Opinia 1
Z tytułową i od wielu lat odnoszącą spore sukcesy rodzimą marką Destination Audio miałem już okazję zaliczyć udaną w odbiorze sesję testową. Zatwardziali analogowcy dobrze wiedzą, iż bohaterem tamtego sparingu był w moim odczuciu jeden z najlepszych dostępnych na rynku phonostage od początku do końca oparty o technologię lampową WE417A. Jak przystało na odpowiedzialnego przedstawiciela ekstremalnego High Endu konstrukcja jest bardzo rozbudowana, bo składająca się z bezkompromisowego zasilania i równie pieczołowicie skonstruowanej sekcji wzmacniającej delikatny sygnał z wkładki gramofonowej. A to nie wszystkie istotne informacje na jej temat, bowiem dla wielbicieli tego tupu rozwiązań technicznych dodatkowym smaczkiem jest fakt, że w trzewiach tego przedwzmacniacza gramofonowego producent stosuje wyselekcjonowane NOS-y. Jak radzi sobie z tym wyzwaniem, nie drążyłem tematu, ważne, że to pewnego rodzaju nadający konstrukcji wyjątkowości standard. W jakim celu tak mocno rozwijam kwestię wykorzystywanych półproduktów tego podmiotu gospodarczego już w akapicie rozbiegowym? Zapewniam, że w bardzo ważnym, gdyż ten podwarszawski byt bliźniacze założenia stosuje także w przypadku dzisiejszego tematu spotkania. Tematu, którego mottem będą wysokoskuteczne tubowe kolumny Destination Audio Nika. I to nie byle jakie kolumny, gdyż użyte w nich przetworniki także są NOS-ami, jednak w technologii znanej li tylko mocodawcy marki odpowiednio dopracowywane technicznie lub w celach uzyskania konkretnego brzmienia odpowiednio regenerowane. To oczywiście sprawia, że tak jak wspomniana elektronika, tak i kolumny powstają na indywidualne zamówienie, które rozpoczyna mozolne poszukiwanie odpowiednich podzespołów, po stosownym „odmłodzeniu” nadających się do aplikacji w zamówionym produkcie. A najlepsze jest to, że mimo takich obwarowań zamówień nie brakuje. Intrygujące? Spokojnie, to pytanie retoryczne, gdyż jestem pewien, że tak. A jeśli się nie mylę, nie pozostało mi nic innego, jak zaprosić Was na kilka akapitów o tym, co spotkało mnie podczas kilkunastodniowego obcowania ze wspomnianymi już Destination Audio Nika.
Nie oszukujmy się, Niki to wielkie kolumniszcza. Może na tle moich Niemek niewysokie, ale jednak będąc zmuszone zgrabnie zmieścić głośnik basowy o wielkiej średnicy i przy tym zabezpieczyć dla niego wymagające sporego litrażu skrzynki aby zaproponować dobry jakościowo dolny zakres, są nienaturalnie szerokie i głębokie. Na szczęście konstruktor nieco je gabarytowo ucywilizował i od ozdobionego pionowymi gumkami a la Sonus Faber szerokiego awersu ich obudowy stosunkowo szybko płynnym łukiem zbiegają się ku pojedynczej ostrej krawędzi rewersu. Dlatego muszę przyznać, że gdy na początku nawet na co dzień obcując z dużymi kolumnami Niki mnie lekko onieśmielały, to dzięki opisanemu działaniu wizerunkowemu dość szybko zaskarbiły moje uznanie. Zapewne bardzo dużą rolę w takiej metamorfozie miało wykończenie pięknym naturalnym fornirem nie tylko głównej skrzynki, ale także sporej wielkości usadowionej nad górną, podobnie do bocznych ścianek obłą częścią obudowy tuby dla sekcji średnio-tonowej. Dodatkową ciekawostką jest aplikacja przetwornika wysokotonowego pod gumkami nad basowcem. Jeśli chodzi kwestie przyłączeniową, każda kolumna została wyposażona w pojedyncze terminale od wewnętrznej strony skrzynki. Naturalnie idąc za ilością użytych, jak wspominałem we wstępniaku vintage’owych, ale poddanych firmowej reanimacji przetworników, mamy do czynienia z konstrukcją 3 drożną o skuteczności 99 dB przy obciążeniu 8 Ohm.
Czym uraczyły mnie nieco przysadziste wizerunkowo, ale dzięki temu wyposażone w pożądane przez większą część populacji melomanów wielkiej średnicy przetworniki basowe Polki? Oczywiście tym, czego się spodziewałem, czyli przyjemnym dla ucha i bardzo pożądanym przez sporą grupę instrumentów posmakiem celulozy w kreowaniu wirtualnych bytów. To było słychać od pierwszej nuty. Jednak co bardzo istotne, wszystko podane z wielkim smakiem i jak rzadko kiedy spójnie. Chodzi o to, że mimo sporych gabarytów tubowego falowodu dla sekcji średniotonowej znaczną część tego pasma odtwarzał także przetwornik dolnego zakresu, a będący w centrum tych dwóch generatorów dźwięku gwizdek aby nie psuć świetnego konsensusu pomiędzy nimi nie wyskakiwał przed szereg z nadmierną ekspresją. Nie powiem, czasem odnosiłem wrażenie, że być może jest zbyt zachowawczy, jednak podczas telefonicznej konsultacji z konstruktorem dowiedziałem się, że to działanie zamierzone. Wysokie tony mają być odpowiednio wkomponowaną przyprawą, a nie chadzającym samemu sobie, a przez to degradującym estetykę równego grania bytem. Po takim naświetleniu sprawy wszystko stało się jasne i po akomodacji z zaproponowanym spojrzeniem na muzykę w estetyce świetności tego typu konstrukcji z przyjemnością przystąpiłem do weryfikacji możliwości tytułowych Nik. A nie powiem, dzięki opisanej estetyce zaliczyłem wiele ciekawych odtworzeń z pozoru znanego mi od podszewki, ale jak się okazało, z jednym drobnym „ale” całkowicie obcego mi z tej strony materiału. O co chodzi z tym „ale”? Otóż kolumny są duże i do tego ze sporą tubą odtwarzającą centrum pasma, dlatego z powodu zbyt małej odległości miejsca odsłuchu od nich spowodowanej ograniczeniami posiadanego lokalu nieco cierpiało budowanie realiów wirtualnej sceny w domenie głębokości. Dźwięk zwyczajnie nie miał szans na pełną konsolidację źródeł. Owszem, fajną głębię oczywiście było słychać, ale miałem okazję spotkać się z tymi zespołami głośnikowymi w innych realiach i wiem, że zagospodarowanie za nimi przysłowiowych hektarów dla nich to tak zwana bułka z masłem. Ale zapewniam, to co zaprezentowały, dobitnie pokazywało, za co wielu z Was lubi takie konstrukcje. Duży basowiec oznaczał szybki impuls dolnego zakresu, co pozwalało muzyce utrzymać odpowiedni timing nawet w najbardziej wymagających pasażach kontrabasu oraz konturowość projekcji chadzających w tym paśmie instrumentów, a nalot celulozy nadawał muzyce sznytu od dawien dawna uznawanej za wzorzec odbieranej jako naturalnej szkoły grania testowo skonfigurowanego systemu. Oczywiście biorąc pod uwagę moją sekcję wzmocnienia w postaci mocnego tranzystora nie do końca opartego o idealny kanon konfigurowania skutecznych kolumn z delikatną lampą, ale i tak będąca wynikiem mariażu tego co mam u siebie ze zjawiskowymi kolumnami prezentacja była pierwszej próby.
Aby się o tym przekonać, nie musiałem długo szukać, gdyż w pierwszej kolejności na tapecie wylądował jeszcze nieodłożony po ostatnim teście na półkę krążek Michela Godarda z aranżacją muzyki barokowej C. Monteverdiego „A Trace of Grace”. Naturalnie piję w pierwszej kolejności do znakomitego występu wykorzystywanego przez frontmena serpentu (kilkuzwojowy róg) o specyficznej barwie i tembrze brzmienia z jego nosowością i zjawiskową głębią wybrzmiewania. Wiele razy się nim zachwycałem, ale w wykonaniu kolumn Nika to był majstersztyk. Jeśli chodzi zaś o inne aspekty, równie znakomicie wypadł pokazujący drewno stroika saksofon oraz w pełni kontrolowana, modulacją każdego dźwięku zjawiskowo snująca się po podłodze, ale bez jakichkolwiek oznak rozmycia gitara basowa. Słyszałem je w wielu adaptacjach sprzętowych, ale ta była jakby z innej bajki. Analizując tę płytę mógłbym tak pisać peany jeszcze przez kilkanaście zdań na dosłownie każdy temat tej produkcji, jednak wiedząc, że wspomniałem o najistotniejszych aspektach, przejdę do innego repertuaru z drugiej strony barykady, czyli mocnego uderzenia rockowym szaleństwem.
Co wylądowało w odtwarzaczu? A jakże, AC/DC z najbardziej lubianym przeze mnie krążkiem „Highway To Hell”. Efekt? Cóż, nalot papieru oraz pewnego rodzaju będąca feedbackiem wykorzystania go na membrany głośników twardość prezentacji dolnego i środkowego pasma oraz wyraźne stonowanie wysokich tonów nie pozwoliły na idealne nasycenie i oddanie soczystości energii czy to gitar, czy krzykliwej wokalizy. Szybkość narastania sygnału była bardzo dobra, jednak papier i rockowe tudzież elektroniczne tyrady muzyczne niestety nie idą w idealnej parze, bowiem te ostatnie wypadają nazbyt oszczędnie w domenie krągłości, soczystości, a także dźwięczności. A wszyscy wiemy, że bez mocnej głębi energii podpartej lekkim szaleństwem górnego zakresu taka muza zwyczajnie nas w dobrym znaczeniu słowa nie uderzy, a przecież to jeden z warunków dobrego jej odbioru. Czy zatem to problem dla naszych bohaterek? Moim zdaniem nic z tych rzeczy. Nie można winić danej konstrukcji za to, że nie wznosi się na wyżyny jakości prezentacji w materiale, do którego tak naprawdę nigdy nie była przewidywana. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie oznacza, że z papierowym sznytem grania nie da się obcować z rockowymi banitami, gdyż wszystko zależeć będzie od tego, co komu w duszy gra. Z tego co wiem, producent nie ma z tym najmniejszego problemu, zatem tak naprawdę problem jako taki nie istnieje, a jedyną zmienną wpływającą na ich odbiór jest nasz gust.
Komu poleciłbym tytułowe kolumny Destination Audio Nika? To chyba oczywiste? Naturalnie wszystkim wielbicielom swobodnego, ale też szybkiego i na dodatek z posmakiem fajnie zaaplikowanej celulozy grania posiadanego systemu. Polskie kolumny to co robią, robią na tyle zjawiskowo, że potencjalnym zainteresowanym daję dosłownie kilka taktów muzyki, aby się w nich dozgonnie zakochać. A jak z innymi freakami? Tutaj na dwoje babka wróżyła. Oczywiście spora grupa także ma wielkie szanse się przy nich „ugotować”. Jednak z pewnością znajdą się również tacy, którym z będącym zarzewiem dzisiejszej epistoły produktem będzie całkowicie nie po drodze. Ale jak wspominałem, nie będzie to wina kolumn, tylko finalnej estetyki brzmienia, będącej wynikiem z premedytacją dokonanych przez konstruktora wyborów. Na koniec dodam tylko, że moim zdaniem wyborów bardzo udanie wdrożonych w życie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć dopiero co minął półmetek maja a my powoli wychodzimy na prostą po monachijskim maratonie, to dziwnym zbiegiem okoliczności w ramach dzisiejszego spotkania przyszło nam zmierzyć się z dość nieoczekiwaną migawką z … przeszłości. Pamiętają Państwo stołeczne Audio Video Show 2023? Zakładam, że podobnie jak my co najwyżej po „japońsku”, czyli jako-tako, a więc raczej na zasadzie ogólnego, zbiorczego wrażenia i przez lekką mgłę aniżeli z dokładną wirtualną marszrutą i precyzyjną listą odwiedzonych pokoi i usłyszanych systemów. Tymczasem ni stąd ni zowąd na wiosnę, niemalże razem z bocianami, zjawiły się u nas wyłuskane z wystawowych dóbr wszelakich majestatyczne kolumny Destination Audio Nika. Ów fakt niezwykle nas ucieszył, gdyż pomimo, iż w High-endzie, który stanowi nasz główny obszar zainteresowań, pojęcie produkcji masowej ma zdecydowanie inny wymiar aniżeli w ogólnodostępnym segmencie Hi-Fi, czyli zamiast o tysiącach rozmawiamy co najwyżej o dziesiątkach, bądź setkach egzemplarzy, to sprawca dzisiejszego zamieszania operuje na jeszcze mniejszych wolumenach. Warto bowiem mieć świadomość, iż Destination Audio to de facto mikro-byt o charakterze niemalże butikowym a tym samym z reguły wykonujący konkretne modele na indywidualne zamówienie. Dlatego też skoro na horyzoncie pojawiła się jeszcze pachnąca olejem parka a i wola dostarczenia jej przez producenta była czym prędzej skorzystaliśmy z okazji, stosowne miejsce w OPOS-ie wygospodarowaliśmy, by teraz wrażeniami się z Państwem podzielić.
Jak widać zarówno na powyższych zdjęciach, jak i na standardowej zanęcie w postaci sesji aplikacyjno-unboxingowej aparycja Destination Audio Nika dalece odbiega od współczesnych, ogólnie przyjętych wzorców lansujących smukłe, niemalże anorektyczne standardy piękna. Tu raczej można mówić o iście rubensowskich krągłościach, gdyż przysadziste bryły rodzimych kolumn są niezaprzeczalnie absorbujące tak stylistycznie, jak i gabarytowo. Mają jednak w swym DNA zaszyte natywne piękno tożsame z solidnymi, ponadczasowymi meblami, które wybiera się nie na sezon, bądź nawet lata, lecz dziesięciolecia. Spora w tym zasługa przepięknego naturalnego forniru i seksownych krągłości nieco łagodzących obszerność konstrukcji. Jak się jednak łatwo można domyślić gabaryty nie są pochodną kompleksów ich twórcy, lecz wynikają wprost z wymagań technicznych. Mamy bowiem do czynienia z konstrukcjami modułowymi, czyli wielkolitrażową skrzynią zdolną pomieścić 16” woofer ALNiCo i kompresyjny, ukryty wewnątrz niewielkiej tubki tweeter oraz montowanym na niej średniotonowym hornie. Całe szczęście zamiast standardowych, „szmacianych” maskownic zdecydowano się na znaną m.in. z Sonus faberów strunową wariację, więc choć ochronę drajwerów można śmiało uznać za czysto iluzoryczną, to już degradacja brzmienia poprzez ww. akcesorium jest niemalże pomijalna a zarazem znajdujące się na froncie „wielkokalibrowe” ujście kanału bas-refleks nie zionie nam prosto w twarz i nie korci małoletniej progenitury do weryfikacji możliwości nakarmienia jej jakąś zabawką, bądź nie daj Bóg np. kanapka czy tez bananem. Zarówno z racji obłości korpusów, jak i zapewne ze względów czysto praktycznych terminali głośnikowych nie znajdziemy „na plecach”, lecz wewnętrznych ścianach bocznych a tym samym śmiało możemy mówić o lewej i prawej kolumnie.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z konstrukcjami trójdrożnymi o skuteczności 99 dB i impedancji wynoszącej w zależności od oczekiwań odbiorcy 8 lub 16 Ω.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu naszych gościń po raz kolejny korci mnie, by nie tyle asekuracyjnie, co w ramach podprogowego ostrzeżenia sięgnąć po sławetne zdanie „Lasciate ogne speranza, voi ch’entrate” z „Boskiej komedii” Dantego Alighieriego. Nie da się bowiem w żaden sposób ukryć, iż Destination Audio Nika grają w estetyce na tyle różnej od współczesnych standardów, że trzeba dłuższej chwili, by z ową sygnaturą przede wszystkim się oswoić i dopiero później zacząć zastanawiać się, czy to, co dobiega naszych uszu nam się podoba, czy też niekoniecznie nasze oczekiwania spełnia. Mówiąc wprost otrzymujemy coś na kształt dźwięku, po który co rok udają się do Monachium „pielgrzymki”, by choć przez chwilę zasmakować specjałów serwowanych przez ekipę Silbatone z odrestaurowanych, zazwyczaj kinowych i mających około setki na karku tub, jak daleko nie szukając Western Electric 16A z 1928 r..
I od razu gwoli wyjaśnienia pragnę nadmienić, iż odsłuchy prowadziliśmy zarówno z naszym dyżurnym 200W, pracującym w klasie A Apex-em Gryphona, jak i czekającym na swoje przysłowiowe 5 minut firmowym wzmocnieniem GM70. Dzięki czemu udało nam się zweryfikować, iż choć zarówno z tranzystorem, jak i lampą tytułowe kolumny są w stanie się dogadać, to na dłuższą metę właśnie z próżniowymi bańkami bardziej im po drodze. Może traci się nieco kontroli i dynamiki, za to dołączany w zamian ekwiwalent w postaci namacalności i organiczności przekazu okazuje się zazwyczaj w pełni satysfakcjonujący. Żeby jednak była jasność – na wspomnianą organiczność należy patrzeć nie poprzez pryzmat karmelowej lepkości i połyskliwego lukru a faktury „papieru”, którego sygnatura ani przez moment nie podlega dyskusji. Dlatego też ortodoksyjni akolici zarówno wszelakiej maści twardych membran, jak i pochodnych polipropylenu proszeni są o nieco większą aniżeli zazwyczaj otwartość a pozostali, zdecydowanie mniej zmanierowani, odbiorcy mogą podejść do tematu bez większych uprzedzeń. Jest bowiem w brzmieniu Nik pewien niezaprzeczalny sznyt oldschoolu, czy wręcz vintage, lecz zarazem owej pozornej anachroniczności nie sposób odmówić uroku, jak i nostalgicznego piękna. To jest ewidentnie granie tożsame z estetyką nagrań Michaela Bublé, Melody Gardot, czy z nieco ostrzejszych klimatów, tego, dzięki czemu Greta Van Fleet wywróciła muzyczny stolik, gdzie niby mamy do czynienia z niezaprzeczalnie współczesnym wykonawcą, a jednocześnie ewidentnie obcujemy, dzięki magicznemu wehikułowi, z brzmieniami, żywcem przeniesionymi do naszych czasów z lat 50-ych lub 70-ych minionej epoki. Jest mocna, podana do przodu średnica, iście koncertowy, właściwy i poniekąd spodziewany z racji rozmiarów woofera bas oraz dopełniająca całości góra, która stawia głównie na komunikatywność a dopiero w dalszej kolejności audiofilskie wyrafinowanie. I nie chodzi tu bynajmniej o jej ofensywność a jedynie zachowanie zgodności estetycznej z resztą reprodukowanego przez tytułowe kolumny pasma. Dlatego przesterowane gitary Greta Van Fleet brzmią tak zadziornie i wbrew pozorom autentycznie. W dodatku na poziomie autentyczności i spontaniczności Led Zeppelin – z „chrupką” perkusją, gdzie mamy uderzenie i atak, lecz jednocześnie nikt nie spodziewa się podwójnej stopy zapuszczającej się w najgłębsze zakamarki Hadesu. Jest twardo, z lekkim osuszeniem ale zarazem niezwykłą swobodą i natychmiastowością. I tak właśnie powinno to brzmieć, więc nie ma co szukać dziury w całym. A jak ma być gęściej i „ładniej”, to wystarczy wrócić do Bublé i Gardot, gdzie tak orkiestracje, jak i warstwa wokalna przeniosą nas w czasy, gdy mleko docierało pod drzwi w szklanych butelkach i dało się z niego zrobić „kwaśne”, w (czarno-białej) TV początkowo był tylko jeden kanał (2-ka pojawiła się dopiero 2 października 1970 r.), a w radiu 3 (Trójka wystartowała 1 kwietnia 1962 r.). Czy mamy zatem do czynienia z konstrukcjami wzorem współczesnej konkurencji do przysłowiowego tańca i różańca? Cóż, aż takim optymistą bym nie był, bowiem z gatunków muzycznych, z którym Nikom niekoniecznie po drodze profilaktycznie wspomniałbym przede wszystkim o ciężkiej elektronice w stylu Murkury, SIERRA, czy Infected Muschroom, jak i ekstremalnych odmianach metalu reprezentowanych przez naszego rodzimego Behemotha, bądź Slayera. Niby na upartego da się powyższego repertuaru słuchać, ale nie ukrywam, że jest to męczarnia i dla samych kolumn i dla słuchacza a śmiem twierdzić, że niekoniecznie o to w tej zabawie chodzi.
Niemniej jednak wypada uznać Destination Audio Nika za kolumny kierowane nie do przypadkowego (przechodzącego akurat z tragarzami) odbiorcy a melomanów i audiofilów doskonale potrafiących zdefiniować własne oczekiwania i zarazem eksplorujących bardziej cywilizowane przejawy muzycznej kreatywności co bardziej uzdolnionych przedstawicieli homo sapiens aniżeli wskazane w poprzednim akapicie wyjątki. Jeśli zatem wykazujecie Państwo powyższe skłonności, z lampami Wam po drodze, a i niejako przy okazji dysponujecie przynajmniej 25 metrowym pomieszczeniem do odsłuchów przeznaczonym, to … choćby z czystej ciekawości rzućcie okiem i uchem na tytułowe kolumny.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent/Dystrybucja: Destination Audio
Cena: 55 500 €
Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: 25 – 20.000 Hz
Moc: 20 W
Skuteczność (1 W / 1 m): 99 dB
Impedancja nominalna: 8 lub 16 Ω
Rekomendowana minimalna powierzchnia pomieszczenia: 20 m²
Wymiary (S x W x G): 64 x 125 x 64 cm
Waga: 115 kg
Opinia 1
Wbrew pozorom testy zbiorowe, czy to okablowania, elektroniki, czy też kompletnych systemów Hi-Fi/ High End oprócz niewątpliwej wygody związanej z faktem jedynie wypakowania, podłączenia i spakowania danej układanki niosą ze sobą kilka zagrożeń. Nie dość bowiem, że przy takich konglomeratach nie zawsze i nie do końca wiadomo kto tak naprawdę ponosi odpowiedzialność za efekt finalny, to dodatkowo, o ile nie mamy do czynienia z faktycznym kompletnym od „A” do „Z” systemem, trzeba brać pod uwagę prawdopodobieństwo nie do końca optymalnego wpasowania się zestawu komponentów w nasze prywatne – redakcyjne sety. Dlatego też, o ile tylko jest ku temu sposobność staramy się weryfikować kompatybilność gości w obu naszych zestawach i równolegle dokonywać solowych odsłuchów poszczególnych komponentów, by zminimalizować ewentualny efekt „przesycenia roztworu”. Tym razem mieliśmy jednak nieco ułatwione zadanie, gdyż najpierw przez OPOS-a nawet nie tyle przeszły, co weszły i finalnie zostały zwory a następnie na gościnnych występach gościliśmy przewód zasilający, który dziwnym zbiegiem okoliczności również wylądował na naszej liście zakupowej (o statusie „do realizacji”). Dlatego też mając przesłuchane zarówno pierwsze, jak i ostatnie ogniwo łańcucha połączeniowego w trakcie wizyty w siedzibie marki w Helsinge z radością przystałem na propozycję Marka Johansena pochylenia się nad swoistą brygadą pościgową w postaci pełnego zestawu okablowania pozwalającego niemalże całkowicie wyeliminować z toru zmienne w postaci „obcych” drutów. O czym mowa? O kompletnym secie ZenSati Angel, w skład którego weszły trzy przewody zasilające, interkonekty RCA, XLR, Ethernet i USB oraz przewody głośnikowe wraz ze stosownymi zworami. Krótko mówiąc po dogłębnej eksploracji serii Zorro (Ethernet & USB, XLR, Speaker, power, BNC, Coax, AES/EBU, phono), #X i Razmatazz przyszła pora na rozprawienie się z umowną duńską „ofertą środka”, bądź jak kto woli anielskim orszakiem statecznym krokiem zmierzającym ku wyższym seriom.
