Opinia 1
Zabawa w recenzowanie wszelakiej maści ustrojstw z obszaru audio, jak chyba każdy przejaw ludzkiej działalności, ma swoje jasne i ciemne strony. Z minusów można wspomnieć choćby o nieuchronnych następstwach przenoszenia dziesiątek i setek kilogramów, czyli niemal zawodowych problemach z kręgosłupem, ale nie czas i miejsce na użalanie się nad własnym losem, gdyż zdecydowanie lepiej skupiać się na blaskach aniżeli cieniach. A tych pierwszych jest zdecydowanie więcej i to właśnie one stanowią główny powód, dla którego robimy to, co robimy. Oprócz oczywistej możliwości odsłuchiwania nieprzebranej liczby urządzeń i akcesoriów, na które nierzadko nigdy nie będzie nas stać są również momenty gdy możemy przydać się w roli tzw. beta-testerów. W końcu mając na koncie rosnącą w tempie niemalże wykładniczym listę punktów odniesień z naprawdę szerokiego spektrum cenowego, co nieco możemy powiedzieć jak mające dopiero pojawić się na rynku „coś” w tę misterną układankę oczekiwań i faktycznych możliwości się wpisuje. W tym momencie dochodzimy do wielce delikatnej sfery uczuciowo – ambicjonalnej, gdyż czasem trzeba wykazać się asertywnością i nawet nie tyle powiedzieć, co dumnego ojca projektu zaprosić, posadzić na fotelu i pozwolić samemu zweryfikować jakość swojego dzieła z podobnie wycenioną konkurencją. Jak sami się Państwo doskonale domyślają nie zawsze taki osobnik opuszcza nasze podwoje z wysoko podniesionym czołem. Trafiają się jednak momenty, gdy dostajemy coś, o czym nie wiemy przez dłuższy czas absolutnie nic. Tak też było i tym razem, gdy tuż przed przedświątecznym szałem przygotowawczo – prezentowym odebraliśmy telefon z katowickiego RCMu z pytaniem, czy nie mielibyśmy przypadkiem ochoty rzucić uchem na najnowsze, jeszcze nigdzie niepokazywane dzieło japońskich metalurgów, czyli mający zadebiutować na zbliżającym się CESie flagowy przewód głośnikowy Furutecha o nazwie Nanoflux Speaker Cable. Oczywiście takową wolę zadeklarowaliśmy i już po kilku dniach dzierżyliśmy w dłoniach dwa trzymetrowe przewody, o których wiadomo było tylko to, że lada moment mają zdetronizować królujące do tej pory Speakerfluxy. Natomiast to z czego i jak zostały wykonane a co równie istotne ile koniec końców mają kosztować pozostawało niemalże do ostatniej chwili owiane tajemnicą. Z jednej strony taka sytuacja może oczywiście być powodem konsternacji, jednak z drugiej zapewnia wręcz idealne warunki odsłuchowe. Zerowe obciążenia związane z próbami skorelowania tego, co się słyszy z kwotą żądaną przez producenta, czy stereotypowymi łatkami przypinanymi poszczególnym materiałom użytym w produkcji pozwalają bowiem skupić się wyłącznie na walorach sonicznych. Krótko mówiąc ograniczamy się tylko do tego, czy brzmienie bohatera niniejszego testu w kategoriach bezwzględnych się broni, czy też nie.
Dobrze wiedząc, że diabeł tkwi w szczegółach a o decyzji kupna decydują nieraz takie drobiazgi jak kolor i możliwie wyśrubowana biżuteryjność łapiąca za oko Furutech zadbał również o odpowiednią konfekcję swoich flagowców. Od strony wzmacniacza znalazły się rewelacyjne widły CF-201(R) a od kolumn, również rodowane rozporowe bananki CF-202(R), oczywiście w obu przypadkach mamy do czynienia z końcówkami niemagnetycznymi. Osoby zainteresowane innymi wersjami zakończeń też powinny być usatysfakcjonowane, gdyż istnieje możliwość zamówienia dowolnych kombinacji konfekcji. Jeśli zaś chodzi o dostępne długości, to z tego, co udało mi się dowiedzieć będą dostępne sety dwu i trzymetrowe.
Pomimo tego, co raczyłem napisać w poprzednim akapicie część techniczna jednak jest, gdyż praktycznie rzutem na taśmę, dosłownie na dzień przed publikacją niniejszej recenzji, dostaliśmy z Japonii skrótową kartę produktu. Podobnie jak w nie tak dawno, znaczy się w kwietniu (ależ ten czas szybko biegnie), przez nas testowanym Nanofluxie Power przewodniki z wykonano z miedzi α (Alpha) Nano OCC pokrytej Nano Liquidem (olejem skwalenowym) zawierającym molekuły z cząstkami złota i srebra wielkości o 8 nm (8/1000000mm). Co ciekawe proporcje między ilością cząsteczek srebra i złota nie są przypadkowe, lecz dobrane na drodze testów odsłuchowych, co jest kolejnym potwierdzeniem, że nawet takie „drobiazgi” mają znaczenie. Zachowano również siedmiowiązkowy układ żył, choć w tym momencie podobieństwa z sieciówką się kończą, gdyż zamiast 72 przewodów w głośnikowcach użyto 37 drucików. W rezultacie średnica żyły wynosi 0,18 mm. Do izolacji obu żył zdecydowano się na polietylen (PE) by następnie otulić je warstwą bawełny, na którą to trafił skomplikowany oplot z poliestrowo – aluminiowej taśmy i siedmiu przewodów miedzianych. Dopiero na takiego przekładańca idzie dedykowana do zastosowań audio elastyczna koszulka PVC i elegancka plecionka nylonowa. Warto też wspomnieć, że żyły „+” i „-” w swoich końcowych przebiegach różnią się kolorem (burgund/ciemny grafit), co szalenie ułatwia poprawne podpięcie. Mała rzecz a cieszy. Nie zapomniano również o firmowej „mufie”.
