Monthly Archives: lipiec 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak wynika z poprzednich „zajawek” i widać na poniższych zdjęciach poszukiwania high-endowego stolika to nie kaszka z mlekiem. Tym razem na warsztat bierzemy … Finite Elemente Pagode Master Reference MKII.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: LUMÏN U2 Mini

Opinia 1

Kiedy blisko cztery lata temu, czyli w październiku 2018 r. recenzowaliśmy Lumina U1 Mini jego cena wynosiła 9 590 PLN. Co ciekawe dokładnie tyle samo trzeba było za niego zapłacić jeszcze w tym roku a to już bardzo dobrze świadczy nie tylko o samym producencie, co i lokalnej dystrybucji, gdyż lockdownowo-covidowe zawirowania, problemy natury logistycznej, dramatyczne braki podzespołów, etc. przyzwyczaiły nas do tego, że wraz z każdą kolejną dostawą interesujących nas urządzeń pojawiały się „aktualizacje” cenników. Wspominam o tym już na wstępie nie bez przyczyny, gdyż wszyscy doskonale widzimy co dzieje się na rynku, z resztą nie tylko audio, a istna galopada cen jasno daje do zrozumienia, że tanio, to już niestety było. Dlatego też, gdy wiosną zaczęły docierać do nas informacje o odświeżeniu hongkońskiego portfolio i zastąpieniu małej U1-ki jej uwspółcześnioną inkarnacją – U2 niejako z automatu zaczęliśmy zachodzić w głowę jak bardzo ewentualny upgrade – przesiadka na transport nowej generacji akolitów marki zaboli. Tymczasem, gdy tylko pierwsze egzemplarze U2 Mini dotarły nad Wisłę okazało się, że strach ma wielkie oczy i zamiast spodziewanego leczenia kanałowego Lumin serwuje nam co najwyżej usunięcie płytki nazębnej winszując sobie za swój najnowszy transport wielce akceptowalne … 10 990 PLN.

Pod względem aparycji U2 Mini zauważalnie „wyładniał” i to nie tylko w czarnej anodzie, która, przynajmniej na moje astygmatyczne oko, zawsze prezentowała się lepiej, lecz również naturalnej – srebrnej (surowego aluminium). Jest to zasługa zmiany sposobu wykończenia frontu, który zamiast szczotkowania uzyskał, wzorem P1-ki jedwabistą satynowość, co nie tylko poprawiło jego estetykę, co ułatwiło jego czyszczenie (już tak nie zbiera materiału daktyloskopowego). Jednak sam projekt plastyczny oraz gabaryty pozostały bez zmian. Ścianę przednią z grubego płata aluminium zdobi jedynie centralnie umieszczony niewielki trzywierszowy czarno-niebeski wyświetlacz (o trzech poziomach jaskrawości i możliwości całkowitego wygaszenia), pod którym nadrukowano dyskretny firmowy logotyp. Korpus wykonano z solidnego giętego profilu aluminiowego, który niczym rękaw nasuwa się na podstawę urządzenia. Z kolei na schowanych pod charakterystycznym, znanym z poprzednika „daszkiem” plecach niby wszystko jest po staremu, choć czujne oko powinno zauważyć pewien drobiazg. Zanim jednak do niego dojdziemy wylistujmy, to co stanowi swoisty constans, czyli dostępne interfejsy sygnałowe. Patrząc od lewej szczęśliwi nabywcy otrzymują wyjścia AES/EBU, koaksjalne BNC i RCA, optyczne, dwa USB (pod które z powodzeniem można podpiąć pamięci masowe) i port Ethernet. Natomiast nie tyle novum, co znacznie poprawiającą ergonomię modyfikacją jest obrócenie gniazda zasilającego o 180°. Co to ułatwia? Całkiem sporo. Okazuje się bowiem, że choć przy recenzowaniu U1 Mini szczerze cieszyłem się, że jego konstruktorzy nie poszli obraną wtenczas przez Szkotów z Linna drogą praktycznie uniemożliwiającą aplikację innych, aniżeli płaskich wtyków zasilających, dzięki czemu pod tylny wykusz konfekcja w stylu Furutechów FI-28R jeszcze się mieściła, to z biegiem lat okazało się, że już 48-ek, bądź 50-ek raczej tam nie wsmykniemy. A dzięki wspomnianej, zwiększającej prześwit między gniazdem a krawędzią górną nawisu o komorę bezpiecznika, rotacji a i owszem, w dodatku bez obaw o porysowanie audiofilskiej biżuterii. Niby drobiazg a cieszy.
Kolejnym drobiazgiem, jest coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać, czyli materiał, jakim podklejono antywibracyjne aluminiowe nóżki. O ile bowiem w U1 była to karbowana guma, to tym razem producent zdecydował się na rodzaj miękkiego filcu/sukna, co z jednej strony znacznie skuteczniej zapobiega ewentualnym uszkodzeniom (o skali niewielkich śladów i mikro-rysek) powierzchni, na jakich stawiamy transport, lecz z drugiej utraciliśmy ich właściwości samohamowne. Czyli tam, gdzie U1 stał jak przyklejony, tam – w identycznych warunkach U2 zaczyna „ślizgać” się jak Katarina Witt w Calgary. Oczywiście pozwalam sobie w tym momencie na delikatną hiperbolę, lecz przykładowo Furutech FP-3TS762 na U1-ce nie robił najmniejszego wrażenia a U2-kę na dzień dobry obrócił o niemalże 90°. Szybkie śledztwo wykazało również, że pewne znaczenie może mieć fakt, iż nowa inkarnacja jest o 0,5 kg lżejsza od swojego protoplasty, co summa summarum może ową chęć do pląsów intensyfikować. Całe szczęście na co dzień transport stoi u mnie dociążony 1270 g stalowym odbojnikiem do drzwi Livarno (budżetowy substytut Eliminatora Thixara), więc ww. zjawisko śmiało mogę uznać za niebyłe, choć warte wspomnienia, dla wszystkich tych, którzy takowego balastu nie stosują.