Nie da się ukryć, iż o ile przy solowych występach „Aniołków” ich wierzchnia, miedziano-złota plecionka i utrzymane w takim samym umaszczeniu korpusy wtyków sprawiały bardzo pozytywne wrażenie, to przy zmasowanym ataku z jakim przyszło się nam w ramach niniejszego testu zmierzyć efekt wizualny przeszedł najśmielsze oczekiwania. Niby już unboxing dawał pewien przedsmak tego, co nastąpi nawet nie tyle po wysupłaniu zawartości z przepastnego pudła, co „ozłoceniu” systemu. Oczywiście, do #X-ów „trochę” im brakowało, ale śmiem twierdzić, że i tak wartość postrzegana znacząco przekraczała już i tak niezbyt budżetowe pozycjonowanie Angeli w portfolio producenta. Niemniej jednak owa miedziano-złota, jakże daleka od jarmarcznej krzykliwości, kolorystyka nie tylko łapała za oko, co sprawiała, że sam system uległ delikatnemu rozświetleniu, szczególnie gdy udawało mi się wygospodarować kilka kwadransów w czasie, gdy wpadające przez okna słońce miało okazję „liznąć” swymi promieniami któryś z duńskich przewodów. A tak już nieco bardziej konkretnie, to wszystkie Angele mogą pochwalić się rozsądnymi średnicami przebiegów głównych zazwyczaj (zasilające są nieco grubsze) nieprzekraczających rozmiarów kciuka i taką też (rozsądną) wiotkością, którą jeszcze poprawiały cieńsze końcówki pomiędzy aluminiowymi tulejami reduktorów a konfekcją. I tu od razu warto wspomnieć, iż o ile pochodzenie wsadu do wtyków sygnałowych/głośnikowych nie jest powszechnie znane, o tyle w przypadku przewodów zasilających wiadomo, iż są to Furutechy (FI-28R / FI-E38R). Jeśli zaś chodzi o nieco bardziej wnikliwą wiwisekcję budowy anatomicznej naszych gości, to zgodnie z tradycją Mark konsekwentnie trzyma język za zębami zdradzając jedynie, że w serii Angel, zgodnie z resztą z umaszczeniem, postawił na miedź w izolacji powietrznej i z niezwykłą dbałością zatroszczył się tak o elektryczny (ekranowanie), jak i mechaniczny (walka z wibracjami) dobrostan przewodników.
Abstrahując jednak od ewentualnych zawiłości i niewiadomych natury metalurgicznej z naszego punktu widzenia kluczowym pozostaje pytanie jak tytułowy „anielski orszak” zaprezentował się pod względem brzmieniowym, gdyż zarówno zworki, jak i przewód zasilający dość wyraźnie stawiały na energię, dynamikę i rozdzielczość w całym reprodukowanym / transmitowanym przez siebie paśmie a tym samym zachodziła obawa, czy przypadkiem multiplikacja ich udziału w systemowym krwioobiegu za sprawą rodzeństwa nie doprowadzi do swoistego przesytu i zbyt dużej zawartości „cukru w cukrze”. Dlatego też dokonując iście ekwilibrystycznych wygibasów w trakcie zastępowania dyżurnego okablowania duńskimi Aniołkami zachodziłem w głowę co owe roszady w moim systemie wniosą, tym bardziej, że cały set był fabrycznie nowy a więc wymagał gruntownego wygrzania. I … I gdybym musiał pisać recenzję pod presją czasu mając na odsłuchy raptem kilka dni, to pewnie niniejszy tekst albo by się nie ukazał, albo jego wydźwięk byłby diametralnie inny. Powód? Dość oczywisty, szczególnie przy „zimnych drutach”, które przynajmniej u mnie, po wspomnianych kilku dniach grania po kilkanaście godzin na dobę, dopiero zaczęły budzić się do życia. Całe szczęście po tygodniu od wpięcia w kalendarzu była upragniona majówka, więc cały proces akomodacyjny można było jeszcze zintensyfikować i korzystając z nieobecności sąsiadów nieco zwiększyć wartkość strumienia przepływających przez przewodniki elektronów. Tym samym do dość szybko dojrzewających skrajów pasma wreszcie dołączyła dotychczas nieco nieśmiała i wycofana średnica a tym samym po około dwóch tygodniach zamiast skupiać się na obserwacji zachodzących w brzmieniu spiętego ZenSati systemu mogłem bardziej krytycznie podejść do oceny sygnatury Angeli jako takiej.
Zatem ad rem. I tak, po ustabilizowaniu się tytułowego okablowania jasnym stało się, że choć wspomniane akcentowanie energetyczności, dynamiki i rozdzielczości nadal było nie tylko obecne, co stanowiło myśl przewodnią i podstawy estetyki oferowanej przez ZenSati, to zarazem sięgnięcie po kompletny zestaw zapewniło nie tyle intensyfikację i potęgowanie doznań, co raczej dążenie ku wzorcowej koherencji, liniowości i transparentności przekazu. Prawdę powiedziawszy mając gdzieś z tyłu głowy oczekiwania dalszego przyrostu adrenaliny początkowo sam byłem mocno tym faktem zdziwiony, jednak z biegiem czasu i sukcesywnie przyrastającego przesłuchanego plikozbioru jasnym stawało się, że ów efekt nie jest pochodną uśredniania poprzez równanie w dół, co w górę. Dlatego też wspomnianą liniowość ZenSati pozwolę sobie porównać do „Korony Himalajów”, która z odpowiedniej perspektywy również wydaje się, że użyję dość lapidarnego określenia, dość „równa”. Wszystko „wydaje się” OK, na swoim miejscu i o właściwej intensywności. Tymczasem wystarczy skonfrontować ową równość ze standardowymi punktami odniesienia, by zrozumieć dzielące je dystans i skalę. Okazuje się bowiem, że człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do dobrego, niemalże w okamgnieniu uznając je za obowiązujące, permanentne i wieczne status quo. Dlatego też powrót do stanu sprzed podmiany jest tak bolesnym i traumatycznym doświadczeniem. Jednak nie uprzedzając faktów skupmy się na konkretach. Ot chociażby realizmie i precyzji ogniskowania źródeł pozornych na zaskakująco wieloplanowej scenie, a tym samym zdolności iście holograficznego kreowania efektów przestrzennych począwszy od szczekających psów na „Amused to Death” Rogera Watersa i „Hunt” Amarok, poprzez burze na „Riders on the Storm” The Doors i „10,000 Days (Wings Pt 2)” TOOL na scenicznych spacerach George’a Michaela („Symphonica”) skończywszy. Co jednak kluczowe, zamiast sztucznego, siłowego uprzestrzennienia prezentacji ZenSati niejako podprogowo do bądź co bądź znanych, śmiem twierdzić iż niemalże na pamięć, dźwięków dołożyły warstwę wizualną, czyli obraz i to o jakości co najmniej 4K, więc nie tylko słyszeliśmy, ale i praktycznie widzieliśmy rozgrywające się wokół nas wydarzenia i zjawiska pogodowe. Od razu spieszę donieść, iż fakt „widzenia dźwięków” nie wynikał ze wspomagania się podczas odsłuchów substancjami psychoaktywnymi takowe atrakcje zapewniającymi, lecz jedynie stanowi z mojej strony swoisty środek artystycznego wyrazu, hiperbolę, uzmysławiającą odbiorcom realizm, namacalność i transparentność brzmienia duńskiego okablowania. Przesada? Cóż, proponuję wypożyczyć tytułowy set, podelektować się nim przez kilkanaście dni a później wrócić do wcześniejszego stanu posiadania i samemu ocenić skalę regresu wynikającej z utraty „podprogowej” składowej wizualnej. Nie chcę w tym momencie wyjść na fatalistę, jednak coś czuję w kościach, że w większości przypadków ową przesiadkę będziecie mogli Państwo porównać do zjazdu z niemieckiej autostrady, którą przez kilka godzin poruszaliście się z prędkością 150 + km/h na którąś z rodzimych, podrzędnych DK-awek, gdzie utrzymanie 80 km/h będzie można uznać za spory sukces. Po prostu nagle wszystko zwalnia, szarzeje, traci na dynamice i wartkości a radość z intensywności odsłuchu i zaangażowania w prowadzoną przez muzyków narrację pikuje do poziomu beznamiętnego wodzenia wzrokiem po stanowiącej li tylko tło naszej egzystencji muzycznej „foto-tapecie”.
Ograniczając się do samych dźwięków uczciwie trzeba przyznać, że Angele w kwestii prowadzenia, kontroli, zróżnicowania i zejścia basu są klasą same dla siebie. Kiedy trzeba jest pioruńsko szybko a gdy tylko stosowne częstotliwości w materiale się znajdą zejście na najgłębszych piekielnych otchłani mamy jak w banku. Jako papierek lakmusowy niech posłużą syntetyczne „Gone” SIERRY , często grany przez Marka „Hold Me Down” Murkury, bądź bezlitośnie brutalny „Hymns in Dissonance” Whitechapel i apokaliptycznie epicki „Modern Primitive” Septicflesh, gdzie jakakolwiek limitacja dynamiki i energii powoduje dramatyczny spadek rozdzielczości i motoryki a zamiast niezwykle selektywnej kanonady otrzymujemy dudniąco-buczący ulepek nadający cię co najwyżej do potańcówki w remizie. A z Angelami każdy, nawet najdrobniejszy niuans miał swoje ściśle określone miejsce i pracował z precyzją miniaturowego trybiku w szwajcarskim/japońskim chronometrze typu skeleton, w który mamy pełen wgląd przez szafirowe szkiełko i równie transparentny dekiel. I właśnie owa transparentność i zupełnie naturalna, intuicyjna możność wniknięcia w dowolną warstwę, plan nagrania jest jedną z najmocniejszych stron duńskich przewodów, gdyż nic nie ukrywając jednocześnie nie powodują uczucia sterylności i prosektoryjnego wyzucia z organicznej soczystości. Potrafią bowiem pokazać czym jest rzeczywista, nieprzesadzona wzorem pseudo-audiofilskich samplerów, rozdzielczość i co różni ją od siermiężnej detaliczności, bądź do szpiku kości antyseptycznej selektywności. Ba, tutaj owa rozdzielczość staje się niejako zaprzeczeniem ww. „szczególarstwa”, bowiem celem nadrzędnym jest całość – kompozycja a nie obsesyjne dzielenie włosa na czworo i rozbijanie każdego dźwięku na atomy licząc na to, że słuchacz jakość ową „tartą bułkę” w „muzyczną kajzerkę” ulepi. Proszę tylko rzucić uchem na misterne, iście jubilerskie „Couperin & Lalande: Leçons de Ténèbres” w wykonaniu Paco Garcia, Étienne Bazola, Ensemble les Surprises i Louis-Noël Bestion de Camboulas, by doświadczyć nie tylko absolutnej harmonii, co równie idealnej równowagi pomiędzy istotnością poszczególnych partii wokalnych i instrumentalnych a iście immersyjną aurą pogłosową oraz podkreślającą realizm akustyką Église Saint-Martin d’Amilly. Jedynie znanym sobie sposobem zachowują zdolność oddawania w pełnym, reprodukowanym przez siebie paśmie energii a zarazem pozostając wysoce komunikatywnymi nawet przez moment nie próbują czegokolwiek przejaskrawiać, bądź tonizować. Próżno zatem szukać tu ewentualnych szwów trzymających ze sobą zarówno poszczególne podzakresy, czy jakże zróżnicowane (od klawesynu po organy) instrumentarium. I choć, jak już wielokrotnie podkreślałem, aspekt dynamiczny, tak w skali mikro, jak i makro, odgrywa tu kluczową rolę, to owa estetyka nie jest zjawiskiem permanentnym, dzięki czemu chcąc ukoić skołatane nerwy i sięgając po „Homage” Joe Lovano & Marcin Wasilewski Trio, bądź baśniowy „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena otuleni zostaniemy pastelowością krainy łagodności i napojeni ambrozją wyrafinowanej słodyczy.
Tym oto sposobem dotarliśmy do końca niniejszej opowieści, której puenta stawia mnie w dość niezręcznej sytuacji. Bowiem z jednej strony nie tylko mam popartą testowym doświadczeniem świadomość, że nawet w obrębie duńskiego portfolio można pójść jeszcze dalej, wyżej i lepiej (vide #X), a z drugiej po kilkutygodniowym romansie z kompletnym krwioobiegiem w postaci ZenSati Angel zupełnie przeszła mi ochota na dalsze eksperymenty z nie zawsze idealnymi „kompozycjami” złożonymi z mozolnie dobieranych modeli firm trzecich, o nieraz wręcz obsesyjnej gonitwie za metaforycznym króliczkiem nie wspominając. Z Angelami w torze mam i doskonale słyszę wszystko, co słyszeć mogę, a nie to, co ktoś uznał za stosowne, bym słyszeć powinien. Dlatego też jeśli i Państwo chcielibyście kwestię okablowania Waszych systemów uznać za może nie definitywnie, co na bardzo długo, zamkniętą, to gorąco polecam Wam wypożyczenie duńskiego „black box-a” i osobistą weryfikację kompletności i skończoności brzmienia ich „anielskiej” zawartości.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Spokojnie, to nie żadne déjà vu, tylko po świetnym występie przewodu zasilającego i zworek z tej linii duńskiej marki ZenSati tylko w pozytywnym znaczeniu impulsywna decyzja zmierzenia się z kompletnym zestawem tytułowego Angel-a. Co prawda jej realizacja wymagała sporego przygotowania logistycznego, ale jak widać, dzisiejsze spotkanie jasno daje do zrozumienia, że dla chcącego nic trudnego. Trochę to trwało, jednak zakończyło się sukcesem i w trzecim podejściu z duńskimi aniołami tym razem zmierzymy się z kompletnym okablowaniem tej serii w postaci 3 sieciówek, 2 sygnałówek analogowych, 1 zestawu kolumnowych oraz 2 sygnałówek cyfrowych, czyli ZenSati Angel Power, XLR, RCA, Speaker, LAN oraz USB.
Tradycyjnie informacje o budowie produktów tej marki są bardzo zdawkowe. Wiemy tak naprawdę niewiele. Po pierwsze, że jako przewodnik wykorzystano wysokiej czystość miedź. Po drugie wykonane z tego budulca przebiegi sygnałów spleciono w firmowy wzór. Po trzecie oprócz znanych tylko producentowi materiałów na izolatory i ekrany jedną z ważnych ról odgrywa izolacja powietrzna. A po czwarte wszystkie kable finalnie ubrano w imitującą rybią łuskę, metalizowane, mieniące się miedzianym odcieniem złota, zjawiskowo prezentujące się miedziano-złote peszle. Naturalnie w celach zabezpieczenia nabywcy przed zakupem wszechobecnych podróbek każdy przewód posiada numer seryjny a zestaw testowy finalnie trafił do nas w zbiorczej prostopadłościennej skrzyni.
Co wydarzyło się po kompletnym okablowaniu mojego zestawu miedziano-złotymi aniołkami? Czy wywróciły przysłowiowy stolik do góry nogami – piję do całkowicie innego odbioru kompletnej zbieraniny w stosunku do jednej sieciówki? Choć w pewnym momencie było zaskakująco, to nic niezgodnego z pozytywnymi przypuszczeniami się nie wydarzyło. Jak zatem wypadły? Zanim przejdę do konkretów, wyjaśnię frazę „w pewnym momencie zaskakująco”. Chodzi o proces podmiany moich konstrukcji na będące bohaterami testu. Rozpocząłem do sieciowych i gdy oczekiwanie w źródle potwierdziła się chęć nabycia jednej sztuki w to miejsce, dodatkowa roszada dwóch egzemplarzy w przedwzmacniaczu liniowym nieco zmieniła ogólne postrzeganie zwarcia oferowanej energii na lekko uwolnioną w domenie krawędzi. Jednak nie był to żaden problem, bowiem Angele zastępowały bardzo wyraziste w tej materii Acrolinki 8100, które stacjonują tam celowo, aby dać przekazowi maksimum zwarcia. ZenSati przy bardzo dobrej rozdzielczości nieco inaczej podchodzą tego tematu, dlatego wynik był taki, a nie inny. Ale proszę o spokój, gdyż kolejne podmianki w znaczeniu sygnałowego XLR i kolumnowego sprawiły powrót do oczekiwanego wyniku. Wyniku opartego pełną ekspresji energię z dużym, finalnie jako pełen komplet nawet większym zaangażowaniem w ilość oddawanego impulsu przy dość jego podobnym zwarciu w stosunku do mojego codziennego kompletu. Dosadnie wyjaśniając ten aspekt gdy proces zamiany dobiegł końca, przekaz cechowało mocniejsze uderzenie muzyką z minimalnie większym udziałem wyższego basu, ale nadal z odpowiednim zwarciem i wyraźną krawędzią. Nie powiem, efekt był fajny, bowiem dostałem jakby większy drive przy niższym poziomie głośności, co sprawiało, że muzyka tętniła jakby większym życiem. Co prawda z automatu system pokazywał, gdzie masteingowcy w tak zwanych „audiofilskich” wydaniach płyt chcąc zaskarbić sobie przychylność odbiorców bardziej podciągnęli suwak z ilością muzyki w muzyce, ale nie było to męczące, ani degradujące prezentację, tylko jakby papierek lakmusowy odsłaniający kulisy powstania danego materiału. Ja tego chciałem uniknąć, dlatego mój zestaw okablowania w tym akurat aspekcie jest zamierzenie bardziej wstrzemięźliwy, ale zapewniam, z prezentacją w wersji duńskiej bez problemu mógłbym żyć. Powiem więcej, w pewnym sensie nawet mocno mnie to zaintrygowało, gdyż delikatnie zwiększyło się różnicowanie energii w podobnym pasmie brylujących instrumentów. Przy tym prezentacja nie utraciła ani krzty blasku, co sprawiało, że mimo innego poziomu wagi dźwięku, wydarzenia sceniczne rysowane były ze świetnym doświetleniem najdrobniejszych niuansów.
Na obronę ostatniej, w mojej ocenia bardzo ważnej cechy posłużę się często wykorzystywanym jako tak zwany palec Boży materiałem będący interpretację twórczości Claudio Monteverdiego krążek „A Trace Of Grace” Michela Godarda. I wbrew pozorom nie chodzi mi o udowadnianie na bazie swobody oddania wszechobecnego echa, czy magii wykorzystanego w tej muzyce zawijającego się niczym rogi górskim kozom serpentu, tylko z premedytacją i wziętą jakby z innej planety gitarę basową. To ona w wielu utworach nadaje płynność i dosadność emocji fraz muzycznych. Jej majestatyczne snucie się nad podłogą podkręcone mocnym zaznaczeniem ataku na struny powoduje, że przy dobrym odtworzeniu najzwyczajniej w świecie przechodzą mnie ciary. Niestety nie zawsze udaje się to uzyskać, gdyż czasem dana konfiguracja bardziej stawia na atak tracąc na ilości mieniącej się esencjonalnością energii, innym razem zbytnie przegrzanie dźwięku gubi bardzo ważne dla istoty tego instrumentu informacje o inicjacji pracy strun. Tymczasem mimo wspomnianego większego zaangażowania masy w wizualizację tej płyty przez okablowania ZenSati nadal dostawałem wszystko. Atak na struny, ich odpowiedź w postaci energii i powolne jej wygaszanie w zjawiskowo wypadających w postaci coraz cichszych impulsów. Powiem tak, nic dodać, nic ująć, tylko słuchać.
Co jest bardzo istotne w tym rozdaniu testowym, owo wzmocnienie poziomu dobrze kontrolowanej i wyraźnie rysowanej wagi muzyki ku mojemu zdziwieniu nie powodowało nawet najmniejszego osłabienia wyrazistości odtwarzania gatunków stawiających na agresję. Weźmy na tapet choćby grupę Nirvana i jej znakomity krążek „Nevermind”. Oczywiście w tym przypadku chodzi o zachowanie surowości brzmienia tak gitar, jak i w pewien sposób mocno skrzeczącego głosu niestety nieżyjącego już frontmena. Bez zachowania będącej znakiem szczególnym tej muzy surowości byłoby zwyczajnie nudna. A tak gitary grały szorstko, wokal boleśnie „jęczał”, co odbierałem jako miód na moje spragnione tego rodzaju grunge’owej muzy uszy. Kolejny raz nie pozostało mi nic innego, jak usiąść i wysłuchać płytę do końca, co naturalnie uczyniłem.
Czy tytułowe okablowanie stanowi remedium na wszelkie bolączki każdego zestawu? Pewnie nie, ale od samego początku jako feedback aplikacji ZenSati w tor dawka energii u mnie wpadła na tyle zjawiskowo, że nie było najmniejszego problemu ze znakomitym odtworzeniem dosłownie każdego materiału. Jak to możliwe? Otóż słowo klucz to „rysunek energii”, czyli w sukurs podkręcenia jej ilości idzie rysująca ją ostra kreska i zwarcie, co nawet w przypadku odczucia istotnej zmiany ilości in plus – tak jak u mnie – nie jest jakimkolwiek problemem, a w wielu wypadkach może być nawet efektem pożądania. Tak tak pożądania, gdyż już w tracie testu miałem kilka pomysłów, jak wykorzystałbym dobro niesione przez pełen zestaw duńskiego okablowania. Jakie? Co prawda nastawiam się na jedną sztukę, ale zdradzę, że w kilku newralgicznych punktach zastosowałbym szlifujące ostatni rys grania systemu podstawki pod wtyki sieciowe i być może na podłodze pod okablowanie kolumnowe, co codzienny sound prawdopodobnie wyniosłoby na dotychczas nieosiągalne poziomy. Czy tak się stanie? Może kiedyś, gdyż na razie finalizuję zakup gramofonu i temat na razie musi poczekać. Ale to u mnie. Odnosząc się zaś do Was powiem tak. Jeśli jesteście na skraju dróg podczas kompletowania okablowania do swojej zbieraniny audio, opiniowana dziś linia ZenSati Angel powinna znaleźć się na potencjalnej liście odsłuchowej. A to dlatego, że tryska życiem w estetyce idealnie zbudowanej modelki. Jednak nie w sensie „wieszaka na ubranie” lub „Plus size” jak to bywa u włoskich projektantów, tylko ogólnie przyjętego męskiego ideału o wymiarach 90/60/90. Intrygujące? Myślę, że tak, dlatego grzechem byłoby nie spróbować.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Ceny
Angel XLR/RCA: 26 900 PLN / 2 x 0,5m; 33 900 PLN / 2 x 1 m; 40 900 PLN / 2 x 1,5 m
Angel USB & Ethernet: 24 590 PLN / 0,5m; 29 490 PLN / 1m; 34 390 PLN / 1,5m
Angel Speaker: 89 000 PLN / 2 x 2 m; 99 000 PLN / 2 x 2,5 m; 109 000 PLN / 2 x 3 m
Angel Jumpers (Zwory): 9 900 PLN / 4 x 0,1m; 10 900 PLN / 4 x 0,2 m; 11 900 PLN / 4 x 0,3 m
Angel Power: 36 900 PLN / 1m; 40 900 PLN / 1,5m; 44 900 PLN / 2m
Idąc za informacjami organizatora niniejsza relacja jest zarazem naszą ostatnią z wstawy odbywającej się w kultowym dla wielu audio-freaków punkcie Monachium. Powodem oczywiście jest decyzja zarządu o przeniesieniu imprezy do Wiednia. Na jak długo? Teoretycznie na stałe, a jak będzie, tak naprawdę pokaże czas. Zanim jednak się o tym przekonamy, w dzisiejszym spotkaniu postaram się przybliżyć tegoroczny miting z mojej perspektywy. Co ciekawe, do ostatniej chwili bez wyraźnego motywu przewodniego, co sprawiło, że poszedłem na żywioł i odwiedzałem tylko pokoje przyjazne tak od strony wizualnej, jak i obłożenia. W pierwszym przypadku unikałem wykluczających satysfakcjonujące zdjęcia ciemni, zaś w drugim chodziło o podobnie działający tłok. Rozwijając przy okazji drugi przypadek mam swoje przemyślenia. Otóż ostatnie lata niestety są dziwne. Jestem pewien, że wielu osobników odwiedzających targi w teoretycznie zamkniętym dla cywilów terminie ewidentnie nie jest branżą, gdyż ich zachowanie w stosunku do wystawianych systemów ewidentnie pokazywało pozbawione załatwienia czegokolwiek intencje zwykłego, zaproszonego li tylko w ramach podziękowań branżystów oglądacza. A wiecie co oznacza w tych dniach niemający racji bytu tłum „oglądaczy i macantów”? Jest ciasno i co chwila jakiś delikwent wchodzi w światło systemu, żeby po obejrzeniu zestawu z odległości 0.5 metra przy okazji zahaczając kurtką (2,5€ za szatnię to wydatek przekraczający jego zdolności finansowe) o komponenty zrobić sobie pamiątkowe selfie smartfonem. Jak można zatem się domyślić, takie postawienie sprawy spowodowało, że po prostu po latach męczącej fizycznie, bo teoretycznie mającej zadowolić coraz mniejszą grupę czytelników spinki – ludziom wystarcza internetowa bylejakość zrobiona telefonem bez jakiejkolwiek informacji co i jak, bo z czystego lenistwa nie lubią czytać, wrzuciłem na tak zwany luz i wiedziony przed momentem przywołanymi motywami z jednym przewodnim założeniem poddałem się czystemu przypadkowi. Co to za założenie? Otóż tym razem pomyślałem, że na ile pozwolą mi wynikłe podczas odwiedzin okazje, postaram się stworzyć ostatnimi czasy będący na fali wątek patriotyczny. Nie będzie to nic specjalnego, bowiem spróbuję jedynie w kilku słowach w osobnej serii zrelacjonować spędzony u odwiedzonych przeze mnie rodzimych wystawców czas. Niestety nie wszystkich rodaków udało mi się odnaleźć, ale kilka ciekawych nadwiślanych bytów odwiedziłem, co nawet rasowych oglądaczy poza rzutem okiem na zdjęcia mam nadzieję zachęci do zapoznania się z poniżej luźno skreślonym tekstem. Tym bardziej, że jak rzadko kiedy poświęciłem na to sporo czasu chaotycznie błądząc po totalnie nieczytelnie oznaczonych alejkach kilku hal naszpikowanych małymi budkami imitującymi pokoje. Powoli zbliżając się do końca akapitu rozbiegowego chciałbym zwrócić uwagę na jedną bardzo ważną sprawę. Otóż zalecam wzięcie moich wynurzeń z lekkim przymrużeniem oka. To jest wystawa, która mimo najszczerszych chęci będących tematem danego pokoju podmiotów zawsze serwuje wiele problemów. Mowa oczywiście o w pierwszej kolejności wymagających wielu starań adaptacyjnych pomieszczeniach, zaś w drugiej o częstej przypadkowości zestawienia danej konfiguracji jako wynik zrzutki na horrendalnie drogi wynajem powierzchni wystawowych. Do tego dochodzi częsta przypadkowość słuchanego w momencie odwiedzin, nie do końca pokazującego zalety zestawu, repertuaru i mamy prosty przepis na potencjalną wpadkę. Dlatego tak ważne jest unikanie zero-jedynkowej oceny opisywanego pokoju na bazie skażonych naturalnymi czynnikami podobnych spędów opisów, o co szczególnie proszę. Wszystko jasne? Zatem zaczynamy. I jeszcze jedno. Z uwagi na mnogość producentów widniejących na zdjęciach i brak dokładnej wiedzy co aktualnie grało lub jedynie się statycznie prezentowało, nie będę robił wyliczanek sprzętowych, tylko zastany kram będę opisywał nadając tytuł danemu akapitowi posiłkując się najbardziej znanymi markami. Tak więc teoretycznie pominiętych wystawców proszę o wyrozumiałość. Ok. Teraz możemy startować.
