Monthly Archives: marzec 2019


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Lubicie Państwo niespodzianki? Oczywiście powyższe pytanie ma charakter czysto retoryczny, gdyż któż ich, niezależnie od wieku, płci, czy wyznania nie lubi. W końcu gwiazdkę i urodziny mamy raz do roku a życie dziwnym zbiegiem okoliczności większości nas niestety nie rozpieszcza. Dlatego też, gdy tylko nadarzyła się okazja, a meteorolodzy zapowiedzieli „okno pogodowe”, czym prędzej wybraliśmy się na wiosenną, rekreacyjno – eksploracyjną przejażdżkę poniekąd w nieznane (tam nas jeszcze nie było) i skorzystaliśmy z zaproszenia łódzkiego Audiofastu. Niby dystrybutor wszem i wobec znany, niby co ma w portfolio większość z nas mniej więcej wie, gdyż nawet patrząc na nasze relacje ze stołecznego Audio Video Show z minionych lat (2013, 2014, 2015, 2016, 2017, 2018) pewnie to i owo miało szansę zapaść w pamięć. Przecież widoku potężnych kolumn Wilson Audio, wykonanych z iście zegarmistrzowską precyzją i jubilerskim kunsztem urządzeń Dan D’Agostino, czy wykorzystujących kosmiczne wręcz technologie źródeł cyfrowych dCS iMSB wcale tak łatwo nie da się zapomnieć. Jednak, bazując między innymi na powyższych migawkach, z całkiem sporą dozą prawdopodobieństwa właśnie głównie z cyfrą w roli źródeł Audiofast większości z nas się kojarzy. Warto też nadmienić, iż nie bez znaczenia był też efekt zeszłorocznych roszad w efekcie których pod łódzkie skrzydła trafił duński Gryphon. Jednak dopiero w tym momencie czas na wspomnianą w pierwszym zdaniu niespodziankę, gdyż czekający na nas w Łodzi system oparto nie na źródle operującym na zerach i jedynkach, lecz na gramofonie i to gramofonie, którego szerszemu gronu jeszcze z tego co mi wiadomo w Polsce nie prezentowano. O czym mowa? A to już zdradzę w dalszej części niniejszej mini-relacji.

Ponieważ trafiliśmy na koniec remontu, kiedy główne (większe) pomieszczenie odsłuchowe jeszcze oczekiwało na kolejne działania akomodacyjne, inauguracyjne, niejako zapoznawcze, spotkanie z próbką możliwości łódzkiego dystrybutora odbyliśmy w zaledwie dwudziestometrowej, mniejszej salce. Jednak wbrew pozorom i naszym, wydawałoby się w pełni uzasadnionym obawom, iż w takim metrażu dość pokaźnej postury Alexie Wilson Audio mogą wypaść nazbyt przytłaczająco, zarówno pierwsze, jak i kolejne wrażenia okazały się zaskakująco pozytywne. Za taki stan rzeczy odpowiadała bowiem w równej mierze nie tylko współpracująca z nimi elektronika Gryphon Audio Designs ( phonostage Legato Legacy, preamp Zena i wzmacniacz Mephisto), co również kompleksowa adaptacja akustyczna. Objęła ona nie tylko pofalowane ściany boczne i fraktale szczelnie pokrywające ścianę za systemem, co przede wszystkim wielowarstwowy sandwicz na suficie.
