Monthly Archives: sierpień 2013


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Choć na łamach SoundRebels staramy się testować głównie nowości, bądź chociaż marki wracające / debiutujące w Polsce, to podczas tegorocznych krakowskich odsłuchów, których tematem przewodnim było najświeższe wcielenie Ayona Crossfire’a III i Avantgardy Duo Grosso wpadł nam w oko (i ucho) pewien system. Niejako mimochodem załapaliśmy się bowiem na prezentację lekko zapomnianej nad Wisłą elektroniki Restka. Potężne monobloki Extent współpracowały z przedwzmacniaczem Editor i odtwarzaczem CD Epos a cały, okablowany przewodami Siltecha z serii Royal Signature, zestaw zasilał jubileuszowe monitory Dynaudio Special 25. Prawdę powiedziawszy przez chwilę poczuliśmy się jak przysłowiowy książę z bajki o kopciuszku, gdy po żmudnych poszukiwaniach odkrywa zaszytą w kuchni wybrankę serca. Co prawda powyższa metafora wydaje się zbyt daleko posuniętym przejaskrawieniem i semantycznym nadużyciem, jednak proszę mi wierzyć, że tak grające Dynaudio słyszy się bardzo, bardzo rzadko. Dlatego też od razu po powrocie do Warszawy i krótkiej naradzie postanowiliśmy nakłonić dystrybutora do dostarczenia na testy „budżetowej” wersji Extentów – monobloków Extract wraz z Editorem. I tym oto sposobem wylądowały u nas, prowadzone przez równie co one lśniący przedwzmacniacz, ociekające chromem germańskie bestie w „wersji XS”. Proszę jednak nie szukać na niemieckojęzycznej (wyboru innego języka brak) stronie Restka wspomnianej XS-ki. To kolejny skrót myślowy, jakim pozwoliłem się posłużyć. Po prostu para Extractów waży tyle, co jeden Extent i stąd użycie oznaczenia małej „rozmiarówki”.

Niemalże ¾ płyty czołowej Editora zajmuje ukryty za czarnym akrylem nad wyraz czytelny wyświetlacz dot-matrix, który w wersji dostarczonej do testów był czerwony, lecz podczas składania zamówienia klient otrzymuje możliwość wyboru opcji zielonej, bądź niebieskiej. Zlokalizowaną nieopodal wielofunkcyjną gałką możemy ustawić praktycznie wszystko … poza praniem i klimatyzacją. Poczynając od aktywacji i czułości wejść / wyjść, intensywności wyświetlacza, poprzez balans między kanałami a na wyborze, czy regulacja sygnału na wyjściach ma być globalna, czy też dla każdego z wyjść niezależna skończywszy. Jako opcję można też dokupić płytkę z przedwzmacniaczem gramofonowym.
Rzut oka na cofniętą względem korpusu ścianę tylną może wprawić nieobeznanych audiofilów w lekką konsternację, gdyż oprócz standardowej baterii gniazd RCA w tytułowym przedwzmacniaczu producent ze względu na dość niewielką wysokość urządzenia zdecydował się na zastosowanie dość mało popularnych w sektorze Hi-Fi terminali mini XLR. Oczywiście w kartonie znajdziemy stosowne przejściówki na pełnowymiarowe XLRy, lecz wyprzedzając nieco fakty uczciwie zaznaczę, że ich klasa, jakość a przede wszystkim wpływ na dźwięk pozostawiają wiele do życzenia i jeśli tylko ktoś planuje wykorzystanie potencjału XLRów, to sugeruję zaopatrzyć się w zdecydowanie wyższej klasy zamienniki (np. Cardasa). Gdyby jednak ktoś nie miał ochoty na takie kombinacje alpejskie to oprócz oznaczonych numerami 1-4 nietypowych gniazd zbalansowanych ma jeszcze do wyboru kolejnych pięć wejść w standardzie RCA. Wyjścia liniowe również występują w obu postaciach. Oprócz nich udało się jeszcze wygospodarować miejsce na gniazda umożliwiające spięcie firmowego systemu przewodami „remote” służącymi m.in. do wybudzania i usypiania końcówek.
Nie zagłębiając się zbytnio w zagadnienia natury technicznej wspomnę tylko, że preamp ma budowę w pełni zbalansowaną, każdy kanał posiada swoje własne płytki a regulację głośności oparto nie na konwencjonalnym potencjometrze, lecz na czterech (po dwa na kanał) układach Burr Brown PGA2310. Sekcja zasilacza również pamięta czasy złotej ery Hi-Fi w związku z powyższym, nie dość, że jest nad wyraz rozbudowana, to oparto ją na solidnym toroidzie a nie jak to ostatnio staje się normą, radośnie siejącą wokół impulsówką.

Postawione obok siebie monobloki Extract zajmują na szerokość praktycznie tyle samo miejsca co przedwzmacniacz, jednak biorąc pod uwagę ich pozostałe wymiary należy pamiętać o przygotowaniu dla nich odpowiednio głębokiej półki, bądź platformy. Uwagę przykuwają otoczone chromowanymi ramkami imponujące okna, za którymi ukryto podświetlane na niebiesko potężne wskaźniki mocy wyjściowej uzupełnione nawiązującymi do czerwonego displaya pre również purpurowymi symbolami aktywnych funkcji. Włączniki główne ulokowano po środku dolnego paska chromowanych ramek.
Ściana tylna, oprócz nad wyraz pomocnych podczas noszenia rączek, oferuje wejścia RCA/XLR, pojedyncze terminale głośnikowe, trójbolcowe gniazdo zasilania IEC i interfejs do spięcia końcówki z pre. Warto również zwrócić uwagę na rządek niepozornych przycisków umożliwiających wyłączenie podświetlenia VU-Meterów, wybór wejść, tryb pracy (możliwość „zdalnego” wybudzania/usypiania) i załączenie głośników.
O ile samej elektronice Restka nie sposób zarzucić braku elegancji, to już systemowy pilot ma w sobie tyle delikatności i finezji, co NRD-owska kulomiotka po „kuracji witaminowej” i choć doskonale spełnia powierzoną mu rolę, to zarówno jego „socrealistyczna siermiężność”, jak i zagadkowo kanciasty design predestynują go bardziej do bycia argumentem podczas gwałtownej wymiany poglądów w ciemnym zaułku, aniżeli obsługi systemu Hi-Fi. Choć z drugiej strony, jeśli miałbym wybierać pomiędzy plastikowym, badziewnym OEM-em a tym germańskim Quasimodo, to bez chwili wahania wybrałbym Dirigenta, bo właśnie taką nazwę nadał mu producent.

Pytanie jak ta, jakże daleka od skromności, szata wzornicza przekłada się na całościowe postrzeganie Restków, które (mam taką cichą nadzieję) stworzono po to, by przede wszystkim dobrze grały. Odpowiedź jest nie tylko wielowarstwowa (jak cebula), ale i niejednoznaczna. Jednak po kolei.
Jeśli używając telegraficznego skrótu i starając się pozostać w około muzycznej metaforyce, powiedziałbym, że testowany system grał z potęgą i gładkością tożsamym największym dziełom Bacha, oraz motoryką i drivem godnym Rammsteina to tak, jakbym nic nie powiedział. Jedynie osoby, którym dane było Restków posłuchać z pewnością by się ze mną zgodziły. I właśnie w tym momencie doszliśmy do wspomnianej wielowarstwowości. Niemiecki system wymyka się wszelakim próbom zaszufladkowania. Gra dokładnie tak, jak pozwala mu na to system, w którym się znalazł, bądź … No i właśnie. Miałem opisywać kompletny set, jednak po kilkudniowej żonglerce i ciągłych rekonfiguracjach okazało się, że są też inne alternatywy.

