Opinia 1
Doskonale zdaję sobie sprawę, że w natłoku wrażeń natury wizualnej u naszych Czytelników, a u wszystkich szczęśliwców, którym udało się w tym roku dotrzeć na kolejną edycję monachijskiego High Endu, również i nausznych, mogło co nieco z prezentowanych tamże nowości umknąć. Z podobnego założenia wyszedł prawdopodobnie również krakowsko – warszawski Nautilus, który kując żelazo puki gorące, w iście ekspresowym tempie, zorganizował w swych salonach prezentację dwóch nad wyraz elektryzujących nowalijek z portfolio austriackiego Ayona – streamera S-10 II i … odświeżonej wersji flagowej integry, czyli Spirita w V już odsłonie. O ile jednak uzbrojonej w kwadrę pisankopodobnych lamp KT150 amplifikacji, jeśli pamięć i zdjęcia mnie nie zwodzą, w M.O.C.-u nigdzie nie było, to S-10ka nie tylko zagościła w firmowym zestawie, to przez większość wystawy pracowała na pełnych obrotach, tak podczas standardowych prezentacji, jak i spotkania z Lyn Stanley. Jakby tego było mało wraz z ww. elektroniką zawitał do Polski również jej konstruktor – Gerhard Hirt.
Biorąc jednak pod uwagę, iż obie prezentacje zaplanowano na wtorek (Kraków) i czwartek, czyli … dzisiaj, w Warszawie na ul. Kolejowej nieco przewrotnie postanowiliśmy odwiedzić stołeczny salon Nautilusa w … środę. Nielogiczne? Tylko pozornie, gdyż mając na uwadze spodziewane zainteresowanie wydarzeniem i oczywiście korzystając z uprzejmości Gospodarzy dokonaliśmy tzw. działań wyprzedzających umożliwiających nie tylko udokumentowanie całego procesu unboxingu ww. nowości, co przede wszystkim spokojną rozmowę z Gerhardem, na co podczas oficjalnego eventu szanse byłyby nazwijmy to delikatnie nad wyraz znikome.
A właśnie na rozmowie z właścicielem i zarazem konstruktorem Ayona zależało nam najbardziej, gdyż zarówno podczas korespondencji prowadzonej pod koniec 2013 r. w związku z recenzją kolejnej wersji Spirita 3, jak i naszego spotkania w Krakowie w lutym 2015 r., Gerhard każdorazowo wspominał, iż to co osiągnął w finalnej, oczywiście wtenczas, wersji 3-ki jest przysłowiowym dojściem do ściany i więcej z wykorzystywanej platformy wycisnąć się nie da. Krótko mówiąc koniec drogi i tyle. A jak ktoś chce lepiej, to powinien zainteresować się rozwiązaniami dzielonymi, czego dowodem było pojawienie się Spirita PA , czyli końcówki mocy. Jednak w tzw. międzyczasie co nieco w elektronice drgnęło, w głowie Gerharda i jego teamu pojawiły się nowe pomysły a i odbiorcy, szczególnie Ci z USA, na tyle intensywnie wiercili producentowi przysłowiową dziurę w brzuchu, że ten postanowił zaproponować zainteresowanym kolejną, oznaczoną V-ką (czyli piątą) odsłonę. I w tym momencie większości miłośników marki powinna zapalić się pomarańczowa lampka. O co chodzi? O zgodną z chronologią numerację a dokładnie jej pozorną niekonsekwencję. Aby jednak mieć jasny obraz sytuacji należy cofnąć się do początku drugiej dekady XXI w. i rozpocząć odliczanie. No to 3,2,1 start.