Przejdźmy jednak do ww. niespodzianki, czyli zaskakująco kompaktowego, szczególnie na tle duńsko – amerykańskiego zestawu, gramofonu Grand Prix Audio Parabolica. Ten nad wyraz, przynajmniej z zewnątrz, minimalistyczny projekt okazał się, zgodnie ze nazwą producenta, naszpikowanym iście kosmicznymi technologiami, bolidem analogowej Formuły 1. Począwszy od nomenklatury modelu, czyli legendarnego zakrętu toru wyścigowego Monza, poprzez karbonowe chassis, po sterowanie … gestami, na jakie reagują znajdujące się od spodu korpusu sensory i wydawać by się mogło, że wynikającą ze swoistej obsesji na punkcie perfekcji, kontrolę obrotów talerza z częstotliwością blisko 300 000 (dokładnie 299 320) pomiarów na … obrót. Szaleństwo? Z pewnością, jednak, tak jak w królowej sportów motorowych, tak i ekstremalnym High-Endzie do perfekcji dochodzi się właśnie walcząc o setne i tysięczne części sekundy. Co w przypadku, ww. „malucha” oznacza maksymalne odchylenie obrotów wynoszące … 0.0002%. Powyższy wynik nie byłby jednak możliwy do osiągnięcia przy zastosowaniu konwencjonalnego napędu paskowego, dlatego też amerykańscy konstruktorzy zdecydowali się na napęd bezpośredni z bezszczotkowego silnika. Efekt? Może nie słyszałem zbyt wielu gramofonów w swoim życiu, jednak szukając analogii i obiektu porównań odpowiedź wydaję się być całkiem oczywista – podobną obsesję na punkcie perfekcji i iście kosmicznie wyżyłowanych parametrów dotyczących stabilności pracy oferowanych przez siebie urządzeń spotkać można chyba tylko w … gramofonach TechDAS.

Jak jednak wiadomo, nawet zestawienie samych przysłowiowych pięciogwiazdkowców i rekomendacji redakcji, lecz zestawienie czysto przypadkowe, niczego dobrego nie wróży. Natomiast w Audiofaście miejsca na jakąkolwiek przypadkowość po prostu nie było. Po czym to wnoszę? A po tym, że pomimo wielokrotnych spotkań z kolumnami Wilson Audio, czy to w stołecznym SoundClubie, wymienionych AVS-ach, czy też na Monachijskim High Endzie (m.in. 2018 (tak sobie), i rewelacyjnie w 2017 ( z Moonami 888, D’Agostino , monoblokami Nagry) nigdy, ale to nigdy, nie dane mi było usłyszeć tak referencyjnie prowadzonych – kontrolowanych na basie amerykańskich kolumn. Jeśli dodamy do tego słodką, fenomenalnie rozdzielczą a przy tym daleką od jakichkolwiek oznak ofensywności górę i soczystą średnicę śmiało można uznać, że byliśmy nie tylko świadkami, co wręcz uczestnikami pewnego przełomu w postrzeganiu możliwości dynamicznych i firmowej sygnatury brzmieniowej ww. marki. Nie oznacza to bynajmniej, że do tej pory miałem jakieś zarzuty co do dynamiki reprezentowanej przez amerykańskie kolumny, lecz raczej chodziło nie o ilość, wolumen generowanego dźwięku, bo tego zawsze było pod dostatkiem, lecz o jego … definicję, motorykę. Tymczasem w sobotę wszystko było, używając kulinarnych analogii, al dente. I efekt ten uzyskano nie poprzez osuszenie i odcięcie najniższych składowych, w końcu trudno mieć zastrzeżenia do czegoś, czego de facto nie ma, lecz na drodze bezwzględnej kontroli. Po prostu, podczas dotychczasowych spotkań współpracujące z Wilsonami wzmacniacze najwidoczniej jedynie próbowały prawidłowo je napędzić/wysterować a sztuka ta udała się dopiero zdolnemu oddać 175 W w klasie A mrocznemu Mephisto. Wystarczyło bowiem włączyć symfonikę i to taką adekwatną do wykorzystywanej amplifikacji, czyli daleko nie szukając … „Mephisto & Co.” (Eiji Oue / Minnesota Orchestra), bądź gęste, poprzetykane orkiestrowymi wstawkami nagrania rockowe („The 2nd Law” Muse), by chcieć z taką intensywnością doznać mieć do czynienia zdecydowanie dłużej aniżeli li tylko podczas jednej wyjazdowej sesji.

Czy można lepiej? Zakładam, że z pewnością tak, jednak biorąc pod uwagę, iż było to zaledwie nasze pierwsze, „oficjalne” spotkanie prezentujące możliwości i dosłownie wycinek oferty łódzkiego Audiofastu we w pełni kontrolowanych przez Nich warunkach, to powiedzenie, iż „apetyt rośnie w miarę jedzenia” w tej sytuacji wydaje się nader trafne.