W trzewiach uwagę zwraca nie tylko zmiana kolorystyki laminatu z głębokiego błękitu na czerń, co kompletnie nowa topologia. Przede wszystkim o ile wcześniej sekcja ze stanowiącym serce urządzenia procesorem była na płycie głównej jedynie osłoniona przed wzrokiem ciekawskich przewymiarowanym aluminiowym radiatorem, to w obecnej inkarnacji została ona nie tylko zaktualizowana – zaimplementowano mocniejszy procesor, co relegowana na własną płytkę drukowaną, którą z kolei umieszczono nad płytą główną a sam radiator został dopasowany do gabarytów chłodzonej kości. Zmiany dotknęły również sekcję głównego zegara – teraz pracują w nim cztery osobne master-clocki. W rezultacie o ile U1 Mini swoją pracę w zakresie resamplingu kończył na DSD128, to już U2 zdolny jest upsamplować dowolny sygnał cyfrowy do DSD256. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie natywnego odtwarzania DSD512 o ile tylko spięty z transportem Lumina DAC z takimi częstotliwościami sygnału sobie poradzi a nam takie pliki uda się zdobyć. Nie zabrakło również pełnej zgodności z MQA. Widoczna na płycie głównej kolejna duża kość, czyli układ FPGA Altera Cyclone IV co prawda nie został fizycznie zmieniony, lecz zapisany w nim kod uległ pełnemu dostosowaniu do nowej architektury i możliwości nowej platformy.
Do wyjaśnienia pozostała kwestia delikatnej redukcji wagi, za którą, zgodnie z zapewnieniami producenta stoi przeprojektowanie samej obudowy, oraz nóżek, o których już zdążyłem wspomnieć, a które w U2-ce pochodzą od nowego poddostawcy.

Skoro kwestie walorów estetycznych i zagadnienia budowy wewnętrznej mamy z grubsza omówione najwyższa pora na wzięcie pod lupę brzmienia naszego bohatera. Jest to o tyle istotne, że ograniczając się do stricte kosmetycznych różnic w wyglądzie i zdecydowanie poważniejszego przeprojektowania trzewi, snując przypuszczenia co do ewentualnych zmian brzmienia można byłoby asekuracyjnie stwierdzić, że na dwoje babka wróżyła. Czyli albo producent zdecydował się zaoferować stare brzmienie w nowym wdzianku, bądź zupełnie nową odsłonę tego, do czego zdążył przez ostatnie lata przyzwyczaić swoich odbiorców, gdyż o ile do zintegrowanych streamerów Lumina przylgnęła łatka ponadprzeciętnie muzykalnych i zarazem gęstych źródeł, to już ich pozbawione sekcji analogowej transporty, czyli U1 i U1 Mini grały i co warte podkreślenia nadal grają zdecydowanie bardziej rozdzielczo i transparentnie, ewentualne modelowanie dźwięku pozostawiając przetwornikom. Przesiadając się zatem z używanego przez ostatnie lata U1 Mini byłem szalenie ciekaw, cóż tym razem zaoferuje ekipa z Hong Kongu i … I psując nieco niespodziankę oraz niwecząc spodziewane budowanie napięcia niczym w thrillerach Hickocka śmiem twierdzić, że U2 Mini to zupełnie nowe rozdanie i nowa generacja cyfrowych transportów w ofercie Lumina. Z jednej strony mamy bowiem dość oczywistą, stricte natywną, posługując się nieco lapidarnym określeniem, muzykalność a z drugiej aspekt rozdzielczości i napowietrzenia sceny reprezentuje porażająco wyższy pułap. O skali progresu w stosunku do protoplasty niech najlepiej świadczy fakt, iż gdy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „Tomba sonora” Stemmeklang i Kristin Bolstad byłem w stanie przysiąc, że zapomniałem po testach wypiąć z toru APEX-a … dCSa, gdyż takiego przyrostu wolumenu informacji i rozbudowy głębi sceny po U2-ce po prostu się nie spodziewałem. Mówiąc bez ogródek, to nie jest ten pułap cenowy i podobnych wrażeń można by oczekiwać po przynajmniej dwukrotnie droższym Auralicu Aries G2.1. Aura pogłosowa i samo wygasanie poszczególnych dźwięków okazały się klasą samą w sobie a progres dorównywał przesiadce z moich, bądź co bądź świetnych, dyżurnych Acrolinków 7N-A2070 Leggenda na ostatnio recenzowane stricte ultra high-endowe Hemingway Z-core Σ.
Równie euforyczne notatki poczyniłem w trakcie odsłuchu mocno niepokojącego soundtracku „She Will” autorstwa Clinta Mansella gdzie ściana za kolumnami uległa absolutnej dematerializacji a pędzący dotąd w szaleńczym tempie czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Co ciekawe progres dotyczył również definicji źródeł pozornych, które z U2-ki stały się nie tyle bardziej wykonturowane i kreślone wyraźniejsza kreską, co po prostu bardziej realne i namacalne. Może i na papierze to niewielka różnica, jednak na tzw. ucho okazuje się tą z gatunku fundamentalnych i definiujących odbiór. Nagle bowiem przestajemy zastanawiać się, czy to, co słyszymy jest dalsze, bądź bliższe naszym wyobrażeniom jak powinno brzmieć, gdyż właśnie to, co do naszych uszu dociera jest w pełni zgodne ze znanym z realnego świata wzorcem.
Zmiana repertuaru na progresywno – stonerowy „Moonsoon” rodzimej (wodzisławskiej) formacji Gallileous a następnie sięgający jeszcze potężniejszych brzmień album „Przeklęty” Radogosta jasnym stało się, że tego typu komplikacje są niczym innym jak wodą na młyn tytułowego transportu, który bez najmniejszej zadyszki był w stanie oddać zarówno uderzenia podwójnej stopy, niszczycielskie blasty, jak i pierwotnie dziką agresję gitarowych riffów. I to bez krztyny tak złagodzenia na drodze obniżenia równowagi tonalnej i wycofania góry, jak i prób wyostrzenia poprzez odchudzenie przekazu i podbicie analityczności. Dostajemy dzięki temu dokładnie to, co zostało zapisane w materiale źródłowym – bez interpretacji i autorskich wariacji, czy też dominującej „firmowej” sygnatury. Jeśli ktoś liczy na jakiekolwiek czary i tzw. „magię”, szczególnie z kiepsko zrealizowanych nagrań, to bardzo mi przykro, ale na pewno nie pod tym adresem. Powiem nawet więcej – już U1-ka była pod tym względem bardziej nie tyle litościwa, co humanitarna, gdyż z racji niższej rozdzielczości przymykała oko na pewne mankamenty natury technicznej, których na U2-ce ukryć już nie sposób. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć U2 Mini nie piętnuje i nie epatuje czy to błędami realizacyjnymi, czy też mankamentami warsztatowymi samych wykonawców, lecz słysząc je lepiej i wyraźniej z U2-ki sami dochodzimy do wniosku, że na niektórych krążkach komuś rzeczywiście nie chciało się przyłożyć i przyszedł do pracy a nie pracować. Tylko tyle i aż tyle.
Jeśli jednak chcielibyśmy oszczędzić sobie przykrych niespodzianek, to zawsze możemy pozostać w kręgu jazzu i klasyki, gdyż zarówno „We Get Requests” Oscar Peterson Trio, gdzie „Maharadży fortepianu” towarzyszą Ray Brown na kontrabasie i Ed Thigpen na perkusji, jak i „Holst: The Planets – World Premiere Recording of Asteroids” w wykonaniu Berliner Philharmoniker pod batutą Sir Simona Rattle nijakich anomalii same w sobie nie kryją. Za to wręcz obezwładniająca na powyższych albumach jest zdolność tytułowego transportu do oddania nie tylko iście dramatycznych różnic w głośności pomiędzy najcichszymi, jak i najgłośniejszymi fragmentami (Holst), jak i mikrodynamiki (Peterson). Co prawda skala owych zjawisk jest zauważalnie mniejsza aniżeli po przesiadce z Mephisto na Apexa w systemie Jacka, niemniej jednak to właśnie o takie, pozorne niuanse w tej zabawie chodzi. Proszę tylko zwrócić uwagę na długość i bogactwo wybrzmień blach Thigpena – one nie są „głuche” i jednowymiarowe – na Luminie doskonale słychać ich złożoność i naturalne, powolne wygasanie, o ile tylko nie zostaną w ramach określonej frazy mechanicznie „zgaszone”.