1. LUMIN
Tę prezentację tak naprawdę odwiedziłem z czysto osobistego powodu. A była nim zapowiedź przedstawienia nowości w postaci flagowego transportu plików. Co prawda taki sposób obcowania z muzyką nie jest dla mnie priorytetem, jednak istotność w obecnych czasach posiadania tego typu źródła sprawiła, że w moim systemie wylądowała najprostsza tego typu konstrukcja U2 Mini. A jeśli tak, naturalną koleją rzeczy była pewnego rodzaju ciekawość, co pokaże będąca głównym daniem w tym pokoju nowość w postaci transportu Lumin U2X. Efekt? Niewiadomy, bowiem jak to zwykle bywa, przewrotny los pod postacią wystawców zadecydował, iż podczas mojej bytności grał T3X z L2-ką i AMP-em z zestawem kolumn Wilson Benesch Horizon subwooferem IGx oferując nieco zbyt lekkie jak dla mnie podejście do masy dźwięku, co notabene w DNA Lumina jest rzadko spotykane. A U2X stal niemy na dedykowanym stendzie. Jedno jest jednak pewne, z wielką chęcią sprawdzę jego możliwości we własnym systemie.
2. KIKROMA, ENGSTROM, TechDAS
Tak naprawdę wizyta tutaj to całkowity przypadek, bowiem zanętą była szumna zapowiedź gramofonu TechDas Air Force 4. Co prawda banerową w oknie pokoju i stojącą za sprzętem, ale myślałem, że jak o czymś się od wejścia wręcz krzyczy, bez względu na formę takowe zapowiedzi się realizuje. Niestety tak jak znakomita większość tegorocznych analogowych konstrukcji, tak i japońska nowość tylko spokojnie stała, a pokaz obsługiwały modne wszędzie tam, gdzie wystawcy szli na łatwiznę pliki. Czy żałowałem decyzji odwiedzenia tego pokoju? Bynajmniej, gdyż finalnie okazało się, że zazwyczaj pomijane przeze mnie na tego rodzaju imprezach kolumny podstawkowe zagrały z wielką klasą. A chodzi o duże poczucie luzu w ich graniu, co było feedbackiem unikania udawania większych niż są i tym samym rezygnacji z podkręcania emocji w dolnym zakresie. Tutaj jak na monitory kolumny były spore, dlatego w średnim wielkościowo, do tego mającym problemy z basem pokoju dostałem dźwięk trafiony w fajny brzmieniowo punkt, czyli z dobrą podstawą dolnego zakresu, soczystym środkiem dźwięczną górą, ale najważniejsze, że z dużą swobodą podania. Przyznam, iż po początkowym zniesmaczeniu milczeniem gramofonu, zaproponowany sound był sporym pozytywnym zaskoczeniem.
3. Kharma
Jak gra Kharma wie prawie każdy z nas. Jednak musi być to pokaz producenta, bo w innym przypadku choćby podczas występu sprzed kilku lat – kolumny były tylko dodatkiem, a nie clou programu – bywa różnie. Tym razem jednak była full opcja. Z nieco innym brzmieniem od zapamiętanego sprzed lat, ale nadal ciekawa. W czym problem. Trochę zabawek Kharmy, trochę od MSB, Accuphase oraz Goldmunda i dostałem pewnie spowodowaną niespecjalnie odpowiednim dla mnie materiałem nieco mniej wyrazistą w dobrym tego słowa znaczeniu ekspresję wizualizowania soczystego świata muzyki, aniżeli jestem przyzwyczajony. Na tle dawnych pokazów było mniej blasku w muzyce. Osobiście dodatkowo bym ją nieco podtuczył, ale to ja. Jednak zdając sobie sprawę, iż producent ma zaskarbić sobie jak największą paletę potencjalnych zainteresowanych nabyciem jego zabawek, dlatego rozumiem takie podejście do tematu. Podejście, które oczywiście da się spokojnie ukierunkować na swoją modłę stosowną konfiguracją systemu.
4. Grandinote
Tutaj spotkałem się z pewnego rodzaju standardem. Oczywiście w pozytywnym wydaniu. Nie było znaczenia, czy panowie grali głośno, czy cicho, dźwięk zawsze mieścił się w pokoju bez efektów pobudzania szkodliwych rezonansów, ale przy tym z pełną esencjonalnością brzmienia. Pomysłem na taką prezentację w dużej mierze jest skonstruowanie wysokoskutecznych kolumn na bazie głośników szerokopasmowych praktycznie bez zwrotnicy – mamy bodajże jeden opornik na gwizdku. Taki stan rzeczy powoduje, że dźwięk jest i szybki i po dobrym skonfigurowaniu okablowaniem esencjonalny, czyli dający to, czego wymagają prawdziwi melomani, muzykę ponad wszystko. Dlatego podobnie jak robię co roku, także tym razem wpadłem do Włochów na dłużej, aby uspokoić skołatany słuch chcącymi minie ogłuszyć prezentacjami konkurencji.
5. LORENZO
Te odwiedziny kolejny raz były wynikiem chęci posłuchania zawsze stojącego u mnie na pierwszym miejscu gramofonu. W tym przypadku chodziło o werk spod ręki znanego speca od znakomitych ramion SAT. Dość zwarta bryła oraz napęd bezpośredni pośród analogowej braci mają bardzo wielu zwolenników. Problemem jest jedynie cena, którą z szacunku dla Was pominę. Jednak abstrahując od niej, gdyż tak naprawdę był to pokój producenta kolumn, zaproponowany dźwięk dla mnie osobiście zbyt mocno determinowały falowody podnoszące pewnego rodzaju agresywność przekazu. Być może zbyt blisko siedziałem, dlatego należy wziąć na tę obserwację sporą poprawkę. Jeśli jednak miałbym określić brzmienie na podstawie tej wizyty, było nader ostentacyjnie w ekspresji. I nie pomógł w tym nawet gramofon i uważane za przyjemnie grające monobloki marki Ypsilon.
6. ZenSati, VITUS AUDIO, SV AUDIO
W tym roku kablarska marka ZenSati ze swoją flagową serią „X” nieco przearanżowała system wystawowy stawiając na moc duńskiego specjalisty Vitus Audio oraz soniczny kunszt wspomaganych aktywnymi modułami basowymi także skandynawskich kolumn SV Audio. Efekt? Nie ma co deliberować, był ogień. Jednak myślę, że chcąc pokusić się o bardziej intymne, jednakże nadal pełne ekspresji doznania wizytujących salę gości spokojnie można było wyłączyć tak zwane „burczybasy”. Sala duża, przez to podłoga mocno rezonowała, co w zaproponowanej konfiguracji dawało efekt zderzenia z koncertem AC/DC w małym pomieszczeniu z nastawieniem na zdmuchnięcie słuchacza. A przecież na wystawę przybyli ludzie poszukujących różnego rodzaju emocji i zazwyczaj tych kojących duszę, a nie bazujących na burzeniu murów. Niemniej jednak to co spotykało nas po wejściu do mekki ZenSati było fajne, bo jakieś. Owszem spontaniczne, jednak dziki temu długo pozostające w pamięci, a nie nazbyt spokojne skazując pokaz na szybkie zapomnienie.
7. Magico
Ten pokaz spokojnie mogę opisać w formie anegdoty. Otóż przed wyjazdem do Monachium znajomy poprosił mnie o przysłuchanie się brzmieniu najnowszych kolumn Magico. Jak widać na fotkach na tle oferty tego podmiotu ewidentnych maluchów. W odpowiedzi bazując na zeszłorocznej wystawie natychmiast skontrowałem prośbę, że to może być trudne, bo zależy w co je ubiorą. I wiecie co? Moje przypuszczenie się ziściło. Na tyle zabawnie, że opisując potem ich występ w pierwszym zdaniu powiedziałem znajomemu, jak mogę wygłosić coś wiążącego, gdy kolumny były tańsze od najtańszego komponentu toru prawdopodobnie z okablowaniem włącznie. Czujecie sytuację? Oczywiście zainteresowany zatrybił w czym rzecz i bez urazy stwierdził, że nie było tematu. Ale, zapewniam, jestem daleki od deprecjonowania dźwięku z tego pokoju. Przecież najważniejsze jest zrobienie dobrego wrażenia, a to wypadło znakomicie. Naturalnie kolumny udawały dwa razy większe niż są, jednak dzięki wyszukanej elektronice VADAX-a i wzmocnieniu Pilium-a zagrały bez zadyszki w pełnym spektrum repertuaru. Mocno, z drive-m i swobodą, normalna ściana burzącego domy dźwięku, co co prawda nic nie mówiło o bohaterkach tego wydarzenia, ale bez dwóch zdań zapewniało uznanie po brzegi wypełniających pokój gości ze mną włącznie. Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz i to się znakomicie udało. A potencjalny nabywca i tak weźmie je do siebie, aby sprawdzić we własnym systemie. Zatem nieco z ironią, ale oceniam te wizytę za ciekawą, bo oprócz fajnej propozycji dźwięku potwierdzającą wiedzę wystawcy jak z sukcesem poradzić sobie w tak trudnych warunkach lokalowych.
8. MARTEN, AUDIA FLIGHT
Ten tandem zapewniał wszystko. Nie było muzyki, która miałaby problem ze swobodnym nie tylko oddaniem zapisanych w niej zamierzeń artysty, ale przy okazji wypełnieniem zawsze zatłoczonego pokoju. Jednak oprócz zapewnienia nam zjawiskowego dźwięku było to oficjalne powołanie do życia nowego modelu kolumn Marten Quintet Extreme. W celu zapewnienia im dobrego występu wykorzystano znaną mi elektronikę włoskiej marki Audia Flight, która swoim zapasem mocy w sumie pozwalała na wszystko. Co to oznaczało biorąc pod uwagę zmiany priorytetów marki w zastosowaniu głośników, czyli pełne zawładnięcie sekcjami wysokotonową i średnio-wysokotonową sekcji przez głośniki na bazie berylu zamiast ceramiki i diamentu? Ogólnie przekaz brzmiał spójnie i nie oszukujmy się bez dwóch zdań dobrze. Jednak mając na co dzień diamentowe głośniki w górnym i środkowym pasmie wiem, iż beryl daje nieco inną estetykę projekcji tych zakresów. Dla mnie wspomniana roszada na tle starszych konstrukcji spowodowała coś na zasadzie zmniejszenia bezpośredniości dobiegającego do słuchacza dźwięku, a przez to namacalności realiów słuchanej muzyki. Ale zaznaczam, to są odczucia bazujące na odsłuchach podczas wystaw, zatem obciążone sporymi niewiadomymi, dlatego raczej gdybam, aniżeli feruję opinię. Co by jednak nie pisać, podczas tej wizyty obyło się bez jakichkolwiek oznak niedomagań tak w dziedzinie energii, rozdzielczości i kontroli, czyli jak na warunki wystawowe znakomicie.
9. Aries Cerat
Ten producent jak niewielu na tej wystawie jest rozpoznawalny od pierwszego kontaktu wzrokowego. A powodem jest rozmach i pewnego rodzaju dziwaczność oferowanych konstrukcji. Gdy zerkniecie na zeszłoroczną relację, zobaczycie, iż tym razem zamiast zbudowania głośników na bazie bryły rodem z silników Boeinga z zachowaniem skali prawie 1:1 Cypryjczycy przywieźli do Monachium coś na kształt wielkiej białej ściany z wystającymi dwoma tubami i pakietem basowców z boku. Rozmiar tych konstrukcji nie pozostawiał złudzeń, iż to zabawki nie tylko dla majętnych, ale także posiadaczy wielkich salonów, aby dźwięk wydobywający się z tych megafonów zdążył się zebrać w spójny przekaz. A to dopiero początek wyzwań, gdyż w podobnym rozmiarowym tonie budowana jest elektronika i widniejący na zdjęciu mega wielki gramofon. Nie ma się co oszukiwać, to czyste szaleństwo. Jednak jeśli to trwa od jakiegoś czasu i zmieniają się tylko formy ubrania zabawek w stosowne obudowy, w tym szaleństwie musi być sprawdzająca się biznesowo metoda. Inaczej po jednej lub dwóch wystawach nawet najfajniejszy projekt od strony finansowania swoich pomysłów bez jakichkolwiek ograniczeń by się nie obronił. Jak to wypadło sonicznie? Tak jak wygląda, czyli nie pozostawiało jeńców. Szybkość, bezpośredniość i energia zdmuchiwały włosy z głowy. I co ciekawe nie krzykiem, tylko naturalnie w estetyce tuby ścianą muzyki. Niestety jak wspominałem, takie zabawki są tylko dla wybrańców. I dodatkowo z mocno tolerancyjnym poczuciem estetyki, bowiem gdy elektronika spokojnie broniła się designem, to kolumny od strony poczucia piękna naprawdę były wymagające. Na szczęście najważniejszy był dźwięk, zatem przywołany przed momentem problem jakby nie istniał.
10. Gauder Akustik, Octave
To było lekkie zaskoczenie. Od pierwszego kontaktu wzrokowego wiedziałem, że coś jest nie tak – mowa o podobieństwie do moich Berlin RC-11. Chodziło o rozmiary, które determinowało zastosowanie nieco innych wizualnie przetworników basowych – większych, z inną osłonką w centrum membrany oraz resorem. Gdy zrozumiałem, że to zapowiadany gdzieś w niezobowiązujących rozmowach z dystrybutorem wyższy od mojego model Berlina RC-15, z wielkim oczekiwaniem na finalny wynik brzmieniowy usiadłem w centralnym miejscu pokoju. Efekt? UF, nareszcie mogę napisać, że Gauder zagrał na miarę moich wstępnych oczekiwań. Dlaczego wstępnych? Powodem takiej sytuacji naturalnie było wzięcie poprawki na warunki i zamierzone strojenie pod nie systemu – celowo zastosowano mocną, ale jednak lampę Octave, żeby bas był bardziej soczysty, co później potwierdził nasz dystrybutor w rozmowie z konstruktorem. Chodziło mianowicie o nieco okrągławą, teoretycznie przyjemną, bo będąc pod pełną kontrolą przyjemnie masującą trzewia estetykę podania. Estetykę. która mogła się podobać tłumowi, jednak dla mnie była daleka od osobiście preferowanej. Jednak bez względu na to z całą świadomością stwierdzam, że dawno takiego Gaudera w akcji nie słyszałem. Prezentacja na każdym poziomie głośności była spektakularna. Myślę, że także w oczach konstruktora zbytnio obciążona spełnieniem założeń wystawowych, ale pełną gębą nie pozostawiająca złudzeń, co wydarzy się po dopracowaniu docelowego systemu i ustawieniu kolumn w odpowiednio zaadoptowanym pomieszczeniu. Po prostu będzie killer. Już teraz słychać było ogólną swobodę podania muzyki ze zjawiskowością zakresu środka i centrum pasma, to co wydarzy się po perfekcyjnej aplikacji docelowego toru w rozumieniu prowadzenia dolnego zakresu? Nie pytajcie, już mnie ściska w dołku, że choćby z racji wielkość 15-ki są poza moim zainteresowaniem o cenie nawet nie wspominając.
11. VTL, Wilson Audio
Powiem tak. Mimo, światowego szaleństwa na punkcie Wilson Audio chcąc je postawić u siebie na stałe musiałbym tchnąć w nie nieco więcej soczystości. Owszem, lubię szczyptę papieru w grze systemu, jednak jej wydanie w wersji zza wielkiej wody jest dla mnie nazbyt determinujące jego finalne brzmienie. A jeśli tak, naturalną koleją rzeczy szukałbym dla nich partnerstwa w postaci czegoś na bazie lampy. Oczywiście chcąc spełnić ich zapotrzebowanie na prąd do swobodnego grania mocnej, choćby takiej, jaką zastałem w tym muzycznym przybytku. Mogłyby być choćby stojące na zdjęciach pomiędzy kolumnami referencyjne monobloki równie dobrze rozpoznawanego przez każdego adepta zabawy w zaawansowane audio producenta VTL. Powód? Po prostu w wydaniu wystawowym bez problemu prowadziły wielkie kolumniszcza przez najtrudniejsze kawałki muzyczne pokazując przy tym, że Wilsony potrafią zagrać płynniej, z większą ilością body, zachowując przy tym odpowiednią szybkość zmian tempa odtwarzanego materiału. W moim odczuciu było to bardzo dobre pokazanie, jaką lampą nakarmić amerykańskie zespoły głośnikowe, aby wtrącając do przekazu swoje trzy grosze niechcianym rykoszetem nie zabiła ich rozpoznawanego przez szerokie grono wielbicieli sznytu grania.
12. Vitus Audio, Göbel
Analiza wystawowych poczynań duńskiego Vitus Audio jasno pokazuje, że co roku spina swoje zabawki z innymi zespołami głośnikowymi. To z jednej strony jest ciekawe zagranie, bowiem w pewien sposób pokazuje uniwersalność swojej oferty, jednak z drugiej bardzo ryzykowne, gdyż stwarza warunki do nadziania się na przysłowiowego „Zonka”. Często z jakiś przyczyn zestaw zwyczajnie nie zgra się brzmieniowo i niby wszystko jest ok, ale muzyki z tego nie ma. Jak oceniam poprzednie prezentacje popularnego Vitka, za pomocą wyszukiwarki znajdziecie w stosownych relacjach, jednak jedno jest pewne, ostatni miting na tle dotychczasowych dla mnie był najlepszym. Powodem jest ożenek z kolumnami marki Göbel, które dotychczas z jakiś powodów mi nie podchodziły. I nie było znaczenia, czy posiłkowały się wysokotonowym głośnikiem plazmowym, czy wstęgą, zawsze miałem im sporo do zarzucenia. Tymczasem w wydaniu tegorocznym z setem Vitusa zgrały się znakomicie. Zdaję sobie sprawę, że w dobrych warunkach można jeszcze znacznie lepiej – o tym w osobnym akapicie zdającym relację z wyprawy do fabryki, ale dla mnie w odpowiednim miejscu wystawowego pokoju bas był zjawiskowy. Szybki, różnorodny, sprężysty, czyli taki jak lubię. A jak z resztą częstotliwości? Na jego tle choć również świetnie, to w wartościach bezwzględnych jednak mniej wyczynowo w rozumieniu pozytywnym, ale to zapewne pokłosie zbyt bliskiego pola podsłuchu spowodowanego rozmiarem lokalu. Tak duży falowód wymaga pewnej odległości, a na taką nie było zwyczajnie szans. Niemniej jednak wizyta w tym przybytku audio poskutkowała zakwalifikowaniem zestawu do postawienia na przysłowiowym pudle zwycięzców. Będąc szczerym, bez ogródek powiem, że nie spodziewałem się aż tak świetnego grania.
13. Peak Consult
Tym razem znany nam bardzo dobrze duński Peak Consult do zasilenia swoich konstrukcji wykorzystał kompletny system od źródła po wzmocnienie CH Precision. Połączenie wypadło udanie, gdyż zasilający kolumny mocarny piecyk pozwalał na bezproblemowe zagłuszenie dochodzących dudnień z zewnątrz pomieszczenia, przy zachowaniu rozdzielczości i unikaniu przerysowania wyrazistości przekazu. To w tym przypadku bardzo ważne, gdyż elektronika przywołanego producenta gra raczej po lżejszej stronie mocy, co w przypadku złych konfiguracji wypada różnie. W tym konkretnym przypadku przedstawiciele marki Peck Consult wiedzieli z czym się łączą i jak napisałem, efekt był zjawiskowy. Granie mocne, esencjonalne i z dobrym konturem, co w rezonującej nawet od głosu ludzkiego wystawowej „budce” było nie lada udanie zrealizowanym zdaniem.
14. Kawero, YPSILON
Tak naprawdę sam nie wiem, co mnie do tego pokoju zaciągnęło. Myślę jednak, że chyba podprogowe przekonanie się, czy tytułowe kolumny grają mniej wyczynowo, aniżeli miałem okazję zderzyć się z nimi w innych pokojach z inną elektroniką. Jak wypadły? Nieco się uspokoiłem, bo było znacznie bardziej cywilizowanie. Jednak natychmiast na myśl przyszło małe „ale”. Kolumny z ceną z kosmosu, tona zajmującej całą przestrzeń pomiędzy nimi elektroniki z tej samej planety w odniesieniu do życzeń ilości środków płatniczych, a dźwięk choć przyjemny, ale jakiś zwykły. Bez emocji, a jedynie poprawny i do tego czasem poddudniający na basie. To ostatnie jeszcze mogłem zrozumieć, bo znam soniczne realia monachijskich lóż, ale reszta? Kolumny co prawda spore, ale Göbel u Vitusa postawił jeszcze większe, a przekaz tryskał ewidentną ponadprzeciętnością. Być może o czymś nie wiem, dlatego nie będę się nad tym setem więcej pastwił. I tak potencjalny zainteresowany zaprosi producentów do siebie i sam się przekona co i jak. Wystawy jednak nie zaliczałbym do udanej.
15. CESSARO
Ten pokaz wielkich kolumn tubowych odebrałem z pewnym niedosytem. I nie chodzi o lekkie przewymiarowanie wirtualnych bytów, bo to cecha tego rodzaju zespołów głośnikowych i w tym konkretnym przypadku podkręcana brakiem odpowiedniej odległości od kolumn. Bardziej dziwił mnie mocny nalot celulozy w dźwięku. Niby wszystko podane było z odpowiednim drive-m i rozmachem, bo przecież to wielgachne tuby, ale w eterze cały czas wyczuwalna była jakby lekka mgiełka. Źródła pozorne czasem cechowało niemające sensu uplastycznienie, co dodatkowo potęgowało także podkolorowane papierem tło pomiędzy nimi. Jednym słowem dla mnie było za spokojnie i za papierowo. Przynajmniej w tegorocznej odsłonie, bo nie raz i nie dwa słyszałem podobnie rozbudowane zestawy tego producenta w zgoła innej, czyli pozbawionej opisanego efektu estetyce. Wpadka? Nie sądzę, raczej wystawowe realia i ich nieprzewidywalność podczas konfigurowania zestawu.