Serdecznie dziękując za gościnę i możliwość rzutu uchem i okiem na warunki, w jakich odbywają się pierwsze odsłuchy i próbne konfiguracje urządzeń dostępnych w audiofastowym portfolio z niecierpliwością czekamy na zakończenie prac w głównym pomieszczeniu odsłuchowym, gdzie z tego co nam wiadomo mają rezydować jeszcze ciekawsze obiekty audiofilskiego kultu. Krótko mówiąc … do zobaczenia.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Analizując pojawiające się na naszych łamach recenzje i relacje tak pod kątem źródeł ich pozyskiwania, jak i organizatorów wszelakiej maści eventów, z łatwością powinniście dostrzec, iż nie mamy specjalnego problemu z pozyskiwaniem materiału testowego od zdecydowanej większości dystrybutorów. Jednak jak to w życiu bywa, zdarzają się przypadki, w których mimo teoretycznie wspólnego celu nasze drogi nie mogą złapać wspólnego azymutu. O co chodzi? Mówiąc wprost, bez względu na fakt wiedzy o sobie nawzajem, w temacie testów jakoś nam nie po drodze. I nie ma znaczenia, co jest przyczyną takiej sytuacji, gdyż nie jest to tematem dzisiejszej publikacji, tylko należy stwierdzić, że tak czasem bywa. Na szczęście, mijający czas w połączeniu z bogatym portfolio wspomniane kilka linijek wcześniej drogi potrafi skierować na wspólny kurs. To zaś nie tylko dla nas, czyli portalu opisującego swoje soniczne przygody, czy oczekującego na werdykt dostawcy sprzętu, ale również dla czytelników wydaje się dość interesującą informacją. Po co ten pompatyczny wywód? Otóż mam przyjemność zakomunikować, iż po latach żeglowania po akwenie audio najwyższych lotów udało nam się nawiązać współpracę z reprezentującym ze względu na iście high-endową ofertę, stacjonującym w Łodzi dystrybutorem Audiofast. Zaciekawieni? Jeśli tak, zatem zapraszam na kilka linijek wrażeń z wizyty w centralnej Polsce, czyli w siedzibie przywołanego podmiotu, gdzie na dobry początek przywitała nas nad wyraz ciekawa duńsko-amerykańskiej konfiguracja.

Kreśląc ten akapit muszę przyznać, że gdy weszliśmy do przybliżonego Wam stosowną serią fotografii, niezbyt wielkiego, 20-metrowego pokoju, widząc zazwyczaj bardzo dynamicznie grające kolumny Wilson Audio Alexia w mojej głowie natychmiast zapaliła mi się czerwona lampka. Przecież to są smoki dedykowane bezproblemowemu nagłośnieniu kubatur amerykańskich salonów, a tymczasem my mieliśmy do dyspozycji kolokwialnie mówiąc pokój z rodzimego M3. Owszem, promyk nadziei na to karkołomne przedsięwzięcie rzucał współpracujący z fantastycznym gramofonem Grand Prix Audio Parabolica kruczoczarny system Gryphona z najmocniejszą stereofoniczną końcówką mocy Mephisto w roli dawcy niezbędnej ilości prądu. Jednak dobrze znając płatające róże figle życie, obawy zelżały tylko minimalnie. I wiecie co? Gdy najpierw popłynął spokojny jazz, potem dynamiczny Rock, a na koniec spektakularna symfonika, okazało się, iż pierwszy raz usłyszałem te kolumny w tak fenomenalnie kontrolowanym przez napędzający je system pokazie sonicznym. Żadnej buły na basie i krzyku na górze. Naturalnie wszystko w estetyce otwartego, jednak ani przez moment męczącego, tylko swobodą prezentacji bardzo wciągającego grania. Ponadto zapewniam, iż bez względu na swoje zapatrzenie na mocne wysycenie przekazu, to co usłyszałem w Łodzi, spokojnie mógłbym w całości zaimplementować do swojego audiofilskiego świata. Zaskoczeni? Przyznam, że ja również, ale natychmiast zaznaczę, oprócz elektroniki słowem kluczem tego wydarzenia była dobrze zrealizowana adaptacja akustyczna pomieszczenia. Przynajmniej takie wnioski nasuwają się po zjawiskowym występie systemu de facto przeznaczonego do znacznie większych pomieszczeń. Można by powiedzieć: „Cuda panie, cuda”, ale to w przeciwieństwie do większości audiofilskiego voodoo to jest czysta fizyka, którą dystrybutor umiejętnie zaprzągł do swoich potrzeb.