W przeciwieństwie do swojego zasilającego bratanka przed wpięciem Nanofluxa Speaker we własny system nie trzeba przyjmować leków uspokajająco – zwiotczających. Wspominam o tym od razu na wstępie, aby niepotrzebnie nie sięgali Państwo po jakieś wymyślne farmaceutyki, skoro zdecydowanie zdrowiej będzie uraczyć się jakimś zacnym sokiem ze sfermentowanych winogron (polecam kupaż urugwajskiego Tannata i Shiraza) bądź torfowo – jodynowym szkockim destylatem. Powód jest oczywisty, bowiem o ile przewód zasilający niejako udrażniał przepływ i oswabadzał drzemiące w elektronice pokłady dynamiki o tyle bohater niniejszego testu działa ze zdecydowanie większą finezją za punkt honoru stawiając sobie uspójnienie, homogenizowanie tego, co w głównej mierze rozgrywa się na średnicy i górze pasma. Pasma, którego skrajów już nie trzeba rozszerzać, gdyż uczyniła to wcześniej sieciowka. Nie znaczy to jednak, że bas, bądź dynamika traktowane są po macoszemu, gdyż wypadają wprost wybornie a jedynie to, że odbierając je nie doznajemy tak intensywnego szoku poznawczego. O owej wyborności świadczy również fakt nieodstawania od pozostałych aspektów oferowanego przekazu. Prawdę powiedziawszy naszły mnie w tym momencie refleksje, że w swej topowej inkarnacji głośnikowców Furutechowi coraz bliżej do klimatów serii Reference … Organic Audio. Może to dziwnie wygląda, ale patrząc na to z boku tak właśnie jest. Dostajemy zatem niezwykle gęstą i nasyconą fakturę okraszoną lśniącymi w blasku zachodzącego słońca gładkimi a zarazem piekielnie ostrymi, niczym samurajska katana, konturami. Weźmy na ten przykład album „TARTINI secondo natura” tria Sigurd Imsen, Tormod Dalen, Hans Knut Sveen z wyłącznie naturalnym instrumentarium i prawdziwą a nie wygenerowaną na komputerowej konsoli akustyką, czy odwołującą się do jeszcze bardziej zamierzchłych czasów „La Tarantella: Antidotum Tarantulae” L’Arpeggiaty i Christiny Pluhar. Niewielkie składy i brak odciągających uwagę od rzeczywistego, naturalnego a przez to surowego piękna muzyki różnego rodzaju sztucznych ozdobników i wodotrysków pokazuje prawdziwe oblicze japońskiego przewodu. Oblicze dające świadectwo zarówno inżynierskiej rzetelności, jak i audiofilskiej finezji osiągniętej przez jego twórców. Mamy zatem z jednej strony słodkie, acz niemdlące nasycenie barw a z drugiej jakże prawdziwą szorstkość fizycznie namacalnych instrumentów. Podobnie jest z odwzorowaniem akustyki. Początkowo nic nas nie oszałamia, nie sprawia, że każdy, nawet najcichszy szept wypowiedziany przez wokalistę, czy dźwięk odegrany przez muzyka niosą się kilkusekundowym echem. Jednak im dłużej słuchamy, im lepiej poznajemy Nanofluxy, tym do bardziej oczywistych i prawidłowych wniosków dochodzimy. Takie ponadnormatywne napowietrzenie sceny nie jest bowiem zgodne z rzeczywistością. Przecież nie każdy album zdolny jest wytworzyć tak niezwykły klimat jak „Misa Criolla” Ariela Ramireza z Mercedes Sosą, czy będący dla wielu niedoścignionym wzorcem „Cantate Domino”. Są też przecież sprawiające równie wiele radości pozycje w stylu „SMOLIK / KEV FOX”, gdzie informacje dotyczące warunków akustycznych, w jakich dokonywania nagrań są praktycznie nieobecne. Furutechy nie faworyzując żadnych z nich nie dokonują również ich uśredniania, sprowadzania do wspólnego mianownika. W zamian za to świetnie różnicują poszczególne elementy muzycznego spektaklu osąd pozostawiając odbiorcy, niemalże całkowicie zdając się na jego gusta. Dzięki temu równie interesująco i angażująco wypada nie dla wszystkich strawny i akceptowalny – bardziej brutalny repertuar. Za przykład niech posłużą wcale nie ekstremalne propozycje z nader często eksplorowanych przeze mnie rejonów, czyli „Survivalist” 4Arm z opętańczymi partiami perkusji i trochę spokojniejszy „Immortalized” Disturbed z jednym z ciekawszych, jeśli nie najciekawszym coverem „The Sound Of Silence”. W obu przypadkach oczywiście trudno mówić o czysto audiofilskich doznaniach estetycznych i dopracowanej do perfekcji realizacji, ale jednocześnie nie mamy uczucia, że tytułowy przewód się „męczy”, że gra wbrew sobie i czyni to z widocznym niesmakiem. Czemu o tym wspominam? Otóż cały czas w naszym hermetycznym audio – świadku pokutuje stereotyp, że im wyżej w hierarchii sprzętowej się znajdujemy, tym mniej nagrań zdolnych jest nas usatysfakcjonować. Głośnikowe Nanofluxy zadają temu kłam a mówiąc bez ogródek pokazują, że to po prostu wierutna bzdura wyssana z palca i to w dodatku co najmniej „drugiej” czystości. One po prostu wiedzą o co w tym wszystkim chodzi i że nie jest to cyzelowanie każdego brzdąknięcia, lecz możliwie najbardziej autentyczny czad i spontaniczność granicząca nieraz z totalnym szaleństwem. Gitarowe riffy są od tego by ciąć powietrze niczym ogniste miecze archaniołów a nie pieścić nasze zmysły niczym rozkoszne trele leśnych boginek. Tak samo jest ze wspominanymi popisami perkusistów. Uderzenie pojedynczej stopy ma być odczuwalne niczym prawy sierpowy Mike’a Tysona a podwójnej jak popisowy kopniak z półobrotu Stevena Seagala (Chuck Norris „chodzi” w zdecydowanie za lekkiej wadze) i tak właśnie jest. Bez zupełnie zbędnego zawoalowania, czy prób uładzenia pozornego, przynajmniej dla osoby niewtajemniczonej, kakofonicznego chaosu do głośników tłoczone są wysokokaloryczne Waty zdolne rozbujać nawet tak oporne kolumny jak moje Gaudery.
