Monthly Archives: Listopad 2014


  1. Soundrebels.com
  2. >

Nowy Salon RCM

Opinia 1

Ostatni weekend listopada od dłuższego czasu w naszym redakcyjnym kalendarzu zakreślony był na czerwono. Uprzedzeni wcześniej członkowie rodzin już wcześniej zostali przez nas lojalnie uprzedzeni, że 28-29/11 jesteśmy na tzw. wyjeździe i jedynie poważny kataklizm może pokrzyżować nasze plany. Całe szczęście nic takiego w międzyczasie nikomu się nie przytrafiło i w piątkowe przedpołudnie stawiliśmy się w pełnym składzie na oficjalnym otwarciu nowej siedziby katowickiego RCMu. Jeśli w tym momencie część z Państwa zastanawia się nad sensem jechania 300 km tylko po to, by za przeproszeniem zaliczyć otwarcie jakiegoś sklepu, to … proszę jeszcze przez pięć minut wstrzymać się ze zbyt pochopnie formułowanymi wnioskami. Pomijając fakt, że na chwilę obecną budynek na Czarnieckiego 17 jest jedynym salonem w Polsce dysponującym tak imponującą salą ekspozycyjną i dwoma profesjonalnie zaadaptowanymi akustycznie pomieszczeniami odsłuchowymi, to głównym powodem naszego przyjazdu była możliwość spotkania i spokojnego, zupełnie niezobowiązującego porozmawiania z konstruktorami, założycielami i właścicielami większości prezentowanych w Katowicach marek. Lista zaproszonych a co najważniejsze obecnych gości naprawdę okazała się imponująca. Przez piątek i sobotę była zatem okazja spotkania z takimi postaciami światowego High-Endu jak m.in. dr.Roland Gauder (Gauder Akustik), Hans Ole Vitus (Vitus audio), Chris Feickert (Dr.Feickert Analogue), Micha Huber (Thales), Rumen Artarski (Thrax Audio), Urlik Madsen (Argento), Alexander Vitus Mogensen (Alluxity), oraz Juljen Faganelj i Rok Suler (RW Acoustics). Jakby tego było mało w głównym pomieszczeniu odsłuchowym przez cały czas grał prawdziwy system marzeń składający się z topowych kolumn GAUDER AKUSTIK Berlina RC-11, dzielonej amplifikacji VITUS AUDIO Masterpiece Series MP-M201, MP-L201, MP-P201, oraz trzech źródeł – gramofonu TechDas AIR FORCE ONE z ramieniem Thales Simplicity uzbrojonym we wkładkę Dynavector XV-I, szczytowego modelu transportu CEC TL-0 3.0 współpracującego z przetwornikiem THRAX AUDIO Maximinus, oraz monofonicznego toru analogowego z gramofonem Feickert Analogue Firebird, ramieniem SME i wkładką Miyajima Zero. Całość okablowano produktami ARGENTO AUDIO, ORGANIC AUDIO oraz FURUTECH. Uff, sama powyższa wyliczanka na większości obeznanych z tematem audiofilach z pewnością robi wrażenie, lecz czytać to jedno a mieć możliwość posłuchania i podyskutowania o konkretnych urządzeniach z ich konstruktorami to już zupełnie inny poziom doświadczeń.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od sali ekspozycyjnej, której kubatura najogólniej rzecz ujmując po prostu onieśmiela. Ponad sześć metrów w najwyższym miejscu i kilkanaście metrów przekątnej sprawia, że nawet monstrualna końcówka mocy Vitusa wydawała się całkiem akceptowalna gabarytowo. W surowym, mocno industrialnym wnętrzu czuć było swobodę i oddech i nawet pomimo robiącej duże wrażenie ilości prezentowanych urządzeń nie sposób było mówić o jakimś ścisku, czy natłoku. Wręcz przeciwnie, wszystko rozplanowane zostało tak, aby móc swobodnie przechadzać się wzdłuż ekspozycyjnych gablot i podestów, mieć łatwy dostęp do poszczególnych „eksponatów” a jednocześnie nie czuć na plecach oddechu kogoś z obsługi, choć zawsze pomoc jest w zasięgu wzroku, gotowa by podejść i udzielić wyczerpujących wyjaśnień.

Główna sala odsłuchowa (mniejszą chwilowo zaadaptowano na potrzeby kuluarowych narad) znajduje się w głębi budynku i oprócz oczywistej – widocznej adaptacji akustycznej m.in. za pomocą paneli RW Acoustics została odpowiednio przygotowana zgodnie ze swoją destynacją już na etapie projektu i budowy. Efekt? Cóż, siedząc w pierwszym rzędzie trzeba było mieć naprawdę silną wolę i coś na kształt empatii, by od czasu do czasu zwolnic miejsce i pozwolić delektować się dźwiękiem innym. Całe szczęście bardzo szerokie spectrum repertuarowe praktycznie załatwiało sprawę, więc co jakiś czas miłośnicy rocka ustępowali miejsca wielbicielom baroku i na odwrót. Oczywiście nie było problemu by posłuchać i tego i tego, a jeśli tylko ktoś miał ze sobą własne płyty, to zarówno źródło cyfrowe, jak i analogowe stały otworem. Przy czym tor analogowy rządził się własnymi prawami, więc od czasu do czasu można było na własne uszy przekonać się co potrafi całkowicie automatyczna myjka „Vinyl-Cleaner“ Audiodesksysteme. A właśnie, skoro jesteśmy przy analogu to kolejny raz była okazja potwierdzenia potencjału drzemiącego w monofonicznych nagraniach traktowanych dedykowaną również monofoniczną wkładkach. Różnica pomiędzy ceną stereofonicznego i monofonicznego toru analogowego była najoględniej mówiąc porażająca a przesiadka ze stereo na mono oczywiście była odczuwalna, ale odkrywała zupełnie inne pokłady muzycznej wrażliwości i niemalże całkowicie zapomniany sposób obrazowania zdarzeń rozgrywających się na muzycznej scenie.

Jednak poza czysto audiofilskimi doznaniami najważniejsza była atmosfera panująca w RCMie. Bez sztucznego zadęcia i całkowicie zbędnego usztywnienia można było zupełnym luzie porozmawiać i pożartować z zaproszonymi przez Rogera Adamka – właściciela RCMu gośćmi. W końcu to są tacy sami ludzie jak my, z ogromnym dystansem do siebie i do tego co robią. Z resztą widok Chrisa Feickerta prezentującego Firebirda, w którym ramię z wkładką zostało zastąpione kończyną konstruktora, czy przekomarzających się Hansa Ole Vitusa z Rumenem Artarskim mówi sam za siebie. Takie właśnie jest, bądź przynajmniej powinno być prawdziwe oblicze High-Endu. Patos i zadęcie zupełnie tutaj nie pasują, w końcu audio ma być spełnieniem marzeń i czystą przyjemnością, gdyż jest to … hobby i dorabianie mesjanistycznych ideologii wydaje się zupełnie zbędne.

Oczywiście nie mogło zabraknąć kilku elektryzujących nowości, które na razie tylko zaprezentujemy na zdjęciach a więcej napiszemy, gdy … część z nich zawita w naszych skromnych progach. Do jednej nawet próbowałem się przymierzać, lecz bez dodatkowej pomocy, dysponującej wózkiem wigłowym, lub choćby paleciakiem nie ma szans na to, żeby samemu poradzić sobie z tą „olbrzymką” .

Miłośnicy czterech kółek również mogli znaleźć coś dla siebie i dzięki Bawaria Motors delearowi marki BMW, w ramach oderwania się od odsłuchów odbyć jazdy próbne przedpremierową wersją X6.

Choć skalę planowanego przez RCM przedsięwzięcia mieliśmy okazję śledzić niemalże na bieżąco a postęp prac budowlanych i wykończeniowych również nie był dla nas tajemnicą, to szczerze przyznam, że oficjalne otwarcie salonu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po raz kolejny okazało się, że to nie sprzęt i wnętrza (w obu przypadkach obłędne) robią tzw. efekt „wow!”, lecz tworzący je ludzie.

Serdecznie dziękując Gospodarzom za zaproszenie i gościnę gorąco zachęcam naszych Czytelników do mniej, bądź bardziej spontanicznych wizyt w RCMie, bo prawdę powiedziawszy próżno szukać w Polsce podobnego skalą i rozmachem miejsca audiofilskich rozkoszy.

Marcin Olszewski

Opinia 2

W dniach 28-29 listopada 2014 roku odbyło się oczekiwane już od dłuższego czasu przez wielu klientów oficjalne otwarcie, nowo wybudowanego w centrum Górnego Śląska salonu audio – katowickiego RCM-u.  Jak to w naszym pięknym kraju bywa, nieoczekiwany i zawiniony przez wykonawcę drobny poślizg czasowy był zapewne bodźcem zwielokratniającym energię przygotowań do rozpoczynającej nowy okres w życiu firmy premiery. Wszystko co pojawi się w jakiejkolwiek prasie czy to drukowanej, czy internetowej, będzie tylko drobnym sygnałem zastanych przez gości warunków i jedynie osobista wizyta może oddać rozmach tej budowli i wsadu produktowego, który w założeniach jest składem pełnej oferty wszystkich dystrybuowanych urządzeń, od najdrobniejszego wtyku Furutecha, po największe gabarytowo kolumny Gauder Akustik i monstrualną końcówkę mocy Vitus Audio. Tak więc, jeśli ktokolwiek pojawi się w owym salonie z choćby przebłyskiem chęci kupna czegokolwiek, ze stoickim spokojem może wyjmować na stół banknoty Narodowego Banku Polskiego, gdyż jedynym problemem jaki będzie miał do rozstrzygnięcia podczas odwiedzin, stanie się decyzja transportu własnego w dniu wizyty, lub dostawy z ustawieniem przez obsługę na docelowym miejscu w ustalonym terminie. Frazy typu: „już zamawiam i dam znać jak towar dotrze do sklepu” w słowniku tej znanej szerokiej rzeszy audiofilów firmy nie występują.

Innym ważnym elementem tych przenosin jest lokalizacja, która tak na szybko może wydawać się uciążliwa dla klientów, ale z kilkukrotnych wizyt „przedotwarciowych” wiem, że to jest wręcz idealne miejsce tak dojazdowe, jak również parkingowe. Kto bywał pod starym adresem, bardzo dobrze wie, ile czasu trwało polowanie na miejscówkę dla samochodu, nie wspominając już o procesie pakowania wielkich gabarytowo i straszliwie ciężkich High End -owych komponentów audio. Położenie w okolicy centrum miasta, ale w starej przypominającym warszawską Pragę jego części dla choćby lekko obdarzonego romantyzmem człowieka będzie czynnikiem podnoszącym wartości odbioru całości przedsięwzięcia. Widok wiekowych, często jeszcze ze nieotynkowanych, zbudowanych z czerwonej cegły kamienic jak dla mnie jest wartością dodaną każdorazowej wizyty. Jak odbierze to każdy z Was, musicie sprawdzić samemu, ale nawet jeśli stronicie od podobnych pomników stosunkowo niedawnych „PRL – owskich” czasów, z pewnością możliwość bezproblemowego pozostawienia pojazdu tuż obok sklepu, zrekompensuje wszystkim ten urągający (mam nadzieję, że tylko dla niektórych) nowej wizji Polski w świecie widok.

Próbując opisać sam przebieg imprezy, trzeba przyznać, że wszystko było dopięte na ostatni guzik. Od luźnych kuluarowych rozmów w głównej sali wystawowej, przez mocno okupowany wydzielony pokój do prywatnych pogawędek, po wyśmienicie przygotowany, zestawiony z kosmicznie drogich, ale tworzących pełną synergię komponentów system marzeń. Oczywiście ważnym elementem udanego pokazu było umiejętnie zaadaptowane pomieszczenie, które po żmudnych pomiarach i próbach organoleptycznych znakomicie udało się przygotować. Po przestudiowaniu fotografii, znawcy tematu mogą kręcić nosem na nieco inne niż nakazuje teoria ulokowanie poszczególnych paneli akustycznych, ale mimo teoretycznego łamania ogólnie przyjętych zasad, to co udało się uzyskać, umożliwiało oddanie pełni możliwości złożonego z topowych wyrobów wielu marek zestawu. Wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że teoria mając swoje pewne założenia, w starciu danego pomieszczenia z system w nim stacjonującym musi uwzględnić ich wpływające na efekt końcowy wypowiedziane trzy grosze. Tak już jest i nikt tego nie zmieni. Niemniej jednak nawet ja, stawiający barwę ponad nadmiar informacji, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony uzyskanymi efektami brzmieniowymi. Oczywiście drogie zestawy z założenia raczej zmuszają nas do szukania dziury w całym, a nie rozpływania się w ich blasku, ale mimo pójścia tą drogą, to jedynym aspektem jaki próbowałbym naciągnąć na swoją modłę, byłaby szczypta dociążenia na środku pasma. Ale od razu uspokajam, że to tylko w ramach trendu marudzenia na oscylujące w okolicach apartamentu z Beverly Hills ceny zestawów audio.

Kończąc tę relację, chciałem podziękować organizatorowi – firmie RCM – za miłą atmosferę i możliwość osobistego poznania konstruktorów znakomitej większości prezentowanych marek. Na chwilę obecną patrząc przez pryzmat zaproszonych przez jednego dystrybutora i  w konsekwencji obecnych zagranicznych gości, była to impreza bez precedensu na polskim rynku. Nie wiem ile zachodu kosztowała tak zawieszona poprzeczka – pewnie kilka nieprzespanych nocy, ale efekt końcowy dla może nie przypadkowo, ale jednak patrzącego z pewnej perspektywy gościa przyniósł wiele pozytywnych doznań. Puentując, życzę gospodarzom wielu sukcesów biznesowych w nowym miejscu pracy, co po sposobie przygotowania wymagającej zgrania wielu czynników ludzkich i materialnych imprezy zdaje się być zbędnym klepaniem po pleckach. RCM wie czego chce i sądząc po dotychczasowym dorobku na polskiej arenie audiofilskiej, pociągnie ten wózek bez większych problemów.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Accuphase C-2120 + A-36

Opinia 1

Do przysłowiowego dyrektorsko-gabinetowego, czyli perfekcyjnego wykonania Accuphase zdążył nas po prostu przyzwyczaić. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Faktu oznaczającego ni mniej, ni więcej, że to właśnie do Accuphase’ów porównuje się konkurencję i to jedynie tę z górnej półki. Takie postrzeganie marki z jednej strony nobilituje, lecz również zobowiązuje do utrzymywania, bądź nawet podnoszenia już i tak wysoko zawieszonej poprzeczki. W naszym (redakcyjnym) przypadku sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdyż przegląd japońskiego portfolio rozpoczęliśmy od jubileuszowego systemu marzeń w składzie DP-900/DC-901+C-3800+A-200. Co prawda potem zeszliśmy na ziemię i pochyliliśmy się nad topową (jakże by inaczej) integrą E-600, ale sami Państwo muszą przyznać, że cały czas obszar naszych zainteresowań oscylował na całkiem ambitnym poziomie. Traf chciał, że polski dystrybutor – krakowski Eter Audio postanowił po blisko półrocznej przerwie przypomnieć małe co nieco z Kraju Kwitnącej Wiśni i zaproponował test podstawowej a zarazem najświeższej konfiguracji pre/power czyli przedwzmacniacza liniowego C-2120 i A-klasowej, stereofonicznej końcówki mocy A-36.

W nad wyraz niepozornym, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jak na Accuphase’a przedwzmacniaczu C-2120 wydawać by się mogło, że kompromisy, jeśli jakiekolwiek poczyniono dotyczą głównie … braku drewnianych, polakierowanych na wysoki połysk boczków i przedrostka „Precision”, który widnieje u starszego rodzeństwa. Może to dziwne, ale nawet chcąc się do czegoś przyczepić to tak naprawdę nie ma do czego. Użytkownik dostaje bowiem sześć par wejść liniowych RCA, dwie pary XLRów, pętle magnetofonową, do zewnętrznego korektora akustyki, zdublowane wyjścia liniowe RCA plus oczywiście XLR. Jakby tego było mało, to spokojnie można jeszcze dołożyć moduły przetwornika cyfrowo-analogowego (DAC-40) i phono MM/MC (AD-30), dla których przewidziano nie tylko dedykowane sloty, lecz również zadbano o czytelny interface i sterowanie na froncie. Jakieś pytania? Nie, kawy nie parzy … jeszcze.
O samej szacie wzorniczej nie ma się zbytnio co rozpisywać, bo akurat u tego producenta pewne rzeczy po prostu są niezmienne. Centralnie umieszczony prostokątny wizjer kryje podświetlone na charakterystyczny zielony kolor logo, oraz dwie sekcje – lewą informującą o uaktywnieniu którejś z ukrytych za majestatycznie opadająca klapką funkcji, oraz prawą – z numerycznym wyświetlaczem wzmocnienia i diodami dedykowanymi ewentualnym kartom rozszerzeń. Z detali dla miłośników marki oczywistych a nazbyt często zapominanych przez projektantów warto wspomnieć o dyskretnej iluminacji aktywnego źródła – wokół lewej gałki i zlokalizowanym tuż pod gałka odpowiedzialną za regulację głośności przycisku kompensacji loudness. Może i jego obecność kłuje w oczy audiofilskich ortodoksów, jednak podczas cichych, wieczorno – nocnych odsłuchów jego obecność okazuje się wręcz zbawienna.
Również od strony technologicznej można odnieść wrażenie, że najmniejszy z przedwzmacniaczy do katalogu trafił w momencie, gdy księgowi odpowiedzialni za budżet przebywali bądź to na L4, bądź na długim, zewnętrznym szkoleniu. Inaczej osobnych zasilaczy ( w tym traf!) dla lewego i prawego kanału, oraz obecności autorskiego, odpowiedzialnego za regulację układu AAVA (Accuphase Analog Vari-gain Amplifier), który pierwszy raz pojawił się w modelu C-2800 wytłumaczyć nie sposób. Za ukłon w kierunku dbających o naszą niebieską planetę i urzędników z EU można uznać fabrycznie ustawiony tryb ECO, który można w ciągu kilku sekund dezaktywować, co też niezwłocznie po uruchomieniu preampa uczyniłem.

A-36 to kolejny przykład na to, że małe jest piękne. Oczywiście klasyfikacja gabarytowa jest pojęciem czysto umownym, jednak jak na końcówkę pracującą w klasie A to subiektywnie stwierdzam, że mamy do czynienia z daleko posuniętą miniaturyzacją. Całe szczęście w przypadku tego modelu przy okazji podwojenia wartości współczynnika tłumienia (z 200 na 400) nie zrezygnowano z konwencjonalnych i co tu dużo mówić będących niejako wizytówką Accu wychyłowych wskaźników, które co prawda można wyłączyć/wygasić, lecz akurat tego typu profanacje nawet nie przyszły mi na myśl. Dostep do podstawowych funkcji umożliwiają zlokalizowane pod skrywającym wskaźniki oknem niewielkie przyciski i pokrętła a centralnie umieszczony włącznik główny znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien i nie trzeba go szukać, co w obecnych czasach wcale nie jest takie oczywiste. Jednak najlepsze czeka na nas z tyłu, gdyż właśnie ściana tylna nad wyraz dobitnie pokazuje na czym powinien polegać i na czym polega prawdziwy High-End. Ulokowane po lewej stronie wejścia liniowe (RCA/XLR) uzupełniono o przełączniki umożliwiające dopasowanie umiejscowienia pinu gorącego w przypadku połączenia zbalansowanego, oraz pokrętło umożliwiające zmostkowanie i przejście w tryb dual mono.Na osobne zdanie zasługują podwójne, masywne terminale głośnikowe, które choć wyposażone w wysokie kołnierze nie sprawiają nawet najmniejszych problemów przy podpinaniu masywnych i szerokich wideł. O wygodę użytkowników zadbano również poprzez dodanie wygodnych uchwytów, które nie tylko ułatwiają przenoszenie urządzenia, ale również w pewnym stopniu zapobiegają zbytniemu dosunięciu go do ściany i ewentualnemu uszkodzeniu podpiętego okablowania.
Wnętrze 36-ki pozbawia nawet największych malkontentów i poszukiwaczy teorii spiskowych wszelkich złudzeń. Ilość audiofilskiego powietrza zredukowana została do niezbędnego minimum a widok dwóch potężnych 47,000 μF kondensatorów o gabarytach zbliżonych do musztardówek po prostu musi się podobać. Podobnie z resztą jak adekwatnych rozmiarów, zamknięte w eleganckiej puszce trafo oraz konieczne, przy A-klasowych układach, zapewniające odpowiednie chłodzenie wyjściowym trzem parom (na kanał) pracujących w push-pullu MOS-FETów masywne radiatory.

