Monthly Archives: listopad 2014


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ostatni weekend listopada od dłuższego czasu w naszym redakcyjnym kalendarzu zakreślony był na czerwono. Uprzedzeni wcześniej członkowie rodzin już wcześniej zostali przez nas lojalnie uprzedzeni, że 28-29/11 jesteśmy na tzw. wyjeździe i jedynie poważny kataklizm może pokrzyżować nasze plany. Całe szczęście nic takiego w międzyczasie nikomu się nie przytrafiło i w piątkowe przedpołudnie stawiliśmy się w pełnym składzie na oficjalnym otwarciu nowej siedziby katowickiego RCMu. Jeśli w tym momencie część z Państwa zastanawia się nad sensem jechania 300 km tylko po to, by za przeproszeniem zaliczyć otwarcie jakiegoś sklepu, to … proszę jeszcze przez pięć minut wstrzymać się ze zbyt pochopnie formułowanymi wnioskami. Pomijając fakt, że na chwilę obecną budynek na Czarnieckiego 17 jest jedynym salonem w Polsce dysponującym tak imponującą salą ekspozycyjną i dwoma profesjonalnie zaadaptowanymi akustycznie pomieszczeniami odsłuchowymi, to głównym powodem naszego przyjazdu była możliwość spotkania i spokojnego, zupełnie niezobowiązującego porozmawiania z konstruktorami, założycielami i właścicielami większości prezentowanych w Katowicach marek. Lista zaproszonych a co najważniejsze obecnych gości naprawdę okazała się imponująca. Przez piątek i sobotę była zatem okazja spotkania z takimi postaciami światowego High-Endu jak m.in. dr.Roland Gauder (Gauder Akustik), Hans Ole Vitus (Vitus audio), Chris Feickert (Dr.Feickert Analogue), Micha Huber (Thales), Rumen Artarski (Thrax Audio), Urlik Madsen (Argento), Alexander Vitus Mogensen (Alluxity), oraz Juljen Faganelj i Rok Suler (RW Acoustics). Jakby tego było mało w głównym pomieszczeniu odsłuchowym przez cały czas grał prawdziwy system marzeń składający się z topowych kolumn GAUDER AKUSTIK Berlina RC-11, dzielonej amplifikacji VITUS AUDIO Masterpiece Series MP-M201, MP-L201, MP-P201, oraz trzech źródeł – gramofonu TechDas AIR FORCE ONE z ramieniem Thales Simplicity uzbrojonym we wkładkę Dynavector XV-I, szczytowego modelu transportu CEC TL-0 3.0 współpracującego z przetwornikiem THRAX AUDIO Maximinus, oraz monofonicznego toru analogowego z gramofonem Feickert Analogue Firebird, ramieniem SME i wkładką Miyajima Zero. Całość okablowano produktami ARGENTO AUDIO, ORGANIC AUDIO oraz FURUTECH. Uff, sama powyższa wyliczanka na większości obeznanych z tematem audiofilach z pewnością robi wrażenie, lecz czytać to jedno a mieć możliwość posłuchania i podyskutowania o konkretnych urządzeniach z ich konstruktorami to już zupełnie inny poziom doświadczeń.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od sali ekspozycyjnej, której kubatura najogólniej rzecz ujmując po prostu onieśmiela. Ponad sześć metrów w najwyższym miejscu i kilkanaście metrów przekątnej sprawia, że nawet monstrualna końcówka mocy Vitusa wydawała się całkiem akceptowalna gabarytowo. W surowym, mocno industrialnym wnętrzu czuć było swobodę i oddech i nawet pomimo robiącej duże wrażenie ilości prezentowanych urządzeń nie sposób było mówić o jakimś ścisku, czy natłoku. Wręcz przeciwnie, wszystko rozplanowane zostało tak, aby móc swobodnie przechadzać się wzdłuż ekspozycyjnych gablot i podestów, mieć łatwy dostęp do poszczególnych „eksponatów” a jednocześnie nie czuć na plecach oddechu kogoś z obsługi, choć zawsze pomoc jest w zasięgu wzroku, gotowa by podejść i udzielić wyczerpujących wyjaśnień.

Główna sala odsłuchowa (mniejszą chwilowo zaadaptowano na potrzeby kuluarowych narad) znajduje się w głębi budynku i oprócz oczywistej – widocznej adaptacji akustycznej m.in. za pomocą paneli RW Acoustics została odpowiednio przygotowana zgodnie ze swoją destynacją już na etapie projektu i budowy. Efekt? Cóż, siedząc w pierwszym rzędzie trzeba było mieć naprawdę silną wolę i coś na kształt empatii, by od czasu do czasu zwolnic miejsce i pozwolić delektować się dźwiękiem innym. Całe szczęście bardzo szerokie spectrum repertuarowe praktycznie załatwiało sprawę, więc co jakiś czas miłośnicy rocka ustępowali miejsca wielbicielom baroku i na odwrót. Oczywiście nie było problemu by posłuchać i tego i tego, a jeśli tylko ktoś miał ze sobą własne płyty, to zarówno źródło cyfrowe, jak i analogowe stały otworem. Przy czym tor analogowy rządził się własnymi prawami, więc od czasu do czasu można było na własne uszy przekonać się co potrafi całkowicie automatyczna myjka „Vinyl-Cleaner“ Audiodesksysteme. A właśnie, skoro jesteśmy przy analogu to kolejny raz była okazja potwierdzenia potencjału drzemiącego w monofonicznych nagraniach traktowanych dedykowaną również monofoniczną wkładkach. Różnica pomiędzy ceną stereofonicznego i monofonicznego toru analogowego była najoględniej mówiąc porażająca a przesiadka ze stereo na mono oczywiście była odczuwalna, ale odkrywała zupełnie inne pokłady muzycznej wrażliwości i niemalże całkowicie zapomniany sposób obrazowania zdarzeń rozgrywających się na muzycznej scenie.