Do tej chwili, a więc samego końca – momentu publikacji, nie wiem ile finalnie głośnikowe Nanofluxy będą kosztować i prawdę powiedziawszy niespecjalnie mnie to martwi, bo z czystym sumieniem mogę napisać, że są po prostu świetne. W dodatku spokojnie można je porównywać z topowymi modelami konkurencji a efekt takich morderczych sparringów będzie zależał wyłącznie od preferencji słuchaczy a nie widocznych/słyszalnych różnic jakościowych. Mam jednak cichą nadzieję, że Furutech zachowa znany ze swoich wcześniejszych produktów umiar i nie będzie próbował wypozycjonować swojego flagowca poprzez przyprawiającą o zawał serca cenę. Jeśli moje pokładane w japońskim rozsądku nadzieje zostaną spełnione to czuję w kościach, że sporo audiofilów i melomanów, którzy zakupów dokonują na podstawie odsłuchu i nie muszą dowartościowywać się ilością zer na fakturze z chęcią zostawi sobie tytułowe przewody na dłużej.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000; Trilogy 906
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Musical Fidelity M6 500i; Alluxity Int One
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Gdy dość niedawno, czyli wiosną, kończyłem test kabla zasilającego inicjującego nową linię Furutecha na podstawie bardzo pozytywnych zmian zachodzących w moim systemie z niecierpliwością zacząłem wyglądać kolejnych reprezentantów serii Nanoflux. Przyznam szczerze, że bardzo poważnie zastanawiałem się nad zakupem owej siecówki, mając zarazem nadzieję, że czas oczekiwania na właśnie dostarczone do testu przewody głośnikowe nie będzie zbyt długi. Nie będąc fanem strategii drobnych kroczków, staram się bowiem dokonywać przemyślanych, ale jednak radykalnych zmian w systemie. Życie nauczyło mnie, iż drobienie jak gejsza generuje niepotrzebne koszty, dlatego jak już coś zmieniam, to robię to raz, a dobrze, aby później nie żałować pochopnych ruchów. Oczekiwanie nareszcie dobiegło końca, więc po gruntownym przesłuchaniu mogę się z Państwem podzielić własnymi obserwacjami, do lektury których serdecznie zapraszam.
Dostarczone do zaopiniowania kable głośnikowe mimo sporej średnicy nie nastręczają problemów natury ergonomicznej wiecznie cierpiącego na brak miejsca audiofila, dość łatwo dając się układać nawet w ciasnych, zaszafkowych zakamarkach. Może to wyglądać na odstępstwo od obowiązujących w High – Endzie dogmatów mówiących, iż podczas próby ułożenia jakiegokolwiek przewodu należy użyć brutalnej siły a niejednokrotnie i tak i tak kończy się zginanie ich na kolanie. Całe szczęście są jeszcze konstruktorzy, którzy mają na uwadze takie przyziemne, jak wspomniane przed momentem problemy potencjalnego nabywcy potrafią sprawić im miłą niespodziankę. Jeśli chodzi o odczucia wizualne, przewodnik ubrano w błyszczącą granatem z jasno-błękitnym krzyżowym rysunkiem oplotem, na którym w jednej trzeciej długości całego kabla zamocowano coś na kształt wykończonej błyszczącym metalem i kewlarem baryłki. To jednak nie koniec audiofilskiej biżuterii, gdyż tuż przed końcem każdej ze stron ze wspólnego przebiegu wydzielono dwie, ubrane w eleganckie wtyki żyły (plus i minus) do podłączenia kolumn. Dostarczony egzemplarz z jednej strony posiadał widły, a z drugiej banany, jednak marka będąc otwarta na różne potrzeby klienta, oferuje kilka wariantów konfekcji.
Jak to zwykle z okablowaniem kolumnowym u mnie bywa, gdy na testy przybywają pojedyncze druty, moje wymagające bi-wiringu kolumny fundują mi kilka wariantów połączeniowych, co i tak niestety jest pewną wypadkową współpracy z wyposażeniem redakcyjnym. Jednak będąc solidnym w tym co robię, staram się wykonać wszelkie możliwe kombinacje, by wnioski miały jakąś niosącą dla potencjalnego czytelnika wartość informacyjną. I gdy sekwencja wszelkich połączeń została zakończona, okazało się, że głośnikowce może nie idealnie, ale podążają drogą wytyczoną przez okablowanie sieciowe. Jakaż to droga? Pierwsze co rzuca się w uszy, to zwiększona dyscyplina na basie, przy lekkim ostudzeniu zapędów koloryzowania świata przez średnicę, a wszystko to okraszone delikatnie balsamującymi całość przekazu wysokimi tonami. To gdzież ta różnica w stosunku do drutu prądowego? Jedyną różnicą, którą udało mi się wyraźnie wychwycić, były właśnie tonizujące całość przekazu najwyższe rejestry. Oczywiście proszę nie odbierać tego w wartościach duszenia wolumenu fraz dźwiękowych, tylko jako pewien zauważalny w bezpośrednim porównaniu z synergicznym zestawem referencyjnym, bo stworzonym przez tego samego człowieka aspekt. Jednak po raz kolejny przypominam, iż moje podejście testowe nie jest ortodoksyjnym zbiorem dźwięków z jednej stajni i pewne najdrobniejsze niuanse mogą może nie całkowicie się zmienić, ale z pewnością wypaść nieco inaczej niż w starciu recenzenckim spod jednej bandery. Tak się fajnie złożyło, że w proces testowy tym razem wplotłem źródło analogowe, co dość przypadkowo, ale wyśmienicie pomogło wyłuskać główne cechy głośnikowego Nanofluxa. W roli materiału roboczego wystąpił znany szerokiej gramofonowej braci zespół Modern Jazz Quartet z tłoczonym w „minionej epoce” albumem zatytułowanym „The Legendary Profile”. Lekko przebasowiona realizacja i fantastycznie wybrzmiewający na tle całego składu wibrafon, niemal natychmiast unaoczniały sposób prezentacji japońskiego okablowania. To właśnie tutaj niskie rejestry oznajmiły mi, że zabieg porządkowania ich rozpasania jest bardzo przydatny, środek przy lekkim ochłodzeniu nie sprawiał wrażenia niedopieszczonego, ale już mój ulubiony instrument „pałkowo-sztabkowy” – czyli wibrafon – nie przenikał moich małżowin usznych, jak to zwykł robić w zestawieniu firmowym. Dodam, iż nie był to efekt jego jako takiej degradacji, ale wyraźnie dało się odczuć lekką powściągliwość w eksploracji eteru pomiędzy kolumnami. Jednak dla uspokojenia atmosfery natychmiast dodam, że ów sznyt niknie już po kilku utworach i wielu potencjalnych nabywców spokojnie przejdzie nad tym aspektem do porządku dziennego, traktując go jako zbieg okoliczności testowych, a nie będącą mankamentem przywarę. Aby dokonać pełnej lustracji bohatera naszego dzisiejszego spotkania należało jeszcze sprawdzić, jak prezentuje się temat budowania sceny muzycznej. I nie byłoby w tym ruchu nic dziwnego, gdyby nie fakt użycia do tego celu najnowszego winylu „25” Adele. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że wystąpił on w procesie weryfikacyjnym, ale najdziwniejszy w tym wszystkim jest fakt żałosnego pierwszego kontaktu z tym materiałem z nośnika cyfrowego, a konkretnie mówiąc płyty CD. To teoretycznie był palec Boży dla tej płyty, ale los chciał, by sam Mikołaj w przypływie swej dobroci obdarzył mnie wersją winylową. Oczywiście dopiero lekko zmuszony przez występującą w przewadze w mojej rodzinie płeć piękną położyłem ów krążek na talerzu i zaliczyłem przysłowiowego „zonka”. Artystka wcale się nie darła, a i sama realizacja płyty pokazywała solidne podejście do wielu ważnych dla audiofila aspektów pozycjonowania dźwięków, czego podczas sesji zapoznawczej prawie nie było. I gdy po raz kolejny owa płyta zabrzmiała w zestawie testowym, okazało się, iż wizytujący moje progi Furutech nic nie kombinując, idealnie oddawał realizm osiągnięty przez set firmowy. Dalekie tylne plany fantastycznie przygotowywały pole do popisu wokalnego samej Adele. Co prawda twierdzę, że to płyta jednej piosenki, ale ilość emocji płynących z rozpoczynającego całość kompilacji utworu wystarczy, aby zapewnić jej byt na półce. Na tym zakończę ten sparing pomiędzy Japończykami, resztę prób poznawczych pozostawiając Wam. Czy zestaw sieć plus głosnikówki są dla mnie, z pewnością w niedługim czasie to sprawdzę, ale na chwilę obecną bez najmniejszych problemów mogę zarekomendować głośnikowego Nanofluxa wszystkim poszukującym dyscypliny dźwięku bez jego dryfowania ku sztucznej ostrości, co u konkurencji jest bardzo częstą konsekwencją.