Na wstępie zaznaczę, że oba urządzenia dotarły do mnie w stanie dziewiczym, prosto z fabryki i przez pierwszych kilka dni starałem się ograniczać jedynie do patrzenia na nie „przymykając ucho” na początkowo reprodukowane przez nie dźwięki. Całkiem skuteczną metodą odstraszającą okazało się włączanie od czasu do czasu i zapętlenie 2 ścieżki z „Cable and System Preparation / Refresh” CD Tellurium Q. Już po kilkunastu godzinach powyższych katuszy, choć przebieg zarówno w przypadku pre, jak i końcówki był nader znikomy, to japońska amplifikacja zaczęła osiągać poziom w pełni adekwatny do kwot zapisanych w rubrykach z cenami. Z premedytacją o tym wspominam już teraz, gdyż z niepokojem obserwuję praktyki próbowania wypozycjonowania poszczególnych produktów wyłącznie za pomocą wyssanej z palca ceny a nie jakości wykonania i przede wszystkim tak oczywistej cechy, jak właśnie jakość brzmienia. W przypadku Accu jest wręcz odwrotnie, oglądamy, słuchamy i nawet bez zaglądania do metryki jesteśmy w stanie, przynajmniej z grubsza oszacować przybliżoną kwotę, jaką za swoje wyroby winszuje sobie producent.
Przejdźmy jednak do konkretów. O ile monstrualne monosy A-200 grały w sposób jednoznacznie nawiązujący do ich gabarytów a przy tym czarowały urzekająco gęstym, niemalże lepkim dźwiękiem, to charakteryzująca się zdecydowanie rozsądniejszymi gabarytami stereofoniczna 36-ka stawia głównie na spektakularną wręcz przestrzeń i większe umiarkowanie emocjonalności przekazu. Oczywiście nadal mamy do czynienia z niezaprzeczalnie firmową i genetycznie zapisaną elegancją i dostojnością, jednak tu i ówdzie konstruktorom udało się odejść na krok, bądź dwa od stereotypów, z jakimi kojarzona jest tzw. szkoła Accu. Po pierwsze, w przypadku recenzowanej amplifikacji na pewno nie można mówić o zaciemnieniu, bądź czymś na kształt kondensacji reprodukowanych dźwięków, gdyż bardzo zgrabnie została rozgraniczona saturacja barw od klarowności, rozdzielczości. Osiągnięcie czegoś takiego z lampy niespecjalnie by mnie dziwiło, ale z tranzystora? Cos podobnego do tej pory udało się tylko „egzotycznej” końcówce Tellurium Q Iridium 20 II, jednak Accu idzie zdecydowanie dalej. Choć nie jest purystyczną konstrukcją Single – Ended, dzięki całkiem pokaźnej mocy wykazuje się o niebo większą uniwersalnością i nawet z moimi, będącymi utrapieniem sporej części amplifikacji Gauderami radził sobie z zadziwiającą łatwością i swobodą. Co prawda wyznawcy laboratoryjnej analityczności i niemalże antyseptycznego wyjałowienia mogą kręcić nosami, że krawędziami źródeł pozornych nie można się ogolić, ale bądźmy szczerzy – słuchając na żywo też takich atrakcji nie uświadczymy a jeśli akurat komuś naprawdę brakuje szeleszczących sybilantów i nadrozdzielczości to zawsze może sięgnąć po pseudoaudiofilskie samplery. Dajmy jednak spokój anomaliom i przejawom masochizmu a zajmijmy się normalną muzyką. No dobrze, może nie do końca normalną, ale na pewno bardziej autentyczną od pozycji, w których każdy dźwięk jest cyzelowany niczym szczerozłota nić a pomimo najszczerszych chęci nie sposób odnaleźć w nich muzyki.
Skoro wspomniałem o ponadprzeciętnych umiejętnościach testowanego zestawu w kreowaniu przestrzeni nie mogłem odmówić sobie przyjemności zweryfikowanie tego na dwóch moich ulubionych pod tym względem albumach. Pierwszym był „Antiphone Blues” duetu Arne Domnerus & Gustaf Sjokvist a drugim „Misa Criolla” Ariela Ramireza w wykonaniu Mercedes Sosy. W obu przypadkach określenie precyzji rozmieszczenia muzyków i wierności w oddaniu właściwości akustycznych sal, w jakich dokonano rejestracji inaczej aniżeli porażającej holografii nie sposób. To nie było wydumane, sztuczne, męczące 3D, lecz prawdziwy hologram, który wydaje się realny do momentu, w którym postanowimy go dotknąć. Założę się, że od czasu do czasu miewają Państwo sny tak realistyczne, że po przebudzeniu przez chwilę bardzo trudno jest Państwu rozgraniczyć, co jest jawą a co snem. W przypadku japońskiego combo stan ten potrafi utrzymywać się nieraz przez całą płytę, wystarczy tylko odpowiednio dobrać repertuar i zadbać, by jakość nagrania była co najmniej … wyśmienita. Trudne? Z pewnością, ale nikt przecież nie obiecywał nam, że będzie łatwo, jednak proszę mi wierzyć, że wysiłek się opłaci.
Co istotne zestaw Accuphase’a nie przekreśla, nie deprecjonuje mniej wyrafinowanego repertuaru. Za przykład niech posłuży fakt, że będąc jednostką dość silnie zakorzenioną w heavy metalowych klimatach praktycznie ani razu nie byłem zmuszony wyjąć przed końcem płytę z odtwarzacza, bądź zdjąć LP z talerza gramofonu. Oczywiście mające wyłącznie sentymentalną wartość thrashowo / death metalowe koszmarki z pierwszej połowy lat 90-ych ubiegłego wieku wypadały płasko i jazgotliwie niczym rozwścieczona, krzycząca po kantońsku przez megafon anorektyczna modelka, ale takich już ich urok i nawet cud by im nie pomógł, o high-endowej elektronice nie wspominając. Jednak najnowsze remastery Floydów, Led Zeppelin, czy nawet Marillion (np. „Misplaced Childhood”) potocznie mówiąc po prostu „dawały radę”. Na własnych trzewiach można było się przekonać co potrafi zdziałać 30 (w moim przypadku 60, bo Arcony są 4 Ω) prawdziwych, A-klasowych Watów. Wykop, drive i autentyczna spontaniczność w niczym nie przypominały statecznego, gabinetowego wizerunku, z jakim Accu zwykle jest utożsamiane. Jak widać dwukrotne zwiększenie w porównaniu z poprzednią wersją końcówki współczynnika tłumienia zrobiło swoje. Nawet idąc dalej, ku thrashowej kakofonii z antypodów w stylu „Submission For Liberty” 4 Arm nie sposób było odmówić całości apokaliptycznej wręcz potęgi i palącego żywym ogniem drzemiącego w materiale żaru. Oczywiście okołojazzowej finezji i mikrowybrzmień blach usłyszeć tam nie było sposób, ale za to uderzenia w talerze miały w sobie natychmiastowość błyskawicy przecinającej zasnuty kruczoczarnymi chmurami nieboskłon. Ich delikatne doświetlenie, czy wręcz zgrabne faworyzowanie, wyeksponowanie poprzez skierowanie na nie silniejszego niż można byłoby się spodziewać snopu światła nad wyraz sugestywnie sprawiało, że dźwięk można było całościowo uznać jako rześki, lecz bez ofensywnej, irytującej natarczywości.

Kilkutygodniową przygodę z podstawową, lecz bezsprzecznie wyrafinowaną a zarazem niezwykle, jak na High-End, wycenioną dzieloną amplifikacją C-2120 + A-36 z perspektywy czasu oceniam jako świetny przykład na to, że nawet marki o tak ugruntowanej pozycji na rynku Accuphase potrafią ewoluować. Zamiast osiąść na laurach i po prostu zachowawczo odcinać kupony Japończycy wprowadzając nowe modele prą cały czas ku górze. Rozsądną wydaje się też metoda jaką obrali – zamiast przeprowadzać rewolucję na szczycie wolą rozpocząć od podstaw, słuchać głosów klientów i sukcesywnie wymieniać kolejne pozycje w portfolio. A jak na testowane combo patrzę zupełnie prywatnie? Cóż, gdybym tylko miał taka możliwość z chęcią zostawiłbym je u siebie dokładając tylko dwa opcjonalne moduły i ciesząc się fenomenalnym dźwiękiem mógłbym spokojnie zaprzestać na naprawdę długi czas ewentualnych poszukiwań wymarzonego wzmacniacza. Niestety to tylko marzenia, lecz tak jak wspominałem już w tekście, dzielona amplifikacja Accuphase’a, jak rzadko która zdolna jest je ziścić.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Eter Audio / Accuphase
Ceny:
Accuphase C-2120 – 29 900 PLN
Accuphase A-36 – 29 900 PLN

Dane techniczne:

Accuphase C-2120
Wejścia liniowe: 6 par RCA, 2 pary XLR
Wyjścia liniowe: 2 pary RCA, 1 para XLR
We/wy analogowe: pętla magnetofonowa, pętla analogowa dla zewnętrznego korektora akustyki
Accuphase C-2120:
THD: 0,005% (20 – 20 000 Hz)
Pasmo przenoszenia: 3 Hz – 200 kHz (+0, -3 dB)
Napięcie wejściowe: CD/LINE 252 mV
Napięcie wyjściowe (nominalne): 2,0 V
Stosunek S/N: CD/LINE 108 dB, DISC (MM) 82 dB, DISC (MC) 66 dB
Wymiary: 465 (W) x 150 (H) x 405 (D) mm
Waga: 16,8 kg

Accuphase A-36
Moc wyjściowa (stereo): 150 W/1 Ω (sygnał muzyczny) | 120 W/2 Ω | 60 W/4 Ω | 30 W/8 Ω
Moc wyjściowa (mono, tryb bridge): 300 W/2 Ω (sygnał muzyczny) | 240 W/4 Ω | 120 W/8 Ω
Zniekształcenia THD (stereo): 0,05% (2 Ω), 0,03% (4-16 Ω)
Zniekształcenia intermodulacyjne: 0,01%
Pasmo przenoszenia przy pełnej mocy, 20 Hz-20 kHz: 0/-0,2 dB
Pasmo przenoszenia przy mocy 1 W, 0,5 Hz-160 kHz: 0/-3 dB
Gain: 28 dB
Współczynnik tłumienia: 400
Czułość wejściowa: 0,62 V (przy pełnej mocy)
Impedancja wejściowa (XLR/RCA): 40/20 kΩ
Stosunek S/N: 112 dB (przy pełnym wzmocnieniu), 120 dB (przełącznik wzmocnienia –12 dB)
Wymiary: 465 x 170 x 425 mm
Waga (sztuka): 22,8 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor La Roccia Reference + ZYX 4D
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Octave Phono Module;
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Copland CTA-405A; Hegel H160
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Lawrence Audio Violin
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Z uwagi na fakt istnienia często dających znać o sobie, mych sporych chęci złożenia bezkompromisowej amplifikacji lampowej w codziennym torze audio i niestety realizacji całkowicie innej niż kiedyś zaplanowana pokrętnej drogi życia szarganego rozterkami audiofila, zawsze gdy do redakcji trafia coś wyrafinowanego już z samego założenia konstrukcyjnego, odczuwam lekki dreszczyk emocji na plecach. Taki objaw jest u mnie standardem bez względu na pozycję w cenniku, technikę w jakiej został zrealizowany, czy rozpoznawalność marki, ale produkt ma spełniać jeden podstawowy warunek: musi być co najmniej przedstawicielem ogólnie uważanej za królewską klasy „A”, nie wspominając już o szczycie postrzegania takich konstrukcji jak Single Ended. Na chwilę obecną to jedyne, na co mogę sobie pozwolić, ale mam cichą nadzieję, że los jednak trzyma dla mnie coś w zanadrzu. Kto wie. Ale wracajmy na ziemię. Ten prezentujący moje życiowe motto wstęp jest zajawką wprowadzającą nas w świat dzisiejszego bohatera testu, który z racji bycia legendą otrzymał już tak wiele laurek, że nie miałem sumienia powielać doskonale znanych wszystkim informacji. Niemniej jednak sądzę, że dzisiejsze początkowe wspominki na temat działu obróbki i wzmacniania sygnału zapisanego na płycie i sposobu pracy danego produktu, niejednego czytelnika uświadomiły, czym będę się z Wami teraz dzielił. Jednak dla usprawnienia procesu pochłaniania informacji zdradzę, że krakowski Nautilus będący dystrybutorem japońskiej marki Accuphase, tym razem zaproponował nam przetestowanie jeszcze ciepłej A- klasowej końcówki mocy A-36, którą w ciężkim boju z moimi Japończykami wspierał przedwzmacniacz liniowy C-2120.

Jak wygląda Accuphase, wie chyba każdy – bez względu na staż jaki uzbierał w zaawansowanym świecie audio, ale dla spokojności ducha z grubsza nakreślę ten ponadczasowy, wpisujący się w gust bardzo dużej rzeszy słuchaczy design. Myślą przewodnią kolorystyki jest stonowane w kierunku brązu złoto frontów, satynowy ciemny brąz górnych płaszczyzn obudowy i lakierowane w połysku również na brunatno, przeferezowane w dolnej części boczne ścianki. Zaczynając od głównej atrakcji – końcówki mocy – przypomnę, że dla swobodnego oddania ciepła generowanego przez niestety bardzo mało skuteczną w swym działaniu klasę „A”, dach obudowy ukazując nam co nieco swych wnętrzności jest w pełni ażurowy. Przedni panel zdobi sporej wielkości okienko, za którym kryją się tak uwielbiane przez użytkowników wskaźniki wychyłowe, a pomiędzy nimi kilka diod sygnalizacyjnych i podświetlane na zielono logo marki. Pod tym informatorem o stanie urządzenia znajdziemy jeszcze centralnie umieszczony włącznik, na zewnętrznych krawędziach małe pokrętła – lewe obsługa pracy wskaźników, a prawe wzmocnienia, jak również trzy małe przyciski sterujące z lewej i jeden z prawej flanki. Tył dzierży zestaw wejść w standardzie RCA i XLR z możliwością zmiany gorącego pinu w połączeniu zbalansowanym, a także dwa komplety terminali głośnikowych A i B, plus gniazdo IEC. Jeśli chodzi o przedwzmacniacz, mamy analogiczną, z drobnymi różnicami wizualizację, gdzie na bokach podobnego do amplifikacji okienka informacyjnego znajdziemy tym razem duże pokrętła: lewe – selektor wejść, a prawe wzmocnienie, pod nim klapkę maskującą mnogość mogących zaburzyć spokój organoleptyczny manipulatorów i dodatkowo główny włącznik pod lewą i zestaw przycisków z gniazdem słuchawkowym pod prawą gałką. Patrząc na tylny panel przyłączeniowy, widzimy zestaw wejść i wyjść RCA i XLR, dwa zaślepione sloty na opcjonalne, rozszerzające kompatybilność urządzenia płytki i gniazdo zasilające. Jak widać, dostajemy wszystko to, co niezbędne, ale bez uszczerbku na ogólnie prezentowanej przez owe produkty elegancji. Nic dodać, nic ująć – rasowy Accuphase.

Z racji poważnego podejścia do każdej recenzji, nasi bohaterowie bez napinania na słuchanie przetrawili kilka kilowatów energii elektrycznej na całkowicie zbędne, oddawane jako efekt uboczny w tym procesie ciepło, które w ramach późno-jesiennych chłodnych wieczorów testowych, nie okazało się być całkowicie bezużytecznym i wspomogło w pracy stacjonujące w pokoju kaloryfery. Przesiadka z dość rozdzielczego Reimyo na bijący przytulnym odcieniem słodkości grania zespół amplifikacji Accuphase, dość szybko potwierdziła za co kochamy tę markę – oczywiście jeśli jest w kręgu naszych zainteresowań. Ktoś, kto choć raz zaznał królewskiej klasy wzmocnienia sygnału audio w dobrym wydaniu – jak rzeczeni bohaterowie, kolejne podejścia będzie traktował raczej jako sprawdzian szybkości weryfikacji owych zalet, niż domysłów, czy to aby na pewno oni . Sznyt grania jest nie do podrobienia, a nawet jeśli ktoś pokusiłby się o coś podobnego, wytrawni znawcy natychmiast wypunktują często kłujące w uszy mankamenty naśladowców. Niestety trzeba przyznać, że taka maniera ma swoich może nie wrogów, ale grupę starającą się omijać podobne klimaty, ale na szczęście z uwagi na moje ciągotki w stronę barwy ja się do nich nie zaliczam. Wkraczając w świat Accu podążamy ścieżką maksymalnego wysycenia źródeł pozornych, co oczywiście lekko uśrednia ostrość krawędzi źródeł pozornych, ale robi to w tak wysublimowany sposób, że konsekwencją nie jest popadanie w przysłowiową „bułę”, tylko delikatne odczucie złagodzenia konturu. Już kilkukrotnie mówiłem, że na poczet gęstości chętnie oddam nieco z szybkości, dlatego cały proces testowy zestawu pre – power był dla mnie niesamowicie przyjemny, a znając wielu zaawansowanych audiofilów, sądzę, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu producenta ze wschodnich rubieży Azji. Teoretycznie rzecz biorąc, to jest droga na całe życie i tylko pogorszenie narządu słuchu lub przewartościowanie pojmowania piękna muzyki może zmienić nasz kierunek dążenia do zadawania sobie przyjemności podczas obcowania z dźwiękiem. Nasz bohater miał sporo szczęścia, gdyż dostąpił zaszczytu napędzania nietuzinkowych kolumn austriackiej manufaktury Trenner & Friedl, gdzie główną atrakcją oprócz wysokiej skuteczności (91 dB) był papierowy 18 calowy głośnik niskotonowy. Ten zestaw kolumn jest powrotem do jakże często oczekiwanych przez wyedukowanych słuchaczy korzeni projektowania zespołów głośnikowych. Tak prawdę mówiąc, tego dźwięku nie da się opisać – choć w osobnym teście będę próbował, to trzeba usłyszeć, inaczej kroczmy we mgle. Ale zostawmy opis kolumn na boku – przyjdzie jeszcze na to czas i wróćmy do współpracującej z rzeczonymi emiterami dźwięku amplifikacji. Duży papierowy głośnik niskotonowy, podobny na środku, wspomagane delikatnie traktującą nasze uszy uzbrojoną w tytan tubką samoistnie narzucały mi repertuar i chcąc nie chcąc sięgnąłem po muzykę akustyczną. Ale nie jakiś tam jazz, tylko ekstremum doznań dla mych narządów słuchu, czyli szesnasto-wieczną muzykę dawną na instrumentach z epoki. Już słyszę te głosy: kto słucha takich banialuków, poprosimy o Rammsteina, ale pozwólcie, że wszelkie atrybuty szlachetnej klasy „A” wyłożę przy pomocy tego wydanego przez rodzimą wytwórnię DUX zatytułowanego „Melodie na Psałterz Polski” krążka, a nie ciężko przyswajalnego bez wspomagaczy alkoholowych materiału. Pierwsze co uderza słuchacza, to bezbłędnie oddana scena muzyczna ze wszystkimi jej rozmiarami: w szerz, głąb i wzwyż. Poszczególne partie wokalne, czy to solowe, czy chóralne przepięknie informowały nas o swoim położeniu w zależności od rzędu, w którym się znajdowały, a wiekowe instrumenty będące rodzynkiem na torcie, dzięki materiałowi z jakiego były wykonane (drewno) i odtwarzających je celulozowym membranom głośników dawały upust swoich prawdziwych zalet barwowych. Te niespotykane obecnie instrumentarium z powodu użycia kosmicznych materiałów do produkcji najnowszej generacji membran głośnikowych bardzo często nie może pochwalić się prawdziwym czarem i barwą, gdy tymczasem nasza układanka testowa wyniosła ten aspekt na dotychczas nawet przeze mnie niesłyszany poziom. Wszystkim kochającym takie klimaty życzę podobnych uniesień, ale muszę zastrzec, że nie będzie łatwo. Chcąc zweryfikować na ile jest to zasługa Japończyków z teamu Accuphase’a, a na ile samych kolumn, dokonałem szybkiego powrotu do moich Japończyków z teamu Reimyo i nagle okazało się, że te z pozoru szkodliwe – założenia przeciwników barwy ponad detaliczność – podkolorowania na środku pasma, mieniące się złotem wysokie tony, czy lekkie pogrubienie basu były wartością dodaną tego spektaklu. Z moim zestawem było trochę bardziej konturowo, nieco bardziej zwarcie dając uczucie większego wglądu w nagranie, ale w najmniejszy sposób nie odsyłało do kąta swoich ziomków. To po prostu nieco inny punkt temperatury grania, którego postrzeganie jest bardzo zależne od preferencji słuchacza, a w tym repertuarze wydawało się wręcz niezbędnym. Usłyszana gładkość, plus homogeniczność głosów i instrumentów na długo pozostaną w moich szarych komórkach. Po takiej dawce pieszczenia małżowin usznych wykonałem kilkuwiekowy przeskok muzyczny, wkładając do napędu krążek oparty w głównej mierze o komputerowe twory dźwiękowe zespołu Depeche Mode pt. „EXCITER”. Tak, było bardziej słodko i nieco bardziej okrągło na dole niż prawdopodobnie życzyliby sobie tego muzycy ww. grupy, ale kto powiedział że każdy kto zapoda sobie ten materiał w procesie oddechu po ciężkim dniu pracy, ma mieć pocięte żyletkami bębenki w  drogocennych uszach. Uspokajam zawczasu, że to odtworzenie w żaden sposób nie degradowało założeń energetyczności przekazu, tylko podawało go w delikatnie ucywilizowany sposób, który w moim odczuciu był bardziej strawny niż w wersji zgodnej ze wzorcem. Oczywiście jeśli nie mając możliwości posłuchania oryginalnych syntezatorów używanych do nagrania materiału, w ogóle nie wiemy jaki powianiem być punkt odniesienia danej muzyki elektronicznej. Akustyczna jest łatwiejsza w weryfikacji, ale znowu proszę pokazać mi zestaw domowy, który idealnie odda brzmienia żywych instrumentów. Wiemy, że to jest utopia i nasze dążenia są mniejszym lub większym kompromisem pomiędzy tym co powinno być, a tym co możemy i chcemy mieć. Ale wracając do testu, po raz kolejny okazało się, że znany wszystkim sznyt A-klasowych końcówek mocy marki Accuphase jest ich wartością dodaną i raczej wnoszącą wiele dobrego niż złego do współpracujących z nimi systemów. To oczywiście jest pewnym odstępstwem od neutralności, ale wspominałem na początku, że szlachectwo zobowiązuje raczej do czarowania słuchacza, a nie beznamiętnego przekazywania zapisanych na krążkach bitów, a taką rolę spełniał właśnie nasz bohaterski tandem C-2120 i A-36. Ważnymi elementami tego zestawu wzmacniania sygnału audio było oddawanie poczucia nieskrępowanego oddechu i namacalności źródeł pozornych. Nawet ten nieco zaokrąglony bas był nadal czytelnym i kiedy trzeba szybkim impulsem, co tylko pokazuje ciężką do naśladowania klasę komponentów, gdyż taki dociążający zabieg u konkurencji  często kończy się sporym spowolnieniem ataku, a na tym pułapie zaawansowania jakości jest nie do przyjęcia. Tymczasem w tym przypadku dostajemy pozłocenie iskrzącej się góry pasma, ale bez utraty rozdzielczości, dociążenie środka bez zawoalowania czytelności i wreszcie lekkie pogrubienie najniższych składowych w sensie podbudowy, a nie „buły”, a to potrafią tylko najlepsi. Oczywiście musimy być również przygotowani na fakt utraty pewnej ilości cennych dla niektórych audiofilów rozdrabniających włos na czworo artefaktów, ale nie ma zestawów idealnych dla każdego i jeśli ktoś tak twierdzi, po prostu nie zna życia i jego miliona ludzkich punktów odniesienia i oczekiwań.