Jednak poza czysto audiofilskimi doznaniami najważniejsza była atmosfera panująca w RCMie. Bez sztucznego zadęcia i całkowicie zbędnego usztywnienia można było zupełnym luzie porozmawiać i pożartować z zaproszonymi przez Rogera Adamka – właściciela RCMu gośćmi. W końcu to są tacy sami ludzie jak my, z ogromnym dystansem do siebie i do tego co robią. Z resztą widok Chrisa Feickerta prezentującego Firebirda, w którym ramię z wkładką zostało zastąpione kończyną konstruktora, czy przekomarzających się Hansa Ole Vitusa z Rumenem Artarskim mówi sam za siebie. Takie właśnie jest, bądź przynajmniej powinno być prawdziwe oblicze High-Endu. Patos i zadęcie zupełnie tutaj nie pasują, w końcu audio ma być spełnieniem marzeń i czystą przyjemnością, gdyż jest to … hobby i dorabianie mesjanistycznych ideologii wydaje się zupełnie zbędne.

Oczywiście nie mogło zabraknąć kilku elektryzujących nowości, które na razie tylko zaprezentujemy na zdjęciach a więcej napiszemy, gdy … część z nich zawita w naszych skromnych progach. Do jednej nawet próbowałem się przymierzać, lecz bez dodatkowej pomocy, dysponującej wózkiem wigłowym, lub choćby paleciakiem nie ma szans na to, żeby samemu poradzić sobie z tą „olbrzymką” .

Miłośnicy czterech kółek również mogli znaleźć coś dla siebie i dzięki Bawaria Motors delearowi marki BMW, w ramach oderwania się od odsłuchów odbyć jazdy próbne przedpremierową wersją X6.

Choć skalę planowanego przez RCM przedsięwzięcia mieliśmy okazję śledzić niemalże na bieżąco a postęp prac budowlanych i wykończeniowych również nie był dla nas tajemnicą, to szczerze przyznam, że oficjalne otwarcie salonu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po raz kolejny okazało się, że to nie sprzęt i wnętrza (w obu przypadkach obłędne) robią tzw. efekt „wow!”, lecz tworzący je ludzie.

Serdecznie dziękując Gospodarzom za zaproszenie i gościnę gorąco zachęcam naszych Czytelników do mniej, bądź bardziej spontanicznych wizyt w RCMie, bo prawdę powiedziawszy próżno szukać w Polsce podobnego skalą i rozmachem miejsca audiofilskich rozkoszy.

Marcin Olszewski

Opinia 2

W dniach 28-29 listopada 2014 roku odbyło się oczekiwane już od dłuższego czasu przez wielu klientów oficjalne otwarcie, nowo wybudowanego w centrum Górnego Śląska salonu audio – katowickiego RCM-u.  Jak to w naszym pięknym kraju bywa, nieoczekiwany i zawiniony przez wykonawcę drobny poślizg czasowy był zapewne bodźcem zwielokratniającym energię przygotowań do rozpoczynającej nowy okres w życiu firmy premiery. Wszystko co pojawi się w jakiejkolwiek prasie czy to drukowanej, czy internetowej, będzie tylko drobnym sygnałem zastanych przez gości warunków i jedynie osobista wizyta może oddać rozmach tej budowli i wsadu produktowego, który w założeniach jest składem pełnej oferty wszystkich dystrybuowanych urządzeń, od najdrobniejszego wtyku Furutecha, po największe gabarytowo kolumny Gauder Akustik i monstrualną końcówkę mocy Vitus Audio. Tak więc, jeśli ktokolwiek pojawi się w owym salonie z choćby przebłyskiem chęci kupna czegokolwiek, ze stoickim spokojem może wyjmować na stół banknoty Narodowego Banku Polskiego, gdyż jedynym problemem jaki będzie miał do rozstrzygnięcia podczas odwiedzin, stanie się decyzja transportu własnego w dniu wizyty, lub dostawy z ustawieniem przez obsługę na docelowym miejscu w ustalonym terminie. Frazy typu: „już zamawiam i dam znać jak towar dotrze do sklepu” w słowniku tej znanej szerokiej rzeszy audiofilów firmy nie występują.