Dość jednak tych ochów i achów. W związku z tym, zamiast kolejnej porcji superlatyw najwyższa pora na jakieś mniej więcej wyważone, acz wybitnie, jak to u nas bywa, subiektywne podsumowanie. Otóż, o ile pod względem aparycji zmiany w porównaniu do protoplasty są niewielkie, lecz nie dość, że miłe oku, to poprawiające, z małym wyjątkiem (vide podklejenie nóżek), ergonomię, to już pod względem brzmieniowym mamy do czynienia z progresem nie o jeden, lecz co najmniej dwa stopnie. Nie twierdzę jednak, że Lumin U2 Mini jest najlepszym cyfrowym transportem, jaki ludzkość widziała i słyszała, lecz śmiało mogę założyć, że nie tylko do oczekiwanych za niego przy kasie ok. 11 kPLN lecz i lekko licząc do przynajmniej dwukrotności wspomnianej kwoty śmiało może startować w szranki z wystawianymi przez konkurencję urządzeniami.
A jeśli chodzi o mnie, to choć od dłuższego czasu rękami i nogami bronię się przed modyfikacjami prywatnego systemu, to w tym wypadku skazany byłem na sromotną porażkę i bezwarunkową kapitulację. Krótko mówiąc dostarczony przez wrocławskie Audio Atelier testowy egzemplarz idzie dalej w świat, a w tzw. międzyczasie zdążyłem złożyć zamówienie na swoją prywatną sztukę, równolegle szukając w odmętach domowych szaf kartonu po do tej pory dzielnie się broniącej U1-ce. Trzeba bowiem wyraźnie zaznaczyć, iż U2 Mini jest znacznie lepszy od swojego protoplasty, nic przy tym U1-ce nie ujmując, a jednocześnie pomijalnie droższy. Skoro więc można mieć wyższej klasy źródło za praktycznie taką samą kwotę, co generację starszy model, to trudno z takiej okazji nie skorzystać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Być może się zdziwicie, ale jestem zdania, że nieubłaganie mijający czas w pewien sposób jest dla nas – melomanów swoistym zbawieniem. Chodzi oczywiście o korzyść ze znanej wszystkim zasady, że jeśli ktoś stoi w miejscu, z uwagi na szybki postęp technologii tak naprawdę się cofa. To jest karma długotrwałego bytu na rynku dosłownie każdego rodzaju działalności gospodarczej, dlatego też nie dziwi fakt, że co jakiś czas nawet najbardziej dopracowane konstrukcje mają swoich następców. I nie ma znaczenia, czy rozprawiamy o branży samochodowej, militarnej, czy interesującej nas audio, bowiem wszyscy jak jeden mąż nie chcąc wypaść z rynku konsekwentnie udoskonalają swoje portfolio. I z takim przykładem zmierzymy się dzisiaj. A będzie to następca niewątpliwie kultowego streamera Lumin U1 Mini, którego stosunkowo niedawno zastąpił dostarczony do naszej redakcji przez wrocławskiego dystrybutora Audio Atelier model Lumin Mini tym razem oznaczony sygnaturą U2. Zaskoczeni, że coś przez wielu użytkowników uważanego za znakomite odchodzi w niepamięć? Niestety jak wspomniałem, to standard. Standard na zapoznanie się z oceną zaistnienia którego, czy okazał się progresem, czy jedynie skokiem w bok, zapraszam do kilku poniższych akapitów.