Przygoda z kolejnym wcieleniem mistrzowskiej szkoły czarowania frazami muzycznymi przebiegła zadziwiająco szybko. Pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że głównym materiałem była muzyka akustyczna w większości oparta o wokalistykę. Japońsko-japoński zestaw napędzający kolumny z Austrii, gdyby był ze stajni jednego dystrybutora, bez najmniejszych przeszkód zaliczyłbym do cyklu „Systemu marzeń” i tylko z faktu różnych źródeł pochodzenia, a nie jakości generowanego dźwięku nie został tak sklasyfikowany. Zalety – tak według mnie to zalety – typu poświata słodyczy, nasycenie i homogeniczność nie musi z miejsca oznaczać wykreślenia testowanej dwójki z listy odsłuchowej nawet dla wyczynowców w rozdzielczości, gdyż to co dla mnie jest już ciepłe i gęste, dla innego potencjalnego klienta jest dopiero poziomem około neutralnym, nie wspominając już o cechach jakie najchętniej widziałby w nowym nabytku system poszukiwacza nirwany. Mimo, że wszelkiego rodzaju testy pozwalają w ustaleniu ogólnych ram grania danego produktu, z doświadczenia wiem, że tego nie da się na sto procent określić na podstawie nawet  kilkunastu przeczytanych przez potencjalnego kupca recenzji. Dlatego próbujmy i kosztujmy samemu, gdyż nie mamy nic do stracenia, a przy okazji pozwoli nam nabrać tak niezbędnego dla rasowego audiofila doświadczenia. Ja po kolejnym już spotkaniu z marką Accuphase jestem bliższy utwierdzenia się w przekonaniu, że tylko pozbawiający mnie kontaktu z nią w procesie poszukiwań sprzętu zbieg okoliczności sprawił, iż nie stoi na zajmującym główne miejsce w mojej samotni ołtarzyku.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Solid Base VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert WOODPECKER
ramię: SME M29R
wkładka: Dynavector DV-20X2
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Lawrence Audio Violin

Opinia 1

Szczerze mówiąc, a raczej pisząc, wokół tematu niniejszej recenzji krążyłem od … maja 2012 r., gdy przygotowując swoją pierwszą relację z monachijskiego High-Endu, niemalże u progu wytrzymałości fizycznej, trafiłem do pomieszczenia, w którym grały kolumny inne niż wszystko, co do tej pory widziałem. Oczywiście niekonwencjonalna forma to bardzo często jeden a zarazem jedyny sposób, by przykuć uwagę zwiedzających, lecz tym razem było inaczej. Nawiązujące kształtami do rodziny instrumentów smyczkowych kolumny Lawrence Audio były co prawda niezaprzeczalnie intrygujące od strony wzorniczej, lecz przede wszystkim grały i w dodatku grały tak, że gdyby nie nieuchronnie zbliżająca się godzina zamknięcia wystawy, to spokojnie mógłbym spędzić na odsłuchu ładnych parę godzin. Prezentowane, zgrabne Viole kreowały niezwykle zjawiskową przestrzeń i czarowały taką swobodą, oraz wyrafinowaniem, że jadąc do hotelu wiedziałem na 100%, że tego tajwańskiego producenta trzeba dobrze zapamiętać i jeśli tylko nadarzy się stosowna okazja próbować zdobyć jego kolumny na testy.

Niestety na kolejny odsłuch musiałem cierpliwie czekać i dopiero po roku, podczas kolejnego High-Endu dane mi było delektować się dźwiękami reprodukowanymi przez obdarzone zdecydowanie poważniejszymi gabarytami Cello. Całe szczęście moje wygórowane oczekiwania i wyidealizowane przez czas oczekiwania wspomnienia nie legły w gruzach i nie tylko zostały spełnione, lecz poprzeczka wylądowała o kilka cm wyżej. Krótko mówiąc było lepiej niż poprzednio. Większe kolumny – szersze pasmo i co ważne ilość cały czas szła w parze z jakością. Sytuacja idealna. Nieprawdaż? Cóż, idealna by była, gdyby w Polsce pojawił się dystrybutor a tak … znów musiałem czekać, lecz już nie kolejny rok a „tylko” do listopada, gdyż podczas Audio Show, w pokoju zajmowanym przez naszych krajowych specjalistów walczących z wibracjami (Franc Audio Accessories) i przesyłem sygnału (Audiomica Laboratory) stały i co najważniejsze grały Viole! Jak się jednak okazało kolumny nabył Franz (znaczy się Paweł Skulimowski) z Franc Audio Accessories na użytek własny i dla własnej, niezaprzeczalnej przyjemności a nad komercyjną dystrybucją musi się chwilkę zastanowić.

Ponieważ owa chwilka przybrała formę bliżej nieokreślonej przyszłości w tym roku sytuacja zapowiadała się podobnie – w maju Lawrence’ów mogłem posłuchać w Monachium i po cichu liczyłem, że w listopadzie również pojawią się na w którymś z pokoi. Traf jednak chciał, że prezentowana podczas ubiegłorocznej wystawy parka pojawiła się w stolicy na gościnnych występach zdecydowanie wcześniej, co czym prędzej wykorzystaliśmy i w ciągu dwóch tygodni poprzedzających Audio Show mogliśmy z Jackiem posłuchać tych uroczych kolumn we własnych czterech kątach.

Zanim jednak przejdę do części związanej z walorami brzmieniowymi tytułowych kolumn warto byłoby pokusić się o krótką notkę natury informacyjnej, gdyż ww. koreańska marka w Polsce nie jest znana szerszej publiczności. Początki działalności Lawrence Audio sięgają 1996 roku, kiedy to założyciel – multiinstrumentalista, artysta malarz, projektant wnętrz i … mebli, Pan Lawrence Liao rozpoczął produkcję małoseryjnych i praktycznie wykonywanych na indywidualne zamówienie kolumn głośnikowych. Jak zwykle w takich przypadkach bywa ilość zamówień sukcesywnie rosła aż czas było usiąść, na spokojnie wszystko przeanalizować i spróbować uporządkować własne wyroby w spójną całość. Kolejnym i niewątpliwie udanym krokiem okazała się promocja marki na światowych wystawach a co za tym idzie rozpoznawalność.
W chwili obecnej portfolio Lawrence Audio zawiera jedenaście modeli kolumn, oraz zalążek zapowiadanej już jakiś czas temu linii elektroniki, której przedstawicielem jest minimalistyczny, lampowy przedwzmacniacz i … na razie pojawiający się wyłącznie na zdjęciach phonostage. Na szczycie katalogu kolumn niepodzielnie króluje potężny, 100 kg, trójdrożny model The Eagle a ofertę otwiera niewielki głośnik centralny Owl.

Dostarczony do testów model Violin jest największą konstrukcja podstawkową w katalogu. Poniżej znajdują się trzy monitory, z czego jedynie Mandolin ma formę zbliżoną do starszego rodzeństwa a Party I i II charakteryzują zdecydowanie bardziej konwencjonalne kształty. Za to idąc w górę cennika powoli opuszczamy smukłości na rzecz bardziej obfitych kształtów i szerokiego spektrum dostępnych na rynku przetworników poczynając od wstęgopochodnych AMT na diamentowych Accutonach skończywszy. Wróćmy jednak do bohaterek niniejszego testu, których bryły dalekie są od konwencjonalnych prostopadłościennych skrzynek. Komora główna przypomina wariację nt. kryształu ze ścianami ustawionymi względem siebie tak, że nie sposób mówić o jakiejkolwiek równoległości. Całość zwieńczona jest krótkim gryfem nadającym bryle optycznej lekkości i odwołującej się do kubistycznej wizji skrzypiec. Violiny to wyposażone w 13 cm przetwornik wstęgowy Aurum Cantus i 20cm midwoofer z włókna węglowego monitory wentylowane od spodu, przez co wymagają dedykowanych, wyposażonych w stosowny otwór standów. A skoro jesteśmy przy podstawkach, to wypadałoby wspomnieć, iż nie dość, że wykonane są z MDFu, to jeszcze przychodzą one w częściach. W rezultacie szczęśliwy nabywca dostaje swoiste 2w1, gdyż nie tylko staje się posiadaczem intrygujących, acz niewątpliwie komercyjnych – skończonych konstrukcji głośnikowych a jednocześnie ma szansę na chwilę zabawy w DIY, bądź jak kto woli poczuć klimat IKEI. Dodatkowo producent zapobiegliwie dołączył do kompletu śruby umożliwiające solidne zespolenie kolumn z podstawkami, co posiadaczom małoletnich pociech i wszelakiej maści czworonogów może zapewnić w miarę spokojny sen.

Czytając opisy brzmienia kolumn wielokrotnie można natknąć się na wzmianki o ich przysłowiowym znikaniu z pokoju odsłuchowego i sam do używania takowych metafor się przyznaję, gdyż jest to niewątpliwa zaleta poszczególnych konstrukcji. Niezależnie od gabarytu i projektu plastycznego, jeśli tylko po włączeniu muzyki przestajemy dostrzegać, zwracać uwagę na kolumny to znaczy, że jest dobrze. Jednak w przypadku Lawrence’ów sprawy delikatnie rzecz ujmując trochę się komplikują, bo na Violiny wyglądające niczym suma zabiegów stylistycznych stosowanych zarówno przez Pabla Picassa, jak i Salvadora Dali po prostu chce się patrzeć. Jest w ich kształtach tyle intrygującego piękna, że wstawiając je do pokoju spokojnie możemy mówić o aranżacji wnętrza a nie li tylko o uzupełnieniu posiadanego zestawu audio.
Z optymalnym ustawieniem nie odnotowałem praktycznie żadnych problemów – wystarczyło, że punktem wyjścia było lekkie dogięcie ku miejscu odsłuchowemu a po kilku próbach lekkie skorygowanie w celu prawidłowego wypełnienia dźwiękami sceny pomiędzy kolumnami. Odległość od ściany tylnej, ze względu na wentylowanie do dołu, nie jest może krytyczna, ale rozsądnym minimum wydaje się ok. 50cm.  
Brzmieniowo jest całe szczęście podobnie – łatwo poznać drzemiący w kolumnach potencjał, których atrakcyjny wygląd idzie w parze z równie wysokiej klasy dźwiękiem. Co ważne, pierwsze uwagi, jakie pojawiły się w moich notatkach dotyczyły zaskakująco niskiego a przy tym dobrze kontrolowanego zejścia basu. Przepinając swoje dyżurne Gaudery na Violiny byłem akurat podczas odsłuchu dość energetycznego albumu „The Wrong Side of Heaven and the Righteous Side of Hell, Volume 1” formacji Five Finger Death Punch. Dla osób nieobeznanych z heavy metalowymi i metalcore’owymi klimatami pierwszy kontakt z taką muzyką może być porównywalny jedynie z solidnym łykiem Ardbega, jednak nawet na tak brutalnym i niewątpliwie wymagającym materiale azjatyckie monitory nie skapitulowały. Oczywiście musiały nieźle się napocić aby nadążyć za obłąkańczymi partiami perkusji okraszonymi przytłaczającą ścianą gitarowych riffów i wokalami przechodzącymi od melodeklamacji po przedagonalne ryki i growl, lecz po prostu dawały radę. Dobiegające z głośników dźwięki były niepokojąco brutalne, ofensywne i … właśnie takie, jakie być powinny. Zero dosładzania, łagodzenia i zaokrąglania – krótkie, lecz treściwe uderzenia oparte na zwinnym basie i rysowanych mocną kreską konturach instrumentów. Im bardziej karkołomne stawało się tempo i im bardziej zagmatwane partie instrumentów dochodziły do głosu tym apetyt na prąd azjatyckich podstawkowców stawał się większy i jeśli tylko lubią Państwo od czasu do czasu dać czadu, to lepiej pomyśleć o tym zawczasu i podpiąć do Lawernce’ów kawał porządnego pieca. Nie chodzi w tym momencie o tzw. „papierowe” Waty, ale o te prawdziwe, wynikające z zaplecza, jakie dają porządne trafa i odpowiedni zapas µF. W dodatku nie ważne, czy będzie to tranzystor, czy też lampa, byleby podczas jego projektowania myślano przede wszystkim o dźwięku a nie możliwych oszczędnościach, bo tego typu działania się mszczą a Violiny nie przepuszczą okazji, by o tym przypomnieć.
Podobnie rzecz ma się z symfoniką. „Rhapsodies” Stokowskiego i ścieżka dźwiękowa z „Gladiatora” autorstwa Hansa Zimmera w kulminacyjnych momentach sprawiały, że bez odpowiednio wydajnego wzmacniacza na Violinach czuć było spadek motoryki i dopiero przepięcie na dyżurnego Electrocompanieta ECI5, Coplanda CTA-405A a jeszcze lepiej na niezwykle uroczy duecik Accuphase’a w składzie C-2120 i A-klasowej końcówki A-36 okazywało się powrotem do świata żywych. Rozmach i skala kreowanej sceny w ślepym teście z pewnością wskazywałaby na zdecydowanie większe konstrukcje, ale mając przed oczyma Lawrence’y mogłem się tylko zastanawiać, jak Panu Liao udało się tak nagiąć prawa fizyki. Podobne wrażenie robiła głębokość i wieloplanowość, co jak wiadomo przy symfonice ma kluczowe znaczenie dla czytelności dźwięku. Łatwość, z jaką można było śledzić zarówno partie poszczególnych instrumentów, jak i obejmować wzrokiem/słuchem całą orkiestrę nie powinna pozostawić żadnego melomana obojętnym.
Na opartym o zdecydowanie skromniejsze instrumentarium repertuarze, czyli osadzonych w soft jazowym mainstreamie klimatach z damskimi wokalami w roli głównej do głosu doszła jeszcze jedna cecha, o której nie sposób nie wspomnieć. Chodzi mianowicie o drobne, acz niezwykle miłe podkręcenie temperatury, barwy ludzkiego głosu. Przy niskich, jedwabistych głosach, jakimi natura obdarzyła np. Queen Latifach, czy Cassandrę Wilson ciarki na plecach u męskiej części słuchaczy były gwarantowane. Niezależnie od poziomu głośności namacalność i wręcz magiczna umiejętność wykreowania holograficznych postaci artystek znajdujących się niemalże na wyciągnięcie ręki sprawiały, że mając Lawrence’y u siebie na testach bardzo często kończyłem odsłuchy późną nocą właśnie takim, odpowiednio dobranym repertuarem. W końcu któż nie chciałby kłaść się do snu kołysany np. „Killing Me Softly With His Song” w wykonaniu Roberty Flack. Powyższa zdolność do materializowania frontmanów procentowała również w bluesie, gdyż dawno nie słuchałem tyle B.B.Kinga co z Violinami. Płaczliwa, soczysta i połyskująca ciepłym blaskiem gitara mistrza otwierająca „Blues On The Bayou” wypełniała całe pomieszczenie spokojnymi, rozleniwiającymi dźwiękami.

Lawrence Audio Violin to kolumny niezwykłe nie tylko pod względem niezwykle atrakcyjnego wyglądu, lecz również, a może nawet przede wszystkim z powodu niezwykle urokliwego brzmienia. Nie uśredniając i nazbyt nie ingerując w reprodukowany materiał z wielkim wdziękiem i wrodzoną swobodą oddają zawarte w muzyce emocje a będąc zdolnymi do zagrania praktycznie każdego repertuaru poczynając od brutalnego metalcore’u na niewielkich jazzowych składach kończąc próbny odsłuch we własnych czterech kątach należy planować z rozmysłem, bo wypięcie i odesłanie może być nie tyle niemożliwe, co po prostu przykre. Mówi się trudno i … trzeba będzie poczekać do maja na kolejny High End, gdzie mam nadzieję Lawrence’ów nie zabraknie.

Marcin Olszewski

Producent: Lawrence Audio / kolumny dostarczone dzięki uprzejmości Franc Audio Accessories
Cena: 7 500 USD

Dane techniczne:
Konstrukcja: dwudrożna, wentylowana od spodu
Pasmo przenoszenia: 35-28 000 Hz ±3dB
Skuteczność: 88 dB
Impedancja:8 Ω (minimum 6.4 Ω)
Rekomendowana moc wzmacniacza: 30-150W
Przetwornik wysokotonowy: wstęga aluminiowa (130mm×8.5mm×0.01mm)
Przetwornik nisko/średniotonowy: 1×200mm (8″)
Częstotliwość podziału: 2200 Hz
Okleina:Cherry, Rosewood
Wymiary kolumn (W x S x G): 810 mm × 260 mm × 400 mm
Waga kolumn: 19.5 kg /szt.
Wymiary standów (W x S x G): 420 mm × 350 mm × 430 mm
Waga standów:7 kg /szt.

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor La Roccia Reference + ZYX 4D
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Octave Phono Module;
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Copland CTA-405A; Hegel H160
– Przedwzmacniacz liniowy: Accuphase C-2120
– Wzmacniacz mocy: Accuphase A-36
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Wszelkiego rodzaju testy urządzeń audio z reguły opierają się o ogólnie dostępne w naszym kraju komponenty. Nieczęste, a rzekłbym nawet dość rzadkie przypadki wizyt w Polsce jakichś nietuzinkowych i niedystrybuowanych jeszcze produktów, można policzyć na palcach dwóch rąk, a i to tylko dzięki sporym wysiłkom któregoś ze znacznej grupy rodzimych recenzentów. Sprawa niestety jest bardzo prozaiczna, gdyż tak naprawdę chodzi o generowane przez indywidualne sprowadzanie tylko do celów testowych koszty, co w ramach dostępności towaru u jednego z krajowych opiekunów marki staje się pomijalnym problemem. Ale na szczęście są między nami przyjaźnie nastawieni ludzie (nie tylko opiniodawcy) i gdy uda im się coś nieznanego, a do tego ciekawego sprowadzić, dzielą się możliwościami posłuchania i wydania opinii z różnymi pismakami. I tak dzięki uprzejmości krajowej manufaktury, zajmującej się eliminacją szkodliwych wibracji dla sprzętu audio – Franc Audio Accessories, razem z Marcinem dostąpiliśmy przyjemności zakosztowania dziwnie wyglądających, ale bardzo intrygujących dźwiękowo kolumn (kłania się wizyta w Monachium) z dalekiego Tajwanu, bez problemów zdobywającej rynki świata marki Lawrence z modelem Violin.

Standardowo w tym miejscu znajduje się dłuższy, bądź krótszy potok fraz myślowych na temat ogólnych spraw związanych z wyglądem i budową rzeczonego bohatera testu. Tymczasem to, co stanęło przed stolikiem ze sprzętem, jest bliżej nieokreślonym zespołem instrumentalno – industrialnych skojarzeń plastycznych, mocno zaangażowanego w odróżnienie się od konkurencji projektanta. Do końca nie mam pojęcia czym się kierował, ale sądzę, że głównym założeniem była minimalizacja szkodliwych fal stojących wewnątrz konstrukcji i połamanie w tym celu wszelkich ścianek obudowy, bez względu na ich pozycję względem miejsca odsłuchowego. Ta hybryda wizualna, w wyglądzie której przewija się kilka rozpoznawalnych dla obeznanych w naszym hobby czytelników motywów, jest połączeniem stojącego na współgrających wizualnie stendach instrumentu lutnio-podobnego i jednego z projektów amerykańskiego Avalona. Nie podejmuję się dokładnego opisania tego wizjonerskiego snu konstruktora, ale wspomnę tylko, że na czymś przypominającym przednią ściankę znajdziemy dwa przetworniki, z których jeden jest sporej wielkości wstęgą wysokotonową, a drugi przetwornikiem średnio-niskotonowym. Konstrukcja z racji niezbyt dużego litrażu oparta jest o dmuchający w dół otwór bas-refleksu i wyposażona w pojedyncze terminale głośnikowe. Ważnym elementem są również wspomniane wpisujące się w ten potok skosów i dziwnie ponacinanych płaszczyzn podstawki pod kolumny, eliminując tym sposobem spory problem dla potencjalnego kupca, jakim byłby proces ich nabycia lub dorobienia na zamówienie w podobnej stylizacji. Całość stoi na solidnie i ładnie wykonanych, wkręcanych w podstawę kolcach. Resztę proszę dooglądać sobie na chirurgicznych zdjęciach Marcina, gdyż ja mimo sporej nawałnicy bliżej nieokreślonych pomysłów na dokładną słowną wizualizację, mam problem z ich ustawieniem w zrozumiałych ciągach zdaniowych, dlatego w angielskim stylu – wycofując się niepostrzeżenie z problemu – przejdę do meritum, czyli odsłuchu.

Przyznaję się bez bicia, gdy widzę wstęgę na froncie kolumny, natychmiast zaczynam martwić się o me drogocenne narządy słuchu, co po ostatnich kilu bardzo pozytywnych kontaktach z takimi przetwornikami zdaje się być zbędną naleciałością z okresu ich pierwszych aplikacji. Konstruktorzy po kilku latach doświadczeń ku mojemu miłemu zaskoczeniu zaczęli wyciągać z nich na tyle dużo trudnych do osiągnięcia dla konwencjonalnych głośników pozytywnych aspektów, że sam dziwię się moim pierwszym odruchom. Wracając do testu, ten cały wywiad środowiskowy mego postrzegania podobnie wyposażonych zespołów głośnikowych posłużył jedynie do przygotowania podłoża pod falę może nie ponadprzeciętnych zachwytów – jak prawdopodobnie wielu czytelników wie, nie jestem w tym temacie zbyt wylewny, ale bardzo dobrych opinii, które w miarę strawny sposób postaram się teraz wyłożyć.

