakrystii, bowiem do dyspozycji mamy zarówno cztery pary wejść liniowych (3 RCA i pojedyncze XLR-y) jak i wyjścia XLR, oraz pojedyncze odczepy dla 4 i 8 Ω obciążenia uzupełnione wielopinowym terminalem zasilającym. Z kolei zasilacz posiada główne gniazdo zasilające i wyjście firmowej magistrali zasilającej pomiędzy którymi umieszczono komorę bezpiecznika. Całość utrzymano w eleganckiej kolorystyce dystyngowanej czerni i przyjaznego oczom miedzianego brązu, przez co pomimo dość pokaźnych rozmiarów trudno zarzucić producentowi jakiekolwiek tendencje do zbędnej gigantomanii a zarazem nader umiejętne nawiązywanie do takich ikon jak np. Kondo.

Jak to jednak w audio bywa nie samym designem człowiek żyje, lecz tym, czym potrafią nakarmić nasze uszy te ładniejsze, jak i nieraz „ładne inaczej” urządzenia. Całe szczęście w przypadku Destination Audio GM70 klasa brzmienia idzie w parze z elegancją szaty wzorniczej, więc wpinając naszego gościa w tor najogólniej rzecz ujmując nie powinniśmy czuć się rozczarowani. Ba, jeśli tylko zapewnimy mu odpowiednie towarzystwo w postaci kolumn, z którymi nawiąże nić porozumienia a nie będzie musiał na każdym kroku z nimi się siłować i ujarzmiać, to szanse na sukces dramatycznie wzrosną. Nie ukrywam, że my pod tym względem mieliśmy o tyle łatwiej, iż po ostatnich testach stacjonowały u nas Niki, które jak łatwo się domyślić zdecydowanie bardziej przypadły do gustu 70-ce aniżeli nasze dyżurne Gaudery i to właśnie z nimi przeprowadziłem lwią część odsłuchów. Warto w tym momencie nadmienić, iż pomimo wysokiej – sięgającej 99 dB skuteczności w głośnikach panowała absolutna cisza, co tylko dobrze świadczy tak o budowie, jak i projekcie naszego gościa.
Efekt? Wyborny, albowiem uzyskaliśmy dźwięk o niezwykle gładkiej fakturze, kremowej konsystencji a zarazem wysoce satysfakcjonującej rozdzielczości, oddechu – otwartości i co istotne również pulsującej motoryce. Oczywiście w kategoriach bezwzględnych nasz dzisiejszy gość operował po nieco innej stronie intensywności i dynamiki aniżeli niedawno u nas goszczące ponad 400W monosy VTL-a, jednak wspominam o tym jedynie z czysto kronikarskiego obowiązku, gdyż po pierwsze sięgając po 20W lampę nikt przy zdrowych zmysłach raczej nie robi tego w celu odwzorowania wgniatającej w fotel potęgi „Metallica Through The Never” Metallici, bądź eksploracji syntetycznych infradźwięków zawartych na „Planetary Medicine” Murkury, bo to zupełnie nie ten adres. Choć stronić od bardziej cywilizowanych odmian Rocka wcale nie trzeba, gdyż zarówno Stonesi, jak i nawet progresywny, rodzimy Riverside wypadły wielce przekonująco. Po prostu chodzi o świadomość, że tu pierwsze skrzypce grają wyrafinowanie i swoboda, naturalność artykulacji, które wraz z iście organiczną barwą i wysyceniem sprawiają, iż czas zaczyna nie tylko płynąć wolniej, co dramatycznie tracić na znaczeniu. I tak po prawdzie wypadałoby uznać, iż to właśnie owa naturalność staje się w serwowanej przez 70-kę prezentacji kluczowa. Bowiem wraz z upływem spędzanego w jej towarzystwie czasu coraz bardziej uzależniamy się od nieco odmiennej od obowiązujących współczesnych wzorców estetyki, gdzie narracja opiera się na komunikatywności a nie detaliczności. W rezultacie, choć słyszymy wszystko co trzeba i co w materiale źródłowym się znalazło, to akcent ustawiony jest na sposobie – formie artykulacji, reprodukcji a nie li tylko analitycznej prezentacji wolumenów i parametrów określających dobiegających nasze uszy dźwięków. Na „Verdi: Il Trovatore” z nieodżałowanym Luciano Pavarottim mamy pełen obraz sceny – z przemieszczaniem się poszczególnych śpiewaków, wieloplanowością rozgrywających się na scenie wydarzeń a co za tym idzie niezwykle oczywistymi i dynamicznymi zmianami odległości pomiędzy widzem/słuchaczem a samymi bohaterami. To spektakl, żywy, dynamiczny i przez to w pełni naturalny, realistyczny, w dodatku aż kipiący od emocji. I całe to bogactwo doznań integra Destination Audio nie tylko oddaje, co bardzo umiejętnie potęguje dyskretnie kierując snop światła na kluczowe w danym momencie postaci sugestywnie wycinając je z tła, jednocześnie zachowując ich z nim powiązania i relacje.
Co ciekawe nawet na pełnym elektronicznych sampli i orientalnych wstawek „Drum Therapy” Tor rodzimy wzmacniacz również był w stanie wykreować swoisty oniryczny mikro-świat i na blisko trzy kwadranse zamknąć w nim słuchaczy. Łącząc impresjonistyczne plamy dźwiękowe, z szorstkimi przesterami i bezlikiem najprzeróżniejszych perkusjonaliów podążał za niespiesznym tempem kompozycji tworząc angażujące nie tyle tło, co właśnie ów mikro-świat, otaczającą nas wypełnioną dźwiękami, muzyką przestrzeń. Nader udanie też różnicował definicje naturalnego i „cyfrowego” instrumentarium przez co to pierwsze stawało się bardziej namacalne i oczywiste a to drugie operowało na zasadzie dynamicznie generowanych hologramów.