Tytułowy streamer spod znaku Lumina swoimi gabarytami nie odbiega od aparycji swojego protoplasty i tak jak widoczny na pierwszych sześciu zdjęciach U1 jest niewielkim urządzeniem z wykonanym z grubego płata aluminium frontem. Frontem, w centrum którego znajdziemy jedynie prostokątny, teoretycznie średniej wielkości, jednak na tyle czytelny, że znakomicie informujący użytkownika o stanie urządzenia, wykorzystywanym sygnale i słuchanym materiale muzycznym, mieniący się błękitem prezentowanych informacji, wielofunkcyjny wyświetlacz. Żadnych zbędnych przycisków, czy pokręteł, tylko lekko zagłębione, będące centrum informacji okienko. Jeśli chodzi o kwestię wyposażenia tylnego panelu, ten w odróżnieniu od poprzednika otrzymał pozwalające zastosować często sporą rozmiarowo wtyczkę, odwrócone o 180 stopni, zintegrowane z głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilania oraz będącą potwierdzeniem dobrego wyboru, identyczną serię terminali typu: LAN, 2 x USB, Ground, Optical, COAX w standardach RCA i wieńczące całość oferty przyłączy gniazdo AES/EBU. Co zatem oprócz inaczej usadowionego gniazda IEC różni obydwie konstrukcje? Naturalnie w pierwszej kolejności niestety niewidoczne gołym okiem bez rozkręcania, nieco przeprojektowane trzewia oraz w odróżnieniu do szczotkowanego aluminium poprzednika obecne wykończenie obudowy procesem anodowania. A co z obsługiwanymi formatami? Zapewniam, tak jak w protoplaście wszystko jest w jak najlepszym porządku, jednak chcąc uniknąć zbędnego rozwadniania tekstu, po dokładną wiedzę z czym Lumina U2 Mini „się je”, zapraszam do zwyczajowej tabeli pod obydwoma testowymi opiniami.

Gdy doszliśmy do clou spotkania i przyszedł czas wyłożenia kart na stół, z pewnością spora grupa posiadaczy Lumina U1 Mini zachodzi w głowę, co można w nim poprawić. Przecież znakomicie radząca sobie na rynku jedynka była dobrze usadowiona w barwie, przy tym nieźle panowała nad kontrolą najniższych rejestrów, a wszystko okraszała przyjemnie wypadającymi, bo niekłującymi w uszy, ale dobrze wybrzmiewającymi wysokimi tonami. Wypisz wymaluj coś dla znaczącej większości populacji melomanów bez jakiegokolwiek strachu o potencjalną konfiguracyjną wpadkę. A jeśli tak, to jaki był sens zmiany warty na wersję U2 Mini? Owszem, ludzie lubią nowalijki, tylko czy włożony wysiłek inżynierów w najlepszym wypadku nie skończył się przysłowiowym skokiem w bok? I wiecie co? Sens był. I to jaki!
W wydaniu U-dwójki muzyka zyskała dosłownie w każdym aspekcie. Co więcej. W całym pasmie od dolnego zakresu, przez środek, po wysokie tony. A słowem, a raczej słowami – kluczami są większa energia przekazu i lepsza rozdzielczość. To zaś przełożyło się na poprawę rytmiki i w dobrym tego słowa znaczeniu oczekiwanej agresji wydarzeń scenicznych, serwując mi rzeczy, a raczej zapisane w materiale dźwiękowe artefakty, które dotychczas były jakby w tle. Zawsze je słyszałem, jednak traktowałem jako coś drugorzędnego, bo ledwie zasygnalizowanego w oddali, gdy tymczasem w jazzowej muzyce kontemplacyjnej spod znaku RGG „Mysterious Monuments On The Moon” okazywało się, że bez nich ich projekt jakby był okaleczony. Co prawda dopóki nie usłyszymy danego materiału w pełnej krasie aż tak brutalnie do tego nie podchodzimy, jednak po zapoznaniu się z pełnym spektrum wiedzy na jego temat, orientujemy się, ile dotychczas traciliśmy. Co w tym przypadku? Otóż nowa wersja Lumina znacznie dokładniej pokazywała pracę każdego muzyka. Począwszy od perkusisty – przyjemniej w odbiorze rozdrobnione sonicznie lekkie muśnięcia i mocne uderzenia bębnów przeplatane bezkreśnie wybrzmiewającymi przeszkadzajkami, przez pianistę – okraszone większym pakietem informacji na przemian szarpanie strun i płynna gra dłuższych pasaży tudzież większa zadziorność zaskakujących akordów, po preparującego grę na „przerośniętych skrzypcach” kontrabasistę, każdy z nich grał niby to samo, ale jakby inaczej. Jednakże to inaczej było nie tylko pożądane, ale dla mnie znacznie bliższe prawdzie o muzyce, bo wyczuwalnie bardziej namacalne.
Owa sytuacja w identyczny sposób przekładała się na cięższe gatunki muzyczne. Czy to koncertowa Metallica „S&M”, czy elektronika formacji Yello „Toy”, najważniejsze działania nowej odsłony streamera z serii „U” w postaci rozdzielczości i dodatkowej energii były przekuwane w lepsze pokazanie najdrobniejszych niuansów muzycznych. Jednak co bardzo istotne, nigdy nie zaobserwowałem niekontrolowanego zbliżania się dźwięku do przekroczenia progu dobrego smaku. Panowie z Lumina w sobie tylko znany sposób tak umiejętnie podkręcili zjawiskowość prezentacji, że wyłuskując z tła nawet najbardziej spektakularne piki soniczne, nie dając im wyjść przed szereg jedynie mocniej zaznaczali ich byt. To bardzo ważne, gdyż dla przykładu w przywołanym materiale „Toy” brak kontroli nad swobodą zawieszania w eterze mocnych nut skończyłoby się przysłowiowym pękaniem szkliwa na zębach. To oczywiście jedna strona medalu. Naturalnie piję do materiału rockowego wspieranego sekcją symfoniczną. W tym przypadku ogólna witalność i pakiet timingu znakomicie pomagały wychwycić z nie oszukujmy się, naładowanej dawką koncertowych decybeli wirtualnej stadionowej sceny, pracę przykładowego kilkuosobowego składu kontrabasów, czy skrzypiec. W słabej wersji odtworzenia przywołane sekcje są jedynie większą lub mniejszą plamą, gdy tymczasem oczywiście są zebrane w grupę, ale jednak pojedyncze źródła, co U-dwójka w stosunku do poprzednika znacznie lepiej unaoczniła. Wydaje się, że to niedużo, ale zapewniam, otrzymujemy całkowicie zmieniony, oczywiście znacznie lepszy punkt widzenia na słuchany materiał.