Te kilkanaście spędzonych razem dni było bardzo przyjemnym doświadczeniem nie tylko z racji dobrego jakościowo dźwięku, ale również jego prawie idealnego wpisywania się w mój gust. Co wydaje się być ważne, mimo brylowania na co dzień w świecie mocnego koloru, bez najmniejszych problemów z tak oddaną temperaturą przekazu muzycznego bez najmniejszych problemów mógłbym żyć. Wspomniane trzymanie basu w ryzach nie jest brutalnym cięciem tasaka rzeźnickiego, tylko delikatną poprawą jego prowadzenia. Oczywiście nie muszę chyba mówić, że samo słowo „poprawa” każdy będzie odbierał nieco inaczej, dlatego wziąłem je w niezobowiązujący cudzysłów. Poruszone w tekście górne pasmo również nie gasi światła na scenie, będąc jedynie pewnym drobnym retuszującym dźwięk elementem. Jednak co by nie mówić lub pisać, tylko własne doświadczenia z tytułowym kablem mogą skierować Wasze zainteresowanie kupnem na właściwe tory, a moje starcie jest tylko pewną wskazówką i niczym więcej. Niemniej jednak, szczerze polecam głośnikowego Nanofluxa do samodzielnego przesłuchania w krzyżowym ogniu płyt, gdyż wpięcie go w tor niesie ze sobą kilka ciekawych zmian w brzmieniu goszczącego go systemu.
Jacek Pazio
Dystrybucja: RCM
Cena: nieznana (oficjalna premiera planowana jest podczas CES 2016)
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Kiedy ponad dwa lata temu testowaliśmy debiutującą na rynku lifestyle’ową dzieloną amplifikację Pre One z Power One spod szyldu Alluxity spokojnie można było mówić o dość odważnym eksperymencie. Eksperymencie, który miał za zadanie stworzenie nowej linii produktów dedykowanych osobom nie tylko majętnym, lecz również ceniącym sobie nowoczesny a przy tym niebanalny design. Dodatkowej pikanterii dodawał fakt prowadzenia całego przedsięwzięcia przez zaskakująco młodego, jak na audiofilskie realia, Alexandra Vitusa Mogensena – syna Hansa Ole Vitusa, właściciela stricte high-endowego Vitus Audio. Skoro jednak czytają Państwo niniejszy tekst, to znak, że eksperyment musiał się powieść, czego dowodem jest również sukcesywne poszerzanie oferty o kolejne produkty i choć niemalże od ostatniej monachijskiej wystawy co i rusz docierały do nas informacje o dostępności zarówno streamera, jak i wzmacniacza zintegrowanego to dopiero teraz udało nam się integrę Int One na testy pozyskać.
Już na pierwszy rzut oka widać, że duńska integra obudowę odziedziczyła w prostej linii po przedwzmacniaczu Pre One. Trudno się z resztą temu dziwić, skoro trzewia skrywane przez fenomenalnie wykonany monolit i tak i tak sterowane są z poziomu pilota zdalnego sterowania, bądź dotykowego 5” kolorowego ekranu o rozdzielczości 800 x 480 px. Dzięki temu fronty urządzeń, nie licząc prostokątnych wyświetlaczy, pozostają nieskalane a przez to uniwersalne i jedynie od fantazji producenta zależy jaką funkcję będą spełniały. Za jedyne elementy wzorniczo – dekoracyjne można uznać finezyjnie zaokrąglone otwory tworzące w bokach obudów coś na kształt eleganckich radiatorów, oraz firmowy, głęboki frez z nazwą marki zdobiący powierzchnię górną.
Obsługa jest intuicyjna i bajecznie prosta, jak nie przymierzając zabawa klockami Lego. Ikona aktywnego źródła z biało/szarego zmienia kolor na stonowany niebieski a ekran oczywiście można przyciemnić, bądź całkowicie wygasić przytrzymując ikonę żarówki przez 5 sekund. I jeszcze jedna uwaga natury użytkowej. Int One nie posiada żadnego mechanicznego włącznika głównego, więc do życia budzi się tuż po wetknięciu przewodu zasilającego. Dlatego też sugeruję poświęcić weryfikacji poprawności wszystkich połączeń odrobinę więcej uwagi i dopiero potem podłączać urządzenie do prądu.
Tym oto sposobem dotarliśmy na ścianę tylną, która prezentuje się po prostu wzorcowo. Pełna symetria i najwyższa jakość, co z resztą podkreśla fakt, iż całą audiofilską biżuterię łaskaw był dostarczyć Furutech. Do dyspozycji użytkownicy mają dwie pary wejść XLR, trzy pary RCA i parę wyjść liniowych RCA. Do ciekawostek możemy zaliczyć obecność gniazda Ethernet, które po wpięciu integry w domową sieć komputerową pozwalają sterować wzmacniaczem z poziomu dedykowanej aplikacji dostępnej po wbiciu adresu IP.