Otóż przez prawie dziewięć lat Ayon uparcie oferował Spirita w specyfikacji oznaczonej nr.3, choć przez ów okres, pomimo niezmienności nomenklatury, sam projekt przeszedł dwie, dość poważne modyfikacje. Pierwsza – rozpoczynająca austriacką sagę wersja wyposażona była w jubileuszowe Shuguang Treasure Series KT88 (50th Anniversary), a pozostałe stopnie obsługiwały JAN Philips 12AU7. Kolejna, recenzowana na naszych łamach, mogła pochwalić się już sygnowaną przez Ayona kwadrą KT88 a JAN-y zastąpiono parą Tungsoli 12AU7, oraz parą lamp sterujących 6SJ7 NOS General Electric. Z kolei w ostatniej inkarnacji pojawiły się wreszcie Tungsole KT150. Teraz mamy natomiast pachnącą fabryką 5-kę, z kwadrą 150-ek, dwiema 6SN7 i parą 12AX7, czyli gdzieś po drodze zgubiła nam się 4-ka. Owa pozorna niekonsekwencja wcale jednak niekonsekwencją nie jest, gdyż o ile przynajmniej dla nas nic w 4-ce groźnego nie ma, to w Azji, będącej jak wszem i wobec wiadomo jednym z najbardziej chłonnych rynków, powszechna jest tetrafobia, czyli niechęć/strach przed pechową liczbą 4, która np. w większości chińskich dialektów brzmi bardzo podobnie jak „śmierć”. A skala zjawiska dalece przekracza naszą obawą przed „pechową” 13-ką, gdyż nawet w budownictwie do oznaczenia kondygnacji, czy też numerów budynków Azjaci unikają jej stosowania. Wracając jednak do zmian konstrukcyjnych śmiało można powiedzieć, iż oprócz jedynie delikatnego liftingu wizualnego (pokrętła na froncie, brak widocznego przełącznika trybu pracy na płycie górnej) cała reszta została poddana nad wyraz drastycznym zmianom. Począwszy od zasilania – największy chromowany „rondel” mieści teraz dwa a nie jak dotychczas jedno toroidalne trafo, po całkowicie przeprojektowaną sekcję przedwzmacniacza, wszystko zostało wprowadzone na zupełnie inny, oczywiście wyższy poziom.
Z równą troskliwością pochylono się nad S-10 II, który zyskał nie tylko nowy wyświetlacz, ale i odświeżony moduł odtwarzacza, stopień wyjściowy, oraz bardziej precyzyjną regulację głośności. Co prawda wprawne oko patrząc na załączone zdjęcia trzewi może zauważyć zaskakujące podobieństwo do pierwotnej 10-ki, jednak dla ułatwienia dodam, iż lwia część modyfikacji miała miejsca na tych powierzchniach płytek drukowanych, które dziwnym zbiegiem okoliczności znajdują się akurat od spodu. Warto jednak podkreślić, że Gerhard, podobnie jak w Monachium, zdecydował się zaprezentować egzemplarz „cabrio”, czyli bez płyty górnej korpusu, dzięki czemu wszyscy chętni mogą do woli nacieszyć oczy widokiem czerwonych laminatów, wielce urodziwych tłuściutkich kondensatorów i generalnie bogactwem „inwentarza” a następnie np. porównać owe rozwiązania z tym, co ma do zaoferowania konkurencja. Abstrahując jednak od wnętrzności dla większości z nas i tak i tak najważniejszy będzie dźwięk. A ten … nie uprzedzając faktów, nawet jak na wytrzęsiony na polskich drogach prototypowy egzemplarz śmiem twierdzić, że poprawa w stosunku do poprzedniej wersji jest zauważalna już od pierwszych taktów.
Niejako na koniec wspomnę jeszcze tylko o pozostałych elementach skonfigurowanego na potrzeby wczorajszej prezentacji systemu, w której pozycje na flankach zajęły zjawiskowe kolumny Ayon Black Heron a lwią część okablowania stanowiły Siltechy Triple Crown i Crown 35 Years Anniversary uzupełnione przez m.in. Acrolinka 7N-PC6700 Anniversario.
Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę ekipie Nautilusa od razu poprosimy o wpisanie naszej redakcji na społeczna listę oczekujących na testy tytułowych nowości.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Dzisiejsza relacja jest w pewnym sensie zaplanowanym wyprzedzeniem wydarzeń posługując się nomenklaturą z kultowego filmu „Star Trek”, szeroko pojętej krzywej czasoprzestrzeni. O co chodzi? Już wyjaśniam. Otóż to, co pokazujemy w poniższym przedpremierowym materiale, swoje oficjalne pięć minut w warszawskim oddziale salonów audio Nautilus miało dzień później, czyli … dzisiaj – 30.05.2019 r. Po co ta cała ekwilibrystyka? Zasadniczy powód jest jeden, ale z naszego punktu widzenia bardzo ważny. Chodzi bowiem o fakt eliminacji jakichkolwiek problemów po pierwsze z dokładnym obfotografowaniem mającej na celu przybliżenie swoistych nowości imprezy, typu wiecznie kręcący się przed obiektywem chcący dowiedzieć się jak najwięcej o nowościach gości, a po drugie zadbanie o w miarę spokojne posłuchanie, a przez to wyrobienie choćby orientacyjnego pojęcia w którą stronę podąża dźwięk jeszcze pachnących linią produkcyjną komponentów. Ale to nie wszystkie atrakcje tytułowego wydarzenia, gdyż tym razem dystrybutor zadbał o znaczne podniesienie poprzeczki wyjątkowości spotkania i zaprosił właściciela marki i głównego konstruktora w osobie pana Gerharda Hirta. Zaciekawieni? Jeśli tak, zatem przyszedł czas na zdradzenie clou tego popołudnia, którym są najnowsza odsłona wzmacniacza zintegrowanego Ayon Spirit V i kolejna inkarnacja odtwarzacza plików Ayon S-10 II.