Kończąc tę z racji wynikających z weekendu ram czasowych, niezbyt rozbudowaną łódzką opowieść, chciałbym podziękować właścicielowi marki Audiofast za miłą atmosferę, spełnianie naszych najbardziej karkołomnych zachcianek muzycznych, a także potwierdzające gruntowną wiedzę o własnym portfolio, czyli co z czym połączyć, to nad wyraz pozytywne zaskoczenie dźwiękowe. Z przeprowadzonych rozmów wnioskuję, iż nadajemy na tych samych falach, co rokuje jeśli nawet nie na stałą, to co najmniej okazjonalną współpracę z udziałem jego bogatej, high-endowej oferty. Czy tak będzie, pokaże czas. Jednak bez względu na wszystko, oświadczam, iż miniona, słoneczna i w pełni zasługująca na miano wiosennej sobota, obfitowała w 100% pozytywne doznania natury audiofilskiej.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Gdy nieco dokładniej, aniżeli zazwyczaj, przyjrzymy się naszej rodzimej gospodarce bardzo szybko okaże się, iż naszymi głównymi dobrami eksportowymi są owoce, warzywa, ślimaki, młodzi a przy tym wykształceni specjaliści i … muzyka. Do niedawna było jeszcze mięso, jednak jak się okazało zagraniczni odbiorcy niespecjalnie mieli ochotę na konsumpcję nadwiślańskich kultur … bakterii i innych specyfików, jakimi szprycowano mięso pochodzące ze sprawnego, bądź wręcz żywego „inaczej” bydła. No i z tego co mi wiadomo, to z grafenem też nam nie wyszło. Całe szczęście w sferze muzycznej jest zdecydowanie lepiej i nikt przy zdrowych zmysłach (na pewien budynek w okolicach dawnego Służewca Przemysłowego zwanego obecnie Mordorem pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia), przynajmniej na razie, nie próbuje budować wizerunku Polski na radosnej tfu.. , znaczy się twórczości przaśnych Zenków, Sławków i innych remizowych „-ów”. W dodatku sami zainteresowani, czyli kompozytorzy, muzycy z krwi i kości, świetnie realizujący się na polu muzyki filmowej, „poważnej” – klasycznej i współczesnej, czy też rockowej z powodzeniem zapewniają sale jak świat długi i szeroki. W ramach potwierdzenia posłużę się przykładem regularnie pojawiającej się w naszym dziale muzycznym Katarzyny Borek, czy też przedstawicielami nad wyraz szerokiego spectrum gatunków pojawiającymi się w Studiu U22 (Krzysztof Penderecki, Jerzy Maksymiuk, Michał Urbaniak, Anna Maria Jopek, Behemoth, Riverside, Amarok, etc. ), czy też na nieco bardziej hermetycznych – stricte audiofilskich spotkaniach (np. z Jackiem Gawłowskim w SoundClubie). Krótko mówiąc muzyczna ekstraklasa. Cieszy również fakt, iż grono to cały czas się powiększa i co i rusz dołączają do niego kolejni młodzi, zdolni, przebojowi i właśnie z taką formacją mieliśmy okazję spotkać się w ramach „Piątków a nowa muzyką” w miniony … wtorek. Mowa o stołecznym zespole Lion Shepherd, który postanowił przedpremierowo podzielić się z zaproszonymi gośćmi materiałem ze swojego najnowszego albumu „III” i co nieco przybliżyć kulisy jego powstania.