Od pierwszych taktów niemiecki zestaw roztaczał przed słuchaczami hektary przepięknie zagospodarowanej przestrzeni pozwalając nad wyraz swobodnie czuć się na scenie zarówno niewielkim składom, co nie wydaje się zbyt trudne, jak i wielkim orkiestrom wspieranym przez wieloosobowe chóry. Po prostu wszystko zależało od ustawienia świateł, które z otaczającego muzyków mroku „wyciągały” tylko poszczególnych solistów (Jorgos Skolias & Bogdan Hołownia “…tales”), bądź dzięki równomiernemu, łagodnemu światłu ukazywały cały aparat wykonawczy (Perpetuum Jazzile „Africa”). Całość podawana była z pewnym dystansem, jednak z niesamowitą spójnością i homogenicznością wynikającymi nie tylko z gładkości, ale i braku słyszalnych zniekształceń, co było jedynie pochodną ponadprzeciętnej kontroli, jaką nad kolumnami roztoczyły końcówki. Żeby jednak nie było tak różowo, to im dłużej słuchałem, tym częściej w moich notatkach pojawiały się wzmianki o zauważalnym zmatowieniu, zjechaniu o kilka procent suwakiem odpowiedzialnym za saturację/nasycenie barw. Podobne wrażenie towarzyszyło mi kilkukrotnie podczas odsłuchu źródeł i przedwzmacniaczy ze stajni Soulution, jednak bardzo możliwe, że to jedynie moje subiektywne postrzeganie rzeczywistości przez pryzmat własnych przyzwyczajeń i upodobań. Po prostu w dźwięku poszukuję drobin słodyczy, blasku i gładkości idących w parze, z co najmniej dobrą, bądź bardzo dobrą rozdzielczością, a w pre/power Restka niby wszystko było na miejscu, jednak całości brakowało przysłowiowej kropki nad „i”.
Rozpocząłem poszukiwania panaceum na powyższe dolegliwości dokonując przy okazji małego remanentu posiadanego okablowania i kilku mniej, lub bardziej gruntownych rekonfiguracji. Na pierwszy ogień poszło okablowanie. Zastąpienie interkonektów Neytona Nuernberg NF Acrolinkami delikatnie „dopaliło” i nasyciło średnicę zachowując wzorową kontrolę najniższych składowych. Wymiana głośnikowych Neytonów Hamburg LS na Organic’i zauważalnie pogrubiło kontury źródeł pozornych, lecz wprowadzone zmiany dotyczące odtechnicyzowania dźwięku były nad wyraz obiecujące i szły w dobrym kierunku. Skoro skandynawskie głośnikowce tyle zdziałały przyszedł czas na małą rewolucję w interkonektach, przełamanie oporów natury estetyczno – użytkowej … i sięgnięcie po przejściówki mini XLR/XLR. Zmiana łączówek i sposobu transmisji z RCA na XLR okazała się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Poprawie uległo praktycznie wszystko. Poczynając od zwiększonej motoryki i namacalności na niemalże lampowej gładkości kończąc. Elektryzujące szepty Carli Bruni na „Quelqu’un m’a Dit” wreszcie zaczęły wywoływać przyjemne mrowienie a wspomniana woalka oddzielająca słuchacza od prezentowanego spektaklu zaczęła rzednąć. Wymianę firmowego kabla zasilającego w Editorze na kolejnego Organic’a odebrałem, jako kolejny krok w obranym kierunku a zarazem dojście do niewidzialnej ściany. Aby pójść dalej potrzebowałem topowych Harmonixów, bądź okablowania Argento, czyli drogo i jeszcze drożej. Pytanie czy można temu jakoś zaradzić i choćby w niewielkim stopniu ograniczyć wydatki. Okazuje się, że tak.
Wyeliminowanie z toru firmowego pre i zastąpienie go posiadającym regulowane wyjścia najpierw DACiem Eximusa a potem Ayonem 1sc pozwoliło Extract’om w pełni rozwinąć skrzydła i wreszcie zagrać na miarę swoich możliwości. Spięte po XLRach z ww. źródłami monobloki pokazały niezwykle synergiczne połączenie mocy i liryczności. Płynnie przechodząc od rozleniwiających rytmów bossa novy (Jacintha „The Girl From Bossa Nova”) po niemalże potępieńczy salsa-metalowy jazgot (Puya „Fundamental”) aż kipiały energią, którą z łatwością udzielała się słuchaczom. Wreszcie można było całkowicie skupić się na muzyce zamiast dzielić włos na czworo i kombinować, co by tu jeszcze poprawić. Dopiero teraz przestrzeń otaczająca muzyków przybrała iście holograficzną formę, co szczególnego uroku nadało nagraniom koncertowym (Enrico Rava „Rava On the Dance Floor”, Keith Jarrett „The Koln Concert”) posiadającym naturalny pogłos i długi czas wygaszania. Bardzo szeroka uniwersalność takiego zestawienia pozwalała z prawdziwą przyjemnością i co najważniejsze, całkowitą swobodą żonglować najprzeróżniejszym repertuarem. Zresztą pod koniec testów, kiedy przygotowywałem się do przekazania Restków Jackowi i przeglądałem spontanicznie zapisywane spostrzeżenia okazało się, że po ustabilizowaniu się finalnej konfiguracji (z Ayonem w roli CD, DACa i pre), kiedy tylko sięgałem po pliki niemalże odruchowo włączałem w JRiverze opcję „Shuffle”, dzięki której czasem Placido Domingo sąsiadował ze Slayerem a Hayley Westenra z Within Temptation.

Najwyższy czas na jakieś resume. Dostarczony przez Eter Audio zestaw Editor/2 x Extract od strony wizualno – designerskiej prezentuje się nadzwyczaj atrakcyjnie. Oferując ponadprzeciętną ergonomię i możliwość bardzo zaawansowanej personalizacji z pewnością zachwyci miłośników dobrego brzmienia i europejskiej, niemieckiej solidności. Jednak osoby dążące do maksymalnego wykorzystania potencjału drzemiącego w konkretnych komponentach, przy jak najrozsądniejszej optymalizacji wydatków i jednocześnie gotowe poświęcić walory natury estetycznej mogą na początek zainteresować się samymi monoblokami, na własną rękę poszukując innego pre. Opierając się na własnych obserwacjach mogę jedynie zasugerować, że taki research spokojnie może odbyć się w siedzibie dystrybutora a próby np. z elektroniką Ayona (Eris) mają spore szanse powodzenia.

Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski

Dystrybutor: Nautilus

Ceny:
Editor: 4700€ za wersję black; 4950€; za wersję chrom/ high-gloss acryl
Extract (szt.): 2000€ za wersję black; 2350€ za wersję chrom / high-gloss acryl

Dane techniczne:

Editor:
– W pełni symetryczna konstrukcja dual mono
– Regulowana czułość poszczególnych wejść
– Pasmo przenoszenia: 0 Hz … 230 kHz (-3dB)
– Zniekształcenia: <0.0005%
– Stosunek sygnał/szum: > 106 dBA
– Przesłuch między kanałami: > 106 dB
– Impedancja wejściowa: 47 Ω na wejściach niezbalansowanych, 10 Ω na zbalansowanych
– Poziom sygnału wehćiowego i wyjściowego: 10 V rms max
– Prąd wyjściowy: 200 mA rms max.
– Impedancja wyjściowa: 50 Ω
– Wymiary (SxWxG): 483 x 90 x 365 mm
– Waga: 10 kg

Extract:
– Moc wyjściowa: 180 W/8 Ω, 300 W/4
– Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 150 kHz
– THD: <0.02%
– Stosunek sygnał/szum: > 110 dBA
– Czas narastania: <2 usec
– Współczynnik tłumienia: 250 (8 Ω 1kHz)
– Czułość wejść: 2 V rms
– Impedancja wejściowa: 47 Ω na wejściach niezbalansowanych, 10 Ω na zbalansowanych
– Wymiary (SxWxG): 245 x 155 x 395 mm
– Waga: 16 kg

System wykorzystany w teście:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– DAC: Eximus DP1
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; YBA Heritage Media Streamer MP100
– Wzmacniacze zintegrowane: Electrocompaniet ECI 5; Accuphase E-260
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Acrolink 7N-A2050 III; Acrolink 7N-A2200 III; Neyton Nuernberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2
– Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Solid Tech Disc of Silence, Iso Clear, Feet of Silence

Opinia 2

 Do niedawna o firmie RESTEK miałem dość szczątkowe pojęcie a nasze drogi  zupełnie przypadkowo się mijały. Ale jak mówi przysłowie:  „Co się odwlecze, to….” Z obecnej perspektywy żałuję, że tak długo nie było nam dane trafić na siebie. Na szczęście „świat jest mały” i spotkaliśmy się „na ubitym polu” – na moich warunkach i co najważniejsze w moim systemie, co można zinterpretować, z jednej strony jako swoistą rekompensatę a z drugiej odrobienie zaległej „pracy domowej”.

Z oferty niemieckiej firmy, trafił do mnie dzielony zestaw, składający się z przedwzmacniacza EDITOR i monobloków EXTRACT. Pierwsze wrażenia wizualne, nabyte podczas wcześniejszej, krótkiej wizyty u dystrybutora były mieszane. Srebrne, błyszczące fronty i czarno (antracytowo) – matowe korpusy obudów szokowały kontrastem. Jednak to, co wtedy wydawało się zbytnią ekstrawagancją, po bliższym i dłuższym kontakcie okazało się klasyką gatunku, a na miano prawdziwej wisienki na torcie przypadło wychyłowym wskaźnikom, które na szczęście nie zostały tak ewidentnie wyeksponowane jak u konkurencji (Accuphase, McIntosh). Dla mnie biało-niebieskie zakresy wysterowania na czarnym tle to strzał w dziesiątkę.

 Pierwsza płyta i natychmiast słychać było ponadprzeciętną głębię artykułującą obszerność sceny a wrażenie zniwelowania ograniczeń spowodowanych ścianami i sufitem, nie opuszczało mnie do końca testu. Miałem u siebie wiele świetnie grających zestawów, ale ten aspekt był najczęściej jedynie poprawny.  Podobny efekt słyszałem z kolumnami Harbeth 40.1. Odtworzenie albumu CD nagranego na „setkę” (bez cięć), z uwzględnieniem interakcji otoczenia, pozwoliło przenieść się do pierwszego rzędu ław klasztornych, bądź innego przybytku urbanistycznego, gdzie odbyła się sesja.  Wierne oddanie kubatury w taki sposób, jest naprawdę niełatwe, a często traktowane po macoszemu przez sprzęt odtwarzający. Inżynierowie z firmy RESTEK nie odpuścili tego walkowerem.
Nie chcąc kreować wrażenia, że głębia sceny jest jedynym, co może dobrego spotkać nas po zakupie tego bądź co bądź fantastycznie wglądającego kompletu, przesłuchałem kilka albumów reprezentujących różne gatunki muzyczne. Od muzyki dawnej, przez jazz w różnych odmianach po elektronikę. Muzyka zawsze przyjemnie sączyła się z głośników oferując znajdujące się po cieplejszej stronie neutralności granie. Ani razu, nawet przy ostrej elektronice w wykonaniu Depeche Mode, moje aluminiowe kopułki nie zakrzyczały, nie wydały tego drażniącego syczenia w jazzowych, bądź niemieckojęzyczno – barokowych partiach wokalnych. Świetnie radziły sobie z tym wyzwaniem nie tracąc otwartości przekazu, choć gdybym na siłę szukał dziury w całym to mógłbym zwrócić uwagę na delikatny efekt „woalki” ogradzający słuchacza od muzyków. Reszta pasma, to punktualny lekko zaokrąglony bas i wpisująca się w całość spokojna, niewychodząca przed szereg średnica. Takie homogeniczne, pozwalające na długie delektowanie się muzyką granie. Nikt tutaj nikogo nadmiernie nie pobudza, poprzez podkreślenie skrajów pasma. Każda realizacja traktowana jest jako całość a muzycy znają swoje miejsce w szyku na realistycznie odwzorowanej, obszernej scenie. Również zarejestrowane podczas nagrań efekty dobiegające z otoczenia dodatkowo wzmacniają realizm. RESTEK wydaje się mówić: jesteś melomanem, to wpisz mnie na listę do odsłuchu, a możesz mieć problemy z rozstaniem.

 Zakończenie opisu w tym momencie, byłoby jednak krzywdzące. Świadczyłby, że rasowy audiofil powinien omijać go z daleka, gdyż to zbyt zdystansowane podejście do muzyki. Ale to błędne wnioski, gdyż konfiguracja z innymi kolumnami może przynieść oczekiwane przez klienta efekty. Wspomniana temperatura barw bywa często balsamem na męczącą krzykliwość niejednego systemu. Własny zestaw uważam za skończony – lepiej w ramach marki Reimyo chwilowo się nie da. To mozolnie wybrany, zbliżający się absolutu (według mnie) dźwięk dotknięty ręką mistrza Kazuo – nasycony i konturowy, z iskierkami w górze pasma spektakl. A rzeczony przedstawiciel niemieckiej myśli technicznej, został wypuszczony na głębokie wody i trzeba przyznać, że w starciu z japońska legendą bronił się znakomicie.
Znam ludzi (byłych realizatorów dźwięku), którzy kręciliby nosem, na zbyt dużą transparentność tandemu EDITOR-EXTRACT, gdyż każdy posiada swój własny wzorzec absolutu  i dotyczy to również tych stojących przy mikserach.