Po należnej każdej nowej konstrukcji w moim torze audio rozgrzewce, przystąpiłem do pozycjonowania rzeczonych kolumn względem miejsca odsłuchowego, mając na celu uzyskanie maksymalnie głębokiej sceny, przy zachowaniu idealnej czytelności źródeł pozornych. Obcując na co dzień z pochodną monitorów bliskiego pola, brak podobnych efektów odbieram jako amputację bardzo ważnej dla mnie części wydarzenia, jakim jest spotkanie sam na sam z wyraźnie pozycjonowanymi w wirtualnym bycie muzykami. Niestety życie jest brutalne i nie zawsze da się osiągnąć wysoki poziom konsensusu pomiędzy moimi oczekiwaniami, a możliwościami prezentującego się gościa. Na szczęście tajwańscy przybysze – kolumny Lawrence – bez najmniejszych problemów dawały upust moim żądzom, co z pewnością było zasługą wspaniałego zestrojenia groźnie wyglądających wstęg z głośnikiem średnio-nisotonowym, a to niestety nie jest takie łatwe, jakby wielu się wydawało. Będąc nieco połechtany po uszkach, postanowiłem wykorzystać atut budowania napowietrzonej, głębokiej i czytelnej sceny, dlatego bez zastanowienia do napędu powędrował wspaniale zrealizowany, nagrywany na setkę w klasztornych wnętrzach krążek Jordi Savalla zatytułowany „EL CANT DE LA SIBIL-LA”. Ta owocna w doznania pokroju osobistej obecności podczas realizacji płyta jest dla mnie papierkiem lamusowym możliwości holograficznych testowanych komponentów i jeśli tylko mariaż nowoprzybyłej kostki domina (produkt testowy) z synergicznie zestawioną resztą toru audio wprowadzi zapowiadającą ciekawy efekt końcowy iskrę, nie waham się jej użyć. Tak też było i tym razem, co udowodnił teoretycznie rzecz biorąc nudnie bo monotonnie śpiewający dawne sakralnej pieśni chór. Rozmach dobiegających do naszych uszu, nagranych w monstrualnej klasztornej kubaturze głosów wraz z odpowiadającym na te artefakty pogłosem owej budowli, dały pokaz, jak robią to najlepsi realizatorzy nagrań i konstruktorzy kolumn – o elektronice Reimyo nie będę wspominał, gdyż występuje tutaj jako profesor, a nie aplikant. Oczywiście nie sposób przy tym zapomnieć o umiejętności rozlokowania poszczególnych chórzystów, tak w zakresie szerokości, jak i głębokości goszczącej ich areny muzycznej, co wydaje się być pochodną sposobu tworzenia spektaklu 3D, jakiego maiłem przyjemność zaznać. Ale idźmy dalej tropem dobrej muzyki i pamiętając, że mamy dwudziesty pierwszy wiek, a co za tym idzie, w eterze nie unosi się jedynie muzyka sakralna, dlatego z premedytacją sięgnąłem po przeciwny biegun, czyli elektronikę w podobnie dobrym jak Jordi Savall wydaniu. Może nie tą najnowszą, produkującą bliżej nieokreślone wychylenia membran głośników, tylko projekt jazzowy Erika Truffaza, który nadal nie ma nic wspólnego z naturalnymi (oprócz niego) instrumentami naturalnymi. Krążek wspomnianego artysty zatytułowany „REVISITE” dał wgląd w nieco inne rejony możliwości zestawu marki Lawrence. Generowane dzikie basowe pomruki stwarzały ładną podstawę tej energetycznej muzie, może nie rysując jej ostrym rysikiem, ale nadal bardzo zwartym piórem. Ważne, że ilość niskich składowych przy swej solidności nie powodowała efektu buczenia, co jest częstą przypadłością produktów próbujących za pomocą sztucznie aplikowanych dziur stratnych udowodnić coś, czego nie są w stanie zrobić. Piję oczywiście do skierowanego w podłogę bas refleksu, pomagającego wydobyć odpowiednią ilość najniższych składowych z będących obecnie „trendy” małych skrzynek, który dla osłuchanego użytkownika oczywiście był słyszalny, ale tak umiejętnie zestrojony, by nie determinować gumowatości tego zakresu. Jak dotąd nic nie wspominałem jeszcze o średnicy, ale do weryfikacji tego pasma zaprosiłem na koncert innego artystę, zaprzęgając tym razem do pracy me archaiczne źródło, jakim jest gramofon. Oczywiście jak to często bywa, pojechałem na maxa i na Feickercie Woodpecker wylądował czarny jak smoła winylowy placek z remasterowanym singlem muzyki Luisa Armstronga zatytułowanym „Satchmo”. Kto chociaż raz słyszał to wydawnictwo wie, że przy braku rozdzielczości często nadrabianej ilością górnego zakresu (nie mylić z jakością) bardzo łatwo stracić klimat tej kompilacji. Dodatkowo bezkompromisowe podejście do wydania oficyny Audio Fidelity  – gruby winyl na 45 obrotów – jest ekstremum jakie można uzyskać z tej stareńkiej formy zapisu. Najbardziej ciekawiło mnie, jak zaprezentują się niespecjalnie z pietyzmem kiedyś traktowane blachy, jak też mogące wypaść nader ostro dęciaki i muszę powiedzieć, że mimo zastosowania wzbudzających każdorazowo mój niepokój głośników wstęgowych, całość pokazała się nadspodziewanie dobrze. Na tyle dobrze, że łagodne dla ucha strojenie wstęg nie ograniczało dobrze słyszalnych kończących frazy wokalne świstów Armstronga, co jest znakiem rozpoznawczym jego ponadczasowej barwy i chropowatości głosu. Patrząc całościowo na ten utwór, muszę przyznać, że wypadł zadziwiająco intrygująco, czego w tym repertuarze się nie spodziewałem. Oczywiście słyszałem lepsze odtworzenia, choćby z nakreślających moją nową drogę życia audiofila austriackich ISIS-ów (Trenner & Friedl), ale proszę wziąć pod uwagę rozpiętość cenową porównywanych konstrukcji. Wiem, wiem pieniądze nie grają, ale proszę mi wierzyć, ciężko zmusić mnie do choćby zastanowienia się nad wymianą kolumn w torze referencyjnym, gdy tymczasem marka T&F jako pierwsza zachwiała posadami obecnych na stałe Brav’o Consequence+. Wracając do naszych lutnio-podobnych kolumn, uważam, że są ciekawą, dystyngowanie grającą ze sporym bagażem zalet konstrukcją. Jeśli szukacie czegoś o nietuzinkowym wyglądzie, a przy tym generującego solidne dźwięki, powinniście ich posłuchać, a mogą okazać się strzałem w dziesiątkę  – oczywiście na chwilę obecną natychmiast muszę dodać: „jeśli kiedykolwiek nadarzy się taka możliwość”.

Jestem bardzo rad, że zastosowane w kolumnach głośniki wstęgowe przestały krzyczeć na ludzi. Co więcej, stwarzają piękną holografię, która nie jest łatwa do wykreowania. Dodatkowym aspektem wydaje się być pomysł na bryłę konstrukcji, może nie wpisujący się w gusta wszystkich naszych żon, ale z pewnością bardzo interesujący w wyglądzie. Reasumując całościowo wartości soniczne i wizualne, z czystym sumieniem stwierdzam, że jest to żywiołowo, ale bez natarczywości grający zestaw i jeśli tylko jesteśmy w stanie zaliczyć jego design do kategorii „ok.”, możemy mieć zestaw na długie lata.

Jacek Pazio

  System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio; Solid Base VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert WOODPECKER
ramię: SME M29R
wkładka: Dynavector DV-20X2
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Solid Tech HYBRID

Szwedzka firma Solid Tech, specjalizująca się w produkcji stolików i akcesoriów antywibracyjnych dla systemów audio-video, wprowadza swój najnowszy system stolików i platform Hybrid. Miał on swoją polską premierę na tegorocznym Audio Show.

Podstawowym założeniem tego modelu, jest połączenie funkcjonalności, skuteczności w tłumieniu wibracji i nowoczesnego wzornictwa w jednej konstrukcji. System Hybrid, to wysokiej sztywności, lakierowana na czarno lub biało płyta MDF, połączona odlewanymi, aluminiowymi przęsłami z aluminiowymi filarami o wysokiej sztywności i wytrzymałości.Zarówno przęsła jak i filary, dostępne są w dwóch kolorach, czarnym, lub srebrnym. Każdy z filarów, można zasypać piaskiem, aby zwiększyć stabilność konstrukcji i tłumienie. Filary zaopatrzone są w klasyczne kolce oraz mosiężno-filcowe podkładki izolujące poszczególne półki od wibracji. Gdy zachodzi konieczność jeszcze skuteczniejszego wygaszania wibracji, zamiast kolców, można użyć Solid Tech – Disc of Silence. Dzięki temu cała półka ma zapewnioną izolację i najlepsze wygaszanie wibracji. Takie rozwiązanie, doskonale sprawdza się pod źródłami jak gramofon czy odtwarzacz CD, lub pod urządzeniami lampowymi. Obciążenie każdej półki może wynosić do 80kg. Nie ma specjalnych ograniczeń, odnośnie ilości platform ustawianych jedna na drugiej w pionie, natomiast obciążenie jednej nogi, nie powinno przekraczać 80kg. Platformy można też łączyć ze sobą w poziomie. Cena podstawowej platformy z przęsłami i filarami o wysokości 200mm, zaczynają się od 1450zł, za komplet.

Po więcej szczegółów, zapraszamy na naszą stronę www.premiumsound.pl

Stoliki są już dostępne w salonie Q21 w Pabianicach, oraz w naszym salonie w Gdańsku. Niedługo rozszerzymy listę dealerów.

Zapraszamy

Salon HiFi – Premium Sound
Ul. Trawki 7
80-257 Gdańsk

  1. Soundrebels.com
  2. >

Andrzejkowa WiMPreza

Serwis streamingowy WiMP rozpoczął specjalną promocję pod hasłem „Andrzejkowa WiMPreza”. Akcja trwa do 29 listopada i kończy się dokładnie o północy w wigilię Andrzejek. Każdy nowy użytkownik, który w tym okresie zdecyduje się na subskrypcję i korzystanie z serwisu WiMP, zapłaci przez pierwsze cztery miesiące aż o 40 proc. mniej, niż jest to przewidziane w sprzedaży regularnej.

I tak użytkownicy abonamentu Premium zapłacą jedynie 11,99 zł (zamiast 19,99 zł), natomiast ci subskrybenci, którzy zdecydują się na pakiet wyższy – HiFi, charakteryzujący się bezstratną jakością dźwięku (w pliku FLAC/ALAC), otrzymają do niego dostęp w cenie 23,99 zł (zamiast 39,99 zł) miesięcznie.

Promocja adresowana jest szczególnie do tych osób, które chciałyby korzystać z serwisu streamingowego, a które do tej pory mogły wahać się ze względu na cenę usługi. Dla przypomnienia – serwis WiMP zapewnia dostęp do 25 milionów utworów oraz 75 tysięcy teledysków.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio Show 2014 cz.3

Może trochę niezbyt optymistycznie zacznę, ale zakończona przed kilkoma dniami wystawa sprzętu audio po raz kolejny pokazała, że plany sobie, a życie sobie i mając solidnie ugotowaną wizję dzisiejszej relacji, musiałem mocno przegrupować poszczególne zapamiętane i zanotowane wnioski, by w jakimś choćby minimalnym stopniu całość była w miarę spójna i logiczna. Ogólnie cykające i dudniące zestawienia, pogłębiając niedosyt źródłowy w dużej części opierały się o pliki, ograniczając pęknie wyeksponowane gramofony do roli tła. Nie, żebym stał w całkowitej opozycji do najnowszych trendów, ale nie znajdują się obecnie w moim kręgu zainteresowań. Drapaki podobno czasem były używane – tak wynikało z relacji wystawców, ale jakoś nie po drodze było mi z nimi i naprawdę minioną imprezę pod tym względem odbieram jako lekki regres w temacie winylu. Nie wiem, czy to wygoda, zabezpieczenie się przed niechcianym materiałem zwiedzających, czy głoszony przez piewców plikowych ciągów zero-jedynkowych triumf jakościowy streamerów nad przestarzałym i formatami – Cd i płyta winylowa, ale jeśli nawet tak jest, to bez złośliwości powiem, iż nie znalazłem zestawienia – bez względu na nośnik, który zostawiłby w mojej masie mózgowej jakiś ponadczasowy ślad jakościowy. Co ciekawe, zakładane przeze mnie pewniaki prezentacyjne, zwyczajnie zawiodły na całej linii, o czym wspomnę później. Dlatego sporo przed wystawą wykreowane tematy: dobrze grający zestaw ze średniej półki, podobny wyznacznik w stratosferze cenowej i tak ważny dla mnie bez pozycjonowania w cenniku analog, musiałem zebrać w całość będącą zbiorem pozytywnych w odbiorze spotkań z poszczególnymi konfiguracjami. Oczywiście świadomy jestem, że taki, a nie inny obrót spraw związanych z odbiorem poszczególnych setów audio jest wypadkową: materiału jakiego dane było mi posłuchać w czasie wizyty, panującego w pokoju tłoku i prawdopodobnie wielu innych czynników, dlatego wszystkie moje spostrzeżenia proszę potraktować jako pewnego rodzaju epizody tej wyczerpującej trzydniówki. Tak tak, trzydniówki, ponieważ pierwsze koty za płoty dzięki zaproszeniom na zamknięte dla prasy konferencje Meridiana i Technicsa zostały przerzucone już na popołudniowy piątek. Patrząc z perspektywy powystawowej, cieszy mnie fakt – co prawda tylko w wartościach postrzegania naszego hobby, ale zawsze, że z roku na rok zwiększa się liczba odwiedzających targi, co w hotelu Sobieski dane było odczuć wszystkim praktycznie przez całe dwa dni. Oczywiście końcowe godziny zawsze należą do najluźniejszych, ale to nie te same puchy, co jeszcze kilka lat temu. Czyli jest cień nadziei, że nasze dziwne dla większości populacji homo sapiens postrzeganie piękna odtwarzania muzyki w wysokiej jakości, nie umrze razem z obecnym pokoleniem. Dlatego mimo początkowego utyskiwania spowodowanego pokrzyżowaniem planów tekstowych, zapraszam na kilka fotografii okraszonych niedługimi opisami w formie nasuwających się w czasie odwiedzin danego bohatera wniosków.

Jak wspomniałem w niezbyt optymistycznym wstępniaku, początek naszego święta przypadał na piątkowy wieczór, gdzie pierwszym dużym graczem był: brytyjski Meridian.  Zaczęliśmy od prezentacji zestawu kina domowego z kolumnami aktywnymi tej marki i możliwości topowego projektora firmy Sim2, który nawet w pełnym oświetleniu oferował zarezerwowany dla nielicznych poziom ostrości, kontrastu, nasycenia i płynności tła nawet podczas dynamicznie zmieniających się obrazów. Następnym punktem spotkania był mocno lansowany przez sporą grupę producentów audio temat wewnątrz-urządzeniowej korekcji akustyki pomieszczenia. Dodam, że zestaw stereo również opierał się o jeszcze niezbyt akceptowaną u nas technikę zestawów aktywnych. Kilka minut muzyki ze standardowym sygnałem, potem przesiadka na dźwięk uwzględniający wszelkie problemy sali wystawowej i krótkie pytanie przedstawiciela zespołu Meridiana o spostrzeżenia. Każda manufaktura teoretycznie proponuje nieco inne technicznie podejście do tego tematu, ale według mnie nawet jeśli jakiś system z takim dodatkiem gra lepiej – czego można było doświadczyć w wielu pokojach, dla mnie niestety jest to sztuczna ingerencja w sygnał końcowy, która wierci mi w podświadomości zniechęcającą do takich ekwilibrystyk bolesną dziurę. Jednak ostateczną decyzję czy to jest dobre, czy złe pozostawiam do podjęcia potencjalnemu klientowi, który czasem z racji bardzo wrednego pomieszczenia nie może poradzić sobie z jego różnymi degradującymi dźwięk przypadłościami. Fajnym dodatkiem do całego pokazu okazały się być bardzo industrialne akcesoria domowe – brutalnie wyglądające stoły, szafki i lampki, które może na zdjęciach nie wyglądają zbyt zachęcająco, ale w kontakcie bezpośrednim były fantastyczne.

Bohaterem kolejnego i ostatniego oficjalnego tego dnia spotkania był będący niegdyś przedmiotem kultu w naszym kraju poczciwy Technics. Początek z uwagi na mały bankiet przed-prezentacyjny okazał się być bardzo miły, ale to co dane było mi usłyszeć pokazu, również dawało spore pokłady zainteresowania. Może nie był to dźwięk wystawy, jednak usłyszany potencjał dał zaczyn do wstępnych rozmów testowych nowej topowej końcówki mocy. Próbując choćby z grubsza ocenić dźwięk, rzekłbym, że oba zestawy – jeden oparty o podłogówki, drugi o monitory – miały kilka interesujących cech, jak i niedociągnięć. Chodzi mianowicie o zbyt frywolne cykanie górnych rejestrów w dużym zestawie i mocno napompowanym dolnym paśmie maluchów. Niemniej jednak, Panowie wystawcy starali się dogodzić sporej grupie słuchaczy i takie przypadłości mogą być tego pokłosiem. Dlatego końcowe, rygorystyczne oceny nie wchodzą w grę, ale posmak ciekawości, jak to się potoczy we własnym systemie pozostał. Zobaczymy, czy uda się coś posłuchać i opisać

Zwiedzanie hotelu Sobieski dla celów czysto logistycznych rozpocząłem od samej góry, czyli siódmego piętra na piechotę – czekanie na windę dla tak niespokojnego ducha jak ja byłoby kilkunastominutową męczarnią. I chyba jako bonus za włożony wysiłek już na starcie zaliczyłem ciekawy pokaz testowanych niedawno przeze mnie włoskich kolumn Albedo, które tym razem za sprawą salonu Premium Sound wraz z resztą ciekawej elektroniki CRAYON, WOW AUDIO, ISOL-8, LUMIN, potwierdziły umiejętności kreowania spektakularnej przestrzeni międzykolumnowej.

Jak pewnie większość z Was się domyśla, jednym z podstawowych kryteriów mego dłuższego przebywania w danym pomieszczeniu były występy gramofonu jako źródła. I z racji ich niezbyt dużej w porównaniu z zeszłym rokiem liczby, jeśli tylko takowy się pojawiał, set ze startu dostawał nieco więcej czasu na błyśnięcie. Tak też było i w tym przypadku, gdzie zestaw oparty o kolumny Trenner&Friedl, integrę Trilogy i zasilanie ISOL-8 karmiony był płytą winylową drapaną przez wyrób marki The Funk Firm. Solidnie nasycony, może nieco ciemny, ale rozdzielczy dźwięk jak na warunki wystawowe dawał uczucie sporej głębokości sceny muzycznej. Oczywiście z racji nastawienia na barwę może nie być to systemem dla każdego, ale kto powiedział, że wszystko ma być dla wszystkich?  

Tak się złożyło, że wspomniany wcześniej Premium Sound opiekował się dwoma pokojami i był na tyle dobrze zorientowany w problemach pokoi wystawowych, że również w drugim „roomie” zestawiony przez niego system omijając wszelkie pułapki, dał pokaz wciągającego grania, fantastycznie promując w ten sposób wyroby naszego wschodniego sąsiada, czyli litewskie kolumny Audiosolutions.

Nie sposób nie wspomnieć o naszym rodzimym producencie kolumn – Studio 16Hz, który wspomagając się źródłem drapiącym płyty, lampową amplifikacją Cayina i własnymi zestawami głośnikowymi gromadził takie rzesze zwiedzających, że musiałem zaliczyć dwa podejścia, by dostać się w pobliże w miarę dobrego miejsca odsłuchowego. Gdy zasiadłem w stosownym sweetspocie swoje trzy grosze oczywiście wnosił problem wzbudzania się podłogi i ścian, ale po przefiltrowaniu przez dogłębną znajomość tego artefaktu, wiem dlaczego pokój był tak mocno oblegany. Dobry dźwięk za niewygórowane pieniądze, a przy tym z dużym udziałem naszej myśli technicznej.

Wiem wiem, Szemis Audio Konsultant jest wyjadaczem zarówno pod względem cen jak i jakości generowanego przez dystrybuowane produkty dźwięku, ale zawsze najważniejszym atrybutem jest dla niego szlifierka i z czystym sumieniem wspominam o nim w swoich relacjach. Ale uspokajam od razu nerwusów, gdyż tegoroczna odsłona AS za sprawą mocno ukierunkowanych na docelowego klienta kolumn – notabene robionych na zamówienie na bazie starych przetworników Goodmansa, była przygodą ciekawą, lecz nie powalającą na kolana. Nie był to zły, a raczej bardzo specyficzny dźwięk, jednak znając odwagę plus pewnego rodzaju dystans do wszelkiego rodzaju prezentacji tego wystawcy, jako hołd dla takiego podejścia do sprawy z miłą chęcią przywołuję go w tym spotkaniu.

Zawsze mile wspominam spotkania z analogiem spod znaku SYSTEMDEK, jednak w tym roku wraz z kolumnami ART AUDIO i elektroniką TRI było zbyt zwiewnie na dole. Osobiście lubię takie granie bez napinania na kontur dźwięku, jaki prezentuje ów zestaw – kiedyś myślałem o kolumnach z tej stajni, ale nieco solidniejsza podstawa basowa byłaby wskazana. Nieźle prezentowana scena wespół z delikatnie rysowaną górą pasma i ciepłym środkiem dawały tak oczekiwany podczas zwiedzania wystawy oddech przy muzyce.

Zingali są kolumnami, których w miarę zorientowanemu w świecie High Endu słuchaczowi nie muszę przedstawiać. Z miłą chęcią przyznaję, że zarówno obecna jak i poprzednia wystawa według mnie powinna być zaliczona do sukcesów, niemniej jednak głównym aspektem jaki przyświecał mi przy wspominkach o tym pokoju był fakt bezpardonowej kradzieży malutkich (niemalże komputerowych), wspomaganych subwooferem głośniczków tej manufaktury, Niestety z racji sporego tłoku w pierwszym podejściu nie udało mi się ich sfotografować, by za drugim razem po zaistniałej niemiłej sytuacji obejść się smakiem . Jeśli ktoś wychwyci gdzieś w natłoku ogłoszeń czy to internetowych, czy gazetowych małe bałwanko-podobne głośniczki, prosimy o info, gdyż takie sytuacje dla zasady trzeba tępić w zarodku, a jak się nie da, konsekwentnie tropić w dalszej perspektywie. Bez względu na efekt mojego apelu z góry dziękuję.