Jak obrazują fotografie, Ayon jak to Ayon przez swą konserwatywność w domenie wyglądu jest rozpoznawalny od pierwszego kontaktu. Dlatego też nawet dogłębne oględziny aparycji prawdę mówiąc oprócz dopisków na froncie lub tylnym panelu i implementacji, lub rezygnacji z kilku manipulatorów zdradzają naprawdę niewiele. Jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach, w tym przypadku konstrukcyjnych, o których z pasją i bez najmniejszych ograniczeń z przyjemnością informował nas gość z Austrii. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, ale z tego co udało mi się dowiedzieć, integra ma mocno przeprojektowaną sekcję przedwzmacniacza i część zasilania, a odtwarzacz sieciowy zyskał lepszy wyświetlacz, mocno poprawiające jakość fonii zmiany w module streamera, stopniu wyjściowym i regulacji głośności. Wydaje się, że to stosunkowo małe, bo bazujące na znanych z wcześniejszych modeli głównych układach elektrycznych zmiany. Jednak każdy mający choćby minimalne pojęcie audiofil wie, iż nawet najdrobniejsze, oczywiście w odpowiednim miejscu, wprowadzone modyfikacje potrafią zdziałać cuda. A czy w tym przypadku zdziałały? Nie mogę tego powiedzieć bez przyłożenia marginesu błędu spowodowanego przypadkowymi warunkami odsłuchu, jednakże po kilku podobnych spotkaniach w tym pomieszczeniu jestem w stanie przyznać, że na tle poprzednich wcieleń obydwu urządzeń ta prezentacja pokazała spory progres jakości fonii. Fajna barwa, oddech muzyki plus dobre budowanie planów nie pozwalało na formowanie innych jak pozytywnych pierwszych wniosków. Jak to wypadnie w starciu w kontrolowanych warunkach, z pewnością okaże się już niedługo w dedykowanym teście, jednak jak napisałem, to co usłyszałem w środę, było bardzo zachęcające do dalszego zgłębiania możliwości sonicznych obydwu konstrukcji.
Kończąc tę przybliżającą jedynie zarys wydarzeń relację chciałbym podziękować krakowsko-warszawskiemu składowi Nautilusa za zaproszenie, możliwość osobistej konfrontacji z pomysłodawcą elektroniki – Gerhardem Hirtem i umożliwienie naszej nieco wcześniejszej wizyty w dobrze przygotowanym na takie imprezy salonie. Co prawda ręki pod topór nie położę, ale jestem dziwnie przekonany, że w czwartek od ilości potencjalnych zainteresowanych spotkaniem z Gerhardem i jego pomysłem na dźwięk ściany salonu z pewnością pękały w szwach. Skąd takie przekonanie? To nie była moja pierwsza wizyta w jego okowach, dlatego też biorąc pod uwagę przebieg wszystkich wcześniejszych, jestem w stanie bardzo spokojnie kreślić wyartykułowaną w poprzednim zdaniu tezę o nawet sporym „tłoku” w szczytowym momencie wydarzenia. Tak było zawsze, dlatego nie mam podstaw, aby przypuszczać, by tum razem miało być inaczej.
Jacek Pazio
AURALiC zaprezentował na targach Hi-End 2019 nowy dodatek do wielokrotnie nagradzanej i hi-endowej serii G2. Po trzech latach projektowania i wnikliwych testów, AURALiC wprowadza na rynek swój procesor upsamplujący SIRIUS G2.
AURALiC SIRIUS G2 działa korzystając z otwartego standardu, co pozwala użytkownikom na poprawienie zarówno mocy obliczeniowej, jak i poziomu osiągów posiadanych przez nich przetworników cyfrowo-analogowych (DACów). I to niezależnie od tego, czy posiadają urządzenia firmy AURALiC, czy też przetworniki innych producentów.
