Monthly Archives: czerwiec 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Z w pełni świadomą przewrotnością pozwolę sobie na wstępie stwierdzić, iż abstrahując od tego, czy przewody do zastosowań audio grają, czy też nie, gdyż to akurat dyskusji na naszych łamach nie podlega, kluczową kwestią pozostaje fakt, czy i w jakich okolicznościach przyrody owe granie oznacza progres, a kiedy regres dźwięku okablowywanego systemu. Krótko mówiąc co wpływa na pozytywne bądź negatywne skutki naszych nader często spontanicznych, a więc i nie do końca przemyślanych roszad w audiofilskim krwioobiegu. Najogólniej rzecz ujmując problem leży w nieprzewidywalności i zarazem ilości zmiennych, z którymi musi zmierzyć się kandydat aspirujący do pozostania w naszej misternej układance. Dlatego też coraz odważniej wytwórcy dedykowanego złotouchej braci okablowania zachęcają do odsłuchów, testów a finalnie zakupów kompletnych zestawów efektów ich radosnej twórczości. Powód jest wbrew pozorom (nie)oczywisty i bynajmniej jego podłożem nie są aspekty natury ekonomicznej, co … logicznej. Chodzi bowiem o wyeliminowanie nieznanych danemu twórcy przewodu/ów współtowarzyszy i ich wpływu na nowe kilkadziesiąt/set centymetrów miedzi, bądź innych kruszców w systemie, gdyż z tego co mi wiadomo nikt z nich nie dysponuje szklaną kulą i nie posiadł tajemnej wiedzy rumpologicznej pozwalającej wróżyć nie z fusów, lecz tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, by niejako z góry założyć jak jego okablowanie zgra się z konkurencyjnym marki X, bądź Y. A tak, własnym sumptem dokonując pełnego zaspokojenia potrzeb danego systemu na druty maści wszelakiej zazwyczaj są w stanie ów wpływ z większą bądź mniejszą trafnością przewidzieć. Oczywiście finalną ocenę pozostawiając testującemu / nabywcy. Ponadto jest to jeden z najrozsądniejszych sposobów, by kompletując nowy system już na starcie możliwie efektywnie wypracować jakiś sensowny punkt wyjścia, a jeśli tylko po raz kolejny uaktywni się audiophilia nervosa, to dopiero wtedy żmudną metodą prób i błędów próbować pójść o krok, bądź dwa dalej, bądź czerpiąc z wcześniej zdobytych doświadczeń sięgnąć po kolejny zestaw firmowy.
Dlatego też, choć z należącym do tytułowej serii przewodem zasilającym mieliśmy już okazję spotkać się na przełomie 2022 i 2023 a w tzw. międzyczasie dokładnie przejrzeć i przesłuchać pozostałe plichtowskie rodzeństwo, to dziwnym zbiegiem okoliczności jeszcze nie dane nam było gościć w redakcyjnych systemach kompletnego zestawu tegoż wytwórcy. Całe szczęście owo niedopatrzenie możemy uznać za niebyłe, bowiem skoro czytają Państwo te słowa, to znak, iż właśnie takowy set do nas dotarł. W dodatku, Witek Kamiński – spirytus movens rodzimej manufaktury WK Audio, stawiając wszystkie żetony na jedną kartę i zgodnie z firmową hierarchią w szranki z naszymi dyżurnymi drutami wystawił forpocztę swojej radosnej twórczości w postaci pełnego zestawu WK Audio TheOne w skład którego weszły trzy przewody zasilające Power, łączówki XLR i głośnikowe Speakers.

Jak powyższe zdjęcia unaoczniają „Jedynki” na tle szlachetniej urodzonych przewodów z serii TheRay i TheRed prezentują się nad wyraz skromnie zarówno, jeśli chodzi o niezbyt zobowiązujące przekroje, jak i asekuracyjnie czarne umaszczenie zewnętrznych plecionek ochronnych. Niemniej jednak docenić należy zachowanie zgodności z rodzimym DNA i zastosowanie aluminiowych tulei splitterów w przewodach głośnikowych, które chociażby z racji „budżetowości” tytułowej linii z powodzeniem można byłoby zastąpić „portkami” z termokurczki i raczej nikt nie miałby o to do wytwórcy pretensji. A tu proszę, nie dość, że stosowne tuleje ozdobione firmowymi logotypami i oznaczeniami modeli są, to i konfekcja w postaci widełek FP-201 (R) Furutecha nie daje pretekstu do nawet najmniejszej krytyki. Podobnie jest z łączówkami XLR, gdzie użyto Furutechów FP-701M G / FP-702F G, oraz bazującymi na FI-E38R / FI-28R zasilającymi. Ot solidny standard bez udziwnień. Oczywiście można lepiej i … drożej, co z resztą udowadniają wyższe serie, jednak pamiętajmy, że TheOne-y to dopiero wstęp do plichtowskiego portfolio, więc wybór właśnie takiej a nie innej konfekcji śmiało można uznać za logiczny i zdroworozsądkowy zarazem. A właśnie, skoro o rozsądku mowa, to nie sposób nie wspomnieć o charakterystycznych skórzano-metalowych brelokach zdobiących przewody zasilające, natomiast w przypadku łączówek wykorzystanie skórzanej „szlufki” pozwoliło zespolić oba sygnałowe przebiegi. Proste, skuteczne i estetyczne. W dodatku ekologiczne, bo bez wszechobecnego plastiku.