W ramach eksperymentu zgrabne EXTRACT-y zasiliłem sygnałem z mojego lampowego przedwzmacniacza. W tej konfiguracji wszystkie aspekty brzmienia zyskały, co wskazuje na ich duży i niestety niewykorzystany przez firmowe pre potencjał. Ciemniejsze tło i nasycenie barw, zwiększyło namacalność źródeł pozornych i zniknięcie wspomnianej „woalki”. Czyli mamy winowajcę i to w dodatku firmowego. Przypomnę jednak, że to zmiany na lepsze według mnie, a wyrocznią nie jestem.
Chcąc być rzetelnym odsłuch przeprowadziłem na dołączonych przez producenta komputerowych sieciówkach i tanich przejściówkach. Mając jednak na stanie coś z najwyższej półki akcesoriów prądowych – set Harmonixa za kwotę zbliżoną do wartości testowanego zestawu (nie mówię, że tak należy, ale….), uznałem, że warto spróbować. Zbliżając się do kablowego absurdu, posiadając topowe interkonekty wspomnianej marki, nie zastanawiając się długo również wpiąłem je do systemu. Może to wydawać się głupie, ale audiofile często kupują najwyższe modele kabli ze starszych serii, starając się dogonić króliczka, więc biorąc to pod uwagę, mój pomysł nie był taki bezsensowny. Sprawdziłem tym posunięciem, jakie pokłady zmian drzemią jeszcze w tej elektronice.

Puentując ostatni ruch, nie wiem, czy mam dobre, czy złe wieści, ale zastosowanie porządnego okablowania pomogło przeskoczyć dźwiękowi co najmniej oczko wyżej. Z moimi drutami odeszła w niebyt naleciałość firmowego przedwzmacniacza, a muzyka nabrała masy i swobody (efekt trochę podobny jak mariaż z moim pre). Restek przeszedł metamorfozę niczym w programie „Łabędziem być”. Sądzę, że klient kupujący zestaw na tym pułapie cenowym, ma jakieś akcesoria w zanadrzu i po ich zastosowaniu, na starcie będzie bardzo dobrze. A jak będzie miał ochotę wystrzelić go w audiofilski kosmos, jest rezerwa.
Jednym zdaniem: bardzo udany powrót na polski rynek.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „SENSOR” PRELUDE IC

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Od kilku lat pojęcie „globalnej wioski” przestało być jedynie czczym frazesem, lecz stało się faktem. Podczas rozmów w sieci nie ma znaczenia, czy interlokutor znajduje się w sąsiednim pokoju, czy też dzielą nas od niego tysiące kilometrów. Podobnie jest z zakupami – klikamy i kupujemy nie zwracając zbytniej uwagi na to skąd zamówiony przedmiot przyjedzie, przypłynie, czy przyleci o ile tylko koszt wysyłki mieści się w granicach rozsądku. Taka logistyczna niefrasobliwość przeniosła się i w dodatku całkiem nieźle zadomowiła również na gruncie audiofilskim i jeśli tylko coś pojawi się nawet w najodleglejszym zakątku świata, to bardzo możliwe, że informacja o tym obiegnie większość portali tematycznych na całym globie w ciągu maksymalnie doby.

Podobnie było w przypadku „niewielkiej”, prowadzonej przez Nicka Korakakisa, manufaktury kablarskiej Signal Projects. Prawdę powiedziawszy na chwilę obecną nie jestem w stanie sobie przypomnieć, gdzie pierwszy raz natknąłem się na wzmiankę o Jego wyrobach. Ot po prostu, ponad rok temu, przeglądając któreś z anglojęzycznych for wpadł mi w oko jeden z jego kabelków, poszperałem w googlu i potem już poszło z górki. Kilka jednoznacznie pochlebnych opinii na tyle mnie zaintrygowało, że napisałem do Nicka i od słowa do słowa okazało się, że nie ma przeciwskazań do wysłania na testy głośnikowych przewodów z serii Hydra. Nick poprosił tylko o chwilę cierpliwości potrzebnej do przygotowania 3m setu i … tak sobie czekaliśmy i korespondowaliśmy aż przyszedł maj i podczas monachijskiego High Endu wreszcie mogliśmy na spokojnie się spotkać, porozmawiać a co najważniejsze posłuchać. Niestety ze względu na spore zawirowania natury formalno – spedycyjnej dopiero niemalże po miesiącu od zakończenia wystawy, u mych drzwi stanął kurier z dość pokaźnym pudłem.

Z premedytacją w poprzednim akapicie skalę przedsiębiorstwa wziąłem w cudzysłów, gdyż, choć z potentatami branży kablarskiej Signal Projects nie może się mierzyć, to jednak daleko im od jednoosobowej manufaktury. Prawdę powiedziawszy w jej skład wchodzą dwa podmioty gospodarcze – zlokalizowana w Grecji (Atenach) Signal Projects Professional Cables Manufacturing zajmująca się produkcją i dostarczaniem profesjonalnego okablowania do studiów nagraniowych, teatrów, obiektów użyteczności publicznej i generalnie zastosowań instalacyjnych, oraz Signal Projects Audio Ltd zlokalizowana w U.K (w Manchesterze). W Atenach znajduje się również ich główne laboratorium i to właśnie stamtąd przyszły testowe przewody.

Abstrahując od niezwykle atrakcyjnego wyglądu (do brzmienia przejdziemy za chwilę), przywodzącego na myśl zdecydowanie bardziej utytułowaną i co za tym idzie sporo droższą konkurencję, seria Hydra jest drugą od dołu i poniżej jest tylko „budżetowy” Lynx. W tym momencie pozwolę sobie jednak na małą autokorektę. Otóż dosłownie na dzień przed publikacją dostałem od Nicka maila z informacją o jeszcze jednej, nowej a zarazem najniższej serii – Monitor, która wkrótce powinna oficjalnie ujrzeć światło dzienne. Wróćmy jednak do tematu. Tuż nad nią (znaczy się Hydrą) są jeszcze cztery poziomy wtajemniczenia: Apollon, Atlantis, Andromeda i Golden Sequence. W porównaniu ze szlachetniej urodzonym rodzeństwem przewodniki Hydry wykonano z miedzi o wysokiej czystości a wszystkie wyższe modele posiadają w przewodnikach domieszki srebra i złota. Z rodzinnych cech wspólnych warto nadmienić, że podobnie jak wszystkie pozostałe przewody głośnikowe będące obiektem niniejszego testu kable oferowane są w formie dość luźno zaplecionych i łatwych do ułożenia warkoczy z masywnymi splitterami i wyraźnie zaznaczoną kierunkowością. Zewnętrzny peszel ochronny wykonano z gęstej plecionki z miłego w dotyku srebrnego tworzywa o jedwabistym połysku a na spliterach oprócz kierunkowości umieszczono nazwę modelu i numery seryjne. Do testów otrzymaliśmy przewody zaterminowane solidnymi widłami, jednak bez problemu można zamówić wersje z innymi końcówkami. O takich drobiazgach jak drewniana skrzyneczka, w jakiej dostarczane są Hydry i dołączany certyfikat wspominam jedynie z dziennikarskiego obowiązku, choć znam osoby, które do takich drobiazgów przywiązują duże znaczenie i potrafią ze względu na zbyt, w ich mniemaniu, lekki stosunek producenta do całej otoczki podkreślającej ekskluzywność wyrobu zrezygnować z zakupu.