Gdzieś na początku tego tekstu wspominałem o światowym trendzie korekcji akustyki, ale to jest tylko jeden z mocno kreowanych nurtów. Piję teraz do jakże oszczędnej we wszelkiego rodzaju okablowania kolumn techniki łączenia się kolumn przez WIFI, którą za sprawą marki AYON I DYNAUDIO zaprezentował krakowski Nautilus. Kolumny podłączone wprost do sieci elektrycznej niejednego początkującego adepta sztuki audio mogą nieco zdziwić, ale już dla naszych żon może to być ważnym elementem zaistnienia niezłego systemu w jej nienaruszalnym wizualnie świecie głównego salonu. Elektronika schowana gdzieś w szafce, ograniczony do minimum byt węży ogrodniczych poprzez usytuowanie kolumn przy ścianach z gniazdkami mogą być ważnymi elementami przetargowymi, a że nie do końca zgodnie z hardcore’owym audiofilizmem, w dobie być albo nie być w ogóle dobrej jakości muzyki w domu spada na dalszy plan. Tak więc panowie, świat elektroniki użytkowej chyba jednak jest po naszej stronie. Na koniec dodam, że pokojowy układ z żoną nie jest jedynym atutem takiej konfiguracji, gdyż może bez wyczynu w brzmieniu – jak dla mnie – w wartościach bezwzględnych dźwięk był dobry. Tak więc jeśli stoimy pod ścianą, próbując przechylić szalę zwycięstwa w odwiecznej wojnie – samica kontra samiec – na naszą korzyść, posuńmy się do takiego fortelu. Może nie koszernie, ale cel – ukochana muzyka – uświęca środki.

Ciekawym, acz mocno specyficznym sonicznie zestawem – ze względu na zastosowane papierowe przetworniki szerokopasmowe – był set marki BODNAR AUDIO. Gramofon w roli źródła, lampowe wzmocnienie i phonostage sprawiały wrażenie wkroczenia w inny świat percepcji muzyki – w dobrym tego słowa znaczeniu. Metalliki z pewnością na tym secie nie posłuchamy, ale nieco spokojniejszy repertuar pozwoli nam oderwać się od rzeczywistości i ja przynajmniej taki stan osiągnąłem. Całości świadomego podejścia do jakości dźwięku, wizualizacji pomieszczenia i sprzętu dopełniała aranżacja wnętrza, jak i stosowny fortepianopodobny parawan pomiędzy kolumnami. Z ochotą przyznaję dodatkowe punkty za wszelkie aspekty około brzmieniowe.

Jak do tej pory marka Steinway & Sons gościła u nas tylko z monstrualnie wielkim zestawem. Tym razem jednak postanowili zaprezentować maleńki, złożony z płaskich monitorków wspomaganych dwoma subwooferami secik. Fantastyczny holograficzny spektakl nie dawał – przynajmniej podczas kilkunastu-minutowego odsłuchu – uczucia sztucznego szycia oddzielnie generowanych zakresów częstotliwościowych. Bardzo estetycznie wyglądający i naprawdę bez napinania na ekstremalne doznania zestaw z łatwością skusiłby wielu potencjalnie zainteresowanych klientów, gdyby nie drobny i bardzo przyziemny aspekt, jakim jest proza naszego życia – spory plik środków płatniczych Narodowego Banku Polskiego. Było drogo, ale również bardzo dobrze sonicznie, co ostatnimi czasy nie zawsze idzie w parze.

Przyjemnym zaskoczeniem – przynajmniej dla mnie – była prezentacja rodzimego ABYSSOUNDA. Nowe dziecko – integra – wzmacniająca sygnał z gramofonu, karmiła tym szlachetnym wsadem niespecjalnie wpisujące się w moją wizję homogenicznego dźwięku kolumny Infinity. A że nauczony doświadczeniami życiowymi -nigdy nie mówić nigdy – starałem się zrozumieć myśli, jakie przyświecały posiadaczom podczas zakupu tychże zestawów. I po takiej szkole życia z szacunkiem oddaję im honor i potwierdzam usłyszenie bliskiego mojej estetyce brzmienia nawet z wydawałoby się tak ekstremalnie wyposażonych we wstęgi górnych rejestrów konstrukcji. Oczywiście bardzo zdziwiony nie jestem, gdyż nie liczą się poszczególne komponenty, tylko ich pełne synergia, dlatego nie dziwię się, że przy pomocy analogu, jako napędu plus mocno osadzonego w barwie wzmocnienia nawet tak groźnie wyglądające konstrukcje głośnikowe bez większego problemu zmuszono do wydania przyjaznych dla człowieka dźwięków.

Polską markę Egg-Shell wespół z francuskimi kolumnami Davis Acoustics miałem przyjemność gościć u siebie. Niestety, gdy tamto spotkanie będąc dla mnie fantastycznym doznaniem, opierało się o kolumny z szerokopasmowym przetwornikiem podłączonym bezpośrednio bez zwrotnic do wzmacniacza, to wystawowy zestaw straszył szeroko rozwartym megafonem. Nie było źle, ale to jest już nieco inny świat, na który już na starcie poszukiwań trzeba być zdecydowanym. Zbyt duża – w moim odczuciu – intensywność docierających do słuchacza naładowanych energią informacji, przy dłuższym kontakcie ma swoje konsekwencje, co dla słuchającego niejednokrotnie 3-4 godziny przy jednym podejściu melomana, może być męczące. Niemniej jednak jest to jedna z ofert tego producenta, która z racji podejścia biznesowego ma całkowitą racją bytu. W opisywanym pokoju zaprezentowano mi jeszcze autorski pomysł na korekcyjną poprawę dźwięku, wycinającą – według pomysłodawcy – szkodliwe post-produkcyjne naleciałości i szumy. Oczywiście przed przystąpieniem do pokazu nie omieszkałem poinformować pana prezentera o odwadze jaką się wykazuje, próbując pozbawić zagorzałego wielbiciela analogu wszelkich naturalnych, czasem niezbędnych dla ucha ludzkiego artefaktów. Jednak rękawica została podjęta i koniec końcem mimo, że różnice były ewidentne – to trzeba szczerze oddać, to raczej pozostanę w tym zaszumianym świecie jeszcze długo. Na sterylne warunki szpitalne przyjdzie dla mnie jeszcze czas, ale mam nadzieję, że nie szybko – przepraszam, proszę odebrać tę frazę jako przekorną przenośnię, a nie czystą złośliwość.

Miłym zaskoczeniem i zarazem ciekawostką był pokój okupowany przez nieszukającą sztucznego poklasku w śród publiczności, rodzimą jeszcze zbytnio nie znaną wśród braci audiofilskiej markę VENAS AUDIO. System bazujący na kolumnach komercyjnej firmy ADAM- uzupełnionych na górnej płaszczyźnie o pracujące poza percepcją ludzkiego słuchu super tweetery, sygnał czerpał z wiekowego Cd-palyera Philipsa, który następnie obrabiany był przez będący autorskim projektem wystawcy przetwornik cyfrowo analogowy, by potem trafić do znów wintydżowego przedwzmacniacza liniowego, a całość wzmacniał kolejny produkt VENAS AUDIO – końcówka mocy. Kilka informacji na temat tej ostatniej, jakie udało mi się zanotować, to: brak sprzężenia zwrotnego, wyeliminowanie kondensatorów z toru sygnałowego i praca w trybie prądowym. Po więcej danych zapraszam do właściciela pomysłu tych urządzeń, a dla podkreślenia nietuzinkowości jego podejścia do tematu wpływu obudowy na finalny dźwięk urządzeń dodam, że po latach doświadczeń stwierdził autorytatywnie, iż drewno jest najlepszym budulcem domków dla komponentów odtwarzających muzykę. Nie będę roztrząsał tych rewelacji, gdyż każdy „dłubak” ma swoje wnioski w tej dziedzinie, ale muszę przyznać, że przy całej ekstrawagancji podejścia do materii generującej dźwięk, scena jaką tworzył ów zestaw, była nader czytelna, głęboka, przy zachowaniu umiaru w reszcie zakresów pasma przenoszenia. Jakby na to nie patrzeć, z tego pokoju wyszedłem bardzo zrelaksowany dzięki nasyceniu muzycznemu, jak i dystansowi wystawcy do tej zabawy.

Marka ALBEDO z Bydgoszczy znana jest chyba wszystkim jako producent kabli sygnałowych i głośnikowych i do prezentacji swoich wyrobów użyli dystrybuowanej przez siebie marki wzmacniającej sygnał WELS AUDIO, jak również zdobywających ostatnimi czasy sporo pochwał kolumn DIAPASON i zasilania od ANSAE. Mając w swojej pieczy dwa pomieszczenia, w fenomenalny sposób pokazała, jak wraz ze wzrostem cen poszczególnych komponentów rośnie jakość generowanego przezeń dźwięku. Oczywiście spieszę dodać, iż oba zestawy prezentowały znakomity przelicznik cena-jakość. Spędziłem tam sporo czasu, by oprócz wartości sonicznych zaznać jeszcze przyjemności na polu estetyki aranżacji ciężkiego do adaptacji wystawowego wnętrza. To był jeden z tych pokazów, które niosły ze sobą te dwie wspomniane zalety.

Szkocka marka Linn jedynie zasygnalizowała swój byt na wystawie, statycznym pokazem jednego z podstawowych gramofonów. Niemniej jednak postanowiłem o niej wspomnieć z bardzo prozaicznego powodu, a mianowicie propozycji – jeszcze nie do końca ustalonej z centralą – ubrania poczciwego Sondeka LP w rodem z kosmosu kevlarową skrzynkę. Nie wiem jak taki cios w kultowy produkt odbiorą fanatycy, ale znając pozbawione szacunku do tradycji zapędy dzisiejszej młodzieży, pomysł może okazać się sukcesem biznesowym. Jak to się skończy, dowiemy się pewnie za jakiś czas, ja jednak już teraz wiem na pewno, że nigdy nie kupiłbym tak zbeszczeszczonej legendy analogu. A Wy?

Do mocno wychwalanego w sieci LAMPIZATORA zaliczyłem kilka podejść z niestety marnym skutkiem, gdyż prezentacje były na zapisy, a nie miałem zbytnio ochoty marnować drogocennego czasu na bezczynne stanie. Ale będąc konsekwentnym, pod koniec sobotniego wieczoru udało mi się wbić do tego wcześniej niedostępnego pokoju i zaliczyłem krótką sesję zdjęciowo – muzyczną. Nietypowe dla naszego rynku i klienteli kolumny w połączeniu z szumnie zachwalaną elektroniką dały wciągający, ale wymagający obeznania w temacie Tub i Hornów dźwięk, który mając swój sznyt, niestety nie jest dla wszystkich zjadaczy chleba. Niemniej jednak ja to kupuję.  

Zbliżając się do końca tej historii z najbardziej zaludnionego wystawcami hotelu Sobieski, chciałem wspomnieć jeszcze o pokoju firmowanym przez marki AURALIC, KAISER i JPLAY. Nadal doskonale pamiętam wrażenia z wystawy w Monachium i sądzę, że mimo niezłej prezentacji na naszym podwórku, tamta zagraniczna, wykorzystująca amplifikację lampową odsłona naszego eksperta w dopalaniu programów streamingowych (JPLAY), jak dla mnie bardziej chwytała za serce. Zapamiętana ogólna gładkość oddała pałeczkę pierwszeństwa rozdrabnianiu włosa na czworo, co oczywiście ma swoich zwolenników, jednak to ja jestem autorem tego reportażu i mogę trochę pomarudzić.

Schodząc całkowicie na parter i przemierzając poszczególne galerie, natknąłem się na dziwne ustawienie kolumn w stosunku do sweet spotu. Kultowa Szkocka marka Naim w swym dążeniu do zadowolenia klienta posunęła się do dziwnego fortelu i odwróciła kolumny prawie plecami do siebie, grając z … soundbara. O dziwo, to co dobiegało do mych uszu, nadal było dobrze poukładanym spektaklem muzycznym, bez oznak utraty lokalizacji źródeł pozornych. Kilka lat temu byłem posiadaczem budżetowego seta tej manufaktury i nie sądziłem, że kiedykolwiek natknę się na podobne ekstrawagancje. Ale czas mija szybko, zalecenia się zmieniają, to może i ideologia też ewaluowała? Nie wiem, ale jeśli w takiej konfiguracji było dobrze, to co będzie za 10-15 lat?   

Tak zakończył się pierwszy, trudny ze względu na ilość pomieszczeń wystawowych dzień. Zostały jeszcze dwa hotele, które z punktu widzenia innych gabarytów sal prezentacyjnych zapowiadały raczej same górnolotne doznania. Jadąc do domu, nawet w najciemniejszych snach nie sądziłem, że życie bardzo brutalnie zweryfikuje te założenia.

Ps. „ Teraz trochę prywaty. Jako że wystawa jest dla nas polem do zaistnienia w świadomości czytelników, zadbaliśmy z Marcinem o banery reklamowe, z których jeden wylądował w pokoju z elektroniką Reymio i kolumnami ISIS. Biorąc pod uwagę fakt mego codziennego obcowania a tym zestawem i mając szacunek dla siebie i innych, nie będę uzewnętrzniał się pochwalnie na jego temat, tylko skieruję Was do dwóch najbardziej znanych w naszym świecie audio portali internetowych: jeden rodzimy, a drugi zagraniczny. Z pewnością się domyślicie o kim mowa i jeśli tylko przestudiujecie ich wybory wystawowe, zrozumiecie do czego piję.  Koniec kropka.”       
 
Bristol

Niedzielny poranek od kilku dni był już mocno zaplanowany. Zamknięte prezentacje dla prasy na stoisku AUDIO TEKNE i FM ACOUSTICS miały pozostawić niezapomniane wrażenia na cały następny rok oczekiwań kolejnej odsłony Audio Show.

Tymczasem przedstawiciel z Japonii (AT) swoje wyroby zachwalał przez prawie godzinę, by ponaglany na sam koniec spotkania puścić nam jeden, powtarzam jeden utwór. To wydaje się być nie do uwierzenia, ale tak było i gdyby nie zeszłoroczne wspomnienia nawet w najmniejszym stopniu nie wiedziałbym jaki poziom wtajemniczenia osiągnęli goście z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Ale wystarczy pastwienia się nad tą marką. Przejdźmy do bardziej przyjaznego pokazu FM ACOUSTICS – też bez ilościowych szaleństw muzycznych, ale kilka kawałów to już coś, który za sprawą mistrza ceremonii nawet w najdłuższych monologach nie pozostawiał miejsca na nudy. O cenach nie będę wspominał, gdyż dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, ale kilka patentów jakie dane było nam poznać podczas tej pogadanki, zaciekawiło nawet najbardziej zatwardziałych malkontentów. Od korekcji akustyki, przez niespotykane rozwiązania zwrotnic aktywnych, po eliminator trzasków ze zmasakrowanych płyt winylowych z pewnością miały swoje trzy grosze w finalnym dźwięku systemu. Czy to do końca moja bajka musiałbym posłuchać nieco dłużej i swoich utworów, niemniej jednak to, co dane było mi usłyszeć napawało optymizmem. Oczywiście w wartościach bezwzględnych dźwięk był bardzo dobry, ale czy warty wagonu gotówki nie podejmuję się teraz tego rozstrzygać.

Niestety do dwóch wyjadaczy naszego rynku – McIntosh z Rockportami i JBL z Mark Lewinsonem – z bardzo prozaicznego powodu nie udało mi się dostać. Niestety chodzi mi o biletowanie tych pokazów, co za sprawą przedłużania się innych spotkań skutecznie eliminowało mnie z zaklepanych terminów. Koniec końcem odpuściłem ten temat i udałem się do bardziej przyjaznych przybytków związanych urządzeniami audio.

Zniechęcony reglamentacją biletową szczęśliwie trafiłem do Pana Zawady na odsłuch Jego nowego dziecka – monitorów na licujących z główną obudową stendach, napędzanych gramofonem AVID i lampową integrą Mastersounda. Gdy odwiedzałem ów pokój, muzyka grała na akceptowalnym dla mnie poziomie i muszę przyznać, że prezentacja była nader ciekawa i owocna w przyjemne doznania. Przywołując z pamięci bazujące na podłogówkach poprzednie lata wystawowe, pamiętam sporo problemów z falami stojącymi, mocno utrudniającymi wyrobienie sobie pozytywnych odczuć. W tym roku było ok.

Zanim przejdę do kolejnego pozytywnego kontaktu z dźwiękiem, muszę ze smutkiem wspomnieć o wielkim nieobecnym mojego ulubionego formatu analogowego – Katowickim RCM-ie. Z racji światopoglądowych zawsze był to dla mnie stały punkt programu, bez względu na panujący u niego tłok. Niestety złośliwość rzeczy martwych – rezygnacja z występów spowodowana rozbudową salonu w rodzimych Katowicach – nie pojawił się na tegorocznej odsłonie AS. Dlatego gdy na drzwiach jednego z zatłoczonych apartamentów hotelu Bristol widniał wykaz występujących firm, wiedziałem, że tylko pożar może mnie odżegnać od wizyty w tej mekce.

ZONTEK, LINNART, SOUNDBOX to główni gracze tego spotkania, którzy w oparciu o kolumny Harbeth zaproponowali słuchaczom spokojne, bez napinania na skraje pasma granie. Ciekawostką pokazu był napęd analogowy wyposażony w trzy ubrane w wyczynowe wkładki monstrualnie długie ramiona, co dla obsługi drapaka było sprawdzianem umiejętności ekwilibrystycznych. Ale jak rozmawiałem z twórcą tej wspaniale prezentującej się szlifierki, był to celowy, raczej pokazowy, że istnieje taka możliwość „hardkor”. Jak wiadomo każda społeczność ma swoich ekstremalnie podchodzących do tematu członków i właśnie dla nich są takie opancerzone w kilka ramiom produkty – sam zastanawiam się nad drugim ramieniem.

Z uwagi na kilka spalonych podejść do limitowanych pokoi na chwilę wstąpiłem do Pana Waszczyszyna, który jak zwykle bardzo obrazowo i ciekawie opowiadał o swoim najnowszym tegorocznym wynalazku, czyli korektorze akustyki dla spersonalizowanego zestawu głośnikowego. Na chwilę obecną w bazie danych jest tylko kilka marek, ale docelowo ma być spora ich ilość, a jeśli potencjalny klient miałby coś rzadko dostępnego, możliwe jest uzupełnienie programu o konkretny poza-pakietowy produkt. Biorąc udział w prezentacji, znakomicie słyszałem różnice po zastosowaniu nowego patentu, ale na chwilę obecną nie jest to jest kierunek, który mógłby mnie zainteresować.

Kolejnym propagatorem analogu w tym hotelu był krakowski NAUTILUS, który dzięki topowemu gramofonowi Transrotora jak dla mnie dobitnie pokazał, gdzie jest miejsce plików. I to nie z racji mojej złośliwości, tylko ewidentnej przewagi ważącego dobrze ponad dwieście kilogramów Artusowi, nad odtwarzaczem zer i jedynek od Ayona. Nawet w całości oparty o szklane bańki tor audio nie pomógł plikom w nawiązaniu równorzędnej walki. Co więcej, dzięki gładkości płynących z płyty winylowej dźwięków tak bezpośrednie kolumny jak Avantgarde Acoustic miały swoje pięć minut w zadawaniu mi przyjemności.

Ostatnim pokojem tego przybytku hotelowego okazał się być AUDIO FAST z zestawem kolumn WILSON AUDIO i elektroniką DCS i DAN D’AGOSTINO. To było nie do końca wpisuje się w moje wzorce estetyki brzmienia amerykańskie granie, ale w tym roku dźwięk kolumn ze środka oferty był dobrze poukładany, co w poprzednich latach w mniejszych pomieszczeniach nie zawsze się udawało. 

Golden Tulip

Wizytę w Golden Tulipie rozpocząłem od często stawianego jako pewniaka brzmieniowego, jakim postrzegany jest Grobel Audio. Jak to w życiu bywa, raz jest lepiej, a raz gorzej, ale zawsze poziom jakości dźwięku oscyluje na przyzwoitych poziomach. I nawet się nie zdziwiłem, gdy mym oczom ukazały się niewielkie monitorki Franco Sreblina napędzane gramofonem TW Acoustic Rawen i integrą Jadis’a. Niestety nie trafiłem na wspaniale prezentujący się magnetofon REVOXA, ale niezmuszane do wyczynowego grania maleństwa pokazały fajną scenę dźwiękową, w przyjemnej dla ucha barwie i z bardzo przyzwoitym basem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę możliwości systemu, co w miarę wyedukowany słuchacz z pewnością wprowadzi w proces osądu tego seta. Dla mnie bardzo ciekawy minimalistyczny, pięknie wyglądający i co ważne dobre grający zestaw. Czego chcieć więcej?  

Gdy po wejściu do Sali zauważyłem miniaturowe podłogówki Boenicke, pomyślałem w duchu – chyba przesadzili z wiarą w możliwości tego zestawu. Poprzedni rok zakończył się spektakularnym sukcesem, ale i wtedy kilka razy większe konstrukcje wydawały się zbyt małe. Poprzednio o dziwo jakoś sobie poradziły – co jest plusem dla konstruktora, tymczasem w tym roku słychać było lekką zadyszkę mikro-kolumn. Nie było tragedii, jednak to nie odtrąbiłbym tego pokazu jako sukces na miarę wystawy w 2013 roku. Niemniej jednak co by nie mówić, brawa za podjęcie karkołomnych wyzwań.