Zgodnie z tradycją aspekt techniczny tytułowej gromadki w lwiej części stanowi słodką tajemnicę ich twórcy, który jedynie deklaruje długie lata mozolnych testów, autorskie zaploty, obsesyjną wręcz walkę z wibracjami, ręczną robotę i bazowanie na wysokiej czystości miedzi beztlenowej. Jednak czytając nie tyle między wierszami, co z nieco większą aniżeli zwyczajowe wodzenie błędnym wzrokiem, uwagą można wyłuskać chociażby to, że w głośnikowcach użyto przewodników o przekroju 2 mm², a w zasilających wszystkie żyły mają po 10AWG (6 mm²). Z kolei interkonekty kryją w sobie autorską kompozycję przewodników ze srebra, srebrzonej miedzi i miedzi wysokiej czystości.

Dysponując tytułową gromadką bez większych problemów (najsztywniejszy/najbardziej sprężysty jest Power, więc nieco trzeba się z jego ułożeniem nagimnastykować) zaaplikowałem ją w posiadany tor zapewniając pełne okablowanie obu Vitków (SCD-025 Mk.II + RI-101 MkII), w tym zasilanie – wzmacniacza bezpośrednio „ze ściany” a źródła poprzez „nic-niemającego” Furutecha e-TP60ER. W rezultacie powyższych działań dźwięk duńskiego duetu spiętego z AudioSolutions Figaro L2 uległ zauważalnej konkretyzacji i pewnemu utwardzeniu w zakresie najniższych składowych. Nie odbyło się to jednak na drodze standardowego odchudzenia i upuszczenia części dotychczas obecnej energii, lecz raczej zwarcia i ujędrnienia tkanki definiowanej precyzyjnie kreślonymi konturami. Śmiało można było zatem mówić o delikatnym przesunięciu akcentu z masy oraz wolumenu w stronę sprężystości i motoryki, timingu. Słychać było, że całość podąża w kierunku wyznaczonym przez moje dyżurne głośnikowe TheRay Speakers. Tylko żeby była jasność – kierunek był zgodny, jednak już serwowane przez TheOne’y niuanse i dostępna z ich pomocą rozdzielczość ustępowały wyżej pozycjonowanemu rodzeństwu. Nie oznacza to bynajmniej jakiejś wyraźnej limitacji, czy też przykręcenia kurka ze strumieniem danych a jedynie potwierdzenie faktu, że jeśli nie zawsze, to na pewno w tym przypadku da się jeszcze lepiej. Dlatego też nie szukając dziury w całym i nie robiąc tak sobie, jak i tytułowej gromadce przykrości darowałem sobie czy to bratobójcze, czy to międzykontynentalne (np. z Furutechem Nanoflux Power NCF) starcia skupiając się na TheOne’ach. A te, po kilkudniowej rozgrzewce i ułożeniu się w moim systemie zaprezentowały wysoce satysfakcjonujący poziom nausznych doznań. Wystarczyło bowiem umieścić w komorze odtwarzacza srebrny krążek „Ravel: Boléro – Tchaikovsky: 1812 Overture – Liszt: Les Préludes” w wykonaniu The Philadelphia Orchestra pod batutą Riccardo Mutiego, by na własne uszy przekonać się, że praktycznie żadne limitacje tak natury informacyjnej, jak i dynamicznej naszych bohaterów nie dotyczą. Skoki dynamiki wgniatały w fotel, scena dalece wykraczała poza ramy wyznaczane poprzez rozstaw kolumn a i góra pasma ani myślała asekuracyjnie popadać w przyprószoną złotem krągłość, lecz gdy tego wymagała partytura z odpowiednim impetem „strzelić w ucho” partią dęciaków, bądź smyczków. Spora w tym zasługa interkonektu, który oferuje niezwykłą otwartość i iście krystaliczną czystość najwyższych składowych, które idealnie korespondują z podobną charakterystyką przewodu głośnikowego. A co do impetu będącego oczkiem w głowie tak głośnikowców, jak i zasilających, to nieco zmieniając repertuar i sięgając po tegoroczne wydawnictwo „Rivers of Nihil” progresywnie deathmetalowej formacji Rivers of Nihil z pomocą rodzimego okablowania nader boleśnie, gdyż na własnej skórze i zmysłach, można przekonać się jak brutalną odmianą metalu ekipa z Pensylwanii się para. Jeśli bowiem co i rusz jesteśmy katowani dźwiękami przypominającymi sekcję zwłok prowadzoną w podejrzanym prosektorium za pomocą imitujących pracę diaksa gitarowych riffów i zastępujących młot pneumatyczny wystrzeliwanych z bezlitosną precyzją perkusyjnych blastów wspieranych podwójną stopą, to znak, że plichtowskie okablowanie