Przejdźmy jednak do najważniejszego – brzmienia. Mając na uwadze, że z testem nigdzie nie musiałem się spieszyć i, nie licząc wystawowego odsłuchu, zupełnie nie mając żadnych wcześniejszych kontaktów z innymi wyrobami tegoż producenta postanowiłem, dłużej niż mam to w zwyczaju, pomęczyć Hydry, by jak najlepiej poznać ich naturę. W końcu patrząc na mitologiczną genealogię wielogłowy potwór mający za rodzeństwo tak sympatyczne istoty jak Cerber, Chimera i Ortros zasługiwał na specjalne względy. A tak już całkiem serio – po kilkutygodniowych odsłuchach u mnie kable powędrowały do Jacka, by po powrocie pograć z jeszcze kilkoma wzmacniaczami. Stąd też dość długa litania amplifikacji, z jakimi przyszło Hydrom współpracować.
Pomimo dość spapranego rodowodu grecko-angielskie przewody od pierwszych taktów wykazały się ponadprzeciętną muzykalnością i soczystością oddawanych barw. Nie maskując mikrodetali, oraz nie wykazując tendencji do uśredniania jakości reprodukowanego materiału wprowadzały do przekazu sporą dozę organicznej naturalności i człowieczeństwa. Z potężną końcówką Hegla czuć było dostojeństwo i moc drzemiącą wewnątrz norweskiego kolosa. Poczynając od jubileuszowego wydania albumu „Rage Against The Machine” R.A.T.M po „Bolero! – Orchestral Fireworks” Eiji Oue/Minnesota Orchestra każde szarpnięcie strumy, uderzenie stopy, czy tutti orkiestry oddawane było z pełną dynamiką i oczekiwaną natychmiastowością. Bas bezlitośnie wyprowadzał ciosy w trzewia słuchacza i powodował, że z większą ostrożnością zacząłem dobierać zarówno repertuar, jak i głośność prowadzonego odsłuchu. Ze słabszymi wzmacniaczami, choć od razu zaznaczę, że „słabość” w przypadku Moona 600i, NADa M3 i Electrocompanieta ECI5 jest czysto umowna i odnosi się do tego, co była w stanie zaprezentować 50 kg końcówka, zauważalne stało się lekkie poluzowanie najniższego basu, które początkowo przypisałem samym kablom, jednak koniec końców (i po testach u Jacka) wyszło na to, że po prostu Hydry obnażyły mankamenty integr a nie same były winowajcami zaobserwowanej anomalii.
Wróćmy jednak do ewidentnych, przynajmniej wg. mojej oceny, zalet angielskich przewodów. To, co przykuwa uwagę i czego nie sposób pominąć to sposób kreowania przestrzeni. Niezależnie od tego, czy słuchamy w danym momencie nagrania z zadymionego jazzowego klubu jak np. „Jazz at the Pawnshop”, czy też zasiadamy w teatralnej loży delektując się przepychem, z jakim wystawiono „Carmen” (RCAHerbert von Karajan) za każdym razem czuć większy oddech, swobodę i przestrzeń otaczającą muzyków, dającą im niezauważalną do tej pory możliwość bardziej spontanicznej, żywiołowej artykulacji. Nie musząc, umownie oczywiście, trzymać cały czas łokci przy ciele i nie bojąc się o nadepnięcie sąsiada artyści łapią niejako drugi oddech i z większą niż zazwyczaj werwą prezentują swoje partie. Taki zdynamizowany przekaz niewątpliwie uatrakcyjniał odbiór poprawiając aspekty motoryczne zarówno w skali mikro, jak i makro.
Obserwując zachodzące w układzie amplifikacja – przewody relacje natury charakterologicznej dość szybko doszedłem do wniosku, że Hydry należą do nad wyraz zgodnych i uniwersalnych przewodów. Z liniowo grającym NADem usuwały się w cień i ich obecność stawała się niemalże niezauważalna, natomiast z Moonem dodatkowo podkręcały atmosferę działając na zasadzie suwaka podbijającego dynamikę i saturację prezentacji podnosząc tym samym jej wizualną atrakcyjność i dość uroczo upiększając prezentowaną rzeczywistość. Co ważne, pomimo zauważalnego, acz nad wyraz eleganckiego powiększenia źródeł pozornych nie odnotowałem tendencji do skrajnej gigantomanii, czy próby usadowienia nie zawsze urodziwej wokalistki na kolanach słuchacza. Hydry cały czas zachowywały umiar i zdrowy rozsądek dokonując niemalże naturalnego, kosmetycznego przeskalowania instrumentów, muzyków i wokalistów do generowanej przez siebie szerokiej i wieloplanowej sceny. Bez powyższego zabiegu pozostawienie bohaterów spektaklu w „standardowych” gabarytach przyniosłoby dość komiczny rezultat podobny do fotograficznego zabiegu „tilt-shift”, gdzie przesunięcie osi optycznej pozwala modyfikować perspektywę w celu osiągnięcia elektu makiety.
Powyższy sposób, maniera prezentacji do tej pory była często utożsamiana z amerykańskimi przewodami MITa, czy Transparenta i sporo tego typu estetyki w Hydrach można odnaleźć, gdyż są to kable lubiące grać dużym i efektownym dźwiękiem, lecz bez gubienia niuansów i detali tak adorowanych przez szeroki krąg złotouchych. Całe szczęście zdolność do oddania nastroju liryki i skupienia nie została zepchnięta na boczne tory i takie nagrania jak pamiętny „The Koln Concert” Keitha Jarretta, czy jeden z moich ulubionych jazzowych albumów – „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena potrafiły zauroczyć zarówno skupieniem na mikrodetalach, jak i tak uwielbianą przez Jacka tzw. „grą ciszą”. Każda nuta potrafiła być z iście zegarmistrzowskim pietyzmem adorowana i doświetlana, by lśnić w pełnej krasie i budować mistyczny klimat. Na ww. albumach wysokie tony były lśniące, zwiewne i eteryczne a przy tym jedwabiście gładkie i krystalicznie czyste, przez co ich wzorowa rozdzielczość nie szła w parze z hiperdetalicznością i klinicznym chłodem.