Wieńcząc powyższy opis jestem winny Wam opinię, czy nowe wcielenie Lumina Mini – w tym przypadku w specyfikacji U2 – warte jest przysłowiowej świeczki w postaci przesiadki na ocenianą nowość. Z autopsji wiemy, że nowość nie zawsze jest ewidentnym progresem, tylko lekkim przesunięciem priorytetów, a przecież nie o to podczas zmian w systemie na poziomie źródła chodzi. Na szczęście w tym przypadku temat jest jasny jak słońce, gdyż poprawa jakości oferowanego dźwięku jest znacząca. Na tyle rozległa – przypominam o cechach najważniejszych typu: lepsza rozdzielczość i motoryka, że jeśli w muzyce poszukujecie fajnej barwy, dobrej kontroli dolnego zakresu i żywej projekcji górnego pasma, że tytułowy Lumin U2 Mini ma wielką szansę na zawładnięcie sercami znakomitej większości populacji nie tylko melomanów, ale również dzielących włos na czworo audiofilów. Czym obronię tak wymowną opinię? Spokojnie, nie będę strzępił języka na powtarzanie zalet, tylko nie do końca przekonanych odeślę do powyższego opisu procesu odsłuchowego, z którego jasno wynika, że mamy do czynienia z urządzeniem wartym jeśli nie kupna w ciemno, to przynajmniej osobistego zapoznania się. Naprawdę warto.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Pixel Magic Systems Ltd.
Cena: 10 990 PLN

Dane techniczne
Natywna obsługa: max. DSD512, max. 768kHz/16–32-bit, MQA
Upsampling (wszystkie formaty): max. DSD256, max. PCM 384kHz
Komunikacja: Ethernet RJ45 network 1000Base-T; USB obsługuje pamięci flash drive, USB HDD (pojedyncza partycja FAT32, exFAT lub NTFS)
Wyjścia cyfrowe:
2 x USB: Natywnie DSD512; PCM 44.1–768kHz/16–32-bit
Optyczne, Coax RCA, Coax BNC, AES/EBU: DSD64 (DoP64, DSD over PCM); PCM 44.1kHz–192kHz/16–24-bit
Obsługiwane protokoły: UPnP AV, Roon Ready, TIDAL Connect, Spotify Connect, Flac lossless Radio stations, Apple AirPlay, Gapless Playback, On-Device Playlist
Obsługiwane formaty audio:
– bezstratne: DSF (DSD), DIFF (DSD), DoP (DSD); PCM : FLAC, Apple Lossless (ALAC), WAV, AIFF;
– kompresowane stratnie: MP3, MQA Wymiary (S x G x W): 300 x 244 x 60 mm
Waga: 2,5 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nawet przelotnie zerkając na kalendarz nikomu chyba nie trzeba przypominać, że wakacje trwają w najlepsze i poza nieuleczalnymi pracoholikami większość populacji homo sapiens stara się choć na kilka dni wyrwać z domu na letni wywczas. Jednak pomijając grasujące u wybrzeży Egiptu rekiny, ceny benzyny, ścisk na tatrzańskich (swoją drogą kto przy zdrowych zmysłach w pełni sezonu z własnej i nieprzymuszonej woli pcha się np. do Zakopanego?) szlakach i wszechobecne „paragony grozy” (tu akurat kłania się matematyka w zakresie pierwszych klas szkoły podstawowej) szykującym się do drogi audiofilom sen z powiek spędza zupełnie co innego. Co? Perspektywa przymusowego „odwyku” od własnego systemu a tym samym brak kontaktu z ulubioną muzyką. Co gorsza większość z owych nieszczęśliwców doskonale zdaje sobie sprawę, że zamiast Cassandy Wilson, Michela Godarda, czy Branforda Marsalisa będą mniej, bądź bardziej intensywnie katowani jednosezonowymi plastikowymi hitami czy to na hotelowych basenach, czy w oblężonych przez turystów jadłodajniach. W tym momencie zasadnym wydaje się fundamentalne pytanie „jak żyć?”, na które odpowiedź jest tyleż jednoznaczna, co oczywista. Wystarczy bowiem zaopatrzyć się w stosowne izolatory dźwięków niechcianych zdolne jednocześnie reprodukować to, czego w danym momencie słuchać chcemy i to w jakości bynajmniej nieuwłaczającej naszym wysublimowanym gustom. Mowa oczywiście o słuchawkach, a z racji tego, że większość z nas, znaczy się audiofilów i melomanów, zamiast drzemać na hotelowym balkonie wybierze jednak nieco bardziej aktywną, outdoorową formę wypoczynku nieśmiało chciałbym zasugerować skupienie się na konstrukcjach dousznych/dokanałowych, gdyż niby i z HiFiMAN-ami Arya Stealth Magnets da się spacerować, to już próby wejścia w nich, powtarzam wejścia – nie wjechania wyciągiem krzesełkowym, chociażby na Szrenicę przy tegorocznych upałach szczerze odradzam. I w tym momencie z pomocą przychodzi stołeczny Fonnex, który w swej ofercie ma znaną już z występów na naszych łamach japońska markę Final. O ile jednak wcześniej mieliśmy okazję pochylić się nad potężnymi i zarazem ultra high-endowymi wokółusznymi Sonorusami X, to tym razem, poniekąd w ramach pomonachijskich reminiscencji, na redakcyjny tapet wzięliśmy nie mniej ekskluzywne, acz z racji swej miniaturowości, zdecydowanie bardziej poręczne i podróżom dedykowane dokanałówki Final Audio B1.