Z rzeczy całkowicie pomijalnych dla ortodoksyjnych audiofilów, za to priorytetowych w kręgach projektantów wnętrz i stylistów są dostępne opcje kolorystyczne, czyli biel, oraz czerń – obie w wersjach satynowych.
Pomimo deklarowanej dokładnie takiej samej mocy, co firmowa końcówka integra już na starcie oznajmia, że ani myśli ścigać się, bądź chociażby konkurować ze starszym rodzeństwem. Oczywiście nadal mamy do czynienia z czymś, co spokojnie możemy uznać za firmowy sznyt grania, ale w zdecydowanie bardziej kompaktowej, czy wręcz ucywilizowanej formie. O ile Pre One z Power One przypominały istny wulkan energii i na słuchaczy działały niczym zastrzyk adrenaliny o tyle Int One kładzie akcent na aspekt emocjonalny i szeroko rozumianą muzykalność. W dość dużym uproszczeniu można nawet uznać, że jest rozwinięciem estetyki, której przedstawicielem ostatnimi czasy na naszych łamach był Einstein Audio The Tune.
Świadomie użyłem sformułowania „rozwinięciem”, gdyż duńską integrę cechuje zauważalnie lepsza definicja najniższych składowych, co z jednej strony jest oczywiście pochodną zdecydowanie wyższej mocy, ale i niezaprzeczalnych, genetycznych konotacji zarówno z modelami dzielonymi, jak i produktami seniora rodu. A właśnie, jeśli naszłaby Państwa ochota zestawić w bratobójczym pojedynku tytułową integrę z dajmy na to Vitusem RI-100, to jasnym stanie się czym różni się High-End od Hi-Fi. O ile setka stawia na praktycznie zerową ingerencję we wzmacniany sygnał, to jedynka już takich ambicji nie ma. W zamian za to czaruje barwą i nasyceniem a lekko zaokrąglone kontury źródeł pozornych sprawiają, że całość odbieramy jako spokojniejszą i nie tak wymagającą od reszty toru. Co prawda nie ma się co łudzić, że dzięki jej zbawiennemu wpływowi takie realizatorskie koszmarki jak „Keeper of the Seven Keys” Helloween czy „The End Of Life” Unsun zagrają choćby akceptowalnie, bo tak nie będzie, ale możecie być Państwo pewni, że ból związany z ich odsłuchem będzie zdecydowanie bardziej znośny. Po prostu upośledzony aspekt techniczny przesunięty zostaje na dalszy plan a pierwsze skrzypce przechodzą do rąk emocji i odpowiednio podkreślonych barw. Może i całość brzmi dwuwymiarowo, ale przy odrobinie dobrej woli spokojnie można ww. albumów w całości wysłuchać, oczywiście zakładając, że jest się fanem takich klimatów. Całe szczęście rynek muzyczny nie składa się tylko z wypadków przy pracy i zwykłych wyrobów muzykopodobnych, choć usilnie starają się nas w tym przekonaniu utwierdzić komercyjni nadawcy radiowi, lecz zasoby w pełni wartościowej a przy tym zrealizowanej na co najmniej dobrym poziomie są praktycznie nieprzebrane. I właśnie na nich Alluxity rozwija skrzydła.
Klasyka na duńskiej integrze brzmi dostojnie i dystyngowanie. „Peer Gynt” Griega (Sir Thomas Beecham / Royal Philharmonic Orchestra) nie tylko kołysze w rytm znanej chyba największym dyletantom melodii, lecz również pozwala na własnych trzewiach poczuć potęgę wielkiego aparatu orkiestrowego. Swoje trzy grosze dokłada w tym miejscu lekkie dociążenie przełomu średnicy i niskich tonów w niezwykle przyjemny sposób zwiększające doznania organoleptyczne a tym samym spektakularność reprodukcji. Warto też wspomnieć, że powyższe doznania nie są zarezerwowane li tylko dla miłośników iście koncertowych poziomów głośności, lecz również na zdecydowanie bardziej akceptowalnych dawkach decybeli. Jest to o tyle istotne, że nie zawsze mamy nie tylko ochotę, ale i po prostu warunki, by dzielić się swoją muzyczną pasją z sąsiedztwem w obrębie kilkuset metrów. Dlatego też pod względem namacalności i wysoce satysfakcjonujących doznań natury estetycznej Int One spokojnie można stawiać w szranki z brylującymi pod tym względem konstrukcjami lampowymi, które nawet grając cicho bez trudu roztaczają swój muzyczny czar. A właśnie, skoro o czarowaniu mowa. Dawno nie miałem okazji recenzować urządzenia tak sugestywnie dopalającego pod względem atrakcyjności ludzkich głosów ze szczególnym uwzględnieniem tych wydobywających się z kobiecych ust. Nie ważne czy był to niemalże operowo – rockowy duet Sharon den Adel i Anneke van Giersbergen w utworze „Somewhere” z koncertowego albumu „An Acoustic Night At The Theatre”, czy karmelowy soul „Queen Latifah” na „Trav’lin’ Light” każdorazowo ilość cukru w cukrze była ździebko powyżej obojętnej neutralności. Dzięki temu wszystko co prawda wydawało się trochę ładniejsze aniżeli w rzeczywistości, ale tego typu odstępstwa większość z nas nie tylko wybacza, co wręcz oczekuje. A z Alluxity możemy mieć pewność, że ową codzienną dawkę antydepresyjnego prozacu na pewno dostaniemy.