16. CLARISYS AUDIO
To moje pierwsze spotkanie z tym producentem. Jak unaoczniają fotografie, sprzętu po horyzont tak w odniesieniu do szerokości, jak i głębokości, czyli powinno mnie zdmuchnąć zjawiskowym dźwiękiem. Tymczasem przekaz budowany był od ściany do ściany i nawet dość głęboko, jednak bez wyraźnego rysunku odbywających się na scenie wydarzeń. Źródła wielkie i lekko rozmyte, energia basu nieadekwatna do wielkości zespołów głośnikowych (zbyt mała) o artefaktach typu rozwibrowanie membrany wielkiego bębna w znanej chyba wszystkim pieśni „Misa Criolla” wykonywanej przez Mercedes Sosę nie wspominając, a całość delikatnie przykryta oddzielającą słuchacza od sceny woalką. Owszem, rozmach prezentacji zjawiskowy, jednak dla mnie to zbyt mało, bo nawet na tej wystawie słyszałem ciekawiej wypadające w kwestii smaczków tego typu systemy. Ale żeby nie było, nie jestem żadną wyrocznią i nie twierdzę, że to totalna wpadka, bowiem nawet podczas tej wizyty widziałem wielu w pełni usatysfakcjonowanych słuchaczy, co pozwala mi domniemać, iż to zwyczajnie nie moja bajka. Jeśli jednak nausznie zakosztowałem jej treści, postanowiłem skreślić kilka osobistych, tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli, w żadnym wypadku wiążących Was spostrzeżeń.
17. NEO HIGH END, AUDIO SOLUTION, QUALITON
Tytułowych speców od stabilizacji elektroniki zza naszej południowej granicy (Słowacja) z pewnością znacie. Oczywiście dlatego, że często ich odwiedzamy na wystawach i niewiele brakowało, a ubrałbym się w ich ofertę. Ofertę dającą pozytywnego kopa dźwiękowi po zastosowaniu jej pod posiadany system. Jednak tym razem nie było to jedynie kurtuazyjna wizyta w celu pooglądania przepięknych modułowych stolików, ale spotkanie w szerszym gronie ze znanymi nam także kolumnami litewskiego Audio Solution i lampowym sprzętem generującym dźwięk spod znaku Qualiton. Jak oceniam to niezobowiązujące wdepnięcie na muzyczny miting? Powiem bez ogródek, kolumny z litewskim rodowodem mają to do siebie, że nie boją się nie tylko warunków lokalowych – patrz występ w zeszłym roku z gramofonem Benny Audio, ale także sterujących nimi konstrukcji oraz repertuaru. Jednym zdaniem potrafią zagrać wszędzie, ze wszystkim i każdy materiał z mocnym rockiem włącznie. Wiem, bo podobnie do poprzedniej wystawy system z nimi w roli głównej zabrzmiał bez jakichkolwiek problemów. Jak można się domyślić ze sznytem lampy, bo takie było wzmocnienie, ale bez ograniczeń w rozdzielczości i energii. Naturalnie też bez poszukiwania wyczynowości, ale zrozumiałym jest, że małe kolumny, kolorowa amplifikacja i gipsowy domek nie są najlepszym wyborem do prezentacji na poziomie absolutu. Miał być dźwięk dla tak zwanego ludu i taki w dobrym wydaniu był.
18. KUZMA
Jak widać kolejna prezentacja statyczna. Co poeta miał na myśli kwalifikując tego producenta do relacji? Chodzi o odczarowanie postrzegania marki poprzez pryzmat najtańszego modelu gramofonu popularnie zwanego „zemstą hydraulika”. To na pierwszy rzut oka dwie banalne, stykające się w literkę T mosiężne rury jako platforma nośna dla talerza i ramienia. Przynajmniej tak widzi to większość osobników parających się zabawą w gramofon. Tymczasem rozmawiamy o stosunkowo skomplikowanej konstrukcji. Jednak ten akapit nie ma na celu udowadniania, że akurat wspomniany model jest the best, tylko prezentowaną serią zdjęć pokazać, że Franc Kuzma swój wkład w rozwój tego działu analogu oferuje również innych, bardziej przyjaznych wizerunkowo dla Kowalskiego modelach. Mamy i mosiądz, drewno, aluminium, POM połączony z akrylem, czyli do wyboru do koloru tak w kwestii aparycji, jak i zaawansowania technicznego.
19. ESPRIT
Nie powiem, jak na stosunkowo niedużą markę, francuski Esprit podszedł do tej wystawy na poważnie. A to dlatego, że oprócz zorganizowania zjawiskowo prezentującej się oferty kablowej, zapewnił potencjalnym zainteresowanym jego konstrukcjami nieduże, ale jednak dające szanse zapoznania się z ich możliwościami pomieszczenie. Gdy do niego wszedłem, zaliczyłem fajne zaskoczenie w postaci nowego modelu kolumn Lisa – większe siostry testowanych przez nas niegdyś Amelii oraz sekcji pre-power Karan-a. Naturalną koleją rzeczy całość systemu połączono firmowym okablowaniem. Przyznam szczerze, że natychmiast po pozytywnym zaskoczeniu widząc tak wyrazisty brzmieniowo konglomerat audio na myśl przyszła także lekka obawa. Jej powodem była oczywiście znajomość estetyki grania współpracujących komponentów, która oscyluje wokół zjawiskowej wyrazistości. Bez tak zwanego krzyku, ale jednak muzyka rysowana jest dość bezpośrednio. Tymczasem nie wiem, jak wystawca to zrobił, ale mimo grania całej konfiguracji tak jak ją zapamiętałem z testów, odbiór był zaskakująco pozytywny. Owszem, rysunek źródeł pozornych i kontrola dźwięku nosiły znamiona mocnej kreski, jednak dzięki dobremu wypełnieniu przekazu całościowo wypadało to zjawiskowo. Zawsze staram się unikać takich fajerwerków, gdyż zalatuje to przerysowaniem wizualizacji, ale przyznaję się bez bicia, że z estetyką wystawowego systemu mógłbym spokojnie żyć na co dzień.
20. Wilson Benesch, Karan
Kolejna udana prezentacja Karana. Co prawda tym razem znowu jako dawca sygnału do będących tematem przewodnim tego pokoju kolumn Wilson Benesch, ale bez dwóch zdań Karan ponownie zapewnił zespołom głośnikowym niezbędną dawkę mocy, aby sprostać wszelkiemu materiałowi muzycznemu. Jedyną różnicą w stosunku do występów z francuskimi Espritami była będąca efektem brzmienia kolumn WB, leżąca po drugiej stronie barykady w odniesieniu do esencjonalności estetyka grania większym mięsem i minimalnie luźniejszą, kreską. Ale nie luźniejszą w sensie problemu, tylko bardziej przyswajalną przez znakomitą większość melomanów. Z Espritami było wyczynowo, a wiadomym jest, że na jakiekolwiek, nawet najfajniejsze fajerwerki trzeba być przygotowanym emocjonalnie, dlatego bardzo ciekawym wnioskiem z porównania tych dwóch pokoi jest umiejętność poradzenia sobie w diametralnie różnych systemach tej samej sekcji wzmocnienia. Tam grało wyraziście, a z Wilson Benesch równie zjawiskowo, jednak z większą nutą płynności i lubianej przez wielu z nas gładkości. Jeśli jednak ktoś nie rozumie, co chciałbym powiedzieć, chodzi o to, że francuskie kolumny grały w swoim, czyli dosadnie rysowanym stylu, a brytyjskie będąc znakomitą przeciwwagą w swoim, czyli mocniej dawkując masę, i krągłość przekazu.
21. Electrocompaniet, Ø Audio
Ta wizyta była odpowiedzią na prośbę znajomego, aby posłuchać jednych z widniejących na zdjęciach kolumn. Niestety dla niego, w momencie moich odwiedzin grały największe modele, czyli bez szans na zmieszczenie się w jego pokoju smoki. Jednak jeśli już w tym przybytku zawitałem, niezobowiązująco rzuciłem uchem na prezentację. Pierwsze spostrzeżenie to mocny nalot wielkiego falowodu. Oczywiście nie jest żadną wadą, tylko konsekwencją konstrukcyjnych wyborów, ale myślę, że spory udział tak dosadnym wpływie na finalne brzmienie miało zbyt bliskie pole odsłuchu. Zestaw ustawiono na szerokiej ścianie, co powodowało dramatyczne skrócenie odległości od przetworników. Ale i tak gdybym miał ocenić usłyszany pokaz, powiedziałbym, że system grał solidną, w pełni kontrolowaną, z nieposkromioną energią dolnego zakresu, nasyconym, ale mocno papierowym środkiem i ekstremalnie transparentną górą. To było zjawisko. Jednak z racji wspomnianych przyczyn lokalowych w wydaniu wystawowym zbyt wyczynowe. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, zbyt wyczynowe dla mnie, a to diametralnie zmienia postać rzeczy, gdyż razem ze mną w pokoju było kilka innych osób i w ich oczach widziałem ewidentny błysk pożądania. W sumie się nie dziwię, bo to nie było złe, tylko nie w mojej. estetyce granie. A dodatkowo trzeba zaznaczyć, że wystawy często przerysowują wynik soniczny, co z dużym prawdopodobieństwem w tym przypadku miało miejsce. Resumując nie żałuję tej wizyty, bo gdy spotkam się ze znajomym, jednak będę miał coś do powiedzenia.
22. Göbel – fabryka
Co prawda to podobno było tradycją, jednak w tym roku na zakończenie pierwszego dnia wystawy po raz pierwszy zostałem zaproszony do fabryki stacjonującego pod Monachium producenta Göbel Audio. Gdy podchodziłem do tej marki w warunkach monachijskiej imprezy, zawsze mniej lub bardziej w brzmieniu jej produktów coś mnie uwierało. A to zbyt dużo basu, a to nazbyt bezpośrednia praca sekcji średnio-wysokotonowej, zawsze coś. Nawet w dziś opisywanej edycji występów tego brandu przy bardzo dobrym odbiorze całości miałem pewne uwagi. Uwagi, które naturalnie zawsze były przywoływaną przeze mnie kumulacją przeszkód w tego typu przedsięwzięciach. Na szczęście wspomniana zła passa dobiegła końca. Oczywiście był to feedback wizyty w fabryce, w której flagowe zespoły głośnikowe zagrały w profesjonalnie zaadaptowanym pomieszczeniu. Odpowiednio dużym, z dobrze wyłapanymi szkodliwymi rezonansami dolnego zakresu oraz poprawnym wyznaczeniem miejsca odsłuchowego w niezbędnej dla rozmiarów kolumn odległości od linii ich frontu. A jak widać na zdjęciach, mamy do czynienia z wielkimi smokami. Nawet mnie, na co dzień obcującego z wydawałoby się dużymi, bo osiągającymi 2 metry wysokości i 80 cm głębokości oraz ważącymi ćwierć tony zespołami głośnikowymi będące daniem głównym Göbel-e wizerunkowo wręcz przytłaczały. Jednak jak się finalnie okazało, dzięki odpowiednio przygotowanemu popieszczeniu wraz ze znakomitym wysterowaniem przez równie monstrualny rozmiarowo duński piec Vitus Audio w kwestii prezentacji wypadły odwrotnie proporcjonalnie, czyli z rzadko spotykaną lekkością w nawet najbardziej wymagającej muzyce. Rozmach, energia, zejście wraz z kontrolą najniższego basu i granie od tak zwanego „niechcenia” w dobrym tego sowa znaczeniu porażały. Na tyle dobitnie, że do dziś mam lekki zgryz, jak oszukać fizykę, aby coś w tym stylu u siebie osiągnąć. Oczywiście nie poddaję się i pchany tym doświadczeniem podjąłem pewne próby korekty akustyki mojej samotni w kierunku uzyskania podobnego efektu choćby w kwestii lotności dźwięku. Czy się uda, nie wiem. Wiem jednak, że opisywany zestaw co prawda poza terenem wystawy, ale dla mnie był bezdyskusyjnym dźwiękiem tej imprezy.
Nad brzmieniem drugiego zestawu w fabryce nie będę się rozwodził, gdyż na tle flagowca co prawda ciekawie, ale jednak zwyczajnie udawał, że potrafi zdziałać cuda. Niestety po usłyszeniu możliwości wielkich klepsydr nic tego wieczoru nie brzmiało już na miarę moich rozbudzonych oczekiwań. Nawet jeśli w odniesieniu do rozmiarów zestaw wypadał równie ciekawie. A nie będę ukrywał, że grał fajnie, tylko nie miał szczęścia i był drugi w kolejce, co sprawiło, że nie ze swojej winy stał na przegranej pozycji. Naturalnie w stosunku do zjawiskowości prezentacji w wydaniu szczytu oferty, gdyż sam w sobie spokojnie się bronił.
Jak wspominałem we wstępniaku, w tym roku z przyczyn przypadkowego pominięcia z pewnością nie pełna, ale została wyodrębniona spora grupa odwiedzonych przeze mnie patriotycznych prezentacji. Jedne błysnęły, inne się obroniły, jeszcze inne niemiło zaskoczyły, a kolejne tylko wyglądały, ale za każdym razem wizyta w rodzimym przybytku była dla mnie ważnym wydarzeniem. Jak wypadli nasi rodacy? Zainteresowanych zapraszam do kilku poniższych wątków.
23. Thrax, XACT
To co prawda był to pokój Thrax-a, ale z uwagi na wyodrębnienie w mojej relacji wątku patriotycznego mam nadzieję, że będący mocodawcą bułgarskiego brandu Rumen Artarski nie będzie miał jakichkolwiek pretensji, gdy ze swoim kramem wyląduje w wątku polskim. Analizując zdjęcia widać, iż sporo urządzeń miało swoje trzy grosze w ostatniej prezentacji marki w katowickim RCM-ie. W szczególności mam na myśli kolumny. Wówczas grające w zbyt dużym pomieszczeniu teraz wystąpiły na miarę swoich, oczywiście okrojonych warunkami wystawy możliwości. Dźwięk był szybki, dobrze osadzony w pełnej informacji średnicy, a całość doprawiał równie szczegółowy bas oraz dźwięczna góra. Dla mnie było to potwierdzenie oczekiwanego w codziennym obcowaniu z muzyką pełnego rozmachu podejścia do prezentacji. Prezentacji, w której oczywiście duży udział miały testowane przez nas produkty wrocławskiego XCAT-a w postaci serwera muzycznego i ethernet-owego switcha. I nie byłbym sobą, gdybym nie wygłosił opinii, iż ten udział był determinującym ogólną estetykę pokazu. A dlatego, że zabawki Thrax-a brzmią transparentnie i trzeba je odpowiednio muzykalnie nakarmić, co polskie urządzenia zagwarantowały swoim esencjonalnym timingiem. W efekcie wyszedł z tego opisany na samym początku efekt wszechobecnego luzu oraz płynne podanie dobiegającej do mnie muzyki.
24. Horns, David Laboga
Ten tandem choćby z moich relacji z Monachium z pewnością bardzo dobrze znacie. A powodem jest fakt, iż odwiedziny tytułowego pokoju na mojej liście wizyt są wręcz obowiązkowe. A obowiązkowe dlatego, że tutaj zawsze gra muzyka. Owszem w zależności od zastosowanych kolumn raz bardziej, a raz mniej w estetyce tuby, jednak dla prezentowanych bytów spod znaku kolumn i kabli zawsze najważniejszy jest finalny efekt konfiguracji, czyli odpoczynek przy przyjemnie podanym repertuarze. I jak widać na zdjęciach, nie trzeba szaleństwa w postaci drogiej elektroniki, wystarczy dobrać coś, co zapewni odpowiednio muzykalny sygnał, aby przy użyciu ciekawie grających tubowych kolumn i odpowiedniego okablowania zaoferować klientowi zestaw pełen emocji.
25. Circle Labs
Jak ukazują zdjęcia, to oprócz kolumn był prawie w całości polski pokój. Od elektroniki, przez gramofon, zasilanie, po zaawansowane stoliki antywibracyjne jak okiem sięgnąć rodzima myśl techniczna na końcu współpracująca z belgijskimi zespołami głośnikowymi Ilumnia. Dlaczego jednak w tytule wspomniałem tylko o Circle Labs? Powód jest banalny i nie chodzi o próbę podprogowego gloryfikowania marki. Istotą takiej decyzji jest fakt ugruntowanej wiedzy o brzmieniu tego brandu. Od początku pojawiającego się u mnie na sesjach testowych od będącej podstawowym kierunkiem sekcji wzmacniającej, po ostatnio wprowadzony do oferty phonostage. Po prostu znam ten byt od podszewki i nie chcąc nikomu zaszkodzić moje obserwacje oprę o ten romans. Tym bardziej, że w wymienionym zestawie był także znany wszystkim analogowym freakom, od dawna interesujący mnie w kwestii bliższych kontaktów drapak – niestety werbalnie w postaci testu, ani nawet przypadkowego spotkania nie było mi dotychczas dane z nim obcować. Co mnie tak tąpnęło, że w tytule wspominam tylko o jednej marce? Nie wiem, co na co wpłynęło, ale to nie było mi znane i uwielbiane przez wielu nabywców brzmienie Circle Labs. Dostałem tylko krótki, czasem mocny, jednak pozbawiony masy, a przez to odpowiedniej energii atak, narysowaną skalpelem bez jakichkolwiek oznak pudła rezonansowego nawet w grze gitar, a co dopiero kontrabasu średnicę i na szczęście bogate, jednak jakimś cudem podane bez zniekształceń wysokie tony. Znane mi z testów tej krakowskiej marki, dające przyjemność obcowania z muzyką poziomy esencjonalności nie istniały. Być może taki był zamysł tej konfiguracji, jednak zdając sobie sprawę czym tak naprawdę panowie z Krakowa kupują całkowicie zrozumiałą dla mnie przychylność nabywców, stwierdzam, że to nie była ich na co dzień hołubiona karma. A jeśli tak, czyli wiedząc, że coś co znam, gra zgoła inaczej, nie podejmuję się oceny w wartościach bezwzględnych tego co usłyszałem nawet biorąc pod uwagę trudne warunki lokalowe. Wpadłem do tego pokoju 3 razy, bo chciałem zweryfikować, czy to był problem ze źródłem – niestety dla mnie w stosunku 2:1 wygrały pliki, ale za każdym razem usłyszałem tę samą pieśń podążania za wyczynowością prezentacji. Biorąc pod uwagę sporą ilość odwiedzających być może dla wielu w odbiorze bardzo ciekawej. Niestety znając wizję dobrego konsensusu pomiędzy atakiem, masą i spektakularnością podania popularnych „Cyrkli” dalekiej od ich pomysłu na swoje zabawki. Dlatego też nie oceniam, tylko jeśli ktoś po lekturze testów w periodykach branżowych poczuł się trochę zdezorientowany, uspokajam i pokazuję palcem, gdzie tkwiła taka, a nie inna przyczyna tego występu. Jak wspominałem, być może zamierzonego, ale z pewnością dalekiego od oczekiwanego nie tylko przeze mnie, ale także tytułowego producenta.
26. WLM, Graphite Audio
Ten przypadek jest bliźniaczym podejściem do opisu jak pokoju z Thrax-em, czyli znany wszystkim światowy producent wspierany polską myślą techniczną znalazł się w serii patriotycznej. Co prawda marka WLM w naszym kraju nieco wyciszyła swój byt, jednak wiemy, iż jej głównym mottem było granie swobodne, raczej lekkie, przez to szybkie i z posmakiem papieru jako wynik zastosowania opartych o celulozę membran głośników. Taka estetyka ma wielu zwolenników, co było trampoliną do rozpoznawalności nie tylko w Polsce, ale także na świecie, dlatego też ruch naszego specjalisty od walki z wibracjami Graphite Audio uważam za bardzo udany. Nie tylko wspierał się mocnym graczem, ale przy okazji próbował pokazać, jak dobra izolacja od niechcianych zniekształceń spowodowanych niestabilnością podłoża nie tylko elektroniki, ale również kolumn wynosi brzmienie systemu na wyższy poziom jakości. Jaka była skala zmian akurat w przedstawionym pokoju, naturalnie nie będąc podczas strojenia zestawu nie mam pojęcia, ale z testowej autopsji wiem, że potrafi zdziałać cuda. I to od lekkiego dociążenia przekazu, po jego zwarcie i nabranie szybkości z jednoczesnym oczyszczeniem sygnału z mechanicznych śmieci. I taki też wynik przy typowej prezentacji marki WLM zastałem tego dnia, czyli mimo zdroworozsądkowej pogoni za fajnym drive-m przekaz pozbawiony był jakichkolwiek artefaktów w postaci zniekształceń. Graphite Audio gratuluję, to był z Twojej strony przemyślany ruch.
27. Pylon Audio, Fezz Audio
Kolejnymi przedstawicielami wątku gloryfikującego rodzime konstrukcje są producenci kolumn Pylon Audio i lampowej elektroniki Fezz Audio. Z lampiakami jakiś czas temu mieliśmy krótki romans testowy i muszę powiedzieć, że bez problemu się broniły. Jeśli chodzi zaś o kolumny, na chwilę obecną to nadal dla nas to czysta karta. Dlatego z wielką ciekawością postanowiłem spędzić z tymi konstrukcjami choćby kilka chwil nawet w problematycznych warunkach wystawowych. Tym bardziej, że jeśli by nie zagrały, to przynajmniej wizualnie świetnie się prezentowały. Na szczęście wizyta w usytuowanej na wielkiej hali kartonowo-gipsowej budce okazała się być ciekawą w doznania brzmieniowe. Może nie było szaleństwa, bo i warunki i sam system nie był do tego konfigurowany, ale muszę przyznać, że całość grała przyjemnie. Esencjonalnie i lotnie, co bez problemu pozwalało zatopić się kreowanym przez ten konglomerat świecie muzycznym. Reasumując z przyjemnością przyznaję, iż to był fajny pokaz dobrze skonfigurowanego zestawu lampowego.
28. Bona Watt, Gemstone, MuzgAUDIO, Next Level Tech, Arch Audio
Tak tak, to także nasi. I co po pokoju Pylona i Fezza istotne, od początku do końca spod polskiej ręki. Do tego część oferty trzech producentów miałem przyjemność testować, co sprawiało, że wizyta u nich na obcej ziemi była tym bardziej pożądana. Co prawda akurat modelu grających kolumn – nowość w ofercie tego specjalisty od grającego betonu, przetwornika – tutaj na razie nie mamy osobistych doświadczeń, wzmacniacza – czekam na dostarczenie do testu akurat grającego modelu hybrydowego i akcesoriów akustycznych nie miałem u siebie, ale znając ofertę kablową NxLT od podszewki w obecności kompletu wystawców nie omieszkałem pokusić się o drobną ocenę brzmienia zestawu. Ale spokojnie, nie było to besztanie, tylko zapytanie, dlaczego wykorzystali najwyższą, wyraźnie transparentną w wyższej średnicy serię, a nie moim zdaniem bardziej pasującą do tej konfiguracji muzykalniejszą, oczko niższą w portfolio kolegi Słowika. Odpowiedź była bardzo klarowna i bez problemu przeze mnie akceptowalna. Chodziło o pewnego rodzaju preferencje producenta kolumn w przekazie noszącym znamiona wyraźnej świeżości przekazu, czyli tłumacząc z polskiego na nasze, lubi otwartą prezentację centrum pasma. Centrum, które w przypadku głośnego grania tego dnia w kartonowym saloniku było odczuwalnie żywe i w moim odczuciu mogłoby mieć więcej mięsa. Ale jak wiadomo, cały pokaz był zdroworozsądkowym porozumieniem wszystkich wystawców, w efekcie czego padła decyzja postawienia na otwartość, poparta informacją, że takich poziomów głośności jaki sobie zażyczyłem – mam duże kolumny i lubię mocne uderzenie – raczej nie wykorzystują, zatem problem jako taki nie istnieje. Po prostu ludzie w znakomitej większości zaspokajają emocje w oparciu o niezbyt głośno podaną muzykę, a nie boksując się z nią, dlatego lepiej dać jej więcej luzu, aby cicho swobodniej wybrzmiewała, niż spowodować coś na kształt nawet najprzyjemniejszej, ale jednak otyłości. Takie wytłumaczenie całkowicie mi wystarczyło i więcej nie kruszyłem o to przysłowiowych kopii. Tym bardziej, że nawet w zestawieniu z otwartym środkiem dzięki jakości dźwięku oferowanego przez kolumny Gemstone, przetwornik MuzgAUDIO, wzmocnienie Bona Watt we współpracy z panelami akustycznymi Arch Audio nie miałem problemu z jego pełną akceptacją, a moje zapytanie miało na celu jedynie zwrócenie uwagi na pewne niuanse kogoś patrzącego z boku na dane brzmienie, a nie jakiekolwiek krytykowanie ostatecznych wyborów. Reasumując było dobrze w kwestii masy, zwarcia dolnego zakresu i otwartości, co skutkowało prezentowaniem muzyki w estetyce pełnej radości, o co przecież w tej zabawie o to chodzi. Brawo.