AURALiC SIRIUS G2 przejmuje obciążenie przetwarzania i obróbki danych cyfrowych, które zazwyczaj jest zadaniem samego przetwornika cyfrowo-analogowego. To sprawia, że mocno zredukowane są zniekształcenia oraz jitter, które zazwyczaj przenoszone są bezpośrednio do sekcji konwersji cyfrowo-analogowej. A to oznacza, że sam przetwornik dostaje czysty, najwyższej jakości strumień danych cyfrowych, który pozbawiony jest zakłóceń i dodatkowych naleciałości, jakie mogą wynikać chociażby z niedokładności obróbki danych. Przy czym warto zaznaczyć, że pomiary wykazują, iż zniekształcenia są znacznie poniżej tego, co mogą na chwilę obecną zaoferować inni producenci.
Co więcej, ponieważ większość przetworników cyfrowo-analogowych jest zaprojektowanych tak, aby pracować najlepiej w danym trybie (przykładowo w DSD128 lub PCM 192kHz), który jednocześnie nie jest ani najwyższą, ani też najniższą dostępną dla danego przetwornika rozdzielczością, SIRIUS G2 może zoptymalizować osiągi każdego przetwornika dostarczając najbardziej dla niego optymalny sygnał, niezależnie od formatu sygnału przychodzącego.
AURALiC SIRIUS G2 może dostarczyć do przetwornika szeroki zakres rozdzielczości i formatów oraz może przyjąć każdy format od 44.1 kHz to 384 kHz w trybie PCM oraz od DSD64 do DSD512. Na pokładzie procesora SIRIUS G2 dostępny jest cały wachlarz wejść i wyjść. Jednocześnie to, co wyróżnia ten procesor ponad konkurencję, to fakt, iż SIRIUS G2 oferuje także wyjście USB, które może obsłużyć każdy format, aż do PCM 384 kHz oraz DSD512 włącznie, zachowując bardzo niskie zniekształcenia. Zwiększona elastyczność znacznie poszerza tutaj spektrum przetworników cyfrowo-analogowych, których działanie może być zoptymalizowane przez procesor SIRIUS G2.
Zaawansowana inżynieria w AURALiC SIRIUS G2
Kluczowym dla tych wszystkich innowacji, jakie kryje SIRIUS G2 jest najnowsza, ultra-zaawansowana platforma przetwarzania Proteus G2 firmy AURALiC. Ujarzmia ona moc obliczeniową, jaką kryje dedykowany układ FPGA Xilinx XC7A200T wsparty przez 512MB pamięci typu DDR3. Ten układ FPGA zawiera ponad 200,000 komórek logicznych oraz 740 elementów DSP, co razem składa się na nieprzeciętne możliwości w zakresie obróbki danych. Możliwości procesora SIRIUS G2 zawdzięczamy także decyzji, aby zastosować strukturę opartą na dwóch platformach obliczeniowych, gdzie platforma Tesla G1 przejmuje zadania kontrolne, natomiast platforma Proteus G2 zajmuje się tylko i wyłącznie przetwarzaniem danych audio.
USB oraz wszystkie inne wyjścia cyfrowe są chronione za pomocą podwójnej izolacji galwanicznej. Zastosowano dwa zegary femto dla USB oraz innych wyjść cyfrowych. AURALiC SIRIUS G2 posiada także trójkanałowe zasilanie Purer-Power. Składa się ono z zasilaczy na elementach dyskretnych, które są zastosowane oddzielnie dla platformy przetwarzania FPGA Proteus G2, ogólnego przetwarzania danych oraz obwodów audio. Na pokładzie znajduje się także funkcja elastycznych filtrów, co umożliwia użytkownikowi wybrania jednego z czterech dostępnych filtrów cyfrowych. Może dzięki temu jeszcze bardziej dopasować brzmienie do indywidualnego gustu.
Platforma przetwarzania Proteus G2 firmy AURALiC
Podobnie, jak w przypadku innych produktów z serii G2, w AURALiC SIRIUS G2 zastosowano złącze Lightning Link. Jest to opracowany przez firmę AURALiC dwukierunkowy protokół o bardzo dużej przepustowości (18Gbps), który jest wykorzystywany zarówno do przesyłania samych danych, jak i także sygnałów kontrolnych. Może on być wykorzystywany do pozbawionej zakłóceń typu jitter komunikacji z urządzeniami takimi, jak ARIES G2 oraz VEGA G2.
Pośród dodatkowych możliwości, jakie oferuje AURALiC SIRIUS G2 znajdziemy także dwudziestopasmowy korektor charakterystyki oraz kompensację rozmieszczenia głośników. W przyszłości planowane jest dodanie zaawansowanego silnika obsługującego korekcję akustyki pomieszczenia.