Zacznijmy jednak od kurtuazyjnej prezentacji samych sprawców tego zamieszania. Otóż Lion Shepherd tworzą Kamil Haidar (wokal), Mateusz Owczarek (gitara) i od 2018 r. Maciej Gołyźniak (perkusja) a „III”, jak sama nazwa wskazuje jest ich trzecim – po „Hiraeth” (2015) i „Heat” (2017), wydawnictwem. Materiał został zrealizowany w owianym w pełni zasłużoną sławą gniewoszowskim (Dolina Kłodzka) Monochrom Studio a ww. „core” zespołu swym udziałem wsparli Atom String Quartet, Robert Szydło (gitary basowe) oraz Łukasz Damrych (instrumenty klawiszowe). O Lion Shepherd zaczęło się robić głośno już jakiś czas temu, jednak wiatr w żagle formacja złapała podczas trasy koncertowej z Riverside i obecności na festiwalach Impact Festival (2015), oraz Przystanek Woodstock (2016). O ile jednak dla co poniektórych byłaby to pełnia szczęścia a bardzo często również i kres możliwości, to akurat w tym przypadku spokojnie możemy mówić o fazie początkowej i de facto starcie do właściwej rozgrywki, gdyż już w tym roku Lion Shepherd usłyszeć i zobaczyć będzie można przed gwiazdami formatu Bullet For My Valentine (12 kwietnia – Progresja), czy … Scorpions (21 lipca – Arena Gliwice, 23 lipca – Ergo Arena).
W oficjalnych materiałach prasowych można wyczytać, iż stylistyka grupy oscyluje wokół rocka, world music, transu i brzmień bliskowschodnich, jednak oprócz w pewnym sensie oczywistych podobieństw do twórczości wspominanych we wstępniaku Riverside i Amarok, czyli pewnej „okołofloydoskiej” rzewności, u Lion Shepherd z łatwością da się wyłowić zdecydowanie szersze spectrum inspiracji sięgających obszarów znanych z dokonań tunezyjskiej formacji Myrath, czy elektronicznego okresu … Paradise Lost. Na poprzednich albumach pojawiali się m.in. Jahiar Irani (współpraca m.in. z Kayah Transoriental Orchestra) i Rasm Al Mashan (Naxos Orchestra, Soomood), a wśród wykorzystywanego instrumentarium gościły syryjska lutnia oud, perski santur, oraz hinduskie i arabskie perkusjonalia. Nie sposób jednak nie zauważyć, iż Panowie idą własną, jasno wytyczoną drogą a powyższe porównania stanowią niejako jedynie swoiste punkty zaczepienia, orientacyjne chorągiewki dla wszystkich tych, którzy sięgając po dany krążek chcą, lub wręcz potrzebują pewnych wskazówek, czego mniej więcej mogą się spodziewać. A spodziewać można się naprawdę sporo, bo przybyli do Studia U22 muzycy zupełnie otwarcie przyznali, iż „III” nagrywali na przysłowiowego maxa i jakakolwiek chłodna kalkulacja, że „to wystarczy” nie wchodziła w rachubę. Co ciekawe zarówno wielowątkowość, jak i skomplikowanie metów w większości utworów sprawiające wrażenie pewnej dedykacji li tylko nagraniom studyjnym i reprodukcji z dostępnych na rynku nośników, okazała się jedynie potwierdzeniem posiadanych przez ekipę Lion Shepherd umiejętności, gdyż wszystko to, co na dotychczasowych i zbliżającym się krążku zawarli, są w stanie zagrać w ukochanych i dających im energię do dalszej pracy warunkach koncertowych. No może z wyjątkiem partii smyczkowych wykonywanych przez Atom String Quartet, które to przejmują syntezatory, chociaż … Kamil Haidar stwierdził, że np. w sopockiej Operze Leśnej zagraliby z Kwartetem.
I jeszcze słowo o warstwie realizacyjnej. Otóż ekipa Lion Shepherd do swojej twórczości pochodzi kompleksowo, tzn. dając z siebie wszystko podczas sesji nagraniowych oczekuje również najwyższej jakości na dalszych etapach post-produkcji. Dlatego też z wielka uwagą i pietyzmem przygotowała odrębne mixy na nośniki cyfrowe (CD i … pendrive’y USB 3.0), jak i dwupłytowy LP a na wtorkowym spotkaniu dane nam było posłuchać plików 24bit/96 kHz (dla LP przygotowano 24bit/192 kHz).

W skład wykorzystanego podczas wtorkowego spotkania systemu tym razem weszły: transport plików Auralic Aries G2, pełniący tym razem rolę DAC-a Accuphase DP-560, przedwzmacniacz Accuphase C-2120 i dyżurnie rezydujące w Studiu U22 zestawy głośnikowe Sveda Audio Blipo + Chupacabra.