29. Albedo
To co prawda tylko wystawka, ale z uwagi na fakt bycia polską marką nie omieszkałem odwiedzić tego stoiska. Panowie cały czas się rozwijają, co pokazują nie tylko kuluarowe rozmowy na jesiennej wystawie w Warszawie, ale także cały czas uniemożliwiające mi swobodne porozmawianie z mocodawcami brandu spotkania z potencjalnym dealerami ze świata podczas choćby w trakcie dziś opisywanej wystawy. Jeśli chodzi o samą prezentację, tym razem zamiast targać z kraju uciążliwą ilość wszelkiej maści produkowanych własnym sumptem drutów postawili na wyeksponowanie w estetycznych drewnianych gablotach jedynie najistotniejszych pozycji ze swojego portfolio. Nie powiem, pomysł fajny i ciekawie wizerunkowo zrealizowany. I najistotniejsze, że przyciągający potencjalnych dystrybutorów jak żartobliwie mówiąc lep na muchy.
Uf, wreszcie dotarliśmy do finału tegorocznej relacji z w teorii ostatniej wystawy z Monachium. Relacji pisanej na luzie, do tego na bazie przypadkowych wizyt czasem okraszonych całkowicie będącym poza moimi zainteresowaniami repertuarem jako punkt odniesienia, dlatego wszelkich potencjalnych niezadowolonych wystawców proszę o wyrozumiałość. Z pewnością nie miałem złych zamiarów, ale jak już spędziłem w danym pomieszczeniu ładnych kilkanaście minut, grzechem byłoby nie podzielić się wnioskami z co prawda coraz mniejszą, ale jednak nadal często proszącą mnie o takie opisy publicznością. Jak oceniam ten miting z perspektywy minionych kilku dni? Powiem szczerze, że ani przez moment nie miałem wrażenia tak zwanego odgrzewania kotletów. Naturalnie to wynik corocznej migracji pomiędzy sobą poszczególnych producentów ze swoimi konstrukcjami w celu pokazania uniwersalności połączeń. To jak w którymś akapicie opisywałem, z automatu rodzi dużą przypadkowość jakości brzmienia przygotowanej konfiguracji, ale też dzięki temu w tym roku jak nigdy wcześniej w moim mniemaniu Ole Vitus rozbił bank. Co mam na myśli? Chodzi o ożenek swoich produktów z kolumnami marki Göbel. Kolumnami, które zapewniły mu dźwięk wystawy poza wystawą, czyli w fabryce producenta. Czy to był pokaz absolutnie referencyjny dla każdego słuchacza? Z oczywistych względów nie. Na pewno był najlepszy dla mnie i pewnie kilku innych gości. Być może to na tle rozmachu wystawy efekt odwiedzenia naprawdę niewielkiej liczby odwiedzonych przeze mnie prezentacji. A niewielkiej dlatego, że gdybym miał spędzić kilka minut w każdym przygotowanym środowisku sprzętowym, zabrakłoby na to czasu nawet biorąc pod uwagę cztery dni imprezy. Niestety czas szybko mija i na bieżąco musiałem dokonywać wyborów, które zaowocowały powyższymi opisami poszczególnych prezentacji. Czy w pełni satysfakcjonującymi czytelników, pozostawiam do osobistej oceny. Niemniej jednak zapewniam, to co usłyszałem, bez owijania w bawełnę przelałem na klawiaturę. Czy skorzystacie z tego, czy też nie jest bez znaczenia, gdyż bez względu na czytelniczą frekwencję i tak za rok zrobię to samo. Zatem do zobaczenia.
Jacek Pazio
Kiedy wydawało się, że po covidowym Armagedonie wszystko wychodzi na prostą jakiś czas temu audiofilsko zorientowany świat zmroziła informacja, że to, co niejako odmierzało kolejne lata rozwoju rynku i co stanowiło swoistą Mekkę złotouchej braci właśnie przechodzi do historii. Mówiąc może nie wprost, lecz z wrodzoną pokrętnością, do której mam nadzieje zdążyliście się Państwo przyzwyczaić, po „Ostatnim tangu w Paryżu” przyszła pora na ostatni maraton po monachijskim High Endzie, co wcale nie oznacza, że niniejsza relacja będzie naszą ostatnią z tytułowej, bądź co bądź cyklicznej imprezy a jedynie fakt, iż stojący za nią organizatorzy (HIGH END SOCIETY Service GmbH) przenoszą ją od przyszłego roku do … Wiednia. Nowe lokum, nowe rozdanie? Nie wykluczam, jednak kilkanaście lat w halach MOC zdążyło odcisnąć na nas odpowiednie piętno, więc trudno się dziwić, że w ramach kuluarowych rozmów nie raz i nie dwa przewijał się wątek niepewności, co do nadchodzącej przyszłości. No bo w końcu na Lilienthalallee 40 rokrocznie wszyscy w okolicach półmetka maja czuliśmy się niemalże jak w domu i do większości sal chodziliśmy praktycznie na pamięć. Ba, nawet zarzuty dotyczące wtórności, czy też przemożnego poczucia déjà vu nagle okazywały się jedynie potwierdzeniem przywiązania do czegoś, co skoro się sprawdzało we wszystkim odpowiadającej formie powinno trwać wiecznie. Jak się jednak okazało ów constans wcale stałą, za jaką zwykł być uznawany, nie był. Dlatego też choć znacząca część wystawców/producentów/dystrybutorów potraktowała tegoroczny High End na 100% poważnie wychodząc z założenia, że jak grać to do końca świata i o jeden dzień dłużej, to dało się również zauważyć przypadki, które w Monachium bądź to pojawiły się z li tylko przyzwyczajenia, bądź wręcz z musu. Jakby ktoś im kazał, albo sami czuli w kościach, że wycofanie się z ostatniej edycji targów utrudni im zdobycie miejscówki w Wiedniu, więc po prostu przyjechali, by metaforycznie odbić kartę i jakoś przetrwać czterodniowe oblężenie. A jak „monachijska stypa” wyglądała z naszego punktu widzenia? Cóż, po prostu wyszliśmy z założenia, że skoro pojawialiśmy się na poprzednich edycjach, to i na tą warto się udać i wraz z resztą uczestników metaforycznie „zgasić światło”. Dlatego też absolutnie nic nie musząc a jedynie chcąc wrzuciliśmy na totalny luz i przechadzając się wystawowymi korytarzami zaglądaliśmy jedynie tam, gdzie coś za oko, bądź ucho nas złapało, konsekwentnie omijając te przybytki, gdzie dopchnąć się było nie sposób, gospodarze postawili na estetykę w stylu „Dine in the Dark”, bądź też tlenu starczało z ledwością dla samej obsługi. Ponadto zamiast chronologicznej dokumentacji zbieżnej tak z marszrutą, jak i osią czasu tym razem pozwoliłem sobie na autorski kolaż spięty jedynie luźnymi skojarzeniami i pewnymi niuansami stanowiącymi wspólny mianownik opisów kolejnych pomieszczeń. Niejako z czystko kronikarskiego obowiązku pragnę również przypomnieć, iż uczestnictwo w tego typu imprezach niejako z założenia wyklucza możność miarodajnej oceny zupełnie przypadkowych zestawów i reprodukowanego przez nie w danym momencie repertuaru a tym samym, jak sama jeśli nie nazwa, to na pewno natura i charakter targów/wystawy wskazuje służy ona w głównej mierze li tylko do oglądania a nie słuchania. Dlatego też jeśli tylko wyzbyliście się Państwo nazbyt wygórowanych oczekiwań i podświadomych obciążeń dotyczących naszych czysto subiektywnych obserwacji serdecznie zapraszam na pierwszą część naszej foto-relacji z (podobno) ostatniego monachijskiego High Endu.
Na pierwszy ogień poszedł dość niezobowiązujący, przynajmniej na tle następców, system Lumina z T3X, dopiero co przez nas recenzowanym L2 i firmowym AMP-em napędzającym Wilson Benesch Horizon wspomagane potężnym cylindrycznym IGx-em. Jednak główny powód ich obecności w MOC-u i przesiadka z kartonowej budki do normalnego pokoju prezentowany był na osobnym standzie. Mowa oczywiście o topowym transporcie U2X wyposażonym w zewnętrzne, liniowe zasilanie, we/wyjściowe terminale zegarowe i najnowsze układy separujące USB i umożliwiający m.in. komunikację z L2-ką tak po popularnej skrętce, jak i po SFP mini switch.
Przejście do sąsiedniego pokoju zajmowanego przez przedstawicieli Tune Audio, Trafomatic Audio, Rocknę, Audiobyte, Wood Yard i Skogrand Cables w pierwszej chwili wydawało się przebitką z lat minionych, lecz już niemalże od progu słychać było, że zmiana okablowania z dotychczas używanych Signal Projectsów na charakterystycznie (bizantyjsko?) zdobiony zestaw Skogranda zauważalnie otworzyła dźwięk i uwolniła drzemiące w nim pokłady rozdzielczości. Niby sznyt grania tub z lampą pozostał, jednak nieco inaczej zostały rozłożone akcenty, przez co trudno było mówić o klasycznej powtórce z rozrywki.
Kolejne dwa przystanki zawdzięczałem Timo z Engström-a, który w tym roku postawił na kooperację m.in. z kolumnami Kroma Atelier i prezentując swoją integrę ARNE z monitorami Leonorę a dzielony system (M-Phono / MONICA / ERIC Encore) z kruczoczarnymi podłogówkami Callas.
Wprawne oko z pewnością wyłapie ARNE również w pokoju prasowym Martena (z Parker Quintet Diamond Edition), który (Marten, nie pokój) w tym roku postanowił zaszaleć i w Monachium pojawił się nie z jedną a dwiema premierami. Otóż w głównym systemie z topową „dzielonką” Audii Flight grały oliwkowo-zielone Coltrane’y Quintet Extreme a w przedsionku i nieopodal części biznesowej za oko łapały na razie „nieme” flagowce – Coltrane Supreme Extreme.
Bliźniaczej amplifikacji z serii Strumento użyli również sami Włosi do napędzenia podłogówek Mingus Septet Statement Edition.
Z kolei w Innuosie, czyli u specjalistów do grania z plików w towarzystwie topowego źródła Nazaré i wzmocnienia ze stajni Gryphona pojawiły się Coltrane’y Quintet SE.
Jakby komuś było mało szwedzkiej myśli technicznej to również w Esotericu można było posłuchać modelu Mingus Quintet 2 Statement Edition.
Kontynuując eksplorację skandynawskich specjałów na liście dań nie mogło zabraknąć duńskiego Vitus-a, który w tym roku postawił na (wielce udaną) kooperację z lokalnym, stricte high-endowym graczem, czyli Göbel-em, dzięki czemu w ich pokoju można było usłyszeć co potrafią napędzane A-klasowymi monoblokami SM-025 majestatyczne Divin Noblesse.
Co ciekawe sam Göbel z wrodzonej skromności, a może perfidii, przynajmniej w MOC-u „wystawił” się nad wyraz skromnie przywożąc niemalże monitorowe Divin Comtesse współpracujące włoską z elektroniką Riviera Audio Labs i zgodnie z wieloletnią tradycją analogowym źródłem Kronosa.
Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że owa skromność i oszczędność formy wynikała z lenistwa, bądź zwykłej chęci „odbębnienia” ostatniej edycji wystawy, albowiem chodziło jedynie o świadome rozbudzanie apetytu za sprawą bądź co bądź i tak będącej co najwyżej w sferze marzeń większości złotouchej braci przystawki. Na danie główne trzeba było zaczekać do zakończenia czwartkowych godzin otwarcia wystawy, by posiadając stoswne zaproszenie udać się do znajdującej się raptem trzy kwadranse jazdy autobusem z MOC-a kwatery głównej Göbel High End. A tam … czekały na nas dwa dopieszczone do granic przyzwoitości, a może nawet poza nie, systemy – główny z monstrualnymi Divin Majestic, wspomaganymi dodatkowo odzywającymi się dopiero poniżej 40 Hz modułami basowymi, oraz drugi – dla „zwykłych” ludzi z Divin Comtesse.
Wracając do ww. flagowców, to stały one w dedykowanej odsłuchom 115 metrowej, o wysokości 3m, zaadaptowanej akustycznie sali i współpracowały ze stereofoniczną końcówką mocy Vitus MP-S201. Efekt? Cóż, większość nader licznie przybyłych na zaproszenie Oliviera gości uznała, że nawet gdyby wizyta w Landshut miała być jedynym powodem do pofatygowania się do Niemiec przez nieraz pół świata, to i tak byłoby warto. Krótko mówiąc śmiało można uznać, że był to dźwięk tegorocznego (i nie tylko) High Endu.
Skoro o duńskich kooperacjach mowa, to nie sposób pominąć obecności Vitus Audio w powołanym niedawno do życia „tworze”, czyli Danish Audio Excelence, gdzie elektronikę zapewnił właśnie Vitus (SD-025 MKII, SL-103MkI, SM-101 MkII), kolumny sygnował SV-Audio (Storgaard & Vestskov) a o okablowanie #X zadbał ZenSati. W „dużym” systemie zadebiutowały pomarańczowe dzielone podłogówki MENJA z aktywnymi modułami basowymi. Za to w „budce” na open space można było posłuchać monitorów Frida z „fabrycznymi” monoblokami wespół z okablowaniem ZenSati z linii sILENzIO.
Dziwnym zbiegiem okoliczności takie samo okablowanie można wylądowało w systemie, w którym grały przepiękne Lorenzo Audio Labs LM1 MK2.
Diametralnie zmieniając estetykę, lecz nadal pozostając w strefie wpływów Vitusów nie sposób było w tym roku pominąć prezentacji YG Acoustics.
Amerykańskie „aluminiaki”, tym razem w zielonym metaliku stanowiły ozdobę jubileuszowego systemu Luxmana z łapiącym za oko wzmacniaczem zintegrowanym L-509Z Black Edition CENTENNIAL.
Z kolei duńskie diabły, czyli Peak Consult El Diablo można było posłuchać w trzech konfiguracjach – z elektroniką Chorda, CH Precission i Trilogy.
Kolejnym wspólnym mianownikiem mojej marszruty okazały się rodzime gramofony J.Sikora, które pojawiły się w kilku, wielce intrygujących systemach. Pierwszym był set z potężnymi EgglestonWorks Andra 5, gdzie w towarzystwie elektroniki EMM Labs / Meitner „kręciły się” Standard Max Supreme oraz Aspire.
Kolejny Aspire pełnił rolę jednego ze źródeł w systemie z kolumnami AudioSolutions Figaro M2 i Virtuoso L, lampową elektroniką Qualiton oraz okablowaniem Esprit Audio i stolikiem, akcesoriami antywibracyjnymi Neohighend. I tu od razu wystawowy news, bowiem praktycznie od teraz kolumny AudioSolutions oprócz firmowych kolców można opcjonalnie doposażyć w stopy antywibracyjne IsoAcoustics Gaia, Solid Tech Feet of Balance oraz NEO Ceradisc.
Za to Reference SE zagościł w systemie Kharmy, gdzie do słuchaczy wdzięczyły się zmysłowo wcięte w talii Enigmy Veyron .
Elektronika Pilium w tym roku, podobnie jak w zeszłym, napędzała Magico S2 w firmowym systemie Amerykanów.
A S5-ek można było usłyszeć w Wadax-ie.
Za to okablowany Esprit-ami, dzielony system Karana pokazywał, co da się wycisnąć z premierowych Espritow Lisa.
Najwidoczniej w tym roku Furutech uznał, że gwiazdkę warto zorganizować w połowie maja, gdyż do Monachium przywiózł jeszcze pachnące nowością topowe przewody głośnikowe Project V1-S, zasilający Origin Power-NCF i listwę zasilającą e-TP609 NCF.
W Gryphonie chyba uznano, że w Monachium wystarczy się pojawić i tak też zrobili przywożąc dość skromny, przynajmniej na tle zeszłorocznego zestaw.
Za to Gauder Akustik pojechał po przysłowiowej bandzie i premierowo zaprezentował najnowsze flagowce, czyli Berliny RC15, które zasilały w … tri-ampingu monobloki Octave z serii Jubilee (300 B + 2 x Mono Ultimate).
Skoro o premierach mowa, to Thrax pochwalił się uroczym, acz zaawansowanym przedwzmacniaczem gramofonowym Cotys. Zgodnie z tradycją o okablowanie bułgarskiego systemu zadbał południowokoreański Hemingway a o domenę cyfrową rodzimy XACT.
A ekipa Perlisten Audio oprócz S7t Black Edition raczyła była zaprezentować premierową serię A, choć akurat moją uwagę skradły przepięknie ofornirowane S4b.
Na zdecydowanie bardziej futurystyczną formę postawił grający z elektroniką MSB Estelon z dumą prezentując srebrzyste XB Diamond Mk II.
Przyjemną zarówno dla oka, jak i ucha prezentację przygotował Canton łącząc z elektroniką Michi topowe Reference Alpha 1.
Całkiem udanie wypadł również mariaż elektroniki Bouldera ze Stenheimami Reference Ultime Two SX.
Jeśli chodzi o swoiste ekstrema warto było zajrzeć do Cessaro Horn Acoustics i stanąć oko w oko z przepięknymi fioletowymi Zeta 3 zasilanymi lampową elektroniką Alieno Electronics w towarzystwie gramofonu Döhmann Audio Helix One Titanium.
Niestety stacjonujący nieopodal, imponujący pod względem „rozłożystości” set Clarisys Audio wypadł niezbyt przekonująco stawiając głównie na impresjonistyczne rozmycie i niezdefiniowaną przestrzenność.
Kolejnym przykładem na to, ze rozmiar nie zawsze ma znaczenie okazały się kolumny Atomica Audio Orchestra, które zagrały zaskakująco lekkim dźwiękiem.
A i pękate Boenicke W22 jakoś nie były w stanie wykrzesać u słuchaczy entuzjazmu z jakim zazwyczaj przyjmowane jest ich zdecydowanie mniej absorbujące gabarytowo rodzeństwo.
Za to Kondo ze starymi „pralkami” Bowersa udowodniły, że jak się chce, to i „kartonowej budce” da się zagrać z wyrafinowaniem i swobodą.
Kolejnym przykładem, że porządnej lampie niestraszne nawet potęzne kolumny był set z topowymi monoblokami Siegfried Series II Reference VTL-a spiętymi z Wilson Audio Vfx, gdzienie było powodów do kręcenia nosem.
Z pozytywów – lepsze niż w zeszłym roku wrażenie zrobiły Kawero Minal.
Trochę szkoda, że szumnie zapowiadany przez Electrocompanieta przedwzmacniacz EC 5 dotarł do Monachium w postaci przedprodukcyjnego prototypu z wydrukowanymi w technologii 3D detalami. Warto bowiem pamiętać, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Całe szczęście monobloki AW800M grały i co najważniejsze nie miały najmniejszych problemów z prowadzeniem w dość mało przyjaznych warunkach akustycznych Ø Audio Verdande.
Z kolei Aries Cerat w porównaniu z zeszłorocznym szaleństwem zaprezentował się nad wyraz, oczywiście jak na swoje możliwości, kompaktowo i kusił śnieżnobiałymi tubami Pallas.
Również i system ESD można było uznać za mniej problematyczny pod względem logistycznym od zeszłorocznego, a i brzmieniowo okazał się zaskakująco dynamiczny i wyrafinowany.
Przechodząc do tematyki natury akcesoryjnej branżę akustyczno-adaptacyjną reprezentował m.in. Vicoustic udowadniając, że ustroje akustyczne wcale nie muszą szpecić przestrzeni, w których nie tylko słuchamy, lecz i egzystujemy wraz z resztą nie zawsze audiofilsko zorientowanych domowników.
A o odsprzedanie od podłoża oraz walkę ze wszelkimi wibracjami prowadził włoski Omicron.
Z pomocą Włoochom spieszył szwedzki Solid Tech prezentując lwią cześć swojego portfolio na firmowym stoisku.
Milo nam zakomunikować, że rodzima myśl techniczną reprezentowało zaskakująco liczne grono wytwórców, spośród których pozwolę sobie wymienić m.in.:
– bydgoskie Albedo
– również stawiającą na statyczną prezentację białostocką Melodikę i już kuszące walorami brzmieniowymi teamy – reprezentujący domenę cyfrową MuzgAudio/Bona Watt/Gemstone/Next Level Tech i analogowy – Muarach/Circle Labs/ Divine Acoustics.
Nieuchronnie zmierzając ku końcowi i niejako w ramach ciekawostki warto było zerknąć na limitowanego do 25 egzemplarzy szpulaka B77 MK III Revoxa z podobizną Alice Coopera.
A na deser i w ramach swoistego zakończenia zapraszam na przegląd wszelakiej maści słuchawek.
Z mojej strony to wszystko, jednak proszę nie oddalać się zbytnio od radioodbiorników, gdyż lada moment swoimi obserwacjami podzieli się z Państwem Jacek.
Marcin Olszewski
Cdn. …
Opinia 1
Choć streaming zdążył spowszednieć na tyle, że dla współczesnych, szczególnie młodszych, odbiorców jest czymś równie oczywistym co elektryczność i bieżąca woda, to śmiem twierdzić, iż o ile w domenie video nośniki fizyczne zepchnął niemalże do podziemia, o tyle w audio sytuacja wygląda nieco odmiennie. W końcu, nie mówiąc o psycho-fanach „Gwiezdnych Wojen”, „GoT” etc., mało kto po kilka(naście/dziesiąt) razy ogląda ten sam film to do ulubionych albumów wracamy czasem i po kilka razy nawet nie tygodnia, czy miesiąca co nawet dnia. A ze streamem jest jak jest, czyli nie tylko potrafi się przyciąć w czasie wzmożonych obciążeń sieci, lecz czy to ze względu na zmianę praw własnościowych, wycofanie zgód, etc., coś po co sięgaliśmy praz lata nagle znika a my budzimy się z ręką, mniejsza z tym gdzie. Dlatego też wzrasta w odbiorcach świadomość istotności „posiadania” i wcale nie oznacza ona trendu powrotu do kolekcjonowania nośników fizycznych, lecz raczej zadbania o zdolność gromadzenia ulubionej muzyki w urządzeniach pełniących rolę plikotek, czyli bibliotek muzycznych. I właśnie z takim przypadkiem przyjdzie nam się, dzięki uprzejmości wrocławskiego Audio Atelier, zmierzyć. Żeby było ciekawiej nasz dzisiejszy gość nie tylko muzykę magazynuje, lecz również o wspomniany na wstępie streaming potrafi zadbać, gdyż na swym pokładzie, oprócz odpowiednio pojemnych dysków, za sprawą czteroportowego gigabitowego switcha może pochwalić się zaspakajaniem podstawowych potrzeb miłośników grania z „chmury”. Panie i Panowie oto Lumïn L2.
W kwestii aparycji L2-ka pozostaje wierna firmowym kanonom piękna, czyli mówiąc wprost wykorzystuje doskonale nam znany m.in. z modeli U2, czy T3 korpus z pochylonym, masywnym, aluminiowym frontem. Nie zabrakło również charakterystycznego, ulokowanego w niewielkim wykuszu błękitno-zielonego wyświetlacza informującego m.in. o zajętości magazynu czy parametrach transferu. Zdecydowanie więcej do zaoferowania mają tradycyjnie cofnięte względem bryły urządzenia plecy, gdzie patrząc od lewej wygospodarowano miejsce na przycisk stand by (pomysł przynajmniej od strony ergonomicznej dyskusyjny), sekcję switcha z parą gniazd SFP i takim samym zestawem RJ45, duet portów USB 3.0 Type A (na razie o niewiadomym przeznaczeniu, choć opcja komunikacji z zewnętrznymi pamięciami masowymi wydaje się bardziej aniżeli oczywista) i przewidziany do połączenia z komputerem port USB 3.0 Micro B. Listę zamyka złocony zacisk uziemienia, zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające oraz włącznik główny.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to … biorąc pod uwagę, iż producent gra w otwarte karty i sam ogłasza Urbi et Orbi, czym też był łaskaw nafaszerować naszego bohatera (link) nawet przez myśl nie przeszło nam atakować go (L2, nie producenta) wkrętakiem. Bo i po co? Żeby napawać oczy widokiem ukrytego pod blaszanym katafalkiem (impulsowego) zasilacza, płyty głównej i pary SSD-ków? Przecież nikomu nie musimy, a przynajmniej mamy taką nadzieję, tłumaczyć, że jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach i choć na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z miniaturową (Thin mini-ITX?) wariacją nt. serwerowej płyty głównej, to chociażby z racji wykonania jej przez/dla Lumïna na sklepowych półkach luzem jej nie znajdziecie a i system całością zarządzający też do ogólnodostępnych nie należy, tym bardziej, że całość jest całkowicie bezobsługowa (zakładam, że ewentualne update’y firmware’u ograniczają się do wyrażenia na nie zgody). Po prostu, czy to poprzez USB, czy otoczenie sieciowe na widoczne jako jeden zasób dyski L2-ki przenosimy / kopiujemy pliki w formatach DSF (DSD), DIFF (DSD), DoP (DSD), FLAC, Apple Lossless (ALAC), WAV, AIFF, MP3 a urządzenie samo z siebie je zindeksuje i „wystawi” w zjadliwej dla streamera/transportu postaci.