Zaawansowana technologia kosztuje i tak sugerowana cena modelu AURALiC Sirius G2 w Polsce będzie wynosić około 25 000 PLN brutto. Do sprzedaży trafi prawdopodobnie we wrześniu 2019 roku.
Dystrybutor: MIP
Opinia 1
Przypominacie sobie podobne do tytułowego zestawienie w naszym recenzenckim portfolio? Sądzę, że zdecydowana większość z Was odpowie twierdząco. Jednak jeśli jakimś cudem wykorzystująca komponenty będących dzisiejszym punktem zainteresowania marek konfiguracja przeszła obok kogoś niezauważenie, przypomnę, iż jesienią ubiegłego roku, tuż po warszawskiej wystawie AVS, mieliśmy przyjemność gościć oparty o tytułowe brandy zestaw marzeń z topowym wzmocnieniem spod znaku Naim Statement i drugą od góry w cenniku marki Focal Stella Utopia EM EVO konstrukcją kolumn w rolach głównych. Co wówczas się wydarzyło, jest bardzo łatwym do zweryfikowania po użyciu stosownej wyszukiwarki na naszej stronie, jednak bez względu na to, na szczególne wspomnienie zasługuje jeden bardzo ważny fakt. Jaki? Otóż tamto przedsięwzięcie jak na dłoni pokazało, iż wystawa nie jest miejscem do dogłębnej oceny sprzętu, tylko niezobowiązującym zapoznaniem się z nim w kwestii ogólnej prezentacji. O co chodzi? Powiedziałem, dokładnej odpowiedzi udzieli wyszukiwarka. W takim razie co ów wywód ma wspólnego z dzisiejszym odcinkiem przygód testowych, że trzeba go po raz kolejny przywoływać? Otóż ten test podobnie do tego sprzed kilku miesięcy ma na celu przekonanie się, jak kontrolowane akustycznie warunki domowe wpływają na końcowy efekt soniczny zestawu audio. Jakiego? Powiem szczerze, że bardzo ciekawego, bo złożonego z kolumn podstawkowych Focal Kanta N°1 i wspierającego je w boju zestawu elektroniki stajni Naim Audio – wzmacniacza zintegrowanego SUPERNAIT 2, zasilacza HiCap DR, odtwarzaczy sieciowych NDX 2 i ND5 XS, Rip-NASa UNITI, za którego pojawienie się w naszych progach duże podziękowania należą się warszawskiemu dystrybutorowi FNCE.
Akapit opisowy ustawionego na polu walki systemu rozpocznę od kolumn głośnikowych. Te, idąc tropem stylistyki większych sióstr w kwestii obudowy są zaślepione od frontu nieco większą niż obrys ścianek bocznych, celem ukierunkowania promieniowania przetworników odpowiednio profilowaną, obłą na krawędziach nakładką. Ów profil jest ostoją dla pracującego w najwyższych rejestrach, bardzo modnego ostatnio pośród komponentów segmentu High End głośnika berylowego i tuż pod nim będącego firmowym rozwiązaniem na bazie lnu i włókna szklanego przetwornika nisko-średniotonowego, zaś przy samej dolnej krawędzi rozpoznawalnego przez znakomitą większość miłośników dobrego dźwięku logo marki. Temat tylnej części obudowy rozwiązuje podobnie do awersu bardzo obła, zwężającą się ku tyłowi, wykończona w połysku skrzynka, na plecach której w górnej parceli zlokalizowano otwór bass reflex i tuż nad podstawą pojedyncze zaciski dla kabli głośnikowych. Całość dzieła spod znaku Focala dopełniają firmowe, stabilizowane na podłodze czterema wkręcanymi w krzyżujące się cztery łapy kolcami standy.