Z wyborem Alluxity Int One jest praktycznie tak samo jak z zakupem eleganckiej limuzyny. Jeśli tylko decydujemy się na znaną markę to spokojnie możemy uznać, że dostaniemy dokładnie to, za co płacimy i co po prostu widać gołym okiem. Czyli najwyższej jakości materiały, ergonomię, komfort i wygodę. I duńska integra również to nam oferuje. Brak ostrych krawędzi obudowy i wysublimowany projekt wzorniczy znajdują odzwierciedlenie w brzmieniu, któremu nie sposób zarzucić nic a nic z taniej gry pod publiczkę, czy jakiejkolwiek kanciastości. W brzmieniu, które niemalże przepływa po wertepach realizatorskiej nieudolności oszczędzając nam niepotrzebnych nerwów i przykrości.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000; Trilogy 906
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Musical Fidelity M6 500i
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Pierwszy kontakt z tytułową marką będący zarazem jej debiutem dotyczył amplifikacji dzielonej pod postacią duetu Pre One z Power One. Jednak myliłby się ten, kto by twierdził, że głównym nasuwającym się wówczas ma myśl pytaniem będzie pragnienie wiedzy na temat kolejnego bardziej przystępnego dla audiofila produktu tej manufaktury. A cóż mogłoby być bardziej nurtującego? Jak to co? Przecież pomysłodawca testowanego dzisiaj komponentu to przedstawiciel znanego szerokiej klienteli klanu twórców urządzeń audio i samoczynnie rodzącą się frazą pytającą była ciekawość sposobu prezentacji dźwięku młodego pokolenia w korelacji z od wielu już lat okupującym ten dział rynku seniorem rodu Ole Vitusem. Po informacje, jak wypadła konfrontacja, odsyłam do wspomnianej recenzji, a dzisiaj zapraszam na sprawozdanie z kolejnej potyczki z występującą w roli pretendenta do laurów konstrukcją co by nie mówić stosukowo młodej duńskiej manufaktury ALLUXITY i jej propozycją wzmacniacza zintegrowanego INT ONE. Oczywiście nikogo nie powinien dziwić fakt, iż owa marka nadal znajduje się pod skrzydłami dystrybucji katowickiego RCMu.
Bryła integry swoim ogólnym wyglądem i budową nie odbiega zbytnio od pierwszej propozycji rynkowej, jawiąc się jako jednorodny blok aluminium z wydrążonymi po bokach w osi pionowej pełniącymi rolę radiatorów otworami wentylacyjnymi. Przyznam się szczerze, całość robi piorunujące wrażenie spokoju wizualnego połączonego z wyrafinowaniem estetycznym. Idący trendem minimalizmu i nowoczesności front otrzymał jedynie sporej wielkości okienko informacyjno-sterujące z realizującym takie wymagania ekranem dotykowym. Tył natomiast w swej chęci kompatybilności i spełnienia zapotrzebowania na jak największą ilość wszelkiego rodzaju przyłączy, ledwo pomieścił zaproponowaną dla wymagającego audiofila ofertę gniazd. Znajdziemy tam podwojone, a czasem potrojone wejścia XLR i RCA, przelotkę RCA, będący interfejsem do sterowania z poziomu strony www port Ethernet, pojedyncze terminale głośnikowe i gniazdo zasilania. Wydaje się, że dla znakomitej większości konkurencji jest to dość standardowa lista, ale przy niezbyt dużej wysokości urządzenia wspomniany zestaw zachowując symetrię w względem osi pionowej naprawdę jest dość mocno „upchany”.
Rozpoczynając akapit o możliwościach sonicznych INT ONE powiem tak, wszyscy wiemy, iż jakiekolwiek urozmaicenie oferty przy założeniach schodzenia w dolne partie cennika musi powodować lekką utratę jakości w stosunku do stojących wyżej w hierarchii produktów. Zatem zdroworozsądkowo patrząc, jedyną niewiadomą jest fakt umiejętnego poradzenia sobie z delikatną utratą wyrafinowania, wynikającego z redukcji ceny danego produktu. I chyba nie zdradzę tajemnicy, że dla mnie był to najważniejszy punkt programu pod tytułem „Wzmacniacz zintegrowany marki Alluxity”. Efekt? Nasz bohater dumnie kroczył drogą barwy, przy unikaniu popadania w szkodliwe uśrednianie najniższych rejestrów. Owszem, całość niosła nieco mniej informacji, ale w stosunku do zestawu dzielonego była to całkowicie uzasadniona konsekwencja ww. uwarunkowań ekonomicznych. Tak więc, chcąc opisać sposób tworzenia spektaklu muzycznego integry, należy przywołać jej spore pokłady nasycenia basu i środka z lekkim pozłoceniem górnych rejestrów. Swoją podróż po duńskim morzu dźwięków zacząłem od bardzo kontrowersyjnej w moim zbiorze kompaktów grupy Yello z ich krążkiem „Touch”. Oczywiście mimo lekkiego oziębienia relacji z ową grupą zaliczyłem całą ich sesję nagraniową, ale szczerze mówiąc, nurtował mnie w niej tylko jeden bardzo ważny aspekt, jakim jest oddanie niskiego sztucznie wygenerowanego pomruku, który mimo swej dużej masy powinien wyraźnie pokazywać efekt wibracji podłogi. Gdy sięgam pamięcią w otchłań zaliczonych procesów testowych, niemal natychmiast przychodzi mi na myśl kilka spektakularnych porażek z tym utworem, jednak ku lekkiemu zaskoczeniu muszę przyznać, iż mimo nieco solidniejszego i krąglejszego basu produkt z Danii poradził sobie z nim wręcz wzorcowo. Co prawda było to bardziej miękkie aniżeli w wykonaniach wzorcowych granie, ale z pewnością zaliczam to do bardzo udanych potyczek, gdyż wyraźnie dało się odczuć początek każdego następującego po sobie impulsu, a sam fakt wspomnianej „miękkości” przy dobrej kontroli dla wielu słuchaczy jest raczej zaletą niż wadą. Po takim obrocie sprawy na tapetę testową powędrował John Potter ze swoim repertuarem muzyki dawnej. Dawka twórczości wokalno-instrumentalnej pozwalała spojrzeć nie tylko na umiejętność radzenia sobie z przywarami obfitości generowanych fraz, ale również rzucić nieco światła na sposób budowania sceny muzycznej z odpowiedzią samej kubatury pomieszczenia na dziejące się w jej wnętrzu wydarzenie artystyczne. Oczywistym aspektem takiego podejścia wydaje się być sprawa wręcz pożądanego lekkiego podkolorowania dźwięku, co ochoczo pokazały wszelkie instrumenty dawne i sam głos artysty. I gdy teoretycznie całość wypadła bardzo ciekawie, to w porównaniu z tym, co mam zanotowane w pamięci natychmiast dało się odczuć lekką utratę