Krótko mówiąc od strony użytkowej Lumïn L2 tak po prawdzie jest z jednej strony rozwinięciem (o funkcje mini-switcha) a z drugiej redukcją (o możliwość streamowania) mojego dyżurnego repozytorium zdigitalizowanych materiałów muzycznych, czyli I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB. Chcąc jednak w pełni wykorzystać potencjał naszego gościa oprócz dyżurnego, wzbogaconego o zewnętrzne zasilanie liniowe w postaci Farada Super3 transportu Lumïn U2 Mini w trakcie testów posiłkowałem się również dysponującym portem SFP niedawno recenzowanym Lumïnem P1 Mini. Jak zatem wypadł Lumïn L2 pod względem brzmieniowym?
Cóż, na to pytanie nie ma prostej i jednoznacznej odpowiedzi, bo to zależy … Zależy przede wszystkim od tego jak i z czym/po czym będziemy z niego korzystali. Jeśli bowiem potraktujemy go jako li tylko wpiętego po „skrętce” w domową sieć NAS-a, to z pewnością warto będzie pochwalić lepszą od poprzednika (wycofanego z katalogu L1) kulturę pracy wynikającą z zastąpienia talerzowych HDD współczesnymi – szybszymi i bezgłośnymi wersjami SSD. Podobnie porównanie wypada z Soundgenic-iem, którego przynajmniej w fazie rozruchu i braku dobiegających z kolumn dźwięków po prostu słychać. A tu cisza jak makiem zasiał. Dodatkowo pobierany/wysyłany z L2-ki materiał czaruje ponadprzeciętną rozdzielczością daleko w tyle zostawiając jakość oferowaną np. przez Tidala. Ponadto bezpośrednie starcie z HDL-RA4TB na wykorzystanym w roli materiału testowego progresywnie zagmatwanym albumie „The Astonishing” (96kHz /24bit) Dream Theater wykazało wyższość Lumïna pod względem nieprzeniknionej czerni tła oraz nieskalanej czystości oraz laserowej precyzji ogniskowania źródeł pozornych. I gdy wydawało się, że nic w tej materii nie da się poprawić okazało się, że jednak się da, gdyż wystarczy przesiąść się z poczciwej skrętki na światłowód i przepiąć z gniazd RJ45 na SFP. Całe szczęście mój 10 portowy (8 x RJ45 + 2 x SFP) switch QSA Red takową roszadę umożliwiał i … poziom wręcz krystalicznej czystości oraz namacalności podskoczył o dodatkowych kilka punktów procentowych. Czyli co? Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku możemy odtrąbić sukces i zamknąć temat? Nie do końca, gdyż pozostaje jeszcze do weryfikacji opcja bezpośredniego spięcia L2-ki z transportem plików niejako z pominięciem zewnętrznego switch-a. I tu już dochodzimy do wyższego stopnia wtajemniczenia, gdyż ilość dostępnych kombinacji zaczyna przejawiać cechy właściwe ciężkiemu stadium audiophilii nervosy . Nie dość bowiem, że przy U2 Mini mamy opcję zespolenia obu urządzeń przewodem Ethernet, to przy streamingu/komunikacji z otoczeniem sieciowym dochodzi wybór pomiędzy połączeniem po skrętce, bądź SFP, to sięgając po ww. P1 Mini zyskujemy opcję wykorzystania SFP również do komunikacji P1 Mini – L2. I … I śmiem twierdzić, że właśnie do takiej konfiguracji L2-ka została stworzona. Z zamontowanych w L2-ce dysków realizm reprodukowanego materiału osiąga poziom zupełnie nieprzystający do bądź co bądź niezbyt budżetowej ceny urządzenia. Mówiąc bez ogródek zaczynamy operować na stricte high-endowym poziomie doznań a tym samym niejako w oderwaniu od formatu medium odtwarzanego. Dodatkowo sam streaming zostaje poddany na tyle poważnemu tuningowi i dopieszczeniu, że o ile tylko nie posiłkujemy się stratnym Spotfy, to przyjemność płynącą z odsłuchu wysokiej próby „wsadu materiałowego” mamy niejako zagwarantowaną. W dodatku sięgając po transmisję po SFP praktycznie odpada nam problem żmudnego doboru okablowania, bowiem przynajmniej w testowym zestawie „przemysłowe” łączówki dostępne za przysłowiową 100-kę nie tylko w niczym nie ustępowały audiofilskim „skrętkom” z pułapu 2 – 20+ kPLN, co w większości przypadków pod względem transparentności i prawidłowej – zgodnej z rzeczywistością rozdzielczości, nad nimi górowały. Jak to możliwe? Cóż, właśnie przy takich bezpośrednich sparringach wychodzi szydło (niekoniecznie z broszką) z worka i jak na dłoni słychać, że stworzone z myślą o audiofilach przewody potrafią z pozycji transmitera przejść do roli interpretatora. Nie oznacza to bynajmniej negacji sensu ich używania, lecz jedynie uzmysłowienie zjawiska, oraz problematykę dopasowania ich sygnatury zarówno do systemu, jak i oczekiwań/preferencji odbiorcy. A tu, zmienna związana z ewentualnym wpływem połączenia schodzi na dalszy plan, zostaje zredukowana do minimum – zostajemy tylko my i muzyka. Dzięki temu smakujemy ją intensywniej, bardziej świadomie i to niezależnie od tego, czy sięgamy po pozbawiony grunge’owego brudu cover „nutshell” Carlie Hanson, czy też właśnie owym brudem „skażone” „Hocus Pocus” w wykonaniu Helloween.
Jak łatwo się domyślić odmieniane przez wszystkie przypadki czystość i rozdzielczość przez L2-kę oferowane niosą za sobą ponadprzeciętne różnicowanie dostarczanego materiału muzycznego, więc przynajmniej kilka pierwszych przesłuchań posiadanej plikoteki i/lub ulubionych pozycji w serwisach streamingowych może okazać się dla nich delikatnie rzecz ujmując kuracją odchudzającą, bo choć Lumïn nie ma w zwyczaju ewentualnych niedociągnięć i potknięć bezpardonowo piętnować, to też nie czuje się w obowiązku jakiejkolwiek mizerii pobłażać.
Wbrew początkowym przypuszczeniom, iż tym razem Lumïn po prostu uzupełnił istniejącą w swym portfolio lukę o może nie tyle, z racji obecności na pokładzie dość skromnego pod względem ilości gniazd switcha, standardowego NAS-a, po kilku tygodniach użytkowania L2-ki śmiem twierdzić, że efekt pracy hongkońskich speców od R&D przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. I to zarówno pod względem funkcjonalnym, co poniekąd będących ich pochodną walorów brzmieniowych. Lumïn L2 oferuje bowiem stricte high-endową jakość dźwięku przy całkowicie bezszelestnej pracy i jeśli tylko korzystamy z komunikacji po SFP praktycznie pełną „impregnację” na ewentualne anomalie (o bolesnym drenażu portfela nawet nie wspominając) z kabelkologią związaną. A, że każe sobie za to odpowiednią cenę płacić … Cóż, enigmatycznie jedynie nadmienię, iż (niestety okazjonalne) pojawienie się w moim systemie L2-ki przyniosło bardziej zauważalne i zarazem oczekiwane zmiany aniżeli obecność w nim okablowania znacząco cenę tytułowej biblioteki muzycznej przekraczającego.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy sięgnąć pamięcią, w ostatnich sparingach z tytułową marką zaliczyliśmy sporo ciekawych sesji testowych. Jednak gdy spojrzeć na to lekko z boku, ich cechą wspólną bez względu na fakt, czy testowaliśmy pełnoprawne streamery, czy czyste transporty, owe konstrukcje podczas pracy zawsze posiłkowały się platformami streamingowymi lub zasobnikami materiału w formie zewnętrznych dysków. To oczywiście standard i każdy potencjalny użytkownik tego typu urządzeń najnormalniej w świecie jest do tego przygotowany, jednak w tym teście postanowiliśmy zweryfikować, jak wyglądają sprawy jakości oferowanego dźwięku, gdy dawcą zero-jedynkowych danych dla plikowego źródła ze stajni Lumïna jest firmowy serwer z funkcją obecnie niezbędnego w tej zabawie switcha sieciowego. Tak tak, ten pochodzący z Hongkongu brand daje taką możliwość, czego dowodem jest dzisiejszy test dostarczonego przez wrocławskie Audio Atelier serwera plików ze wspomnianą funkcją switcha Lumïn L2.
Jeśli chodzi o aparycję naszego bohatera, nie ma się co oszukiwać, to wypisz wymaluj rasowy Lumïn. Pisząc nieco żartobliwie to wykonany z grubego puca aluminium, średniej wielkości i głębokości domek dla układów elektronicznych z przyjemnie dla oka zaoblonym frontem. Frontem, który nie burząc mimo niedużych gabarytów pewnego rodzaju dostojności wizualnej urządzenia w centralnej części wyposażono w oferujący wszelkie informacje o stanie urządzenia i słuchanym materiale informacje. Niestety walka o ponadczasowy wygląd konstrukcji spowodowała, że wspomniane dane stają się słabo widoczne z miejsca odsłuchowego. Jednak tak naprawdę to żaden problem, gdyż i tak tego typu urządzenia obsługujemy z poziomu tabletu, komputera lub smartfonu, dlatego tę informację spokojnie można potraktować jako szukanie problemu tam gdzie go nie ma. Jeśli chodzi o ofertę przyłączeniową, plecy L2-ki są znacznie ciekawiej wyposażone, aniżeli większość konkurencji. Chodzi mianowicie o ofertę nieczęsto spotykanych u konkurencji dwóch wejść ethernetowych optycznych, których wykorzystanie ku mojemu zaskoczeniu przy użyciu dodanych przez dystrybutora stosownych kablami znacznie podniosło jakość brzmienia urządzenia. Naturalnie aby L2 było w pełni kompatybilne z każdego rodzaju streamerami oraz móc pracując jako switch sieciowy, daje nam do dyspozycji także dwa typowe gniazda LAN, oraz trzy USB – dwa USB 3.0 Type A przewidziane do przyszłych funkcji i USB 3.0 Micro Type B. Całości wyposażenia dopełnia główny włącznik urządzenia i gniazdo zasilania. Oczywiście spełniając funkcję banku danych w trzewiach L-dwójki w zależności od modelu dostępne są twarde dyski 4 i 8 TB.
Gdy dotarliśmy do akapitu o brzmieniu systemu z wykorzystaniem tytułowego serwera plików, bez dwóch zdań stwierdzam, iż efekt soniczny był ewidentnie słyszalny. Oczywiście w sensie pozytywnym. Do tego nabierał rumieńców w dwóch etapach. Chodzi o to, że w pierwszej kolejności dźwięk uległ znacznej poprawie przy użyciu standardowych połączeń LAN, a przysłowiową kropką nad „i” było wykorzystanie połączenia optycznego. Jak to możliwe? Dokładnie jest to niewytłumaczalne, bo to know how marki, jednak nie ma się co oszukiwać, chodzi o umiejętność zaprogramowania pracy danego wyjścia cyfrowego. Jak to wyglądało w tym przypadku? Otóż wydawało mi się, że mój używany na co dzień Lumïn U2 Mini posiłkując się już leciwym twardym dyskiem wówczas uznawanego, jednak dość przypadkowego producenta grał bardzo barwnie, z fajnym timingiem i swobodą. Tymczasem pobranie tych samych danych z testowanego L2 spowodowało dalszą poprawę namacalności słuchanego materiału. Nie były to zmiany na poziomie Rewolucji Październikowej, ale pozytywny efekt zastosowania naszego bohatera od pierwszej nuty był ewidentny. Muzyka zyskiwała na krągłości i plastyce, jednak w najmniejszym stopniu nie skutkowało to osłabieniem ataku i szybkości narastania sygnału, tylko w naturalny sposób zwiększało mój pełny udział w wirze wizualizowanego w moim pokoju świata muzyki. Słowem kluczem takiego stanu rzeczy okazała się być kontrola dźwięku, która wspomnianą dodatkową jego krągłość zamieniała w efektywniej odbieraną przeze mnie, nadającą muzyce fajnego pulsu energię. Nóżka nagle bardziej zaczęła „dygać”, co zawsze jest oznaką większego emocjonalnego zaangażowania w napawanie się ulubioną muzyką. I gdy wydawało się, że limit pozytywnych zmian podczas wykorzystania Lumïna L2 ostał już wyczerpany, trochę niedowierzając, jednak z racji chęci sprawdzenia każdej opcji jego użycia zastosowałem Lumïna P1 Mini oraz drugi zestaw terminali, wraz z opcją połączenia optycznego ze switchem. I tutaj zaliczyłem kolejnego pozytywnego „Zonka”. Co ciekawe, sprawy estetyki przekazu zrobiły kolejny krok w jego uplastycznianiu, ale mimo uzyskania wyraźnie płynniejszej kreski rysowania źródeł pozornych oraz ich miękkości, nie odczuwałem najmniejszej utraty zadziorności, za to wzmogło się poczucie przeniesienia się swoją osobą w czas realizacji danej płyty. Efekt był na tyle uniwersalny, że mimo przywołanych działań w żadnym stopniu nie szkodził mocnym kawałkom spod znaku rockowych kapel. Owszem, lekkie ukulturalnienie ich drapieżności i słabości masteringu dało się wychwycić, jednak suma summarum tej muzie dodatkowa szczypta plastyki oferowała więcej dobra, aniżeli zła. Przynajmniej ja tak to odebrałem. Nie do końca jestem w stanie sobie wytłumaczyć, jak to możliwe, aby to samo urządzenia oferowało tyle ciekawych zmiennych brzmieniowych, jednak tak naprawdę najważniejszy jest uzyskany efekt. W tym przypadku dwa nieco inne, ale obydwa znakomite, a konkretny wybór jednego z nich będą determinować osobiste wybory końcowego brzmienia całego zestawienia. Ja najdłużej bawiłem się ostatnią opisaną konfiguracją, bo była pełna energii, ale z nadal z pazurem, co najfajniej wypadało w testowo skonfigurowanym zestawie.
Komu poleciłbym naszego bohatera? Bez zastanowienia wszystkim. Tak będącym na etapie poszukiwania banku danych muzycznych dla swojego źródła plikowego, jak i tym, którym z jakiś przyczyn kolokwialnie mówiąc padł dotychczasowy czy to twardy dysk, czy cos na kształt opiniowanego serwera. Lumïn L2 nie dość, że oferuje dwie pojemności wewnętrznych twardych dysków, ale dodatkowo daje nam do wyboru kilka sonicznie różnych wersji prowadzenia sygnału do transportu. Nie ma się co oszukiwać, u konkurencji w znakomitej większości próżno tego szukać, co sprawia, że choćby próba jego możliwości w swoim systemie nie tylko powinna się odbyć, ale jest wręcz obowiązkowa.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumïn U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Pixel Magic Systems Ltd.
Cena: 19 490 PLN (dysk 4TB); 23 990 PLN (dysk 8TB)
Dane techniczne
Wbudowana pamięć: 4TB (2 x 2TB); 8TB (2 x 4TB) 2,5” SSD
Obsługiwane formaty plików: DSF (DSD), DIFF (DSD), DoP (DSD), FLAC, Apple Lossless (ALAC), WAV, AIFF, MP3
Łączność: USB 3.0 Micro B; 2 x Gigabit Ethernet Network (1000BASE-T) RJ45; 2 x Gigabit SFP; 2 x USB 3.0 Type A
Wymiary (S x G x W): 350 x 350 x 60.5 mm
Waga: 6 kg
Opinia 1
Przygodę ze słoweńską manufakturą … nie, tym razem nie będzie o dopiero co obcmokanej przez Jacka Kuzmie, lecz o zdecydowanie młodszej i operującej w innym segmencie asortymentowym Erzetich Audio zaczęliśmy nieco ponad trzy lata temu od … trzech audiofilskich, wydanych na złocie albumów. Czyżby zatem sprawca całego zamieszania – Blaz Erzetich w tzw. międzyczasie popełnił kolejny dedykowany złotouchym krążek? Oczywiście, gdyż światło dzienne ujrzał „L’odyssée des ombres” o zaskakująco zgodnej z portfolio marki playliście, lecz tym razem, dzięki uprzejmości białostockiego Rafko mogliśmy pochylić się nawet nie nad mainstreamem, co zwieńczeniem słoweńskiego tym razem już „sprzętowego” portfolio, czyli topowymi słuchawkami Charybdis na których test, w towarzystwie wzmacniacza NuPrime AMG HPA, serdecznie zapraszamy.
Wbrew zwyczajowemu układowi i zarazem tradycji, zanim skupię się na walorach wizualnych i sonicznych pozwolę sobie skreślić kilka słów o ergonomii tytułowych słuchawek, bowiem pół żartem, pół serio w przypadku Charybdis-ów można, z lekkim przymrużeniem oka uznać, że rzeczywiście mamy do czynienia z „nagłownymi kolumnami”, czyli niejako na odwrót jak podczas odsłuchów Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26, kiedy momentami mieliśmy wrażenie obcowania ze „stacjonarnymi słuchawkami”. Skąd ten dość karkołomny wniosek? Jak z pewnością zdążyliście się Państwo domyślić z ich zauważalnej i zarazem nad wyraz absorbującej – wynoszącej imponujące 740 g (bez przewodu sygnałowego) wagi. Jeśli powyższa wartość nie robi na Was wrażenia, to pozwolę sobie w tym miejscu na małą, uświadamiającą dygresję. I tak, bazując li tylko na naszym bajkopisarskim dorobku i biorąc pod lupę pełnowymiarowe, skierowane ku najbardziej wymagającym odbiorcom słuchawki z powodzeniem możemy, wzorem bokserskich kategorii wagowych, podzielić je na wagi:
– Muszą (poniżej 300g) jak Audio-Technica ATH-ADX5000 (270 g), czy Audio-Technica ATH-A2000Z (294 g)
– Lekką (300 – 400 g): ULTRASONE Edition 15 Veritas (314 g), HiFiMAN HE-R10D (337 g), Denon AH-D9200 (375 g), Denon AH-D7200 (385 g), Fostex TH900mk2 (390 g), OPPO PM-1 (395 g), Audio-Technica ATH-AWAS (395 g), OBRAVO HAMT-3 MKII (398 g)
– Półciężką (400 – 500g): HiFiMAN Arya Stealth Magnets (404 g), Audeze LCD-5 (420 g), HiFiMAN Susvara (450 g), HiFiMAN HE1000 (480 g), Focal Utopia (490 g), HiFiMAN HE-R10P (495 g)
– Super ciężką (> 500g): Audeze LCD-3 (600g), Final Sonorus X ( 640g), Audeze LCD-XC (650 g)
Mówiąc wprost i pozostając jeszcze przez chwilę w metaforyce sportów kontaktowych nasze dzisiejsze gościnie w starciu z dotychczas najcięższymi Audeze LCD-XC prezentują się podobnie jak Hafthor Julius Bjornsson przy Eddiem Hallu. Dlatego też, tym razem już całkiem poważnie, decydując się na nie warto zadbać o odpowiednie siedzisko z na tyle wysokim oparciem, by odciążyć kark i szyję, które podczas odsłuchów najbardziej będą odczuwały ów „słodki ciężar”. Całe szczęście mięsiste pady są szalenie wygodne i delikatnie okalają nawet duże małżowiny, więc, co z resztą organoleptycznie zweryfikowałem, również i okularnicy nie muszą obawiać się nazbyt dużego docisku, czy też rozgotowanych kalafiorów po kilkugodzinnej nasiadówce.
A wracając, jak to zwykł mawiać klasyk do „ad remu” i jak to udało nam się zasygnalizować podczas sesji unboxingowej tytułowe słuchawki dostarczane są do użytkownika końcowego w eleganckiej srebrnej, suto wyściełanej gąbką metalowej walizce a wraz z nimi szczęśliwy nabywca otrzymuje odłączany przewód sygnałowy, dodatkowy zestaw welurowych (alcantara?) padów i przejściówkę z 4-pinowego XLR-a na 6,3mm Jacka. Wprawne oko zauważy również miękki, atłasowy woreczek i … regulowany pas naramienny , który można przypiąć do transportowej walizki, co z pewnością ułatwi ich transport (chociażby w trakcie oszukiwać optymalnego wzmocnienia).
Nie da się ukryć, iż już od progu uwagę zwracają potężne, wykonane na obrabiarkach CNC aluminiowe muszle z charakterystyczną krzyżową perforacją przywodzącą na myśl logotyp Rammsteina, oraz zdolny utrzymać je w ryzach carbonowy pałąk. Usatysfakcjonowani powinni być również eco- i vege- zorientowani odbiorcy, bowiem zgodnie z zapewnieniami producenta zamiast materiałów „odzwierzęcych” sięgnięto po równie miękką, acz sztuczną skórę do wykonania padów a pas nagłowny pokryto materiałem przypominającym konsystencją gumę/sztuczną skórę. Od strony technicznej wiadomo jedynie, iż mamy do czynienia z konstrukcjami otwartymi (co widać), wokółusznymi (co wypada zweryfikować na własnym czerepie) i planarnymi o impedancji 43 Ω. Ani słowa o obsługiwanym paśmie, skuteczności, czy nawet średnicy użytych drajwerów. Bo i po co, skoro produkt ma się bronić dźwiękiem a nie sążnistą metryką, która de facto, jak to papier ma w zwyczaju, przyjmie wszystko, lecz dźwięku nijakiego nie wyda.
Z kolei NuPrime AMG HPA to niejako nasz stary, dobry znajomy wykorzystywany m.in. w trakcie odsłuchów HiFiMAN-ów Arya Stealth Magnets, więc zainteresowanych pozwolę sobie odesłać do naszego archiwum a tym, którym wystarczą jedynie podstawowe informacje zdradzę, iż ww. jednostka oprócz oczywistej funkcji wzmacniacza słuchawkowego zdolnego wysterować słuchawki o impedancji 8Ω jest pełnokrwistym liniowym preampem o impedancji wejściowej 1 MΩ. W dodatku na wejściu pracują (w klasie A) nisko szumne tranzystory JFET a w pełni zbalansowany układ wzmocnienia zawiera niezależne obwody dla wejść, głośności, wzmocnienia i wyjścia. Warto również wspomnieć, iż regulacja głośności jest realizowana na dwóch układach MUSES72320. Od strony użytkowej na froncie znajdziemy oprócz trzech wyjść słuchawkowych (4-pinowe XLR i zbalansowane 4.4mm, oraz klasyczny 6,3mm duży Jack) biało niebieski wyświetlacz, oraz dwa srebrzyste hebelki odpowiedzialne za wybór wzmocnienia oraz odcięcie wyjść liniowych. Za włączenie/uśpienie urządzenia, regulację głośności i wybór źródła odpowiada okupujące prawą flankę wielofunkcyjne pokrętło. Z kolei na plecach napotkamy po parze wyjść RCA/XLR oraz imponujący zestaw wejść w składzie para XLR i trzy pary RCA, które uzupełnia zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające. Jak łatwo się domyślić aplikacja przewodu zasilającego wyposażonego w solidny wtyk praktycznie uniemożliwi obsługę ww. włącznika, co ma swoje dobre strony, gdyż urządzenie pozostawać będzie w czasie bezczynności w stand-by.
No dobrze, dość teorii, czas na zajęcia praktyczne, czyli możliwie stabilne umoszczenie się w fotelu z na tyle wysokim oparciem, by „przejęło” choć część obciążenia z karku, który podczas kilkugodzinnych sesji odsłuchowych będzie miał co dźwigać. I proszę potraktować powyższe działania / sugestie zupełnie poważnie, gdyż bynajmniej nie należę do wiotkich jak trzcina sączących owsiane latte przedstawicieli pokolenia „płatków śniegu”, którzy od samego widoku czegokolwiek cięższego od MacBooka Air dostają skoliozy a raczej z racji swej ogropodobnej postury zazwyczaj wszystko jest dla mnie za małe i nazbyt delikatne. Tymczasem w przypadku Charybdis-ów śmiem twierdzić, że i crossfitowa zaprawa by nie zaszkodziła.