Innym ważnym elementem tych przenosin jest lokalizacja, która tak na szybko może wydawać się uciążliwa dla klientów, ale z kilkukrotnych wizyt „przedotwarciowych” wiem, że to jest wręcz idealne miejsce tak dojazdowe, jak również parkingowe. Kto bywał pod starym adresem, bardzo dobrze wie, ile czasu trwało polowanie na miejscówkę dla samochodu, nie wspominając już o procesie pakowania wielkich gabarytowo i straszliwie ciężkich High End -owych komponentów audio. Położenie w okolicy centrum miasta, ale w starej przypominającym warszawską Pragę jego części dla choćby lekko obdarzonego romantyzmem człowieka będzie czynnikiem podnoszącym wartości odbioru całości przedsięwzięcia. Widok wiekowych, często jeszcze ze nieotynkowanych, zbudowanych z czerwonej cegły kamienic jak dla mnie jest wartością dodaną każdorazowej wizyty. Jak odbierze to każdy z Was, musicie sprawdzić samemu, ale nawet jeśli stronicie od podobnych pomników stosunkowo niedawnych „PRL – owskich” czasów, z pewnością możliwość bezproblemowego pozostawienia pojazdu tuż obok sklepu, zrekompensuje wszystkim ten urągający (mam nadzieję, że tylko dla niektórych) nowej wizji Polski w świecie widok.

Próbując opisać sam przebieg imprezy, trzeba przyznać, że wszystko było dopięte na ostatni guzik. Od luźnych kuluarowych rozmów w głównej sali wystawowej, przez mocno okupowany wydzielony pokój do prywatnych pogawędek, po wyśmienicie przygotowany, zestawiony z kosmicznie drogich, ale tworzących pełną synergię komponentów system marzeń. Oczywiście ważnym elementem udanego pokazu było umiejętnie zaadaptowane pomieszczenie, które po żmudnych pomiarach i próbach organoleptycznych znakomicie udało się przygotować. Po przestudiowaniu fotografii, znawcy tematu mogą kręcić nosem na nieco inne niż nakazuje teoria ulokowanie poszczególnych paneli akustycznych, ale mimo teoretycznego łamania ogólnie przyjętych zasad, to co udało się uzyskać, umożliwiało oddanie pełni możliwości złożonego z topowych wyrobów wielu marek zestawu. Wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że teoria mając swoje pewne założenia, w starciu danego pomieszczenia z system w nim stacjonującym musi uwzględnić ich wpływające na efekt końcowy wypowiedziane trzy grosze. Tak już jest i nikt tego nie zmieni. Niemniej jednak nawet ja, stawiający barwę ponad nadmiar informacji, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony uzyskanymi efektami brzmieniowymi. Oczywiście drogie zestawy z założenia raczej zmuszają nas do szukania dziury w całym, a nie rozpływania się w ich blasku, ale mimo pójścia tą drogą, to jedynym aspektem jaki próbowałbym naciągnąć na swoją modłę, byłaby szczypta dociążenia na środku pasma. Ale od razu uspokajam, że to tylko w ramach trendu marudzenia na oscylujące w okolicach apartamentu z Beverly Hills ceny zestawów audio.

Kończąc tę relację, chciałem podziękować organizatorowi – firmie RCM – za miłą atmosferę i możliwość osobistego poznania konstruktorów znakomitej większości prezentowanych marek. Na chwilę obecną patrząc przez pryzmat zaproszonych przez jednego dystrybutora i  w konsekwencji obecnych zagranicznych gości, była to impreza bez precedensu na polskim rynku. Nie wiem ile zachodu kosztowała tak zawieszona poprzeczka – pewnie kilka nieprzespanych nocy, ale efekt końcowy dla może nie przypadkowo, ale jednak patrzącego z pewnej perspektywy gościa przyniósł wiele pozytywnych doznań. Puentując, życzę gospodarzom wielu sukcesów biznesowych w nowym miejscu pracy, co po sposobie przygotowania wymagającej zgrania wielu czynników ludzkich i materialnych imprezy zdaje się być zbędnym klepaniem po pleckach. RCM wie czego chce i sądząc po dotychczasowym dorobku na polskiej arenie audiofilskiej, pociągnie ten wózek bez większych problemów.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Do przysłowiowego dyrektorsko-gabinetowego, czyli perfekcyjnego wykonania Accuphase zdążył nas po prostu przyzwyczaić. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Faktu oznaczającego ni mniej, ni więcej, że to właśnie do Accuphase’ów porównuje się konkurencję i to jedynie tę z górnej półki. Takie postrzeganie marki z jednej strony nobilituje, lecz również zobowiązuje do utrzymywania, bądź nawet podnoszenia już i tak wysoko zawieszonej poprzeczki. W naszym (redakcyjnym) przypadku sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdyż przegląd japońskiego portfolio rozpoczęliśmy od jubileuszowego systemu marzeń w składzie DP-900/DC-901+C-3800+A-200. Co prawda potem zeszliśmy na ziemię i pochyliliśmy się nad topową (jakże by inaczej) integrą E-600, ale sami Państwo muszą przyznać, że cały czas obszar naszych zainteresowań oscylował na całkiem ambitnym poziomie. Traf chciał, że polski dystrybutor – krakowski Eter Audio postanowił po blisko półrocznej przerwie przypomnieć małe co nieco z Kraju Kwitnącej Wiśni i zaproponował test podstawowej a zarazem najświeższej konfiguracji pre/power czyli przedwzmacniacza liniowego C-2120 i A-klasowej, stereofonicznej końcówki mocy A-36.