ani myśli cokolwiek łagodzić i tonizować, lecz z rozbrajającą bezczelnością pokazuje miejsce w szeregu zdecydowanie bardziej utytułowanej konkurencji. Ot chociażby w bezpośrednim porównaniu na tle TheOne Power amerykańska Acoustic Zen Gargantua II zabrzmiała potężniej, co znających ten przewód raczej nie powinno dziwić, lecz zarazem z nieco pogrubionymi konturami i lekko spowolnioną motoryką, ustępując pod tym względem rodzimej sieciówce. Próżno jednak doszukiwać się w sygnaturze podstawowych WK Audio jakichkolwiek znamion sztucznego wyostrzenia, czy też potęgującej „brud” ww. kompozycji granulacji, gdyż w chwilach wytchnienia, gdy wściekły growl przechodzi w czysty wokal a z kakofonicznej młócki wyłania się słodki i niemalże żywcem wzięty z twórczości King Krimson karmelowy saksofon altowy (Patrick Corona), nieśmiało przypominająca o swoim istnieniu wiolonczela (Grant McFarland), bądź nawet li tylko czysty riff, wszystko jest podane z należytą kulturą i zachowaniem pełnej zgodności barwowo-strukturalnej. Jedyne, na co wypadałoby zwrócić uwagę, to fakt, że TheOne’y same z siebie niczego nie ocieplają, nie wysycają i nie dociążają, więc jeśli spinana nimi elektronika takowymi walorami nie dysponuje, to i z nimi w torze cudów nad urną spodziewać się nie należy. Całe szczęście nie sposób też przypisać im jakichkolwiek tendencji do nadawania reprodukowanemu materiałowi zbytniej chrupkości, czy też anemicznej eteryczności, więc jeśli tylko w poszukiwaniu zdroworozsądkowego kompromisu rozglądacie się Państwo za okablowaniem pozwalającym rozbudzić nieco ospały system zastrzykiem witalności i rozdzielczości, a zarazem sprawić, by nuda i apatyczna zaduma przeszły w stan w pełni zasłużonego spoczynku, to jest to właściwy kierunek.

Jak widać na powyższym przykładzie po kilku zestawach ze stajni ZenSati (m.in. Angel, #X, Razzmatazz), Van den Hul-a, czy nieco bardziej egzotycznych – balijskich Vlad-ach przyszła pora na WK Audio The One, które eliminując ewentualne najsłabsze (obce) ogniwo z toru biorą pełną odpowiedzialność za finalne brzmienie okablowanego przez siebie systemu. I z owego zadania wywiązują się naprawdę wzorowo. Dlatego też, jeśli tylko nie macie Państwo ochoty, czasu i nerwów komponować własnych „drucianych ikeban”, to spróbujcie plichtowskich specjałów, a gdy tylko powyżej zasygnalizowane nuty smakowe TheOne-ów okażą się godne Waszego podniebienia gorąco zachęcam do pięcia się po kolejnych szczeblach firmowego portfolio.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak z pewnością zauważyliście, testowanie okablowania zazwyczaj ogranicza się do jednego lub dwóch sztuk tudzież rodzajów (cyfra, analog) danej serii. To oczywiście jest całkowicie zrozumiałe, bowiem podyktowane chęcią producentów jak najszybszego pokazania światu powołanych do życia nowości w swoim portfolio. Niestety z uwagi na mnogość oferty od sieciowego, przez analogowy, kolumnowy, po cyfrowe uzupełnianie taki proces trwa i najbardziej optymalną opcją jest konsekwentne przedstawianie ich w kolejności powstawania. Na szczęście coraz częściej zdarza się też, że konstruktorzy po seriach pojedynczych występów proponują nam sparing z kompletnym pakietem kabli z jednej linii produktowej. Czy takie podejście do tematu ma sens? Ależ oczywiście, gdyż pewnie nie jeden z Was przekonał się, iż występ pojedynczej sztuki to jedno, a kolokwialnie mówiąc „całej bandy” to drugie. A co najciekawsze, nie zawsze druga opcja nosi znamiona pozytywnych, gdyż potrafi zbyt mocno przeciągnąć brzmienie systemu na swoją, całkowicie odmienną od oczekiwań potencjalnego nabywcy modłę. Dlatego też dobrze zdając sobie z tego faktu sprawę tak jak w przypadku dzisiejszego rozdania testowego zawsze chętnie bierzemy takie zestawy na tapet. A będzie nim komplet kabli sieciowych, sygnałowych i kolumnowych plichtowskiego producenta WK Audio z rozpoczynającej jego ofertę linii TheOne Power, XLR oraz Speaker.