Jak łatwo się domyślić zarówno z racji gabarytów, wykorzystywania lamp, oferowanej mocy, czy też poniekąd ceny Destination Audio GM70 trudno uznać za propozycję dla wszystkich i do każdego systemu. Jeśli jednak dysponujecie Państwo odpowiednią ilością miejsca oraz kolumnami łaskawymi dla lampowej i niezbyt wysilonej amplifikacji a przy tym bliżej wam do melomańskiego aniżeli audiofilskiego modelu absorpcji słuchanego repertuaru, to w Waszym przypadku odsłuch GM70 jest jak najbardziej wskazany.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Producent/Dystrybucja: Destination Audio
Cena: 50 000€

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 20W / 4Ω, 2 x 14W / 8Ω
Pasmo przenoszenia:10Hz~85kHz(-1.5dB)
Zniekształcenia THD: 1% (1 kHz)
Odstęp sygnał / sum: 87 dB
Input Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Zastosowane lampy: 2 x ECC40, 2 x 5687, 2 x 6W6, 2 x GM70
Pobór mocy: 350W
Wymiary (S x W x G): 312 x 255 x 466 mm
Waga: 75 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Circle Labs V1000

Opinion 1

Today will be a bit reminiscing, sentimental, and just as Zbigniew Wodecki liked to return to places where he had already been, we decided that it was worth checking what has been hatching in the meantime, and what is happening with one of the Polish manufacturers, who is becoming more and more recognizable not only in Poland, but also abroad. In short, after a break from testing the A200 integrated, the P300 & M200  separates and an addition in the form of a set with two amplifiers, time has come for the Krakow proposal aimed at vinyl lovers. We are talking about the Circle Labs V1000 phono preamplifier, which hides a few original curiosities inside its chassis, as far as the rumor goes, competes very effectively with much more titled competition. And I will tell you in a moment, how it fared in our listening room.

For now, however, let us focus on its, very attractive, appearance, because it, although in line with the looks chosen at the dawn of the brand’s activity, has undergone a delicate transformation due to the strictly specialized function it has to perform. While the integrated and the preamplifier have two knobs on their characteristic black glass fronts, and the amplifier was completely devoid of such attractions, in the V1000 the number of knobs is doubled. To the source and cartridge type selector there is a pair of knobs with a slightly smaller diameter, responsible for selecting the correction curves. Yes, yes. Circle Labs joins the elite group of phonostages (like for example the Air Tight ATE-3011 or Gold Note PH-10) which compliant not only with the modern RIAA standard, but also allowing you to adjust the operating parameters to slightly more exotic / historical (used before 1954) curves. According to tradition, the power switch is integrated in a decorative brass signboard.
The rear panel offers two pairs of RCA inputs and outputs in both RCA and XLR standard. The parameters of the cartridges used (10 – 1000 Ω / 0-320 pF) are set using appropriate microswitches, and the list of available connections is closed by a multi-pin power socket, into which the cable connecting the signal unit with the power supply section residing in a separate, smaller body should be plugged. And here is a pleasant surprise, because while in most cases the power supplies included by the competition (vide VdH) are not the most pretty, the one included with the V1000 can be safely placed in plain sight, because, to put it bluntly, although it does not have a glass pane on the front, it is as beautiful as its full-size siblings.
From the technical point of view, we are dealing here with a dual mono topology based on four e88cc / 6922 tubes. From the power supply to the signal unit, the alternating voltage is supplied and rectified only „on site”. To make things even more interesting, before the MC amplification section, the step-up transformers are not some widely available units, but proprietary transformer, manufactured with a double nanocrystalline core and simultaneously wound secondary and primary windings.