W nad wyraz niepozornym, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jak na Accuphase’a przedwzmacniaczu C-2120 wydawać by się mogło, że kompromisy, jeśli jakiekolwiek poczyniono dotyczą głównie … braku drewnianych, polakierowanych na wysoki połysk boczków i przedrostka „Precision”, który widnieje u starszego rodzeństwa. Może to dziwne, ale nawet chcąc się do czegoś przyczepić to tak naprawdę nie ma do czego. Użytkownik dostaje bowiem sześć par wejść liniowych RCA, dwie pary XLRów, pętle magnetofonową, do zewnętrznego korektora akustyki, zdublowane wyjścia liniowe RCA plus oczywiście XLR. Jakby tego było mało, to spokojnie można jeszcze dołożyć moduły przetwornika cyfrowo-analogowego (DAC-40) i phono MM/MC (AD-30), dla których przewidziano nie tylko dedykowane sloty, lecz również zadbano o czytelny interface i sterowanie na froncie. Jakieś pytania? Nie, kawy nie parzy … jeszcze.
O samej szacie wzorniczej nie ma się zbytnio co rozpisywać, bo akurat u tego producenta pewne rzeczy po prostu są niezmienne. Centralnie umieszczony prostokątny wizjer kryje podświetlone na charakterystyczny zielony kolor logo, oraz dwie sekcje – lewą informującą o uaktywnieniu którejś z ukrytych za majestatycznie opadająca klapką funkcji, oraz prawą – z numerycznym wyświetlaczem wzmocnienia i diodami dedykowanymi ewentualnym kartom rozszerzeń. Z detali dla miłośników marki oczywistych a nazbyt często zapominanych przez projektantów warto wspomnieć o dyskretnej iluminacji aktywnego źródła – wokół lewej gałki i zlokalizowanym tuż pod gałka odpowiedzialną za regulację głośności przycisku kompensacji loudness. Może i jego obecność kłuje w oczy audiofilskich ortodoksów, jednak podczas cichych, wieczorno – nocnych odsłuchów jego obecność okazuje się wręcz zbawienna.
Również od strony technologicznej można odnieść wrażenie, że najmniejszy z przedwzmacniaczy do katalogu trafił w momencie, gdy księgowi odpowiedzialni za budżet przebywali bądź to na L4, bądź na długim, zewnętrznym szkoleniu. Inaczej osobnych zasilaczy ( w tym traf!) dla lewego i prawego kanału, oraz obecności autorskiego, odpowiedzialnego za regulację układu AAVA (Accuphase Analog Vari-gain Amplifier), który pierwszy raz pojawił się w modelu C-2800 wytłumaczyć nie sposób. Za ukłon w kierunku dbających o naszą niebieską planetę i urzędników z EU można uznać fabrycznie ustawiony tryb ECO, który można w ciągu kilku sekund dezaktywować, co też niezwłocznie po uruchomieniu preampa uczyniłem.

A-36 to kolejny przykład na to, że małe jest piękne. Oczywiście klasyfikacja gabarytowa jest pojęciem czysto umownym, jednak jak na końcówkę pracującą w klasie A to subiektywnie stwierdzam, że mamy do czynienia z daleko posuniętą miniaturyzacją. Całe szczęście w przypadku tego modelu przy okazji podwojenia wartości współczynnika tłumienia (z 200 na 400) nie zrezygnowano z konwencjonalnych i co tu dużo mówić będących niejako wizytówką Accu wychyłowych wskaźników, które co prawda można wyłączyć/wygasić, lecz akurat tego typu profanacje nawet nie przyszły mi na myśl. Dostep do podstawowych funkcji umożliwiają zlokalizowane pod skrywającym wskaźniki oknem niewielkie przyciski i pokrętła a centralnie umieszczony włącznik główny znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien i nie trzeba go szukać, co w obecnych czasach wcale nie jest takie oczywiste. Jednak najlepsze czeka na nas z tyłu, gdyż właśnie ściana tylna nad wyraz dobitnie pokazuje na czym powinien polegać i na czym polega prawdziwy High-End. Ulokowane po lewej stronie wejścia liniowe (RCA/XLR) uzupełniono o przełączniki umożliwiające dopasowanie umiejscowienia pinu gorącego w przypadku połączenia zbalansowanego, oraz pokrętło umożliwiające zmostkowanie i przejście w tryb dual mono.Na osobne zdanie zasługują podwójne, masywne terminale głośnikowe, które choć wyposażone w wysokie kołnierze nie sprawiają nawet najmniejszych problemów przy podpinaniu masywnych i szerokich wideł. O wygodę użytkowników zadbano również poprzez dodanie wygodnych uchwytów, które nie tylko ułatwiają przenoszenie urządzenia, ale również w pewnym stopniu zapobiegają zbytniemu dosunięciu go do ściany i ewentualnemu uszkodzeniu podpiętego okablowania.
Wnętrze 36-ki pozbawia nawet największych malkontentów i poszukiwaczy teorii spiskowych wszelkich złudzeń. Ilość audiofilskiego powietrza zredukowana została do niezbędnego minimum a widok dwóch potężnych 47,000 μF kondensatorów o gabarytach zbliżonych do musztardówek po prostu musi się podobać. Podobnie z resztą jak adekwatnych rozmiarów, zamknięte w eleganckiej puszce trafo oraz konieczne, przy A-klasowych układach, zapewniające odpowiednie chłodzenie wyjściowym trzem parom (na kanał) pracujących w push-pullu MOS-FETów masywne radiatory.