Co wiemy na temat budowy naszych bohaterów? Niestety standardowo informacje są zdawkowe. Wiemy, że przewodnikiem w zasilającym i głośnikowym jest wysokiej jakości, kriogenizowana miedź a w interkonektach srebro, srebrzona miedź i miedź. Jej splot oprócz tego, że jest firmowym rozwiązaniem wielodrucikowych żył, to dodatkowo w każdym przypadku z dbałości o finalną i co bardzo istotne powtarzalną najwyższą jakość wykonywany ręcznie. Co prawda takie podejście do tematu wydłuża proces produkcyjny, jednak daje wymierne efekty w postaci powtarzalności produkcji i dzięki temu zachowaniu najwyższych parametrów sonicznych. Naturalnie w budowie tej serii przewodów znajdziemy jeszcze stosowne ekranowanie, system izolacji oraz system antywibracyjny, jednak te kwestie są firmową tajemnicą. Jedno co wiemy na pewno, to fakt użycia w każdym przypadku niekwestionowanych w kwestii jakości, co prawda nie topowych, a spełniających wymogi brzmienia dla tej serii okablowania wtyków japońskiego Furutecha. Na koniec fajnym ukłonem w stronę klienta jest pakowanie każdego produktu w estetyczne, wykonane ze sklejki, wyściełane profilowaną gąbką skrzynki.

Jak wypadły tytułowe „jedynki” w komplecie? Oczekiwanie z jednej strony oraz zaskakująco – w sensie pozytywnym – z drugiej. W pierwszym przypadku wpięcie zestawu zaowocowało akcentem wyraźnego konturowania źródeł pozornych, co jako feedback spowodowało zebranie się dźwięku w sobie. Ten zaś z uwagi na dobrą masę zaprezentował mocny impuls energetycznych pasaży słuchanej muzyki. Jednak co w tym wszystkim było bardzo ciekawe, to fakt, że mimo wyraźnego zaznaczania krawędzi przekaz nie przekroczył cienkiej linii przerysowania tego aspektu. Lubię ostrą kreskę wizualizującą wydarzenia sceniczne i jeśli nie jest jedynie bolesną pogonią za wyżyłowaniem szybkości narastania sygnału, a służy raczej wyraźnemu pokazaniu pełni informacji na temat danej sesji muzycznej, dla mnie to bardzo pożądana cecha. I w ten sposób odebrałem konstrukcje z Plichtowa. W dobrym tego słowa znaczeniu agresywne w domenie bezpośredniości podania najdrobniejszego sygnału, ale także oferujące odpowiednią masę, a przez to energię dolnych i środkowych rejestrów. A co z górnym zakresem? Na szczęście, tak na szczęście, bo konstruktorzy przy takim podaniu muzyki często go lekko temperują, są otwarte. Rozwibrowane i mieniące się milionem odcieni, ale cały czas mające na celu jedynie podkreślić działania niższych częstotliwości, a nie szkodliwie chadzać swoimi drogami. To oczywiście po osobistym zderzeniu przez wielu melomanów może być odebrane jako nazbyt wyrazisty występ, jednak w kontekście całości podania muzyki jest całkowicie zrozumiałe i dla mnie w momencie umiejętnego wymykania się przekazu męczącemu przerysowaniu nawet nie akceptowalne, ale wręcz pożądane. Ja najzwyczajniej w świecie to kupuję, bo jest i drive i masa, a wszystko podane z odpowiednią radością. Oczywiście wyższe modele tego podmiotu gospodarczego robią to z większą kulturą, jednak to już niesie za sobą dodatkowe koszty, ale zapewniam, oferta brzmieniowa testowanej dziś najtańszej linii produktowej wypada na ich tle tylko minimalnie mniej dojrzale, a nie źle. Jednak owo „mniej dojrzale” jest na tyle fajnie wyważone, że dając posmak żywego grania zestawu było to pokazywanie muzyki z pełnym pakietem jej wielobarwności tak w odniesieniu do esencjonalności, jak i oferowanego pakietu informacji. Bez