Co do elektroniki Naima, ta jest tak konserwatywna, a przez to znakomicie rozpoznawalna, że jakiekolwiek dogłębne przywoływanie jej aparycji w testach może zakrawać na sztuczne lokowanie produktu. Dlatego też na ile się da, ten temat w miarę możliwości postaram się skondensować. Gołym okiem widać, iż tak wzmacniacz zintegrowany, jak i obydwa strumieniowce jako opakowanie dla układów elektrycznych wykorzystują te same korpusy. Z pozoru nic specjalnego, bo stosunkowo niska, jednak użycie do jej wykonania aluminium plus zwarcie tak minimalistycznej konstrukcji z pewnością przekłada się na walory soniczne owych urządzeń. Temat wyposażenia każdego ze wspomnianych produktów zależy od powierzonych zadań. I tak wzmacniacz na froncie patrząc od lewej strony oferuje dwie spore gałki (Balance i Volume), w centrum przypominające zawieszane nad barami w angielskich pubach neony oferowanych tam wyrobów chmielowych, by na prawej zaproponować serię ośmiu przycisków funkcyjnych. Tył naszego wzmocnienia, jak to u Naima kwestię wejść liniowych rozwiązuje przy pomocy firmowych DIN i RCA, zaś terminali kolumnowych z wykorzystaniem bardzo prostych gniazd bananowych. I gdy do tego dodamy kilka gniazd do upgrade’u urządzenia, wejście dla zewnętrznego zasilacza, główny włącznik i gniazdo IEC, okaże się, że to naprawdę bardzo oszczędne pod względem modnej obecnie na rynku, często szkodliwej dla końcowego dźwięku funkcjonalności produkt. Po prostu, ma wzmacniać, to wzmacnia. I za to w mojej ocenie należą się duże brawa. Przechodząc do opisu streamerów, te w głównej mierze różnią się zastosowanym w droższym modelu wyświetlaczem, bardziej rozbudowanymi układami wewnętrznymi, umożliwiając manualne sterowanie zestawami przycisków z przodu i nieco inną ofertą cyfrowych i analogowych przyłączy z tyłu. Unikając powtórki z rozrywki po zapoznanie się z budową i wyglądem konstrukcji pod nazwą Uniti Core (zgrywarka płyt, wewnętrzny dysk i streamer w jednym), zapraszam do testu systemu Naim z flagowym modelem Statement. Na koniec tej części testu pozostał nam będący synonimem bezkompromisowego podejścia do budowania systemu audio według stajni Naim zewnętrzny zasilacz HiCap DR. Rozmiarami przypomina Uniti Core, czyli jest stosunkowo wąski, jednak na tle wzmacniacza i streamerów dość wysoki i do tego równie głęboki. Z uwagi na proste zadanie wzmacniania sekcji zasilania współpracujących z nim komponentów obudowę z przodu uzbrojono jedynie w podobne do wzmacniacza logo i okrągły włącznik, a plecy w cztery oddające życiodajną energię czteropinowe gniazda DIN i zespolony z bezpiecznikiem terminal IEC. Ostatnią ważną informacją jest fakt okablowania większości konfiguracji – za wyjątkiem sieciowego – drutami firmowymi.
Przechodząc z opisem do części przybliżającej jakość fonii oferowanej przez nasz francusko-angielski konglomerat nie sposób nie odnieść się do przewijającego się wcześniej w teście zestawu ze szczytu oferty. Dlaczego? Choćby dlatego, że, niegdysiejszy i dzisiejszy grają z podobnym temperamentem. Naturalnie nie idą łeb w łeb ze wszystkimi osiągami sonicznymi, ale z pewnością identycznym timingiem i pozycjonowaniem masy dźwięku w kręgu niezbędności do oddania wolumenu generowanej muzyki. To są wartości, bez których żaden twór muzyczny według szkoły Naim’a nie ma szans na poprawne wyartykułowanie swojego bytu w przestrzeni międzykolumnowej. Ale jak wspomniałem. W przypadku tytułowych, bądź co bądź niewielkich zespołów głośnikowych w zdecydowane za dużym dla mnich pomieszczeniu, stwierdzam z całą stanowczością, iż mimo nierównej walki piękne Francuzki nie wyszły z pojedynku na tarczy, tylko przez cały czas dzielnie pokazywały, że nawet w zarezerwowanych dla zdecydowanie większych konstrukcji najniższych częstotliwościach mają sporo do zaoferowania. I co ciekawe, bez wpadającego w monotonię uśredniania tych rejestrów, co jest bardzo częstym efektem ubocznym ich konkurencji. Czyli reasumując, stawiając podobny zestaw u siebie możecie liczyć na pełen życia, dobrze osadzony w domenie świeżości (to zaleta wysokotonowego berylu), solidnie nasycony i ciekawie podany nawet w bardzo niskich rejestrach spektakl muzyczny (pochodna materiałów wykorzystanych do produkcji głośników średnio-niskotonowych i sznytu brzmienia elektroniki). Przez cały czas muzyka tętniła życiem. I nie było znaczenia, czy gramy klasykę, muzykę dawną, rocka lub elektronikę, wszystko po trochu czerpało z wymienionych na początku tego akapitu akcentów brzmieniowych konfiguracji Naima z Focalem. Konkretniej? Proszę bardzo. Rozpocznę