Na wstępie zaznaczę, że oba urządzenia dotarły do mnie w stanie dziewiczym, prosto z fabryki i przez pierwszych kilka dni starałem się ograniczać jedynie do patrzenia na nie „przymykając ucho” na początkowo reprodukowane przez nie dźwięki. Całkiem skuteczną metodą odstraszającą okazało się włączanie od czasu do czasu i zapętlenie 2 ścieżki z „Cable and System Preparation / Refresh” CD Tellurium Q. Już po kilkunastu godzinach powyższych katuszy, choć przebieg zarówno w przypadku pre, jak i końcówki był nader znikomy, to japońska amplifikacja zaczęła osiągać poziom w pełni adekwatny do kwot zapisanych w rubrykach z cenami. Z premedytacją o tym wspominam już teraz, gdyż z niepokojem obserwuję praktyki próbowania wypozycjonowania poszczególnych produktów wyłącznie za pomocą wyssanej z palca ceny a nie jakości wykonania i przede wszystkim tak oczywistej cechy, jak właśnie jakość brzmienia. W przypadku Accu jest wręcz odwrotnie, oglądamy, słuchamy i nawet bez zaglądania do metryki jesteśmy w stanie, przynajmniej z grubsza oszacować przybliżoną kwotę, jaką za swoje wyroby winszuje sobie producent.
Przejdźmy jednak do konkretów. O ile monstrualne monosy A-200 grały w sposób jednoznacznie nawiązujący do ich gabarytów a przy tym czarowały urzekająco gęstym, niemalże lepkim dźwiękiem, to charakteryzująca się zdecydowanie rozsądniejszymi gabarytami stereofoniczna 36-ka stawia głównie na spektakularną wręcz przestrzeń i większe umiarkowanie emocjonalności przekazu. Oczywiście nadal mamy do czynienia z niezaprzeczalnie firmową i genetycznie zapisaną elegancją i dostojnością, jednak tu i ówdzie konstruktorom udało się odejść na krok, bądź dwa od stereotypów, z jakimi kojarzona jest tzw. szkoła Accu. Po pierwsze, w przypadku recenzowanej amplifikacji na pewno nie można mówić o zaciemnieniu, bądź czymś na kształt kondensacji reprodukowanych dźwięków, gdyż bardzo zgrabnie została rozgraniczona saturacja barw od klarowności, rozdzielczości. Osiągnięcie czegoś takiego z lampy niespecjalnie by mnie dziwiło, ale z tranzystora? Cos podobnego do tej pory udało się tylko „egzotycznej” końcówce Tellurium Q Iridium 20 II, jednak Accu idzie zdecydowanie dalej. Choć nie jest purystyczną konstrukcją Single – Ended, dzięki całkiem pokaźnej mocy wykazuje się o niebo większą uniwersalnością i nawet z moimi, będącymi utrapieniem sporej części amplifikacji Gauderami radził sobie z zadziwiającą łatwością i swobodą. Co prawda wyznawcy laboratoryjnej analityczności i niemalże antyseptycznego wyjałowienia mogą kręcić nosami, że krawędziami źródeł pozornych nie można się ogolić, ale bądźmy szczerzy – słuchając na żywo też takich atrakcji nie uświadczymy a jeśli akurat komuś naprawdę brakuje szeleszczących sybilantów i nadrozdzielczości to zawsze może sięgnąć po pseudoaudiofilskie samplery. Dajmy jednak spokój anomaliom i przejawom masochizmu a zajmijmy się normalną muzyką. No dobrze, może nie do końca normalną, ale na pewno bardziej autentyczną od pozycji, w których każdy dźwięk jest cyzelowany niczym szczerozłota nić a pomimo najszczerszych chęci nie sposób odnaleźć w nich muzyki.
Skoro wspomniałem o ponadprzeciętnych umiejętnościach testowanego zestawu w kreowaniu przestrzeni nie mogłem odmówić sobie przyjemności zweryfikowanie tego na dwóch moich ulubionych pod tym względem albumach. Pierwszym był „Antiphone Blues” duetu Arne Domnerus & Gustaf Sjokvist a drugim „Misa Criolla” Ariela Ramireza w wykonaniu Mercedes Sosy. W obu przypadkach określenie precyzji rozmieszczenia muzyków i wierności w oddaniu właściwości akustycznych sal, w jakich dokonano rejestracji inaczej aniżeli porażającej holografii nie sposób. To nie było wydumane, sztuczne, męczące 3D, lecz prawdziwy hologram, który wydaje się realny do momentu, w którym postanowimy go dotknąć. Założę się, że od czasu do czasu miewają Państwo sny tak realistyczne, że po przebudzeniu przez chwilę bardzo trudno jest Państwu rozgraniczyć, co jest jawą a co snem. W przypadku japońskiego combo stan ten potrafi utrzymywać się nieraz przez całą płytę, wystarczy tylko odpowiednio dobrać repertuar i zadbać, by jakość nagrania była co najmniej … wyśmienita. Trudne? Z pewnością, ale nikt przecież nie obiecywał nam, że będzie łatwo, jednak proszę mi wierzyć, że wysiłek się opłaci.
Co istotne zestaw Accuphase’a nie przekreśla, nie deprecjonuje mniej wyrafinowanego repertuaru. Za przykład niech posłuży fakt, że będąc jednostką dość silnie zakorzenioną w heavy metalowych klimatach praktycznie ani razu nie byłem zmuszony wyjąć przed końcem płytę z odtwarzacza, bądź zdjąć LP z talerza gramofonu. Oczywiście mające wyłącznie sentymentalną wartość thrashowo / death metalowe koszmarki z pierwszej połowy lat 90-ych ubiegłego wieku wypadały płasko i jazgotliwie niczym rozwścieczona, krzycząca po kantońsku przez megafon anorektyczna modelka, ale takich już ich urok i nawet cud by im nie pomógł, o high-endowej elektronice nie wspominając. Jednak najnowsze remastery Floydów, Led Zeppelin, czy nawet Marillion (np. „Misplaced Childhood”) potocznie mówiąc po prostu „dawały radę”. Na własnych trzewiach można było się przekonać co potrafi zdziałać 30 (w moim przypadku 60, bo Arcony są 4 Ω) prawdziwych, A-klasowych Watów. Wykop, drive i autentyczna spontaniczność w niczym nie przypominały statecznego, gabinetowego wizerunku, z jakim Accu zwykle jest utożsamiane. Jak widać dwukrotne zwiększenie w porównaniu z poprzednią wersją końcówki współczynnika tłumienia zrobiło swoje. Nawet idąc dalej, ku thrashowej kakofonii z antypodów w stylu „Submission For Liberty” 4 Arm nie sposób było odmówić całości apokaliptycznej wręcz potęgi i palącego żywym ogniem drzemiącego w materiale żaru. Oczywiście okołojazzowej finezji i mikrowybrzmień blach usłyszeć tam nie było sposób, ale za to uderzenia w talerze miały w sobie natychmiastowość błyskawicy przecinającej zasnuty kruczoczarnymi chmurami nieboskłon. Ich delikatne doświetlenie, czy wręcz zgrabne faworyzowanie, wyeksponowanie poprzez skierowanie na nie silniejszego niż można byłoby się spodziewać snopu światła nad wyraz sugestywnie sprawiało, że dźwięk można było całościowo uznać jako rześki, lecz bez ofensywnej, irytującej natarczywości.