Signal Projects Hydra jak na polskie warunki nie są przewodami tanimi, nie pochodzą też od żadnego z producentów należących do ścisłej czołówki światowego kablarstwa, co wyklucza możliwość (jak na razie) szybkiej i bezbolesnej odsprzedaży. Wypadałoby więc w tym momencie postawić pytanie, czy warto pakować się w coś takiego. Odpowiedź na nie niestety nie jest jednoznaczna, lecz pozwala na samookreślenie potencjalnego nabywcy i podjęcie decyzji. Jeśli jesteśmy nosicielami „audiophilia nervosa” i dzień, tydzień, czy miesiąc bez zmiany czegokolwiek w torze jest dla nas czasem straconym, czyli spędzamy więcej czasu na słuchaniu i wygrzewaniu nowego sprzętu a nie muzyki, ze spokojnym sumieniem możemy sobie kable Signal Projects odpuścić. Jeśli natomiast więcej w nas jest melomana niż znerwicowanego i nadpobudliwego audiofila warto byłoby Hydr na spokojnie przez tydzień – dwa we własnym systemie posłuchać. Choć mają własny pomysł na granie, na chwilę obecną trudno mi wyobrazić sobie wysokiej klasy system, w którym zagrałyby ewidentnie źle, bądź ich wpięcie mogłyby zostać uznane za mezalians. Wręcz przeciwnie – w im wyższej klasy systemie się znajdą, tym jaśniej będą lśnić a tym samym zachęcać do bliższego poznania ich szlachetniej urodzonego rodzeństwa. Dla mnie osobiście Hydra jest połączeniem większości zalet wysokich modeli wspomnianych w recenzji amerykańskich marek i finezji, oraz wysublimowania duńskich przewodów Argento. Czy uznają Państwo to za rekomendację leży już wyłącznie od Państwa, jednak jeśli gdzieś natraficie na te urocze angielsko-greckie warkocze usiądźcie i przez chwilę, w spokoju posłuchajcie swojej ulubionej muzyki a potem napiszcie list do Świętego Mikołaja.

Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski

Producent: Signal Projects

Dystrybutor w PL: brak

Cena: 2m stereo – €3250; €490 za każde dodatkowe 0.5m

Dane techniczne:

– typ: multi-core
– przekrój przewodników 3,20 mm²
– materiał: miedź
– czystość 99,99997%
– pojemność: 13,78 pF/ft @1 kHz
– oporność: 1,53 mΩ/ft @1 kHz
– indukcyjność: 0,42 µH/ft @1 kHz
– izolator przewodników: Polytetrafluoroethylene
– zewnętrzna izolacja: Polyurethane i Polyolefin

System wykorzystany w teście:

– CD/DAC: Ayon 1sc
– DAC: exaSound e28;ifi iDAC + iUSB Power +Gemini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Wzmacniacze zintegrowane: Electrocompaniet ECI 5; Moon 600i; NAD M3
– Przedwzmacniacz: Hegel P30
– Końcówka mocy: Hegel H30
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II; Harmonix HS101-Improved-S; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2
– Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

W dobie mnogości firm zajmujących się produkcją wszelakiej maści okablowania audio, standardem stały się testy wysyłkowe, dające pewien wgląd przyszłemu producentowi na odzew planowanego do zdobycia rynku. Pozwala to uniknąć strat związanych z uruchomieniem maszyny w przypadku braku akceptacji przez docelowego klienta. Taki test, nawet zakończony pozytywnie, też nie jest gwarantem powodzenia, ale wstępnie weryfikuje wzajemne oczekiwania w relacji producent-klient. Różne rynki mają czasem specyficzne dla siebie potrzeby, które powinien spełnić proponowany produkt. Dla przyszłego konstruktora jest to dość ciężki orzech do zgryzienia, bowiem mając paletę propozycji, musi zdecydować, w jaki segment rynku uderzyć i jaką strategię obrać. Dlatego badając region „inwazji”, zmuszony jest do działań przypominających grę w ruletkę. Jednak nawet jeśli taki ruch zakończy się porażką, nie jest ona bardzo bolesna, gdyż przynosi tylko koszty przesyłki do i od recenzenta. Dzięki takiej właśnie procedurze dotarły do mnie kable głośnikowe angielskiej marki SIGNAL PROJECTS.

Dla wielu klientów oprócz walorów brzmieniowych ważnym elementem jest wygląd. Dawniej obowiązywała pewna moda – im grubsze węże „ogrodowe”, tym większy splendor ich posiadacza. Jeśli konstrukcja wewnętrzna była nawet taka sama jak obecnego tytułowego bohatera (gustowne warkoczyki), to włożenie go w grubaśny peszel i stosowną kolorową otulinę, było Hi End-owym podejściem do tematu. Niby nikomu to nie przeszkadzało, ale często rodziło spore problemy natury użytkowej posiadaczom małych monitorów – mogąc ściągnąć je z podstawek, jak również w systemach stojących blisko ściany, gdyż sztywność uniemożliwiała ułożenie w zaplanowany sposób. Teraz od tego trochę się odchodzi – przynajmniej ja tak to postrzegam na przestrzeni kilku ostatnich lat. Ciężko jest obecnie trafić na głośnikową „anakondę”, co nie znaczy, że się nie zdarza. Tytułowe przewody mają postać pięknego warkocza o czterech żyłach w opalizującej plecionce zakończonej widłami i oznaczoną kierunkowością montażu, dając się z łatwością układać według potrzeb właściciela. I tak ogólnie niczym się niewyróżniające, ale też nieodstraszające wizerunkowo kable z serii Hydra wspomnianej manufaktury SIGNAL PROJECTS, wylądowały w moim systemie.

Jeden zestaw okablowania kolumn przysparza mi trochę problemów, ale swego czasu spełniając „obowiązek w stosunku do Ojczyzny” nie z takimi dylematami dawałem sobie radę, więc posłuchałem kilku płyt w dwóch kombinacjach, co pozwoliło na dokładną obserwację zmian w poszczególnych pasmach przenoszenia dźwięku. Proponowany set to druga od dołu pozycja z „port folio” angielskiego, z greckimi korzeniami producenta. Widać, że sonduje rynek, najmocniejsze karty trzymając przy „orderach”, (kto w nie grał wie o co biega), a jak zaiskrzy po takim teście, pokarze na co Go stać. Trochę zachowawczo, ale Hi End-owa brać, to bardzo wybredne i marudne środowisko i lepiej ugruntować sobie pozycję na niższych poziomach cenowych, a mając zaplecze zacząć wspinaczkę na szczyt. Przytaczając cytat z kultowego filmu „Miś” można rzec: „To jest słuszna koncepcja”.