Niemniej jednak, gdy tylko tytułowy „hełmofon” wylądował na mym czerepie a z wyciętych z bloków aluminium muszli dobiegły pierwsze dźwięki „Fear Inoculum” TOOL jasnym się stało, że nieprędko z ww. fotela się podniosę. To nie był jednak przysłowiowy strzał i uderzenie o podłogę (stolik kawowy) opadającej szczęki, lecz pewne, w dodatku całkowicie naturalne przewartościowanie moich wyobrażeń i przyzwyczajeń związanych z odsłuchami. W dodatku całkowicie zrywającymi z konotacjami związanymi z systemami stacjonarnymi, bądź słuchawkowymi, bowiem topowe Erzetich-y grają nie jak cokolwiek z jednego bądź drugiego obozu sprzętowego, lecz grają muzykę. Ba, grają też wszystko pozamuzyczne i niezależnie od tego, czy chodziło o odgłosy burzy na „10,000 Days (Wings Pt 2)” czy też ptaszy skrzek na „Mockingbeat”, gdyż oba „efekty specjalne” wypadły nie tyle realistycznie, co po prostu jak „na żywo”. A skoro jak na żywo, to jak na miły Bóg oceniać równowagę tonalną, lokalizację źródeł pozornych, czy też gradację planów? Przecież w tym momencie owa ocena nie zależeć będzie od reprodukującego materiał źródłowy medium / ustrojstwa – w tym wypadku słuchawek, lecz zdolności percepcyjnych odbiorcy / użytkownika. To przecież tak jakby patrząc na ten sam dajmy na to toskański, bądź alpejski krajobraz każdy z nas widział / zwracał uwagę na coś innego. I niby wszyscy patrzymy na to samo, jednak każdy widzi „swoje”. I tak właśnie działają Charybdis-y. Oferują pełnię informacji, ot tak – same z siebie i bez jakiegokolwiek wysiłku i ciśnienia na wyczynowość a już sposób i intensywność interpretacji, czy wręcz chęci poznania, zagłębienia się w złożoności kompozycji pozostawiają czy to zdolnościom, czy też dobrym chęciom ich „nosicieli”. Urzekająca jest jednak ich rozbrajająca naturalność i liniowość / prostolinijność. One niczego nie podkręcają, nie dopalają i nie intensyfikują, są więc zaprzeczeniem stereotypowych wyobrażeń o High-Endzie, który powinien, przynajmniej zgodnie z owymi zupełnie oderwanymi od rzeczywistości oczekiwaniami za przeproszeniem ściągać majtki przez głowę. Pół żartem pół serio można byłoby uznać, że są słuchawkowym odpowiednikiem Carlosa Santany, który zapytany w trakcie jednego z wywiadów ile dziennie musi ćwiczyć, żeby grać tak jak gra z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że zupełnie nie rozumie o co redaktorowi chodzi, bo On niczego nie musi i gra tylko wtedy kiedy chce. No i od razu pojawiły się argumenty, że przecież ten i ów bynajmniej nie jakiś drugoligowy szarpidrut przez ileś godzin dzień w dzień szlifuje warsztat katując coraz bardziej karkołomne riffy. Na co Carlos tylko się uśmiechnął i stwierdził, że najwidoczniej owi inni muszą a on nic na to nie poradzi. I Charybdis-y też się właśnie tak pobłażliwie uśmiechają zabierając nas w magiczną podróż po Abbey Road w towarzystwie rozwrzeszczanej ferajny z Architects („For Those That Wish To Exist At Abbey Road”), odkrywając wraz z Davidem Gilmourem tajemnice antycznego amfiteatru w Pompejach („Live At Pompeii”), czy też kontemplując z Michelem Godardem pełne ciszy i spokoju sakralne wnętrza Opactwa Noirlac („Monteverdi – A Trace of Grace”). Nie jest zatem tak, że za każdym razem dostajemy stadionowy rozmach, czy studyjną ciszę, lecz w zależności od nagrania dokładnie to, co na nim się znalazło i gdzie zostało „popełnione”. Tylko tyle i aż tyle. Nie da się jednak ukryć, że choć namacalność – poczucie obecności artystów w naszym otoczeniu oferowane przez tytułowe słuchawki potrafi przyprawić o gęsią skórkę, to próżno doszukiwać się tu maniery wypychania przed szereg, bądź wręcz pakowania ich na nasze kolana, o wnętrzu czaszki nawet nie wspominając. Po prostu na ów immersyjny realizm składa się bezlik pozornie błahych niuansów, jak m.in. adekwatna aura pogłosowa, odwzorowanie ruchu scenicznego, czy nawet siły emisji artystów, które suma summarum sprawiają, że z pasywnych obserwatorów przeistaczamy się w czynnych uczestników a mechaniczna reprodukcja ewoluuje do iście „jamowej” sesji zgrywanej na 100-kę. Bez majstrowania przy konsolecie i bez usilnego poprawiania rzeczywistości. Dlatego wybaczcie Państwo, że tym razem nie będę rozwodził się nad perlistością góry pasma, soczystością średnicy, czy pulsującym i zróżnicowanym basem zdolnym kruszyć nie tylko rodowe skorupy, co i plomby w ósemkach, gdyż po prostu bym konfabulował zrzucając na karb słuchawek działania i efekt „wizji” realizatorów poszczególnych nagrań a tego bym nie chciał. Dlatego też jeśli tylko będziecie mieli okazję załóżcie Erzetich Charybdis na głoowę i na własne uszy przekonajcie się jak naprawdę brzmią Wasze ulubione utwory i co tak naprawdę potrafią hołubieni wykonawcy.
Kilkutygodniowy kontakt z Erzetich Charybdis uświadomił mi m.in. skąd wzięła się taka „chemia” między nami. Otóż któregoś popołudnia, gdy mając już wszystkiego po kokardę, chcąc zostać sam na sam z własnymi myślami zakładałem je na czerep i nagle Bingo! Przecież to, co i jak robi Blaz Erzetich niemalże idealnie pokrywa się z pomysłami jednego z moich ulubionych zegarkowych micro-brandów – amerykańskim Aragonem. A tytułowy hełmofon wydaje się idealnym towarzystwem do największego w mojej kolekcji 55 mm i ważącego bagatela ponad 240g z silikonowymi „portkami” i blisko 400g z bransoletą „prodiża” – Gauge 3G 8040.N. To ten sam designerski, jakże uroczy i bliski memu sercu brutalizm w rozmiarze XXL, obok którego pomimo najszczerszych chęci nie potrafię przejść obojętnie. Chociaż, biorąc pod uwagę ukojenie jakie słoweńskie nauszniki przynoszą śmiało można je uznać za audiofilską alternatywę … koca obciążeniowego ;-) Krótko i już nieco bardziej serio mówiąc, jeśli kiedykolwiek miałbym konfigurować ultra high-endowy system słuchawkowy, to o ile co do wzmocnienia nie mam jeszcze żadnych sprecyzowanych typów, to już nie widzę większego sensu szukania czegoś lepszego od Charybdis-ów, które wcale nie są najdroższymi słuchawkami jakie nie tylko miałem u siebie na testach, o dostępnym na rynku asortymencie nawet nie wspominając, lecz jeśli chodzi o jakość brzmienia, to … przewrotnie stwierdzę, że na pewno można drożej i lżej a czy lepiej … Cóż, niech każdy zainteresowany rzuci na nie uchem i samodzielnie wyciągnie stosowne wnioski. Ja takowy proces tentegowania w głowie mam za sobą a wnioskami się właśnie z Państwem podzieliłem.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– IC RCA: ZenSati Angel
– IC XLR: ZenSati Angel
– IC USB: ZenSati Angel
– Kable zasilające: ZenSati Angel
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + ZenSati Angel
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Next Level Tech NxLT Lan Flame; ZenSati Angel
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
Opinia 2
Co prawda od zawsze miałem znakomite warunki do obcowania z muzyką z pełnowymiarowego systemu audio, ale był okres, w którym do maksymalizacji doznań często wykorzystywałem zestaw słuchawkowy. Wówczas był nim set złożony ze stosunkowo prostego wzmacniacza Pro Ject (wówczas był uważany za bardzo dobry produkt) i kultowych nauszników Senheiser HD 600. Niestety czas dla tego rodzaju zabawy w moje hobby okazał się być bardzo brutalnym i obecnie jedynymi zderzeniami z podobnymi konglomeratami są tak jak dzisiaj publikowane testy. Raz wypadające bliżej, a innymi razy dalej od ulubionej dla mnie estetyki prezentacji, ale zawsze sprawiające mi wiele przyjemności. I właśnie relację z ostatnio zaznanej przyjemności postaram się w niniejszym tekście przelać na klawiaturę. A bohaterami będą dostarczone przez białostockie Rafko, pochodzące ze Słowenii słuchawki Erzetich Audio Charybdis oraz wspierający je w testowym boju znany nam z wcześniejszych występów wzmacniacz NuPrime AMG HPA.
Jak widać na fotografiach, tytułowe słuchawki to sporej wielkości konstrukcje. Co więcej, na tle szerokiej gamy konkurencji za sprawą wspomnianego rozmiaru oraz użytych materiałów są stosunkowo ciężkie, bo swą wagą dobrze przekraczające poziom 700 gramów. Przyznacie, że sporo, co rzadko bawiąc się takimi konstrukcjami delikatnie odczułem po wielogodzinnej nasiadówie przy muzyce. Owszem, dla jednego to żaden problem, ale czasem dla drugiego choćby tak jak dla mnie jednak taka waga może być lekką niedogodnością. Naturalnie do zaakceptowania po stosownej akomodacji organizmu, ale nie mogłem o tym aspekcie nie wspomnieć. Ale zaznaczam, iż dużym marginesem tolerancji, bowiem lekko wyprzedzając fakty nawet jeśli na początku odczujecie pewne niedogodności, naprawdę warto z nimi dłużej poobcować, co postaram się obronić w kolejnej części testu. Jeśli chodzi o ogólną budowę, Charybdis są nie tylko ciekawe wzorniczo, ale także materiałowo. Pierwszy istotny temat to wokół-uszne muszle. Są nimi nietuzinkowo wyglądające, dzięki zastosowaniu płynnego połączenia poprzez pionowe pręty z wyposażonym w skórzane siodło nagłownym pałąkiem w kolorze czerni wijące się jak przysłowiowy wąż, a przez to idealnie układające się do owalu naszej głowy, mieniące się kolorem srebra aluminiowe sześciokąty. Bardzo ważnym elementem także z uwagi na grubość poduszki przylegającej do głowy oraz zastosowanego materiału są oczywiście bardzo grube pady. Wykonane z miękkiej eko-skóry co wespół ze wspomnianą rozmiarową „puszystością” samej poduszki na tyle komfortowo przylegające go głowy, że jedynym odczuwalnym niuansem ich użytkowania jest waga, a nie jak to często bywa zmęczenie skóry wokół naszych narządów przyswajania fonii spowodowane długim przyleganiem obcego materiału do ciała. Kreśląc kilka informacji o zastosowanej technologii przetwarzania sygnału najważniejszym jest zastosowanie przetworników planarno-magnetycznych. Kolejną realizacja pracy w technice systemu otwartego. Zaś ostatnią ich impedancja na poziomie 43 Ohm. W drogę do klienta rzeczone Erzetich Charybdis pakowane są w estetyczną, wyposażoną w wiele akcesoriów z okablowaniem na czele, aluminiową walizkę. Przyznam szczerze, że omawiany produkt od początku do końca, czyli rozpoczynając od samych słuchawek, a na związanej z ich użytkowaniem otoczce kończąc robi duże wrażenie. A czy adekwatne do oferty brzmieniowej dowiecie się z lektury kolejnego części testu.
Co do współpracującego w teście ze słuchawkami wzmacniacza celowo nie będę się rozpisywał, tylko zdając sobie sprawę z łatwości dotarcia do tych informacji przy użyciu naszej wyszukiwarki odsyłam zainteresowanych do stosownego testu. I nie dlatego, że mi się nie chce, choć zdając sobie sprawę z potencjalnego uprawiania tak zwanej powtórki z rozrywki taka myśl nasuwa się automatycznie, tylko NuPrime w tym starciu jest co prawda w odniesieniu do uzyskanego efektu brzmienia znakomicie dobranym, ale jednak dodatkiem. Zatem w celu znalezienia info o AMG HPA zainteresowanych zapraszam do wykorzystania forumowego pamiętnika.
Co miałem na myśli nieco przedwcześnie chwaląc tytułowe słuchawki nawet w obliczu ich pokaźnej wagi? Otóż rzadko piszę aż tak pochwalne opinie, ale przygotowany przez białostockie Rafko tandem zabrzmiał znakomicie. Nie dobrze, nie bardzo dobrze, tylko zjawiskowo. I nie chodzi, że ze znakomitą energią dolnego zakresu, bo to potrafi wiele konstrukcji, tylko z rzadko spotykaną jego rozdzielczością i kontrolą, co w połączeniu z w tym tonie zaprezentowaną średnicą oraz otwartością górnych rejestrów, a nade wszystko czystością podania materiału, było sięgnięciem absolutu. Muzyka oprócz świetnego osadzenia w masie z dobrą szybkością narastania sygnału tak jak lubię, była pozbawiona jakiejkolwiek mgiełki, a mimo to ku mojej uciesze umiejętnie unikała przy tym często występującej, na dłuższą metę meczącej nadinterpretacji w domenie wyrazistości. Wiadomym jest, iż taka estetyka braku limitacji ekspresji jest bardzo ważna, jednak tak bezpośredni sposób kreowania wydarzeń scenicznych zawsze ociera się o przekroczenie cienkiej linii dobrego smaku, co w razie porażki skutkuje szybkim zmęczeniem. Tymczasem w tym przypadku słoweńskie konstrukcje wyszły z tego zadania z przysłowiową tarczą. Było ekstremalnie dosadnie jeśli chodzi o krawędź dźwięku, jego energię oraz blasku spektaklu muzycznego, ale w służbie namacalności odbioru, a nie robienia często kończącego się porażką krótkotrwałego „łał”.
A przekonałem się o tym na przykładzie stosunkowo trudnej do odtworzenia płyty Michela Godarda interpretującej twórczość Claudio Monteverdiego „A Trace of Grace”. Najbardziej wymagającą kwestią w odpowiednim pokazaniu tej płyty jest utrzymanie w ryzach nisko grającej, pełnej energii, z czasem znakomicie zaznaczonym atakiem palca na strunę gitary basowej. Z jednej strony muskularnej, do tego jeśli system potrafi to utrzymać wijącej się modulowanym pomrukiem tuż nad podłogą, ale nie oszukujmy się swym bytem udowadniającej niebanalną istotę jej bytu w tym materiale. I w takim duchu pokazały ją Słowenki. Masowały moje membrany uszne soczystymi falami dźwiękowymi, jednak z zaskakująco drobiazgowym pokazaniem ich rysunku od inicjacji, przez niekończące się trwanie w eterze, po wygaszanie, co dawało świetny podkład do brylowania reszty równie istotnych dla tego materiału instrumentów. A były nimi nietypowy, bo prawdopodobnie skonstruowany na potrzeby tej sesji, obsługiwany przez pomysłodawcę nagrania serpent, po dostojny, czasem pełen artefaktów sonicznych nagromadzonej w nim po długich, nierzadko szaleńczych pasażach śliny saksofon. Znam ten materiał od podszewki, ale nigdy nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Chodzi oczywiście o podciągniecie najdrobniejszych smaczków dźwiękowych, ale bez jakiegokolwiek poczucia przedobrzenia. Dla mnie było to trafienie w punkt, bo emocjonalnie wciągające przez samą muzykę i estetykę prezentacji, co nie zawsze w aż takim stopniu zadowolenia ma miejsce.
Opisany efekt był na tyle ciekawy, że kolejnym punktem programu był oczywiście szaleńczy rock. Efekt? Otóż słuchawki oferowały drobiazgowe pokazanie każdego szczegółu, co mogłoby być problemem dla słabo zrealizowanego materiału, jednak dzięki esencjonalności i zwarciu oferowanej energii pierwsza z brzegu, skądinąd ulubiona przeze mnie formacja AC/DC z płytą „Highway To Hell” w wartościach bezwzględnych zabrzmiała równie dobrze, jak przed momentem interpretacja zapisów okresu Baroku. Było ogień i szybkość, ale też soczystość gitar oraz podparta body ekspresyjna wokaliza. Nic, tylko podnieść poziom wolumenu dźwięku do wymaganych dla tego rodzaju materiału i słuchać, co naturalnie z przyjemnością uczyniłem. I to na słuchawkach, które każdy realizacyjny problem w stosunku do systemu opartego o wolnostojące kolumny wręcz wbijają nam do głowy. Cuda? Nie, najzwyczajniej w świecie dostałem do testu bardzo dobry produkt.
Jak spuentuję powyższy opis? Powiem tak. Jedno jest pewne, to nie są słuchawki do zaspokajania egzaltacji ponadprzeciętną eterycznością wizualizowania muzyki w stylu marki STAX, czy Sennheiser. Jednakże z pełną świadomością oprócz reszty populacji „słuchawkowców„ polecam zapoznać się z nimi nawet wielkim wielbicielom przywołanych brandów. Naturalnie nie będzie to od zawsze hołubiona przez nich nirwana na bazie ponadprzeciętnej lotności muzyki, ale być może przez cały czas proponowana daleka od przerysowania, ale jednak spektakularna wyrazistość grania Erzetich Carybdis sprawi, że może nie od razu, ale za jakiś czas mrugną do nich okiem. Przesadzam? Nie, nie przesadzam, to naprawdę fajne słuchawki.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Rafko / RMS
Producenci: NuPrime Audio, Erzetich Audio
Ceny
NuPrime AMG HPA: 10 395 PLN
Erzetich Charybdis: 13 999 PLN
Dane techniczne
NuPrime AMG HPA
Wejścia analogowe: para XLR, para RCA
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Wyjścia słuchawkowe: 6.3mm; 4.4mm zbalansowane Pentaconn, zbalansowane XLR
Impedancja wejściowa (XLR/RCA):1 MΩ @ 10 Hz ~ 200 kHz
Max. moc wyjściowa na wyjściach słuchawkowych
– 6.3mmJack: Max 2000mW @ 32 Ω / 150mW @ 600 Ω
– Zbalansowane: Max 3500mW @ 32 Ω / 300mW @ 600 Ω
wzmocnienie: 3,2 (High); 2,1 (Low)
Minimalna impedancja słuchawek: 8 Ω.
Dynamika: > 80 dB
Zniekształcenia THD+N: 0.05 %
Odstęp sygnał/szum: > 100 dB
Pasmo przenoszenia: 20 Hz to 200KHz (-3dB)
Współczynnik tłumienia przesłuchu: min. 80 dB @ 1 kHz
Bezpiecznik: Slow-blow, T2A, 250VAC
Wymiary (W x S x G): 55 x 235 x 300 mm
Waga: 2.5kg
Erzetich Charybdis
Konstrukcja: Planarne, nauszne, otwarte
Impedancja: 43 Ω
Przewód: 4-pin XLR + adapter 6,3 mm (2 m)
Waga: 740 g
Opinion 1
There is no need to make anyone aware of the murderous competition, and thus natural selection, in the audio industry. Therefore, it should not be surprising that both the extremely dynamic fluctuations of entities trying to stay afloat and a significant part of them similar to Ephemeroptera do not have very impressive vitality. It is not an art to spend years poring over an original project to finally make it in the form of a single prototype or a few copies, but to maintain repeatability, ensure availability and gradually expand the portfolio. Therefore, out of the seemingly countless domestic manufacturers of audiophile cables, it is actually possible to distinguish three players that meet the above-mentioned criteria – Albedo from Bydgoszcz, operating since 1996, Audiomica from Gorlice, debuting on the market in 2007, and the youngest of the above-mentioned entities and at the same time the cause of today’s confusion – WK Audio from Plichtów, established in 2017. Interestingly, we started our adventure with the cables braided by Witold Kamiński, who is the man behind this project, with TheAir power cables. What is so interesting about it? For example, the fact that TheAir was created for specific plugs, in this case the topline 50 from Furutech, and not, as is usually the case, the other way around, when you first make/design the cable and only then choose the terminations for it in accordance with the company’s policy. In short, the methodology is turned on its head and the effect is excellent. And so it somehow turned out, that with more or less regularity the wires from city of Łódź suburbia appear in our house, each time proving that TheAir was not an accident, but the culmination of these arduous activities. That is why, with genuine enthusiasm, we agreed to the proposal to take a closer look at and listen to the next, after the speaker and the power cables, representative of the TheRay series in the form of WK Audio TheRay XLR interconnects, to which test we now cordially invite you.
According to the information provided by the manufacturer, the cables shown in the photos above are a more noble version of TheRay called Exclusive. This is only evidenced by the plugs, which in the above-mentioned option is a set of the top CF-601M R NCF / CF-602F R NCF plugs from Furutech. However, if someone does not believe in the salutary influence of audio-jewelry (yet), they can save 300€ and opt for the Basic version with FP-601M R/ FP-602F R plugs from the same manufacturer. As for the rest, everything is the same drop for drop, i.e. consistent with the layout of the series. We are therefore dealing with a blue external protective braided sheath, elegant, decorated with company logos and model markings, satin aluminum sleeves reducing the diameter of the wires and a softly padded wooden box (if you are interested, please refer to the unboxing session) in which the cables reach the end user.
As for the anatomy of the eponymous connectors, this time our „licentia poetica” based on fragmentary information will give way to the declaration of their creator. And so, „Similarly to the top TheRed series, TheRay interconnects are also an absolutely original construction made 100% by hand and based on unique solutions and selected materials. Their design was based on both the experience gained while working on the top TheRed series, as well as many materials used in the above-mentioned series. The selection of the optimal geometry of the cable was treated with great care, matching it to the conductors used, because the signal wires were made of pure silver, which was supplemented with silver-plated copper and copper of very high purity.”
Apart from the organoleptic and aesthetic values, the key issue is how the tested interconnects „sound”, or sticking to the facts, how their appearance in the system affected the sound of the system. And it had an indisputable effect, because following the example of their loudspeaker siblings, also the XLRs consider it appropriate to liberate and release the energy and resolving potential of the electronics connected to them, and to oxygenate / ventilate the stage thoroughly. So we get a truly explosive mixture of drive, openness and precision, but without even the slightest sign of dryness or antiseptic analyticalism. If you were stubborn, the above observations could be attributed to the silver arteries transmitting electrons, if it were not for the fact that it is in vain to look for stereotypical thinning, slimming, or even glassiness that are usually attributed to silver-based wires. Since even the high registers, which are expanded on „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” by Roberta Mameli do not cause the enamel on the teeth to crack, and the fiery riffs of Kiko Loureiro („Theory of Mind”) and Bumblefoot („… Returns!”) do not jerk the synapses as furiously as a screeching Chihuahua our trouser legs, then any fears of silver can be safely considered unfounded. WK-audio emphasizes only the crystal clarity of the soprano and the juiciness of the guitar parts, allowing them to sound to the limits of the speakers and the range of our hearing, giving full insight into the recording and the highest quality pleasure of reception. Just to be clear. Lovers of caramel sticky sweetness and amber gold of the setting sun are asked to be more vigilant, because although the shine of the upper registers of TheRay cannot be denied, as well as natural – citrus sweetness, they operate closer to silver neutrality than golden saturation.
That is why both the wonderfully rocking „Blues To The Bone” and the overly smoothed, or even sugar-coated „All The Way” by Etta James sound so fresh and with a truly holographic palpability. In fact, they are irrefutable proof of what (supposedly) Etta herself declared after getting acquainted with the soundtrack to „Cadillac Records”. Well, the rumor has it that she questioned the sense of hiring Beyoncé at the time, because she stated with disarming honesty that she could successfully sing her hits. And I dare to say, that WK Audio does not so much confirm these declarations, but makes them credible, showing in black and white, that these were not idle boasting of an aged Diva, but a common sense and surprisingly objective assessment of her own vocal abilities. With the Polish interconnect we get such a powerful dose of realism, with full articulation, reproduction of the power of the emission, or even subconscious facial expressions, that as long as the sound engineer did notjust come to work instead of really working, the feeling of participating in the recording session is guaranteed.
The bass is youthfully springy and compact („The Law of Augmenting Returns” by The Omnific), which does not prevent it from venturing into areas reserved only for a select few. It is enough (at your own risk) to reach for „Hold Me Down” by Murkury to see for yourself and on the nerves of your neighbors how hellishly low and with which phenomenal energy the Plichtów interconnects are able to go. Ok, it’s not them that „are going down”, but full-range (I sincerely apologize to mini-monitor owners, but this does not concern you) speakers driven by an appropriate amplifier, but the fact remains – with most of the competing cables we may not even be aware of what our system can do in this domain. And TheRay can exhume the not so much dormant, but usually deeply (on the verge of hibernation) hidden potential and breathe into it a powerful charge of life-giving energy.