Taking into account that so far I had only heard the V1000 in quite random circumstances during the past Munich High End, I approached its tests with a completely calm head. After all, exhibitions are for watching, not listening, and the composition of more or less random setups is usually a result of the offering of a given distributor / dependence of this distribution nature, etc. rather than an uncompromising pursuit of the highest possible sound quality. The only thing I could expect was above-average musicality and a slight warmth, resulting from experience with previous editorial performances, because these were the qualities that charmed us his older siblings. As it turned out, however, I also had to revise these expectations quite seriously, because the Krzysztofs (Wilczyński and Lichoń), who were behind the eponymous construction, in order to slightly slow down the increase in the sugar content in the „monotheistic” setups owned by the lion’s share of their clientele, decided to put a little more emphasis on linearity and perhaps not so much analyticities, as emotional balance and neutrality. As a result, the tubes applied in the V1000’s bowels play only a purely technical role of amplification, and not elements intended to leave any mark or signature on the final sound. As you can easily guess, this way we get a very reliable sound, far from trying to attract the listener’s attention, closer to exemplary transparency than the charm and magic attributed to tubes. This does not mean that the music is devoid of any emotion or distant, but the device discreetly disappears into the track and allows the reproduced music to sound exactly as it was recorded. Therefore, we are dealing with a faithful reproduction and not an author’s interpretation of the amplified signals, so Metallica’s „Hardwired… Self-Destruct” with the Circle in the sound path will be far from sweet and smooth, and „Vägen” by Tingvall Trio will be far from exaggerated warmth. However, it is enough to reach for „Minione” by Anna Maria Jopek and Gonzalo Rubacalba to let yourself be carried away by the aesthetics of pre-war hits pulsating with Latin rhythms. There is charming elegance, cheerful melancholy and a certain touch of subliminal patina. The above repertoire change also shows us how different the sound of the piano can be, which in the Tingvall Trio can even oscillate around the glassiness, to operate under the fingers of the Rubalcaba in much lower registers and with a meatier consistency. So we have irrefutable proof that the Polish phonostage does not even try to average and unify anything, but keeps its finger on the pulse all the time and, like a chameleon, adapts to the atmosphere and aesthetics of the recordings coming to its inputs. I observed a similar differentiation when attaching to it, out of pure curiosity, apart from my trusty Denon DP-3000NE with the DL-103R cartridge, the Triangle Lunar 3 with the Goldring 1042, representing the MM camp, suspended on the light Pro-Ject carbon arm. And here the differences were clearly visible, because the English stylus clearly focused on a deep and juicy sound compared to the Denon, focused on rock drive and timing. This is a kind of hint for users who either have it, or intend to add a second tonearm / turntable to their resident set, that with the help of the V1000 the change of the source will be limited only to turning one or two (when changing the type of cartridge) knobs, so all the acrobatics with reconnecting the wiring will be eliminated, not to mention the laborious replacement of the cartridge and its calibration. It is also worth experimenting with the outputs, because as I managed to mention in the description part of its construction, Circle Labs, apart from RCA, also has XLRs and at least in my case it was able to show a slightly more open and vital sound when using them.
It is also worth noting that Circle Labs operates with dynamics on both a micro and macro scale very carefully, so they are able to convey both the discreet work of the rhythm section in small jazz bands, and the momentum of stadium live rock dinosaurs („Live At River Plate” by AC/DC). And here I will immediately allow myself to make an observation, because the bass offered by the V1000 is usually perfectly kept in check and kicks rather than rumbles, so listeners accustomed to its slight loosening, or even insubordination, may initially have the impression of a certain economy. However, this is only a consequence of one’s own habits, not an objective assessment of the existing reality.

As you can see, the Circle Labs V1000 on the one hand maintains full compliance with the company’s DNA in terms of design, and on the other hand – in terms of sound it indisputably evolves towards greater transparency and linearity of presentation. Therefore, when deciding to verify its sonic qualities in my own system, I recommend not to be particularly influenced by its tube guts, but to focus on the sound without the above burdens. Thanks to this, it will be easier for you to get over the fact that it is simply an extremely truthful device that does exactly what it was designed for, leaving the interpretation of the reproduced music to the listeners. That is, you. Nothing more and nothing less.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + Zu Audio jumpers
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Switch: Quantum Science Audio (QSA) Red + Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

Probably most of you know, that the eponymous brand, despite its relatively short experience on the commercial market – of course, like most of the world’s entities of this type, it evolved from DIY – has already managed to consume a large piece of the domestic audio segment. And if so, you also know that at the moment its portfolio only includes designs from the signal amplification department. Of course, we tested all the devices personally. It was the A200 integrated amplifier and a set of separates based on the P300 line preamplifier and the M200 power amplifier in stereo mode or two in mono mode. And when it seemed that the gentlemen stationed in Lesser Poland under the sign of a Circle could easily just cut coupons from what they already made, they did not rest on their laurels and offered their own phonostage to a wide range of turntable lovers. Yes, yes, if someone has devices of this brand and uses a turntable in their set, now they will be able to complete a company „tower”, something that was once the dream of every adept of our hobby. I have this experience with another manufacturer myself and I know, that despite the fact that the appearance does not sound, in the long run the visual consistency of the entire audio system cannot be overestimated. However, I assure you, it would be wrong to think that today’s design was created only as a nice gadget to complement the company’s setup. According to the manufacturer, this is a design that easily competes with the biggest names in the world, and the proof of this is to be the offer us to carry out another test. In this way, after a few meetings with the amplification section, I invite you to a few paragraphs about the latest child of the Krakow brand Circle Labs in the form of the V1000 phono preamplifier.

Trying to describe the appearance of our hero. I will not be particularly revealing, because as I wrote, it is a deliberate duplication of the idea for the rest of Circle Labs’ offer. Of course, we are dealing with a perfectly designed rectangular box with a blackened glass front. The latter, in addition to the two medium-sized knobs oriented on the outer edges and in a slightly narrower arrangement of slightly smaller knobs that allow you to make selected settings for the cartridge used, for design purposes on the lower and upper edges there are two additional accents finished in gold. And this is not the end of cool treatments to a good visual perception of the design, because the rest of the case, especially its upper part, also follow the trail of an interesting appearance. And it was implemented by extending the golden island from the front to the upper panel, which is the platform for the device’s power switch, embossing a large brand logo in the center of the device’s top cover and surrounding it at the back and sides with various lengths of cut holes ventilating the bowels of the structure. Perhaps words do not convey it well, but I assure you, the project looks great in person. When it comes to technical information, a very important, and I think maybe the most important for many of you, information is, that electron tubes are used in its electrical circuits and at the signal input uses a proprietary version of a step-up transformer. Naturally, being a design aspiring to be a representative of the High End, the V1000 offers the buyer the possibility of operating two tonearms and two types of cartridges, i.e. MM and MC, which is clearly proven by the rich equipment of the rear connection panel. Finally, for technical purists, there is one more important issue, and that is the separation of the power supply of our hero into a separate black box, connected with a dedicated cable with the signal section. The chassis of the PSU is also bearing a gold logo. As you can see, the idea is very well thought out from the visual side. But is it similar in terms of sound? I will write a few sentences about this in the next part of the test.