od zapisów nutowych Claudio Monteverdi’ego. Zdecydowana większość jego materiału nagrywana jest w idealnych dla tego typu twórczości warunkach, czyli w tym przypadku wielkich kubaturach sakralnych. Te zaś, dzięki pracy realizatorów zazwyczaj z zaprzęgniętym do oddania ducha tej muzyki wszechobecnym echem wspaniale prezentują swoje majestatyczne gabaryty. A przecież wiadomym jest, że bez dobrego napowietrzenia rysowanego w naszym pokoju przedstawienia nie ma szans na dobry wynik tego typu wydarzeń artystycznych. A że nasz tytułowy tandem zaspokaja owe potrzeby bez najmniejszych problemów, każda włożona do napędu płyta wybrzmiewała od początku do końca. Ale to nie wszystko. Przecież jak zdążyłem napomknąć, oprócz swobody dźwięku oferta teamu FNCE była również ostoją dla nasyconej i energetycznej i średnicy, co uzupełniając aspekt witalności wręcz idealnie wpisywało się w ów nurt muzyczny. Idźmy dalej. Rock i okolice. Przykłady pozytywnie wypadającego sparingu? Raczycie żartować. Przecież Naim i każda odmiana rocka chyba dla wszystkich, nawet wrogów tego producenta, jest pewnego rodzaju synonimem. Zaskoczeni? Jeśli tak, poczytajcie o uważanym za idealnie oddający pomysł na szkołę brzmienia Anglików skrócie PRAT. W dwóch słowach mamy do czynienia z fantastycznym rytmem i energią epizodów sonicznych, a to w połączeniu z dźwiękową chęcią buntu nie może skończyć się porażką, co naturalnie potwierdził ten test. Na koniec muza z komputera, czyli wszelkiego rodzaju elektronika. Ta bez patrzenia się na innych również nie odżegnywała się od czerpania z cech ważnych dla obydwu poprzednich twórczości. Gdy artysta zapragnął sparaliżować nasze ośrodki słuchu przeraźliwymi przesterami, za sprawą dobrej otwartości dźwięku Focali brutalnie to realizował. Zaś podczas prób wytworzenia mini trzęsień ziemi, z pozoru maleńkie skrzynki dzielnie trzęsły podłogą mojego sporego pokoju. Jednak, jak zaznaczałem, przy drobnym marginesie możliwości w stosunku do potrzeb i tak wypadało to zaskakująco dobitnie, czego po ich gabarytach nigdy bym się nie spodziewał.
Na koniec testu kilka zdań o różnicach brzmienia sąsiadujących ze sobą w portfolio marki Naima streamerów NDX2 i ND5 XS. Owszem, szkoła grania identyczna. Jednak jak to w życiu bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Chodzi mianowicie o fakt większej swobody oddania realiów muzyki przez droższą konstrukcję. Jest bardziej rozdzielcza i nieco lepiej rysuje nam plany wirtualnej sceny. Otrzymujemy czytelniej zawieszone w przestrzeni źródła pozorne i nieco większy rozmach wydarzenia w zakresie szerokości i głębokości. Jednak to nie oznacza, że piątka jest słabym urządzeniem. Bez wiedzy o możliwościach NDX2, tańszy ND5 XS również jest bardzo dobrym przedstawicielem oddania energii i rytmiki słuchanej muzyki. A przecież o to w naszym hobby chodzi. Dlatego też mając na uwadze nieuprawnione z racji innych nakładów finansowych bezpośrednie porównywanie obydwu urządzeń nie będę wychwalał tego droższego, tylko potwierdzę, że już po pierwszych taktach muzyki wygenerowanych przez którykolwiek z grajków wiemy, iż mamy do czynienia z brytyjskim podejściem do zaangażowania się wydarzenia muzyczne. Jakie? Przeczytajcie poprzedni akapit jeszcze raz. Nie mam zamiaru się powtarzać.
Jak widać na powyższych przykładach, bez względu z jakiego segmentu cenowego tandemu Focal / Naim urządzenia połączymy (patrz dzisiejszy i poprzedni prawie topowy zestaw), ogólna szkoła brzmienia jest bardzo podobna. Naturalnie adekwatna do wydanej na nie kwoty, jednak bez dwóch zdań zawsze mamy pełen radości muzyczny przekaz. Raz bliższy, a raz dalszy od prawdy, ale to zależy tylko od realnych możliwości danej konfiguracji. Odnosząc się do tytułowej jestem wręcz pewien, że jeśli tylko nie przytłoczymy jej zbyt wymagającymi warunkami lokalowymi, ta odwdzięczy się fajnym, bo pełnym życia dźwiękiem. Jednak co dla wielu z potencjalnych nabywców wydaje się być nie do przecenienia, w przypadku dzisiejszego zestawienia nie spodziewajcie się przerysowania muzyki w kwestii nasycenia dźwięku vide szkoła BBC. To nie ten adres. Owszem, średnica jest ważna, ale jako jedna ze składowych, a nie jako cel nadrzędny. Dlatego też, jeśli nie jesteście zafiksowani na zbytnią „eufoniczność” dźwięku, powyżej opisana konfiguracja ma bardzo duże szanse zaskarbić Wasze serca. Ze swej strony mogę powiedzieć tylko jedno. Mimo hołubienia solidnie pokolorowanej muzyki, te kilkanaście dni z Francuzkami i Anglikami w rolach głównych było dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem.