Jak wygląda ZETA ZERO wiedzą chyba wszyscy. Monstrualnie wielkie cebule wyposażone w basowce i pnący się ku górze szczypior uzbrojony w baterie wstęg, są zestawami dla w pełni zdecydowanych klientów. Tutaj nie ma stanów pośrednich, tylko brać, albo uciekać. Prawdopodobnie w kontakcie we własnym zaciszu domowym znalazłbym klika pozytywów, ale podczas wystawy trafiłem na repertuar Michaela Jacksona i niestety było pozamiatane. Nie podejmę się ocenić bezwzględnych wartości dźwiękowych – nie moja bajka, ale muszę przyznać, że zaawansowanie techniczne tych kolumn jest niepodważalne i z pewnością przewyższające większość prezentowanych na całej wystawie produktów.

Ten rok wystawowy przyniósł kolejną odsłonę bardzo ukierunkowanych na docelowego klienta kolumn – HOLOPHONY, wykorzystujących wiekowe papierowe głośniki. Maniera jaką się charakteryzują jest nie do uniknięcia, co nie znaczy, że jest wadą. Raczej nazwałbym to stemplem minionych czasów, które z dużą dozą pewności mają sporą grupę swoich zwolenników, co według mnie tłumaczy ponowne występy na targach. W innym przypadku nie widziałbym najmniejszego sensu topienia kasy wystawcy w z góry skazany na porażkę projekt. Specyficzny, ale niosący za sobą coś intrygującego dźwięk.

Kończąc tę relację zagadnę jeszcze o warszawskim SoundClubie, który za pomocą zestawu TENOR AUDIO, MARTEN, BRINKMAN, KBL SOUND z powodzeniem napełniał sporych gabarytów salę. Wolumen muzyki, jaki i sposób prezentacji sceny tego seta był w pełni satysfakcjonujący nawet najbardziej marudnych klientów, ale repertuar popowy jaki akurat trafiłem, nie był najszczęśliwszym materiałem do oceny brzmienia. Niemniej jednak bardzo otwarty w górze pasma przekaz dzięki zastosowaniu głośnika diamentowego, pozwalał na wydobycie z sygnału analogowego nawet najdrobniejszych niuansów przeszkadzajek perkusisty. Aby tak zagrać te dźwięki, niestety trzeba mieć diament na pokładzie, a to generując spore koszty, potwierdza, że życie jest brutalne. Przemierzając wystawę statyczną tego pokoju, ze smutkiem odnotowałem fakt „grzania ławy” przez zdobywające ostatnimi czasy wiele pochwał produkty Roberta Kody. Niestety zbyt późnie, tuż przed wystawą przybycie do Warszawy skazało je na niebyt dźwiękowy.

Tak w telegraficznym skrócie chciałbym przedstawić ten maraton wystawowy. Nie wszyscy się w nim znaleźli, ale ten kto choć raz odwiedził warszawską imprezę wie, że niemożliwym jest zabrać głos w każdej sprawie. Powodów może być kilka, od zbytniego tłoku nawet podczas kilkukrotnych powrotów, repertuaru niepozwalającego na jakiekolwiek pozytywne wrażenia, lub zwyczajnie słabego dźwięku. Wspomniałem o tych, którzy w jakiś sposób zaistnieli moich szarych komórkach. A czy mam ich zbyt mało, czy wystawcy się nie spisali proszę zdecydować samemu. Ze swej strony chciałem pogratulować zapału w realizacji tej imprezy wszystkim prezentującym swoje urządzenia, gdyż dzięki Waszej konsekwencji w dążeniu do jak najlepszego przygotowania się, jesteśmy postrzegani w Europie jako druga potęga – zaraz po Monachium, a to jest już spore wyróżnienie. Tak trzymać i do zobaczenia za rok.

Epilog.
Teoretycznie rzecz biorąc, wszytko co miałem do przekazania w związku z odbiorem merytorycznym wystawy, zawarłem w powyższych akapitach.  Niestety śledząc kilka równoległych for internetowych, coraz częściej zauważam trend wyciągania sztandarów protestacyjnych z czeluści szaf audiofilskich z szumnie brzmiącymi hasłami typu: „Obecna lokalizacja wystawy jest szkodliwa da niej samej”, czy „Formuła dwudniowa nie spełnia oczekiwań luksusu oglądania dla potencjalnych zwiedzających” albo „Pokoje wystawowe są zdecydowanie za małe do prezentacji sprzętu audio”. Nie żebym jak Reytan bronił organizatora, ale po niezobowiązującej rozmowie z nim przekonałem się, że obecny konsensus wystawowy, w którego skład wchodzą: ceny pokoi, czas trwania i możliwości warszawskich hoteli jest wypośrodkowaniem chęci i możliwości wszystkich zainteresowanych stron. Kilka przykładów? Proszę bardzo. Zacznijmy od najbardziej przyziemnych spraw, jakimi są pieniądze, a raczej ich niezbędna do zaistnienia w tym świecie audiofilskim ilość. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, że na tle Europy są śmieszne, a i tak wielu wystawców skupia się w mniejszych lub większych konglomeratach, by je obniżyć. Jeśli tak jest, to gdzie szukać pola do rozmów o ich podniesieniu w celu rozbicia tłumu oglądaczy na czas trzech dni? Sami zainteresowani (mowa o wystawcach) – a wiem, że wielu z czytelników również próbowało lub będzie próbować swoich sił na AS  – nie widzą w tym większego interesu i najzwyczajniej w świecie tego nie chcą. Tak się składa, że sprawa banknotów Narodowego Banku Polskiego załatwiła dwa pierwsze aspekty opisywanego problemu, dlatego pozwolę sobie zdawkowo wspomnieć jeszcze tylko o możliwościach warszawskiej bazy hotelowej. A sprawa jest jeszcze prostsza od kasy, którą jeśli życie wymusi i tak trzeba będzie wyłożyć.  Niestety nie ma w stolicy przybytku noclegowego, mogącego konkurować z Sobieskim w ilości pokoi, począwszy od ponad dwudziesto metrowych apartamentów, poprzez zatrważającą ilość tych mniejszych pokoi i kilku dużych sal konferencyjnych w jednym wydzielonym skrzydle. Proszę znaleźć hotel, mający do dyspozycji 90 pomieszczeń o w miarę kompatybilnym rozlokowaniu. Ktoś powie Stadion Narodowy. Niestety tam mamy tylko około 20 lóż i reszta musiałby zadowolić się generującym echo holem, nie wspominając już o kosztach, które są czterokrotnie większe od obecnie wynegocjowanych w znienawidzonym Sobieskim, a ten problem już chyba wyjaśniłem. Nawet jeśli pominęlibyśmy milczeniem kwestię kosztów, to kto choć raz odwiedził naszą Arenę Narodową wie, że po wejściu do tak ekskluzywnego pomieszczenia jak loża, naszym oczom ukazuje się znienawidzona przez wszystkich malkontentów frontowa ściana z szyb, nie wspominając już o ściankach z karton-gipsu, czy innego teoretycznie dźwiękochłonnego badziewia. Organizator zdaje sobie sprawę z problemów jakie wiszą nad wystawą, ale zwiedzając nowopowstałe warszawskie produkty noclegowe, na dzień dzisiejszy nie widzi w nich potencjału lokalowego do wykorzystania. Tak więc cieszmy się z tego co mamy i przypomnę, że w europejskim świecie audio stoimy na pudle, tuż na Niemcami, a to mimo pewnych uciążliwości raczej powinno napawać optymizmem. Zdaję sobie sprawę, że tym wywodem ściągam na siebie sporą burzę, ale wielu mocno udzielających się w sieci znajomych wie, że jestem daleki od słodzenia komukolwiek, co więcej sam przeżywam podobne do zwiedzających rozterki i jedynym celem jaki przyświecał mi podczas pisania tej odezwy, było przybliżenie Wszystkim bardzo brutalnej na chwilę obecną prawdy.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Trilogy Audio 907 English ver.

Opinion 1

Everybody, well, maybe only the real tough guys, has a hobby in their private lives. Some people ambitiously work out, others spend time with their colleagues – you have to add by yourselves, what they are doing then – yet others listen to music for hours, like we do, trying to get the best possible quality of sound at home. The last group divides in two subgroups: the first one consists of audiophiles making their own audio devices, trying to prove to the world, and themselves, that they can construct any audio device better than anyone else in the world, and the second subgroup – to which I can be counted – only listens, using readymade audio gear. I will not talk about all the aspects of how a homo sapiens uses his free time, I will just say a few things about people, who have “some” knowledge about electronics. I put the parentheses on “some” for a good reason, because the constructor of the tested unit was also responsible for a recently tested power-filter, that made me re-evaluate my point of view on the price-performance ratio, as it was a big exception to the rule, that cheap things cannot sound good. So it would be a big negligence not to take that aspect into consideration. This constructor is a man, who learned the ropes of what he is doing at the acclaimed BBC studios to later co-found the IsoTek, a company probably known to many people, dealing with power conditioners, to later found another brand dealing with the current powering our precious systems – Isol-8. Theoretically a well renowned company should be sufficient for a constructor, but not for Nic Poulson. Actively enjoying his hobby – listening to music – he decided another step is needed to be able to fulfill his needs, so he founded the company Trilogy, a company dealing with the subject of sound amplification. Having a well-going company he could freely experiment in the new field of his interest. So we were very happy, when we got a call from the Wrocław based distributor Moje Audio, who announced we could try out Nic`s phonostage, called Trilogy 907.

In times, when often devices get bigger with the position they occupy on the price list, the Trilogy is a very compact unit, with a power supply separated into another housing. The small and flat phonostage is made from one slab of aluminum, and can be easily placed anywhere, even in very crowded systems. The power supply – please remember, that Nic Poulson comes from dealing with power – has an umbilical of sufficient length, what allows to place it really anywhere, where it would be convenient, even among the cable entanglement behind the audio rack. I do not claim, that this is the best solution, but sometimes it just cannot be done otherwise. This PSU is equipped only with an IEC socket and a multipin one to connect it to the main unit. Like I already mentioned, the main unit is made from a brick of aluminum, which has three milled stripes on the top, just to break with the monotony. The front is also far from extravagances, there is only the company logo in the left upper corner and a milled stripe on the right, which houses the red power indicator LED. The back panel is typical for turntable preamplifiers and has RCA input and output terminals, a grounding screw and the power supply cable, which cannot be detached. Due to the small size of the complete unit, all micro-switches used to configure the device were placed on the bottom. The looks can deceive, suggesting its low weight, what is obviously not true, as my Harmonix cables are very stiff, but were not able to move the unit by a hair.

First of all I must confess, that this was not my first contact with the tested Trilogy phonostage. I met it first during a meeting from the “Audiofil” series, where it, paired with a decent turntable setup, showed the place of a renowned file streamer. I was surprised enough, that I told that to the distributor, and he decided, that he wants to test if this was not just a „wow factor”, a short infatuation, or this product is that good. When I placed this product next to my reference, the Theriaa, I had some fear, how this comparison will work out, which I tried to mitigate, knowing how the initial impressions were. So I decided not to wait too long and placed the first record on my Feickert Twin. It was an old pressing, without any special mastering tweaks, rather just an interesting musical content, and this somewhat obscures the process of verification, how the preamplifier handles the low electrical signals generated by the cartridge. Of course you can assess some aspects like the resolution, temperature or weight of the sound, and all were very good, but the not so well recorded material equalizes the final sonic effect of the system, and the tested phonostage for sure deserved better, than just to listen how nice it sounds. This is why the next disc was the ECM issued disc “Volver” by Enrico Rava and Dino Saluzzi and their quintet. Before I jump to conclusions, I would like to mention, that I listened to some phono preamplifiers in my life, most of them being at least good, but their quality always correlated with their price. And here? Either Nic exaggerates with the low prices compared to the quality of sound, trying to find his position on the audio market, or he is volunteering to show us, how the audio world exploits us. The phonostage costing not even 12 thousand zlotys and it makes me switch many times between itself and the Theriaa to be able to see the very small differences. And those are in no way degrading aspects, but small things, nuances, that change the way of seeing the analog as being warm – I will talk more about that a bit later – and yet still having a high resolution. I do not really care, how you will perceive it, but I listened to this disc three times in a row, and each time with lower volume. I do not know how to explain this – well, I do know, this is caused by a resolution, reserved only for the best products, what makes us proceed like that. When something sounds with a slight tendency to quickly become liked by the listener, trying to saturate the virtual sources to have them become the main hero of the reproduced musical spectacle, this makes us turn the volume up, to be able to hear, what the musicians from the last rows have to tell us. Yet here, the mentioned resolution allows us, even forces us, to turn the volume down, as when the frontman is quieter, we hear more of the musical background. It turns out, that a give disc, even well known, never gave such opportunity for the supporting musicians to emerge, while positioning them far behind the speakers, still showing us what happens there, and please believe me, there is a lot going on. Of course this will happen, when the rest of the stereo system is up to par, that it is synergistic and on an appropriate audio quality level. I myself did not yet reach the point, in the analog department, where changes do not bring much, but having listened to many sets, being the maximum of what today`s technology can bring us: decs, tonearms and cartridges, I can name things quite easily. I do not want to position anybody`s system against any scale, but when you will find out, that after changing some component, you listen to a disc at lower volume levels than before, still catching all the smallest nuances, this will be a confirmation, that your system has gone up one level on the resolution scale. And I really want you to experience that. But let us get back to the topic. The piece opening the mentioned Rava & Saluzzi disc is a slow ballad, and the British product adds the “X” factor, by its ability to generate ethereal sounds. The initial Saluzzi solo tries to converse with all the other instruments in all upcoming phrases, which are placed in a 3D stage between the loudspeakers due to the efforts of Manfred Eicher from ECM, and with the help of the phonstage. The biggest positive impressions from this disc are the timbre and vividness of the trumpet (E. Rava), sparkling cymbals (B. Ditmas) and ethereal sounding bandoneon (D. Saluzzi). But we also do not forget about the rest of the musicians, the guitar (H. Pepi) and bass (F. Di Castri), which are on par with their abilities compared to the trio mentioned earlier.
Staying with jazz, but changing to a more expansive repertoire (concert, light free jazz), I took the disc that served as a test bed for the Theriaa phonostage. I tried many times to re-create the atmosphere of the day, when I first tested the Theriaa, but every time I felt many shortcomings, maybe not of the sort, that would disqualify the tested device, but for me important, narrowing the amount of information about the lead instruments, being the tenor saxophone and bass clarinet, both played by David Murray. This disc, titled “In Our Style” is branded by two musicians – David Murray, who I mentioned before, and Jack DeJonette and was issued by the Japanese label DIW. This label has a similarly careful approach to recording and mastering as the Munich based ECM, and this time, due to the device designed by the British engineers, allowed me to lose myself in music, which was close to the live experience.
Trying to present a few aspects, that are in favor of the British phonostage, I would turn my attention to the very good resolution and breath, which allow to easily catch the vibrations of the reed of both mentioned instruments. Of course this is not a homogenous sound in fast passages, but slow phrases of the instruments, common on this disc, give a spectacle of air leaving the tubes of the instruments, which is a real feast for the music lover listening to this music. I did not mention anything about the setup of the sound stage, as presented by the tested preamplifier, but I said, that the manufacturer is pricing his products scandalously low, so you may already assume, it is not a run-or-the-mill product. The price-performance ratio is really leaving all the competition ashamed. Of course everything depends on appropriate configuration of the system, but I am sure, that the high level of refinement of the 907 will have it fare well, even in setups that do not serve it well, as they will not be up to par with their quality. But I think, in consequence, such systems will show new levels of quality, which were unreachable before. Placing virtual sources on the stage is top notch, the space limited by the back wall (about 1.5 meters behind the speakers) is fully allocated an filled. If the recording is well made, then the width of the presented stage can expand beyond the speakers themselves. But let us move on. I am not sure, if you remember, that I postponed the comparison of the temperature of the sound of the Trilogy compared to the Polish Theriaa, but I made it on purpose. After listening to a few dozen discs, I see a very small, absolutely not disturbing, departure from the rules of total fidelity, which is sometimes very desirable, and if you want to get rid of them, you need to pay a lot of money. This difference I am talking about, is the slight extra weight put on the verge of the bass and lower midrange in the 907, with a touch of sweetness on the treble. As a consequence, this has a delicate influence on the sharpness of contours of the musical spectacle, but after such a dose of enjoyment and looking at the price tag of the device, this should be regarded more as an asset than a shortcoming. In addition I would like to remind about the refinement of the accompanying system, which has to be able to show the differences in the music flowing to our ears. Looking at this from a perspective of time, I think, what do I say, I am sure, that slight addition of the body to the sound of the contrabass and a touch of sweetness on the whole spectrum is very difficult to notice, without a head-to-head comparison, just like I mentioned in the very beginning. Describing the sound spectrum as a whole, as it is presented by Nic Poulson’s phonostage, I will start with the bass, which is low reaching and strong, while quite hard, and touching the midrange it allows the sound to gain weight and come closer to the effect of saturation, which is usually expected by vinyl lovers, and which I perceived with pleasure. But this is only a shade, a nuance, just a characteristic of the product, and absolutely not a problem. When we talk about treble, then the gold color presented by it, in context of the whole sound, is much more to my liking, than the ever present pale and soulless ticking, and allows the preamplifier to have a coherent sound of a high performance product. I do not know, what will now be done by the competition, but surpassing this British proposition will be very hard, although I encourage every company to have such good products, capable to rival the sound quality and pricing.

Sometimes there comes a moment of cognition in the life of the reviewer, and we start to think what could be, if… I think, that I just came to this moment, but fortunately I have what I have, and I am happy with it. This is really surprising, that you can offer such refinement of the sound at such price level. Is it lack of knowledge of the people responsible for marketing in that company, that they could ask a lot more for the product? I do not know, but having the opportunity to experience a product from the main part of activity of the company, a power filtering device, I do not think so, as the other product was also priced very nicely. I think, that such approach is only possible, when someone has reached full satisfaction from the life he has led to date and a healthy calculation of costs, allowing him and the company to stay alive, while keeping the end price at a certain level. I also think, that some freedom in pricing is also the result of not having a big company overhead and lack of excessive marketing. The tested phonostage from England, a side job of Nic Poulson, stood its ground in the comparison with the four times more expensive contender. And when we look at this price difference, it is the winner. Of course, in absolute terms the result would be the other way round, but it would need additional spending, which for some people would be worth the while, while for others not. And we cannot argue with both of those approaches, because those depend on many factors and reference points, which may be completely different for different people. Unfortunately time came to give the phonostage to Marcin for the second part of the review. I will miss this sweetness and slight saturation while listening to my beloved discs, without influence on the openness and liveliness of the sound. I think, that there will not be many people, who would complain, when confronted with the 907, unless the system they have is absolutely far from being transparent. In my system I put emphasis on timbre, and this addition from the phonostage was perceived as positive. In other cases, when a system is well balanced, when it becomes plugged in it, it will probably remain there forever, because the need to return it, may result in not listening to analog discs, until Trilogy 907 comes back.

Jacek Pazio

The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.

Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (Section woofer)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio; Solid Base VI
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i
Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II
Phonostage: RCM THERIAA

Opinion 2

A situation, when the main constructor and owner of the brand admits, that this is actually a hobby for him, and a departure from the main activities he does, does not happen often. He openly admits, that the products that are in the catalog were made purely for his enjoyment, and hopefully also for other people’s enjoyment too. That is the case with the devices carrying the brand name Trilogy and Nic Poulson, the man behind this all. Do you remember this name? We wrote about him recently, while testing the ISOL-8 MiniSub Axis. This time, we will concentrate on a device working directly with an audio signal, an analog signal that is. Ladies and gentlemen, enter the phonostage Trilogy 907.

Looking at the size of the 907, especially the main unit, we could ask ourselves the question, if the constructor did not go too far with his nonchalance, making compromises with regard to the used parts as well as the sound, making them adequate to the perceived size. Fortunately a closer look immediately alleviates the mentioned dilemmas. The main unit is made from one block of aluminum, and you can access the inside only from below. There you can also find micro-switches allowing adaptation of the parameters of the preamplifier to the used cartridge. In addition, despite the small external dimensions, the weight of the device does not leave place for complaints, and a look inside confirmed, that there is second to none audiophile air to be found. It also explained why the cabinet gets warm during operation – it acts like a heat sink for the output stage. You probably also noticed characteristic symmetry and full separation of the PCBs responsible for handling the signals of the left and right channel. This is then mirrored on the back panel. The positioning of the input and output sockets is adequate to the PCBs hidden inside, so they are located to the sides of the unit, while in the middle we have the grounding screw and the power cable, which is not detachable and terminated with a multi-pin plug.
Both the top and front were only delicately decorated, by way of milling. In addition on the front there is the logo and model name, as well as a red LED indicating operation. The power supply is nothing special – regarding its looks. It is made from bent steel plates and houses two toroidal transformers with some solid capacitors. Solid engineering work without any signs of excessive thrift or madness. An ideal example for common sense, where there is no need to waste money on elements, that are not needed.