Obserwację wpływu dostarczonych „drutów” zacząłem od pasma średnio-wysokotonowego, gdyż tutaj najłatwiej wyłapać zachodzące zmiany. Z uwagi na to, że mój set szyty jest na miarę, jeśli takowe występują, słyszę je od pierwszych dźwięków snujących się niezobowiązująco, nawet podczas rozgrzewki. To czasem złudne i często ulegające metamorfozom obserwacje, jednak na dłuższą metę mogące podążać w innym kierunku niż by się tego spodziewało po pierwszych taktach. W omawianym przypadku zmiany były ewidentne, ale potrzebowałem trochę czasu na sprecyzowanie, jaki mają wpływ na spektakl muzyczny. Godzina rozgrzewki w tle i jednak pierwsze spostrzeżenia całkowicie się potwierdzają – lekkie rozjaśnienie wyższej średnicy dodając jej blasku, przy jednoczesnym dociążeniu górnego zakresu, czyli – ożywiamy przekaz fundując więcej informacji, a obniżamy temperaturę wysokich tonów, lekko je pogrubiając celem uniknięcia nadmiernej natarczywości zakresu średnica-wysokie. Obserwowany zabieg otwarcia średnicy pozawala na większy wgląd w nagranie (wychwytujemy więcej smaczków), niestety odbywa się kosztem dociążenia, co bez ingerencji w górny zakres pasma mogłoby mocno zaboleć. Chcę przez to powiedzieć, że za zwiewną średnicą, przy równie frywolnych wysokich tonach może zamienić nagranie w jeden męczący „krzyk”. Trzeba wszystko zbalansować, inaczej porażka murowana, a im wyższa pozycja cennika, tym w bardziej wysublimowany sposób z owym balansem tonalnym producenci sobie radzą. Tutaj mamy akurat taki zabieg i na pewno znajdzie się wiele systemów, którym wyjdzie to na dobre. Do wychwycenia tych działań bardzo dobrze sprawdził się materiał jazzowy. Biorąc pierwszą z brzegu dobrze zrealizowaną płytę np. Stefano Battaglia Trio zatytułowaną „The River of Anyder” z wytwórni ECM, już w pierwszym utworze słychać (widać) wszystko jak na dłoni. Gra fortepianu obfituje w wiele cichych, prawie na granicy percepcji dźwięków – jak np. praca pedałów, które w tej konfiguracji stają się pełnoprawnymi elementami nagrania – taki audiofilski smaczek dla sporej grupy docelowej. Oczywiście owe gratisy nie wychodzą na pierwszy plan, jedynie śmiało zaznaczają swoją obecność w zarejestrowanym utworze muzycznym. Dodatkowo lekkie podniesienie rozdzielczości na środku pasma, pozwala dźwięczniej brzmieć całemu monumentalnemu instrumentowi. Wrażenie jest bardzo przyjemne, ale oczywiście może znaleźć się ktoś, kto nazwie to oszustwem i odstąpieniem od neutralności, dlatego należy spróbować samemu, bowiem systemy różnie reagują na takie zabiegi. Chcąc odnieść się do górnych rejestrów, musimy przyjrzeć się dźwięczności perkusjonaliów. W celu uniknięcia ich natarczywości w połączeniu z lżejszą średnicą, konstruktor temperuje je dociążeniem i pogrubieniem, co wiąże się z krótszym ich wybrzmiewaniem – coś za coś. Dzięki temu jednak nie wyskakują przed szereg, pozostając nadal czytelnymi i pozbawionymi jakichkolwiek przykrych dla ucha szorstkości, a to jest bardzo istotny element. Takie są realia kompromisów, jak się powie „a”, to trzeba powiedzieć „b” i poprzez znalezienie akceptowalnego konsensusu, bilansujemy całość, inaczej możemy zwijać interes. Ale proszę się nie martwić, bo ogólny obraz muzyczny na tym zyskuje.

Na koniec kilka słów o najniższych tonach, które nie odstając od reszty, również stają się czytelniejsze i zwinniejsze, poddając się przy tym większej kontroli. Podczas testu wzmocnieniem zajmowała się już nieprodukowana a ciągle kultowa stereofoniczna końcówka mocy na lampach 300B firmy Reimyo, która ze swoimi 7-mioma Wattami miała sporo pracy w tym zakresie, a wiadomo, że to piętra achillesowa takich konstrukcji. Nie twierdzę, że miała problemy, ale dlaczego jej trochę nie pomóc, mając możliwość w postaci dystyngowanego angielskiego okablowania. Flirt z Aliantami wyszedł całości na dobre, gdyż lekkie odciążenie zakresu basu, poprawiło jego czytelność i konturowość. Odczuwalnie było go troszkę mniej, ale zysk z takiej operacji wszystko rekompensował – po co komu mocny, ale monotonny bas, jak można trochę lżej, a przy tym wyraziściej i szybciej, w konsekwencji pokazując więcej informacji. Sztuka wspomnianego wcześniej kompromisu to ważna dziedzina w tworzeniu synergii w zestawie audio.

Poznawszy zalety testowanych kabli głośnikowych, wpadłem na pomysł sprawdzenia ich ze źródłem analogowym. Zgrabnym ruchem na panelu przedwzmacniacza wcisnąłem stosowny guziczek i dzięki wpiętemu w tor jeszcze gorącemu po teście, stacjonującemu u mnie phono RCM Theriaa, przeszedłem w inny stan percepcji muzyki. Sam phonostage mocno przekonwertował moje postrzeganie tego formatu zapisu i postanowiłem sprawdzić go w dość przypadkowych konfiguracjach. Ale nie o tym jest ten tekst. Wracając do tematu, nie muszę chyba przypominać, że to jest inny świat – świat barwy, gładkości i celebry z nim związanej. Wszystko to sprawia, że albo się go kocha, albo szuka dziury w całym, próbując zniechęcić się do niego. Ja wolę ten pierwszy stan i posiadając sporo płyt, którym proponowany przez SIGNAL PROJECTS zabieg mógłby pomóc, zacząłem drenaż płytoteki. Czy to nowe, czy stare tłoczenia, zawsze znajdzie się płyta, gdzie otwarcie środka pasma, tchnie w nią ożywczą energię. Nie szukając zbyt długo, skierowałem się ku dwupłytowej wydanej na 180 gramowym winylu płycie Kari Bremnes zatytułowanej „OVER EN BY”. Ta szczodrze obdarzona w bas realizacja, pokazała inne oblicze. Nie była już mrocznym w odbiorze przekazem, tylko pełnym niuansów wytworem wyobraźni artystki i realizatora. Zniknął odczuwalny przez cały czas brak oddechu w muzyce, pozwalając na swobodne wybrzmiewanie instrumentarium i zwiewniejsze frazowanie tekstu przez piosenkarkę. Audiofilia to jednak fajna zabawa, ponieważ nie była to jedyna pozycja z posiadanego zbioru, która zyskała na mariażu z angielskim okablowaniem. Znudziwszy się wyszukiwaniem takich kwiatków, kładłem na talerz gramofonu dobrze zrealizowane i lubiane prze ze mnie winyle, które wydając mi się znanymi na wskroś, mimo wszystko zaskakiwały dodatkowymi, dotąd nieuchwytnymi detalami. To fajna sprawa, móc na nowo odkrywać piękno zawarte w teoretycznie ogranym materiale płytowym, bo okazuje się, że mamy na półce bezkresne zasoby krążków do poznania i nie odnosi się to tylko do przykładowego zapisu analogowego, ale całej płytoteki bez względu na nośnik.

Przygoda z kolejną firmą kablarską, sondującą nasz rynek audio okazała się nader ciekawa, gdyż ich propozycja rozświetlenia przekazu, początkowo obarczona obawami, w konsekwencji dała wiele frajdy ze słuchania. Ja odnoszę to do postrzegania przez pryzmat słuchania posiadanych płyt w znanym sobie dobrze zestrojonym systemie, ale może okazać się, że „Hydra ” to panaceum na zbyt gęste zestawy audio, które dopiero z przewodami głośnikowymi firmy SIGNAL PROJECTS pozwolą słuchaczowi poznać, co gość przy stole mikserskim maił na myśli. To brzmi jak banał, ale spotkałem kilka systemów i na pytanie właściciela co sądzę o prezentowanym secie, odpowiadałem: jest potencjał, a obecnie po spotkaniu z bohaterami testu zaproponowałbym je jako zbawienie jego uciemiężonej duszy. Jeśli ktoś ma poczucie zbyt gęstego grania swoich mozolnie dobieranych komponentów, powinien zakosztować oddechu, jaki mogą zapewnić mu tytułowe zaplecione w warkoczyki kable.