Kilkutygodniową przygodę z podstawową, lecz bezsprzecznie wyrafinowaną a zarazem niezwykle, jak na High-End, wycenioną dzieloną amplifikacją C-2120 + A-36 z perspektywy czasu oceniam jako świetny przykład na to, że nawet marki o tak ugruntowanej pozycji na rynku Accuphase potrafią ewoluować. Zamiast osiąść na laurach i po prostu zachowawczo odcinać kupony Japończycy wprowadzając nowe modele prą cały czas ku górze. Rozsądną wydaje się też metoda jaką obrali – zamiast przeprowadzać rewolucję na szczycie wolą rozpocząć od podstaw, słuchać głosów klientów i sukcesywnie wymieniać kolejne pozycje w portfolio. A jak na testowane combo patrzę zupełnie prywatnie? Cóż, gdybym tylko miał taka możliwość z chęcią zostawiłbym je u siebie dokładając tylko dwa opcjonalne moduły i ciesząc się fenomenalnym dźwiękiem mógłbym spokojnie zaprzestać na naprawdę długi czas ewentualnych poszukiwań wymarzonego wzmacniacza. Niestety to tylko marzenia, lecz tak jak wspominałem już w tekście, dzielona amplifikacja Accuphase’a, jak rzadko która zdolna jest je ziścić.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Eter Audio / Accuphase
Ceny:
Accuphase C-2120 – 29 900 PLN
Accuphase A-36 – 29 900 PLN

Dane techniczne:

Accuphase C-2120
Wejścia liniowe: 6 par RCA, 2 pary XLR
Wyjścia liniowe: 2 pary RCA, 1 para XLR
We/wy analogowe: pętla magnetofonowa, pętla analogowa dla zewnętrznego korektora akustyki
Accuphase C-2120:
THD: 0,005% (20 – 20 000 Hz)
Pasmo przenoszenia: 3 Hz – 200 kHz (+0, -3 dB)
Napięcie wejściowe: CD/LINE 252 mV
Napięcie wyjściowe (nominalne): 2,0 V
Stosunek S/N: CD/LINE 108 dB, DISC (MM) 82 dB, DISC (MC) 66 dB
Wymiary: 465 (W) x 150 (H) x 405 (D) mm
Waga: 16,8 kg

Accuphase A-36
Moc wyjściowa (stereo): 150 W/1 Ω (sygnał muzyczny) | 120 W/2 Ω | 60 W/4 Ω | 30 W/8 Ω
Moc wyjściowa (mono, tryb bridge): 300 W/2 Ω (sygnał muzyczny) | 240 W/4 Ω | 120 W/8 Ω
Zniekształcenia THD (stereo): 0,05% (2 Ω), 0,03% (4-16 Ω)
Zniekształcenia intermodulacyjne: 0,01%
Pasmo przenoszenia przy pełnej mocy, 20 Hz-20 kHz: 0/-0,2 dB
Pasmo przenoszenia przy mocy 1 W, 0,5 Hz-160 kHz: 0/-3 dB
Gain: 28 dB
Współczynnik tłumienia: 400
Czułość wejściowa: 0,62 V (przy pełnej mocy)
Impedancja wejściowa (XLR/RCA): 40/20 kΩ
Stosunek S/N: 112 dB (przy pełnym wzmocnieniu), 120 dB (przełącznik wzmocnienia –12 dB)
Wymiary: 465 x 170 x 425 mm
Waga (sztuka): 22,8 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor La Roccia Reference + ZYX 4D
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Octave Phono Module;
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Copland CTA-405A; Hegel H160
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Lawrence Audio Violin
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Z uwagi na fakt istnienia często dających znać o sobie, mych sporych chęci złożenia bezkompromisowej amplifikacji lampowej w codziennym torze audio i niestety realizacji całkowicie innej niż kiedyś zaplanowana pokrętnej drogi życia szarganego rozterkami audiofila, zawsze gdy do redakcji trafia coś wyrafinowanego już z samego założenia konstrukcyjnego, odczuwam lekki dreszczyk emocji na plecach. Taki objaw jest u mnie standardem bez względu na pozycję w cenniku, technikę w jakiej został zrealizowany, czy rozpoznawalność marki, ale produkt ma spełniać jeden podstawowy warunek: musi być co najmniej przedstawicielem ogólnie uważanej za królewską klasy „A”, nie wspominając już o szczycie postrzegania takich konstrukcji jak Single Ended. Na chwilę obecną to jedyne, na co mogę sobie pozwolić, ale mam cichą nadzieję, że los jednak trzyma dla mnie coś w zanadrzu. Kto wie. Ale wracajmy na ziemię. Ten prezentujący moje życiowe motto wstęp jest zajawką wprowadzającą nas w świat dzisiejszego bohatera testu, który z racji bycia legendą otrzymał już tak wiele laurek, że nie miałem sumienia powielać doskonale znanych wszystkim informacji. Niemniej jednak sądzę, że dzisiejsze początkowe wspominki na temat działu obróbki i wzmacniania sygnału zapisanego na płycie i sposobu pracy danego produktu, niejednego czytelnika uświadomiły, czym będę się z Wami teraz dzielił. Jednak dla usprawnienia procesu pochłaniania informacji zdradzę, że krakowski Nautilus będący dystrybutorem japońskiej marki Accuphase, tym razem zaproponował nam przetestowanie jeszcze ciepłej A- klasowej końcówki mocy A-36, którą w ciężkim boju z moimi Japończykami wspierał przedwzmacniacz liniowy C-2120.