Tytułowe B1-ki, jak sama nazwa wskazuje, należą do wprowadzonej rok temu do portfolio Finala serii B opartej „na głębokich zależnościach jakie zachodzą pomiędzy przestrzenią muzyczną, dynamiką zakresu częstotliwości a właściwościami strukturalnymi samych słuchawek”. Brzmi poważnie? I dobrze, bo do czego, jak do czego, ale akurat do dźwięku Japończycy podchodzą bardzo serio. Do designu teoretycznie też, choć już seria Collaboration z cukierkowymi, powstałymi w kolaboracji z Evangelion modelami Unit-01, Unit-02 i Mark.06 daje pewne wyobrażenie o elastyczności ww. producenta. Wracając jednak do naszych bohaterek warto zaznaczyć, że wycenione na 2 999 PLN B1 stoją cennikowo na szczycie swojej grupy a poniżej w nich w finansowym rankingu znajdziemy B3 za 2099 PLN i B2 za 1249 PLN. Skąd taka niekonsekwencja pomiędzy firmową nomenklaturą a wartościami podawanymi w cenniku? Otóż Final przewrotnie nie definiuje rangi poszczególnych modeli konkretną numeracją a niejako oczekiwaniami odbiorców dopasowując brzmienie poszczególnych propozycji do określonego repertuaru a tym samym zaawansowania technologicznego. I tak w telegraficznym skrócie B1 z założenia mają możliwie najwierniej oddawać zamysły realizatorów i muzyków stawiając na „bliskość” reprodukowanych dźwięków, B2 skupiają się na przestrzenności nagrań, a B3 podkreślają detaliczność i wyrazistość prezentacji. Krótko mówiąc dla każdego coś dobrego.
Jak jednak widać na powyższych zdjęciach zamiast utylitarnej siermiężności i wszechobecnego plastiku Final B1-ki potraktował iście po królewsku projektując ich korpusy z dwóch połączonych ze sobą stalowych skorup wykonanych w technologii MIM (Metal Injection Moulding) polegającej na tym, że sproszkowany metal jest mieszany z lepiszczem a następnie zostaje wtłaczany pod wysokim ciśnieniem do form i spiekany w wysokich temperaturach. Zastosowanie tej metody gwarantuje dowolność formowania i nadawania nawet niezwykle skomplikowanych kształtów z zachowaniem iście pancernej konstrukcji. Ponadto wykorzystanie modułowości korpusów pozwala na niedestrukcyjne prace serwisowe, czyli w przypadku awarii naprawę-wymianę czy to wewnętrznego okablowania, bądź nawet samych przetworników. A te, w każdej słuchawce są dwa – reprodukcję dźwięków wysokich powierzono przetwornikowi armaturowemu a niskich dynamicznemu. Oczywiście połączenie przewodu sygnałowego ze słuchawkami nie jest stałe, lecz wykorzystano złocone terminale MMCX a i sam przewód potraktowano z równą powagą, co same korpusy. Sięgnięto bowiem po dostarczaną przez japońską firmę Junkosha znaną z produkcji przewodów o ogromnej prędkości przekazu posrebrzaną miedź OFC w teflonowej izolacji PFA i zewnętrznej, ochronnej powłoce PVC. Priorytetem był tutaj nie tylko dźwięk, lecz również wytrzymałość, którą ze standardowych 5000 zgięć podniesiono dziesięciokrotnie – do imponujących 50 000.
To jednak nie wszystko, gdyż z racji dość pokaźnej masy wynoszącej 36g ze szczególną atencją potraktowano względy ergonomiczne, co wymusiło, jak podaje sam producent, „dogłębną analizę zagadnienia dopasowania, ze względu na poczucie nacisku i zwrócenie uwagi jak istotne są punkty, w których obudowa styka się z uchem”. W rezultacie, poprzez wyeliminowanie zbędnego nacisku osiągnięto niezwykły komfort praktycznie dla każdego odbiorcy (przydatna jest pełna rozmiarówka gąbek), a jednocześnie zapewniono wysoką stabilność słuchawek w małżowinach. Na poniższej, firmowej grafice wyraźnie widać różowe punkty podparcia, jak i wyprofilowanie słuchawek okalających „skrawek” (niebieski punkt) ucha z jednej strony podpierający i stabilizujący korpus a z drugiej nienarażony na podrażnienia. Wraz ze słuchawkami otrzymujemy również nad wyraz poręczne silikonowe etui ochronne i pięć rozmiarowych zestawów (SS/S/M/L/LL) silikonowych końcówek z dodatkowym, kolorowym ringiem ułatwiającym identyfikację lewej i prawej słuchawek.