„III” ukaże się w 29 marca  a dwupłytowy LP w maju 2019 roku nakładem Universal Music Polska.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nasi starzy (chodzi oczywiście o staż a nie wiek) i wierni (znaczy się od czasu do czasu zaglądający na nasza stronę), a przy tym szczęśliwie dysponujący iście słoniową pamięcią, czytelnicy widząc tytuł niniejszej relacji z pewnością kojarzą podobną publikację z 2015. Jednak tym razem, zamiast wkomponowanego w większy – audioshowowy format „panelu”  spotkanie przy ósmym studyjnym albumie legendarnej „Czwórki z Liverpoolu” miało zdecydowanie bardziej niezależny format. Znaczy dedykowany „event” odbywający się w ramach organizowanego przez Studio U22 w Sailing Poland Yacht Club cyklu „Wieczorów z czarna płytą”.

Ponieważ jest to już trzeci „wieczorek” a przy okazji poprzednich, podczas których mieliśmy okazję dotknąć absolutu muzycznych kamieni milowych pod postacią „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd  i „Kind of Blue” Milesa Davisa  zdążyłem już, wydaje mi się, w satysfakcjonującym stopniu przybliżyć tak samo miejsce spotkań, jak i ich ideę, tym razem od razu przejdę do rzeczy.

Skoro mowa o The Beatles trudno byłoby się spodziewać, by w roli eksperta pojawił się ktokolwiek inny aniżeli ich największy „psychofan” – sam Piotr Metz. I tutaj znów warto cofnąć się do wspomnianego we wstępie odsłuchu albumu „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” z taśmy matki, gdyż o ile wtedy datowane na 1 czerwca 1967 (to się nazywa odpowiednia celebracja Dnia Dziecka) wydawnictwo, z racji wykorzystywanego nośnika, zaprezentowane zostało w możliwie najbliższej studyjnym realiom formie, to tym razem na Alei Szucha pojawiły się dwa prezentowane wtenczas jedynie jako ciekawostki rarytasy. Pierwszym był czerwony first-press Toshiby a drugim limitowana i wydana jedynie w ilości 5000 ręcznie numerowanych egzemplarzy reedycja Mobile Fidelity Sound Lab, której właśnie użyliśmy do czwartkowego odsłuchu.
Zanim jednak pochylimy nad tym jak i na czym owa audiofilska limitacja zagrała, chciałbym rzucić nieco światła na okoliczności w jakich ww. album powstawał. Warto bowiem mieć świadomość, że w drugiej połowie lat 60-ch Beatlesi mieli status niekwestionowanej super gwiazdy i mogli pozwolić sobie praktycznie na wszystko i patrząc z perspektywy czasu śmiało możemy powiedzieć, że skwapliwie z tego przywileju korzystali. Jako przykład niech posłuży słynny, opublikowany w magazynie „London Evening Standard”, wywiad z 4 marca 1966, jaki z Johnem Lennonem przeprowadziła Maureen Cleave, w którym padło sławetne stwierdzenie: „Chrześcijaństwo zaniknie. będzie się kurczyć i zniknie. Nie trzeba się o to spierać – wiem, że mam rację i czas to potwierdzi. Jesteśmy teraz bardziej popularni niż Jezus. Nie wiem, co się skończy pierwsze – rock and roll czy chrześcijaństwo. Jezus był w porządku, ale jego uczniowie byli tępi i zwyczajni. To przez ich przekręty jest to (chrześcijaństwo – red.) dla mnie zrujnowane”. Nie muszę chyba dodawać, jakie zamieszanie, w tamtych czasach, ta wypowiedź spowodowała. Choć po prawdzie, na święte oburzenie „konserwatywnej Ameryki” trzeba było czekać blisko pół roku – gdy wywiad został przedrukowany w tamtejszej prasie.