So let us move to describing the sound of the unit. Although we had already some contact with the 907 during the “Audiofil” meeting in Wroclaw, listening among your own four walls is absolutely different to such casual listening elsewhere. There the room is absolutely unknown, a system that poses another riddle, only the Harmonix cabling was something we knew, but the result was very interesting. I forgot – half of the system used also the power filtered by the ISOL-8 MiniSub Axis. Fortunately the Polish distributor of all those brands – Moje Audio from Wrocław – treated this presentation only as a way to show us those products, and just a few days afterwards we could acquaint ourselves with this British product.
First Jacek listened to the tested phonostage for a dozen days, and he was very reluctant to tell what he heard, he only smiled enigmatically. Having in mind, that our musical tastes are quite far apart, I did not want to guess, if this smile means this preamplifier fitted his requirements, or completely the opposite. This is why I decided just to wait for my turn.
When I got the Trilogy in my hands I decided not to be too excited, and I replaced with it the tube Octave Phono Module, so that it has some time to play in my system to reach ideal thermal conditions. But I will not keep you waiting. On the platter of the mighty Transrotor La Roccia Reference I placed the tone down (at least for me) album “Re-machined: A Tribute to Deep Purple’s Machine Head” which starts with the immortal “Smoke on the Water” interpreted by Carlos Santana and ends with, something that might be regarded as a sacrilege, a version of “When a Blind Man Cries” performed by Metallica. If I would not know what is playing, and how much it costs, I would say, that this phenomenally dynamic, saturated and above average clear and swung sound comes from a much bigger product, costing in the range of 20-40 thousand zlotys. Yes, you are not misreading, there is absolutely no mistake in the price range I quoted. The Trilogy sounds with a finesse and class inversely proportional to its size and absolutely not achievable in its price range. Amplifying the micro-signals from the brilliant cartridge ZYX 4D (I am slowly adapting to its sound) it added such amounts of adrenaline to it, that there was no way of sitting in one place. If there was at least the slightest hint of rhythm within the groove on the vinyl disc, then the 907 immediately restored it, built tissue around it and made even the, to date, anemic recordings, to show strength and speed, that would put Chuck Norris to shame, and that even during his best period. You do not believe me? To verify this on your own, using your own guts, I recommend using the last album of Rodrigo y Gabriela “9 Dead Alive” – what this pair is able to achieve with two guitars is absolutely amazing. With the help of the tested device each touch of a string, each hit on the body sounds like we would be sitting in the third row of an exclusive concert, for a very small audience. There is absolutely no artificial, grotesque showing off with details, or offensive hiper- or over-resolution, because such artifacts quickly become boring and equally quickly make us having a headache. Nothing is blow-up, nothing is scaled-up, only we, the listeners, come closer to the musicians, shortening the distance to them. We get a load of pure energy, as if there would be a miniature nuclear reactor inside the preamplifier, and not just two toroidal transformers.
On much more toned down, and at the same time better recorded, material like “Vagen” Tingvall Trio or “Libretto II” Lars Danielsson there was an incredible precision and spaciousness of the sound. I observed something similar during the tests of the Phasemation EA-1000, what points to the extraordinary abilities of the British phonostage in that aspect. Adding to this the saturation and mass, density and substantiality of the sound we get a surprising picture. I caught myself losing the pragmatic insight into the test, and stopped ticking off the “samples” put on the playlist, just each and every disc I put on the platter run from the first to the last track. I could not imagine the situation, that I could switch a disc off after playing just one or two tracks; to stand up, elevate the tonearm and put the disc into the sleeve. It would be like leaving a cameral concert in the middle to go for a smoke or to make a phone call. You just don’t do that.
The resolution mentioned earlier, and the attention to reproduce stable, precisely focused virtual sources did not come in the way of having pleasure listening to older, sometimes not very well preserved recordings from the 60-ties or 70-ties. Even the first pressings of “Dziwny jest ten świat” Niemen or “Korowód” Marek Grechuta maintained their slightly nostalgic character. Of course the noise and ticks, unavoidable with such “souvenirs from our childhood”, were perfectly audible, and there is no way of leaving them or ignoring them, but instead of being annoying, or being punished by a too analytical, or emotionally conservative preamplifier, they were an integral part of the whole. They were the witnesses of authenticity, or truth – like the small wrinkles around the eyes of your beloved one.
It is hard to unanimously classify the Trilogy 907 in terms of the temperature of the presented sound. We have a kind of a through and through musical device, and at the same time incredibly resolving and transparent, which tries not to interfere to much with the amplified signal, but still making it sound much better than its competition, which similarly priced (or much more expensive).

Although the listening session in Wrocław already woke our interest in the Trilogy brand, which is making a debut on the Polish market, yet only this test, of this inconspicuous phonostage, with the name 907, made me realize, and as Jacek wrote also to him, what potential is hidden inside those sleek devices. If the other offerings designed by Nic Poulson have the same phenomenal sound, at equally low prices, then there is a chance to create a truly high-end system, with highest quality sound, at prices reachable for most people.

Marcin Olszewski

Distributor:Moje Audio
Price:  11 900 PLN

Technical details:
Size (907 Pre amplifier) (WxDxH): 150 x 220 x 38 mm
Size including connectors (907 Pre amplifier) (WxDxH): 150 x 235 x 38 mm
Weight (907 Pre amplifier): 2.0 kg
Size (PSU) (WxDxH): 132 x 225 x 57 mm
Weight (PSU): 2.85 kg
Packaged Size (combined) (WxDxH): 330 x 290 x 195
Packaged Weight (combined): 5.9 kg
Power consumption: 10 W
Inputs: 2 RCA phono sockets
Outputs: 2 RCA phono sockets
Input Impedance: 47kΩ (user adjustable)
Input Capacitance: 100pF (user adjustable)
Gain: 50dB, 64dB, 70dB (user adjustable)
Frequency response (to RIAA curve): 20-20kHz +/- 0.25dB
Output impedance: 150 Ω
Phase: Phase correct (non inverting)

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– DAC: ModWright Elyse
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Turntable: Transrotor La Roccia Reference + ZYX 4D
– Phonostage: Octave Phono Module; RCM Sensor Prelude
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5
– Preamplifier: Accuphase C-2120
– Power amplifier: Accuphase A-36
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Wall Outlet: Furutech FT-SWS(R)
– Table: Rogoz Audio 4SM3; Audio Philar Modern Line III
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet Cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

THORENS TD 203

Thorens rozszerza gamę nowoczesnych gramofonów skierowanych do klientów ceniących wysokiej jakości brzmienie i stylowe wzornictwo. TD 203 jest zaawansowanym i jednocześnie niedrogim rozwiązaniem gotowym do pracy w chwilę po wyjęciu z pudełka: wypakuj gramofon, podłącz go i ciesz się radością winylowych nagrań.

Dopracowanie gramofonu do perfekcji, wymaga czasu. Dużo czasu. I doświadczenia. Teraz legendarny szwajcarski producent Thorens zmienia reguły gry swoim gramofonem TD 203, który jest w pełni wyposażony i gotowy do pracy w chwilę po wyjęciu z pudełka. Najnowszy model, oprócz wyjątkowego dopasowania i wykończenia, z którego znany jest Thorens, przekonuje nowym, inteligentnym systemem pakowania, który gwarantuje bezpieczny transport i umożliwia szybkie wypakowanie i podłączenie urządzenia, dzięki czemu od otworzenia pudełka do odtworzenia pierwszego nagrania z płyty winylowej upływa zaledwie kilka minut.

TD 203 może pochwalić się jakością dźwięku znaną z wielokrotnie nagradzanych i niezwykle cenionych modeli TD 309, TD 209 i TD 206, które doskonałe brzmienie mają wpisane w swoje DNA. I tak, jak jego bracia, został zaprojektowany w Niemczech. Silnik odizolowany jest od płyty nośnej za pomocą gumowych absorberówdrgań, a łożysko wykonane jest z brązu – to tylko kilka z rozwiązań, które zapewniają żywotność i wiele lat muzycznej przyjemności. Napięcie paska napędowego można w razie potrzeby ponownie wyregulować, wkładkę adaptera wymienić w kilka minut, a prędkość obrotową talerza precyzyjnie ustawić za pomocą specjalnego pokrętła.

TD 203 nie może już być łatwiejszy w instalacji: postaw gramofon na półce, wypoziomuj jego sub-chassis i owiń pasek wokół subtalerza. Na subtalerzu umieść talerz, a następnie ustaw właściwy kąt śledzenia i przygotuj się na ponowne odkrywanie twojej kolekcji nagrań.

Chociaż TD 203 jest fabrycznie skonfigurowany tak, aby zapewnić wyjątkowe możliwości w chwilę po wyjęciu z pudełka, to daje możliwość precyzyjnego dostrojenia i regulacji zgodnych z własnymi preferencjami. Na przykład ramię umożliwia dopasowanie wysokości (pionowy kąt śledzenia) i prostopadłości wkładki do powierzchni płyty (azymut).

Wraz z TD 203, Thorens wprowadza ramię TP 82. Model TP 82 ma jednoosiową konstrukcję – jako pierwszy w tej klasie cenowej. Łożyskowanie ramienia TP 82 bazuje na ostrzu węglikowym, które jest wspomagane przez pięć mikrokulek łożyskujących. Opisana konfiguracja umożliwia swobodny ruch ramienia, bez tarcia w płaszczyznach pionowej i poziomej, przy jednoczesnym zapewnieniu ekstremalnie wysokiej stabilności. To z kolei również wpływa na wydłużenie żywotności.

Zestaw gramofon/ramię dostarczany jest z preinstalowaną wkładką TPU 257, wysokiej jakości wkładką MM współpracującą z wszystkimi wejściami gramofonowymi MM, m.in. dostępnego opcjonalnie przedwzmacniacza gramofonowego Thorens MM 002. Zawartość pudełka obejmuje kątomierz do wyrównywania wkładki i przyrząd pomiarowy do ustawienia igły (wykorzystywany do poprawnego ustawienia kąta śledzenia), a także specjalnie opracowaną 4-mm pokrywę ochronną, wykonaną z wytrzymałego, przezroczystego materiału Perspex.

Thorens TD 203 jest już dostępny w sprzedaży. Nabywcy mogą wybrać jedną z trzech wersji kolorystycznych: czerwoną, czarną lub białą, wszystkie w błyszczącym wykończeniu. Poglądowa cena detaliczna gramofonu wynosi 3099 zł.

THORENS TD 203 Specyfikacja techniczna

Tryb działania:        manualny
Napęd:            pasek (płaski pasek wokół subtalerza)
Silnik:            serwosterowany silnik na prąd stały
Prędkości:        33 1/3, 45 obr./min.
Zmiana prędkości:    elektroniczna
Talerz:            12”/0,8 kg (materiał polimerowy o wysokim tłumieniu)
Zasilanie:        zewnętrzny zasilacz 12 V prądu stałego
Wymiary:        400 x 92,6 x 320 mm (bez pokrywy ochronnej)
Waga:            3,53 kg
Ramię:            Thorens TP 82
Długość efektywna:    232,8 mm
Zwis:            17,8 mm (regulowany)
Kąt przesunięcia:    23,6° (stały)
Masa efektywna:    ok. 11 g
Wkładka:        Thorens TPU 257 (MM)
Wykończenie:        MDF; czerwony, czarny lub biały lakier na wysoki połysk
Zawartość pudełka:    wtyczka zasilania, przewód gramofonowy RCA, kątomierz do wyrównania wkładki, przyrząd pomiarowy do igły, pokrywa ochronna

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio Show 2014 cz.2

Tegoroczna, osiemnasta już edycja Audio Show swoje półoficjalne otwarcie miała trochę wcześniej i już w piątkowy wieczór trafiliśmy na dwa zorganizowane dla przedstawicieli prasy pokazy. Pierwszy – przygotowany przez 3Logic sp. z o.o. prezentujący możliwości elektroniki Meridiana i SIM2, oraz drugi – będący potwierdzeniem faktu powrotu do gry marki naszej młodości – Technicsa. Prawdę powiedziawszy tego typy działania wyprzedzające, będące stałym punktem programu np. monachijskiego High-Endu i to w formie całodniowej (tzw. dealers day) w warszawskich warunkach jawią się jako konieczność a nie wymysł zmanierowanej części branży, jak jeszcze do niedawna odbierane były nasze postulaty. Za niepodważalny argument powinny posłużyć nieprzebrane tłumy przelewające się przez hotelowe wnętrza w ciągu dwóch dni wystawy. W takich warunkach próba zorganizowania nawet godzinnego, zamkniętego odsłuchu – prezentacji każdorazowo kończyła się zatorami w ciągach komunikacyjnych i wzrostem poziomu frustracji wśród zwiedzających. Zamiast zatem ograniczać możliwość przedstawienia swojej oferty szerszej publiczności, która nie zawsze może sobie na tego typu atrakcje zarezerwować cały weekend, moim zdaniem warto na spokojnie usiąść, przeanalizować fakty i z odpowiednim wyprzedzeniem zasygnalizować organizatorowi gotowość wcześniejszego przygotowania ekspozycji i spędzenia prasy, która później, w trakcie normalnych godzin urzędowania nie będzie pałętać się przed słuchaczami i kłapać migawkami.

3Logic sp. z o.o. tym razem zamiast ciasnego hotelowego pokoju postawił na zdecydowanie bardziej spektakularną formę i oprócz zlokalizowanej na parterze Sali Belweder II podzielonej na nader pomysłowo zaaranżowaną część kinową i zdecydowanie bardziej kameralną stereofoniczną. Ponadto w hallu Hotelu Sobieskiego i na parkingu tuż pod Bristolem podziwiać można było Jaguary i Range Rovera z zaawansowanymi systemami car-audio Meridiana. Wróćmy jednak do zastosowań domowych. Jakość obrazu oferowana przez projektor SIM2 Superlumis HB w dość mocno oświetlonej Sali była wprost wyborna a dynamiczne sceny kręcone w zimowej śnieżnobiałej scenerii aż nadto dobitnie pokazywały postęp jaki dokonał się w segmencie projektorów. Jeśli zaś chodzi o część audio, to oczywiście wykorzystano nadarzającą się okazję i zaprezentowano możliwości przeuroczych kolumn DSP 7200 SE wykończonych przepięknym granatowym lakierem fortepianowym. Połączenie lifestyle’u i technologii z górnej półki. Ortodoksyjni audiofile mogą kręcić na takie zdigitalizowanej i majstrujące w sygnale rozwiązania nosem, ale osoby ceniące niebanalną formę, wysoką jakość wykonania i intuicyjność obsługi  powinni być zachwyceni.

Panasonic wreszcie poszedł po rozum do głowy i wzorem Yamahy powrócił do produkcji komponentów stereofonicznych Technicsa, lecz zamiast budować swoją pozycję od modeli budżetowych od razu przypuścił atak na górną półkę. Samobójczy atak Kamikadze? Nie sądzę. Patrząc na to jak wykonane są, a przede wszystkim jak, w mało sprzyjających akustycznie warunkach, grają m.in. stereofoniczna końcówka SE-R1, streamer SU-R1 i SB-R1 szanse powrotu do gry są całkiem spore. Kontakt z dystrybutorem, któremu zależy na sukcesie marki przynajmniej na razie jest bardzo dobry, więc gdy tylko trafi do Polski pula przewidzianych do testów urządzeń liczymy na możliwość bardziej krytycznych odsłuchów we własnych czterech kątach.

Zgodnie z opracowaną przez lata metodyką optymalne rezultaty zwiedzania, przynajmniej w naszym przypadku, przynosi eksploracja zawartości hotelowych pokoi od najwyższej kondygnacji i sukcesywne kierowanie się ku parterowi. Również w tym roku nie próbowałem tej tradycji zmieniać i pierwsze kroki skierowałem do pokoi 702 i 708 zajętych przez Premium Sound/Moje Audio. W jednym z systemów można było posłuchać austriackiej integry Crayon Audio CFA1.2 napędzającej zamiennie z absolutną nowością z Hong Kongu – dzieloną amplifikacją L1 / M1 WowAudioLab testowane nie tak dawno przez nas filigranowe włoskie kolumny Albedo Audio Aptica. Za to w drugim systemie też ze zmienną, premierową amplifikacją – Hegel H160 i Audia Flight FL Two można było podziwiać zgrabne podłogówki AudioSolutions. Spore zainteresowanie budził również przetwornik Black Dragon Audiobyte. Oba sety ustawiono na skandynawskich stolikach Solid Techa, których ażurowa i modułowa konstrukcja świetnie podkreślała walory wizualne prezentowanych urządzeń. Jeśli zaś chodzi o brzmienie to … oba ww. pokoje były jednymi z najczęściej przeze mnie odwiedzanych pomieszczeń, gdyż po prostu można w nich było posłuchać muzyki. Piszę to z pełną odpowiedzialnością i sam jestem mocno zdziwiony, co można w odpowiednich warunkach wycisnąć z całkiem rozsądnie wycenionej elektroniki. Dodatkowo kolumny Albedo, które najdelikatniej rzecz ujmując nie wywołały mojego entuzjazmu podczas redakcyjnych testów w hotelowym pokoiku grały wprost obłędnie. Dynamika i drive, jakimi się charakteryzowały wywoływał zdumienie nie tylko u mnie, bo również zwiedzający zapamiętali przetrząsali pokój 702 w poszukiwaniu ukrytego subwoofera wspomagającego najniższe składowe. Krótko mówiąc wielkie brawa za profesjonalne podejście do tematu i potwierdzenie biegłości w trudnej sztuce konfiguracji systemów z urządzeń niekoniecznie najdroższych, ale po prostu synergicznie ze sobą się zgrywających.

HiFi Elements/Moje Audio postawiły za to połączenie niby znane a jednak nowe. Wykorzystując debiutujące w zeszłym roku kolumny Trenner & Friedl Pharoah zamiast dość mikroskopijnego wzmacniacza Bakoon dostały całkowicie wystarczająca dawkę watów i amperów pochodzącą z potężnej integry Trilogy 925, całość została okablowana przewodami Tellurium Q a za jakość dostarczanego prądu odpowiadały moduły Isol8.

Kolejnym systemem, który na długo zapadnie w mej pamięci był ten zaprezentowany przez Pełne Brzmienie Studio Hi-End, gdzie pyszniący się soczystą czerwienią gramofon Systemdek 3D Precision z ramieniem Audio Orgiami, wraz z elektroniką Art Audio Argento i TRIODE sprawiał, że kolumny ART Loudspeakers Prestige 8 czarowały jak rzadko kiedy. Niezależnie od tego, czy na talerzu gościła klasyka pod postacią chórów Verdirgo (ta płyta ma 50 lat!), czy też królowały jazzowe klimaty nie sposób było podnieść się z kanapy.

W pokoju 715 wraz z rodzimym specjalistą od produkcji kolumn – Studio 16Hz można było zobaczyć a przede wszystkim usłyszeć wyroby kolejnego, krajowego a przy okazji debiutującego na rynku producenta elektroniki Pure Power Audio. Serwery muzyczne Pure Audio PC dopasowane są cenowo do polskich realiów a brzmieniowo nie odstają od zagranicznej, zdecydowanie droższej konkurencji. Podczas wystawy oprócz powracającej na nasz rynek lampowej elektroniki Cayin można było posłuchać elegancko wykończonych modeli 16Hz Arkada 2.5, oraz cieszących się coraz większym zainteresowaniem pokrytych mlecznobiałym lakierem fortepianowym Minas Anor. Generalnie wszystko w tym pokoju dopasowane było do możliwości finansowych polskich audiofilów a aromatyczna kawa dodatkowo podkreślała troskę wystawców o odpowiedni klimat odsłuchu.

W pokojach 716 i 718 królowały systemy przygotowane przez Pana Wojtka Szemisa z Szemis Audio Konsultant. Tym razem obyło się bez dodatkowych atrakcji w postaci obrazoburczych akcentów, choć o ile wzrok mnie nie mylił w niedzielne popołudnie prawa z kolumn została wzbogacona o niewielki element dekoracyjny, ale mniejsza z tym. Elektronika Audio Note i Sugden nie wymaga zbytniej rekomendacji, gdyż od lat ma swoich wiernych fanów i trudno się temu dziwić nawet po hotelowym odsłuchu. Swoboda i dojrzałość zupełnie niewymuszonego dźwięku mówiły same za siebie a nie zawsze najłatwiejsza muzyka prezentowana przez Pana Wojtka jedynie podkreślały potencjał drzemiący w zaprezentowanych systemach.

Krakowski Eter Audio nad wyraz dobitnie pokazał, że świetnie czuje się zarówno w najnowocześniejszych technologiach bezprzewodowego przesyłania dźwięku i plików, jak i w klasycznych opartych na czarnej płycie i lampach klimatach. Pierwszy obóz reprezentowały grające po Wi-Fi kolumny Dynaudio świetnie wyznaczające kierunki przyszłego rozwoju branży Hi-Fi a drugi to już domena gramofonów Transrotora, na wskroś lampowego Lebena CS100P i klasycznych Spendorów wspomaganych elektronika Accuphase’a. I właśnie w tym pokoju miały miejsce rzeczy niezwykłe i zjawiska z pogranicza ezoteryki i audio-voodoo. Obecni na Sali słuchacze od pierwszych taktów dobiegającej z głośników muzyki popadali w niemalże katatoniczny stan błogości. Urzeczeni dobiegającym ich uszu pięknem dźwięków nie zwracali uwagi absolutnie na nic i nawet puszczona na 33 zamiast na 45 obrotach płyta „Ella and Louis” nie wytrąciła ich z transu. Swoją drogą niemalże dwukrotnie spowolniony głos Elli Fitzgerald odkrył nieznane mi do tej pory, mroczne, niemalże doom – metalowe oblicze tego, pochodzącego z 1956r. albumu.

GFmod Audio Research w tym roku przygotował niezwykle atrakcyjne zarówno pod względem wizualnym, jak i brzmieniowym połączenie intrygujących, krwistoczerwonych kolumn Zingali Home Monitor 2.8., serwera muzycznego Musika i wszelakiej maści akcesoriów i poprawiaczy brzmienia Entreq.

Działający nie tylko na polu Hi-Fi/High-End, ale również w branży pro-audio MJ AUDIO LAB na tegorocznym Audio Show zaprezentował może i niepozorny pod względem zarówno gabarytów, jak i designu system złożony z elektroniki Brystona, w tym zgrabnych trójdrożnych monitorków Mini A, oraz zdecydowanie lepiej znanych szerokiemu gronu podłogówek PMC. W porównaniu z tym, co można było usłyszeć na tegorocznej wystawie system Brystona, lub w duecie PMC zaskakiwał prawdziwością i solidnością dźwięku. Tutaj nie było miejsca na czarowanie, na „robienie” dźwięku pod publiczkę. Zamiast tego było rasowe, energetyczne granie i zero ściemy.

Świetnie radząca sobie na rynkach azjatyckich Fonica w tym roku postawiła na prezentację statyczną i zamiast zmagać się z daleka od ideału hotelowa akustyką wolała pokazać całą swoją ofertą i skupić się na rozmowach z potencjalnymi Klientami. Skoro w ten sposób działa podczas monachijskiego High-Endu np. Transrotor, to może i w naszych warunkach powyższy sposób się przyjmie. Pożyjemy, zobaczymy.