Before we move on to the description of our hero’s sonic capabilities, some important information about the general aspects of Circle Labs electronics must be given. Do not worry, this is not any watering down of the text or saving the situation, but outlining the context that guided the designers in determining the final style of the 1000’s sound. Well, the amplification section of the Circle Labs in each configuration, depending on how many components are used, focuses on more or less controlled energy and juiciness of the system’s sound. It is always a search for beauty in music with nicely presented curves, which on the one hand is very desirable, but on the other hand requires attention in the configuration of the rest of the system. However, before a shiver of concern goes through you, I recommend you to stay calm, because despite my personal contact with several configurations of this brand, I have never encountered any sound problem of such a conglomerate. They simply sound essential, but they are so power-efficient that you really have to make an effort to waste their interestingly implemented approach to the world of music. So how did the phonostage fare against this background? Well in a slight, and I mean, slight opposition to that. The sound focused on a higher speed of signal rise and at the same time less roundness, and thus a slight hardening and less blurring in the time domain of the sound of virtual entities. Is it bad? For me, quite the opposite, because an additional dose of the roundness described at the very beginning, could cause the effect of losing the clear location of virtual entities interpreted differently in terms of energy and sharpness. And so, as feedback from a good move by the designers, we gain a clearer focus in the drawing of individual musicians, which, together with better sound control, allows us to hear more virtuosity in their creation of the world of music, and what is very important to me, this happens without loss of resolution, which allows us to raise the level of listening volume to the limits of pleasant hearing endurance, which, as you probably remember, I like very much. To sum up, plugging the tested phono preamplifier into my system resulted in the drive of the stage events being watched much more closely, which is very important to me, and this was interestingly embellished with the aftertaste of the glass tubes used in the circuits. And it is interesting because, apart from introducing a nice dose of plasticity into the sound, I did not feel the impression of its excessive vibrating and overheating, which would certainly destroy the probable plan I mentioned to ensure the synergy of the full set of Krakow designs. And to be honest, when I received information during a phone conversation that I would need to tackle a vacuum tube construction, I was almost sure that in some cases, like in rock shows, this could be a problem, but reality showed a completely different side of such a solution. The tubes did not impose even the slightest, pleasant, but still overheating of the presentation; but without any loss in the speed of signal rise, they skillfully colored it, which in my opinion fits perfectly into the idea of treating yourself to a company set, including all items of amplification.
Bringing you a little closer to the effect of the Circle Labs V1000 on the basis of the albums you listen to, the first one to talk about can be the one you can easily see in the photos, the latest album by Joe Lovano with our jazz band of Marcin Wasilewski called „Homage”. The material has several twists in terms of speed and very often we are dealing with a solid dose of energy changing in the domain of time, which, thanks to the specificity of signal processing by the Polish phonostage, is very well differentiated in terms of quantity. However, this is not the only nice feedback from his application, because when the solo performances came to the fore, the aforementioned keeping an eye on the rhythm and the necessary aggressiveness of the attack did not in the least interfere with showing of not only the finesse of the artists’ work, but also the phenomenal sounding of all kinds of instruments. Of course, after the correction introduced by today’s hero compared to the tested amplifiers with a slightly shorter suspension time in the ether and with a less juicy impulse, but do not worry, in the name of perfect tuning of the system, everything came out very well.
When it comes to harder repertoire, this role was played by my favorite album – „Back in Black” by AC/DC group. This time everything was in its place. I got appropriately accentuated aggression, speed and punch together with a very well heard style of plasticizing the whole by the set of electron tubes used. And if the latter was not enough for someone, the company’s solution of several degrees of adjusting the device to the required sound of the phono cartridge used allowed to reduce or increase both the speed and juiciness of the presentation. Due to the fact that the sound signature of the system was changed a bit more than I would have expected, I personally only tried to use a different load level, i.e. instead of 100 I set 200 Ohm, which resulted in an increase in the body, and in fact an injection of sonorous juiciness, because compared to my everyday configuration, the factory setting of the value in the V1000 was too economical in aspects that were important to me, not allowing me to get to the heart of the music. But this is what these types of opportunities are for, to use them consciously without looking at political correctness. I did so and the team from my youth once again performed very well.

How will I encourage you to try out the Polish Circle Labs V1000 phonostage tested in this giveaway? Firstly, thanks to the possibility of connecting two cartridges, it offers multifunctionality sought by many. Secondly, the multitude of adjustments theoretically affecting only the MM cartridges, but also perfectly audible in the MC version, make it possible to perfectly match the sound of the system that interests us. And thirdly, even with the recommended „factory” settings, what it offers, thanks to the skillful integration of electron tubes into electrical circuits, is an excellent sound offer even for the most demanding music lovers. On the one hand, we get a suitably fast and aggressive sound, and on the other hand, a sound marked by unobtrusive tube plasticity. In a word, the Krakow phono preamplifier offers us music with a capital „M” at a very high level of quality. This is a really great proposition, which when looking for this type of device, should not be underestimated, even when confronted with the world’s biggest names.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Manufacturer: Circle Labs
Price: 43 900 PLN

Specifications
Reinforcement: MC 65/70dB MM 45
Inputs: 2x RCA
Insole load adjustment: 10-1000 Ω. 0-320 pF independent for each input
Outputs: RCA, XLR (balanced)
Ranges of correction curves: 230, 318(riaa); 400, 630(μs); 100, 75(riaa); 50, 25(μs)
Power cord length: 1,2 m
Lamps: 4 x e88cc / 6922
Dimensions (H x W x D): 130 x 430 x 365 mm (Power Supply: 83 x 98 x 210 mm)
Weight: 9.5 kg (preamplifier), 2.8 kg (power supply)
Fuse: T400mA delayed 5x20mm

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Gryphon Audio PowerZone 3.10