Do tego doszła decyzja, by po prostu skupić się na tworzeniu muzyki a tym samym … nie grać koncertów i było to ze wszech miar słuszne posunięcie. Zamiast bowiem nagrywać niejako w biegu – w przerwach między trasami, Panowie mogli wreszcie „poszerzać horyzonty” – vide ubogacająca podróż Harrisona do Indii, której piętno słychać w „Within You Without You”, czy też eksperymenty Lenona z substancjami psychoaktywnymi mające swe odzwierciedlenie w niewinnym „Lucy In The Sky With Diamonds”, zamknąć się na ponad pół roku (prace nad nowym materiałem rozpoczęto w listopadzie 1966r.) w Abbey Road pod czujnym okiem George’a Martina i stworzyć prawdziwe arcydzieło. Arcydzieło będące jeśli nie pierwszym, to na pewno jednym z pierwszych koncept-albumów a nie jedynie zlepkiem niekoniecznie związanych ze sobą pod względem tematycznym i muzycznym pochodzących z singli utworów.
Podobnie sprawy miały się z chyba najlepiej rozpoznawalną okładkę Beatlesów przedstawiającą zespół ubrany w groteskowe mundury, w otoczeniu ponad 60 tekturowych podobizn słynnych postaci popkultury (m.in. Bob Dylan, Marilyn Monroe, Marlon Brando, Flip i Flap, Oskar Wilde, Edgar Allan Poe, Albert Einstein i Karol Marks). Widoczna fotografia została wykonana przez Michaela Coopera 30 marca 1967 w Photo Studios w Chelsea (dla niewtajemniczonych to dzielnica Londynu), a za cały projekt okładki odpowiadał artysta Peter Blake.
A teraz najlepsze. Otóż sam George Martin miał niegdyś powiedzieć iż „Nigdy naprawdę nie słyszałeś „Sierżanta”, jeżeli nie słyszałeś go w mono”. Jakiż był tego powód? Całkiem prozaiczny, bowiem nad miksem mono spędzono znacznie więcej czasu aniżeli nad wydaniem stereo, nad którym „nie czuwali” nawet sami Beatlesi, pracujący w tym czasie nad następnymi nagraniami. O ile bowiem stereo w końcówce lat 60-ych było już w rozkwicie, to jednak mono wciąż pełniło rolę formatu dominującego. Jednak piszę to bynajmniej nie po to, by zdeprecjonować miks stereofoniczny, a jedynie oddać klimat epoki. Warto bowiem podkreślić, że zaplecze jakim dysponowali Beatlesi i George Martin w Abbey Road (m.in. czterościeżkowe magnetofony) był sennym marzeniem większości ówczesnych gwiazd. Ponadto George Martin wraz z ekipą współpracujących z nim inżynierów ciężko się napracowali również nad miksem stereofonicznym, dokonując najprzeróżniejszych zabiegów od łączenia różnych śladów, przenoszenia ich pomiędzy kanałami, czy zwalniania i przyspieszania. Oczywiście zgodnie z dzisiejszymi standardami i przede wszystkim możliwościami technicznymi, całość może wydawać się mocno anachroniczna. Sztywne „upakowanie” – przyporządkowanie poszczególnych sekcji instrumentów do lewego, bądź prawego kanału, czy dość szczątkowa, symboliczna gradacja planów wraz ze śladowym ogniskowaniem źródeł pozornych na środku sceny, to niewątpliwa sznyt tamtych lat, ale miejmy świadomość, że jak na lata 60-te, to był prawdziwy majstersztyk! I jeszcze jedno – powyższy sposób prezentacji na słuchawkach może okazać się nawet lekko traumatycznym przeżyciem, jednak już na stacjonarnym systemie Hi-Fi na pewno będzie inaczej niż współcześnie, ale co najmniej równie ciekawie.
Jeśli jednak ktoś chciałby posłuchać uwspółcześnionej wersji, to w pierwszej kolejności powinien sięgnąć po jubileuszowe remastery wykonane pod okiem syna George’a Martina – Gilesa. W telegraficznym skrócie zdecydowanie lepiej zagospodarowano w nich centrum panoramy stereofonicznej, głos prowadzący jest pośrodku a chórki wreszcie słychać w obydwu kanałach. Ponadto nie mi osądzać, czy tylko przywrócono, czy też na nowo wykreowano iście trójwymiarową przestrzeń – obszerną, naturalną, z adekwatnym do londyńskich warunków, a więc nieprzesadzonym pogłosem, ale efekt jednoznacznie jest in plus. Nie zapomniano też o odpowiednim dociążeniu dołu pasma.