rozmachu rozchodzenia się dźwięku po budowli z jej lekkim utemperowaniem w sferze wolumenu odbitych od ścian i sklepienia fal dźwiękowych. Tutaj jednak chcę wszystkich uspokoić, gdyż mówię o wzorcu, a testujemy przecież produkt o znacznie niższej randze, co nie upoważnia nas do bezpośredniego traktowania opisanych wniosków jako wady, tylko pewną manierę grania. A to znowu jest niczym innym, jak często bardzo potrzebnym argumentem do zaistnienia w potencjalnych układankach audio szerokiej grupy docelowej. Kończąc analizę tego krążka dodam, że sama gradacja planów w trzech wymiarach była bardzo realistyczna, dobrze materializując wszelkie porozrzucane przez realizatora na scenie byty soniczne. Po starciu z elektroniką i materiałem nagrywanym na setkę przyszedł czas na wycyzelowany ECM-owski jazz Bobo Stensona w kompilacji „Goodbye”. Twórczość sesyjna w połączeniu z dotknięciem realizatorskim Manferda Eichera nie daje taryfy ulgowej, jak na dłoni uwidaczniając każde może nie niedociągnięcie, ale przynajmniej odstępstwo od prawdy. Ta potyczka pokazała kilka twarzy, gdyż przy pewnej akceptowalności nasycenia dźwięku przez fortepian, kontrabas już dawał znać o zbyt dużym zaangażowaniu pudła w stosunku do strun w proces wybrzmiewania, a blachy mimo lekkiej utraty jaskrawości nadal dość zwiewnie się mieniły, jednak teraz w kolorze ciemnego złota. Ale nie oszukujmy się, po raz kolejny przypominam, iż należy mierzyć siły na zamiary i biorąc pod rozwagę fakt pozycjonowania obydwu stających w szranki wzmocnień, taka prezentacja jest adekwatna do możliwości, proponując dodatkowo pewien bagaż pomocnych w synergicznym spięciu całego zestawu audio artefaktów. Co ważne, budowanie sceny i w tym repertuarze nie odbiegało od tego, co zaobserwowałem podczas reprodukcji materiału Johna Pottera, czyli sporo oddechu pomiędzy stojącymi za sobą formacjami muzyków, a to podczas słuchania krążków koncertowych, daje tak pożądaną dawkę uczucia osobistego uczestnictwa w danej imprezie. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, że dla pełnego zaangażowania audiofila w proces słuchania muzyki jest to bardzo ważny czynnik, a czasem w skrajnych przypadkach nawet determinujący jakąkolwiek przyjemność. W tym przypadku oddanie realizmu sceny nie stwarza najmniejszych problemów lokalizacyjnych, zapraszając do posłuchania nawet najbardziej wymagających słuchaczy.
Moje dzisiejsze starcie z produktem marki Alluxity w przeciwieństwie do pierwszej odsłony nie było obarczone konfrontacją wewnątrz-rodzinną, tylko pełnym przeglądem możliwości w oparciu o ogólnie pojęte wzorce. Oczywiście testowany INT ONE nie tworzył nowej jakości, konsekwentnie podążając drogą wytyczoną przez zestaw dzielony. Ciężar i kolor dźwięku były mi bardzo bliskie, co skrzętnie wykorzystałem podczas kilku wspólnie spędzonych tygodni. Dla mnie wspomniane aspekty generowanych fraz muzycznych są swoistą wizytówką tego produktu, które dla wytrawnego słuchacza będą bardzo pomocne, a czasem wręcz niezbędne do osiągnięcia pełnej satysfakcji z posiadanego zestawu audio. Jednak przypominam, że nie ma urządzenia reagującego identycznie w każdych warunkach sprzętowych, dlatego przed jakąkolwiek decyzją zakupową należy samemu zmierzyć się z wytypowaną wstępnie ofertą rynku, do której bez najmniejszych oporów zaliczyłbym dzisiejszy wzmacniacz zintegrowany. Jeśli szukacie dawki wypełnienia, to jest wręcz pozycja obowiązkowa, gdyż to, co oferuje, nie jest obciążone przekroczeniem dobrego smaku, będąc raczej sygnaturą, a nie problemem, co nie zawsze jest takie oczywiste.
Jacek Pazio
Dystrybucja: RCM
Cena: 7 500 €
Dane techniczne:
Wyjścia: Para RCA
Wejścia: 2 pary XLR, 3 pary RCA
Moc wyjściowa: 2 x 200 W/8 Ω RMS, ≈ 2 x 400 W/4 Ω RMS, ≈2 x 800 W/2 Ω RMS
Wymiary (S x W x G): 43,5 x 10,5 x 31,5 cm
Waga: 17,5 kg
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– przetwornik D/A NORMA AUDIO HS-DA1
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
RAFKO Dystrybucja, wyłączny przedstawiciel Musical Fidelity na Polskę wprowadza do sprzedaży M5si – nowy wzmacniacz plasujący się pomiędzy dotychczasowymi seriami M3si oraz M6si.
Halfway home
Nowe wzmacniacze Musical Fidelity z oznaczeniami MSi to jak dotychczas dwa modele, które zyskały sobie bardzo dużą przychylność użytkowników i recenzentów. M3si oraz M6si to spadkobiercy ponad 30-letniego doświadczenia firmy w produkcji najwyższej klasy sprzętu audio. Oba wzmacniacze dzieli dość duża przepaść w kwestii mocy, jaką dysponowały: 85W M3si wobec potężnego 220W M6si. Aby zapełnić tę lukę powstał nowy model M5si o mocy 150W.
Klasyki się nie zmienia
Pewne trendy i wzorce utrwalają się w kulturze nie przez ciągłą fluktuację, ale przez stałość, niezmienność oraz rozwój poprzez twórcze przepracowanie. Historia produktów Musical Fidelity pokazuje, że idea konsekwentnego dopracowywania wielokrotnie sprawdzonych rozwiązań oraz dostosowywania ich do obecnych wymogów jest firmie wyjątkowo bliska. Od klasycznego A1 – pierwszego wzmacniacza Anthony’ego Michaelsona – przez potężnego Titana do legendarnej NuVisty, urządzenia produkowane przez Brytyjczyków są modelowym przykładem klasycznych wzmacniaczy stereo w jak najlepszym rozumieniu tego sformułowania. Nie inaczej jest z M5si.
Tylko to, co konieczne
Solidna, metalowa obudowa z dużym potencjometrem regulującym poziom głośności na środku frontowego panelu. Oprócz tego włącznik, 6 przycisków wyboru źródła oraz dioda podczerwieni. W M5si nie znajdziemy nic niepotrzebnego.
Tradycja i współczesność
Na tylnym panelu zainstalowano w przeważającej większości złącza analogowe – 4 pary wejść RCA, jedno wyjście liniowe oraz wyjście przedwzmacniacza, pracującego w klasie A. Po drugiej stronie znajdziemy owoc zamiłowania do winylu, którego nie kryje założyciel firmy. Każdy topowy wzmacniacz Musical Fidelity wyposażony jest w przedwzmacniacz gramofonowy oparty o podzespoły super popularnego przedwzmacniacza gramofonowego serii V90.