Jacek Pazio.

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
– lampowa końcówka mocy: PAT – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”

  1. Soundrebels.com
  2. >

Firma Premium Sound została wyłącznym przedstawicielem  producenta AudioSolutions.
AudioSolutions została założona na Litwie i swoją działalność projektową rozpoczęła w 2003 roku.
Jak mówi właściciel firmy, Gediminas Gaidelis:
„Bardzo ciekawiła nas tematyka reprodukcji dźwięku, a właściwie konstrukcja kolumn. Zbudowaliśmy nasz pierwszy zestaw głośnikowy i szybko stało się jasne, że produkcja kolumn stanowi połączenie nauki i sztuki. Nasze prace projektowe nad dobrą kolumną trwały prawie 8 lat. W tym czasie próbowaliśmy kombinacji wielu różnych typów obudów, przetworników, filtrów i innych. Te 8 lat prób było tego warte. Dziś wiemy jak stworzyć naturalnie brzmiące kolumny o niebanalnej prezencji. Pierwsze założenie przy konstruowaniu naszych kolumn stało się naszym mottem: „Nauka i sztuka w budowaniu kolumn”.

Obecnie AudioSolutions oferuje dwie linie swoich produktów:

Rhapsody – to  pierwszy efekt prac AudioSolutions. Kolumny z tej linii są idealnym obrazem naszego motto: „Nauka i sztuka w budowaniu kolumn”. W czasie tworzenia linii Rhapsody wykorzystaliśmy wszystko, co mieliśmy najlepsze: elektronika, design, technika budowy obudów oraz doświadczenie. Co najważniejsze, włożyliśmy w nie całe swoje serce, dzięki czemu można usłyszeć nie tylko dobre brzmienie, ale można też poczuć rękę rzemieślnika.

Euphony – Założeniem całej linii Euphony było stworzenie kolumn o świetnym stosunku, jakości do ceny, zamkniętych w obudowach o tradycyjnych kształtach. Wiele uwagi poświecono temu, aby Euphony miały podobny charakter brzmienia jak topowe produkty AudioSolutions. Linia Euphony jest najprostszym sposobem na to, aby zacząć przygodę z Hi-Endem w wykonaniu AudioSolutions.

Premium Sound

  1. Soundrebels.com
  2. >

Until recently I didn’t know anything about the exaSound brand. A chat with a friend who recently went on a business trip to Canada brought the 8 channel DAC to my attention. What is the true meaning of buying an 8-channel device? For orthodox audiophiles it may seem comparable to riding an 18 wheeler through the center of Warsaw. It appears not everyone is satisfied with having just a Left and Right channel. The e28 is aimed at a group of music lovers who want to improve the sound of their systems both for listening to stereo and multichannel. However, given the deep-seated beliefs and focus of the audience of our website soundrebels.com, I allowed myself to treat the exaSound’s new product as a typical two-channel DAC. The fact is that we have this rather exotic device in our hands and we can enjoy it for long time.

The ExaSound e28 DAC is, despite the small and almost inconspicuous case, not only a DAC but also a pre-amplifier, and a high quality headphone amplifier. The elongated chassis with slightly rounded edges is made of extruded anodised aluminum. Slightly bevelled sides of the front panel can be regarded as a skillful blend of elegance and ergonomics. Despite the small surface area every detail has been carefully and pleasantly laid out. The Allen screw bolt heads, chrome buttons and headphone jack form a clean design around the two-line display. Both the manufacturer’s logo and all button names have been engraved. On the left side of the display there is a power switch and 6.3 mm headphone jack. On the right – a group of four buttons. Two of these control the selection of sources and access to the menu and the other two are used for volume control. The Rear panel, despite its small size and a number of outputs is not overcrowded. On the left are the digital inputs coaxial and optical sockets, a USB input, and a small, external power supply interface.
Upon request the e28 DAC can be customized with balanced Mini-XLR outputs rather than the standard RCAs. We tested the custom Mini-XLR version. To my admiration the stereo version of this DAC, the e20 is equipped with both RCA and full size XLR line outputs. A sleek aluminum-body Apple remote control is a nice addition. The exaSound e28 and other elegant solutions, such as the Vitus, give a glimmer of hope that, at least in the realm of high-end devices, ugly plastic OEM remotes are a thing of the past.
The e28 can be configured for use with almost any third party IR remote control. The procedure is easy even for a person with no technical background. Simply press the setup button and follow the prompts that appear on the front panel. The e28 assigns the appropriate commands to the appropriate buttons. The whole process takes just few seconds.

The main board occupies the entire interior of the e28 DAC. To accommodate the multi-channel requirements, there are eight output stages. All digital inputs go to Xilinx Spartan ® XC3S50AN programmable FPGA. The galvanically isolated Asynchronous USB input uses FTDI FT2232HL controller. The heart of the system is an ESS ES9018 Sabre32 DAC chip capable of handling PCM signals with sampling rate up to 384 kHz/32 bit and DSD up to 12.28 MHz (256 FS). DSD is processed without conversion to PCM. To ensure the lowest distortion and jitter exaSound used three precision crystal oscillators. Two of the oscillators are responsible for accurate reclocking of the input data. One supports the multiples of 44.1 kHz (44.1, 88.2, 176.4, 352.8 kHz). and the other handles the 48 kHz family of sampling rates (48, 96, 192 and 384kHz). The third oscillator acts as a master D/A conversion reference clock with 0.13 ps. accuracy. To achieve the highest possible sonic transparency, the e28 DAC uses fifteen power filtering stages and galvanic isolation between the digital and the analog section. The headphone amplifier module is based on two Texas Instruments LME49600 IC’s.

I received the small package with the e28 DAC inside. I was asked to audition the device, to check how it works and to see what this company was all about. When I began testing, I wasn’t aware that before I could hear the unit, I would have to talk to the manufacturer. Apparently a DAC is a DAC, and the number of channels doesn’t matter, if you have more than what you need. In my case I was completely happy with two channels. The remaining 6 were waiting politely to be used in the home-theater cinema of my neighbour. But….the two page insert in the box only contained connections description and a brief overview. It referred me to the manufacturer’s website. Once I downloaded the extended user manual I was able to set up the unit without any problems, but to get the drivers I had to use a login that wasn’t provided anywhere. For further information, I had to contact the manufacturer. I wasn’t aware that I was missing the welcome email from exaSound with username, password and download instructions.
My request was answered by the exaSound president, George Klissarov. He was really surprised to find out how far his e28 DAC had wandered. Mr. Klissarov was more than happy to help me out. Installing the drivers went smoothly. Keep in mind that if you are using the Kaspersky Internet Security software, you need to turn it off. It blocks the exaSound drivers and they may not work properly. After installation, the user gets access to the DAC control panel and the choice of two and eight-channel ASIO drivers. Having finished all this I could finally connect the e28 DAC to a PC. I was planning to have a few days of breaking in while waiting for the shipment of Mini XLR adapters. The Mini-XLR to RCA and Mini-XLR to XLR adapters made by Cardas were required to connect the e28 DAC to a full-scale system. I was naturally not patient enough to wait for the adapters, and I intensively tested the e28 DAC with headphones.

From the very first moment the Canadi