wycieczek w stronę zbytniego zamulenia ani krzyku, tylko w służbie zapewnienia słuchaczowi muzyki w estetyce witalności. Dlatego też tak naprawdę bardzo dobrze wypadała każdego rodzaju muzyka. I jazzowa w wykonaniu rodzimego zespołu RGG na krążku „Szymanowski”, nastawiona na emocje związane z napawaniem się ciszą przerywaną pojedynczymi nutami różnych instrumentów i rockowa spod znaku ostatniej produkcji Metalliki „72 Seasons” serwująca słuchaczom ścianę artystycznego buntu od kopniaka stopą perkusji począwszy, przez popisy soczystych gitar, na wrzasku frontmena skończywszy. Oba nurty bez najmniejszego problemu pokazywały swoje najlepsze cechy, co sprawiało, że każda płyta leciała od początku do końca, a nie była li tylko udaną, bądź nieudaną próbą poszukiwania dobrych stron prezentacji. Gdybym miał w telegraficznym skrócie opisać obie płyty, w przypadku jazzu był to znakomity rysunek wydarzeń, zaś w rocku agresja prezentacji, czyli w jednym i w drugim to, o co tak naprawdę chodzi. Dla mnie przy wzięciu pod uwagę pozycją startową testowanej oferty WK Audio TheOne, to bardzo dobry wynik, który wielu z Was może przypaść do gustu.

Gdzie ulokowałbym nasz zestaw testowy? Bez jakichkolwiek problemów wszędzie tam, gdzie potencjalnemu nabywcy chodzi o drive i emocje związane z witalnością przekazu. Opisywany set to w dobrym znaczeniu tego słowa wcielony diabeł, który kiedy trzeba kopnie w pełni kontrolowaną ścianą dźwięku, a innym razem zaserwuje znakomitą czerń tła dla najcichszej, jednak dla danej interpretacji muzycznej najważniejszej nuty. Oczywiście wszystko w estetyce pełnej swobody. A jak z piewcami barwy i esencji ponad wszystko? Tutaj będzie różnie. Ale nie zdziwię się, gdy jakiś przedstawiciel tego typu prezentacji po zrozumieniu co tak naprawdę traci – piję do radości muzyki pokazanej przez kable WK Audio – jeśli od startu nie zmieni zdania, to przynajmniej gdzieś w duchu dostrzeże, że muzyka niejedno ma imię. Na ile skutecznie pokaże czas. Jeśli zaś chodzi o mnie, „imię” w wydaniu konstrukcji z Plichtowa bez problemu rozumiem, bo w podobnej estetyce brzmienia konfigurowałem swój system.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Producent / Dystrybucja: WK Audio
Ceny (wyłącznie dla Europy i USA)
WK Audio TheOne XLR: 1 800 € / 2 x 1,5m; + 360 € / 0,5m
WK Audio TheOne Speakers: 2 250 € / 2 x 2,5m; 850 € / 0,5m
WK Audio TheOne Power mkII: 2 000 € /1,5m; +400 € /0,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Z cyklu złoty a skromny, jeszcze pachnący fabryką najnowszy przewód zasilający – ZenSati #X Mezzo.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

O ile podczas ostatniego monachijskiego High Endu mogliśmy dzisiejszego gościa jedynie obejrzeć i „pomacać”, to dzisiaj, jak to mawiał klasyk „nadejszła wiekopomna chwila” i możemy wreszcie wpiąć go do naszego systemu. Panie i Panowie oto referencyjny przewód głośnikowy Furutech Project V1-S.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak się okazuje Audio Research oprócz potężnych  końcówek potrafi zrobić też coś w zaskakująco kompaktowej rozmiarówce, ot chociażby zintegrowany wzmacniacz I/50.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Marantz Link 10n

Opinia 1