Nie oznacza to jednak, że M5si to tylko analog. Wejścia analogowe uzupełnia asynchroniczne wejście USB-B zdolne obsłużyć sygnał w jakości do 24-bit/96kHz. Przy dzisiejszych możliwościach technicznych, gdzie aplikacje strumieniowe – jak TIDAL – oferują znakomitej klasy brzmienie, takie rozwiązanie jest całkowicie zrozumiałe. Dzięki temu M5si jest sprzętem uniwersalnym, przygotowanym na współczesne wyzwania.
W tle Nu-Vista 800
Konstrukcyjnie M5si składa się z dwóch niezależnych monobloków z oddzielnym przedwzmacniaczem. Wszystko zmontowane jest na jednej płycie PCB. Duże znaczenie ma fakt, że M5si był zaprojektowany zaraz po wprowadzeniu do sprzedaży serii Nu-Vista 800. W konsekwencji niektóre rozwiązania montażowe zastosowane w najwyższych, topowych urządzeniach firmy zostały wykorzystane również w M5si. Waga M5Si to 15 kilogramów, zaś maksymalne zużycie prądu może sięgnąć nawet 450W.
Brzmienie
M5si oferuje brzmienie zbliżone do M6si, tzn o dojrzałej, szlachetnej barwie i stonowanym, neutralnym charakterze przy zachowaniu dużego zapasu mocy, który skutkuje dynamiką i zejściem basu we właściwych momentach. Szczególną uwagę przykuwa niezwykle szlachetna góra pasma – rozdzielcza bez grama ostrości, nawet w przypadku odsłuchu na kolumnach o wyraźnie wzmocnionych wysokich tonach. Majstersztykiem, jak zawsze w przypadku wzmacniaczy Musical Fidelity pozostaje średnica – bliska, detaliczna, ocieplona, gęsta i doskonale wypełniona. Stąd M5si w dalszym ciągu wpisuje się w nadrzędną maksymę marki: wierny muzykalności. Całość przekazu jest bardzo bliska i wyśmienicie kontrolowana, dzięki bardzo wydajnej sekcji zasilającej.
Ceny:
Musical Fidelity M5si – 9999 pln
Dystrybucja: Rafko / Musicalfidelity.pl
Kiedy w sierpniu mieliśmy okazję gościć w naszych skromnych progach kompletny system Ardento doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to układ niemalże zamknięty – dopuszczający jedynie dobór adekwatnego mu klasą źródła. Po prostu otrzymaliśmy set w wersji full-wypas z dedykowanym okablowaniem i to zarówno sygnałowym, jak i zasilającym. Nie byłbym jednak sobą, gdybym w tzw. międzyczasie nie sprawdził jak teoretycznie dedykowane okablowanie sprawdza się w niejako obcym dla niego środowisku. W dodatku walorów sonicznych nieobecnych w oficjalnym cenniku przewodów mogliśmy empirycznie doświadczyć również nieco wcześniej podczas naszych regularnych wizyt w Studiu U22, gdzie mniej bądź bardziej kompletny bydgosko – warszawski zestaw egzystował przez dłuższy czas. Nie ma jednak lepszej metody weryfikacji aniżeli odsłuchy we własnych czterech kątach i w możliwie wielu kombinacjach. Dlatego też, gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność, a tak po prawdzie nadarzyła się na długo przed wspomnianą wizytacją kompletnego systemu, podczas którejś z wczesnowiosennych studyjnych roszad otrzymałem egzemplarz demonstracyjny Ardento Power Amp cord w celu wydania oficjalnego werdyktu.
Dedykowany bardziej łasym, aniżeli DACi, na energię elektryczną amplifikacjom przewód zasilający prezentuje się nad wyraz elegancko a zarazem (jak na nasze wyśrubowane standardy)… niezbyt imponująco. Oczywiście na tle dołączanych zwykle przez producentów komputerowych „sznurówek” spokojnie można uznać go za ósmy cud świata, jednak przy audiofilskich monstrach w stylu Signal Projects Golden Sequence, czy Shunyata Research ΞTRON™ Σ SIGMA rodzimy przewód znacząco zyskuje na normalności. Ot magia punktu odniesienia. Generalnie jednak możemy uznać, że mamy do czynienia z produktem nieprzesadzonym zarówno pod względem stylistycznym, jak i gabarytowym. Solidne, toczone aluminiowe wtyki i czarno – biały gęsto pleciony peszelek z tworzywa dalekie są od krzykliwości, więc z nie absorbując zbytnio wagi wpięte raz mają szanse pozostać w systemie na lata. Podatność na układanie, biorąc pod uwagę średnicę przewodu można określić jako dobrą, choć zdecydowanie bliżej mu do sprężystości aniżeli wiotkości, więc lepiej zapobiegliwie zapewnić mu trochę miejsca. Proszę się jednak nie obawiać – Ardento nie ma tendencji do wprawiania w stan lewitacji nawet niezbyt ciężkich urządzeń, co przez dłuższy czas weryfikowałem w swoim systemie podpinając tytułowym przewodem m.in. zasilacz do Transrotora Dark Star Silver Shadow.
O budowie wewnętrznej wiadomo tylko tyle, że przewody wykonano z miedzi i srebra poddanych wyżarzaniu i obróbce kriogenicznej. Jednak nie użyto srebrzonej miedzi, ani mniej bądź bardziej egzotycznych stopów, lecz na drodze odsłuchów zdecydowano się na srebrny solid core na fazie a miedzianą plecionkę na uziemieniu i żyle neutralnej. W dodatku zamiast standardowego ekranowania, które jak się okazało spowalnia i matowi dźwięk opracowaną autorską geometrię splotu uodparniającą przewód na zewnętrzne czynniki elektromagnetyczne.
O ile w stopce zamieściłem jedynie aktualnie eksploatowany zestaw, to przez ostatnie trzy kwartały przez mój system przewinęło się co najmniej kilkadziesiąt urządzeń w które tytułowy przewód zasilający został na dłuższą, bądź krótszą chwilę wpięty. Począwszy od wspomnianego, niezbyt prądożernego zasilacza gramofonowego a kończąc na 500W integrze Musical Fidelity M6 500i nie miałem zbytnich oporów, aby sprawdzić, czy aby testowy „drucik”