And what else could I write more about the WK Audio TheRay XLR than what I already put on to the virtual paper above? Probably just that once again Witek managed to prove, that even without having a powerful research background, but only based on successively gained experience and dozens, if not hundreds, of experiments, he managed to design and make a cable that could confidently be considered … outstanding. In addition, they „get along” with their speaker siblings so perfectly, that they question the sense of further searches. However, please put the above declaration in delicate quotation marks, because even in the portfolio of WK Audio itself there is an even more noble TheRed series, which is also not in the habit of taking prisoners. However, focusing on our today’s heroines and looking at them through the prism of the quality/price relationship, it is extremely difficult to pass by them indifferently.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + ZenSati Zorro jumpers
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Switch: Quantum Science Audio (QSA) Red + Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Opinion 2
I have written this more than once or twice, that I am always happy to meet results of the Polish technical thought. And it does not matter what group of customers it is addressed to, and in which segment it operates, because the most important thing is the fact that Poland is no longer a backwater of the world, but a strong player in the very demanding audio market. There are many examples to confirm this state of affairs, but in the natural course of things, referring to the hero of today’s test, I would like to remind you that one of the most dynamic representatives of this piece of the market is the WK Audio brand. Insiders certainly know, that although it offers an anti-vibration platform for electronics, the main core of its business is cabling. What kind of cabling? I will not make a list, because you will find everything using a search engine, but I declare that starting with network cables, through signal cables, to loudspeaker cables, the offering is extensive. And most importantly for us, each new product lands with us for a test session. So what has arrived this time? Well, it is a kind of supplement to the TheRay line with power and loudspeaker cabling, onto which we have already had a look at twice before, and it is the WK Audio TheRay XLR signal cable provided to us directly by the manufacturer from Plichtów.
Following the manufacturer’s information on the construction of the title guest, we know that the idea for the internal construction and the materials used were taken from the top TheRed series, which, after a past meeting with the latter, allows us to assume that, colloquially speaking, things will happen. When it comes to the signal conductor, we are dealing with pure silver. However, this is not the only metal in this design, as it also includes half-products based on silver-plated copper and plain high-purity copper. As you can see, there is a lot going on. However, not without reason, because according to the brand’s owner, such a material conglomerate, together with the proprietary, complex and 100 percent handmade internal weave, is supposed to give maximum openness of the sound of the system, while avoiding the frequently occurring effect of harmful brightening, sharpness and a grayness, which is boring in the long run. So by deciding on it, we are supposed to get the right energy, drive and the full momentum of the sound. Whether this is the case, will become clear later in the test, but in my opinion there are good chances for it, because the plugs in TheRay are the top products of the Japanese Furutech, which are well known to me from my speaker cables. The complete interconnect is packed in an elegant, padded with profiled sponge, wooden box.
How did our tested hero perform? Well, I cannot write anything else, than to confirm the fact announced by the manufacturer, that when the system is playing with the title cable in the sound path, has a good drive and freedom in the domain of the size of the virtual stage. The music was teeming with life and appropriate commitment to show the joy contained in it. Strong bass smoothly transitioned into a saturated midrange, which, interestingly, was very well illuminated by minimally plasticized – compared to what I have every day – treble. But I would like to point out, that this effect occurred at the level of nuances, rather than brutal exaggeration of the presentation, which meant that both in my and the test configuration I received a full package of, not only excellently presented, but also drawing me into the whirlwind of events with ease. The music created in the ether of the test session simply had a delicate aftertaste of unobtrusive, far from averaging the sound, plasticity. By the way, in this case, it was also nicely used, because using this sonic trick, the midrange sounded very favorably. On one hand, it is slightly pushed forward, but on the other, it automatically becomes more tangible. Just to make sure we understand each other correctly, the general perception of such a state of affairs was not something like a forceful increase in emotions, but like taking half a step forward towards the virtual stage and the events taking place on it.
The effect of the described presentation was so successful that it did not have the slightest impact on showing the artistry of work, or the good implementation of the effect of this work of the excellent Bobo Stenson trio during the recording of the music project „Cantando”. The point is, that thanks to the good presentation of each touch of the instruments followed by an excellent resonance of interaction on the endless stage, I was able to satisfy each of my two alter egos – a music lover and an avid audiophile. For me, these two spheres of communing with music, any music, even rock, are very important components of ideal reception and I was glad that the signal cable from WK Audio easily combined both into one interesting whole. I must admit that hearing the aesthetics of the treble at the beginning, I was a bit afraid of this type of material. Meanwhile, as I mentioned, the action for the sake of a gentle soothing of the sound in the highest frequency range was only a different, yet still a very good point of view on the same material, and not its worse version. When the sound impulse brought to life was supposed to shine, it did. When, a moment later, I was about to be moved by the energy of the kick drum, the air in the listening room was appropriately mixed. There was no time for boredom or monotony, only observation of the instrumental performances planned by the musicians.
Metallica also got through the listening session without any problems with the album „Kill’em All”. It played strongly in the bass, where the drums reigned supreme, and aggressively in the middle during guitar and vocal displays, but this time in a very positive, and even desirable way, the whole thing was embellished with a pleasantly smooth treble. No, it did not kill its expression, it just prevented unpleasant artifacts caused by poor realization from being amplified. It was still a full-blown metal band, only served in a minimally – with a strong emphasis on the word „minimally” – more digestible way. On one hand, it was a slightly surprising experience, and on the other, it was a very interesting experience.
Where would I place the title WK Audio TheRay XLR interconnect? I will say this. My system is dark and offers a strong flash of the upper range, and yet our hero coped with everything without any problems. I assure you that it is quite a difficult material. Therefore, based on this experience, I see only one group of adepts of our game who may have a bit of an uphill battle. It is the eulogists of the search for the extremely fast increase of the signal and the professional transparency of the transmission above all else. Of course, I am talking about lovers of music presented in the aesthetics of the proverbial „flying razor blades in the ether”. The rest of the music lover population has a full-blooded green light in my opinion. This is because the cable from Plichtów will provide the system with the right dose of controlled energy, will allow the music to fill the entire room without restraint, and the mentioned smoothness of the treble will not be any kind of averaging of the sound, but something like a skillfully used spice.
Jacek Pazio
System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Manufacturer / Polish distributor: WK Audio
Prices (Europe & USA only)
WK Audio TheRay XLR Basic (Furutech FP-601M R/ FP-602F R): 3 000 € /1,5m
WK Audio TheRay XLR Exclusive (Furutech CF-601M R NCF / CF-602F R NCF): 3 300 € /1,5m
Opinia 1
O tym jak mordercza konkurencja a tym samym selekcja naturalna panuje w branży audio raczej nikogo uświadamiać nie trzeba. Dlatego też nie powinien dziwić fakt zarówno niezwykle dynamicznej fluktuacji próbujących utrzymać się na powierzchni bytów, jak i znacznej części z nich podobnej do Jętek (Ephemeroptera) niezbyt imponującej żywotności. Nie sztuką jest bowiem przez lata ślęczeć nad autorskim projektem, by finalnie wykonać go w formie pojedynczego prototypu, bądź góra kilku egzemplarzy, lecz zachować powtarzalność, zapewnić dostępność i sukcesywnie rozbudowywać portfolio. Dlatego też z pozornego bezliku rodzimych wytwórców audiofilskiego okablowania tak na dobrą sprawę można wyodrębnić trzech spełniających ww. kryteria graczy – działające od 1996 r. bydgoskie Albedo, debiutującą na rynku w 2007 gorlicką Audiomicę oraz najmłodszy z ww. grona byt i zarazem sprawcę dzisiejszego zamieszania – powstałe w 2017 r. plichtowskie WK Audio. Co ciekawe, przygodę z autorsko zaplatanymi przez stojącego za owym projektem Witolda Kamińskiego przewodami rozpoczęliśmy od zasilającego TheAir-a. Cóż w tym takiego ciekawego? Ot, chociażby fakt, iż TheAir powstał niejako pod konkretne wtyki, w tym przypadku topowe 50-ki Furutecha, a nie jak to zwykle bywa na odwrót, kiedy najpierw wykonuje/projektuje się przewód a dopiero potem dobiera do niego zgodną z polityką firmy konfekcję. Krótko mówiąc metodyka postawiona na głowie a efekt wyborny. I tak to jakoś wyszło, że z większą, bądź mniejszą regularnością „podłódzkie” przewody się u nas pojawiają za każdym razem udowadniając, że TheAir nie był wypadkiem przy pracy a owych, mozolnych działań zwieńczeniem. Dlatego też z autentycznym entuzjazmem przystaliśmy na propozycję pochylenia się nad i przesłuchania kolejnego, po głośnikowcach i zasilającym reprezentanta serii TheRay w postaci interkonektów WK Audio TheRay XLR, na test których serdecznie zapraszamy.
Zgodnie z dostarczoną przez producenta rozpiską widoczne na powyższych zdjęciach egzemplarze są szlachetniej urodzoną wersją Exclusive tytułowych TheRay-ów. Świadczy o tym wyłącznie konfekcja, którą w ww. opcji stanowi zestaw topowych wtyków CF-601M R NCF / CF-602F R NCF Furutecha. Jeśli jednak ktoś w zbawienny wpływ audio-biżuterii (jeszcze) nie wierzy może zaoszczędzić 300€ i zdecydować się na wersję Basic z wtykami FP-601M R/ FP-602F R Furutecha. Co do reszty wszystko jest kropla w kroplę takie samo, czyli zgodne w layoutem serii. Mamy zatem do czynienia z błękitną zewnętrzną ochronną plecionką, eleganckimi, przyozdobionymi firmowymi logotypami i oznaczeniami modelu redukującymi średnice przewodów satynowymi aluminiowymi tulejami i miękko wyściełaną gąbką drewnianą skrzyneczką (zainteresowanych odsyłam do sesji unboxingowej) w jakiej przewody docierają do odbiorcy końcowego.
Jeśli zaś chodzi o anatomię tytułowych łączówek, to tym razem oparta na szczątkowych informacjach nasza kwiecista „licentia poetica” ustąpi miejsca deklaracji ich twórcy. I tak „Podobnie do topowej serii TheRed, również i interkonekty TheRay są absolutnie autorską konstrukcją w 100% wykonywaną ręcznie i opartą na unikalnych rozwiązaniach i wyselekcjonowanych materiałach. W ich projektowaniu wykorzystano zarówno doświadczenia zdobyte podczas pracy nad topową serią TheRed, jak i wiele stosowanych w ww. serii materiałów. Z niezwykłą atencją potraktowano dobór optymalnej geometrii przewodu dopasowując ją do użytych przewodników, bowiem żyły sygnałowe wykonano z czystego srebra, które uzupełniono srebrzoną miedzią i miedzią o bardzo wysokiej czystości.”
Pomijając walory natury organoleptyczno – estetycznej kluczową kwestią jest jednak jak tytułowe interkonekty „grają”, bądź trzymając się faktów, jak ich pojawienie się w systemie na brzmienie tegoż wpłynęło. A wpłynęło bezdyskusyjnie, gdyż wzorem swego głośnikowego rodzeństwa również i XLR-y uznają za stosowne wyswabadzać i uwalniać drzemiący w spiętej nimi elektronice energetyczno – rozdzielczy potencjał oraz solidnie natleniać / wietrzyć scenę. Otrzymujemy zatem iście wybuchową mieszankę drajwu, otwartości i precyzji, lecz bez nawet najmniejszych oznak osuszenia, czy antyseptycznej analityczności. Na upartego można byłoby powyższe obserwacje przypisać przesyłającym elektrony srebrnym arteriom, gdyby nie fakt, iż próżno szukać tu stereotypowego pocieniania, odchudzania, czy wręcz szklistości zazwyczaj „doklejanym” opartym na srebrze przewodom. Skoro bowiem nawet wyciągane na „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” przez Robertę Mameli wysokie rejestry nie powodują pękania szkliwa na zębach a ogniste riffy Kiko Loureiro („Theory of Mind”) i Bumblefoot-a („…Returns!”) nie szarpią wściekle synapsów jak jazgotliwa Chihuahua nogawki, to ewentualne obawy przed „jubilerskim kruszcem” śmiało można uznać za bezzasadne. WK-audio podkreśla jedynie krystaliczną czystość sopranu i soczystość partii gitarowych pozwalając wybrzmieć im do granic możliwości kolumn i zakresu naszego słuchu dając pełen wgląd w nagranie i najwyższej próby przyjemność odbioru. Tylko żeby była jasność. Miłośnicy karmelowo lepkiej słodyczy i bursztynowego złota zachodzącego słońca proszeni są o wzmożoną czujność, gdyż co prawda lśnienia i blasku górnych rejestrów TheRay-om odmówić nie sposób, podobnie jak naturalnej – cytrusowej słodyczy, to raczej operują one bliżej nomen omen srebrnej neutralności aniżeli złotej saturacji.
Dlatego też zarówno cudownie bujający „Blues To The Bone” jak i ponadnormatywnie wygładzony, czy wręcz polukrowany „All The Way” Etty James brzmią tak świeżo i z iście holograficzną namacalnością. Ba, są niezbitym dowodem na to, co (podobno) sama Etta deklarowała po zapoznaniu się ze ścieżką dźwiękową do „Cadillac Records”. Otóż wieść gminna niesie, iż kwestionowała wtedy sensowność zatrudnienia Beyoncé, gdyż z rozbrajającą szczerością stwierdziła, że przecież z powodzeniem mogłaby zaśpiewać swoje przeboje. I śmiem twierdzić, że WK Audio owe deklaracje może nie tyle potwierdza, co uwiarygadnia, czarno na białym pokazując, iż nie były to czcze przechwałki wiekowej Divy, lecz zdroworozsądkowa i zaskakująco obiektywna ocena własnych możliwości wokalnych. Z rodzimymi łączówkami dostajemy tak potężną dawkę realizmu, z pełnia artykulacji, odwzorowaniem siły emisji, czy wręcz podświadomą mimiką, że jeśli tylko realizator nie przyszedł do pracy zamiast pracować, to uczucie uczestnictwa w sesji nagraniowej mamy gwarantowaną.
Dół pasma jest młodzieńczo sprężysty i zwarty („The Law of Augmenting Returns” The Omnific), co zupełnie nie przeszkadza zapuszczać się mu w rejony zarezerwowane jedynie dla nielicznych. Wystarczy bowiem (na własną odpowiedzialność) sięgnąć po „Hold Me Down” Murkury, by na własnej skórze i nerwach sąsiadów przekonać się jak piekielnie nisko i z jak fenomenalnym zachowaniem pełnej energii są w stanie „zejść” plichtowskie łączówki. Ok, to nie one „schodzą”, tylko pełnopasmowe (posiadaczy mini-monitorów szczerze przepraszam, ale to Was nie dotyczy) kolumny napędzane odpowiednim wzmacniaczem, jednak fakt pozostaje faktem – z większością konkurencyjnego okablowania możemy nawet nie mieć świadomości co nasz system w tej domenie potrafi. A TheRay ów nawet nie tyle drzemiący, co zazwyczaj głęboko (na granicy hibernacji) uśpiony potencjał potrafią ekshumować i tchnąć weń potężny ładunek życiodajnej energii.
No i cóż jeszcze mógłbym o WK Audio TheRay XLR napisać więcej aniżeli to, co powyżej na wirtualny papier przelałem? Chyba tylko to, że po raz kolejny udało się Witkowi udowodnić, że nawet nie dysponując potężnym zapleczem badawczym a jedynie bazując na sukcesywnie zdobywanym doświadczeniu i dziesiątkach,, jeśli nie setkach eksperymentów udało mu się zaprojektować i wykonać przewód śmiało mogący uchodzić za … wybitny. W dodatku na tyle idealnie „dogadujący się” ze swoim głośnikowym rodzeństwem, by tym samym poddać w wątpliwość sensowność dalszych poszukiwań. Proszę jednak powyższą deklarację wziąć w delikatny cudzysłów, bowiem nawet w portfolio samego WK Audio jest jeszcze szlachetniej urodzona seria TheRed, która też jeńców nie ma w zwyczaju brać. Jednak skupiając się na naszych dzisiejszych bohaterkach i patrząc na nie przez pryzmat relacji jakość/cena szalenie trudno przejść koło nich obojętnie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Pisałem to nie raz i nie dwa, zawsze cieszą mnie spotkania z polską myślą techniczną. I nie ma znaczenia, do jakiej grupy klientów jest kierowana oraz w jakim segmencie działa, gdyż najważniejszym jest fakt potwierdzenia, iż Polska nie jest już zaściankiem świata, tylko mocnym graczem na wymagającym rynku audio. Przykładów na potwierdzenie tego stanu rzeczy można by mnożyć, jednak naturalną koleją rzeczy, czyli odnosząc się do bohatera dzisiejszego testu przypomnę, iż jednym z bardziej prężnych przedstawicieli tego kawałka tortu jest marka WK Audio. Wtajemniczeni z pewnością wiedzą, że choć w swojej ofercie ma platformę antywibracyjną pod elektronikę, głównym trzonem jej działalności jest okablowanie. Jakie? Nie będę uprawiał wyliczanki, bo wszystko znajdziecie używając portalowej wyszukiwarki, ale oświadczam, że poczynając od kabli sieciowych, przez sygnałowe, po kolumnowe oferta jest spora. A co dla nas najważniejsze, każdy nowy produkt ląduje u nas na sesji testowej. Co w takim razie dotarło na obecny miting? Otóż to pewnego rodzaju uzupełnienie już dwukrotnie mającej swoje przysłowiowe pięć minut linii TheRay z okablowaniem zasilającym i kolumnowym , a będzie nim dostarczony przez producenta z Plichtowa przewód sygnałowy WK Audio TheRay XLR.
Idąc za informacjami producenta w temacie konstrukcji tytułowego gościa wiemy, że pomysł na budowę wewnętrzną oraz użyte materiały zostały zaczerpnięte z topowej serii TheRed, co po niegdysiejszym spotkaniu z tym ostatnim skutecznie pozwala domniemać, iż kolokwialnie mówiąc będzie się działo. Jeśli chodzi o przewodnik sygnału, mamy do czynienia z czystym srebrem. Jednak to nie jedyny metal w tej konstrukcji, bowiem znajdziemy w niej jeszcze półprodukty na bazie posrebrzanej i wysokiej czystości miedzi. Jak widać, sporo tego. Jednak nie bez przyczyny, bowiem według mocodawcy marki taki konglomerat materiałowy wespół z autorskim, skomplikowanym i w 100 procentach wykonywanym ręcznie wewnętrznym splotem ma dać maksymalną otwartość brzmienia systemu unikając przy tym częstego efektu szkodliwego rozjaśnienia, ostrości i pewnego rodzaju nudnej na dłuższą metę szarości. Czyli decydując się na niego mamy dostać odpowiednią energię, jej drive oraz pełen rozmach prezentacji. Czy tak jest okaże się w dalszej części testu, jednak w moim mniemaniu są na to spore szanse, gdyż w roli wtyków w TheRay wykorzystano dobrze mi znane z moich głośnikówek, topowe produkty japońskiego Furutecha. Tak uzbrojona sygnałówka pakowana jest w elegancką, wyściełaną profilowaną gąbką, drewnianą skrzynkę.
Jak spisał się nasz bohater? Otóż nie mogę napisać nic innego, aniżeli potwierdzić zapowiadany przez producenta fakt grania systemu z tytułowym kablem w torze z dobrym drive-m oraz swobodą w domenie wielkości wirtualnej sceny. Muzyka tętniła życiem i odpowiednim zaangażowaniem w pokazanie zawartej w niej radości. Mocny bas płynnie przechodził w nasyconą średnicę, którą co ciekawe, bardzo dobrze doświetlały minimalnie uplastycznione – w stosunku do tego co mam na co dzień – wysokie tony. Ale zaznaczam, ów efekt występował na poziomie raczej niuansów, aniżeli brutalnego przerysowania prezentacji, co sprawiało, że tak w mojej, jak i testowej konfiguracji dostawałem pełen pakiet nie tylko znakomicie podanych, ale również z wielką swobodą wciągających mnie w wir wydarzeń informacji. Po prostu kreowana w eterze sesji testowej muzyka miała delikatny posmak nienachalnej, dalekiej od uśredniania przekazu plastyki. Skądinąd w tym przypadku dodatkowo fajnie wykorzystanej, gdyż na tym sonicznym tricku bardzo korzystnie wypadała średnica. Z jednej strony lekko pchnięta do przodu, ale z drugiej automatycznie stająca się bardziej namacalna. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli, ogólny odbiór takiego stanu rzeczy nie był czymś na kształt siłowego podkręcania emocji, tylko jakby zrobienia pół kroku do przodu w kierunku wirtualnej sceny i rozgrywanych na niej wydarzeń.
Efekt opisanej prezentacji był na tyle udany, że nie miał najmniejszego wpływu na w pierwszej kolejności pokazanie kunsztu pracy, a w drugiej dobrej realizacji efektu pracy znakomitego trio Bobo Stensona podczas realizacji projektu muzycznego „Cantando”. Chodzi o to, że dzięki dobrej prezentacji każdego dotknięcia instrumentu z następującym po nim znakomitym wybrzmiewaniem interakcji na bezkresnej scenie mogłem zaspokoić każde z moich dwóch alter ego, czyli melomana i zagorzałego audiofila. Dla mnie te dwie sfery obcowania z jakąkolwiek, nawet rockową, muzyką są bardzo istotnymi składowymi idealnego odbioru i byłem rad, że kabel sygnałowy spod znaku WK Audio bez problemów połączył obie w jedną ciekawą całość. Przyznam szczerze, że słysząc na początku wspominaną estetykę wysokich tonów nieco obawiałem się tego typu materiału. Tymczasem jak wspominałem, działanie na poczet delikatnego ukojenia dźwięku w najwyższym pasmie było jedynie innym, nadal dobrym punktem widzenia na ten sam materiał, a nie jego gorszą wersją. Gdy powołany do życia dźwiękowy impuls miał błyszczeć, tak też się działo. Gdy za moment zaś miała poruszyć mnie energia stopy perkusji, powietrze w pokoju odsłuchowym zostawało stosownie przemieszane. Nie było czasu na nudę, czy monotonię, tylko obserwacja zaplanowanych przez muzyków instrumentalnych popisów.
Bez jakichkolwiek problemów sesję odsłuchową przebrnęła również formacja Metallica z płytą „Kill’em All”. Zgrała mocno w dole, gdzie królowała perkusja i agresywnie w środku podczas popisów gitar i wokalizy, jednak tym razem w bardzo pozytywny, a nawet pożądany sposób całość okrasiła przyjemnie gładka góra pasma. Nie, nie zabiła jej ekspresji, tylko zapobiegła wzmacnianiu spowodowanych słabą realizacją nieprzyjemnych artefaktów. Nadal była to pełną gębą metalowa grupa, tylko podana w minimalnie – z mocnym naciskiem na frazę „minimalnie” – strawniejszy sposób. Z jednej strony było to lekko zaskakujące, a z drugiej bardzo ciekawe doznanie.
Gdzie ulokowałbym tytułowy kabel sygnałowy WK Audio TheRay XLR? Powiem tak. Mój system jest ciemny i oferujący mocny błysk górnego zakresu, a mimo to nasz bohater bez problemu poradził sobie z każdym. zapewniam, że dość trudnym materiałem. Dlatego też bazując na tym doświadczeniu widzę tylko jedną grupę mogących mieć nieco pod górkę adeptów naszej zabawy. Są nią piewcy poszukiwania maksymalnie ekstremalnie szybkiego narastania sygnału oraz wyczynowej transparentności przekazu ponad wszystko. Chodzi oczywiście o wielbicieli muzyki prezentowanej w estetyce przysłowiowych „latających żyletek w eterze”. Reszta populacji melomanów w moim odczuciu ma pełnokrwiste zielone światło. A to dlatego, że kabel z Plichtowa zapewni systemowi odpowiednią dawkę kontrolowanej energii, pozwoli muzyce nieskrępowanie wypełnić całe pomieszczenie, a wspominana gładkość wysokich tonów nie będzie jakimkolwiek uśrednianiem przekazu tylko czymś na zasadzie umiejętnie użytej przyprawy.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Producent / Dystrybucja: WK Audio
Ceny
WK Audio TheRay XLR Basic (Furutech FP-601M R/ FP-602F R): 3 000 € /1,5m (wyłącznie dla Europy i USA)
WK Audio TheRay XLR Exclusive (Furutech CF-601M R NCF / CF-602F R NCF): 3 300 € /1,5m (wyłącznie dla Europy i USA)
Najnowsze komentarze