Amare Musica i Audio Philar, to znany polskim i nie tylko polskim audiofilom team co i rusz udowadniający niedowiarkom, że Polak potrafi. Bezkonkurencyjne pod względem jakości wykonania i walorów sonicznych meble Audio Philata łapią za oko i nie drenują zbytnio kieszeni a debiutujący na tegorocznej wystawie Diamond Music Server już przed premierą wywołał spore zamieszanie na rynku wszelakiej maści streamerów. Ciekawie zapowiadają się też pokazane na razie w formie prototypowej potężne, trójdrożne, wyposażone w ceramiczne przetworniki Accutona kolumny Etna.

No i kolejny sensacyjny powrót – do gry wraca Tonsil! Ba, powrót ten malkontenci już na starcie dyskredytowali ze względu na zapowiadaną – nową wersję Altusów, które ze starych protoplastów odziedziczyły praktycznie jedynie zbliżone gabaryty i nazwę. Cała reszta została stworzona praktycznie od podstaw. Obudowy mają pojemność ok. 100l i wykonano je z grubego MDFu. Zastosowanie tytanowego tweetera i nowego woofera w połączeniu z wyselekcjonowanymi, markowymi elementami w zwrotnicach zaowocowało dźwiękiem, któremu tłumnie odwiedzający pokój 527 audiofile i melomani nie mogli się oprzeć i to pomimo praktycznie zerowych warunków odsłuchowych. Przez dwa dni wystawy hotelowy pokój po prostu pękał w szwach, co zmusiło wystawców do całkowitej rezygnacji z siedzących miejsc odsłuchowych. Jeśli tylko kierownictwo firmy i marketingowcy zadbają o utrzymywanie zainteresowania rynku na odpowiednim poziomie może się okazać, że Altusy ponownie zaczną gościć w polskich domach.

Abyssound zdążył już na stałe zagościć w świadomości poszukujących potężnej amplifikacji audiofilów, jednak w tym roku oprócz znanych już szerokiemu gronu słuchaczy końcówek ASX-1000 i ASX-2000 światło dzienne ujrzały finalna wersja przedwzmacniacza liniowego, oraz prototypy integry i przedwzmacniacza gramofonowego. W komplecie z oldschoolowymi kolumnami Infinity zaoferowały dźwięk, jaki mógłby stać się końcem drogi dla większości złotouchych. Dynamika, finezja i ponadprzeciętna motoryka dawały dość jasno do zrozumienia, że podawane przez producenta dane techniczne nie są wyssane z palca a widok rozkręconych urządzeń tylko to potwierdzał.

Specjalista od czystego prądu – Gigawatt i okablowania sygnałowego – Sevenrods, jak co roku nie zawiedli i z systemu opartego o elektronikę Perreux i kolumny Audiovectora wycisnęli wszystko co najlepsze.

Audiopunkt w dwóch zajętych przez siebie pokojach też nie spoczął na laurach, tylko zaprezentował systemy z jednej strony nawiązujące do najlepszych wzorców brytyjskiego Hi-Fi grając z Graham Audio LS5/9 współpracującymi z elektroniką Naim a z drugiej odkrywające jeszcze niewypromowane japońskie marki jak np. system minimalistycznego Soul Note’a napędzający monitory Sound Project.

Doskonale pamiętając monachijską premierę lampowej integry BLOCK manufaktury G LAB Design Fidelity z radością odnotowaliśmy fakt jej pojawienia się również na Audio Show. Radość była tym większa, że wzmacniacz grał a niewielkim podłogówkom opartym na przetwornikach Fostexa nominalne 5,5 W okazało się w zupełności wystarczające.

 

Pokój 429 był skupiskiem takiej ilości marek i urządzeń, że na upartego spokojnie można byłoby złożyć nie jeden a dwa, bądź trzy systemy. Elektronika AVM, Audia Flight, Egg-Shell (tym razem na lampach KT120) i kolumny Davis Acoustics tylko czekały na to by je ze sobą spiąć i zaglądając o różnych porach trudno było przewidzieć co w danym momencie będzie grało.

Franc Audio Accessories postawił na sprawdzone rozwiązania i w tym roku również prezentował swoje wyroby – Wood Block Slim i Wood Block Fat, oraz dedykowany stolik Wood Block Rack z przewodami Audiomica Laboratory i elektroniką ModWright zasilającą zjawiskowe kolumny Lawrence Audio Violin.

W minimalistycznie zaaranżowanych pokojach 114 i 116 królowały marki Albedo, Wells Audio i Diapason (dystrybuowane przez Audio-Connect) zapewniając brzmienie dojrzałe, spokojne i pozwalające zwolnić i odpocząć od gonitwy po hotelowych korytarzach.

W porównaniu z kompaktowymi monitorkami wspomnianymi akapit wyżej wkroczenie do przestrzeni zaaranżowanej przez Lampizatora mogło być nie lada szokiem. Potężne, wykonywane na indywidualne zamówienie tubowe kolumny głośnikowe Destination przenosiły w świat diametralnie innej estetyki. Tutaj dźwięk było dosłownie czuć, każde uderzenie fali dźwiękowej było namacalne a permanentnie obecna pod drzwiami kolejka chętnych na odsłuch potwierdzała spore zainteresowanie tego typu produktami.

Kojarzony z ekstremalnym High-Endem warszawski SoundClub przygotował w tym roku nie lada niespodziankę aranżując w pokoju 201 niewielką salę kinową. Z premedytacją napisałem salę kinową a nie zestaw kina domowego, gdyż oba powyższe stwierdzenia mają ze sobą tyle wspólnego, co … szyba z szybowcem. O ile tzw. kino domowe omijam możliwie szerokim łukiem o tyle zapowiedź możliwości bliższego poznania produktów specjalisty w tej dziedzinie – PRO Audio Technology dość mocno mnie zaintrygowała. Całe szczęście polski dystrybutor dopasowując system do zastanych warunków lokalowych zdecydował się na jeden z najprostszych systemów ww. marki uzupełniając go o projektor Digital Projection, procesor wideo Lumagen Radiance i źródłem w postaci serwera wideo Kaleidescape. W efekcie uzyskano nader udana namiastkę tego czym wielokanałowa rozrywka znana z pełnowymiarowych sal kinowych być w domowym zaciszu powinna. Potęga, rozmach i wgniatające w fotel efekty dźwiękowe, nieosiągalne dla standardowych zestawów KD, w zupełności wystarczyły, by po bodajże ośmiu minutach kinowych atrakcji opuścić pokój w stanie lekkiego oszołomienia. Takie seanse powinny być obowiązkowe dla wszystkich tych, którzy uważają, że z pięciu, czy też siedmiu pierdziawek wielkości kostek Rubika można uzyskać coś więcej niż karykaturę dźwięku. Kino domowe to jest zabawa dla dużych chłopców i nawet najbardziej kreatywni spece od marketingu tego nie zmienią. SoundClub swoimi prezentacjami właśnie o tym fakcie przypomniał, co mam nadzieję wezmą sobie do serca pozostali dystrybutorzy i w przyszłych latach albo ograniczą się do prezentacji statycznych, bądź po prostu sumiennie odrobią pracę domową.

Firma JR Audio zaprezentowała wyjątkowe ramię ramię gramofonowe Impossible prowadzące wkładkę zawsze pod tym samym kątem do rowków, bez względu na ich odległość od środka płyty. Podobne rozwiązania mozna zobaczyć m.in. w produktach Thalesa, ale cieszy fakt, że i na naszym podwórku powstają tak ciekawe rozwiązania.

Bodnar Audio tym razem postanowił na występ solowy i zasilając swoje firmowe tubowe kolumny Sandglass Piano z pojedynczej lampy 300B uzyskał efekt sprawiający, że nie sposób było ruszyć się z kanapy. Głos Franka Sinatry, nawet z dość prostego gramofonu był gęsty, namacalny i magnetyczny. Jeśli tylko gustują Państwo w takich klimatach a swing i niewielkie składy jazzowe stanowią trzon płytoteki to propozycja katowickiego producenta może być przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.

Cieszyński Voice, przynajmniej ilekroć zaglądałem do zajmowanej przez zestaw Sonus Faber Olympica III/Primare PRE60+A60+ BD32 MKII/Pro-Ject Xtension9 sali Wilanów I świetnie wykorzystywał nadarzającą się okazję i w związku z obchodami 75-lecia istnienia legendarnej wytwórni Blue Note grał z winyli.

Świetnie rozpoznawalne, dzięki charakterystycznym kształtom obudów, Sounddeco postanowiło pójść krok dalej i zaprezentowało strzeliste zestawy głośnikowe Sigma, które wzbudziły spore zainteresowanie nie tylko intrygującą forma, ale przede wszystkim rasowym, high-endowym brzmieniem. Pod wrażeniem był sam Srajan Ebaen – naczelny 6moons, który jeszcze godzinę po oficjalnym zamknięciu wystawy siedział zasłuchany i wymieniał uwagi z ekipą wystawcy.

Na zakończenie zostawiłem nasz (Jacka) dyżurny a zarazem topowy system Reimyo, który w tym roku zaprezentowany został z potężnymi Trenner & Friedl ISIS. Ocenę walorów zarówno wizualnych, jak i brzmieniowych pozostawiam odwiedzającym pokój Moje Audio. Nadmienię tylko, że obaj konstruktorzy (widoczni na zdjęciach Andreas Friedl i Peter Trenner), dystrybutor, oraz my byliśmy całkiem zadowoleni z osiągniętych efektów. Warto również wspomnieć, że w wielu pokojach można było natknąć się na ustroje akustyczne firmy Acoustic Manufacture, która również w tym roku postanowiła pomóc wystawcom w walce z akustyką hotelowych pokoi i mozolnie montowała przywiezione składające się z drobnych detali panele.

Poniżej zdjęcia z reszty odwiedzonych pokoi. Do zobaczenia za rok.

Prosimy się jednak nie rozłączać i nie odchodzić od aparatów, bo lada dzień światło dzienne ujrzy trzecia, zdecydowanie bardziej opisowa część relacji z tegorocznej wystawy.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Wieczór z Czarną płytą w Studio U22

Opinia 1

Po ponad dwudniowym, szaleńczym maratonie związanym z Audio Show powinien nastąpić czas odpoczynku i wyciszenia. Powinien, lecz w związku z inauguracją cyklu spotkań pod wszystko mówiącym tytułem „Wieczór z Czarną płytą w Studio U22” uznaliśmy z Jackiem, że zregenerujemy się w bliżej nieokreślonej przyszłości a okazji spotkania ze starymi i nowymi przyjaciółmi nie przegapimy. Tym bardziej, że to nie miały być tylko zwykłe pogaduchy przy szklaneczce potrójnie filtrowanej bursztynowej cieczy a prawdziwie audiofilska uczta z pierwszą od dwudziestu lat studyjną płytą Pink Floyd „The Endless River” w roli głównej. Dodając do tego już dwukrotnie przez nas opisywany system Ardento/Zontek/SoundBox nie byliśmy w stanie powiedzieć nie i nie pojechać. Jeśli ktoś w tym momencie westchnął i uznał, że próbujemy nachalnie lobbować i promować znaną sobie „grupę trzymająca władzę”, czy też inną klikę, proszę o chwilę cierpliwości i uwagi. Oczywiście fakt, że z Jarkiem Torbiczem (Ardento) i Pawłem Zontkiem (Zontek) się znamy jest rzeczą oczywistą, bo umówmy się – polskie środowisko audio jest dość hermetycznym i na tyle niewielkim bytem, że siedząc w nim od ładnych kilkunastu lat znamy się z większością przedstawicieli branży, prasy, mniej lub bardziej ortodoksyjnych audiofilów i szeroko rozumianego DIY, jeśli nie z widzenia, to przynajmniej ze słyszenia. Jednak do tej pory odsłuchy ww. systemu miały charakter bądź to wybitnie lifestyle’owy – w Atelier Architektury, bądź niemalże koncertowy – w Muzycznym Studio Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej. Tym razem miało i uprzedzając fakty od razu napiszę, że było najnormalniej, najbardziej kameralnie, niemalże po domowemu, czyli tak, jak zestawów Hi-Fi/High-End słuchać należy. Bez zbytniego zadęcia, patosu i pozerstwa – około dwudziestu osób dzielących wspólną pasję i fenomenalna, ponadczasowa muzyka Pink Floyd.

Z umiarem zaadoptowany akustycznie przez SoundBox, ok. 40 metrowy pokój w starej warszawskiej kamienicy nie tylko zapewniał wystarczającą ilość miejsca dla słuchaczy, ale również dla dość absorbującego pod względem gabarytowym systemu składającego się z kolumn Ardento Alter 2 napędzanych lampową integrą Dual, do której sygnał dostarczał (również lampowy) phonostage LINNART karmiony przez najnowszą – kruczoczarną wersję gramofonu Zontek uzbrojonego w firmowe 14,5”ramię zakończone wkładką … Ortofon Windfeld. Nie sposób nie wspomnieć o dostarczycielu treści muzycznych, czyli Warner Music Poland, który nie tylko zapewnił na odsłuch dwupłytowe wydanie albumu, lecz również przygotował niezwykle miłą niespodziankę w postaci zestawów promocyjnych stanowiących nagrody w przeprowadzonym wśród uczestników spotkania losowaniu.

Jak to zwykle, przy tego typu spotkaniach bywa kilka, ale dosłownie kilka (po ostatniej prezentacji Audio Tekne jestem dość przewrażliwiony na tym punkcie) słów wygłosili gospodarz – Pan Piotr Welc, oraz Jarek i Paweł pokrótce opisujący stworzone przez siebie urządzenia. Potem światło przygasło i rozpoczęła się właściwa część spotkania – odsłuch.

Najnowszy album Floydów od strony emocjonalnej jest hołdem dla zmarłego w 2008 r. klawiszowca – Richarda Wrighta złożonym przez pozostałych członków zespołu. Jednak nieco pikanterii dodaje fakt, iż praktycznie cały wykorzystany materiał powstał w latach 1993–1994, podczas sesji nagraniowych do „The Division Bell” a obecnie dostępną formę osiągnięto jedynie poprzez dogranie niezbędnych partii i ponowny mastering. Biorąc jeszcze pod uwagę dziwny zbieg okoliczności, czyli równoległe wprowadzenie na rynek „Queen Forever” Queen jednostki rozedrgane emocjonalnie mogą do woli snuć teorie spiskowe a u pozostałej (normalniejszej – mniej nienormalnej) części populacji z pewnością pojawiły się obawy, że mamy do czynienia ze zwykłym skokiem na kasę i odcinaniem kuponów od dawnej świetności. Mniejsza z tym. Niezależnie od pobudek natury ekonomicznej najważniejsza była, jest i mam nadzieję, że jeszcze długo będzie muzyka, a tę dzielę jedynie na taką, która i mi się podoba i taką … której słuchać nie muszę. Najnowszy album Pink Floyd zdecydowanie zaliczam do pierwszej grupy. Potęga, rozmach i fenomenalna trójwymiarowa holograficzność przekazu idą bowiem w parze z muzykalnością, spójnością i rześkością dźwięku. Szczerze powiem, że gdzieś podświadomie oczekiwałem wokalu Watersa, ale równocześnie zdawałem sobie sprawę, że być go podczas nagrania nie mogło a próba wmiksowania go do „wysezonowanego” 20-to letniego materiału pomimo opadnięcia emocji i swoistego paktu o nieagresji między panami byłaby już, przynajmniej dla mnie, zbyt daleko idącą grą pod publiczkę bądź nawet zwykłą, ordynarną profanacją. A tak mamy godzinę najprawdziwszych, 100% Floydów zgrabnie balansujących pomiędzy niemalże stadionowym rozmachem a wydumaną pretensjonalnością. Od pierwszych taktów słychać, że „zapomniany” na dwie dekady materiał nie jest li tylko wstydliwymi odpadami z produkcji przypudrowanymi na potrzeby oficjalnie zapowiedzianego jako ostatnie wydawnictwo supergrupy albumu, lecz efektem ponadprzeciętnej weny i umiejętności twórców. Jest to muzyka może mniej przebojowa, trochę zbaczająca z głównego rockowego nurtu, lecz właśnie przez to bardziej złożona a zarazem bardziej wymagająca od słuchacza. Tutaj nie ma mowy o ślizganiu się jedynie po wierzchniej warstwie, włączenia „The Endless River” jako tła do codziennych obowiązków, czy melodyjki w komórce. Trzeba się na godzinę zatrzymać, wyciszyć, usiąść wygodnie w fotelu i dać ponieść falom niekończącej się rzeki a zaprezentowany w Studio U22 system właśnie taką podróż zapewnił.

Jeśli zastanawiają się Państwo czemu nie rozpisałem się bardziej o brzmieniu użytego podczas prezentacji systemu to … proszę się nie martwić, Na to jeszcze przyjdzie pora. Inaugurujący cykl spotkań „Wieczór z Czarną płytą w Studio U22” odsłuch był na razie naszą „pierwszą randką” w nader sprzyjających okolicznościach przyrody a jak wiadomo porządne dziewczyny „lepiej poznaje się” na mniej więcej trzeciej, więc jeszcze trochę przed nami. Okazji do takich spotkań nie powinno zabraknąć, gdyż organizatorzy i gospodarze pomysłów na kolejne odsłuchy mają w bród, co daje spore szanse na wpisanie czwartkowych „Wieczorów z Czarną płytą w Studio U22” na stałe do kulturalno – audiofilskiego kalendarza stolicy.  Ciekawe, czy zalążkiem powołania do życia powyższej inicjatywy były XVIII w. czwartkowe obiady u Stanisława Augusta, lecz lokalizacja tuż przy Trakcie Królewskim i spora zbieżność przyświecających tego typu spotkaniom idei wydaje się świetnie korelować pomiędzy historią a współczesnością.

Serdecznie dziękując za zaproszenie z niecierpliwością czekamy na kolejne odsłony, a z zasłyszanych w kuluarach rozmów wiemy, że przygotowywany program będzie na tyle zróżnicowany, że każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Do zobaczenia.

Marcin Olszewski

Opinia 2

W pierwszy powystawowy (Audio Show) listopadowy czwartek – 13.11.2014r. – odbyło się kolejne spotkanie ze znanymi chyba wszystkim interesującym się dobrze odtworzoną muzyką krajowymi producentami komponentów szeroko rozumianego audio. Dobierając się w prężnie działającą grupę, każdy z jej członków zajmuje się innym kawałkiem tortu zwanego: „synergicznie dobrany zestaw generujący dźwięk”, gdzie początek toru z racji bycia źródłem zarezerwowany był dla marki „Zontek”, w następnym etapie, jako nieodzowny do wydobycia informacji z płyty winylowej wspaniale spisywał się phonostage warszawskiego LINNART-a, a zakończeniem całej układanki ze swoim wzmocnieniem i kolumnami zajęła się firma ARDENTO. Nie można oczywiście zapomnieć o trzecim bardzo ważnym członku owego stowarzyszenia pod wezwaniem Studio 22 – tak ochrzcili tę oazę muzyczną pomysłodawcy projektu, jakim była produkująca wszelakiego rodzaju absorbery, stoliki antywibracyjne, jak i panele akustyczne manufaktura SOUND BOX.

Wracając pamięcią do poprzedniego, podobnego w założeniach spotkania w znajdującym się na warszawskim Żoliborzu Atelier Architektury, w konfrontacji z nowym, nastawionym bardziej na delektowanie się płynącą z głośników muzyką, niż słuchanie jej w tle, cieszę się, że Panowie poszli tą drogą. Gdy tamto wydarzenie było raczej występami przy okazji większego bankietu – co oczywiście podnosiło rangę bytu grającego zestawu, obecna formuła sfokusowana jest raczej na spotkania cykliczne, związane z sukcesywnym wprowadzaniem na rynek muzyczny nowo zremasterowanych lub całkowicie świeżych tytułów zarejestrowanych na czarnym krążku. Rangę przedsięwzięcia podnosi wyszukana lokalizacja na Trakcie Królewskim – pewnie niewielu wie, że jest to historyczna nazwa drogi z Zamku Królewskiego do Wilanowa, gdzie swe siedziby ma większość zarejestrowanych w stolicy zagranicznych ambasad. W tak dystyngowanym otoczeniu, w centrum Warszawy, mieliśmy z Marcinem przyjemność zakosztować świeżutkiego wydawnictwa zespołu Pink Floyd, co przy pomocy zdobywającego uznanie na krajowych i zagranicznych wystawach wspomnianego we wstępniaku sprzętu, było dużą przyjemnością. Nie podejmuję się wnikliwej oceny brzmienia tej układanki, gdyż całkowicie nowa kubatura, nieznany materiał i brak możliwości siedzenia w sweet-spocie były zbyt dużym bagażem niewiadomych, aby być wiarygodnym w tej materii. Niemniej jednak to, co dane było mi usłyszeć, jest zbiorem nader pozytywnych odczuć, od potwierdzenia dobrego skompletowania systemu, przez chyba najlepsze do tegoż seta pomieszczenie pod względem kubatury do nagłośnienia, po wyczerpanie mych preferencji w odtwarzaniu muzyki, czyli gramofon jako napęd. I mimo tylko dwugodzinnej gościny w zlokalizowanym w Alejach Ujazdowskich „Studiu 22”, jestem prawie pewien, że jeśli ów pomysł będzie miał swoją ciągłość, odbije się szerokim echem pośród braci audiofilskiej, która gdy tylko nadarzy się okazja, z przyjemnością skorzysta z zaproszenia na tak wyszukaną promocję sprzętu i płyt winylowych.

Kończąc, chciałbym podziękować za zaproszenie na coś jeszcze rzadko spotykanego w naszym kraju – mam nadzieję, że do czasu – i życzę pomysłodawcom sukcesów tak w biznesie, jak i w propagowaniu obycia z tą trudną materią, jakim jest zestaw analogowy. Niestety droga na skróty teoretycznie nie istnieje, a jeśli ktoś tego spróbował i nie daj Bóg ponosząc porażkę jakościową się wyłożył, to biorąc udział w podobnym przedsięwzięciu, będzie miał ponowną szansę zapałania miłością do czarnego krążka. Z rozmów z inicjatorami imprezy wynikało, iż mają sporo pomysłów na kolejne spotkania, z których na ciekawsze, jeśli tylko dostanę zielone światło, z wielką chęcią przybędę.

Jacek Pazio