Zgodnie z materiałami promocyjnymi definiującego docelowego odbiorcę jako niemalże psycho-fana azjatyckich kreskówek, można dojść do wniosku, iż 1-ki, choć najdroższe z serii B, są zarazem jeśli nie najmniej uniwersalne, to z pewnością niszowe. I byłoby w tym sporo logiki, gdyby nie fakt, iż nie do końca jest to zgodne z rzeczywistością. Po prostu producent, a może jedynie jego dział marketingu chcąc zaakcentować różnice pomiędzy poszczególnymi modelami a tym samym ułatwić wybór docelowym konsumentom zastosował pewne uproszczenie i dość perfidną hiperbolę. Chodzi bowiem o fakt, iż o ile samą serię B Final wprost określa, jako mniej uniwersalną np. od budżetowych, popularnych i zarazem świetnych (co potwierdzam jako ich wieloletni użytkownik) E3000, to wraz ze wzrostem wymagań nabywców rośnie automatycznie zarówno wyrafinowanie, jak i specjalizacja poszczególnych modeli, a B1 jest na owej listy szczycie. Co to oznacza w praktyce? W telegraficznym skrócie iście studyjną monitorowość i wierność oryginałowi, gdzie kluczową rolę odgrywa równowaga pomiędzy wrażeniami przestrzennymi i dynamiką a realizm – czystość reprodukcji każdego instrumentu i wokalu sprawiają, że słuchacz ma nieodparte wrażenie czynnego uczestnictwa w wydarzeniu live.
Skoro we wstępniaku wspomniałem o Marsalisie, to i podczas odsłuchów nie omieszkałem sięgnąć po jego radosną twórczość, lecz zamiast jakiegoś regularnego wydawnictwa z dziką radością na playliście umieściłem ścieżkę dźwiękową z jednego z moich ulubionych filmów Spike’a Lee, czyli „Mo’ Better Blues”. Niby to krążek na wskroś komercyjny i bez audiofilskich aspiracji, jednak zarówno mistrzowskie duety Branforda Marsalisa z Terencem Blanchardem w towarzystwie pierwszoligowych muzyków, jak i wywołujący ciarki na plecach i gęsią skórkę wokal mocno niedocenionej Cyndy Williams podane są przez Finale tak, że niejako z automatu robię się ponad trzydzieści lat młodszy. Całość rzeczywiście podana jest jak zapewnia ekipa B1 blisko, lecz już gęstość i konsystencja nie jest pochodną, sygnaturą samych słuchawek, lecz wynika z samej realizacji. Wystarczy bowiem przesiadka na „In My Solitude: Live at Grace Cathedral” tegoż samego artysty, by autorytatywnie stwierdzić, iż o ile sam instrument nadal pozostaje niemalże na wyciągnięcie ręki (świetnie słychać pracę klap), to już pogłos Katedry pw. Łaski Bożej w San Francisco, w której to notabene w 1965 roku Duke Ellington po raz pierwszy zaprezentował „Concert of Sacred Music”, jest w pełni naturalny i niezwykle długi. Nie dostajemy bowiem jedynie dźwięków bezpośrednich – płynących wyłącznie z instrumentu solisty, lecz również, a może przede wszystkim, szczególnie jeśli patrzymy na album z perspektywy całości i kreowanego klimatu, nakładających się i krążących pod sakralnym sklepieniem przebogatych w harmonie pasaży. I to wszystko jest widoczne jak na dłoni, znaczy się na prezbiterium – bez sztucznego wtłaczania muzyka do naszego czerepu i bez pomijania tak istotnego w wydarzeniach live ruchu scenicznego. Bo Marsalis nie jest do posadzki kościelnej przyklejony, lecz nie tylko w ramach potęgowania serwowanych środków artystycznego wyrazu a to się pochyla, a to prostuje, lecz również potrafi od mikrofonu odejść zwiększając tym samym dystans.
Skoro jednak sami projektanci tytułowych słuchawek idą w zaparte, iż ich naturalnym środowiskiem są wszelakiej maści animacje (zakładam, że chodzi o anime, na punkcie których Japończycy mają prawdziwego bzika) to nie miałem innego wyjścia, jak sięgnąć po coś w tym stylu. Mój wybór padł na drugą część „amaim Warrior at the Borderline”  autorstwa szwedzkiego kompozytora Rasmusa Fabera a następnie, żeby było już na 100% po japońsku, poprawiłem iście epicką ścieżką do „Space Battleship Yamato” Naoki Sato i Hiroshi Miyagawy i … prawdę powiedziawszy niespecjalnie rozumiałem o co w tej całej dedykacji kreskówkom chodzi. Bowiem muzyka pod nie skomponowana z powodzeniem mogła powstać w którymkolwiek z hollywoodzkich studiów i trafić jako podkład czołowych blockbusterów. Był w nich wszechobecny rozmach, gwałtowne skoki dynamiki i rozbudowane orkiestracje, jakich nie powstydziłby się sam Hans Zimmer. Oczywiście część spokojniejszych a zarazem opartych wyłącznie na syntetycznych dźwiękach fragmentów charakteryzowała się pewną dwuwymiarowością, gdzie Finale nader skutecznie odwracały uwagę słuchaczy skupiając ich zmysły na bliskości i strukturze poszczególnych niuansów, ale taki był zamysł realizatora zasiadającego za konsoletą podczas finalnego miksu a nie maniera samych słuchawek, którym mówiąc wprost nie sposób czegokolwiek zarzucić. Chociaż … no tak – mam! Znalazłem ich główny grzech! Otóż B1-ki nie są przebojowe w aktualnym – współczesnym i obowiązującym tego słowa znaczeniu. Nie zabiegają o naszą atencję i same z siebie nie uatrakcyjniają, nie poprawiają reprodukowanego materiału. Usłyszymy z nich zatem dokładnie to, co i jak zostało w nim zawarte a oceny efektu finalnego będziemy musieli dokonać sami, gdyż japońskie słuchawki same za nas tego nie zrobią.
Co ciekawe, ów obiektywizm i stricte studyjna prawdomówność nie eliminują i nie piętnują ciężkich brzmień. Ba, śmiem twierdzić, iż dzięki swojej rozdzielczości i transparentności, oraz umiejętności odpowiedniego zaakcentowania pierwszego planu sprawiają, iż zazwyczaj niezrozumiały i niefrasobliwie wrzucany do wspólnego kakofonicznego wora metalowy repertuar sporo zyskuje. Weźmy na ten przykład „The Banished Heart”  Oceans of Slumber, gdzie nisko-strojone gitary budują iście doomowy nastrój a nostalgiczny, ciemny wokal Cammie Gilbert jedynie podkreśla mroczny klimat albumu. Warto jednak zwrócić uwagę, iż nawet na najgęstszych aranżacjach, gdzie perkusyjne blasty wsparte podwójną stopą walczą o uwagę słuchaczy ze zmasowaną nawałnicą riffów i growlem owe partie Cammie pozostają w pełni zrozumiałe a i dalszoplanowa apokalipsa nie nosi znamion bezkształtnej magmy, lecz pozwala z łatwością wyselekcjonować poszczególne partie i umiejscowić je na wirtualnej scenie, a to sztuka, która niewielu stacjonarnym systemom się udaje.