Dawno, dawno temu, czyli w czasach gdy rynek High-End w „kraju nad Wisłą” praktycznie nie istniał, Hi-Fi dopiero nieporadnie raczkował, stanowiący jedno z głównych źródeł informacji „Magazyn hi-fi” ukazywał się tyleż nieregularnie, co w formie przypominającej szatą wzorniczą metalowe i punkowe undergroundowe zine’y a na dostępne „spod lady” numery trzeba było po prostu polować egzystowała marka, która za sprawą swego charyzmatycznego projektanta była niezwykle bliska polskim audiofilom, stanowiąc upragniony bilet do magicznego świata wyrafinowanych dźwięków. Mowa oczywiście o Marantzu i reprezentującym go nieodżałowanym Kenie Ishiwata, który nie tylko regularnie Warszawę, jak tylko wystartowało Audio (wtedy jeszcze bez Video) Show, odwiedzał, lecz również przyciągał na swoje pokazy prawdziwe tłumy wiernych akolitów mających zazwyczaj na swych ścianach zawieszone nie tylko podobizny JPII, lecz również certyfikat potwierdzający nabycie sygnowanej właśnie przez Kena którejś z „poprawionych” przez niego wersji odtwarzacza, bądź wzmacniacza. Jak to jednak mawiał niejaki Heraklit z Efezu „panta rhei”, więc nie dość, że Ken stroi systemy po drugiej stronie tęczy, to przynajmniej jeszcze do niedawna wydawać się mogło, że i sam Marant nieco spuścił z tonu, po 12-kach SE za bardzo nie mając pomysłu jak ponownie skupić na sobie atencję złotouchej braci. Całe szczęście stan owej „flauty” możemy niniejszym uznać za niebyły, bowiem latem zeszłego roku światło dzienne ujrzała flagowa 10-Series na którą przelotnie tak okiem, jak i uchem można było rzucić w trakcie minionego AVS-u. Dość jednak rzewnych retrospekcji i wspominek czasów słusznie, bądź nie, minionych, bowiem jak to już zdążyliśmy zaanonsować w formie tradycyjnego unboxingu do naszej redakcji zawitał topowy kombajn multimedialny, czyli oferujący funkcje zarówno streamera, DAC-a, jak i przedwzmacniacza liniowego oraz phonostage’a Marantz Link 10n, na test którego serdecznie zapraszamy.

Choć dotychczasowe, jak już pozwoliłem sobie zauważyć, mocno niezobowiązujące, spotkania z naszym dzisiejszym gościem dawały pewne wyobrażenie o „powadze” dzisiejszego bohatera, to dopiero konieczność działań natury logistycznej, czyli ww. unboxing i aplikacja w naszych systemach bezpardonowo pokazałyy, że tak żarty, jak i brak high-endowych ambicji ekipy z Shirakawa Audio Works śmiało możemy uznać za niebyłe. Pomijając bowiem pełnowymiarową, bliższą dużym integrom i końcówkom mocy posturę urządzenia szczęśliwy nabywca zmierzyć się musi z jego ponad 33 kg wagą. A to już nie przelewki a zarazem niezbity dowód na to, że wreszcie wszechobecny plastik ustąpił miejsca szlachetnemu aluminium, z którego wykonano anodowany na czarno, jak to ma miejsce w testowym egzemplarzu, bądź na szampańskie złoto (Marantz Champagne) korpus.
Zgodnie z ostatnio lansowanymi przez Marantza kanonami piękna i unifikacją wzornictwa jego wypustów front 10-ki jest dwuwarstwowy, czyli składa się ze spodniej płyty nośnej i lekko wysuniętej „łuskowatej” przedniej z umożliwiającą regulację natężenia iluminacji LED-ową obwódką. Centrum owej wyspy zajmuje pokaźnych rozmiarów wysokorozdzielczy wyświetlacz dostarczający informacji nie tylko odnośnie pozycji menu, głośności i konkretnych nastaw, lecz i parametrów odtwarzanego materiału. Po obu bokach jego tafli wkomponowano wielopozycyjny wybierak /play/pause (po lewej) i przycisk potwierdzenia wyboru (po prawej). Z kolei na pozaakrylowych rubieżach wygospodarowano miejsce na obrotowy selektor źródeł i włącznik główny a po przeciwległej stronie gałkę wzmocnienia i wyjście słuchawkowe 6,3mm.