Opinia 1

Choć stare przysłowie pszczół mówi, że wzmacniacze i końcówki mocy najlepiej wpinać bezpośrednio w „ścianę” a jedynie reszcie posiadanego systemu serwować swoiste spa w postaci wyrafinowanej listwy zasilającej / kondycjonera, to w ramach dzisiejszego spotkania pochylimy się nad (niekoniecznie klinicznym) przypadkiem zgodnie z zapewnieniami producenta wymykającym się powyższym dogmatom. Jeśli bowiem otrzymujemy deklarację, że „słabsza”, stanowiąca przyczynek do niniejszego wywodu 20A wersja o oznaczeniu 3.10 jest zdolna „uciągnąć” Apexa Stereo, bądź monobloki Mephisto a „mocniejsza” – 40A 3.20 parkę Apexów Mono, to znak, że cytując klasyka „coś się dzieje”. I tak też jest w istocie, gdyż dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu w nasze skromne progi trafił nie tyle kondycjoner, co optymalizator zasilania Gryphon Audio PowerZone 3.10, na którego test serdecznie zapraszamy.

Na tle swojego „sygnałowego” rodzeństwa Gryphon Audio PowerZone 3.10 prezentuje się nad wyraz skromnie i niepozornie. Próżno szukać tu groźnie nastroszonych radiatorów, czy też zespolonych w intrygujące formy konglomeratów sztab aluminium, szkła i akrylu. Ot elegancki, acz zgodnie z rodzinną tradycją pancerny korpus przyozdobiony jedynie widocznym na froncie niewielkim oczkiem z podświetlonym krwistoczerwonym gryfem. Lekkości projektowi nadaje lekkie cofnięcie podstawy względem smukłej płyty czołowej i schodzących ku tyłowi trapezoidalnych boków. Niby niewiele, ale wystarczy, by wstydliwie nie chować PowerZone 3.10 za szafką. Taki brak obaw przed eksponowaniem tytułowego poprawiacza wynika również z jego topologii, bowiem zarówno gniazdo wejściowe (20A IEC-C20), jak i wszystkie osiem wyjściowych pochodzących od Furutecha okupuje wespół-zespół ścianę tylną. Powyższą listę uzupełnia zacisk uziemienia oraz pomocnicze grafiki zalecające poprawną polaryzację dokonywanych połączeń. I tu pozwolę sobie na drobną uwagę natury estetyczno – konstrukcyjnej, gdyż o ile z racji wykorzystania grubych, blisko półcentymetrowej grubości hybrydowych stalowo-aluminiowych płyt, w kwestii samej solidności korpusu nie sposób cokolwiek zarzucić, to nieco dziwi fakt braku głębszego wpuszczenia gniazd wyjściowych w płytę tylną Gryphona, co automatycznie zapobiegłoby ich lekkiemu przekręcaniu w trakcie aplikacji sztywnego i sprężynującego okablowania.
A skoro o gniazdach mowa, to jak na powyższych zdjęciach widać i o czym dosłownie przed chwilą nieśmiało napomknąłem PowerZone 3.10 dysponuje takowym w liczbie pojedynczej, to mocniejsza wersja o oznaczeniu 3.20 takowych ma dwa.
Patrząc zarówno na niezbyt absorbujące gabaryty, jak i ledwie przekraczającą 10 kg wagę a zarazem korelując powyższe cechy z deklarowaną przez producenta obciążalnością / wydolnością naszego mrocznego obiektu pożądania jasnym jest, iż Duńczycy jego działania nie oparli na potężnym trafie, jak to miało miejsce m.in. w Kecesie. Jak się jednak okazuje w trzewiach PowerZone-a nie znajdziemy też, jak daleko nie szukając w IsoTek-u V5 Aquarius, wielostopniowej filtracji, lecz autorski-opatentowany, zalany żywicą moduł Hafner Tech™ (3.20 dysponuje dwoma) odpowiedzialny za bezstratne kierowanie przepływem drgań elektronów na poziomie molekularnym. Jakich drgań? A tych towarzyszących przepływowi prądu, czyli de facto zderzeń elektronów z atomami przewodnika. Mamy zatem do czynienia niejako z dbającym o porządek elektrono-zawiadowcą a nie metaforycznym „sitem”, które z jednej strony zatrzymuje wszelkie „śmieci z sieci”, lecz jednocześnie może być jednocześnie wąskim gardłem w domenie wydajnościowej.
Całe wewnętrzne okablowanie poprowadzono przewodami z posrebrzanej miedzi OFC 12 AWG w izolacji teflonowej i złączami WAGO a uziemienie, wzorem PowerZone 2 połączono w „gwiazdę”, co przysłużyło się eliminacji szumów pętli masy i zapewniło niską rezystancję elektryczną. Warto również wspomnieć, iż w ścieżce „sygnału” nie ma żadnych kondensatorów.