Jak wygląda Accuphase, wie chyba każdy – bez względu na staż jaki uzbierał w zaawansowanym świecie audio, ale dla spokojności ducha z grubsza nakreślę ten ponadczasowy, wpisujący się w gust bardzo dużej rzeszy słuchaczy design. Myślą przewodnią kolorystyki jest stonowane w kierunku brązu złoto frontów, satynowy ciemny brąz górnych płaszczyzn obudowy i lakierowane w połysku również na brunatno, przeferezowane w dolnej części boczne ścianki. Zaczynając od głównej atrakcji – końcówki mocy – przypomnę, że dla swobodnego oddania ciepła generowanego przez niestety bardzo mało skuteczną w swym działaniu klasę „A”, dach obudowy ukazując nam co nieco swych wnętrzności jest w pełni ażurowy. Przedni panel zdobi sporej wielkości okienko, za którym kryją się tak uwielbiane przez użytkowników wskaźniki wychyłowe, a pomiędzy nimi kilka diod sygnalizacyjnych i podświetlane na zielono logo marki. Pod tym informatorem o stanie urządzenia znajdziemy jeszcze centralnie umieszczony włącznik, na zewnętrznych krawędziach małe pokrętła – lewe obsługa pracy wskaźników, a prawe wzmocnienia, jak również trzy małe przyciski sterujące z lewej i jeden z prawej flanki. Tył dzierży zestaw wejść w standardzie RCA i XLR z możliwością zmiany gorącego pinu w połączeniu zbalansowanym, a także dwa komplety terminali głośnikowych A i B, plus gniazdo IEC. Jeśli chodzi o przedwzmacniacz, mamy analogiczną, z drobnymi różnicami wizualizację, gdzie na bokach podobnego do amplifikacji okienka informacyjnego znajdziemy tym razem duże pokrętła: lewe – selektor wejść, a prawe wzmocnienie, pod nim klapkę maskującą mnogość mogących zaburzyć spokój organoleptyczny manipulatorów i dodatkowo główny włącznik pod lewą i zestaw przycisków z gniazdem słuchawkowym pod prawą gałką. Patrząc na tylny panel przyłączeniowy, widzimy zestaw wejść i wyjść RCA i XLR, dwa zaślepione sloty na opcjonalne, rozszerzające kompatybilność urządzenia płytki i gniazdo zasilające. Jak widać, dostajemy wszystko to, co niezbędne, ale bez uszczerbku na ogólnie prezentowanej przez owe produkty elegancji. Nic dodać, nic ująć – rasowy Accuphase.

Z racji poważnego podejścia do każdej recenzji, nasi bohaterowie bez napinania na słuchanie przetrawili kilka kilowatów energii elektrycznej na całkowicie zbędne, oddawane jako efekt uboczny w tym procesie ciepło, które w ramach późno-jesiennych chłodnych wieczorów testowych, nie okazało się być całkowicie bezużytecznym i wspomogło w pracy stacjonujące w pokoju kaloryfery. Przesiadka z dość rozdzielczego Reimyo na bijący przytulnym odcieniem słodkości grania zespół amplifikacji Accuphase, dość szybko potwierdziła za co kochamy tę markę – oczywiście jeśli jest w kręgu naszych zainteresowań. Ktoś, kto choć raz zaznał królewskiej klasy wzmocnienia sygnału audio w dobrym wydaniu – jak rzeczeni bohaterowie, kolejne podejścia będzie traktował raczej jako sprawdzian szybkości weryfikacji owych zalet, niż domysłów, czy to aby na pewno oni . Sznyt grania jest nie do podrobienia, a nawet jeśli ktoś pokusiłby się o coś podobnego, wytrawni znawcy natychmiast wypunktują często kłujące w uszy mankamenty naśladowców. Niestety trzeba przyznać, że taka maniera ma swoich może nie wrogów, ale grupę starającą się omijać podobne klimaty, ale na szczęście z uwagi na moje ciągotki w stronę barwy ja się do nich nie zaliczam. Wkraczając w świat Accu podążamy ścieżką maksymalnego wysycenia źródeł pozornych, co oczywiście lekko uśrednia ostrość krawędzi źródeł pozornych, ale robi to w tak wysublimowany sposób, że konsekwencją nie jest popadanie w przysłowiową „bułę”, tylko delikatne odczucie złagodzenia konturu. Już kilkukrotnie mówiłem, że na poczet gęstości chętnie oddam nieco z szybkości, dlatego cały proces testowy zestawu pre – power był dla mnie niesamowicie przyjemny, a znając wielu zaawansowanych audiofilów, sądzę, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu producenta ze wschodnich rubieży Azji. Teoretycznie rzecz biorąc, to jest droga na całe życie i tylko pogorszenie narządu słuchu lub przewartościowanie pojmowania piękna muzyki może zmienić nasz kierunek dążenia do zadawania sobie przyjemności podczas obcowania z dźwiękiem. Nasz bohater miał sporo szczęścia, gdyż dostąpił zaszczytu napędzania nietuzinkowych kolumn austriackiej manufaktury Trenner & Friedl, gdzie główną atrakcją oprócz wysokiej skuteczności (91 dB) był papierowy 18 calowy głośnik niskotonowy. Ten zestaw kolumn jest powrotem do jakże często oczekiwanych przez wyedukowanych słuchaczy korzeni projektowania zespołów głośnikowych. Tak prawdę mówiąc, tego dźwięku nie da się opisać – choć w osobnym teście będę próbował, to trzeba usłyszeć, inaczej kroczmy we mgle. Ale zostawmy opis kolumn na boku – przyjdzie jeszcze na to czas i wróćmy do współpracującej z rzeczonymi emiterami dźwięku amplifikacji. Duży papierowy głośnik niskotonowy, podobny na środku, wspomagane delikatnie traktującą nasze uszy uzbrojoną w tytan tubką samoistnie narzucały mi repertuar i chcąc nie chcąc sięgnąłem po muzykę akustyczną. Ale nie jakiś tam jazz, tylko ekstremum doznań dla mych narządów słuchu, czyli szesnasto-wieczną muzykę dawną na instrumentach z epoki. Już słyszę te głosy: kto słucha takich banialuków, poprosimy o Rammsteina, ale pozwólcie, że wszelkie atrybuty szlachetnej klasy „A” wył