Z racji niezwykle rozbudowanego wachlarza zaimplementowanych funkcjonalności plecy 10-ki onieśmielają bogactwem wszelakiej maści przyłączy. I tak, oba górne narożniki okupują nagwintowane trzpienie anten Bluetooth/Wi-Fi pomiędzy którymi umieszczono, patrząc od lewej, wyjścia liniowe w standardzie RCA i XLR, port USB-A do podpięcia pamięci masowych(FAT32 lub NTFS), gniazdo Ethernet, cyfrowe wyjścia (koaksjalne, optyczne) i wejścia (USB, HDMI ARC, koaksjalne i dwa optyczne). Piętro niżej wygospodarowano przestrzeń dla sekcji phonostage’a z wejściami RCA i zaciskiem uziemienia, parą wejść liniowych RCA i XLR, oraz podobnym zestawem wyjść o regulowanym poziomie uzupełnionych o wyjście RCA na subwoofer. Litanię zamyka interfejs czujnika IR, firmowej magistrali sterującej i terminal RS-232 do komunikacji z „domową inteligencją” plus dwubolcowe gniazdo zasilające IEC C17. Na wyposażeniu nie zabrakło również eleganckiego sterownika, choć z powodzeniem większość jego funkcji dubluje firmowa aplikacja Heos na smartfony i tablety. Warto również zwrócić uwagę na fakt obsługi sygnałów PCM do 352.8 kHz/384 kHz i DSD po USB, ponadto dla sygnałów PCM można wybrać jedną z dwóch opcji filtracji i taki sam zestaw dla Dithera, który również da się wyłączyć, oraz cztery nastawy „reduktora szumów” (Noise Shaper). Jakby tego było mało również miłośnicy słuchawek w przepastnym menu Marantza znajdą coś dla siebie, gdyż specjalnie dla nich pomyślano o optymalnym dopasowaniu parametrów wyjściowych pod względem impedancji obciążenia (High, Mid, Low). Nie zapomniano też o fanach czarnych krążków, gdyż 10-ka obsługuje nie tylko wkładki MM, lecz i MC (Low, Mid, High).

I właśnie od phonostage’a pozwolę sobie rozpocząć omawianie walorów sonicznych naszego dzisiejszego gościa, gdyż nie jest to li tylko zazwyczaj po macoszemu traktowany, w dodatku przewidziany jedynie dla wkładek MM, dodatek pozwalający odhaczyć stosowną pozycję w tabelce funkcjonalności, lecz pełnoprawny „walor” tytułowego kombajnu. Za jego pośrednictwem otrzymujemy dźwięk zaskakująco rozdzielczy i energetyczny, jasno dający do zrozumienia, że mając 10-kę na stanie warto również pomyśleć o torze analogowym i niespecjalnie oszczędzać na samej wkładce, bo różnice tak in plus, jak i minus słychać bardzo wyraźnie. Równie wyraźne różnicowanie dotyczy również jakości samego wsadu materiałowego, więc czystą formalnością było jedynie utwierdzenie się w przekonaniu, że Metallica na „Hardwired…To Self-Destruct” stawia przede wszystkim na ilość a Tingvall Trio na „Vägen” na jakość generowanych dźwięków. Jednak kluczowym w powyższym sparingu był fakt, iż nawet w najbardziej dynamicznych i „gęstych” fragmentach Marantz ani nie tracił wrodzonej witalności ani tym bardziej nie dostawał objawiającej się kompresją i utratą rozdzielczości zadyszki śmiało mogąc stawać w szranki z wolnostojącą konkurencją z przedziału 3-5 kPLN. Wyżej może być już różnie, choć śmiem twierdzić, że z powodzeniem możecie sobie Państwo odpuścić porównawcze nasiadówki z urządzeniami z pułapu zbliżonego do półki na jakiej Link rezyduje, gdyż nawet niewinny sparring z naszym rodzimym Circle Labs V1000 sprawia, że nader boleśnie przekonujemy się o tym, iż od pewnego pułapu, przynajmniej jeśli mówimy o jakości dźwięku, kluczowa staje się możliwie wąska specjalizacja i separacja a nie integracja poszczególnych sekcji.
Jeśli zaś chodzi o stanowiącą serce 10-ki sekcję cyfrową, to nie owijając w bawełnę niejako z automatu wspinamy się na pułap adekwatny widniejącej w cenniku, przekraczającej 50 kPLN kwoty. Co ciekawe wnioski te bynajmniej nie wynikają z jakiejś ponadnormatywnej hiper-rozdzielczości, czy też obezwładniająco lepkiej muzykalności, lecz pozornie oczywistej i zarazem pożądanej naturalności prezentacji. Z jednej strony otrzymujemy pełen wolumen bogactwa informacji, gdzie wszystko ma swoje jasno określone tak przestrzennie, jak i czasowo miejsce a z drugiej słuchaczowi przypisana zostaje rola delektującego się owymi dźwiękami odbiorcy. W dodatku poziom i zasady odbioru są jasno zdefiniowane i opierają się na w pełni komfortowej absorpcji serwowanych składowych a nie ich usilnej laboratoryjnej analizie, bądź wręcz konieczności wzmożonej eksploracji nieco schowanych przed naszymi zmysłami niuansów. Tu wszystko dostajemy podane na złotej tacy i tylko od nas zależeć będzie, czy skupimy się na detalach, pojedynczych pralinkach, czy też kontemplować będziemy całość – misterną złożoność muzycznej bombonierki. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Otóż powyższe, cukiernicze metafory bynajmniej nie oznaczają nudnego na dłuższą metę przesłodzenia i polukrowania przekazu, lecz jego koherentność i jedwabistość zupełnie niekolidującą, oczywiście gdy tylko wymagają tego okoliczności przyrody, czyli daleko nie szukając np. podczas odsłuchu mrocznych i ciężkich jak dowcip prowadzącego jeden z popularnych teleturniejów „Children of Eve” greckiego Nightfall, bądź „Endtime Signals” Szwedów z Dark Tranquillity, z niemalże pierwotną agresją i bestialska brutalnością. Dostajemy zatem potężną dawkę metalowego łomotu, który pomimo szaleńczych temp, ekstatycznych blastów, ognistych riffów i zdzierania gardeł do żywego ani na moment nie traci selektywności i komunikatywności. Tutaj nic się nie zlewa, nikt nie próbuje ratować się upraszczaniem nazbyt połamanych i zagmatwanych aranżacji i jeśli tylko do głosu dochodzą jakiekolwiek znamiona granulacji i ofensywności, to nie wynikają one z niemożności oddania czystych fraz przez tytułowy kombajn a z zamysłu artystycznego artystów, bądź działań ekipy ów materiał masteringującej. Co prawda pod względem przestrzenności i rozdzielczości prezentacji na bardziej referencyjnym wsadzie („Anima Aeterna” Jakuba Józefa Orlińskiego) nasz dzisiejszy gość ustępował pola Aurenderowi A15, to uczciwie trzeba przyznać, że jednak nadrabiał wspomnianą koherencją i organiczną mięsistością, przez co w systemach, gdzie na drodze kolejnych udoskonaleń akcent z muzykalności całości został przeniesiony na dźwiękowy detal może okazać się bardziej pożądanym elementem i zwieńczeniem rozbudowy toru cyfrowego. Dostajemy zatem coś za coś – mniej rozwibrowania, blasku i oddechu, czy też otwarcia górnych rejestrów, za to bardziej sugestywną średnicę i osadzenie w niej głównej narracji.

Jak mam cicha nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika zakup Marantza Link 10n może dla większości, nawet wymagających, odbiorców stanowić bardzo ciekawe rozwiązanie dylematów związanych z wysokiej klasy torem cyfrowym, lecz jednocześnie uproszczenie całego toru audio jako takiego. Mówiąc wprost 10-ka oprócz li tylko funkcji streamera z równym powodzeniem sprawdza się w roli DAC-a, przedwzmacniacza a nawet phonostage’a, więc pozwala zaoszczędzić nie tylko dość poważne kwoty, co miejsce, czas i nerwy związane dzieleniem przysłowiowego włosa na czworo i z ciągłym gonieniem upragnionego króliczka.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Tytułowego Marantz-a nawet nie na 100, a na 200 procent zna każdy osobnik kochający muzykę. Powodem takiego stanu rzeczy jest oczywiście solidność oferty za stosunkowo niewygórowaną cenę, co sprawia, że Japończyk jest producentem z listy tak zwanego pierwszego wyboru. Z tego też powodu nie chcąc stracić przez lata wypracowanej pozycji pośród szerokiej rzeszy melomanów, konsekwentnie rozwija i udoskonala swoje portfolio. Skąd to wiem? Oczywiście z co jakiś czas przeprowadzanych testów. Może nie jest to bardzo długa lista, ale kilka ciekawych propozycji typu zestaw źródła z sekcją wzmocnienia SA-12 SE & PM-12 SE tudzież flagowy odtwarzacz CD SA-10 udało się przeprowadzić. Za każdym razem brzmienie bez najmniejszych problemów na tyle dobrze się broniło, że gdy odebraliśmy telefon z warszawskiego Horna w sprawie przyjrzenia się kolejnej konstrukcji spod tego znaku towarowego, bez jakiegokolwiek ociągania podnieśliśmy rzuconą rękawicę. Co trafiło w nasze progi? Zapewniam, to jest już bardzo poważne rozwiązanie. Mało tego, spokojnie można powiedzieć, iż to istne centrum sterowania mocno rozbudowanym systemem audio dla najbardziej wymagającego audiofila. A jest nim wielofunkcyjny streamer z funkcją przedwzmacniacza liniowego. A wielofunkcyjny dlatego, że tak przyjmuje, jak i oddaje sygnały cyfrowe, analogowe, a oprócz tego na jego pokładzie znajdziemy także phonostage oraz wyjścia sterujące subwooferami. Przyznacie, że tytułowy Marantz Link 10N to bez jakiegokolwiek naciągania faktów poważna maszyna. A jak się spisała podczas kilkunastodniowych testów, znajdziecie w poniższym opisie.