Pomijając jednak kwestie natury technicznej fundamentalnym pozostaje dwuetapowe pytanie, czyli czy pojawienie się w torze PowerZone cokolwiek zmienia, a jeśli tak, to czy ową zmianę można uznać jako progres. No i tu zaczynają się schody, bowiem o ile obecność oczyszczacza Gryphona jest bezdyskusyjnie zauważalna, to już od preferencji odbiorcy zależeć będzie ocena powyższego faktu. Okazuje się bowiem, iż po zalecanych 50h rozgrzewki charakter sygnatury Duńczyka znacząco odbiega od tego, co proponuje, a raczej z racji zakończenia produkcji, proponował wyśmienity Keces Audio BP-5000 idąc tym samym śladami nic-niemającego i w pełni pasywnego Furutecha Pure Power 6 NCF, czy też jego na/zastępcy NCF Power Vault-E. Patrząc jednak na temat z możliwie obiektywnej i szerszej perspektywy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Gryphon wszystko robi … po swojemu. Bowiem w przeciwieństwie do Kecesa nie akcentuje łapiąc za ucho przyrostem dynamiki i wolumenu dźwięku a w porównaniu z Furutechami nie walczy z wibracjami na drodze „masowej” inercji a w swym działaniu schodzi głębiej – do poziomu molekularnego, przez co jawi się jako bardziej neutralny i transparentny od Japońskiej konkurencji. Czyli co? Uszczuplamy domowy budżet o drobne 70kPLN + (warto pamiętać, iż w zestawie nie ma adekwatnego klasie uszlachetniacza przewodu zasilającego, więc jeśli nie posiadamy takowego zakonfekcjonowanego wtykiem IEC-C19, to czekają nas kolejne wydatki), wzbogacamy system o kolejny komponent i go … nie słyszymy? Cóż, poniekąd tak, lecz po prawdzie nie słyszymy również dotychczasowej limitacji w domenie czystości i rozdzielczości. W dodatku nie tylko nie tracimy nic a nic z dynamiki i to zarówno w jej odmianie mikro, jak i makro, lecz wręcz ów aspekt windowany jest na zdecydowanie wyższy pułap, gdyż usunięcie podskórnej nerwowości, semi – transparentnej mory i szumu tła owocuje zdecydowanie lepszym zróżnicowaniem i motoryką najniższych składowych, które zachowują pełnię kontroli i złożoności aż po same infradźwięki. Co istotne owa kontrola wraz z fenomenalną rozdzielczością obecne były nie tylko na cywilizowanym i pełnym wdzięku jazzowym „Junjo” Esperanzy Spalding, lecz również dalekich od choćby śladowych oznak cywilizowania pozycjach w stylu „Hymns in Dissonance” Whitechapel. I tu drobna uwaga, gdyż zazwyczaj wpływ wszelakiej maści filtrów i kondycjonerów na dół pasma objawia się w dwojaki sposób – albo w postaci spowolnienia i dociążenia, co natychmiast prowadzi do utraty motoryki, bądź wręcz przeciwnie – zbytniej chrupkości i odchudzenia przekazu. Tymczasem Gryphon jedynie operuje aspektem rozdzielczości i uwalnia, wyswabadza wolumen informacji, więc słyszymy więcej i dokładniej.
Podobnie sprawy mają się na średnicy i górze pasma, więc zarówno komercyjne, choć uczciwie trzeba przyznać, że solidnie zrealizowane pozycje, jak m.in. ścieżka dźwiękowa do „Queen of the Ring”, jak i iście melomańsko – audiofilskie perełki („Adam Palma: Second Life”, „Anima Aeterna” Jakuba Józefa Orlińskiego) może nie tyle oszałamiają i onieśmielają bogactwem informacji, co raczej uzmysławiają, unaoczniają i unauszniają, że to, co tej pory braliśmy za kompletny obraz danego albumu było jedynie dającą li tylko mgliste wyobrażenie mniejszą, bądź większą jego częścią, fragmentem. Nader wyraźnie wzrasta precyzja obrazowania, definiowanie źródeł pozornych i opartej na trójwymiarowości oraz holografii stereofonii, a więc de facto poziom realizmu i intensywność doznań, w tym świadomość czynnego uczestnictwa w spektaklu. W związku z powyższym, nagrania, które do tej pory mogliśmy traktować jako niezobowiązujące tło codziennej krzątaniny ewoluują do pozycji na tyle skutecznie przykuwających do fotela, że jeśli tylko nie posiadamy odpowiednio silnej woli i poczucia obowiązku, to większość pozornie obowiązkowych i koniecznych do wykonania w trybie ASAP zadań schodzi na plan dalszy i bliżej nieokreśloną przyszłość. Jeśli bowiem wszelakiej maści efekty przestrzenne, aura pogłosowa i odwzorowanie akustyki pomieszczeń, w jakich dokonano nagrań jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenoszą nas w owe lokalizacje, to wielkim nietaktem z naszej strony byłoby taki darmowy bilet np. do Opactwa Noirlac („Monteverdi – A Trace of Grace”), bądź Studia Abbey Road („For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects ) jeśli nie odrzucić, co dyskretnie zignorować. Dlatego też odsłuchy z udziałem PowerZone stają się bardziej treściwe niosąc ze sobą bogactwo doznań niebezpiecznie bliskie wydarzeniom na żywo.

W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie stwierdzić, iż Gryphon Audio PowerZone 3.10 jest na tę chwilę najbardziej transparentnym akcesorium zasilającym, jakie do tej pory dane nam było gościć w naszych skromnych progach. Nie dość jednak, że „znika” w torze, to przede wszystkim znacząco poprawia rozdzielczość i czystość reprodukowanych przez wpięte w niego urządzenia. Jeśli do powyższej wyliczanki zalet dodamy jeszcze zdolność obsługi potężnych wzmacniaczy i końcówek mocy, to jasnym stanie się, że niezwykle trudno będzie znaleźć mogącą zagrozić mu konkurencję.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem w 100 procentach pewien, że nie tylko ja, ale również wielu z Was bardzo uważnie śledzi poczynania duńskiej marki Gryphon Audio. To ostatnimi czasy na tyle prężnie rozwijający się brand, że po wielu handlowych sukcesach na polu elektroniki i kolumn głośnikowych dwa lata temu postanowił wprowadzić do swojego portfolio spełniający najwyższe standardy jakości gramofon. Niestety propozycja jest z segmentu ekstremalnego High End-u i na obecną chwilę w naszym kraju nie ma możliwości się z nią zapoznać. Jednak już z drugą, także niedawno zaprezentowaną nowością w ofercie już tak. A chodzi mianowicie o uzdatniacz energii elektrycznej, który swoje pierwsze występy w naszym kraju zaliczył podczas zeszłorocznej warszawskiej wystawy AVS 2024. O czym mowa? Otóż sam jestem nie tylko zaskoczony, ale także nieco podkręcony emocjonalnie, gdyż dzisiaj sprawdzimy, jak spisuje się dla wielu melomanów z racji kiepskiej jakości sieci elektrycznej w budownictwie wielorodzinnym i nie tylko istotny w ich systemach optymalizator zasilania Gryphon Audio PowerZone 3.10. To co prawda stojąca o oczko niżej od topowego tego tupu rozwiązania konstrukcja, ale zapewniam, będzie się działo. Zainteresowani? Jeśli tak, zatem zaczynamy.