Najwyższa pora na małe résumé powyższej epistoły w ramach którego nie przychodzi mi nic innego na myśl, aniżeli refleksja, iż Final Audio B1 są niczym innym, aniżeli spełnieniem marzeń recenzenta-hedonisty. Łączą bowiem w sobie zarówno studyjną wierność i prawdomówność wynikającą ze swojej liniowości i głębokiej niechęci do marketingowej, stricte celebryckiej, płytkiej „zajebistości”, a z drugiej pokazują sedno i kwintesencję reprodukowanego materiału. Są przy tym stosunkowo łatwe do wysterowania, więc od biedy, gdy liczy się każdy gram (szczególnie, gdy los zmusi nas do ograniczenia się wyłącznie do bagażu kabinowego), zadowolą się nawet smartfonem, choć warto odpowiednio je dopieścić dedykowanym DAC-o/wzmacniaczem czy to z oferty AudioQuesta (którykolwiek z serii DragonFly), czy iFi.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Fonnex
Producent: Final Audio Design
Cena: 2 999 PLN

Dane techniczne
• Korpus: stal nierdzewna pokryta różowym złotem
• Przetworniki: dynamiczny i armaturowy
• Złącza: MMCX
• Czułość: 94dB
• Impedancja: 13 Ω
• Waga: 36g
• Przewód: posrebrzany OFC; dł. 1,2m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jak pokazuje historia dzisiejszego bohatera, mijający czas nieubłaganie zmienia układy sił. Oczywiście piję do zaskakującej zmiany postrzegania przez melomanów będącej naszym punktem zainteresowania duńskiej marki Copland. Owszem, nadal ma spore grono swoich wielbicieli, jednak w odniesieniu do dawnych lat śmiało można powiedzieć, iż w ujęciu procentowym zaliczyła regres. Nie jakiś dramatyczny, ale zawsze. Powód? W moim odczuciu najbardziej prawdopodobnym jest ostatnimi czasy swoisty wystrzał oferty światowej konkurencji na naszym rynku. Ludzie to lubią, jednak często zapominają o jednym. Idąc ślepo za nowinkami ignorują fakt, że skandynawscy konstruktorzy nie spoczywają na laurach i często wdrażanym w życie doświadczeniem owych nuworyszy w kwestii brzmienia jeśli nie biją na głowę, to na danym pułapie cenowym co najmniej bez najmniejszego problemu im dorównują. I z takim przypadkiem mamy dzisiaj do czynienia. Bez poszukiwań niedoścignionego świętego Grala, tylko w służbie dobrej projekcji muzyki. O czym mowa? O duńskim wzmacniaczu zintegrowanym z funkcją DAC-a i phonostage’a, co ważne, w przeciwieństwie do większości swoich braci w pełni tranzystorowym Copland CSA70, o którego wizytę w naszych okowach zadbała Sieć Salonów Top Hifi & Video Design.

Gołym okiem widać, że rzeczona integra jest opoką wizualnego spokoju. To wbrew pozorom bardzo dobrze, gdyż w przeciwieństwie do nazbyt bogatych w designerską ornamentykę komponentów audio z łatwością jest w stanie wpisać się w znakomitą większość potencjalnych pomieszczeń. W tym przypadku mamy do czynienia ze schludnym korpusem wyposażonym w wykonany z zaoblonego na rogach, grubego aluminium front. Na połaci awersu inżynierowie z Danii usadowili dwie symetrycznie rozlokowane, zmyślne, bo mogące pochwalić się dwoma rozmiarami średnicy – przy połaci frontu większa, a w miejscu kontaktu z palcami ręki mniejsza – gałki wyboru wejścia liniowego i głośności, w centrum zorientowany po okręgu diodowy informator o wykorzystywanym wejściu, a na zewnętrznych flankach, patrząc od lewej strony małą gałkę wyboru wejścia cyfrowego, a z prawej czerwoną diodę Standby i gniazdo słuchawkowe. Górna połać obudowy w celach wentylacji grawitacyjnej została uzbrojona w kilka modułów poprzecznych nacięć. Natomiast po dotarciu do tylnego panelu okazuje się, że producent w swej trosce o klienta zaproponował przelotkę przedwzmacniacza, wejście gramofonowe, 3 wejścia liniowe, antenkę Bluetooth, pakiet terminali cyfrowych (SPDiF, Optical i USB) oraz wieńcząc całość gniazdo zasilania i główny włącznik. Miłym dodatkiem jest przyjemny w użytkowaniu designerski pilot zdalnego sterowania.

Nie przeczę, informacja o zaniechaniu użycia lamp w tym modelu postawiła moje oczekiwania w stan podwyższonej gotowości bojowej. Przecież Copland dla wielu jest synonimem hybrydy, a tutaj taki kwiatek. Na szczęście w myśl wspomnianego przeze mnie motta, iż Duńczycy nie spoczywają na laurach, tylko umiejętnie przekuwają swoją wiedzę w ciekawe produkty, CSA70-ka wyszła z tego starcia z przysłowiową tarczą. Naturalnie z sobie tylko przypisanym sznytem brzmieniowym, jednak na tyle ciekawym, że spędzony z nią czas uważam za bardzo owocny w pozytywne doznania. Co mnie urzekło? Po pierwsze – z jednej strony był przyjemnie ciemnawy, a z drugiej oferował ciekawie doświetloną wyższą średnicę. Po drugie – wirtualną scenę budował w bardzo realistycznych rozmiarach. A po trzecie – na bazie dwóch poprzednich aspektów potrafił zagrać z dużą swobodą. To była na tyle uniwersalna projekcja, że podczas kilkudniowej zabawy nie złapałem Coplanda na jakiejś dramatycznej wpadce. Powiem więcej, za te pieniądze ze wszystkim radził sobie dobrze.
W repertuarze ciężkiego rocka z płytą „Reload” Metallic-i w roli egzekutora oprócz utrzymania dobrego rytmu, dzięki gęstemu graniu bez problemu potrafił pokazać tak ważne dla tego typu muzy mocne gitarowe riffy, a swobodzie prezentacji nie zapominał o pokazaniu zakodowanej w niej agresji. Było mocno, ale przy okazji lotnie, bez czego tego typu twórczość okazałaby się wypełniaczem ciszy podczas spotkań gospodyń wiejskich – z całym szacunkiem dla wspomnianych, skądinąd będących naszymi babciami i matkami, pań. A czy wystarczająco energicznie i dobrze barwowo? Przecież z układów elektrycznych wyeliminowano lampy, które nie oszukujmy się, swoją plastyką często ratują takie propozycje płytowe. Spokojnie, nic takiego nie miało miejsca. Powiem więcej, bardzo dobrze, że szklane bańki nie mieszały w prezentacji, gdyż dzięki temu muzyka miała fajną krawędź. Nie twierdzę, że lampa to zmiana ostrości przekazu z rysika na marker,