Jacek Pazio
Opinia 2
Po mocnym uderzeniu, za jakie niewątpliwie można uznać wizytę w naszej oktagonalnej samotni Naima Statementa z Focalami Stella Utopia EM EVO, przyszła pora na zdecydowanie mniej absorbującą tak gabarytowo, jak i finansowo propozycję obu marek. W dodatku dystrybutor – FNCE S.A. był na tyle miły, że oprócz nazwijmy to umownie „głównej konfiguracji”, w ramach swoistej alternatywy pozwalającej w bezpośrednim porównaniu ustalić, czy warto piąć się w górę cennika, czy też usatysfakcjonuje nas podstawowy model, dostarczył dwa, dość zauważalnie różniące się ceną, możliwościami i na chwilę obecną jedynie hipotetycznie możemy założyć, iż również walorami brzmieniowymi, źródła. Próbując zatem już na wstępie usystematyzować dzisiejszą wesołą gromadkę wspomnę jedynie, iż zostaliśmy uszczęśliwieni zestawem w skład którego weszły wspomniane źródła pod postacią plikograjów NDX2 i ND5 XS korzystających z zasobów serwera Uniti Core, wzmacniacza zintegrowanego SUPERNAIT 2, zewnętrznego zasilacza HiCap DR, oraz zgrabnych, ustawionych na dedykowanych podstawkach Kanta N1 kolumn Focal Kanta N°1.
Modele ND5 XS 2 i NDX2 to 2/3 składu (do kompletu brakuje tylko flagowego ND 555) nowej serii brytyjskich odtwarzaczy sieciowych, o których pojawieniu się informowaliśmy zarówno w stosownym newsie, jak i w relacji z ubiegłorocznego High Endu. ND5 XS 2 będący tak naprawdę dopiero wstępem do streamingu w wyspiarskim wydaniu może i poprzez brak wyświetlaczy, czy też jakichkolwiek innych wskaźników, prezentuje się dość niepozornie, jednak w swoich trzewiach jest pełnokrwistym Naimem najnowszej generacji zapewniającej kompatybilność z protokołami UPnP, AirPlay, może pochwalić się wbudowanym Chromecastem, Bluetooth apt X HD, Spotify Connect, TIDAL, czy też kompatybilnością z Roonem. Bez najmniejszego problemu radzi sobie z plikami 32bit/384kHz i DSD128 a sygnały cyfrowe najpierw doprowadza do 40 bitów w układzie SHARC DSP a następnie przekazuje do kości przetwornika Burr-Brown PCM1791A. Pomimo niewielkiej wysokości na ścianie tylnej znajdziemy wszystko, czego w dzisiejszych czasach po streamerze należałoby się spodziewać. Mamy zatem porty Ethernet i USB, dwa gniazda antenowe (Bluetooth i Wi-Fi), komplet wejść cyfrowych – BNC, Coax i dwa optyczne a sekcję analogową reprezentuje para RCA i oczywiste w Naimie złącze DIN.
Z kolei NDX2 już od progu łapie za oko pokaźnych rozmiarów 5” wyświetlaczem i otoczonymi zielonymi aureolkami przyciskami nawigacyjnymi dokładając je do tego, co zdążyłem już wyłuszczyć przy okazji opisu młodszego rodzeństwa, czyli ND5 XS 2. Podobnie jest ze ścianą tylną, która wzbogacona została o dedykowane zewnętrznemu zasilaczowi gniazdo.
Kończąc zagadnienia natury cyfrowej wypada również wspomnieć o kompaktowym Uniti Core, który reprezentuje jedną z najbardziej pożądanych przez miłośników grania z plików rodzinę Rip-NASów, czyli hybryd klasycznych multimedialnych dysków sieciowych i „zgrywarki”. Krótko mówiąc chodzi o przysłowiowy kombajn, którego wewnętrzną pamięć możemy zasilić nie tylko plikami pobra