Jak widać na serii zdjęć, PowerZone to solidnej wielkości konstrukcja. Jednak co w pomyśle na jej bryłę jest ciekawe i lekko odchudzające wizualnie, to rezygnacja wykorzystania obudowy w formie banalnego, a przez to nudnego prostopadłościanu. Sprawa rozbija się o fakt lekkiego cofnięcia dolnej części skrzynki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to nie do końca zrozumiałym pomysłem, jednak po akomodacji wzrokowej szybko okazuje się, że oprócz nadania urządzeniu wizualnej lekkości, tak naprawdę fajnie to wygląda. A jak z wyposażeniem? Otóż front został ozdobiony jedynie małym czerwono-krwistym logotypem marki. Natomiast tylny panel jest jego przeciwieństwem, gdyż zagospodarowano go do granic możliwości. Znajdziemy na nim 8 gniazd IEC japońskiego Furutecha, także z jego oferty gniazdo zasilania C-19 oraz zacisk masy. Jeśli chodzi o inicjację pracy, główny włącznik znajdziemy od dołu konstrukcyjnego balkonika. Niestety w komplecie startowym nie znajdziemy kabla zasilającego, jednak dystrybutor chcąc zapewnić nam pełen zestaw spod znaku tego samego producenta dostarczył do testu topową sieciówkę Gryphon Vanta naturalnie w specyfikacji 20A. Jak to działa? W odezwie do nabywcy producent jest bardzo wylewny. dlatego dokładnie na spokojnie możecie sobie o tym poczytać na stronie dystrybutora. Ja tylko wspomnę, iż chodzi o przepuszczenie sygnału elektrycznego przez serię będących projektem Paula Hafnera modułów przewodników o strukturze krystalicznej nazwane Hafner Tech. W jego opinii mają wygaszać szkodliwe rezonanse elektronów za pomocą sprzężenia zwrotnego akustyki kwantowej. Skomplikowane prawda? Cóż, nikt nie mówił, że droga do ideału będzie usłana różami, ważne, jak konstrukcja sprawdza się w realnym działaniu, o czym skreślę kilka zdań w poniższym akapicie.

Jedno jest pewne, mimo mojego bardzo pozytywnego postrzegania tytułowej marki, co naturalnie potwierdziłem zakupem kilku urządzeń tej stajni, po konstrukcji spoza mainstreamu jej produkcji nie spodziewałem się zbyt wiele. Owszem zdawałem sobie sprawę, że tak zwanych „gniotów” ten podmiot nie firmuje swoim logo, ale brak wieloletnich doświadczeń w tym temacie pozwalał dopuszczać w najlepszym wypadku jedynie fajny efekt. A dla mnie fajność polega na spełnieniu minimum dwóch aspektów. W pierwszej kolejności chodzi o jak najmniejszy stopień limitacji swobodnej projekcji wirtualnej sceny oraz unikanie zbytniego ugładzania dźwięku pod płaszczykiem efektu wyeliminowania zniekształceń. Im większa ingerencja w te aspekty, tym bardziej odczuwalna śmierć mikrodynamiki, co skutkuje ogólnym uśrednieniem przekazu. Ale zaznaczam, to absolutne minimum, czego niestety i tak nie zawsze niektórym konstrukcjom w mniejszym lub większym stopniu udaje się udźwignąć. A to dopiero początek pozwalający podjąć walkę o ocenę godną high endu. Jak zatem wszelkie ważne dla oddania całej prawdy o muzyce kwestie wypadły po podpięciu mojego źródła i przedwzmacniacza liniowego do tytułowego kondycjonera? Otóż było to całkowite i przy tym pozytywne zaskoczenie. Po pierwsze w najmniejszym stopniu nie ucierpiały wspominane niuanse brzmienia systemu typu rozmach oraz mikrodynamika prezentacji. A po drugie przekaz nabrał zaskakującej, w pełni kontrolowanej, podnoszącej motorykę wizualizowania świata muzyki energii. Chodzi o zwiększenie soczystości oraz impetu impulsu inicjującego pojedynczy dźwięk, co w znaczącym stopniu poprawiło drive rozgrywanych w moim pokoju wydarzeń muzycznych. Gdybym miał określić ogólny rys zaproponowanego tego działania według specyfikacji PowerZone 3, powiedziałbym, że Duńczyk tchnął w nią dodatkową szczyptę życia. I bez znaczenia było minimalne zaokrąglenie krawędzi rysujących wirtualne byty – naprawdę w symbolicznym stopniu, gdyż za sprawą braku ingerencji w transparentność kreowania całości sceny w rozumieniu blasku i rozdzielczości każdej najdrobniejszej nuty, za to jako feedback podkręcenia emocji za sprawą epatowania kontrolowaną energią bezwiednie chciało się podnosić poziom głośności słuchanego materiału. Na ogół słucham swojego repertuaru dość głośno, jednak jeśli coś podczas sesji testowej w rozumieniu jakości przekazu kuleje, często zmniejszam poziom decybeli. Natomiast w tym przypadku za sprawą opisanego zastrzyku emocji i minimalizacji przez tytułowy filtr zniekształceń w przekazie automatycznie chwytałem pilota i bezwiednie, acz z wielką przyjemnością zbliżałem się do granic progu komfortowego obcowania z ulubionymi artystami. Tak było choćby w mocnym rocku spod znaku formacji AC/DC z płyty „For Those About to Rock (We Salute You)”, która jest dla mnie chlebem powszednim przemierzania dokonań tej grupy. I zapewniam, nie przez przypadek wspomniałem akurat tę płytę. Otóż przy idealnie wpisującej się w mój pogląd na świat z pozycji beneficjenta syndromu ADHD całej wirtuozerii grania tych panów, chodzi oczywiście o armatnie strzały w jednym z kawałków. Muzyka jako taka w postaci mocnych gitarowych popisów i wściekłej wokalizy przewidywalnie wypadała znakomicie, jednak, gdy do tego doszły podkręcone energią, oczyszczone ze zniekształceń przez duński kondycjoner, dzięki temu dające się odtworzyć z większą głośnością armatnie salwy, moje emocje dosłownie i w przenośni sięgały zenitu. To było szaleństwo w czystej postaci. A najlepsze w tym wszystkim było to, że dało się je dodatkowo przyprawić, gdyż podczas odsłuchu tego krążka zrobiłem teoretycznie na próbę, ale finalnie udaną lekką roszadę z kablem zasilającym PowerZone i zamiast wspomnianej Vanty Gryphona, zastosowałem amerykańską sieciówkę Stealth Audio. W jakim celu? Aby zwiększyć agresję rysowania krawędzi dźwięku, która teoretycznie była ok, jednak chcąc uzyskać pełnię zamierzeń artystów postanowiłem ją dodatkowo wyostrzyć. Efekt? Dla mnie znakomity, bo delikatnie i w osobistym odbiorze jako pozytyw cofnęło się wspominane wcześniej złagodzenie rysunku scenicznych bytów bez efektu najmniejszego wyostrzenia prezentacji. A przecież rozprawiamy o słabo zrealizowanym materiale. Cuda? Bynajmniej, po prostu umiejętnie wdrożona w życie technologia oczyszczania energii elektrycznej. Technologia w ten sam sposób działająca także na inne gatunki muzyczne typu jazz czy twórczość barokowa. Za każdym razem dostawałem podane bez jakiejkolwiek nachalności, ale znakomicie słyszalne, tak ważne dla nich smaczki, że w celu weryfikacji tego stanu rzeczy sięgałem po najbardziej odjechane płyty z Anną Marią Jopek „Upojenie” na czele. Dlaczego akurat wspominam o niej? Naturalnie aby udowodnić, że piszę prawdę. Otóż jej pozycje płytowe zawsze trącają lekkim przekroczeniem poziomu dobrego smaku w kwestii wyrazistości podania górnego zakresu, a w szczególności sybilantów. Ludzie to lubią, ale wielu niestety nieco narzeka, więc postanowiłem sprawdzić, jak wypadnie podczas testu tytułowego uzdatniacza. Usiadłem, wcisnąłem przycisk Play i czekałem. Co się wydarzyło? Nic szczególnego, a tak naprawdę same pozytywny, bowiem pani Ania zaśpiewała w swoim stylu, jednakże bez krzty poczucia dodatkowego podkreślania przywołanych realizacyjnych niuansów. Pośpiewała, Pat Metheny w wielu kawałkach jej zaakompaniował, a ja nawet nie zauważyłem, gdy soczewka lasera wróciła do punktu zero. Da się? Jak widać da.

Jaka będzie puenta tego rozdania testowego? Otóż z przyjemnością oznajmiam, iż rzeczony kondycjoner Gryphon Audio PowerZone 3.10 zaskoczył mnie podwójnie. Co jest bardzo ciekawe, za każdym razem pozytywnie. W pierwszej kolejności chodzi o fakt wprowadzenia znakomitego produktu do oferty bez większych doświadczeń w tej materii. To niestety nie zawsze się udaje i dopiero kolejne wcielenia przecierającego szlaki w danym segmencie urządzenia pozbawione są ewentualnych wad. Zaś w drugiej mam na myśli nie tylko pozytywny efekt czyszczenia sygnału pozwalający słuchać muzyki głośno, ale również znakomicie wypadające podkręcanie pozytywnych emocji w słuchanym repertuarze. I nie jakimś wybranym, tylko każdym i bez jakichkolwiek ograniczeń realizacyjnych. A zapewniam, po wielu testach tego typu zabawek wiem, iż nie jest to takie proste. Tym bardziej jestem rad, że marce Gryphon się udało.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Cena: 69 800 PLN

Dane techniczne
Liczba gniazd: 8 gniazd Furutech
Moduł Hafner Tech™: 1 moduł
Prąd nominalny: 20 A
Wymiary (S x W x G): 486 x 125 x 285 mm
Waga: 10,9 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Czy da się uzyskać pełne pasmo z niewielkich monitorów? Teoretycznie nie, jednak podobno AudioSolutions Virtuoso B ową regułę starają się bardzo mocno nagiąć na swoją korzyść. Na ile ta trudna sztuka im się udaje sprawdzimy w ciągu najbliższych dni.

cdn. …